Skąd taki tumiwisizm w pracy i jak z nim walczyć?
Autor: Gość: ja
IP: *.15-3.cable.virginmedia.com
10.02.12, 13:00
Pracuję jako support worker w małym domu opieki dla ludzi z learning difficulties ("upośledzenie umysłowe" jakoś tak brzydko brzmi). Support worker to w naszym wypadku człowiek od wysztkiego. Pomagamy się myć i ubrać, podajemy lekarstwa, opieramy, gotujemy, zabieramy na spacer czy inne zajęcia, bierzemy do szpitala jak coś jest nie tak, kupujemy ubrania, itp.
Praca nie jest ciężka. Może być momentami męcząca emocjonalnie (ludzie ci miewają swoje humory i zwłaszcza na początku trudno się do tego przystosować), lecz fizycznie jest bardzo lekka. Mamy siedmiu rezydentów i co najmniej czterech support workerów na zmianie, a rano w dni powszednie nawet pięciu i naprawdę jest dużo czasu, żeby wszystko zrobić porządnie i bez zbytniego pośpiechu.
A pierwsze pół godziny rano i ostanie półtorej wieczorem to już w ogóle nic się nie dzieje, pełny luz.
A mimo to większość pracowników jest tak wyluzowana, że to przechodzi ludzkie pojęcie.
Nieraz przychodzę na popołudniową zmianę i stwierdzam, że rezydent ma prawy but na lewej nodze a lewy na prawej, czyli chodził tak od rana i nikt nie zwrócił na to uwagi. Ewentualnie mogą to być też buty nie do pary. 6 z 7 rezydentów ubiera się niby samych tzn. wykonuje fizyczne czynności ubierania się, ale robią to raczej bezmyślnie i należy ich nadzorować, czyli w tym wypadku nikt nie zwrócił uwagi.
Parę razy zdarzyło mi się rano znaleźć rezydenta leżącego w niepościelonym łóżku (bez poszewek i prześcieradeł) a do tego w dziennym ubraniu, znaczy nikt go nie przebrał.
Co tydzień niszczy się w praniu przynajmniej jeden sweter, bo ktoś go włożył do prania na 60 stopni, mimo że w koło powtarza się że swetry pierze się w temp nie wyższej niż 40.
Jeśli w jakiś dzień, gdy nie ma kierownictwa, skończy się proszek do prania to ludzie zamiast iść do pobliskiego sklepu (jakieś 3 min spacerkiem) i kupić z pieniędzy, które są nam zostawiane na tego typu potrzebne wydatki, psioczą na kierownictwo, które o nic nie potrafi zadbać.
Do tego nagminnie (co najmniej dwa razy w miesiącu) powtarzają się sytuacje, że nocna zmiana nie pojawia się w pracy i nie można się nawet do niej dodzwonić. A jeśli kierownictwo ma mieć dzień wolny to zmiana poranna spóźnia się o co najmniej dwadzieścia minut.
Jedna młoda dziewczyna, generalnie bardzo miła i ok, jeśli ma pracować w weekend to dzwoni że się "rozchorowała". Zazwyczaj jest to zatrucie alkoholowe, czego nawet nie próbuje jakoś specjalnie kryć.
Ja mieszkam blisko pracy i jak byłam na wieczornej zmianie to miałam w zwyczaju wypuszczać wcześniej tych, którzy muszą jeździć autobusami. Tylko że to nie znaczy, że oni następnego dnia przyjdą na czas.
I tak to trwa. Nie słyszałam żeby ktokolwiek kiedykolwiek został poddany procedurze dyscyplinarnej, aczkolwiek są rozmowy i straszenie to działają one raczej na krótko.
Możliwe też, że generalnie nikomu nie zależy żeby tą sytuację w pełni rozwiązać, bo najpierw trzebaby było przyznać że jest źle, a to będzie źle wpływało na wizerunek firmy. Poza tym wszystko jednak się jakoś tam kręci.
Problem pojawia się, jak ktoś ma wypadek. Tej nocy spędziłam całą noc w szpitalu z rezydentem który mocno rozchorował się wczoraj późnym wieczorem. Miał to być mój czas wolny, ale zgodziłam się przyjść.
Jest taki wymóg że jak któryś jest w szpitalu to musi być przy nim przynajmniej jeden z support workerów. Nie wymóg szpitala, tylko nasza firma ma to w kontrakcie z councilem.
Nocna zmiana kończy się o 7.30 i o 6.50 moja współpracowniczka robiąca nocną zmianę w naszym domu opieki próbowała obdzwonić ludzi, którzy mieli robić zmianę ranną, żeby znaleźć kogoś kto pójdzie od razu do szpitala. Nikt nie odebrał ani nie oddzwonił.
A ja musiałam wyjść najpóźniej o 8 bo o 8.30 miałam mieć wizytę u GP, nie jakieś tam okresowe badania tylko niestety jestem w trakcie diagnozowania być może poważnych problemów zdrowotnych i nie mogłam sobie pozwolić by tą wizytę opuścić.
Poinformowałam o tym nocną zmianę, i menadżerkę, która miała właśnie dzień wolny. Nocna zmiana ulitowała się nade mną i powiedziała że jak tylko ktoś przyjdzie to ona własnym samochodem odwiezie go do szpitala żebym ja mogła wyjść.
O 7.50 otrzymałam wiadomość że z czterech osób, które powinny pojawić się na zmianie o 7.30, jest tylko jedna, nie mogą więc wyjść bo musieli zostawić by rezydentów samych.
No i co miałam robić? Wyszłam, zostawiając naszego rezydenta na pastwę pielęgniarek :-D
Nawet przez chwilę myślałam, że może to przez śnieg, ale nie bo na ulicy żadnego śniegu nie było, samochody go już dawno wyjeździły. Autobusy też kursowały normalnie.
Gwoli ścisłości: nikt z dziennego staffu nie wiedział, że ten rezydent jest w szpitalu, jako że wszystko stało się późno wieczorem. No ale jednak jak tak można??? Podejrzewam, że wszyscy nagle wpadli na pomysł że menadżerki nie ma więc się o niczym nie dowie, a nieistniejący już śnieg będzie świetną wymówką.
No i kurde, co tu zrobić z takimi typami??? Gdzieś tam inny zacharowują się w nursing homach i pewnie byli by zachwyceni gdyby udało im się zmienić pracę na taką jak ta, a my nie możemy znaleźć normalnych pracowników. Jak to możliwe, zastanawiam się, że w większości miejsc pracy panuje dyscyplina???