Z deszczu pod rynnę
Autor:
Gość: Albumina
IP: *.chello.pl
10.02.10, 12:04
Zebrania wspólnot, to, jak ktoś tu już na tym forum napisał, jeden
wielki magiel. Problemy w stylu: kot pani Joli spod szóstki za
głośno miauczy i włazi na parapet pani Zosi spod siódemki, a pani
Zuza z ostatniego piętra za głośno spuszcza wodę w kibelku. Jak
przychodzi co do czego, to i tak nie ma jednomyślności, jedni drugim
robią na złość, a zarządcy wspólnot to przeważnie cwaniaczki, którzy
jak najmniejszym kosztem chcieliby się w jak najkrótszym czasie
dorobić, bo i tak za jakiś czas polecą ze stołków, bo przecież nie
da się każdemu dogodzić. Zarządca budynku, w którym mieszkam to
kawał chama, który nazbierał sobie klienteli z okolicy, a teraz nie
może tego ogarnąć. Ma firmę o szumnej nazwie i nawet stronę
internetową, a jak się dzwoni na numer biurowy, to odbiera jego
sklerotyczna mamusia i opowiada jakieś bzdury do słuchawki, bo nasz
one-man-show prowadzi biznesy pomiędzy kuchnią a sypialnią w 10-
piętrowym bloku, w mieszkaniu, które zajmuje z żoną, matką,
dzieciakami i psio-kociarnią. Profesjonalizm pełną gębą. Komórkę
odbiera, ale jak nie daj Boże jakiś desperat zadzwoni do niego w
sobotę przed 11, to jest awantura, bo facet ubliża lokatorom, że mu,
cytuję "dupę zawracają". Kwestia czasu, kiedy przyjdzie
nowy "specjalista od zarządzania powierzchniami płaskimi". Nasz
aktualny spec w celu zaoszczędzenia pieniędzy przysyła nam ciecia do
sprzątania tylko w poniedziałki, a ten i tak nie zawsze jest
trzeźwy. Jak była spółdzielnia, też było wesoło, bo potrafił się
uformować "kontrzarząd" i po tym fakcie już dwa zarządy bawiły się
za pieniądze mieszkańców, którzy byli w tym całym układzie, jak
piąte koło u wozu. I tak źle, i tak niedobrze.