Dodaj do ulubionych

Restauracyjne koszmary

05.06.04, 23:36
Pamiętacie jakieś danie-pomyłkę w restauraji?
Do mnie wraca wspomnienie sprzed prawie 8 lat. Wracaliśmy z mężem do domu i
postanowiliśmy zjeść objad w jednej z knajp (miłosiernie pominę nazwę, bo
działa nadal) między Lęborkiem i Gdańskiem. Mąż zamówił pieczeń kaszubską, ja
placek po węgiersku. Mąż stwierdził, że gdyby Kaszubi tak podle jedli, już
dawno by wymarli. Mój placek byl porażką: w sosie ani grama papryki, za to
mnóstwo marchwi i selera. Całe danie posypane tartym żółtym serem, zresztą
lekko obeschniętym (brrr...). Sam placek z masy ziemniaczanej, która pewnie
ze 3 dni stała starta w lodówce. Środek sierpnia, a na talerzach nie nieliśmy
ani grama świeżych warzyw: same kiszone ogórki i kapustę z beczki. I
pomyśleć, że tuż obok był barek z kurczakami z rożna, który zlekcważyliśmy...
Obserwuj wątek
    • Gość: pracownik Koszmar? Dziś się z tego śmieję, ale IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 05.06.04, 23:51
      Ja z drugiej strony, bo z tych pracujących w "restauracji" -pizzerii. Klient
      zamówił pizzę przez telefon - z peperoni. Po 15 minutach przychodzi, płaci,
      odbiera, wychodzi,..., po minucie wraca, rzuca kartonikiem z pizzą i wydziera
      się na cały głos, że zamawiał z peperoni a dostał z kiełbasą. Pan był
      wegetarianinem - zawsze myślałem, że wegetarianie to spokojni ludzie, a tu taki
      egzemplarz! A tu z boku podchodzi inny klient i mówi: "Trzeba było przeczytać
      menu, tam jak byk napisane, że do wyboru kiełbasa peperoni" Klient chciał
      dobrze, ale tylko zaognił sytuację. Panów trzeba było rozdzielać z
      powodu "niejednoznaczności" języka polskiego.
    • narysuj.mi.baranka Troche nie na temat, bo chodzi o dania, ale... 06.06.04, 00:14
      ... dla mnie restauracyjnym koszmarem jest kiedy kelner chce mi zabrac talerz z
      niedojedzonym daniem. Stykam sie z ta bezczelnoscia praktycznie nieustannie. Na
      chwile przerywam jedzenie i rozmawiam a kelner juz sie rwie.
      Domyslam sie, ze istnieje obyczaj niekonczenia dania, lecz dla mnie
      nieszanowanie jedzenia nie jest niczym eleganckim.


      --
      'One cat just leads to another' - E.Hemingway
      Sadyba z przyleglosciami:)
      • Gość: Marsylka BRRRR IP: *.ppp.tiscali.fr 06.06.04, 00:28
        Moim ostatnim koszmarem byly pomidor z mozarella we wloskiej knajpie, a raczej
        nieprzyprawione twarde szklarniowe "kapcie" rodem z Holandii oblozone
        (doslownie) jednym plastrem twardej mozarelli ( chyba ucieli z takiej do
        zapiekania)... Wszystko to polane SZKLANKA oliwy...i za 10 €.. Matko!
        Na drugim miejscu plasuja sie krewetki ( jak sie okazalo mrozone) podane z
        rozmoczonym pomidorem pokrojonym w kostke- cm na cm -co po minucie na talerzu
        zmienilo sie w breje. Calosc oblana smietana watpliwej marki, przypraw nie
        stwierdzilam. Entrée to szumnie nazwano Koktajlem z krewetek.... No comment:-(
      • masia27 Re: Troche nie na temat, bo chodzi o dania, ale.. 06.06.04, 07:50
        narysuj.mi.baranka napisała:

        > ... dla mnie restauracyjnym koszmarem jest kiedy kelner chce mi zabrac talerz
        z
        >
        > niedojedzonym daniem. Stykam sie z ta bezczelnoscia praktycznie nieustannie.
        Na
        >
        > chwile przerywam jedzenie i rozmawiam a kelner juz sie rwie.
        > Domyslam sie, ze istnieje obyczaj niekonczenia dania, lecz dla mnie
        > nieszanowanie jedzenia nie jest niczym eleganckim.
        >

        Moze odkladasz sztuce w sposob, ktory sygnalizuje, ze zakonczylas jedzenie?
              • Gość: hania Re: Troche nie na temat, bo chodzi o dania, ale.. IP: *.ska01.telsat.wroc.pl 06.06.04, 14:27
                Hmmmmm Wydaje mi się, że to nie są "jakieś kody" znane tylko kelnerom, ale
                powszechny zwyczaj (coś typu, jak układanie noża po prawej a widelca po lewej
                stronie talerza). Oczywiście, nie musisz przestrzegać tego zwyczaju - to jest
                tylko kwestia umowna przecież, ale w takim razie nie gniewaj się na kelnera,
                który postępuje tak jak wydaje się, że powinien.
                Takie zwyczaj mają chyba służyć ułatwieniu życia: składam równolegle sztućce na
                godz. 5 i daję znak, że skończyłam, dziękuję za wszelkie dokładki (w gościnie)
                i proszę zabrać sprzede mnie talerz z resztą (stygnącego) dania.
                To napredę znany sposób "sygnalizacji" i nie dziwię się kelnerom, że na
                niego "reagują". Brak działań mógłyby ich np. narazić na zarzuty klienta, który
                dał ten znak, że on już dawno skończył, a oni nie zabierają...
      • borgia1 Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 10:32
        Dlatego zamawiam zawsze prosząc o podanie po. I koniecznie następuje pytanie
        czy są w posiadaniu filiżanek. Nie wypiję herbaty ze szklanki... Może w tej
        kwestii coś się zmieniło, bo jeżeli pijam to w knajpie - tam zawsze mają i
        filiżanki i kubki. Niestety należę do osób, którym nie jest wszystko jedno jak
        ma danie podane. Lata temu (tu może też się coś zmieniło) w jednej ze
        sztandarowych restauracji w moim mieście jedliśmy obiad. Z jakiej tam okazji...
        Ja wiem z jakiej... Zamówiłam barszczyk z uszkami, syn rosół z makaronem, mąż
        miał to szczęście, że nie jada zup poza domem. Przyniesiono nam dania w
        metalowych michach. Myślałam, że padnę. Nie tknęłam, syna rosół po 3 minutach
        był zimny i też nie zjadł do końca. Co do drugiego - już lepiej, ale nie
        najlepiej. To był ostatni raz mojego jedzenia w tej restauracji... było to 5
        lat temu.
    • grail Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 11:01
      Może nie danie - po całkiem dobrym posiłku zamówiłem kawę...
      nie wiem czego użyli, ale to nie była woda... jechało benzyną, albo
      rozpuszczalnikiem...
      --
      Enthrone Darkness Triumphant
      • Gość: Asia Re: Restauracyjne koszmary IP: *.upc-g.chello.nl 06.06.04, 11:21
        My zamowilismy chinszczyzne na wynos u sprawdzonego wielokrotnie chinczyka.
        Byla to kaczka w sosie sliwkowym. A ja kaczke uwielbiam. Sos byl osobno, miesko
        smakowicie pachnialo i wygladalo. Polalismy sobie jedzonko obficie sosem. Ten
        sos byl tak slony, ze juz nic nie dalo sie uratowac. Moj chlopak od tamtej pory
        nawet nie chce slyszec o kaczce, nad czym ja ubolewam.
        I jeszcze jeden przypadek, ale od strony kuchni. W sredniej szkole uczylam sie
        na hotelarza. Mialam praktyki w roznych hotelach i miejscach w hotelu. Miedzy
        innymi w kuchni, desorwni i piekarni.
        Musze powiedziec, ze wszystko co wydzialam bylo przygotowywane czysto,
        regularnie sprzatane. Jednego razu tylko spotkalam sie z czyms innym. Inni
        praktykanci mieli za zadanie zrobic kolduny. Jak zobaczylam jak przygotowywanym
        ciastem rzucaja po calej kuchni i poscianach to az mi sie gorzej zrobilo.
      • Gość: giezik Re: Restauracyjne koszmary IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.06.04, 12:46
        hotel gromada - Warszawa (Dom Chłopa) - 4 lata temu przy okazji jakijs konferencji - nie wierze ze cos sie zmienilo. Galopujacy PRL - piers z indyka, na to chamski najgorszy na swiecie zółty ser i ananas. Smak nie do opisania.

        Książ - restauracja hotelowa przy zamku. Poprosiłem o polędwice wołową niezbyt wysmażoną. Dostałem - ale "kucharz" wpadl na pomysl, zeby na koniec polozyc na miesie plaster zółetgo sera i rozpuscic go w mikrofali.

        Flik - Warszawa. Cos co w karcie widnialo pod nazwa gołąbki ze szlachetnej ryby. Na talerzu 30 cm srednicy dwa bzdziochy grubosci kciuka. Za cene ok. 30 zl. Byc moze mialo jakis smak, niestety ilosc nie pozwolila tego ocenic
        • tropiciel_blednego_aha Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 13:05
          Giezik ale sie usmialem, Ja mialem takie przygody ze jak chodzilem z kumplem po knajpach w Nl. zamawialismy zawsze rozne potrawy, napisane przewaznie po ichniemu czego w 70% nie rozumialem (on z reszta tez nie) ale zawsze dogadywalismy szczegoly z kelnerem, co to jest, po angielsku. Dziwnym trafem ja zawsze mialem boskie jedzenie (palec opatrznosci bozej) a on trafial wlasnie na jalies male niewiadomo co, hehehe. A ze zasiadalismy glodni to zawsze patrzyl na mnie z wielkim wyrzutem he he he.
    • limes1 Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 15:49
      To jeszcze dorzucę, a propos kelnerów:
      kiedyś postanwiliśmy świętować którąś tam rocznicę ślubu w jednej z miejskich
      knajp. Z jednej zrezygnowaliśmy, bo nie mogliśmy zapłacić kartą. Poszliśmy do
      innej. Tam - zgroza. Najpierw obsłużyli męża, później mnie. Podawał inny kelner
      niż ten, który przyjmował zamówienie (to OK, może młody się uczył serwować).
      Zamówiłam coś z prawdziwkami w tytule - cóż, koło prawdziwków to może leżało,
      ale nic poza tym. I okazało się na koniec, że też kartą nie zapłaciliśmy "bo
      szef wyszedł, zamknął kantorek, a tam jest czytnik" - usłyszeliśmy. Ja zostałam
      z deserem, mąż popędził do bankomatu. Szczęście, że blisko było.
      A innym razem pojechaliśmy do resturacji za miasto, zamówiłam kotlet diabelski -
      ostre mięso, wg zapewnień kelnera. Dostałam coś, czego nie znoszę, mianowicie
      de volaille (jeszcze ujdzie) polanego ohydnym ciepłym ketchupem. Humor miałam
      zwarzony do końca dnia, dania nie zjadłam i głodna i wściekła poszłam spać.
      Więcej do tej restauracji, ponoć dobrej, nie pójdę.
    • hania55 Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 16:57
      O, tak. Tzw. elegancka restauracja w stolicy III RP. Przelom XX i XXI wieku.
      Zamawiam gnocchi (restauracja specjalizuje się w "kuchni śródziemnomorskiej").
      Dostaję makaron-muszelki z sosem serowym. Wołam kelnera, a ten twardo mi
      tłumaczy, że to są ręcznie robione przez kucharza gnocchi ze specjalnej
      semoliny durum. Mało nie wpadłam pod stół.

      Ta sama restauracja innym razem (już początek XXI wieku) - zamawiam halibuta.
      Dostaję coś, co konsystencją przypomina kawał płyty wiórowej, umajone wieńcami
      zieleniny niewiadomego pochodzenia. Nigdy nie przypuszczałam, że nie będę w
      stanie przełknąć swojej ulubionej ryby.
      • giezik Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 17:25
        O tak, warszawscy restauratorzy to zdaje sie stratuja w konkursie - jak spieprzyc całkiem dobra rybe. I jeszcze jedno - knajpa ą, ę "pseudohyszpańska" na ostatnim piętrze Intraco (tez ze 4 latat temu). Zamawiam salatke z owoców morza z awokado. Po 15 min. od przyjecia zamowienia pani obslugujaca przychodzi i mowi, ze przykro jej nie maja awokado (jako znajacy sie nieco na kulinariach domyslam, sie ze probowano zmusic calkiem twarde awokado do wspolpracy, ale pewnie okazalo sie jeszcze zbyt gorzkie - ale byc moze to tylko moj domysl.)
        Pytam wiec czy maja melona. Tak, oczywiscie. No wiec, pytam czy mogliby zamiast awokado dac melona i wywalic cebulke z tej salatki.
        Pani na to do mnie - ze owoce morza nie pasuja do melona.
        No wiec ja twardo, ze mi pasuja i ze mam straszna ochote na melona z owocami morza.
        Ok. Po kolejnych 10 min. przychodzi i mowi, ze przykro jej ale melona nie mają.
        Skonczylo sie wiec na zupie czosnkowej.
        Byla to najgorsza zupa czosnkowa jaka jadlem. Wlasciwie sama zupe nie byla probleme, ale wlozono do niej kawalki/kromki/tosty ???? - sam nie wiem co. Fakt faktem, ze plywalo to rozbelblane.
        Knajpa dosc szybko padla. To jedyne pocieszenie

        --
        "Smakoszostwo zgoła nie wadzi kobietom; odpowiada delikatności ich organów i jest im nagrodą za pewne przyjemności, których muszą się wyrzec, i za pewne przykrości, na jakie skazała je natura"
        • hania55 Re: Restauracyjne koszmary 06.06.04, 17:38
          Z zupami czosnkowymi w ogóle w Warszawie krucho. W niejakim Tapas Barze na ul.
          Grzybowskiej skusiłam się na zupę czosnkową. Miało być tak pięknie bo i z
          chlebem rozmoczonym i z jajkiem. Dostałam letnią zupę z surowym jajem w środku.
          Kiedy zobaczyłam te jajkowe gluty w zimnej zupie, zrobiło mi się lekko słabo...

          A restauracja z wiórowym halibutem i paczkowym makaronem-muszelki zwanym tam
          nadal świetnie prosperuje, co jest dla mnie nieogarniętą zagadką.
      • Gość: aniel Re: Restauracyjne koszmary IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.04, 21:03
        W resturacji we Wloszech, zamowilam spaghetti neapolitana (czy jakos tak) i
        dostalam pol zimny makaraon z dwona podgotowanymi pomidorami. Zero
        soli,pieprzu, ziol czy oliwy. Ohyda! Obsluga udawala, ze rozumie tylko po
        wlosku,(mimo ze wczesniej bez problemu rozmawialam z nimi po angielsku)...
        skonczylo sie nieprzyjemna awantura, bo odmowilam zjedzenia tego czegos, nie
        mowiac o placeniu :(
    • the_ladybird Re: Restauracyjne koszmary 07.06.04, 11:51
      Wrocław,
      restauracja rybna na rynku. Szaszłyk z łososia. Szaszłyk całkiem niezły, został
      natomiast polany najgorszym ketchupem, gorszym nawet niż śp. Tortex :( fuj.

      restauracja grecka. Sola. Zamarznięta w środku.

      Obie pretendują do miana "tych lepszych".
    • literki no, może nie restauracyjne... 07.06.04, 17:51
      ...ale zdarzyło mi się (kilka razy), że sprzedawcy w sklepach zapytani, czy jest białe wino, odpowiadali, że niestety, mają tylko żółte...
      ALbo w Gdyni w małym, osiedlowym sklepie, pan chciał mnie z kolei przekonać, że "to wino jest takie jakby jasnoczerwone, czyli prawie różówe"...
    • Gość: PCh Re: Restauracyjne koszmary IP: 213.17.181.* 08.06.04, 10:21
      Kilka lat temu restauracja chyba Niespodzianka w Wa-wie przy Armii Krajowej:
      fasolka po bretońsku z boczkiem ze świńską szczeciną; to samo miejsce: spagetti
      w kokilce na którego końcu, na dnie naczynia była resztka czegoś z ryżem.
      Prom do Karlskrony: wszystko w szwedzkim bufecie, doslownie wszystko a
      zwlaszcza salatki z majonezem.
      Champions w Wa-wie w Marriottcie: suche jak wior meksykanskie nalesniki.
      • egipcjanka15 Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 11:31
        Gość portalu: PCh napisał(a):

        > Kilka lat temu restauracja chyba Niespodzianka w Wa-wie przy Armii Krajowej:
        > fasolka po bretońsku z boczkiem ze świńską szczeciną; to samo miejsce:
        spagetti
        >
        > w kokilce na którego końcu, na dnie naczynia była resztka czegoś z ryżem.

        No to wlasciwa nazwe wybrali. W kazdym daniu niespodzianka, nie powinienes sie
        dziwic ;-)))))))))))))))))))))))
      • fritzek Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 12:14
        he!he!he!ze dwa lata temu byłam w koninie na zawodach.wpadliśmy całą ekipą na
        pomysł obejrzenia 'przecudnej' urody bazyliki(czy jak toto się zwie)w
        licheniu.powaleni przeżyciami estetycznymi zgłodnieliśmy.wybraliśmy pierwszy
        lepszy z brzegu bar.bar oczywiście przypominał amerykę południową w hallowen
        ale mniejsza o to.ja i mój mąż zamówiliśmy sobie placki po cygańsku.to był
        największy błąd kulinarny mojego życia.najpierw były wrażenia wzrokowe.placek
        miał kolor szarozielonkawy i wypływało z niego coś o konsystencji kisielu.po
        podważeniu krawędzi tego specyjału ukazał się widok,którego opis pominę.no i
        buchnął smród.śmierdziało to naprawdę gównem!!!posiłek skończył się na lodzie
        wodnym i kilku piwach.licheń pozostawił w naszej pamięci niezatarty ślad ;-)))
        --
        uważaj! śledzi cię szpieg z krainy deszczowców!
        • fritzek Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 12:24
          a! i jeszcze jedno z tego samego wyjazdu!
          teraz o hamburgerze.przyjechaliśmy do konina ok.4 nad ranem.poszukiwania sklepu
          nocnego spełzły na niczym.byłam tak głodna,że powiedziałam,że zjem wszystko
          byleby zjeść.udało nam się znaleźć czynną stację benzynową,co już samo w sobie
          było nie lada sukcesem.na stacji było bistro.oczywiście kanapek niet bo jak
          powiedziała obrażona na cały świat panienka za ladą 'przecież o 8 przywożą!'.
          ale okazało się,iż może uraczyć mnie megaburgerem czy czymś w tym stylu.ten
          hamburger ma drugie miejsce w rankingu po placku licheńskim.
          bułka była mikroskopijna,kilkudniowa i napewno nie była bułką hamburgerową.w
          środku znajdowało się coś co miało być kotletem.było tak twarde,że nie mogłam
          tego ugryźć.smak gówniano gnilny.a i jeszcze była kropelka ohydnego
          keczupu.kosztowało to z 8 pln.panienka była szczerze zdziwiona,że bluzgając na
          prawo i lewo umieściłam jej megaburgera w koszu na śmieci.
          --
          uważaj! śledzi cię szpieg z krainy deszczowców!
    • Gość: yoy Re: Restauracyjne koszmary IP: 193.201.167.* 08.06.04, 13:35
      Dwa tygodnie temu wybraliśmy się do Pizza Hut na Starówce w Warszawie. Knajpka
      nie wyszukana ale wiadomo co dają. Chociaż tym razem było inaczej niż zwykle.
      Już na wstępie zastanawiały stoły zastawione niesprzątniętymi talerzami.
      Po otrzymaniu stolika ponad 15 minut czekaliśmy żeby ktoś podszedł i przyjął
      zamówienie. Nie doczekaliśmy się. Na zwrócona uwagę ujrzeliśmy wzruszenie
      ramion i chamską odzywkę kelnera "no to co”. Kierownika też nie mogliśmy się
      doprosić. Nasza cierpliwość się skończyła. Wyszliśmy.
      Podziwialiśmy tylko cierpliwość innych . Bo najpierw czekali ponad pół godziny
      na przyjęcie zamówienia, a nie doczekawszy się na kierownika (oby tyko pól
      godziny). Jak wychodziliśmy czekali dalej.
      Brrrr. Nigdy więcej.
      • lahliq Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 14:36
        W Pizza Hut jadłam pizzę tylko raz, po otwarciu sieci. Miałam miec rózne
        rodzaje mięs na niej, a wygladały one jak mięso z puszki dla psa. Jakieś takie
        kostki jakby pokrojona mielonka.
        --
        W moim wieku nie mogę uzależniać się od jednego mężczyzny.
      • lahliq Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 14:48
        I jeszcze obsługa. Miejsce: Wrocław, Stary Rynek, Pizza Hut.
        Trzy klientki, przystawki + dania głowne + napoje ciepłe i zimne z % i bez.
        Każda zamawia co innego, klenerka nie zapisuje. Zapytana czy na pewno
        zapamięta, potwierdza. Oczywiście, że nie dostajemy tego co chcemy i danie
        główne podane jest przed przystawkami, dodatkowo jedna z nas zdążyła już zjeść
        wszystko a druga jeszcze nic nie otrzymała... A potem obrażenie, że nie
        zostawiamy napiwku...
        --
        W moim wieku nie mogę uzależniać się od jednego mężczyzny.
    • kohol Re: Restauracyjne koszmary 08.06.04, 14:33
      1. Miejsce: bar ze smażonymi rybami. Za 2 kawałki ryby zapłaciliśmy coś ok. 120
      zł. A nie były to jakieś wielkie kawały rekina. Oczywiście było już po fakcie i
      nie doszliśmy, ile ta ryba ważyła przed podaniem.
      2. Danie: placki po zbójnicku/węgiersku/góralsku - w różnych miejscach,
      napchane bigosem, leczo, niezidentyfikowaną breją i innymi cudami.
      3. Miejsce: Różowy Słoń w Krakowie. Danie: naleśnik z salami i pomidorami.
      Zawartość naleśnika: masa koncentratowo-pomidorowa z cebulą i czterema
      ćwierćplasterkami kiełbasy salami, wszystko wyglądało, jakby się dusilo w garze
      przez 3 dni. Niby czego można wmagać, ale niesmak pozostał.

      --
      -----
      Choose your future
      Choose life

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka