Mieszkania na wynajem w W-wie
Autor:
Gość: Avatar
IP: *.chello.pl
23.11.07, 10:16
Są w większości przypadków pozbawione podstawowego wyposażenia,
często ludzie za wielkie pieniądze nie oferują klientom nawet
podstawoweg standardu. Szukając kawalerki widziałem takie kurioza,
że nie wierzyłem własnym oczom, iż właściel nie wstydzi się oferować
w XXI wieku takiej ruiny, syfu...Mieszkania bez lodówki, pralki,
podstawowych mebli (łóżko, stół, krzesła) to już dla mnie nic
zaskakującego. To, że ludzie nie chcą podpisywać umów z klientami
też mnie nie dziwi, to że nie zameldują wynajmującego, to też żadna
rewelacja. Wkurza mnie ich postawa roszczeniowa, a w zamian...często
25 metrów z ciemną kuchnią i karaluchami. Łazienka z uszkodzoną
umywalką, zardzewiałą wanną i nie działającą spłuczką w toalecie.
Pewna pani na Zoliborzu oferowała mi 15-metrów z "łazienko-kuchnią",
co wyglądało tak, że we wnęce z firanką była muszla klozetowa, a w
przedpokoju zlew emaliowany z zepsutym kranem. Chciała za to 1000
złotych plus drugie 1000 jako kaucję (pytanie, za co?). Ładne
mieszkania są tak naprawdę poza Warszawą (np. w Pruszkowie), ale za
to trzeba nierzadko przemieszczać się komunikacją kombinowaną, a,
jak wiadomo, często ciężko zgrać pociąg z autobusem i na odwrót.
Zresztą, nawet na obrzeżach stolicy nie jest tak do końca różowo. W
Międzylesiu jest taki właściciel nieruchomości, który z warsztatu
zrobił kilka mieszkań. Nie ma dzwonków do drzwi, domofonów, a
korespondencja trafia wprost do jednej skrzynki, do której klucze ma
ten pan. Korespondencja jest oczywiście kontrolowana regularnie, pan
nie zadaje sobie nawet trudu, żeby dobrze zakleić uprzednio
rozerwaną kopertę. Jego naloty na lokatorów są wpisane w "uroki"
zamieszkania. Urządza wizyty o 5-6 rano, głośno krytykuje, że ktoś
ma akurat w mieszkaniu bałagan, czepia się o wywieszone pranie "w
dzień święty", podorabiał klucze do każdego z mieszkań i podczas
nieobecności lokatorów myszkuje po ich szafach. Złapany na gorącym
uczynku tłumaczy, że jakoby sprawdza instalację gazową. Pan ten
interesuje się życiem osobistym lokatorów, krytykuje ich pracę,
sprawdza nawet, o której godzinie z niej wracają i czy aby na pewno
do niej wychodzą. Wyrzucił rodzinę z dzieckiem (w środku zimy),
kobietę w ciąży i taką, którą porzucił mąż (bo teraz pewnie
zabraknie jej na czynsz). Facet chodzi "po ludziach" i obrabia tyłki
lokatorom informując innych lokatorów, że ten i ten to brudasy, inny
z kolei nie płaci kredytu w banku, a pani X się puszcza. Dodam, że
mieszkanie na tym zadupiu kosztuje 1300 złotych za kawalerkę z
atrakcją w postaci właściciela podglądającego życie swoich klientów.
W wynajmowanym mieszkaniu nie można przyjmować gości ani przestawiać
mebli. Na rynku warszawskim naprawdę trudno znaleźć normalne lokum.
A jak już się uda to "dzięki ci Boże". Koleżanka wynajmuje pokój.
Pod koniec wakacji przyszedł do niej właściciel i podwyższył jej
czynsz o 100 złotych (za pokój płaci teraz 500 plus opłaty za
media). "Płać albo wyp..." - taki jest u nas wolny rynek. Nawet, jak
człowiek ma pieniądze, to ma problem. Znalezienie mieszkania to
często gehenna - jedni nie tolerują psów, inni kotów, jeszcze inni
dzieci, kolejni - małżeństw, następni - samotnych albo żyjących "na
kartę rowerową", przechlapane mają też nie palący, geje, "dziwnie
wyglądający" (kolega nie załapał się na kawalerkę, bo wydał się
właścicielce za brzydki i dziwny). Nie dziwią mnie castingi -
właścicielom nieruchomości w dupach się poprzewracało. Naczytali się
GW i naoglądali amerykańskich filmów. Znam takich, co latami
trzymają puste mieszkanie jednocześnie utyskując, że nie mają na
życie, bo nie mogą znaleźć na nie lokatora. Koleś w rozmowie
telefonicznej oświadczył, że "cena zaczyna się od 1000 w górę" - co
to znaczy? Tego już nie powiedział. Mieszkanie było na Bródnie, bez
mebli, ale za to z Internetem! Niektórzy kombinują i wynajmują niby
2 pokoje, a w rzeczywistości to przerobiona kawalerka. Inni próbują
opłaty za media, których nie uiścili poprzedni lokatorzy, zwalić na
następnych. Generalnie, jak się nie podoba to wyp...Wiadomo, twoje
mieszkanie, wynajmujesz, komu chcesz, ale nie rozumiem jednego...w
Niemczech nie było problemu ze znalezieniem kawałka podłogi. Ceny w
Berlinie nie powalały, właściciel był konkretny i zdecydowany,
jedno, co go interesowało, to terminowe opłaty. Nie było mowy o
niedopełnieniu formalności pt. meldunek, umowa. W Warszawie bujałem
się z kobietą tydzień, bo ona musiała się zastanowić, czy w ogóle
chce wynająć. To po co, do cholery, dała ogłoszenie do prasy? Ludzie
handlują wynajmem, jak chłopi końmi na targu. "Ile to kosztuje? Oj,
nie wiem, a ile pan da?" etc. I to wszystko dzieje się w
europejskiej stolicy pod koniec pierwszej dekady XXI roku!
Niebywałe.