01.01.08, 20:31
znam kilka piosenek,ktore mi sie podobaja i kusza,zeby moze cos kupic...
i stad pytanie-od czego warto zaczac?(pytam oczywiscie o album,nie skladanki z dziedziny "best of")
z gory dziekuje
--
nie wystarczy być szczęśliwym;trzeba jeszcze,aby inni byli nieszczęśliwi
Edytor zaawansowany
  • braineater 01.01.08, 21:02
    A to zależy jakiego Waitsa byś chciała posłuchać.

    Tom Waits - początek lat 70' - cztery pierwsze płyty od Closing Time do Small Change to Tom Waits dla skacowanych facetów i grzecznych panienek, które chciałyby wyjść za mąż za Hemingway'a albo innego Keruacka. Barowe piosenki o smutnych miłościach, ponurych widokach, braku przyszłości - Frank Sinatra w depresji w prostych aranżacjach.

    Druga połowa lat 70-tych - od Foregin Affairs po One From the Heart, to Tom Waits z pijacka chrypą, który kocha - szczęsliwie i nie. 4 płyty o relacjach uczuciowych samica - samiec, muzyka bardziej jazzująca- bluesująca, parę największych przebojów, i płyta przy której serce każdej kobiety przeszywa dojmujący ból istnienia, czyli Blue Valentain. Tu juz jest to duzo lepszy Frank Sinatra niz oryginał - bardziej wiarygodny.

    Początek lat 80-tych - Tom Waits na szczęscie odstawia alkohol i bierze się za narkotyki, co wychodzi mu z pozytkiem dla zdrowia i muzyki. Trylogia "operowa" o Franku - od Swordfishtrombones po Frank's Wild Years, chyba apogeum jego twórczości. Wymyślone instrumenty, wymyślone historie, literacko chyba najlepsze piosenki jakie kiedykolwiek stworzył, muzycznie, radosna rozpierducha i kakofonia, ogólnie rzecz biorąc arcydzieło, tyle, że jak na pierwszy kontakt może być za cięzkie. Ten okres kończy się najlepsza nagrana kiedykolwiek przez jakiegokolwiek wykonawce płyta koncertową - Big Time, gdzie dowiadujemy się, że Waits oprócz tego, że jest człowiekiem orkiestrą, to jest także genialnym showmanem. Dialogi z publika po prostu rządzą.

    Potem jest przerwa i parę soundtracków - musicalowych i filmowych - Night on Earth, The Bone Machine i to jest Waits, który postanowił zostac rockmenem, na szczęscie zrobił to jako stary facet a nie młody głupek i dlatego wyszły z tego fajne dźwięki, choć może trochę cmentarne i podszyte amerykańskim gotykiem a w 1993 nagrywa kolejne arcydzieło, czyli Black Ridera, którego znac mus. Cyrkowo-pogrzebowo-Musicallowa płyta, na której nie ma słabego kawałka, Waits drze się jak nigdy, a muzycznie miesza się tam wszystko, co tylko można wymieszać.

    Potem sa płyty z lat 90-tych, których nie lubią nawet fani Waitsa, bo na 3 albumach nagrał 50 kilka piosenek bez wyrazu, a na koniec trzypłytowe Orphans, które można potraktować jako przegąd najciekawszych kawałków, które nie zmieściły się na płytach, pochodzacych ze wszystkich okresów twórczości Waitsa.

    Podsumowując - Blue Valentine, Big Time, Black Rider koniecznie, Frank Trilogy na własną odpowiedzialność, Orphans idąc po najmniejszej linii oporu. dobre składaki, nie robione jako the best of - Bounced Cheks, The Early Years, Used Songs, Beautiful Maladies.

    Psmile
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • Gość: dymixx IP: 195.136.30.* 02.01.08, 14:20
    braineater napisał:

    Potem sa płyty z lat 90-tych, których nie lubią nawet fani Waitsa,
    bo na 3 albu
    > mach nagrał 50 kilka piosenek bez wyrazu

    a ja lubię zarówno "Mule Variations" jak i "Real Gone". "Alice" może
    trochę mniej.
    oczywiście trudno je porównywać z "Swordfishtrombone", bo są i mniej
    nowatorskie i mniej bogate brzmieniowo i chyba jednak słabsze
    od "frankowej" trylogii, ale Mark Ribot, jego gitarka i dziwne
    loopowo-samplowe sytuacje o dziwo pasują do klimatów Waitsa.
    a tak przy okazji to ciekawe, kiedy będę mógł sobie kupic w polskich
    sklepach reedycje "Rain Dogs" i "Frank's Wild Years", bo dawno temu
    załapalem sie jeno na "Swordfishtrombone".
  • Gość: tomek IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.08, 09:00
    braineater napisał:
    (..)
    w sumie niewiele, ale o ile przyjemniej się czyta, gdy w wątku jest
    coś więcej nad pustą wyliczankę kolejnych tytułów płyt. dzięki!

  • Gość: pszemcio1 IP: *.ingbank.pl 09.01.08, 15:59
    braineater napisał:

    Potem sa płyty z lat 90-tych, których nie lubią nawet fani Waitsa,
    bo na 3 albu
    > mach nagrał 50 kilka piosenek bez wyrazu,


    pfff, ja tam Real Gone lubie a Alice uwielbiam. Może dlatego żem nie
    fan
  • Gość: bohnia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.01.08, 14:45
    tom waits to klasyk - ale polecam jego płytę z kazikiem
    merlin.pl/frontend/browse/product/4,323885.html - na początek można
    odpłynąć. Kazik śpiewający piosenki Kurta Weila- to też jest fajne.
  • theagata 02.01.08, 19:53
    a ja polecam książkę "Wild Years. The Music and Myth of Tom Waits"
    Jay S. Jacobsa; idealnie się ją czyta słuchając np. "Orphans"

    --
    bawimy się
    bawimy ładnie lub nie
    www.terazrock.pl/user.php?UserId=213
  • weltire 06.01.08, 14:33
    Trudno dodać coś do tego, co wysmażył Marceli, ja tylko pozwolę
    sobie przekornie zauważyć, że najlepiej tą miłość zacząć właśnie od
    Trylogii o Franku. Pytanie tylko, jaki tytuł, postawię jednak
    na "Rain Dog's", która bywa określana najlepszą z całej dekady lat
    80. płytą rockową, a przez tuzy takie, jak Bono, PJ Harvey, jest
    ulubiona. "Swordfishtrombones" chyba jednak zbyt
    chropowata, "Frank's Wild Year's" za mroczna. Ale, ale - jest jedno
    ALE: każda z nich zawiera takie numery, że bardzo trudno się
    odczepić, idealne na grę wstępną. A później to już nawet w "Earth
    Dead Scriming" znajdziemy coś fascynującego.

    Dobrą książką jest natomiast "To fortepian jest pijany, nie ja",
    wydana przez Rock Serwis.
  • Gość: natalia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.01.08, 10:52
    Wolę Aisha & Delfin.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka