Dodaj do ulubionych

Mazurskie demony i inne stwory

08.01.08, 19:09
W tym wątku będę się dzielił informacjami na temat mazurskich
wierzeń - tych związanych z niezwykłymi istotami, duchami i
demonami. Siłą sprawczą jest tu oczywiście czytany właśnie "Tragarz
duchów", ale lektura przypomniała też i opowieści zasłyszane od
starszych, bądź rówieśników w dzieciństwie.
Jak kto ma podobne wspomnienia - zapraszam do komentowania. Wnioski
moje ogólne są takie, że pod tym względem Mazury są typowym
pograniczem, gdzie mieszają się różne wpływy - tu akurat germańskie,
czasem z naleciałościami jeszcze z dalszych stron, z mitami
Mazowsza, pewnie też nie bez wpływu pozostało dziedzictwo po
Prusach/Jaćwingach, coś od siebie wnieśli może i Litwini - w każdym
razie bogata się robi plejada różnych stworów raz strasznych, innym
razem pomocnych, czasem śmiesznych.
Edytor zaawansowany
  • ralston 08.01.08, 19:18
    Na początek zacznę od wilkołka. Nie, żeby może akurat najbardziej
    był dla Mazur charakterystyczny, czy też najczęściej spotykany ale
    dlatego, że akurat jeden przypadek odnotowano blisko Ełku, bo w
    Makosiejach pod Kalinowem, o ile mnie pamięć w tej chwili nie myli.
    Sprawa świeża, bo ktoś tam, kto historię spisywał w latach 30-tych
    ubiegłego stulecia nie używał pełnych nazw wiosek, tylko się
    literkami posługiwał. Tam chyba wciąż sąsiedzi się go bali.
    Wilkołek to w zasadzie to samo, co wilkołak - znaczy się od czasu do
    czasu zmieniał sobie postać ludzką na wilczą i hasał wtedy mordując
    na ten przykład sąsiadom inwentarz. Wilkołkiem można było zostać
    dziedzicznie - z ojca na syna, jeśli tylko ojciec przekazał
    odpowiednie zaklęcia (i nie pytajcie skąd znał je ojciec) ale też -
    uwaga! - zupełnie niewinnie i przypadkowo w czasie chrztu!
    Wystarczyło, żeby któreś z chrzestnych w czasie obrzędu o wilkołkach
    sobie myślało...
  • ralston 09.01.08, 13:34
    I co? Taki fajny temat zapodałem i nic? Żadnego zainteresowania?
    Spodziewałem się lawiny wpisów. Jak tak, to się obrażam i nie powiem
    Wam, że wczoraj dotarła do mnie zamówiona pierwsza część mazurskich
    podań ludowych (W cieniu zamkowej góry) i nie powiem, że jest tam
    kilka podań z ełckiego powiatu, w tym jedno dotyczące Bunelki.
  • luego 09.01.08, 13:45
    No przeciez przeczytalismy z zainteresowaniem.... :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 09.01.08, 13:59
    Skrytoczytactwo!
  • ralston 09.01.08, 17:10
    Wychodzi na to, że obrzęd chrztu był na Mazurach niebezpiecznym
    momentem, bo analogicznie jak w przypadku wilkołka można było zostać
    marą o ile tylko w trkacie chrztu, któreś z rodziców chrzestnych
    pomyślało sobie o marze.
    Mazurska mara przypominała słowiańską zmorę, z tą różnicą, że
    słowiańską marą można było zostać również i po śmierci na skutek
    nieszczęśliwej w skutkach pomyłki przy odmawianiu modlitwy przy
    zmarłym. Jeśli ktoś się przejęzyczył i zamiast 'zdrowaś Mario'
    powiedział 'zmoraś Mario' sprawa była przesądzona.
    Czym zajmowała się mara mazurska - a zupełnie jak jej odpowiednik
    nordycki, czy słowiański - w nocy dusiła człowieka, siadając mu na
    piersiach albo podobnie męczyła zwierzęta gospodarskie. Jeśli rano
    gospodarz wchodził do stajni i widział, że koń jest pokryty pianą
    jak po jakimś galopie - to był znak, że urzędowała tam w nocy mara.
    W mazurskiej wersji, mogła to być dusza kogoś z sąsiedztwa, kto się
    nawet nie spodziewał, że jest marą i rano wstawał jak gdyby nigdy
    nic do codziennych zajęć. No chyba, że w nocy został poturbowany
    przez kogoś znającego się na rzeczy (np. gospodarza, który wiedząc o
    tym, że jego zwierzę prześladuje mara mógł się zaczaić i lać batem
    obok bydlątka jak się tylko w nocy poruszyło, czy zasapało) - wtedy
    rano osoba będąca marą nie wiedzieć czemu czuła się obolała.
    Na marę był jeszcze jeden sposób - należało pod progiem położyć
    siekierę albo inny kawał żelaza. Wtedy zniechęcona odchodziła.
    Jeśli zaś obudziliśmy się w trakcie nocy będąc przez marę duszeni,
    należało ją zaprosić na rano na śniadanie. Wtedy odpuszczała...
  • ralston 09.01.08, 17:14
    I niech tylko nikt nie mówi, że w nocy duszności miał, astmy, czy
    inne tam bezdechy. To mara go dusiła. W moim przypadku na marę co
    prawda lepiej niż siekiera działa Otrivin - ale w końcu nie mieszkam
    już przecież na Mazurach...
  • ralston 11.01.08, 11:16
    Widział go chyba każdy, tylko czasem nie zdawał sobie sprawy co
    widzi. Lataniec to mazurska ewolucja słowiańkiego Latawca. Tyle, że
    wcześniej to był osobny demon z własnym rodowodem a u Mazurów już w
    czasach chrześcijańskich uważano go za pewien rodzaj diabła, który
    pojawiał się w postaci powietrznych wirów. I co nigdy nie
    widzieliście jesienią sterty liści, która nagle zawirowała w
    powietrzu? To znak, że lataniec na niej usiadł.
    Z latańcami spotkałem się też na Podkarpaciu, tylko że tam był to
    demon mokradłowo-bagienny odpowiedzialny za pojawianie się wieczorem
    i w nocy światełka na mokradłach, które zwodziło wędrowców, a kiedy
    podejmowali ucieczkę leciało za nimi (stąd nazwa) Miejscowi zaś
    dobrze wiedzieli, że to jednooki diabeł, któremu to oko się świeci i
    że podchodzić nie należy, bo choć skarbu pilnuje, to śmiałkowi,
    który by się nie zląkł spojrzeniem oczy wypali.
  • ralston 17.01.08, 11:25
    Tak więc w sumie lataniec też powinien trafić na listę podejrzanych
    w sprawie ukrywania tunelu pod jeziorem. W końcu zgadza się i
    środowisko występowania i fakt, że pilnował skarbów. A do tego
    wredota oczy wypalał!
  • luego 15.01.08, 08:59
    Czekamy na kolejne demonce! :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 15.01.08, 11:19
    Teraz to "czekamy" a przez sześć dni kto wyniosle ignorował wątek?
    Skrytoczytacze jedni!
  • luego 15.01.08, 15:03
    Jak ignorowal? Kto ignorowal? :P Nie obijaj sie, dawaj dalej!
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 15.01.08, 17:08
    Jaktokto? A wpisał się ktoś oprócz mnie od tamtego czasu?
    Monologować nie lubiem.
  • ralston 15.01.08, 17:16
    No dobra o topniku będzie. Topnik w innych stronach znany był jako
    topielec, utopiec, wodnik i temu podobnie. Jak widać Mazowsze do
    Mazurskiej kultury wniosło sporo.
    Topniki zamieszkiwały zawsze jakieś akweny. Własciwie każda rzeka,
    jezioro czy staw miały swojego topnika. Ba! Nawet niektóre studnie!
    Sam pamiętam z dzieciństwa jak babcia przed nim ostrzegała, żebym do
    studni nie zaglądał.
    Jak wyglądał topnik? Bywało z tym bardzo różnie. Często miał górną
    część ciała ludzką a dolną płetwiastą, czy wręcz rybią. Ale czasem
    można go było z człowiekiem pomylić tak bardzo mógł być doń podobny.
    Znana jest historia o rybakach, którzy pracowicie rozstawiali całe
    popołudnie sieci na jeziorze, po czym wieczorem wrócili na brzeg i
    rozpalili ognisko. Przez cały dzień obserwowali bawiącego się na
    brzegu chłopca, który teraz przyłączył się do nich i zaczął sobie
    skakać przez ogień. Rozzłościło to jednego z rybaków, który uderzył
    rózgą chłopca. Wtedy mały pobiegł w stronę wody i zniknął w toni
    jeziora. Rano zamiast ryb rybacy zastali wszystkie sieci dokumentnie
    porwane, choć żadnej burzy w nocy nie było. Ewidentnie był to wodnik
    i tylko dziw, że ludzie doświadczeni, jak rybacy, nie rozpoznali go
    od razu. A poznać można było po wodnistych oczach, zawsze obecnych
    śladach wodorostów i szlamu na ubraniu, czy błonach między palcami.
    Napotkać Topnika było rzeczą niebezpieczną, bo jeśli ktoś usłyszał
    jego trzykrotne klaśnięcie w dłonie, to utonąć musiał. A jak na
    kogoś zagiął parol, to go dopadł gdzieś przy wodzie nawet po latach
    i o swoje się upomniał.
    Topniki z reguły były złośliwe i nawet jak nie udawało im się
    napotkać człowieka, to przynajmniej sieci potargały, powywracały
    zacumowane łódki, albo po bezdeszczowej nocy rybacy znajdowali je
    rano wypełnione wodą.
  • luego 16.01.08, 08:52
    Topnik, tudziez topnica to moja faworytka. Sama jestem Wodnica. :)
    Nie mam szlamu na ubraniu, ale bywam zlosliwa i lodki przewracam!
    I niech mi nikt nie mowi, ze ten watek jest monologiem...
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 16.01.08, 09:02
    A Ryby się Ciebie słuchają? Jeśli tak, toś Wodnica bez wątpienia.
  • luego 16.01.08, 09:26
    Oczywiscie. Zwlaszcza te wyfiletowane. :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 16.01.08, 10:13
    Filet to mój ulubiony gatunek ryby.
  • ralston 16.01.08, 13:12
    W słowiańskiej mitologii rusałki to boginki zamieszkujące rzeki i
    jeziora, podobne do greckich nimf. To znaczy miały na ogół postać
    pięknych kobiet. Natomiast rusałka w wersji mazurskiej to
    najczęściej coś, co bardziej przypomina syrenę niż nimfę. To znaczy
    na wpół przecudnej urody kobieta, na wpół ryba.
    Kontakt z rusałką, zwłaszcza dla młodzieńców płci pięknej inaczej
    nie należał do bezpiecznych... Chociaż mawiało się, że kto zobaczył
    rusałkę trzykrotnie wyskakującą z wody i trzykrotnie klaszczącą w
    dłonie, ten miał gwarantowane szczęście do końca swego żywota.
    (czyli inaczej niż u topnika, gdzie trzykrotne klaśnięcie oznaczało
    pewną śmierć). Na ogół jednak rusałki zwabiały młodzieńców wdziękiem
    i śpiewem, tak, że ci bez pamięci podążali za nimi i tonęli w głębi
    jeziora, lub w nurcie rzeki.
    W innych stronach taki młodzieniec mógł się także zatańczyć na
    śmierć. W mazurskich podaniach takiej sytuacji nie znalazłem, ale
    skoro mazurskie nóg nie miewały, to i o taniec z młodzieńcem trudno.
    Skąd się rusałki brały? Otóż mogła nią zostać dziewczyna, której
    serce jeszcze nigdy nie kochało, a która napotkała korowód rusałek
    tańczących w świetle księżyca. Od tej chwili nie mogła już wrócić do
    rodziny i sama stawała się rusałką. I tylko nie pytajcie skąd się
    wobec tego wzięła pierwsza rusałka...
    U Słowian w dawnych czasach, pierwszy tydzień maja był poświęcony
    rusałkom. W tym czasie nie wolno było pracować a jedynie odpoczywać
    i pływać. Był to czas kiedy po raz pierwszy w roku można było pływać
    bezpiecznie. Rusałki w tym czasie wychodziły na brzeg i
    przesiadywały na gałęziach jaworów. Teraz zamiast tego mamy długi
    weekend majowy. Tylko nikt już nie pamięta, że to na cześć rusałek ;)

    I tu rzecz najciekawsza, będąca być może kluczem dla wyjaśnienia
    nieudanych Maniowych poszukiwań tunelu pod jeziorem. Otóż istniała
    odmiana rusałek, zwanych brzeginiami. Co prawda w mazurskich
    opowieściach ich śladów nie widać - ale to może być wyłącznie efekt
    tego zerwania ciągłości historyczno-kulturowej Mazur po wojnie i
    niewielkiej liczby zachowanych i spisanych podań. Na Mazowszu były
    dobrze znane a Mazurzy wszak z mazowieckiego osadnictwa się w
    głównej mierze brali - nie sposób więc, żeby o brzeginiach nie
    słyszeli... Dlaczego akurat brzeginie nas w szczególny sposób będą
    interesować? Ano dlatego, że są wzmianki o tym, że bywały
    strażniczkami skarbów! Jeśli więc jakiś skarb został był w tunelu
    ukryty, na co może wskazywać legenda o biednym chłopie i kulawym
    żebraku, którzy jakiś skarb przy moście wykopali, to tego
    skarbu/tunelu mogą strzec właśnie brzeginie! I temu tunelu odnaleźć
    się nie udaje.






  • ralston 16.01.08, 13:29
    Wychodzi mi na to, że zamiast wykrywaczy metali, georadarów i temu
    podobnych - wystarczyłby jakiś szpraj na rusałki i zwykły szpadel do
    odkopania.
  • luego 16.01.08, 13:37
    No ja Ci dam sprej na rusalki!!! (to grozba a nie obietnica)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 16.01.08, 14:15
    Ha! Myślisz, że jako kobieta jesteś bezpieczna, bo rusałki tylko
    młodzieńców prześladowały? To uważaj i przypomnij sobie, czy nie
    zdarzyło Ci się pracować w długi weekend majowy...
  • luego 16.01.08, 14:31
    Nie zdazylo... Ale raz mialam wtedy wypadek, innym razem ewakuowali
    pociag z powodu bomby, a jeszcze innym... Myslisz, ze to dlatego?
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 16.01.08, 14:51
    No trudno mi uwierzyć w to, żebyś nigdy w pierwszy tydzień maja,
    czyli Tydzień Rusałek nie pracowała. A mówi się, że kobietom, które
    wtedy pracują, rusałki mogą krzywdę czynić.
    Nie wiem, czy to może być bomba czy spowodowanie wypadku, ale w
    spreja na rusałki warto się zaopatrzyć.
  • ralston 17.01.08, 12:02
    Skąd się koboldy wzięły na Mazurach, powiedzieć ciężko. Bo demon ten
    znany jest raczej wśród niemieckich górników. W Niemczech zachowały
    się nawet nazwiska najbardziej znamienitych koboldów, takich jak
    Chimmeken, czy król Goldmar. Należy przypuszczać, że przywieźli go z
    sobą mazurscy chłopi, którzy wyjeżdżali za chlebem m.in. w rejon
    Zagłębia Ruhry. Prawdopodobnie tam zetknęli się z nimi i tą drogą do
    mazurskiego folkloru przeniknęły te stwory.
    Wśród braci górniczej powszechna była wiedza, że koboldy to złośliwe
    karzełki, które niezwykle sprawnie poruszają się pod ziemią.
    Praktycznie z taką łatwością, z jaką człowiek porusza się na jej
    powierzchni. Złośliwość koboldów, poza różnymi, drobnymi psikusami
    robionymi górnikom polegała na tym, że strzegąc podziemnych skarbów
    podmieniały złoto i srebro na bezwartościowe (wówczas!) - nikiel,
    wolfram i kobalt (notabene kobalt swą nazwę w oczywisty sposób
    bierze od koboldów).
    Jak wyglądał kobold? Tu relacje bywają przeróżne. Niektórzy
    twierdzą, że jest w ogóle niewidzialny. Ci którzy widzieli koboldy
    mówią, że wyglądają jak mały człowieczek nie większy niż
    czteroletnie dziecko, tylko z nienaturalnie dużą głową i szerokimi
    ustami (stąd powiedzenie - śmiać się jak kobold), inni mówią, że to
    raczej szkaradna postać o czarnej skórze a jeszcze inni - że kobold
    wygląda zupełnie jak małe dziecko i może mieć blond włosy i
    niebieskie oczy. Są i tacy, którzy twierdzą, że kobold może
    przybierać postać zwierzącą a także ognistą. Ta ostatnia jest o tyle
    ciekawa, że widywana była głównie w locie - jako smuga ognia. Jeśli
    kto zręczny takiego kobolda ugodził w locie jakimś żelazem mógł
    zdobyć skarb, gdyż wtedy najczęściej przenosiły one kruszce z
    jednego ukrycia do drugiego.
    Jako, że na Mazurach kopalnię znaleźć jest trudniej niż skarb to i
    koboldy musiały się zadomowić bliżej ludzkich siedzib. U Mazurów
    częściej był to synonim skrzata, czy krasnoludka. I miast złośliwym,
    bywał pomocny gospodarzom o ile tylko był dobrze traktowany.
    Zostawał wtedy nawet kimś w rodzaju domownika.
  • ralston 17.01.08, 12:49
    Chyba nie muszę dodawać, że kobold nam urasta do roli głównego
    podejrzanego a aferze tunelowej?
  • luego 17.01.08, 14:19
    Nie musisz. :) Notabene, IV RP juz sie skonczyla, wiec nie musisz
    wszedzie wietrzyc afer, Rals. :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 17.01.08, 14:25
    Ja nie muszę wietrzyć. Ja po prostu wiem. Był tunel - a znaleźć nie
    można. Znaczy ktoś zap... ożyczył. Inaczej Manio by go do tej pory
    odnalazł. Znaczy jest afera. Ja tylko buduję wąską listę
    podejrzanych...
    Tunel jest pod ziemią i kobold jest pod ziemią. Skoro potrafi srebra
    na nikiele i kobalty pozamieniać, to co takiemu cały tunel zamienić
    na.... eeee... ten... no... no na brak tunelu!
  • luego 17.01.08, 14:35
    Ale ja sie boje, ze ta lista moze nie miec konca. A co gorsza - sa
    na niej wylacznie postaci, jakby to rzec, nie do konca wyrazne. :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 17.01.08, 14:56
    Chciałaś powiedzieć, że mętne?
  • luego 17.01.08, 15:13
    No metne jak cholera. Zreszta wiekszosc z nich jest przeciez
    wytytlana w blocie.
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 17.01.08, 15:25
    No tak. Ale nie wszystkie - kłobuki, alfy, podziomki, kautki na ten
    przykład - niekoniecznie.
  • luego 17.01.08, 15:33
    No ale przeciez my ich nie znamy, bo jeszcze o nich nie
    napisales!!! :(
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 17.01.08, 16:14
    Cierpliwości. Jeszcze kiedyś będzie i o nich.
  • luego 06.02.08, 08:42
    Wyciagam do gory. No czekamy...
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 06.02.08, 09:03
    Cierpliwość wielką cnotą jest...
  • ralston 06.02.08, 09:07
    Ale nie zawsze bywa wynagradzana...
  • ralston 06.02.08, 09:10
    W końcu chyba nikt nie oczekuje sprawiedliwości na tym świecie...
  • luego 06.02.08, 09:51
    Bardzo brzydko, Rals. A znasz zasade: nie draznij psa, bo
    ugryzie? :))
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 06.02.08, 09:56
    Tego się właśnie obawiałem. Ledwie się człowiek odezwie a już mu
    chcą jesień śrdniowiecza urządzać...
  • luego 06.02.08, 10:04
    Nie jesien, nie jesien, tylko wiosne. Postraszyc zawsze mozna. Kto
    wie, moze zadziala? :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 06.02.08, 10:05
    No dobra będzie dziś o kłobuku - ale nie na raz, bom zarobiony jest
    okrutnie...
    --
    Tea Time Zapraszam :)
  • marcotills 06.03.08, 21:31
    Idzie sobie gajowy Marucha przez las i patrzy, a tu pod krzakiem, "w
    kucki" Witzki sobie siedzi...
    Gajowy grzecznie zapytal:
    - Co robicie Witzki ?
    - Sram...
    - A portki ???
    - O Jezusicku !!!
    --
    Ahoj:-)))
    --
    marco the seaman
  • ralston 06.02.08, 10:07
    Kłobuk na Warmii i na Mazurach był początkowo demonem opiekuńczym,
    związanym z ogniskiem domowym. Czyli w zasadzie podobnie jak kobold
    przypominał słowiańskiego domowika, z tym, że tamten bywał
    najczęściej duszą któregoś z przodków a kłobuk był raczej duszą
    dziecka, które rodziło się już martwe. Z czasem w miarę rozwoju
    protestantyzmu na Mazurach zaczęła wzrastać religijność Mazurów i
    kłobuki, podobnie zresztą jak niemal wszystkie dotychczas znane
    demony zaczęto utożsamiać z diabłem. Tak więc kłobuk z przełomu XIX
    i XX wieku to już postać, którą najłatwiej poznać po wystających
    spod spodni kopytach i ukrytych pod kapeluszem rogów.
  • luego 06.02.08, 10:19
    Aaaaaaaaa! Dobrze ze nie czytam tego noca... :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 06.02.08, 10:46
    Nienerwowo - przyjdzie czas i na odcinek wieczorny. O kłobukach dużo
    mam...
  • ralston 06.02.08, 10:47
    Tak się zastanawiam, czy kapelusz nie był czasem od zawsze elementem
    nieodłącznie z kłobukiem związanym, bo w staropolskim słowo "kłobuk"
    oznaczało właśnie nakrycie głowy a do dzisiaj nasi południowi
    sąsiedzi mówią na kapelusz "klobouk", a Słoweńcy "klobuk" - o
    dolnołużyckim "kłobyk" nawet nie wspomnę. Natomiast w niektórych
    mazurskich wioskach, tam gdzie dominował język niemiecki a nie
    polski kłobuki były też nazywane alfami. Tak więc alf i kłobuk to
    jedno i to samo.
  • luego 06.02.08, 10:57
    A moze klobuk to nawet alfa romeo? :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 06.02.08, 12:26
    Kłobuki w legendach mazurskich można napotkać w różnych rolach.
    Czasem będą to diabły bezwzględne - siejące spustoszenie, próbujące
    zburzyć za pomocą wielkich polodowcowych głazów burzyć budowane
    kościoły. Jak zresztą wytłumaczyć obecność wielkiego głazu w środku
    wsi, czy lasu, jak nie tym, że diabeł go porzucił? - kto by tam
    podejrzewał jakieś lodowce o taką robotę… Na takich głazach diabły-
    kłobuki lubiły pozostawiać odcisk swego kopyta - najczęściej w
    gniewie, kiedy zostały oszukane przez sprytnych mazurskich chłopów.
    Każde z Was pewnie wskaże na Mazurach taki kamień ze śladem
    odciśniętego kopyta. Sam taki oglądałem niedaleko Kruklanek
    k/Giżycka. W tej roli kłobuki kusiły ludzi po to, żeby później
    porwać ich dusze do piekła. Oczywiście nie za darmo - bo najpierw
    musiały sobie na taką duszę nieraz bardzo solidnie i długo
    zapracować...
  • ralston 06.02.08, 12:59
    Zjawiały się wtedy, gdy ktoś przeklął w złej doli, albo same szukały
    tych, których im się w życiu nie wiedzie i obiecywały tę dolę
    odwrócić. Oczywiście - w zamian za duszę. Ale czasami udawało się
    Mazurom kłobuka oszwabić. Znana jest opowieść o chłopie Witzkim,
    któremu się nie wiodło, inwentarz mu padał, ziemia słabo rodziła.
    Kiedyś w rozpaczy, po tym, jak padła mu ostatnia krowina zaklął
    szpetnie wzywając diabelskiego imienia. Na to wezwanie natychmiast
    zjawił się kłobuk i obiecał wszystkie nieszczęścia odwrócić w zamian
    za podpis złożony krwią na pewnym dokumencie i tu podsunął Witzkiemu
    pewien pergamin. Ten z ciekawości tylko, czy też z desperacji
    wielkiej chciał na pergamin zerknąć, ale kiedy brał go do ręki
    kropla krwi sama spadła mu z dłoni na dokument. Od tej pory zaczęło
    się Witzkiemu powodzić. Świnie mu się prosiły, krowy cieliły a
    kobyły źrebiły na potęgę. Zboże na polu rosło jak nigdy i jak nikomu
    w całej okolicy się nie udawało, tak Witzkiemu zawsze. Jak Witzki
    obsiewał piachy, to przychodził rok mokry, jak siał na bagniskach,
    to przychodziła susza - żeby zbiory i inwentarz pomieścić - zmuszony
    był rozbudować szopy i spichlerze - wybrał się więc do lasu po
    drewno. Kiedy jednak stanął wozem na porębie - napotkał znajomego
    sprzed lat, który niecierpliwie już przebierał kopytami a w ręku
    miał zszargany już nieco pergamin...
  • ralston 06.02.08, 14:54
    - No Witzki - pora się rozliczyć z kontraktu, oznajmił przybysz.
    Na to Witzki, widząc że to nie przelewki zaczął się wykręcać. Że on
    nic nie podpisywał, że ta krew na pergaminie, to nie może być jego,
    tylko pewnikiem tej krowy, co to wtedy padła. Rozsierdziło to
    kłobuka, ale nie dał po sobie poznać, tylko złożył chłopu
    następującą propozycję: Dobrze, mówi - możesz mi teraz kazać wykonać
    trzy dowolne zadania. Jeśli je zrobię wszystkie - pójdziesz ze mną
    do piekła, jeśli któremuś nie podołam - odejdziesz wolny. Rad nie
    rad Witzki musiał wymyśleć coś, czemu bies by nie podołał, ale ze
    strachu i myśleć ciężko, kiedy serce do gardła podchodzi. Pierwsze
    co mu przyszło do głowy to kazać diabłu załadować cały wóz drewnem,
    nim pięć razy zdąży klasnąć w dłonie. Nim jednak zdążył ręce
    rozewrzeć po czwartym klaśnięciu wóz stał już cały wyładowany
    drewnem. Witzki zaczął się rozpaczliwie rozglądać na boki, szukając
    pomysłu na zadanie niemożliwe do wykonania dla kłobuka.
  • ralston 06.02.08, 16:00
    - Widzisz diable ten wielki głaz - tam na skraju polany? Rozetrzyj
    mi go w proch nim pięć razy klasnę! Ale co to było dla kłobuka,
    który już rozgrzany po pierwszym zadaniu i napędzany wizją rychłego
    pozyskania duszy dla piekła tylko się zaśmiał złośliwie. Zanim
    zdążył Witzki klasnąć huknęło tylko a po wielkim głazie został tylko
    kurz w powietrzu. I tu biednemu chłopu strach tak wielki w oczy
    zajrzał, że całkiem mu myśli sparaliżował a co gorsza, nagle poczuł,
    że ze strachu musi się na chwilę oddalić bo w przeciwnym razie
    portki będą do prania. Przeprosił więc diabła i udał się kucnąć za
    pobliski krzaczek...

    I w tej niewygodnej pozycji będziemy musieli Witzkiego na chwilę
    zostawić. Ciąg dalszy wkrótce.
  • luego 07.02.08, 08:20
    Biedny Witzki... mam nadzieje, ze nie bedzie kucal zbyt dlugo, bo
    inaczej nabawi sie hemoroidow. :)
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 07.02.08, 10:30
    Albo go gajowy Marucha dopadnie. Bez obaw. Witzki to spryciarz.
    Powinien sobie poradzić. Zresztą wtedy przychodzą mu do głowy
    najlepsze pomysły. co się zresztę w niedługim czasie okaże :)
  • luego 07.02.08, 11:01
    Pan Sulek... Rozmarzylam sie... :)
    Notabene, w takiej pozycji, zwykle znajduje sie najpiekniejsze i
    najbardziej okazale prawdziwki!
    --
    Pienso luego existo :)
  • ralston 07.02.08, 11:08
    No więc jak się okazało - jak się człowiek skupi (tutaj nawet
    dosłownie) to mu najlepsze pomysły do głowy przychodzą. Tak i Witzki
    doznał nagłego olśnienia... Wstając zza krzaka rzucił kłobukowi: -
    widzisz te smużki smrodu za krzaczkiem? Zwiąż mi je wszystkie w
    supełki. Tego diabeł uczynić nie potrafił. Ale mimo wielkiej
    wściekłości nic uczynić nie mógł. Kłobuki mazurskie były bardzo
    honorowe i danego słowa dotrzymywały. Musiał więc zostawić chłopa w
    spokoju - i tym sposobem Witzkiemu udało się diabła przechytrzyć.
  • marcotills 06.03.08, 21:02
    luego napisała:

    Pan Sulek... Rozmarzylam sie... :)
    Notabene, w takiej pozycji, zwykle znajduje sie najpiekniejsze i
    najbardziej okazale prawdziwki!
    --
    Nie dziwota, ze sie rozmarzylas, bo w takiej pozycji zakonnica
    zbierajaca grzybki, dosiadla gajowego Maruche, ktory ukryl sie pod
    sciolka lesna wystawiajac do gory jeno prawdziwka :P

    --
    marco the seaman
  • ralston 07.02.08, 11:25
    Inna historia dotyczy trzech młodzieńców, których kłobuk przy grze w
    karty dopadł. Kłobuki zresztą gry karciane uwielbiały, bo wiele się
    przy nich przekleństw sypało a to miód był na kłobucze uszy. W
    każdym razie coś tam kłobuk młodzieńcom obiecał i swego dotrzymał,
    ale jakiś czas później zdybał ich znowu razem we trzech i upomniał
    się o ich dusze. A trzeba wiedzieć, że wśród młodzieńców był krawiec
    Żyd, ale przechrzta i do tego chyba dość gorliwy chrześcijanin
    (pokłosie natężonej pracy ewangelizacyjnej luterańskich pastorów).
    Ten majątku otrzymanego od diabła nie przehulał, ale przeznaczył na
    budowę kościoła. Z przerażeniem patrzył jak diabeł porywa jego
    towarzyszy po tym, jak dali mu zbyt łatwe zadania do wykonania. Sam
    jednak oprzytomniał w porę i sięgnął do swej krawieckiej torby...
  • marcotills 06.03.08, 21:08
    i zaskakiwal "od tylu" kobiety, ktore o poranku krowy doily...
    Czytalem o tym kiedys w ksiazce Zbigniewa Nienackiego: "Raz w roku w
    Skirolawkach"
    --
    marco the seaman
  • marcotills 06.03.08, 21:12
    straszyl tu kiedys ale ostatnio sluch o nim zaginal...
    Pewnie odcieli go od netu albo kompa musial do lombardu oddac, bo
    czasy niewesole, a zyc z czegos trzeba... ;-)
    --
    marco the seaman
  • andrzejwuzel 07.03.08, 10:45
    mógł też biedaczek wyemigrować do Danii za chlebem :)))

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka