Dodaj do ulubionych

Wakacyjny konkurs - Skarbnica wiedzy

28.08.06, 10:28
Zapraszamy do udziału w konkursie na relacje z wakacji. Napiszcie gdzie warto
jechać, co zobaczyć, jakich miejsc unikać i dlaczego. Nagrodą w konkursie jest
aparat cyfrowy Olympus MJu 720 SW.

Zadanie konkursowe polega na opisaniu na tym forum, historii zawierającej
wiele przydatnych dla innych turystów informacji dotyczących miejsca
odwiedzonego przez Was w czasie wakacji.

Konkurs trwa od 28 sierpnia 2006 roku do 10 września 2006 roku.
Szczegółowe informacje na jego temat znajdują się na
Stronie konkursu.
Edytor zaawansowany
  • iowka 29.08.06, 12:00
    Przygotowania do wyjazdu rozpoczęliśmy prawie pół roku wcześniej. Wybór miejsca
    wakacji dokonany został tuż po wakacjach w roku 2005. Zwiedziliśmy wtedy piękne
    okolice Muszyny i wtedy już postanowiliśmy, że kolejny rok poświęcimy
    zwiedzaniu Słowacji, a dokładnie Słowackiego Raju. Dlaczego? Kochamy góry.
    Tylko wakacyjne wędrówki po górach pozwalają nam na relaks i odpoczynek.
    Odwiedziliśmy wiele miejsc gór Polski, tym razem postanowiliśmy przekroczyć
    granice nasze kraju. Zdecydowaliśmy. Wakacje roku 2006 spędzimy w Słowackim
    Raju.
    Od chwili podjęcia decyzji o wyjeździe trudno nam było czekać na kolejny urlop.
    Heh, setki przejrzanych stron, zdjęć, relacji osób, które już odwiedziły to
    miejsce. Każda nowa wypowiedź przekonywała nas, że dokonaliśmy dobrego wyboru.
    W lutym 2006 roku rozpoczęliśmy poszukiwania miejscowości w której zatrzymamy
    się. To było naprawdę trudne. Wcześniej nie byliśmy w tym miejscu.
    Przekopaliśmy kupę stron internetowych, przeczytaliśmy setki rad i porad
    zamieszczonych na przeróżnych forach. Koniec marca/początek kwietnia był czasem
    gdy już wiedzieliśmy co chcieliśmy wiedzieć:
    - miejscowość w której będziemy wypoczywać – Smiżany bądź Hrabusice
    - kwaterki wynajmujemy jedynie u rodowitych Słowaków
    - nie zadawać się z Cyganami.
    Tak, to nie żart na 10 osób 9 przestrzegało nas przed Cyganami. I to był jeden
    z podstawowych kryteriów podczas poszukiwania kwatery.
    Wreszcie udało się. Pod koniec kwietnia zarezerwowaliśmy kwaterę poleconą przez
    Polaków w miejscowości Hrabušice, u pana Ivana Kleina. Warunki podobno miały
    być w porządku, właściciele też, i co najważniejsze – rodowici Słowacy. Byliśmy
    uradowani, że wszystko potoczyło się tak fajnie. Rozmowy i rezerwacje z p.
    Kleinem przebiegły bezproblemowo. Czekaliśmy już tylko na początek lipca i
    wyjazd na urlop.
    Nadszedł ten dzień. Spakowany samochód, przewodniki, mapy, ubezpieczenia
    zdrowotne (NFZ) i dodatkowe w PZU, ubezpieczenie samochodu, wszystko, co
    mogłoby nam się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. Nadszedł ten dzień.
    Wyruszyliśmy. Długa droga przed nami. Z Białegostoku do Hrabušic drogę
    pokonaliśmy z noclegiem w Krakowie. 1 lipca 2006 przekroczyliśmy granicę
    Polski. Nie mogliśmy się doczekać, a do przejechania mieliśmy jeszcze ok. 60km.
    Jechaliśmy i podziwialiśmy piękne widoki, góry, góry, góry. Coś wspaniałego.
    Przejeżdżaliśmy też przez miasta, które systematycznie dopisywaliśmy do listy
    miejsc, które należałoby zwiedzić podczas planowanego dwutygodniowego pobytu w
    Słowackim Raju.
    Dojechaliśmy. Hrabušice. Wjazd do miejscowości okupowany był przez Cyganów,
    którzy oferowali miejsca noclegowe. Jednak my – ku przestrodze innych, nawet
    nie zatrzymywaliśmy się. Po prostu baliśmy się, jak wilka i baby Jagi z bajek z
    lat dziecinnych. A widać było zarówno Cyganów bogatszych, jak i tych, którzy
    klepią biedę.
    Wyciągnęliśmy karteczkę z adresem i zaczęliśmy szukać naszej kwaterki. Po ok. 5-
    7 minutach znaleźliśmy. Domek jak na zdjęciu – wszystko jak miało być.
    Uradowani wyszliśmy z samochodu i zadzwoniliśmy do bramki.
    Właściciel przywitał nas bardzo mile i od razu zaproponował, że zamiast u niego
    proponuje nam nocleg u swojej matki, która mieszka dom dalej. Warunki –
    identyczne. Ok., zgodziliśmy się obejrzeć domek. Heh i tu nasz entuzjazm opadł.
    Dom ogólnie sprzątnięty, ale chyba sprzątnięty tuż przed naszym przyjazdem. Bez
    kurzu, ale widać było miejsca zaniedbane, jak to bywa u starszych ludzi.
    Byliśmy zaskoczeni i … głodni. Właściciel widział chyba nasze zaskoczenie i aby
    nas zachęcić powiedział, że spuści nam cenę noclegu na 180 SK. Tu niestety nie
    wytrzymaliśmy. Wypomnieliśmy, iż telefonicznie właśnie na taką cenę umawialiśmy
    się, więc to nie jest dla nas żadna zachęta. Poza tym każda nasza rozmowa
    dotyczyła dwóch osobnych dwuosobowych pokoi, a tu na miejscu dostaliśmy do
    wyboru pokój pięcioosobowy, bądź dwa dwuosobowe, ale przechodnie. Szok. Niezły
    początek urlopu.
    Powiedzieliśmy, iż ostateczną decyzję podejmiemy, gdy dojadą jeszcze pozostali
    uczestnicy wyjazdu. Zostawiliśmy samochód na podwórku i poszliśmy posilić się.
    Ponieważ do miejsca, w którym chcieliśmy się posilić mieliśmy ok. 7-10 minut
    spacerkiem, postanowiliśmy po drodze zajść i zobaczyć warunki w innych
    kwaterach. I co się okazało? W innych miejscach cena była nieznacznie niższa,
    bądź wyższa, warunki o niebo lepsze. Niestety większość była zajęta bądź
    zarezerwowana. No nic, tak bywa czasami.
    Tuż przed miejscem, w którym chcieliśmy się posilić zauważyliśmy dom, przed
    którym na bramce wisiała informacja o kwaterach. Postanowiliśmy zajść i
    zobaczyć, tym bardziej, że informacja była także w języku polskim.
    Zadzwoniliśmy do bramki. Drzwi do mu otworzyły się i … pojawiła się w nich
    Cyganka. Hm, zdziwienia nasze wręcz sięgnęło zenitu, ale staraliśmy się nie dać
    tego poznać po sobie. Zapytaliśmy o cenę – 250 SK za osobą. Hm, trochę dużo,
    więc powiedzieliśmy, że dziękujemy. Ale osoba rozmawiająca z nami nie dawała za
    wygraną, powiedziała, że może spuścić cenę. Hm, nie byliśmy zdecydowani, ale
    powiedzieliśmy, że obejrzymy co mają nam do zaoferowania. Jakież było nasze
    zdziwienie, gdy zobaczyliśmy pokoje. Komfort nieporównywalny. Mieliśmy tylko
    jedną obawę – to byli Cyganie. Powiedzieliśmy więc, że nam podoba się i jak
    przywieziemy znajomych, to razem obejrzymy i podejmiemy decyzję.
    Trudna decyzja. Co robić. Ciągle w głowie mieliśmy przestrogi innych osób. No
    nic, posililiśmy się i pojechaliśmy do Popradu oddalonego o 10 km od Hrabušic
    odebrać kompanów naszych wojaży. W drodze opowiedzieliśmy im całą historię i
    postanowiliśmy od razu razem zajechać do kwaterki u Cyganów. Spodobało się.
    Porozmawialiśmy i wspólnie podjęliśmy decyzję o tym, iż zaryzykujemy. Panu
    Kleinowi grzecznie podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że znaleźliśmy dwa
    dwuosobowe pokoje, jak chcieliśmy i tam zatrzymamy się. O dziwo p. Klein nie
    miał żadnych pretensji. Czyżby postępował tak z większością turystów,
    proponując im coś, czego nie ma? Tego nie wiemy, ale my zawiedliśmy się i
    postanowiliśmy znaleźć sobie coś, co by spełniało nasze oczekiwania. Zabraliśmy
    rzeczy i przenieśliśmy się kilka domów dalej.
    Byliśmy już tak zmęczeni tym pierwszym dniem urlopu, że tylko kąpiel i sen
    mogły poprawić nam humor.
    W kolejnych dniach pobytu zaczęliśmy zwiedzanie Słowackiego Raju i okolic:
    przełom Hornadu – szlak biegnie raz jednym raz drugim brzegiem Hornadu
    przechodząc przez liczne mostki, punkt widokowy Tomášovský výhľad, w kształcie
    skalnej półki zawieszonej nad Hornadem, wąwozy Kláštorská roklina, Vyšny, Malý
    i Veľký Kyseľ , Piecky, Sokolia Dolina, Suchá Belá, Veľky Sokol, każdy z nich
    wyróżniający się szczególnymi widokami wodospadów, i jak każdy posiadający
    przejścia po drabinach, mostkach, stopniach przy asekuracji łańcuchów. Nie
    można także pominąć okolicznych miejscowości wartych poświęcenia choć chwili na
    ich zwiedzenie i obejrzenia ich licznych zabytków, m.in.: Spišská Nová Ves,
    Spišský Štvrtok, Betlanovce, Kežmarok, Levoča, Poprad, Vrbov (słynne baseny
    termalne), Spišské Podhradie, Spišský hrad – przepiękny zamek i oczywiście
    Dobszyńskej Lodowej Jaskinii (Dobšinská ľadová jaskyňa).
    Było wspaniale. Po kilku dniach pobytu nasza kwatera zapełniła się naszymi
    rodakami. Polacy widząc na podwórku rodzime rejestracje za wszelką cenę chcieli
    mieszkać w naszej kwaterze. Było nas tak wielu, że Renata (właścicielka)
    odstąpiła nawet swoje apartamenty turystom. Nasze obawy związane z Cyganami z
    dnia na dzień stawały się coraz mniejsze. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu
    wieczorami, rozmawialiśmy, śmieliśmy się. Było wspaniale. Renata czasami
    piekła „czerstwe” ciasto i nas częstowała. W dzień wędrowaliśmy szlakami,
    zwiedzaliśmy miasta, wieczorem kwaterowicze zbierali się za domem, wymieniali
    wrażenia, p
  • Gość: g.p. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.09.06, 15:35
    Ja tez spędziłam urlop w Słowackim Raju. Też parę miesięcy wstecz
    zarezerwowałam pokój w miejscowości Hrabusice u Pana Petera Repki. I co sie
    okazało po przyjeździe na miejsce - wolnego pokoju brak!!!!!Polecił nam swoja
    sąsiadkę, a że były to jedne z ładniejszych sierpniowych dni wszystkie kwatery
    były zajęcte, a nasz pobyt trzydniowy to niewielu chciało na dwie noce przyjąć
    na kwaterę. Widocznie zwyczaj u nich taki że rezerwują wszystkim a poźniej
    rozsyłaja po znajomych, gdzie komfort odbiega od tego co widać było na zdjęcia
    podczas rezerwacji.
  • iowka 29.08.06, 12:05
    poznawaliśmy siebie, po prostu było obdlotowo. Oczywiście każde wieczorne
    spotkanie umilała nam właścicielka z rodziną. Ekstra pobyt. Nikt mi teraz nie
    wmówi nic na temat ludzi innego pochodzenia. Nie każdy jest taki jak pozostali.
    Cygan nie jest równy Cyganowi. Polak nie jest równy Polakowi. Anglik nie jest
    równy Anglikowi. Słowak nie równy Słowakowi. Ludzie to są ludzie. Zanim ich nie
    poznasz, nie oceniaj ich.
    Jeśli jeszcze kiedykolwiek wybiorę się do Słowackiego Raju – na pewno nocleg
    spędzę u Renaty. I bez żadnych już oporów zostawię gotówkę w pokoju, samochód
    na podwórku. A warto wspomnieć, że turystyka w Hrabušicach rozwija się z roku
    na rok. Renata kończyła w tym roku budowę nowych kwater do wynajęcia. Luksus
    nie z tej ziemi. Oglądaliśmy nowe powstałe kwatery, które już w następnym roku
    na pewno przyciągną mnóstwo turystów. Komfort na bardzo wysokim poziomie.
    Apartamenty z własnymi łazienkami, wszystko nowe. Naprawdę warte polecenia. Na
    pewno skorzystamy kiedyś z tego .
    To były naprawdę wspaniałe wakacje i pełne nowych doświadczeń. Warto było
    przeżyć tak okrutny pierwszy dzień urlopu, aby w kolejnych poznawać nową
    kulturę, zwyczaje. Naprawdę warto. Jedna rada – jeśli nie znasz zaprzyjaźnionej
    kwatery, najlepiej znajdź ją na miejscu. Zawsze uda się coś znaleźć, nie trzeba
    tylko zniechęcać się i szukać .
  • samuel2006 04.09.06, 00:49
    SAFARII, SYBIR I SFINKS

    W przewodniku wyraźnie było napisane, żeby po dojściu do ostatniego punktu
    widokowego wrócić tą samą trasą, którą się przyszło. Każdy normalny człowiek
    zrozumiałby, że znaczy to tyle samo, co cofnąć się. Każdy. Pod warunkiem, że
    przeczytałby ulotkę z mapką przed wejściem do Skalnego Miasta, a nie.... po
    powrocie z niego.


    Tym samym krótka (według papierowego przewodnika 6. kilometrowa) podróż
    czterosobowej grupy, urosła do rangi wielogodzinnej wędrówki między skałami,
    bez żywego ducha po drodze, bez zapasu wody i żywności. W perspektywie mieliśmy
    odnalezienie samochodu pozostawionego na parkingu. Problem tkwił w tym, że -
    jak się później okazało - parking ten znajdował się 30 kilometrów… wcześniej.
    A że mądry Polak po szkodzie, więc z tym moralizatorskim akcentem apeluję, by
    czytać (a nie oglądać) mapy i przewodniki. W przeciwnym razie można zasłynąć
    jako kolejna para Polaków, którzy zagubili się w Skalnym Miasteczku w Czechach
    (czytaj: a jednak nie ma rzeczy niemożliwych).
    Żeby było śmieszniej, cały czas trzymaliśmy się szlaku. A właściwie kilku
    szlaków, które co chwila łączyły się i mieszały ze sobą. W końcu wyznaczyliśmy
    sobie własny tor poruszania, który wyprowadził nas co prawda ze Skalnego
    Miasta, ale na szczyt jakiejś bliżej nieokreślonej górskiej polany. Tutaj
    dopadł nas pesymizm i szlag razem wzięci. Ten ostatni o mało nas nie trafił.
    Do parkingu dotarliśmy bardzo późną, wieczorową porą. A że nie ma tego złego,
    co by na dobre nie wyszło, parkingowy już spał więc zaoszczędziliśmy 50 koron
    za postojowe. Nic nie płacąc, odjechaliśmy. Uwaga: kolejny raz ten numer nie
    przejdzie.

    Wbrew temu…
    … co powyżej - Skalne Miasta w Ardspachu i Teplicach nad Metuji to miejsca,
    które naprawdę warto zobaczyć. Znakomity pomysł na krótki weekendowy wypad, lub
    wakacyjny wyjazd tuż za granicę polsko-czeską. Obydwie miejscowości znajdują
    się w odległości około 15 km od przejścia granicznego. Bardzo łatwo tam trafić
    nawet mało doświadczonym kierowcom.
    Trasa prowadzi z Bełchatowa na Wrocław, Wałbrzych i prosto na przejście
    graniczne w miejscowości Nahod. Stamtąd już tylko kilkanaście minut i dotrzemy
    do Teplic nad Metuji.
    Nocny dojazd samochodem trwa około sześciu godzin (w tym dwa postoje).
    Miasteczko posiada bogatą bazę turystyczną. Od niezbyt wyszukanych campingów,
    dobrze wyposażonych rodzinnych pensjonatów, po hotele o podwyższonym
    standardzie.
    Z reguły im bliżej wejścia do Skalnych Miast - tym ceny wyższe. Kwaterę można
    znaleźć również w domach z tabliczką UBYTOWANI (czyli zakwaterowanie). Średnio
    za nocleg płaci się 250-450 kcs za osobę (to w przeliczeniu na złotówki jakieś
    35-63 zł). W cenę przeważnie wliczone są śniadania, parking, czasem możliwość
    skorzystania z grilla lub zrobienia ogniska. To ostatnie zwłaszcza na
    campingach, gdzie do dyspozycji są 6-8 osobowe domki.

    Same Teplice…
    … to miejscowość mało atrakcyjna. Amatorzy wielu sklepów, robienia tanich
    zakupów w hipermarketach albo wędrówek pięknymi uliczkami - nie znajdą tam nic
    dla siebie. W samym miasteczku jak i okolicy jest kilka hospod (karczm) i
    restauracji, w których można zjeść dania czeskiej kuchni i nie tylko. Polecam
    gorący „smażeny syr” (smaki do wyboru). Do tego frytki (po czesku hranolki) i
    surówka. Cena za całe danie 55-70 kcs za porcję (w przeliczeniu na złotówki 11-
    13 zł). Sycący raj dla podniebienia. Piwo w gospodach (karczmach) w cenach
    lekko zbliżonych do naszych (wiadomo, miejscowość turystyczna robi swoje), ale
    już w sklepach zdecydowanie tańsze: średnio około 13 kcs czyli 1,80 zł (w cenie
    butelka zwrotna). Najchętniej kupowane w tych okolicach to Pilsner, Gambrinus,
    Staropramen, Branik jasny i ciemny. Zdecydowanie polecam Krakonosa z
    regionalnego browaru.
    Ardszpaskie i Teplickie Skały leżą w bliskiej odległości od siebie. Wykupując
    bilet w jednym Skalnym Mieście, można wędrować określonymi szlakami wprost do
    drugiego. Wejście na teren Skalnego Miasta w Teplicach lub Ardspachu kosztuje
    50 ksc (ok. 7 zł), parking na cały dzień - tyle samo.

    Wiekszość turystów…
    …zagląda w te okolice wyłącznie po to, by poznać uroki skalnych miast. A
    zapewniam, że jest co oglądać. Nawet wtedy, gdy zboczy się nieco z trasy
    (podekscytowani widokami nie zauważyliśmy, że w Teplickich Skałach skończyła
    się trasa turystyczna), ale i to miało swój mały urok.
    Kilkaset lat temu miejsca te odwiedzali cesarzowie, królowie, poeci i
    podróżnicy. Jedni nadawali skałom imiona, inni przyrównywali poszczególne
    wierzchołki do zwierząt, ludzi i różnych form istnienia. Stąd napotkać tam
    można skały o tak wdzięcznych nazwach jak Sfinks, Kochankowie czy Jeż na Żabie.
    Dawniej, niedaleko obecnego wejścia do Skał, zawieszano dzwonek służący do
    przywoływania przewodników oraz tragarzy. Za drobną opłatą, tragarze nosili na
    lektykach osoby chorowite lub szybko męczące się. Teraz, tej formy transportu
    już się nie stosuje.
    Przez wiele lat wiedza na temat tamtejszych skalnych miast była znikoma. Żródła
    historyczne podają, że na tych terenach okoliczna ludność znajdowała
    schronienie w czasach wojen i innych niebezpieczeństw.
    Najstarsze zapiski o Skalnych Miastach w Teplicach i Ardspachu pochodzą z 1739
    roku. Jak wieść niesie, w 1824 roku wybuchł tam pożar który trwał kilka
    tygodni. Ogień strawił prawie całą bujną, leśną roślinność, która dotąd
    skrywała tajemnice skalnych miast. Dopiero po tym okresie skały stały się
    bardziej dostępne dla ludzi. Wtedy też rozpoczęto budowę pierwszych szlaków i
    rozbudowano turystyczną gałąź tego regionu.


    W Teplickich Skałach…
    … jednym z bardziej widowiskowych miejsc jest Sybir. To wąskie jary pomiędzy
    masywami skalnymi, w których metrowe hałdy śniegu zalegają aż do późnego lata.
    Niektóre przejścia są bardzo wąskie, ale jeszcze nie tak jak w pobliskim
    ardszpaskim skalnym mieście. Tam miejscami jest tak ciasno, iż trzeba
    przeciskać bokiem. I nie ma mowy by dwie osoby równocześnie mogły obok siebie
    przejść, przez jaskiniowy wąwóz.
    Szmaragdowe jeziorko w ardszapskich skałkach przyciąga amatorów robienia zdjęć
    i filmów. Zjawiskowo piękne, z pływającymi kaczkami, z odbiciem skał w falach.
    Widoczek jak z obrazka.
    Innym godnym polecenia miejscem w Ardspachu jest Duży Wodospad, gdzie turyści
    wołają "Karkonoszu wody daaaj" a skała zgodnie z siłą głosu, który ją woła –
    wypuszcza wodę wprost na kamienie. Im głośniej krzyczy się, tym więcej daje
    wody. Są i tacy, którzy mówią, że to nie skała a jakiś stary „karkonosz” na
    etacie, leję wodę. Ale jak jest naprawdę, nie wiadomo. Od 1857 roku na
    ardszpaskim skalnym jeziorku (obok wodospadu), można odbywać kilkunastominutowe
    rejsy łodzią (niestety nie znam ceny, bo kolejka była ogromna).
    W czasie trzydniowego pobytu w tamtych okolicach każdy dzień można poświęcić na
    zwiedzanie czegoś innego. Jednego dnia Teplicke Skaly, drugiego dla porównania
    Skalne Miasto w Ardspachu, a trzeciego świat przyrody i zwierząt w czeskim….
    Safari.

    Safari Zoo…
    … znajduje się około 25 km od Teplic (w kierunku Broumov). Na kilkunastu
    hektarach
    żyje tam wiele gatunków ptaków i zwierząt, które można podglądać niemal na
    wyciągnięcie ręki. Pelikany, kameleony, pancerniki, likaony i surykatki. Wśród
    nich cudownie czerwono-pomarańczowe ptaki, których nazwy nie pamiętam.
    Safari Zoo to miejsce, w którym możemy podziwiać niemal cały świat fauny i
    flory, choć amatorzy płazów i pająków mogą czuć się tam nieco zawiedzeni.
    Mnogością roślin i kwiatów może za to poszczycić się tamtejsza oranżeria, w
    której wilgotność powietrza jest tak wysoka, że nie sposób zrobić zdjęcia
    dobrej jakości. Okularnicy długo tam nie zabawią.
    Bilet do Safari to wydatek 125 kcs (tj. około 18 złotych). Na miejscu można
    skorzystać z pojazdu, który rzekomo jest w cenie wejściówki.
  • samuel2006 04.09.06, 00:54
    W praktyce okazuje się, że trzeba za tę podróż safari-busem dopłacić 30 koron
    (tu krzywy uśmiech w stronę pani bileterki, która z premedytacją wprowadza
    cudzoziemców w błąd). Nie daj boże jednak krzyczeć przy tym, że: „oszukali
    nas!”. Bo zgorszeni Czesi zjedzą wzrokiem („szukat” to w ichnim języku
    przekleństwo, którego raczej nie należy nadużywać a już tym bardziej w
    miejscach publicznych).
    Wracając do safari-busa, przejażdżka nim to raczej rozrywka dla rodzin z małymi
    dziećmi, które mogą poczuć się nieco zmęczone lub znudzone pieszym
    przemieszczaniem po całym terenie Zoo. Innym, zdecydowanie polecam spacer.

    Trzydniowy pobyt…
    … jednej osoby w Teplicach nad Metuji i Ardspachu kosztuje niecałe 380 zł. W
    tym noclegi ze śniadaniem, obiady, bilety wstępu do skalnych miast i ZOO,
    drobne zakupy i przyjemności oraz paliwo w dwie strony (przy wyborze opcji
    podróżowania w 4 osoby, samochodem na gaz). Aha, wstęp do WC kosztuje 4 kcs i
    proszę nie ulec zmyłce: w Czechach tam gdzie widnieje napis na drzwiach PANI
    wchodzą panowie. Kobiety powinny kierować się ku drzwiom z napisem DAMY.
    A’propos wody. Podobno w okolicy jest też Aqua Park, ale nie starczyło nam
    czasu by go poszukać. Sit! „Szukać” to po czesku „hledat”. I lepiej o tym
    pamiętać, by uniknąć kłopotów.

    KONIEC
  • qdlaty44 07.09.06, 22:33
    Pobłażliwy uśmieszek pojawił się na mojej twarzy gdy przeczytałem na forum o planowaniu wyjazdu na słowację pół roku wcześniej! Może dlatego
    że ostateczną wersję naszej trasy obmyślaliśmy z dnia na dzień ;)
    Ale od początku. Tydzień przed moim urlopem, zaplanowaliśmy samochodowy wyjazd do Francji z moją wybranką oraz jej siostrą, jednak po
    podliczeniu kilometrów wyszło, że więcej czasu spędził bym za kierownicą niż na wypoczynku (choć bardzo lubię prowadzić). Kolejna wersja to Słowenia z
    wypadem do Venecji a potem Praga... Wiedeń... Jednak kolejne kalkulacje finansowe zmusiły nas do weryfikacji planów więc przyszła kolej na nasz
    kochany Bałtyk z zaczepką o Malbork.
    Wszystko było już zaplanowane, gdy w noc przed wyjazdem, mocno po północy, dzwoni telefon.
    - "Kochanie, nad morzem ma padać. Może tak pojechalibyśmy nad Balaton?"
    To już czwarta zmiana planów, pomyślałem, ale że kobiecie sie nie odmawia, zgodziłem się od razu - tylko, do cholery, co to jest ten Balaton...
    Wyjechaliśmy z Bochni (40km od Krakowa) kierując się na Chyżne. 100km upłynęło nam pod znakiem audycji kabaretowych, więc ani się nie
    obejżeliśmy i już, w świetnych nastrojach, wjeżdzamy na Słowację. Po kilkunastu minutach na horyzoncie zaczął majaczyć Oravsky Podzamok - jeśli ktoś
    jeszcze nie widział to na prawdę warto zatrzymać się tam choć na chwilę i zobaczyć "twierdzę" z bliska. Jako że wszyscy zameczek już kiedyś
    widzieliśmy, tym razem nie zrobiliśmy tu przystanku. Ceny jednak, o ile pamiętam, to ok 8-10zł za zwiedzanie.
    Dalej, chcąc wykorzystać piękne słoneczko, kierujemy się nad Liptowską Marę i tu pierwsza niespodzianka. Po znalezieniu dogodnego miejsca do
    plażowania od razu spotkaliśmy znajomych i... o zgrozo, moje szefostwo (a przecież to od nich chciałem tu odpocząć ;).
    Okolice Liptovskiego są bardzo dobrze przygotowane na przyjazd turystów, dookoła jeziora można znaleźć dogodne miejsca do wypoczynku, budki
    z piwem i potrawami (w rozsądnych cenach) oraz wypożyczalnie różnego rodzaju sprzętu pływającego - godzinka w pontonie kosztowała nas ok 8zł.
    Po południu czas na małe co nieco, więc uderzamy do centrum Liptovskiego Mikulasza gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka. Na głównej
    ulicy (chyba Batova ulicka) przy samym centrum, zobaczyliśmy Schronisko Młodzieżowe. Koszt pobytu to 350 koron od osoby (niecałe 40zł). Czysto i miło
    więc długo się nie zastanawialiśmy. Jeszcze tylko obiad na mieście - oczywiście Vyprażany Syr!(ok.130SK).
    Ceny za obiad wynoszą od 10 do 30zł - zależy na co mamy ochotę. Warto troszkę pochodzić po centrum bo choć ceny za porcję w różnych lokalach nie są
    zróźnicowane, to polecam dokładnie czytać menu gdyż dania często różnią się wagą (ilością).
    Po obiedzie pyszne lody (tańsze od naszych o połowę) na placu Osloboditielov z przepiękną Fontanną Metamorfozy, koło której nie da się przejść obojętnie.
    Nazajutrz wyruszamy w dalszą drogę przez Ruzomberok, Bańską Bystrzycę i Zvoleń aż do granicy Słowacko Węgierskiej w miejscowości Sahy
    (pod której tablicą rozegraliśmy szybką partyjkę szachów:D ). Jeszcze przed przekroczeniem granicy kupiliśmy słowacką mapę węgier "Madarsko" - więc
    już było śmiesznie.
    Tuż za granicą woła do nas pani z kantoru i zachęca do wymiany pieniędzy. Jak się okazało trochę na tym straciliśmy bo wymieniając 500zł byliśmy do tyłu
    aż o 40zł (mądry polak po szkodzie). Pamiętajcie - wymianiajcie pieniądze w głębszych partiach kraju - tam kursy są o wiele lepsze niż nawet w polsce!!!
    Waluta węgierska to Forinty (1zł = 68Ft) i uwierzcie - po tygodniu przeliczania śnią nam się po nocach... Mając w ręku banknot 1000 Ft - w zasadzie
    trzymacie równowartość... 15zł. Najtańszym jednak sposobem jest płatność kartą gdzie się tylko da! Za zakupy w sklepie lub na stacji nie ma naliczanej
    żadnej prowizji a przelicznik jest najkorzystniejszy. Tylko pamiętajcie - wyjęcie pieniędzy z bankomatu każdorazowo już wiąże się z opłatą ok 10zł.
    Jedziemy dalej i tu kolejna z niespodzianek - tym razem nieprzyjemna - pan z lizakiem machający w naszą stronę - "oj Lukasz, bedzie pokutu".
    Strzeżcie się kierowcy!!! - mandaty na węgrzech nie należą do najniższych - za przekroczenie prędkości o kilkanaście km trzeba zapłacić 10000Ft a więc ok
    150zł. Z racji tego jednak że w portfelu nie miałem za wiele forintów, krakowskim targiem zeszliśmy do 70 polskich złotych... ;) na pożegnanie pan policjant ostrzegł nas przed kolejnymi patrolami co 20 km oraz obowiązku jazdy na światłach przez cały rok (radziłbym również zaopatrzyć się w kamizelkę
    odblaskową na wszelki wypadek - koszt ok. 12zł i "podbić" gaśnicę).
    Drogi na węgrzech nie odbiegają standardem od naszych więc komfort jazdy każdy może sobie wyobrazić. Wyjątkiem są autostrady którymi po
    prostu się płynie. Przed wjazdem na nie należy zakupić winietę (ważna 10dni) którą można nabyć na każdej stacji benzynowej. Koszt to 2500Ft (ok 40zł) a
    należy poprosić o "1 HETES MATRICA". Bez tego nie radzę poruszać się po autostradzie gdyż specjalne kamery zamontowane nad jezdnią, sprawdzają czy
    "matrica" jest i czy jest ważna!
    Kolejny przystanek to już Budapeszt, w którym moja wspaniała dziewczyna - a po tych cudownych wakacjach - już NARZECZONA! :D, bezbłędnie
    doprowadziła nas pod jednogwiazdkowy Hotel Goliat (H-1135 Budapest, 12-20 Kerekes street. Tel: (36-1)350-1456). Do skorzystania z ich usług zachęcają
    ładna recepcja, schludne 4-osobowe pokoje z TV i lodówką, no i cena - 40zł za osobę w centrum stolicy - brzmi nieźle. Dla nas, studentów, to świetna
    sprawa - zwłaszcza że chodziło głównie o sam nocleg i zostawienie bagaży bo przecież przez resztę czasu zwiedzamy a nie "larwimy" . Jeśli jednak ktoś
    chciałby pobyć tam dłużej to nie polecam - chyba że jest amatorem mocnych wrażeń. Obskurne łazienki z przepalonymi żarówkami, prysznice za zasłonką
    (zimna lub (za)gorąca woda) a na korytarzu przeogromny smród!!! -tylko przejście na wydechu mogło ustrzec przed złym zakończeniem. Tanią alternatywą
    może być schronisko młodzieżowe po drugiej stronie Dunaju (w Budzie) - jednak przy panujących korkach szkoda było nam czasu i przepalonej benzyny
    więc zostaliśmy (aha! uwaga na węgierskich kierowców! bardzo niekulturalni).
    O samym zwiedzaniu Budy oraz Pesztu nie będę się tu rozpisywał bo tego by było już chyba za wiele ;) powiem tylko że to piękne miasto które
    warto zobaczyć, zwłaszcza po zmroku (wszystko co ważne jest ładnie oświetlone).
    Zwiedzanie radzę rozpocząć od jednego z wielu punktów informacji turystycznej w którym zaopatrzeni zostaniemy w przeróżne (bardzo dokładne) mapy, z
    zaznaczonymi najważniejszymi punktami, oraz wszelkiego rodzaju obszerne przewodniki w kilku językach - wszystko oczywiście za free! Miła pani
    skserowała nam nawet adresy wszystkich tanich noclegów w okolicah Balatonu, do którego zmierzaliśmy. Polecam też kupić, za 1115FT (17zł) całodzienny
    bilet na wszystkie środki transportu (metro, tramwaj, autobus a nawet najstarszą podziemną kolejkę na kontynencie europejskim) - ale uwaga- obowiązuje
    tylko do godziny 24.00 danego dnia i ani minuty dłużej a studenci i uczniowie innych narodowości nie mają co liczyć na zniżki, gdyż uprzywilejowani są tylko
    "żakowie" węgierscy...
    Co się tyczy języka to powszechnie w użyciu był migowy gdyż rzadko trafialiśmy na osoby znające angielski lub niemiecki.
    Budapeszt zaskoczył nas dość wysokimi cenami jeśli chodzi np. o zaspokojenie głodu, więc tanim sposobem zakupiliśmy bułeczki + coś do nich i we
    własnym zakresie pożywialiśmy się w hotelu. Ah, zapomniał bym o wszechobecnych arbuzach!!!
  • qdlaty44 07.09.06, 22:35
    Ok. tyle o stolicy, jak już tam będziecie to zaręczam, że nie braknie Wam miejsc do zwiedzania, więc nie będe się tu o nich rozpisywał bo w każdym
    przewodniku, na wielu ulotkach i plakatach co krok, znajdziecie potrzebne informacje!
    Teraz już prosta droga nad Balaton. Poszerzyłem swoją więdzę geograficzną i teraz wiem że to największe jezioro w europie zwane nie bez
    przyczyny węgierskim morzem. Jego długość to 80km a szerokość od 4 do 15km, więc "morze" jest tu dobrym określeniem. Jest tylko jedna różnica -
    średnia głębokość Balatonu to ok 3m - możecie sobie tylko wyobrazić jak szybko nagrzewa się taka sadzawka ;)
    Po 100 km autostradą (niecała godzinka) zjeżdzamy w końcu na Siofok - "stolica" tego regionu i zarazem największy port. Kierunkowskaz na Siofok turist
    jest! - więc jedziemy. To co zobaczyłem troche mnie zaskoczyło... jeden sklep, dwie knajpy i karuzela, trochę inaczej to sobie wyobrażałem. Tak czy
    inaczej zrobiliśmy rundkę po mieścinie i bez problemu zauwazyliśmy sporo tabliczek "zimmer frei". Sprawdziliśmy kilka, ale pierwszy okazał się strzałem w
    dziesiątkę. Pani, z którą można było dogadać się trochę po niemiecku, pokazała nam najpierw ogród z ławeczkami, huśtawkami, grillami, zadaszonym
    stolem do ping-ponga, mini siłownią i paroma innymi bajerami, ale największe wrażenie zrobiła na nas otwierając furtkę, za którą 15 m dalej, znajdowało się
    nasze prywatne molo z przycumowaną łódką i rowerkiem.
    Wróciliśmy do domku - pokoiki trzyosobowe, duży pokój gościnny z Tv, ubikacja, łazienka z prysznicami, kuchnia bardzo dobrze wyposażona (to wszystko
    tylko dla nas bo inni turyści już wyjechali) - aż strach pytać o cenę... Jakież było nasze zdziwienie gdy pani napisała na ręce "25Euro" za wszystko!(dla
    trzech osób - bo tyle nas było), więc wyszło niewiele ponad 30zł za nocleg od osoby (troszkę udało się utargować). Słodkie lenistwo się rozpoczęło ;)
    Śniadanka na molo, długie rejsy rowerkiem, dookoła cisza, no i ta ciepła woda... Szczególnie polecam Balaton dla rodzin z małymi dziećmi - po odejściu od
    brzegu na ponad pół kilometra, woda wciąż sięgała mi do pępka ;)
    Wieczorkiem przeszliśmy się na plażę, która do godziny 18 była płatna ok.6zł, więc jak już tam będziecie to koniecznie szukajcie kwater z dostępem do
    jeziora.
    Nazajutrz, kierując się znakami na Tesco, trafiliśmy do kolejnej miejscowości o nazwie Siofok - to miasteczko było już większe, natomiast ten własciwy
    kurort odnalazł się kolejne parę kilometrów dalej. Okazało się że mieszkamy w czymś w rodzaju Wieliczki dla Krakowa, ale w niczym nam to nie
    przeszkadzało, zważywszy że w 5 minut można tu dojechać podmiejskim pociągiem a ceny w Siofok Center są o wiele wyższe - 30zł starczyło by tu
    zaledwie na skromny domek na polu namiotowym. Oczywiście dla bardziej zamożnch turystów czekają tu kilkugwiazdkowe (czyt. nie na naszą kieszeń)
    hotele, kilkadziesiąt wykwintnych restauracji i dyskotek.
    Ale do rzeczy! W Tesco zrobiliśmy niezbędne zakupy = szampan BALATON ;) i jakieś jedzonko (szczególnie polecam drożdzówki z czekoladą za jedyne
    60gr). Resztę czasu Relaksowaliśmy się, Odpoczywaliśmy i Korzystaliśmy z wszelkich atrakcji, a że każdy robi to na swój sposób to nie będe Wam
    opowiadał co konkretnie robiliśmy...
    Po kilku dniach zgodnie stwierdziliśmy, że pora w drogę bo wolny czas się kończy :( Łatwo powiedzieć - tylko w którą stronę tym razem?
    W końcu zadecydowaliśmy że okrążymy Balaton i zobaczymy jak żyją ludzie na drugim brzegu ;)
    Niecałe dwie godziny zajęło nam dostanie się do najstarszej nad jeziorem miejscowości Kaszthely (większość trasy to autostrada) a więc na drugim krańcu
    "morza". Znajduje się tu muzeum balatonu i parę innych zabytkowych "bajerów". To tu poraz pierwszy spotkaliśmy budkę z langoszami - czyli węgierskimi
    plackami z różnymi dodatkami pieczonymi na oleju. A fe... tak tłustej potrawy jeszcze nigdy nie miałem w ustach - olej po prostu sciekał między palcami,
    aczkolwiek jest to całkiem smaczne i pożywne. W całym miasteczku rozmieszczone są parkometry do których mozemy wrzucić nawet kilka forintów - choć
    to wystarczy zaledwi na 3 minuty postoju... Godzina kosztuje ok 1,40zł
    Z Kaszthely już tylko 5km do uzdrowiskowego miasteczka Heviz, więc szybki skok w bok i już tam jesteśmy. W tym mocno przepełnionym kurocie znajduje
    się bowiem drugi co do wielkośći staw termalny na świecie. Woda ma ponoć właściwości opalające skóre n brązowo a jej temp. dochodzi do 35st.C. Trzy
    godziny przyjemności kosztują ok 17zł, do tego trzeba doliczyć jeszcze wypożyczenie kółka ratunkowego (5zł) gdyż dno zaraz przy brzegu urywa się do
    głębokośći powyżej 30m.
    Krótki rekonesans cenowy uświadczył nas w przekonaniu że nie spędzimy tu nocy - hotele dla turystów oferują wysoki standart ale wysoko się cenią!
    Zmierzamy zatem na półwysep Tihany o którym pobieżnie przeczytaliśmy w gazecie, jednak po 20km, po prawej stronie majaczą nam ruinki jakiegoś zamku
    na wysokim wzgórzu. -"No to co księżniczki, jedziemy zobaczyć?" - zaproponowałem.
    Po chwili wjeżdzaliśmy już na parking w miejscowości Szigliget. Stąd już tylko parę minut na górę. Wstęp tylko 2zł - więc pozwoliśmy sobie na tą odrobinę
    szaleństwa ;) A na górze.... no mówię Wam, coś wspaniałego!!! Cudowne ruiny i jeszcze piękniejsze widoki z jednej strony Balaton, z drugiej całe pola
    winnic a w oddali jeszcze (nieczynny już) wulkan. Eh, prawie się tam rozpłynąłem ale wiem że nie zdołam przekazać Wam swojego zachwytu więc jedziemy dalej.
    Po drodze mijamy masę winnic i winniczek w których, bezpośrednio od właściciela, można kupić dobre winko w jeszcze lepszej cenie bo ok 4-5zł za litr.
    Pamiętajcie jednak aby mieć ze sobą jakiś baniaczek lub butelki bo widziałem że miejscowi zbijają kokosy na plastikowych bańkach na wino, które to
    kosztują więcej niż szlachetna zawartość...
    Na piękny zachód słońca dojeżdzamy w końcu na półwysep Tihany. Pazerni parkingowi czekają na takich jak my do późnych godzin wieczornych, jendak
    nie poszliśmy na łatwiznę i znaleźliśmy sobie darmowe miejsce do postoju.
    O raju, jak tu pięknie... Wszystkie domki pokryte strzechą, klimatyczne uliczki i przydrożne knajpki a do tego wszechobecny spokój i brak pośpiechu. Tak,
    w tym miejscu można się zakochać!
    Jeszcze za jasności poszukujemy noclegu. Nie chciało nam się rozbijać namiotu więc na campingu niopodal miasta zapytaliśmy czy możemy się u nich
    przespać w samochodzie. Cena którą podała recepcjonistka przekroczyła cenę noclegu w namiocie z parkingiem dla samochodu co bardzo mi się nie
    spodobało więc wróciliśmy do miasta i tu poszukaliśmy życzliwych którzy przenocują nas za niewielką opłatą. Udało się na posesji nieopodal jeziorka w
    jeziorze (dokładnie na półwyspie wsuniętym w jezioro). Za kilkanaście złotych zdrzemnęliśmy się w samochodzie żeby o wschodzie słońca podziwiać uroki
    Tihany i od razu wyruszyć w dalszą podróż. I choć żal opuszczać Węgry, wybór padł na Bratyslavę.
    W stolicy słowacji zaczynają się schody. Jak dotąd nie mieliśmy żadych problemów z noclegiem a tutaj klapa. Trzy godziny jazdy po mieście w
    poszukiwaniu jakiegoś "spania". Sprawdziliśmy kilka hoteli (Turist, Club, Avion) ale ceny zaczynały się od 80-90zł. Zrezygnowani dotarliśmy do Patio Hostel
    na ulicy Spitalskiej - w samym centrum miasta. Spanie za 40zł nie wypaliło, gdyż okazało się że brakuje miejsc a inne hostele zakończyły już działalność
    bo zbliża się rok szkolny. Młody recepcjonista zaproponował jeszcze nocleg w zaprzyjaźnionym hotelu z widokiem na zamek - po usłyszeniu ceny 1000Sk
    podziękowaliśmy i daliśmy się do ostatniego miejsca, znalezionego międzyczasie na internecie, czyli campingu Zlote Pieski. Jako że znajduje się tam
    Tesco i centrum handlowe ze znakami rozsianymi po całym mieście - trafiliśmy bez problemu.
    Gdyby nie komary, miejsce to było by całkiem znośne. Za trzyosobową chatkę nad jeziorem zapłaciliśmy 620 Sk. Małe przepakowanie, szybki obiadek i już
    wyruszamy na podbój stolicy. Od recepcj
  • qdlaty44 07.09.06, 22:39
    Od recepcjonisty dostaliśmy rozkład jazdy tramwaju nr.4 i instrukcje gdzie wysiąść (wolałem zostawić samochód i skupić się na zwiedzaniu a nie prowadzeniu). Na przystanku, kolejne trudności - żeby kupić bilet potrzebne są drobne (których nam brakowało) gdyż "poplatok" można nabyć jedynie w automacie który nie przyjmuje banknotów. Na szczęście spotkaliśmy anglików którzy chętnie rozmienili a nawet dali ! trochę drobnych.
    Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem przejechaliśmy o 4 przystanki za daleko - ale że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, cieszyliśmy się z mozliwości zobaczenia tej Bratysławy nie opisanej w przewodnikach!
    Dzień w którym tam byliśmy obfitował w atrakcje gdyż całą przechadzkę umilała nam muzyka z koncertu na pobliskim stadionie a na koniec wycieczki, ze wzgórza zamkowego mogliśmy podziwiać efektowne fajerwerki (np. w kształcie serc:)
    Nabrzeże Dunaju nie jest tu tak efektowne jak np. w Budapeszcie jednak stare miasto potrafi urzec. Przechadzka po uliczkach "z duszą", zwiedzanie zamku
    i spacerek po centrum "naszpikowanym" przeróżnymi niespodziankami zapadają w pamięci. I mimo iż Bratislava nie przywitała nas z otwartymi ramionami to
    teraz nam to zrekompensowała, tak że do obozu wróciliśmy około północy - zmęczeni ale szczęśliwi!
    Nazajutrz chcieliśmy wybrać się jeszcze drogą wodną do Wiednia ale wspólnie uzgodniliśmy że jeden dzień na to wielkie miasto to barbarzyńswo a poza
    tym bilety na wodolot w jedną stronę to bodajże 60zł, więc jeszcze zwiedzanie "Slavy" za dnia. Bardzo chcieliśmy wyjechać na UFO na nowym moście,
    jednak gdy dowiedzieliśmy się że wyjazd na górę kosztuje 100Sk, okazało się że tak bardzo nam jednak nie zależy ;) (a wiecie że tam kręcili Pana Kleksa?)
    Tego dnia, powoli zbliżając się do Polski, postanowiliśmy pojechac jeszcze do Banskiej Stavnicy nieopodal Zvolenia. Kuzynka wspominała żeby je odwiedzić
    będąc w pobliżu gdyż całe miasteczko wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Opłaciło się - rzadko widzi się takie piękne
    miejscowości - choć dojazd był ciężki (miasto leży na wzgórzu). Dwa zameczki, urokliwe zakątki i świetnie wkomponowane hoteliki i kawiarenki - to i wiele
    innych rarytasów znajdziecie w tym pięknym miejscu. Ostatnią noc tych wakacji mieliśmy spędzic jednak w Podbrezovej (7km od Brezna) na... plebanii u
    znajomego księdza. Oczywiście nie obyło się bez nocnego zwiedzania Banskiej Bystrzycy i Brezna (oświetlenie jednak robi swoje).
    W samej Podbrezovej nie ma za wiele atrakcji gdyż jest to tylko miasto wybudowane dla pracowników ogromnej huty żelaza która ciągnie od znaku do znaku.
    Ostatni dzień - powoli wracamy, ale jeszcze wypad w pobliże Liptowskiego do Tatralandii. Ten park wodny od kilku lat coraz bardziej się rozrasta i
    teraz nie starczy dnia żeby skorzystać ze wszystkich atrakcji. W każdym razie - zabawa przednia! a wszelkie info i ceny znajdziecie na www.tatralandia.sk
    Jeszcze tylko ostatni Vyprażany Syr, jeszcze tylko przepyszny deser lodowy przy Fontannie Metamorfozy i żalem wracamy do polski....
    Tak kończą się nasze wczasy i powiem Wam jedno - nie zamieniłbym ich na zadne inne. Ileż to rozmaitych sytuacji, przygód oraz osób stawało na naszej drodze i jakże miło to wspominamy. Przejechałem 1800km i po podliczeniu wszystkich kosztów wyszło nam 550zł na głowę - dużo? - chyba nie jak na tyle przeżyć!
    Kobieta zmienną jest.... teraz wiem że wyszło nam to na dobre i następne wakacje na pewno nie będziemy nic planować lecz znów wyruszymy na spontaniczny road-trip.
    Dokąd? - okaże się w trakcie :D

    To właśnie mam na myśli kiedy mówię WAKACJE....

    Pozdrawiam serdecznie i życzę równie udanych urlopów!
  • amra 13.09.06, 13:31
    Witajcie,

    Konkurs "Skarbnica Wiedzy" dobiegł końca. Dziękujemy za liczny udział i
    podzielenie się cennymi wspomnieniami. Jury po długiej debacie postanowiło, że
    nagrody otrzymają:

    - Pierwsze miejsce: qdlaty44
    - Drugie miejsce: g-agnieszka
    - Trzecie miejsce: platynka.iw

    Zwycięzcom serdecznie gratulujemy, tym którzy nie wygrali dziękujemy za opowieści,
    które pomogą przyszłym podróżnikom.

    pozdrawiamy!
    Redakcja Portalu

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka