Dodaj do ulubionych

Cierpienie a wiara...

29.09.09, 08:16
" Cóz wi człowiek, który nigdy nie cierpiał?", pyta H.Suzo,w eiec czy
rzeczywiście jest nam potrzebne cierpienie, byśmy wiedzieli cos o zyciu?
Czy nie moznainaczej zdobywać mądrości? Czy nie da się ominąć tej przykrej
ścieżki ludzkiej codzenności?
Cierpienie jest podstawowym doświadczeniem człowieka, a nawet mozna
powiedzieć, ze jest wiernym toearzyszem naszych dróg, bo predzej czy
później, dotyka każdego człowieka i nie ma przed nim ucieczki...
Jeżeli taka jest prawda o człowieczej niedoli, to chyba trzeba by się
zastanowić nad tym, czy mozna jakoś oswoic tę bolesną rzeczywistość?...
Wiemy, że cierpienie dotyka przeróżnych sfer naszego życia... I
cierpienie cierpieniu nie jest równe. Wszystko, co w przykry sposób jest
odczuwane przez człowieka,samo w sobie jest złem i trudno sie dziwić, że
nie chcemy go w swoim życiu i bronimy sie przed nim. Gdy jednak przyjdzie,
jedyną szansą na oswojenie i przyjęcie go tak, by-jak głosi przysłowie-
nie szkodziło nam jak wróg, lecz pomogło jak przyjaciel,jest WIARA...
To Ona zanurza je w Krzyżu Chrystusa i przemienia z bezsensownej udreki w
doświadczenie łaski... To wiara pozwala jakby przechytrzyć cierpenie i
uczynić je darem złożonym z miłości do Boga, i do ludzi...
Wiara nie ujmie nam bólu, ale go przemieni w taki sposób, by
rzeczywiscie stało sie nasza mądrością mądrą Krzyżem Chrystusa... Obdarzy
nas dalekowzrocznością, zdolną dostrzec coś więcej niz tylko własną
niedolę i skieruje do Źródła mocy - do Jezusa, który zacheca wierzących w
Niego: "Odwagi ! Ja jestem, nie bójcie sie !" (Mt14,27).
Cierpienie jest reakcją na zło fizyczne lub moralne, dlatego można
wyróżnić cierpienie fizyczne i cierpienie moralne. W mistyce mówi sie też
o cierpieniu duchowym. Cierpienie jest czymś głębszym i szerszym niż ból
czy choroba. Jest ono niejako wplecione w nasze życie i współistnieje z
nami w świecie. Przejawia się pod wieloma postaciami, np. bieda, głód,
zdrada,smutek,choroba, brak sensu życia,oschłość duchowa, oraz inne
trudności zyciowe.
Tak więc zaden człowiek nie uniknie zetknięcia z cierpieniem. Nikt z nas
nie może sobie tak po prostu powiedzieć : nie będę cierpiał, bo dążenie do
wyeliminowania cierpienia jest sprzeczne z istotą ludzkiej egzystencji.
Nie oznacza to, że mamy szukać cierpienia, ale uznać prawdę o naszej
ludzkiej kondycji, w którą jest ono na stałe wkomponowane...

Pozdrawiam Wszystkich szukajacych odpowiedzi, o sens cierpienia...

Wierzacych... Niewierzących... Oraz Tych Którzy znajdują się na
rozdrożu...
Edytor zaawansowany
  • halas1961 29.09.09, 08:53
    Ty,ktory uwierzyles:)
    Przemawia do mnie to co napisales, jest w zgodzie z tym co sama
    czuje i jak mysle. Nie potrafilam tylko tego ujac w slowa...Moze bys
    tak czesciej tu zechcial zagladac i pisac:) Poruszanych tu jest tyle
    trudnych tematow, tyle pytan bez odpowiedzi, tyle trudnych
    dyskusji...ale to miejsce niezwykle, malo takich w sieci... Staramy
    sie wzajemnie sobie pomagac. Jesli to co napisales pomoglo choc
    jednej osobie(a tak jest) to prosze pisz czesciej:)
    Halina-mama Agatki
  • tenktoryuwierzyl 29.09.09, 10:14

    SENS CIERPIENIA...

    Miłość Boga Ojca do kazdego człowieka,wyrażona w wydaniu na
    cierpienie i śmierć Syna, rzuca dużo światła na rzeczywistość naszego
    cierpienia. Ukazuje, że tylko w perspektywie zbawczej ma ono sens.
    Cierpienie obdarte z wiary i miłosci jest siłą destrkcyjną, bo
    cierpienie dośwadczane poza Chrystusem może być jedynie przekleństwem.

    Można więc powiedziec, że sposób przeżywania przez nas cierpienia
    informuje przede wszystkim nas samych kim my jesteśmy: uczniami
    Chrystusa i dziecmi Boga czy poganami? Bowiem- jak napisał Joseph
    Ratzinger,w książce "Śmierc i życie wieczne"- "O człowieczeństwie
    człowieka decyduje jego postawa wobec cierpienia. Tu człowiek staje w
    bezpośredniej konfrontacji z faktem, że nie rozporządza sam swoim
    życiem,że jego własne zycie nie jest jego własnością. Odpowiedź
    człowieka może być dwojaka. Może nia byc opór,próba zdobycia mimo
    wszystko autonomicznej władzy - a więc przyjecie postawy
    rozpaczliwego, gniewnego buntu. Ale odpowiedzia może byc też
    powierzenie się tej innej Mocy, ufne poddanie sie kierownictwu bez
    lękliwego oglądania się na siebie."

    Oczywiście nie chodzi o to, aby upraszczać i posługiwac sie
    sposobem przeżywania cierpienia jako kryterium oceny czyjejś wiary.
    Jeżeli już, to jedynie swojej własnej. Przy tym należy pamiętać, że
    łzy, słowa goryczy, smutek, które pojawiają się w doswiadczeniu
    cierpienia nie oznaczają, że ktoś nie po chrześcijańsku cierpi.
    Te zewnetrzne przejawy bólu z powodu jakiegoś trudnego doświadczenia
    są normalnymi, ludzkimi reakcjami człowieka.Ważne jednak abyśmy się na
    nich nie zatrzymali, i uczynili jeszcze jeden krok-krok wiary-tzn.
    powiezryli Panu Bogu siebie samych oraz tę bolesną rzeczywistość.
    Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie Nas niszczyć, ale uczyni
    Nas bogatszymi wewnetrznie... W cierpieniu stajemy sie bardziej
    podatni na działanie zbawczej mocy Boga, wypracowujemy w sobie wiele
    cnót-szczególnie wytrwałosci w znoszeniu tego, co dolega i boli...

    Pozdrawiam.
  • bezprzerwy 29.09.09, 10:36
    Wedlug mnie zadno cierpienie nie ma sensu.

    Moje cierpienie nie mialo na mnie zadnego pozytywnego wplywu, wrecz
    przeciwnie:
    Kiedys kazdego dnia dziekowalam usmiechnieta "swojemu" Bogu i
    potrosze Bogu osmiorniczki, ( mniemam, ze "moj" Bog jest tym samym
    Bogiem,o ktorym pisze tilia) za moje zdrowe dziecko, za meza, za
    slonce, za milosc...( my wszyscy tutaj jestesmy jednym krzykiem,
    jedna prosba o milosc: chcemy kochac i byc kochani!).
    Dzis nie umiem dziekowac.
    Jestem zgorzkniala osoba, nie lubie ludzi, zazdroszcze im szczescia,
    widzac szczesliwe pary w myslach powtarzam zlosliwie " i tak sie wam
    to kiedys skonczy...." Nie, nie jestem z siebie dum,na, wiem ze to
    jest zle i bezmyslne, ale tak czuje, niestety tak mnie uksztaltowalo
    moje cierpienie.

  • zorzaewki74 29.09.09, 11:17
    nie chcę żeby to zabrzmiało jak oskarżenie ale skoro piszesz, że "żadne
    cierpienie nie ma sensu" to dlaczego do pewnego momentu dziękowałaś Bogu za
    kążdy dzień i bylaś szczęśliwa...Przecież każdego dnia spotyka kogoś jakiś
    cierpienie, ból, utrata dziecka, męża, żony ... Czyli jest fajnie i można
    wierzyć i dziękować Bogu jeśli te cierpienia nie dotykają mnie...Wtedy jest
    wszystko o.k ale gdy nieszczęście do mnie zapuka to Boże jesteś zły..bo do mnie
    z tym Przyszedłeś... Wiara według mnie nie sprowadza się do stawiania warunków:
    "będę w Ciebie Boże wierzyć i wychwalać Cię ale TYLKO pod warunkiem, że będzie
    mi dobrze i życie ułożysz mi tak jak JA chcę"

    Ja również przeżywam swoją żałobę ale jednocześnie nie tracę nadziei, że to
    tylko chwilowe rozstanie. Bo wierzę w życie wieczne.

    "Żegnamy się z Tobą na krótką chwilę, jaką jest życie"
  • bezprzerwy 29.09.09, 14:29
    zorzaewki74,

    Mysle, ze nie bardzo mnie zrozumias; nie pisalam nic na temat wiary
    w Boga tylko o sensie (lub jego braku ) cierpienia.



  • tenktoryuwierzyl 29.09.09, 11:29

    TWOJA ROZPACZ JEST JAK PĘKNIĘTA MUSZELKA
    W KTÓREJ UKRYWA SIĘ NADZIEJA
    TAK JAK PESTKA MUSI PĘKNĄĆ
    BY JEJ SERCE UJRZAŁO SŁOŃCE
    TAK TY MUSISZ POKONAĆ BÓL...

    Jak się czujesz...Sama odpowiedziałaś sobie na to pytanie...
    Czy chcesz coś zmienić... Sama musisz sobie odpowiedzieć...

    Od Ciebie... Tylko od Ciebie zależy, w co przemienisz Swoje
    cierpienie... Bez wzgledu na to, czy wierzysz w Boga czy nie...
    Kochać możemy również z cierpieniem w sercu...
  • tilia7 29.09.09, 11:44
    Mój Bóg nie oczekuje ode mnie cierpienia,już o tym pisałam.
    Nie czuję się dzieckiem Chrystusa,nie uznaję tej postaci za Boga ani
    syna Bożego,nie znoszę tej religii,która nie pozwala się niczym
    cieszyc, bo cokolwiek człowiek chce robic radosnego to religia
    katolicka zamienia to w grzech.Za to cierpienie, o ,to jest super,
    cierpcie wszyscy, to Was Bóg będzie kochał.Jak Wam to daje nadzieję
    to ok,przepraszam za złośliwy ton,nikogo nie pragnę urazic.I jeszcze
    raz podkreślam - wszystkie moje słowa są nie przeciw Bogu tylko
    przeciwko religii i tworzonemu przez nią OBRAZOWI Boga.
    Wierzę sobie po swojemu,mój Bóg po prostu jest.Nie może mnie teraz
    pocieszyc tak samo jak nie mógł tego zła na mnie świadomie
    zesłac.Ale jest i rozumie mój ból,wściekłośc, bunt i gniew.
  • 198-3mk 29.09.09, 11:59
    Czesto zastanawiałam sie nad tym, dlaczego to nas dosiegło takie
    nieszczeście... Dlaczego mój syn, musiał zachorowac i umrzeć...
    Nie myslałam w kategoriach, że to ja jestem najnieszczęśliwsza na
    świecie. Powtarzałam sobie, nie ja pierwsza i nie ostatnia... Co nie
    oznacza ze było łatwo... :(

    Do czasu...

    Poszłam do spowiedzi,w trakcie której ksiądz nafuczał na mnie że
    nie takie tragedie ludzie przezywają i żyją... Jego słowa zabolały...
    To była msza z okazji drugiej rocznicy smierci Marcina...

    Całą msze nie umiałam sie skupić, bo dźwieczały mi w uszach słowa
    ksiedza. Pomyślałam sobie: Nigdy nie dowiesz się jaki to ból, bo nie
    masz własnych dzieci... Upłynął jakiś czas... W telewizji natrawiłam
    na reportaż o pożarze domu, w którym zgineła dwójka dzieci... Zweglone
    zwłoki... Starsze swoim ciałem, zakrył młodsze... Chciało Go ochronić.
    Pozostałe dzieci, które przezyły, zawiesli do szpitala w którym na
    nocnej zmianie pracowała ich mama...
    I wiecie co...
    Wtedy, dotarło do mnie jak wiele Bóg mi ofiarował, pomimo tego ze
    zabrał mi syna...
    Mogłam opiekowac się moim dzieckiem w czasie jego choroby...
    Mogłam tulic Go w ramionach kiedy odchodził na zawsze...
    Cały czas prosiłam o to Boga, kiedy wiedziałam już, że moje dziecko
    nie ma szans na wyleczenie...
    Dzisiaj umiem Bogu podziekowac za tą łaskę... Mój syn odchodził
    bardzo spokojnie... :(

    Nie chciałabym byc na miejscu tamtej matki...
    Zrozumiałam że ksiądz wypowiadając te słowa, miał wiele racji...
    Bywaja o wiele wieksze tragedie...
    Każdego dnia modlę się o to, aby nigdy wiecej nie zabrał mi kolejnego
    dziecka....

    Mój syn do końca moich dni zostanie w moim sercu...
    A moja miłość do Niego, z kazdym dniem jest silniejsza...

    Beata-mama Marcina.
  • tilia7 29.09.09, 19:52
    198-3mk to prawda,że na całym świecie jest mnóstwo cierpienia i bólu, prawdą
    jest również że zawsze można znaleźć jeszcze gorszą tragedię niż nasza.Ale dla
    nas zawsze ta nasza jest najbardziej bolesna, najbardziej tragiczna - bo nasza.I
    ksiądz, cokolwiek miał na myśli, nie powinien nigdy tak do Ciebie powiedzieć.Bo
    jego rolą jest nieść pocieszenie a nie kopać leżącego.
  • halas1961 29.09.09, 12:02
    Napiszę o swoim cierpieniu... Cierpienie duchowe związane z
    odejściem córki, związane z przeżytymi chwilami (kiedy będąc wciąż z
    nią nie mogłam sprawić aby wyzdrowiała, aby jeszcze nie odchodziła,
    aby nie cierpiała...)przeżywane wspólnie z Chrystusem, przeżywane z
    wiarą nie sprawiło, ze stałam sie zgorzkniała, nie sprawiło że
    znienawidziłam ludzi. Wręcz przeciwnie...
    Owszem zdarzało się, że przez ludzi , przez ich niedelikatne
    zachowania płakałam, ale wciąż obecne cierpienie jeszcze szerzej
    otworzyło mi oczy, serce na bliźniego, na drugiego czlowieka. W
    pewnym sensie również mnie wzmocniło, bo przestałam bać się zdarzeń,
    sytuacji, które kiedyś wywoływały nawet lęk paniczny. Nabrałam też
    przeogromnej pokory do świata, przyrody,ludzi. Pokory, która min. mi
    uświadomiła,że nie wszystko ode mnie zależy, a właściwie bardzo
    niewiele, że moje życie nie jest całkowicie moją własnością, że
    wszystko się może zdarzyć... ale pisząc "wszystko" mam również na
    myśli dobre rzeczy(w zwykłym ludzkim pojmowaniu dobroa). Cierpienie
    oprócz pokory nauczyło mnie (co może dziwne) mówienia NIE innym
    ludziom. I mimo wszystko wciąż czuję bliskość Boga, mimo tego, że
    nie zawsze modlę się w sposób którego nauczono mnie w domu, na
    religii, w kościele katolickim, mimo tego, że w tym czasie musiałam
    zweryfikować swoje zdanie o kapłanach (na ich dużą niekorzyść) nadal
    czuję bliskość Boga. Czasem dużo większą bliskość niż kiedykolwiek.
    Nie rozumiem Go , pozwalam sobie na to żeby kochać Go prostą, nie
    wymagającą dowodów miłością. Może to naiwna wiara, ale dla
    mnie "akuratna".To droga na której wciąż upadam i zbaczam często,
    jednak wracam, zawsze wiem gdzie mam wrócić.
    Nawet w te zdarzające się bardzo złe dni, tęsknoty ogromnej za
    córką, bólu czysto fizycznego, nawet kiedy wydaje się, że znowu za
    daleko odeszłam od Boga widzę gdzieś w oddali to światło, które
    wciąż od nowa mnie przyciąga.
    I może jeszcze o cierpienieu mojej córki...
    Do końca przeciez nie wiem co czuła, myślała. Wiem, że bardzo sie
    bała, był okres że bała sie panicznie, nie chciała zgodzic się na to
    co ją spotkało, krzyczała NIE, obwiniała wszystkich wokół, ze mną na
    czele, dla mnie jej cierpienie duchowe, psychiczne było gorsze do
    zniesienia niż fizyczne. Dla mnie jej strach był gorszy niz ból
    fizyczny...
    Ale przyszedł moment, kiedy przyjęla namaszczenie chorych...nie wiem
    może to był zbieg okoliczności, że akurat w tym momencie przyszło
    pogodzenie, przyszedł spokój. Ja uważam, że pomógł ten sakrament...
    pół godziny po przyjęciu Agatka zawołała mnie do pokoju (nie
    pozwalała wcześniej wchodzić, tylko aby jej coś podac), prosiła
    tylko żebym żebym usiadła obok i nic nie mówiła. I siedziałam tak
    obok , wszystko we mnie krzyczało, wyło a Ona była spokojna, już nie
    krzyczała, juz nie płakała, już nie obwiniała...Widać było ten
    spokój w jej oczach, w spojrzeniu, w gestach. Wtedy też powiedziała
    jak bardzo mnie kocha, powiedziała że to jest najważniejsze co
    chciała powiedzieć, bo może potem nie zdążyć...I ja płakałam,
    pierwszy raz przy niej, a Ona uspokajała mnie, że się nie boi, że
    jest gotowa, że ja - jej mama mam sie nie bać. I tak już było przez
    nastepne trzy tygodnie. Była bardzo spokojna, pogodzona. kiedy
    pytałam czy coś ją boli, zawsze mówiła że nie lub chyba nie.
    Widziałam przeciez,ze cierpi ale Ona mówiła żę nie. Pytała tylko
    kilka razy "kiedy to nastapi, kiedy, już chcę odejść..."I ja
    widziłąm że On amnie prosi abym jej nie zatrzymywała...Bóg był wtedy
    przy mnie, Bóg był wtedy obok choć ja krzyczałam gdzie jesteś, ale
    teraz wiem, to On pomógł mi mieć tę siłę, aby nie zatrzymywać
    swojego dziecka, aby pozwolić mu odejśc. To On co dzień daje mi siłę
    abym przeżyła następny dzień bez Agatki.On i moja niegasnąca miłość
    do mojego dziecka...
    Pozdrawiam
    Halina-mama Agatki
  • halas1961 29.09.09, 12:17
    i jeszcze...wydaje mi sie, ze Chrystus, czy moj Bóg nie cieszy się z
    cierpienia...
    On razem ze mną sie śmieje i cieszy, razem ze mną się raduje z moich
    radości, ale kiedy cierpię i płaczę, On razem ze mną płacze, On
    razem ze mną cierpi...
    Nasze najwieksze cierpienia przypadały min. na okres Wielkiego
    Postu, Drogi Krzyżowej...Ja wtedy po raz pierwszy w życiu szłam z
    Jego matką naprawdę tą Drogą, a On czułam, że idzie razem ze mną, z
    Krzyżem na raminach...Moze to co napisałam wydaje sie takie
    nierealne, poetyckie, ale tak było, ja tak czułam...
    Halina-mama Agatki
  • 198-3mk 29.09.09, 13:04

    Halinko... Jak bardzo wiem oczym piszesz...

    Ja przed chorobą Marcinka, byłam straszną hipochondryczką. Nie
    chciałam aby ktoś mówił przy mni o smierci. Bałam się jej panicznie.
    Bałam się swojej smierci... A kiedy przyszła zła nowina, wszystko
    odeszło... Odeszło, ale najpierw powiedziałam Bogu, Bądź Wola Twoja
    Panie... Ja nie jestem dewotka kościelną... Czesto nie ide do
    koscioła. Ale kazdego dnia rozmawiam z Bogiem. I On wie o moich
    słabościach... A mimo tego, nie jeden raz daje mi odczuć że Jest obok
    mnie...
    Marcin wiedział jaka jestem lękliwa...
    Ani razu, w ciągu tych 10 miesiecy, nie zapytał dlaczego ON...
    Jeden ,jedyny raz kiedy był w szpitalu i pojechałam w odiedziny,
    powiedział: Mamo ratujcie mnie... A my poruszyliśmy już niebo i
    ziemie... W rozmowach ze swoją lekarką, pytał ją: Jak poradzi sobie
    moja mama z moją śmiercią. Przecież ona tak boi się śmierci...

    Ale to co zrobiła ze mnie, miłość do mojego dziecka w czasie jego
    choroby, opisałam w mojej książce...
    W niej jest dowód na to, że bez Boga bym nie podołała... Upadłabym...
    I nigdy więcej bym się nie podniosła...

    Nadal upadam... Ale wiem, że Bóg wyciagnie do mnie rękę, i pomoze mi
    sie podnieść...

    I tego swojego Boga, (jak juz tak mamy to nazywać że każdy ma
    swojego), nie widze oczami, ale spotykam Go w innych ludziach, którzy
    w tych trudnych chwilach, ni stąd ni z owąd pojawiaa sie przy mnie i
    pomagaja mi się podnieść...

    Teraz próbuje dostac się jako wolnotariusz, do hospicjum
    dziecięcego. Nie wiem czy się dostanę... Nie wiem czy podołam... Ale
    wiem jedno... Musze spróbować, bo tylko wtedy śmierć mojego Syna
    będzie miała jakiś sens...

    Pozdrawiam Cie Halinko-mamo Agatki.
    Beata-mama Marcina.
  • zorzaewki74 29.09.09, 15:16
    Pani Halinko (jeśli mogę się tak zwrócić) bardzo wzruszyly mnie Pani słowa..Też
    myślę, że Bóg płacze z nami..Mój ból jest bardzo świeży ale nie ma w nim
    beznadziejności, jest radość spotkania za jakiś czas...
    Od śmierci mojej Mamusi minęły trzy miesiące ale śniła mi się tylko dwa
    razy..Raz powiedziała, że bardzo jej przykro, że nie może być z nami w chwilach
    naszego smutku i tyle ...Tak mało a jednocześnie tak dużo dla mnie.

    "można odejść na zawsze
    by stale być blisko" ks. Jan Twardowski

  • first.marionetka 29.09.09, 12:38
    Ślady na piasku - przypowieść, która pomaga..................

    "Którejś nocy przyśnił się pewnemu człowiekowi dziwny sen.

    Śniło mu się, że spaceruje z Panem Bogiem brzegiem morza, a na
    nieboskłonie rozbłyskują sceny z jego życia.

    Z każdą odsłoną na piasku pojawiały się ślady stóp - jedne należały
    do niego, drugie do Boga.

    Gdy zgasła ostatnia scena, mężczyzna obejrzał się za siebie i
    spostrzegł, że wielokrotnie na ścieżce widać jedynie ślady jednej
    pary stóp. Działo się tak w najtrudniejszych, najbardziej smutnych
    chwilach jego życia.

    Zaniepokojony spytał Boga:

    Panie, obiecałeś, że jeśli będę kroczyć twoimi ścieżkami, zawsze
    będziesz przy mnie. Tymczasem w najczarniejszych momentach mojego
    życia widzę na piasku tylko jedne ślady stóp. Nie pojmuję, dlaczego
    opuściłeś mnie, gdy potrzebowałem Cię najbardziej?

    Najdroższe dziecko - odparł Bóg - za bardzo cię kocham, by cię
    opuścić. W chwilach próby i cierpienia, tam, gdzie widać jedynie
    pojedyncze ślady, niosłem cię na ramionach."

    Marionetka.


  • edzia764 29.09.09, 13:58
    Panie, uczyń mnie instrumentem Twojego pokoju.

    Tam, gdzie istnieje nienawiść, pozwól mi siać miłość.

    Gdzie krzywda, wybaczenie.

    Gdzie wątpliwość, wiarę.

    Gdzie rozpacz, nadzieję.

    Gdzie ciemność, światło.

    A gdzie smutek, radość.
    O Święty Władco, spraw aby nie tyle poszukiwał pocieszenia, co
    pocieszał;
    Nie tyle szukał zrozumienia, co rozumiał;

    Nie tyle szukał miłości, co kochał;

    Ponieważ poprzez dawanie otrzymujemy,

    Poprzez wybaczanie sami uzyskujemy przebaczenie,

    A poprzez śmierć rodzimy się do życia wiecznego.

    Św. Franciszek z Asyżu
    Dziękuję, że macie tyle siły, aby przekazać nam "opis" własnego
    cierpienia ... Irena
  • pawellkowa 29.09.09, 20:17
    moje cierpienie a wiara... Zawsze wiedziałam,ze cierpienie istnieje
    na świecie. Tylko dotyka innych - nie mnie. Myslałam,: mam
    szczesliwą rodzinę, kochanego męza, dzieci - w dodatku parka,
    rodzice i rodzeństwo zdrowe, co sobie zamarzyłam zawsze było...
    Nagle niecały rok temu odszedł mój mąż. Tragedia, cierpienie, strach
    jak sobie poradzę. Zostałam w nieciekawej sytuacji sama. Nigdy nie
    krzyczałam, Boze dlaczego ja, dlaczego my. Wiedziałam, ze taki był
    plan Boży dla nas, a zwłaszcza dla mojego męza... Zawsze powtarzam
    sobie, ze ufam... Pogodziłam się.
    Były i są dni pełne rozpaczy, czasami płaczę, ale wiem, ze wszyscy
    idziemy w tamta stronę. Ja widocznie jeszcze mam cos tu do
    zrobienia, ale czuję, ze nie zostałam z tym wszystkim sama.
    Tylko zal, ze nigdy oboje nie mysleliśmy, ze dane nam będzie tylko
    (?) 20 lat...
    Dziękuję za ten wątek, takie słowa pozwalają iśc dalej i dziękuję
    Halince za kolejny wiersz...
    A najprawdziwszy jest ten:
    "A dlaczego nie przyjąć cierpienia
    A dlaczego mam się nie zgodzić
    Przecież wyjścia nie ma innego
    Jeśli Twoją drogą mam chodzić
    Więc dlaczego się wszyscy dziwią
    Że spokojna już, pogodzona
    Więc dlaczego się wszyscy dziwią
    Że przyjęłam krzyż na ramiona"
    Halina Surmacz.
  • halas1961 29.09.09, 20:55
    Zorzoewki,
    cieszę sie ze masz nadzieje, na spotkanie i ja ją mam, a właściwie mam cos
    wiecej niz nadzieje, nie osmiele sie nazwać tego pewnoscią, ale jest to cos
    wiecej niz nadzieja. Twój cytat na końcu...poezja ksiedza Twardowskiego to i
    moja ulubiona...w mysli mam zawsze"gdy Pan Bóg drzwi zamyka to otwiera okno..."
    przed chwila zdjełam z półki książkę z jego wierszami i chciałam coś zacytować
    czego nie znam na pamięć, a co byloby odpowiednie,
    otworzyłam byle gdzie na słowach:
    ..."po prostu usiądę przy panu
    i zwierzę swój sekret
    że ja, ksiądz
    wierzę Panu Bogu jak dziecko"
    Może słowa nie są odpowiednie do tego watku, ale może właśnie tak trzeba zaufać
    Bogu, jak dziecko...

    I jeszcze raz dziękuję "temuktóryuwierzył" za ten watek. Czytam to co napisales
    trzeci raz i jeszcze coś bym w tym duchu przeczytała:) Myslę, ze i dla
    niewierzacych , tych na rozdrozu jest do przyjecia do przeczytania bez zbednych
    emocji to w jaki sposob starasz sie poruszyc temat cierpienia i wiary. A moze
    inny watek dajacy nadzieje, pomagajacy dalej trwac i zyc:)

    Beatko, może dasz radę, może Ci sie uda... Ja podjełam te probe, ale u
    dorosłych... Niestety byc moze bylo to za szybko, rady nie dałam(psychicznie),
    ale dobrze ze spróbowałam, bo wiem teraz to co chcialam wiedziec...
    ...podziwiam tych ktorzy tam posluguja, bardzo podziwiam!

    Olu dziekuję i Ciebie (powtarzam sie:)tez podziwiam.
    Halina-mama Agatki

  • tenktoryuwierzyl 29.09.09, 23:28

    ŚMIERĆ - CIERPIENIE ROZSTANIA

    Śmierć jest dotkliwym cierpieniem i to takim, które nie omija
    żadnego człowieka. Jest to rzeczywistość ,która dotyczy każdego ,lub z
    którą się zetknie każdy z nas wcześniej czy później. Śmierć, odejście
    kogoś, kto tak niedawno był jeszcze obok nas, z którym mogliśmy
    dzielić nasze życie, jego radości i smutki, blaski i cienie. Odszedł...
    Została pustka i związany z nią nieuchronny smutek, wewnetrzny ból,
    może ciemność, a nawet osamotnienie.
    Dlaczego ? - to pytanie najczęściej wyrywa się spontanicznie z
    naszego serca dotknietego nieszczęściem. Dlaczego umarł tak wczesnie,
    dlaczego w tym momencie,dlaczego mnie opuścił właśnie teraz, dlaczego
    w ten sposób, dlaczego ?! Dlaczego śmierć, dlaczego ból, dlaczego
    przemijanie ma prawo do egzystencji w życiu ?
    Śmierć jest obecna w naturze,obecna jest w naszym życiu, i równie
    naturalnie, i nieuchronnie budzi w nas sprzeciw, opór i bunt.
    W Ewangelii - Dobrej Nowinie, którą przyniósł Jezus, możemy usłyszeć:
    " Jeżeli ziarni pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze,zostanie tylko
    samo, a jeżeli obumrze, przynosi plon obfity" (J12,24); Kto chce
    zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu,
    znajdzie je" (Mt16,24).
    Śmierć, chociaż tak powszechnie obecna w życiu, jest tajemnicą.
    Jest tajemnicą tajemnic, bo jakże trudno pojąć w jaki sposób robi
    miejsce życiu, w jaki sposób może stać się źródłem wzrastania i
    pełniejszego życia, gdy na przykład była to śmierć tragiczna.
    Śmierć bliskiej osoby stwarza zawsze sytuację nieodwracalną.
    Człowiek pogrążony w żałobie boleśnie odczuwa pozostawioną pustkę, i
    jednocześnie obecność osób,miejsc i przedmiotów, które przypominają
    tę, która odeszła... Ten kto odszedł jest w rekach Boga. Tego, który
    pozostał dotyka oścień żałoby i jest on tym bardziej dotkliwy im
    trudniejsza była sama śmierć. Fakt naturalnej śmierci jest trudny dla
    każdego człowieka,gdyż do nieśmiertelności Bóg nas stworzył. Jednakże
    śmierć nagła i niespodziewana jest wyjątkowo trudnym doświadczeniem,
    z którym niekiedy przychodzi zmierzyć się człowiekowi w jego własnym
    życiu lub w życiu bliźniego, z którym jest związany relacją
    miłości.
    Ludzka psychika wzdryga sie przed tym,co niespodziewane i trudne.
    Wolimy nie myślec o sytuacjach granicznych naszego życia. Dlaczego tak
    się dzieje? Dlaczego człowiek boi się zmierzyć z granicami, których
    doswiadcza w sobie, w innym i otaczajacym świecie. CDN...

    Pozdrawiam.
  • tenktoryuwierzyl 30.09.09, 00:08

    ŚMIRĆ - CIERPIENIE ROZSTANIA CD...

    Czyms normalnym jest, ze człowiek kocha swoje życie, a wzdryga sie
    przed śmiercią. Dlatego, gdy niespodziewanie wedrze się w nasze życie,
    choroba, nieszczęście, wypadek lub smierć, bardzo często człowiek
    zaczyna walczyć z Bogiem, innymi lub samym sobą. W tej szarpaninie
    zdaje sie nie dostrzegać i nie rozumiec Bożego głosu. Nie może pojąć,
    że oto konczy się świat, który próbował sam zbudować, i że Bóg daje mu
    szansę odnalezienia siebie i swojego zycia w świecie wiekszym, w
    Bożym świecie.
    To graniczne doswiadczenie przeżyte w wierze jest miejscem
    żywej i bezpośredniej ingerencji Boga w ludzkie zycie. Oto reka Boga
    zaczeła wykuwać naszą duszę to nieoczekiwane dotkniecie Boga,
    powalajace w gruzy budowę tylko rąk naszych, jest w swej istocie
    doświadczeniem Bożej Opatrzności. Sam Bóg daje sposobny czas, by ze
    śmierci naszych własnych planów, własnych sądów i wyobrażeń, dzięki
    oczyszczeniu wiary,dojrzeć Jego najbardziej ukryte plany względem nas
    i naszego życia.
    Uciekanie w tym momencie od spotkania z Bogiem jest zawsze tylko
    ucieczka przed własnymi granicami oraz kruchością i niesmiertelnością
    naszej ludzkiej egzystencji. Zaś zamknięcie się w sobie jest
    marnowaniem szansy doświadczenia prawdziwego spotkania z Bogiem,
    samym sobą i drugim człowiekiem.
    Dobre przeżycie sytuacji granicznych jest szansą doświadczenia
    spotkania z pełnią wcielonej miłosci Boga - z Jezusem Chrystusem,
    który wziął na na siebie nasze słabości i w którego ranach jest nasze
    zdrowie. Wówczas kazda strata i smierć nie będzie tylko cieniem i
    popiołem, który kładzie się na kazdej chwili naszego życia.
    Będziemy wówczas w stanie powierzyć siebie i zmarłych Bogu, który jest
    Bogiem żywym, bo jest Bogiem żyjących.
    Wtedy także kult zmarłych nie bedzie tylko powierzchownym kultem
    w postaci pomnika, lampek i kwiatów oraz łez i żalu. Cierpienie po
    stracie kochanej osoby staje się szansą na umocnienie w nas wiary, że
    dłonie Boga Ojca są zawsze dla nas otwarte w Jego Synu umierającym za
    nas na krzyzu. Jest szczególną sposobnością na umocnienie w nas nadziei
    że tam, gdzie śmierć kończy czas ziemskiej wędrówki człowieka, nie
    wpadamy w pustkę, lecz w ręce Boga, który dał nam istnienie i
    przyjmuje nas znowu do siebie. Nadziei, że w kazdej śmierci ludzka
    doczesność otwiera się na wieczność Boga...

    Pozdrawiam.
  • jaga123-0 30.09.09, 13:47
    W moje życie wdarła się niespodziewanie śmierć i do tej pory nie
    pojęłam, że przez to Bóg dał mi szansę odnalezienia siebie i swojego
    życia w Bożym Swiecie. Widocznie jestem na to za głupia. A już
    myślałam, że Bóg nie ingeruje w nasze życie, jakie miał plany w
    stosunku do mnie zabierając ukochanego Syna? Jeżeli dobrze przeżyję
    Śmierć Syna (czyli jak?)wtedy mam szansę na miłość Boga, inaczej
    co? Cierpienie po stracie Syna nie jest dla mnie szansą na
    umocnienie wiary, wręcz przeciwnie,a życie wieczne na tym etapie
    mało mnie interesuje. Wytłumacz mi proszę, tak zwyczajnie po ludzku
    (nie książkowo) czy rzeczywiście musimy cierpieć tak okrutnie za
    życia kosztem naszych zmarłych. Dziwnie to zabrzmiało, ale czy
    musiało umrzeć moje dziecko, żebym ja mogła cierpieć w jakimś nie
    zrozumiałym dla mnie celu. No właśnie jakim? Prościej jest mi
    wierzyć, że Bóg(mój Bóg)nie miał z tym nic wspólnego, bo inaczej jak
    można kochać kogoś, kto w imię sobie tylko znanych powodów nas tak
    okrutnie doświadcza. Chyba, że w myśl zasady: oko za oko, ząb za
    ząb. Pozdrawiam
  • mala_1984 29.09.09, 22:44
    Nie jest prawda, ze cierpienie dotyka kazdego. Sa ludzie, ktorzy naprawde
    doznaja w zyciu samych pozytywnych rzeczy. Niech im sie wiedzie, to nawet nie
    zazdrosc z mojej strony, tylko takie uklucie w sercu. Bo dlaczego????????
    Dlaczego tak nierowno to wszystko jest podzielone. Bo z moich obserwacji wynika,
    ze cierpenie dotyka tych naprawde wspanialych, kochajacych, uczynnych ludzi, a
    szczescie egoistycznych, zapatrzonych w siebie, nastawionych jedynie na wlasne
    potrzeby. Szukam w tym wszystkim sensu, a tak naprawde tego sensu nie ma.
    Nadajemy sens cierpieniu, aby poczuc sie lepiej, bo co innego pozostalo...
    Totalne zatracenie...................
  • luna67 30.09.09, 01:01
    Tym, ktorym los sprzyja, otrzymuja juz zaplate na tym swiecie........, ale na
    tamten, musza jeszcze wiecej pracowac niz ci, ktorym los nie sluzy.....

  • annubis74 30.09.09, 10:42
    tylko mnie nikt nie pytał czy wolę otrzymać zapłatę na tym czy na tamtym świecie
    i mało mnie pociesza jakaś wyimaginowana nagroda w zaświatach
    bo ja wolałabym być szczęśliwa tu i teraz
    a później po prostu wtopić się w ziemię i zniknąć
  • luna67 30.09.09, 00:48
    Czy ktos sie z was kiedys zastanawial (ale na serio) jak Bog musial cierpiec
    przygladajac sie mekom swojego syna na ziemi?......

    Moze i tak, ale z dystansem, napewno sobie tlumaczyl, ze przeciez Bog jest
    wszechmogacy, wiec mogl wybawic z tych mek swojego syna..........., ale sie nie
    zastanowil, ze to nie mialo by sensu, gdyz Jezus tego chcial, chcial pokutowac
    za nasze grzechy, nas zbawic, umrzec na krzyzu i zapewnic naszym duszom zycie
    wieczne. Bog nie chcial cierpienia Syna, to byla Jezusa wola, ktora Bog
    zaakceptowal i wyslal go na ziemie.....Zrozumiemy to cierpienie Boga i Jezusa
    napewno, ale nie teraz..................

    Jezeli nigdy o tym nie mysleliscie, to znaczyloby, ze waszym mniemaniem Bog nie
    ma w sobie ani milosci, ani zalu, ani cierpienia, ani wspolczucia,
    niczego!!!!!!!, czyli jest zimnym glazem patrzacym na smierc SWOJEGO Syna, ale
    to nie maze byc prawda, gdyz Jezus mowi o swoim Ojcu w samych superlatywach, a
    my jestesmy za malutcy zeby to zrozumiec.......

    I wlasnie to cierpienie Boga daje mi sily, ze skoro on tez cierpial jako Bog i
    Jezus, to dlaczego ja, jako maly proch na tej ziemi mialabym byc oszczedzona,
    dlaczego mi mialo by byc lepiej? Przeciez Bog i jego Syn przez nas
    cierpieli........

    Cierpienie powiazanie z wiara chrzescijanska nie konczy sie tylko na
    ukrzyzowaniu..... Jesus sam opowiadal o ziarnku zborza, ktore spada (cierpienie)
    na ziemie i niby „umiera” oddzielone od klosa.......

    Ale w ziemi to ziarnko (stracone niby na umieranie) zaczyna kielkowac i wzrasta
    do klosa z wieloma ziarnkami. To jest nie tylko wiara, ale prawda, ze wszystko
    co nam sie przydarza w zyciu nie idzie na marne, ze kazda lza, ktora zostala
    wylana, ma jakis sens ( i kazdy dobry uczynek i milosc).

    Jezeli czlowiek cierpi (upadek ziarka na ziemie), to cierpi nie na daremno, to
    nie koniec, ten upadek powoduje „owocowanie”, cierpienie przynosi sens, cos
    nowego powstaje z upadku ziarenka, nowye nadzieje, plusy w zyciu po tamtej
    stronie...................




  • 198-3mk 30.09.09, 01:32

    Luna...

    Podpisuje się pod wszyskim co napisałaś...
    O ile łatwiej przyjmuje sie cierpienie i niedogodnosci
    naszego zycia, jesli wierzymy że ma Ono jakiś sens...

    Ja przekonałam sie o tym na własnej skórze... Śmierć syna
    zrobiła ze mnie innego człowieka...
    Każdego dnia myślę, co mogę zrobić aby pomóc drugiemu człowiekowi...
    Pomimo bólu jaki noszę w swoim sercu, staram cieszyć się każdym nowym
    dniem, i doceniać to co mam...
    A przede wszystkim nauczyłam się dziękować za to co mam...
    Dziekuję Bogu, za każdy dzień który pozwolił mi zacząć...

    Beata-mama Marcina.
  • annubis74 30.09.09, 10:47
    przyznam że nigdy tej pokrętnej logiki nie rozumiałam
    co zmieniła ofiara Jezusa? nic
    co zmieniła jego śmierć? jego cierpienie? nic
    przynajmniej w zaiemskim, bo duchowy to tylko sfera naszych domysłów
    nie wiemy co czuł Bóg patrząc na mękę swojego syna
    ja wiem że w ludzkim wymiarze rodzice są gotowi poświęcać się dla swoich dzieci
    a nie wystawiać je na taką próbę
    a czuł Jezus? nie wiemy... ale krzyczał "BOże mój czemuś mnie opuścił" wiec
    chyba tak do końca nie tego się spodziewał
  • halas1961 30.09.09, 11:57
    Mam nadzieje, ze jesli naprawde kiedys zapragniesz znajdziesz
    odpowiedz na pytanie co zmienila ofiara Jezusa i Jego smierć.
    Najpierw tylko uswiadomic sobie musimy, ze dla Boga nie tylko
    Chrystus jest jego dzieckiem. Nas tez uwaza za swoje dzieci.
    Chcąc zapewnić nam zycie wieczne, chcac dac nam szanse poswieca
    Syna. Czy matka majaca np. 11 dzieci gdyby wiedziala, ze wszystkie
    zgina, ze ratunkiem jest smierc jednego a wtedy reszta ocaleje nie
    zgodzilaby sie na to. Nie mowie, ze sama by to jedno dziecko
    zmuszala do ofiary, ale gdyby to dziecko chcialo swiadomie oddac swe
    zycie, aby pozostale dzieci nadal zyly czy nie zgodzila by sie na
    to... To trudna decyzja, ktorą tylko Ci ktorzy maja dzieci sa w
    stanie zrozumiec.
    Co czul Bóg patrzac na mękę swego Syna. Ojciec...co czuł Ojciec.
    Ja matka, ktora patrzylam na mękę swojego dziecka mogę Ci powiedziec
    co czuł Bóg...
    Kiedy wydano wyrok na Jego dziecko On krzyczal i plakal, On wyl z
    rozpaczy...Kiedy Jego syn plakal i sie zalil Jego serce bylo
    rozerwane na tysiace kawalkow, caly byl bolem i krzykiem...
    Kiedy wwszyscy opuscili jego Syna i On byl opuszczony.
    On byl sam najbardziej samotny i sam jak tylko mozna byc samotnym.
    Kiedy wbijali gwozdzie w jego rece, nogi On czul wbijanie gwozdzi w
    swoje rece i nogi. Kazdy ciezki oddech jego Syna, kazdy brak
    powietrza w pluchach Jego dziecka odczuwal tak jakby to Jemu wbijali
    gwozdzie, jakby to On sie dusil i nie mogl oddychac...
    Przebity bok Jego syna... jak bardzo On rowniez czul ten bol, nie do
    opisania.
    I On dusil sie gdy jego dziecko sie dusilo i On tez chwytal
    powietrze jak ryba gdy Jego syn nie mogl oddychac...
    Co czul Bog co czul Ojciec...wszyscy rodzice ktorzy patrzyli na
    swoje umierajce np. na raka dziecko wiedza co czul Bog...

    Halina-mama Agatki
  • tilia7 30.09.09, 13:37
    Tak, myślałam o tym czemu Bóg skazał swojego syna na takie męki i
    nie nie wierzę,że naprawdę wszechmocny Bóg musi się posługiwac
    takimi metodami.Cierpienie jest wszędzie, śmierc spotka nas
    wszystkich.To prawda nie do podważenia.Ale też chrześcijaństwo jest
    z zasady taką religią, religią cierpienia i nawiasem mówiąc
    wyłącznie dlatego zyskało taką potęgę i tylu wiernych bo w bogatym
    rozpustnym Rzymie ogłosiło,że tylko ci co nic nie mają i wiecznie
    cierpią będą zbawieni.Nie ma w tej religii HARMONII I RÓWNOWAGI a na
    tych wartościach opiera się prawdziwa boskośc.Tu natomiast radośc
    jest prawie zawsze grzechem i tylko cierpiec trzeba i cierpiec.Pytam
    po raz kolejny czemu nie mogłam okazywac swojego dobrego serca
    bliźnim, będąc jednocześnie szczęśliwa?
  • jaga123-0 30.09.09, 14:03
    Też się nad tym zastanawiam, dlaczego nasza religia tylko w
    cierpieniu widzi zbawienie. I to ciągłe tłumaczenie, teraz cierpisz,
    potem będziesz miała radość wieczną. A ja mam gdzieś życie wieczne ,
    chciałam tutaj być szczęśliwa, chciałam, żeby moje dziecko było
    szczęśliwe, czy to tak wiele. Najbardziej denerwuje mnie nasza
    religia (cyba jednak już nie moja)że w cierpieniu widzi jakiś wyższy
    sens,tylko nikt nie potrafi wytłumaczyć, jaki? Wiem jaki z punktu
    widzenia kościoła, tylko ten sens jest dla mnie niezrozumiały. Jak
    człowiek jest szczęśliwy to nie jest dobrze, musi cierpieć, wtedy
    jest fajnie. Ja trzymam się tylko tej teorii, że jeśli Bóg jest to
    nie ma na nic wpływu, bo inaczej musiałabym go obwiniać o śmierć
    dziecka. Pozdrawiam
  • tilia7 30.09.09, 14:43
    Jago ja też trzymam się tej wersji,że Bóg nie ma z tym i miec nie
    może nic wspólnego.Cierpienie jest cierpieniem, ale wolę wierzyc,że
    tsunami jest efektem tąpnięcia jakichś płyt tektonicznych, nowotwór
    jest efektem mutacji komórek,depresja efektem zaburzeń neuronów,a
    wojna po prostu niedoskonałości ludzkiej itp.Wtedy mogę miec
    nadzieje i nie muszę Boga obwiniac.Ja też chciałm byc szczęsliwa tu
    a potem zasnąc na wieki i nie rozumiem jak pogodzic "wolną wolę"
    i "boskie plany" .
    Również pozdrawiam cię ciepło
  • halas1961 30.09.09, 14:41
    Nigdy przez 48 lat swojego zycia w zadnej publikacji
    chrzescijanskiej, ani w Biblii nie przeczytalam ze radosc i
    szczescie sa grzechem. Nigdy nie uslyszlam w kosciele katolickim i
    od zadnego kaplana(choc wiecie jak sie na nich zawiodlam), ze radosc
    jest grzechem. Ngdy tak nie odczulam ani nie wyciagnelam takiego
    wniosku....Cierpienie jak sama stwierdzasz jest niodlaczna czescia
    zycia i jak je przetrwamy tylko od nas zalezy. Jesli ktos czuje sie
    chrzescijaninem piekna wskazowke i droge jak zyc w czasie cierpienia
    wskazal "tenktoryuwierzyl".
    Nie zgodze sie, ze w chrzescijanstwie nie ma Harmonii i Równowagi.
    Ja ja odnajduje. Czesto poprzez poszukiwania na wlasna reke, na boku
    od dogmatow ktorych trzyma sie kosciol katolicki. I tak na moj
    malutki rozumek mysle, ze aby odnalezc harmonie w religii najpierw
    trzeba ja odnalezc w sobie samym.
    W moim przypadku okazywanie dobroci blizniemu nigdy nie mialo
    zwiazku z moim stanem ducha - szczesliwosci czy cierpienia. I w
    jednym i drugim czasie na blizniego patrzylam zawsze podobnie. Z tym
    ze teraz wydaje mi sie stalam sie jeszcze bardziej tolerancyjna i
    wyrozumiala. Moze to tylko moje subiektywne odczucie, nie wiem...
    Mam tez nadzieje ze zabierze w tym temacie ktos madrzejszy glos,
    ktoby wyjasnil, oswiecil:)Glownie mi chodzi o te harmonie i
    rownowage:)
    Ps. Tylko czemu Osmiorniczka w tym temacie milczy:)?
    Pozdrawiam
    Halina-mama Agatki
  • osmiorniczka030 30.09.09, 20:04
    Witajcie!

    Jestem, jestem, tylko tak sobie cichutko siedze i czytam... Nie chce
    za czesto wypowiadac sie w watkach religijnych, by nie podgrzewac
    atmosfery, co niestety czesto mi sie zdarza. Jednak skoro tym razem
    to ja "zostalam wywolana do tablicy," oczywiscie napisze Wam swoje
    przemyslenia.

    Witam na naszym forum "tegoktoryuwierzyl" i serdecznie dziekuje mu
    za to, ze zechcial ten temat poruszyc. Ja osobiscie choc
    potrzebowalam sie w tej kwestii wypowiedziec przyznam, ze troche sie
    balam tworzyc taki osobny watek w miejscu, gdzie tyle bolu, lez i
    cierpienia. Dopiero teraz widze, jak bardzo ten watek byl nam
    potrzebny.

    Mysle, ze to, co najwazniejsze zostalo juz wczesniej powiedziane.
    Musze przyznac, ze wiele Waszych osobistych relacji poruszylo mnie
    do lez.
    Tenktoryuwierzyl! Jeszcze raz wielkie dzieki za ten watek.

    Beatko! Halinko! Luno!
    Brawo! Pod tym, co napisalyscie podpisuje sie swoim "gesim
    piorem!" :-)

    No, a teraz pora na moje przemyslenia.

    Jakis czas temu przytoczylam nastepujacy cytat: "Wielu idzie za
    Jezusem az do lamania chleba, lecz niewielu az do wychylenia
    Kielicha Meki".

    I tu male wtracenie do Tilii: Przepraszam, ze znowu skazuje Cie na
    te Krzyze, Chrystusa i Kielich Meki. Wiem jednak, zes jest
    milosierna i ze mi to wybaczysz :-)

    No i gdzie tu jakis sens, jakas logika? W Krzyzu? W cierpieniu?
    Tilia zapewne powie, iz nikt ja o ten krzyz nie spytal i ze ona
    przeciwko Krzyzowi protestuje. Problem w tym, ze do niesienia
    swojego krzyza jestes przez Boga wezwana. A to, czy Twoj krzyz
    nabierze sensu zalezy rowniez od Ciebie.

    Stojac na stanowisku, ze moje zycie jest jedynie dzielem milionow
    przypadkow, ze nie istnieje swiat ukryty dla oczu, ze niczego
    wiekszego i bardziej inteligentnego od nas na tym swiecie nie ma lub
    ze Bog moze i jest, ale mieszka na innej planecie i sie nami raczej
    interesuje, to rzeczywiscie ani Krzyz, ani Kielich Meki, ani zadne
    Zbawienie nie maja tu sensu i nie beda dla nas zadnym pocieszeniem.

    Jesli jednak uznamy, ze te milony przypadkow, dzieki ktorym powstalo
    na ziemi zycie i dzieki ktorym istniejemy sa czyims dzielem,
    wszystko inne tez musi miec swoj sens. Rowniez smierc i to nasze,
    chocby najwieksze cierpienie. Ja osobiscie sens ten jestem w stanie
    zrozumiec jedynie wierzac Chrystusowi. Nie, jak to nazwie Tilia
    jakiejs doktrynie religijnej, ale Chrystusowi, ktory zyl naprawde i
    ktory w swoim nauczaniu pozostawil tak wiele wskazowek, ze nie
    potrafie juz Mu nie wierzyc. Chrystus jest dla mnie Droga, Prawda i
    Zyciem. Wierzac Chrystusowi odnajduje sens we wszystkim. Pomimo
    mojego wielkiego, osobistego cierpienia - zeby Wam sie przypadkiem
    nie zdawalo, ze jestem na cierpienie znieczulona.

    Jednak oprocz tego, ze ogromnie cierpie, oprocz tego, ze uznaje Pana
    Boga w swoim zyciu, oprocz tego, ze wiem, iz jest zawsze obok mnie,
    a nie mieszka gdzies na innej planecie, czesto powtarzam sobie slowa
    sw. Pawla: "Nikt z nas nie zyje dla siebie i nikt nie umiera dla
    siebie: jezeli bowiem zyjemy, zyjemy dla Pana; jezeli zas umieramy,
    umieramy dla Pana. I w życiu wiec i w smierci nalezymy do Pana."

    Warto przypomniec sobie od czasu do czasu te wlasnie slowa, bo chyba
    zbyt czesto zapominamy o tym, iz zycie nasze i naszych najblizszych
    jest prawdziwym Darem. Podobnie Darem jest to, ze spotykamy na
    sciezkach naszego zycia wspaniale osoby, ktore calym sercem kochamy,
    a ktore tak naprawde nie sa nasza wlasnoscia. I my rowniez nie
    jestesmy niczyja wlasnoscia na tym swiecie.

    Aby zrozumiec ten sens trzeba przyjac do wiadomosci, ze istnieje
    swiat ukryty dla ludzkiego oka. Caly paradoks polega wlasnie na tym,
    ze nie chcemy dostrzec tego innego, duchowego wymiaru egzystencji, a
    co za tym idzie czesto jedynym naszym celem sa dobra doczesne. A one
    tak naprawde sa jednym, wielkim "zludzeniem". Wpatrujemy sie w to,
    co widzialne, gdy tak naprawde najwazniejsze jest to, co
    niewidzialne.

    Rzeczy doczesne sa dla nas wabikiem, ktory ma odciagnac nasza uwage
    od Boga... A oto kilka przykladow.

    Calymi godzinamy pracujemy nad swoim wygladem zewnetrznym, gdy tym
    czasem czesto nie robimy nic, by popracowac nad swoim wnetrzem.
    Podobnie zazwyczaj oceniamy innych - tak wazny jest dla nas wyglad
    zewnetrzny, a tak malo istotne jest to, co człowiek ma w sercu.
    Wolimy miec, niz byc. Najcenniejsza rzecza na swiecie staje sie dla
    nas pieniadz, gdy tak naprawde najcenniejszy powinien byc czas
    spedzony z najblizszymi. Wciaz porownujemy sie z innymi, widzimy
    ludzkie szczescie najczesciej przez pryzmat posiadania, a zapominamy
    o tym, ile szczescia daje milosc, dobroc, zyczliwosc i dawanie serca
    innym. My ciagle czegos chcemy, gdy tak naprawde wciaz powinnismy
    dziekowac za kazdy dzien, za kazda zyczliwa nam istote, za kazda
    zdrowa konczyne, za kazda chwile z ukochanym człowiekiem. Pragniemy
    byc bogaci, odniesc sukces, posiadac dom, samochod, stosy pieniedzy,
    najmodniejsze ciuchy, gdy tak naprawde bogatym w oczach Boga jest
    ten, kto siebie daje innym. Mamy czas na dobra zabawe, kino,
    telewizje, imprezy, chodzenie po sklepach, ale zawsze brakuje nam
    czasu dla Boga. Tak bardzo zalezy nam na opinii innych, a tak malo
    na tym, co sadzi o nas Bog. Tak latwo przychodzi nam wydawanie ocen
    o innych, gdy o wiele trudniej ta sama miara ocenic siebie. Wydaje
    nam sie ze nasi bliscy pomarli, gdy tak naprawde oni zyja. W
    rzeczywistosci wszystko jest na odwrot, a nie tak, jak widza to
    nasze ziemskie oczy.

    W dodatku na pierwszym miejscu zazwyczaj stawiamy siebie. Najlatwiej
    wciaz narzekac, szukac winnych, mowic: "JA che! JA mam prawo! JA
    wymagam!", gdy tak naprawde najtrudniej jest wymagac od siebie.
    Najwazniejszy jestem JA! Bog wciaz slyszy tylko JA! JA! JA! A tak
    bardzo pragnie od nas uslyszec "INNI!" Ciagle tylko bierzemy, a On
    pyta, ile z siebie dajemy? Bog ciagle slyszy "Ja chce byc
    szczesliwy." A on chce uslyszec "Ja chce dawac szczescie innym."
    Wydaje nam sie, ze potrafimy prawdziwie kochac, otaczac innych
    troska i opieka, ale... dopoki milosc ta dotyczy jedynie naszych
    najblizszych. Nasza milosc jest ograniczona, gdy tym czasem Bog
    oczekuje od nas nieograniczonej, bezinteresownej milosci po prostu
    do ludzi, czesto do obcych nam ludzi.

    Wiem, ze Annubis zapewne teraz oburzy sie na mnie i zakrzyknie, by
    ten "moj Bog" przypadkiem od niej nie oczekiwal, ze tak samo bedzie
    kochac kogos obcego, co swoja Mame. I wiecie co? I bedzie miala
    racje, bo nie o taka milosc tu chodzi. Chodzi o takie najzwyklejsze
    dawanie siebie innym.

    Pam natomiast zada teraz pytanie: "I co do tego ma cierpienie, bo
    chyba mam prawo zapytac?" ;-)

    Dopoki nie spotykaja nas zadne przykrosci, jestesmy dobrzy, mili i
    sympatyczni. Niestety ten nasz egocentryzm widac zwlaszcza w
    cierpieniu. Dlaczego JA musze cierpiec? JA o to nie prosilem! JA
    tego nie chce! JA chce byc szczesliwy! To calkiem naturalne reakcje,
    ale wydaje mi sie, ze Bog wymaga od nas innej postawy: "Bede
    cierpial dla Ciebie, bo Ty cierpiales dla mnie". To postawa pelna
    pokory i milosci. Mysle, ze cierpienie ma nas rowniez wzmocnic i
    nauczyc pozbywania sie wlasnego egoizmu, zapierania sie samych
    siebie...

    No, to Jaga pewnie da teraz biednej Osmiorniczce po glowie...

    I w tym kulminacyjnym momencie musze przerwac swoja rozprawe... :-)
    Po raz pierwszy przekroczylam 8000 znakow i musze kontynuowac w
    innym watku. To zapraszam ciekawskich watek nizej :-)
  • pam_71 01.10.09, 14:09
    Aby zrozumiec ten sens trzeba przyjac do wiadomosci, ze istnieje
    swiat ukryty dla ludzkiego oka. Caly paradoks polega wlasnie na tym,
    ze nie chcemy dostrzec tego innego, duchowego wymiaru egzystencji, a
    co za tym idzie czesto jedynym naszym celem sa dobra doczesne. A one
    tak naprawde sa jednym, wielkim "zludzeniem". Wpatrujemy sie w to,
    co widzialne, gdy tak naprawde najwazniejsze jest to, co
    niewidzialne.


    Po przeczytaniu nasunął mi się tylko jeden wniosek: No jak nic
    MATRIX jakiś ;-)

    A tak poważnie. To o czym piszesz (czyli skupienie na sobie i
    dobrach materialnych bądź też rozwój duchowy) jest czynnikiem
    czysto ludzkim. Dla mnie nie ma tu ani grama ręki siły „wyższej”. To
    od nas samych (od charakteru, wychowania, środowiska w którym
    dorastaliśmy, wzorców przekazanych przez rodziców ... etc) zależy
    czy będziemy egoistami skupionymi na sobie i na tym by „mieć” czy
    też altruistami pomocnymi i otwartymi na potrzeby innych. Akurat w
    moim otoczenia znam zarówno osoby głośno mówiące o swej wierze w
    Chrystusa, a postępujące w swoim życiu według własnego kodeksu
    moralnego i to mocno odbiegającym od nauk w/w jak i zagorzałych
    ateistów czynnie uczestniczących w akcjach charytatywnych.
    Podobnie z rozwojem duchowym ... bo czyż poczucie piękna tego
    świata, owe doznania Tilii na górskiej ścieżce (swoją drogą – tego
    lata byłam w Tatrach i też doznałam pewnego rodzaju olśnienia na
    widok tęczy zwisającej dosłownie na wyciągnięcie ręki ... no dla
    mnie bomba ;-) ) nie są kolejnym krokiem, przyczynkiem do bycia
    lepszym człowiekiem ??
    Ja wierzę w Dobro. W dobro człowieka. W to, że człowiek może być
    dobry dla innych ( ludzi, zwierząt, roślin, naszej planety etc.). I
    dobry dla samego siebie. Ale to można osiągnąć będąc sobą
    (postępując zgodnie z własnym sumieniem, osobistym kodeksem).
    A czy tym kodeksem będzie Biblia, Koran, Tora czy owa tęcza na
    zboczu Śnieżki ?! Niech każdy wybierze sam ;-) Bo mamy taki wybór.
    Mnie osobiście do szczęścia nie jest potrzebna niedzielna Msza czy
    hostia przemieniona w kawałek ludzkiego serca (br...) , ale uśmiech
    drugiego człowieka ... to że mogę komuś pomóc, że ktoś się
    uśmiechnie .. a do tego nie potrzeba wielkiej filozofii czy
    religijnych uniesień.
    Wiem, że wiara może w trudnych momentach pomóc. Mamy gotowe
    wytłumaczenie tego co „niewidzialne”. Ja dzisiaj traktuję to jako
    jedną z możliwych teorii ... jednak tych niemożliwych do
    udowodnienia ;-) Tzn. Byłoby do udowodnienia jeżeli przyjmiemy zał.
    że Chrystus był synem Bożym i że zapisy w Starym i Nowym Testamencie
    są prawdziwe ... było to jednak tak dawno temu ;-) że hm....
    Dodatkowo Kościół jako instytucja na przestrzeni wieków dołożył tak
    wiele swoich (często z pobudek czysto ekonomicznych jak. np. celibat
    księży) nakazów/zakazów; mocno odbiegając w ten sposób od korzeni
    chrześcijaństwa.

    Przepraszam – napisałam cokolwiek nie na temat ;-) bo o cierpieniu
    nie było. Ale wydawało mi się to ważne i godne wyjaśnienia.

    Co do tematu głównego – moja wiara w katolickiego Boga padła na
    długo przed chorobą Taty (mojego Teścia – wspaniałym człowiekiem
    był). Jak dotąd nic się nie zmieniło ... choć nie do końca, bo
    zaczęłam po jego odejściu tu pisać i niejako zastanawiać się nad
    światem i sobą ... tak więc rozwijam się duchowo (na marginesie –
    nie mogę ostatnio dotrzeć do fryzjerki, a malować się nie lubię od
    zawsze ... ;-p). Przychylam się zatem, że cierpienie w pewnym sensie
    może rozwijać ... tylko po co aż takim kosztem ?!
    To tak skrótowo ;-) Bo mam wrażenie, że nadużywam Wasz czas i
    uwagę ...
    Pozdr
  • bezprzerwy 01.10.09, 14:34
    Wspanialy elaborat pam_71.
    Z przyjemnoscia sie pod nim podpisuje.

  • osmiorniczka030 30.09.09, 20:35
    A oto ciag dalszy mojej rozprawy...

    No, to Jaga pewnie da teraz biednej Osmiorniczce po glowie, ze ona
    wlasnie przez to cierpienie stala sie (jak sama kiedys o sobie
    powiedziala) "bezuczuciowym potworem". A moim zdaniem cierpienie
    paradoksalnie pomaga nam przekraczac najtrudniejsze do przekroczenia
    granice. Mysle, ze cos w tym jest, ze ci, ktorzy sami upadli,
    najlepiej wiedza, jak podnosic innych. W naszym przypadku czasem
    wystarczy usmiechnac sie dla innych, czasem wyjsc z domu dla innych,
    by zauwazyc tego drugiego czlowieka. I to juz jest wielkim naszym
    osiagnieciem.

    A teraz jeszcze kilka slow na temat modlitwy... Czesto mowimy Bogu -
    ok, bede Cie kochal, ale pod warunkiem, ze wysluchasz mojej
    modlitwy. A jak nie, to zonk i juz Cie kochal nie bede. Mysle, ze
    przeciwnosci losu ucza nas pokory oraz bezinteresownej milosci do
    Boga, mowienia Mu TAK pomimo wszystko, bez stawiania jakichkolwiek
    warunkow. W Ewangelii mamy przyklad, jak nalezy zwracac sie do Boga
    w naszych modlitwach: Tredowaty prosi Chrystusa: "Jesli chcesz,
    mozesz mnie oczyscic." Rowniez Pan Jezus uczyl nas, jak nalezy sie
    modlic - "Badz wola Twoja." To dla nas wzor postawy wobec Boga...
    Ten, kto naprawde zaufa Bogu, w ten wlasnie sposob, z pelnym
    przekonaniem bedzie potrafil zwrocic sie do Niego w modlitwie. A
    poki co, my ciagle "daj!" "daj!" "daj!" A kiedy otrzymujemy, to, o
    co prosilismy, nie mowimy nawet "dziekuje."

    Według mojego rozumienia swiata Bog nas wciaz probuje nas uczyc -
    kazdym wydarzeniem w naszym zyciu.
    Czego probuje nauczyc? Milosci i pokory. Może na tym swiecie
    rzeczywiście jest ich za malo?

    Moze Pan Bog uczy nas bardziej byc, niz miec?
    Moze Pan Bog chce, abysmy poprzez nasze zyciowe doswiadczenia
    zwrocili uwage na innych?
    Moze Pan Bog chce, bysmy zaczeli pracowac nad swoim wnetrzem?
    Moze wytycza nam w ten sposob pewne kierunki, stawia nam jakies
    zadania?
    Moze Pan Bog chce, bysmy zaczeli szukac pewnych odpowiedzi?
    Moze Pan Bog chce, abysmy odkryli wartosc czasu spedzanego z
    najblizszymi?
    Moze Pan Bog chce, abysmy Go na tej naszej drodze zauwazyli?
    Moze Pan Bog chce nauczyc nas kochac siebie w taki sposob, bysmy z
    pelnym zaufaniem mowili "Badz wola Twoja"
    Moze Pan Bog chce nauczyc nas kochac w taki sposob, by siebie dawac
    innym?
    Moze Pan Bog wymaga od nas, bysmy poszli za Nim az do wychylenia
    Kielicha Meki?
    Moze...

    Wedlug mnie to jest wlasnie prawdziwa miłosc, ktorej naucza nas Bog.
    Zycie dla Boga i innych, a nie dla siebie. A wszelkie trudne
    doswiadczenia pomagaja nam przezwyciezac samych siebie.

    Na nasze pytanie o sens cierpienia Chrystus odpowiada własnym
    cierpieniem. Nie tlumaczy cierpienia, ale je przezwycieza, cierpiac
    az do konca, cierpiac pomimo wlasnych ludzkich lekow i slabosci.
    Cierpiac pomimo tego, ze mogl przeciez sobie z Krzyza zejsc. Jesli
    tak nie zrobil, znaczy to, ze w swojej smierci i w tym cierpieniu
    widzial ogromny sens.

    To do nas nalezy decyzja, czy to cierpienie przyjmiemy, czy je
    odrzucimy.

    Ale to jest jedynie moja opinia.

    A dlaczego nie przyjąć cierpienia
    A dlaczego mam się nie zgodzić
    Przecież wyjścia nie ma innego
    Jeśli Twoją drogą mam chodzić
    Więc dlaczego się wszyscy dziwią
    Że spokojna już, pogodzona
    Więc dlaczego się wszyscy dziwią
    Że przyjęłam krzyż na ramiona

    Pozdrawiam.
  • tilia7 30.09.09, 21:03
    Ośmiorniczko, wybaczam Ci, oczywiście:)Przypominam tylko niezwykle uprzejmie,że
    nie mam zamkniętych oczu na tamten świat, wręcz przeciwnie, mam na niego oczy
    bardzo szeroko otwarte,nawet wytrzeszczone w jego kierunku(i to żadna
    złośliwość) i bardzo uważnie staram się zrozumieć jak ów świat funkcjonuje.I
    widzę co innego niż Wy.Napisałaś tak dużo,że nie mam siły analizować krok po
    kroku wszystkiego.Z pewnymi stwierdzeniami się zgadzam.choćby z tym,że nie można
    myśleć wciąż o sobie i zaczynać każdego zdania od JA.Ale JA to już wiedziałam
    wcześniej i starałam się z całego serca dawać tą miłość.Nadal się
    staram,tylko,że teraz nie bardzo umiem.Nigdy nie goniłam za kasą i gromadzeniem
    dóbr materialnych, zawsze rozwój duchowy i intelektualny był dla mnie
    ważniejszy(co nie znaczy,że uważam,że dobra doczesne i przyjemności zmysłowe nie
    powinny mieć żadnego znaczenia w naszym życiu, ale o tym będzie gdzie
    indziej).Zawsze dostrzegałam krzywdę innych.Dopiero teraz na nią zobojętniałam.I
    tak można w nieskończoność ciągnąc te wyliczanki.

    Cierpienie, jeśli ma jakikolwiek sens, to myślę,że tylko taki,że jakoś
    kształtuje nasz charakter i od nas zależy faktycznie co z nim zrobimy.Ale w moim
    pojęciu nie ma to nic wspólnego albo niewiele z religią.I jak to cierpienie mają
    wykorzystać Ci, którzy doznali takiej jego dawki,że nie dali rady go udźwignąć i
    stracili po prostu zmysły?Pytam, bo sama cały czas się boję że zwariuję z
    bólu.To nie jest zależne od mojej woli, od mojej wiary itd.Po prostu jest.Jak
    będę mogła je przeżywać, ofiarować, powierzać Bogu, jeśli zwariuję z Jego
    nadmiaru?Jak to cierpienie poświęcają Bogu chore niemowlęta, które nawet "mama"
    jeszcze nie potrafią powiedzieć a co dopiero określić swojej postawy wobec Boga
    i samego cierpienia?


    Halinko
    Na temat Harmonii i Równowagi oraz braku radości w chrześcijaństwie napiszę,
    może jutro, bo nie chcę pisać bzdur, a mam już dość na dzisiaj.Dziękuję za
    dialog podjęty w duchu prawdziwego wzajemnego zrozumienia:)
  • jaga_12 30.09.09, 23:12
    Kochani!

    Kiedy tak czytam Wasze wpisy dotyczące umierania, wielkiego
    cierpienia, walki i ogromnej miłości, połączonej z wiarą, chylę
    czoło przed wszystkimi, którzy byli w stanie nieść nie tylko ciężar
    śmierci, często śmierci własnego dziecka, często śmierci w ogromnych
    cierpieniach, ale również koszmar odchodzenia najbliższych nam osób,
    trwający niekiedy wiele miesięcy i jednocześnie nie utracić swej
    wiary w Boga.

    Pragnę również tą drogą podziękować dwóm bardzo ważnym dla mnie
    osobom, które swoje cierpienie połączone z wielką wiarą przelewają
    na papier. Po pierwsze pani Halinie za Pani wspaniałe wiersze, które
    zawsze czytam z wielkim wzruszeniem i podziwem dla Pani talentu. I
    za tego Boga, o którym Pani zawsze mówi tak "po ludzku."

    Pragnę też podziękować pani Beacie Kanik za książkę "Trzymając
    śmierć za rękę," którą pisała w wielkich bólach patrząc na
    odchodzenie swojego syna. Przepraszam, że robię to tak publicznie,
    na forum, ale wlała Pani we mnie dużo siły, wiary i odwagi do
    zmagania się z moimi własnymi słabościami po śmierci moich
    najbliższych.

    Po mojej tragedii stałam się pusta w środku. Tak pusta, że w moim
    sercu nie było miejsca na żadne uczucia, a co dopiero mówić Bogu.
    Nie było mi też łatwo sięgnąć po książkę o umieraniu. Bałam się.
    Jednak czas pokazał, jak bardzo potrzebowałam świadectwa kogoś, kto
    przeszedł tę samą drogę, co ja, którą w dodatku przechodził właśnie
    z Bogiem!

    Do dzisiaj jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak pięknie potrafi
    Pani mówić właśnie o śmierci, o cierpieniu, wierze i miłości. Jestem
    bardzo poruszona Pani wielkim heroizmem i cierpieniem połączonych z
    tak wielką miłością do Boga, że była Pani w stanie każdego dnia
    swojej wielkiej tragedii wołać do Boga:

    "Mojego kochanego synka, całą swoją słabą wiarą powierzam Tobie,
    Panie Boże, bo wiem, że Ty tam na górze wszystkim kierujesz. Oddaję
    go w Twoje ręce i błagam, jeśli Twoją wolą jest, aby był przy Tobie,
    oszczędź mu cierpienia tu, na ziemi. Ja z Twoją decyzją się zgodzę,
    choć sam widzisz, jak bardzo cierpię i jak mocno krwawi moje
    matczyne serce. Jeszcze raz Cię proszę! Błagam! Otocz opieką moje
    dziecko, bo z Tobą na pewno będzie mu łatwiej. Dla siebie proszę o
    taką siłę, abym mogła być z nim do samego końca. Wlej we mnie tyle
    nadziei i wiary, żebym umiała przeprowadzić go na Twoją stronę Tam,
    gdzie Ty, wierzę w to, będziesz na niego czekał."

    Dopiero po lekturze Pani świadectwa zrozumiałam, co znaczą
    słowa: "Bądż wola Twoja," które przecież wypowiadałam codziennie!
    Dopiero po przeczytaniu Pani śwaidectwa wiem, co znaczy iść za
    Jezusem aż do wychylenia Kielicha Męki. Wiem już teraz, że śmierć
    naszych najbliższych i Bóg nie tylko się nie wykluczają, ale to
    właśnie On stanowi w takich momentach największą podporę dla
    człowieka i jak to ktoś, gdzieś kiedyś mądrze napisał: "bierze nas
    na swoje ramiona."

    Z całego serca Pani dziękuję!
  • 198-3mk 01.10.09, 10:41

    JAGO 12...

    Bardzo mi miło, że w bardzo trudnym dla siebie czasie, w czasie w
    którym próbujesz uporać się ze swoją bardzo wielką stratą sięgnełaś po
    tak ciężką lekturę, to JESTEŚ WIELKA...
    Ja jako autor tej książki, zdaje sobie sprawe z tego że nie kazdy
    jest w stanie ją przeczytać, tym bardziej osoby które borykaja się z
    bólem po stracie bliskiej sercu osoby...

    Te same słowa kieryję do Jagi- Krysi, bo też wiem że moją książkę
    czytała...

    Chyle przed Wami głowę... I bardzo dziękuję...

    Cieplutko Pozdrawiam. Beata-mama Marcina.
  • halas1961 01.10.09, 12:45
    Jago, dziekuje Ci za cieple slowa. Napisze tylko,ze nie traktuje tej
    umiejetnosci, ktora Stworca mnie obdarzyl jako talent, ot pisze:)
    Raz lepiej raz gorzej, czasem dlugo wcale. W zasadzie nie mam marzen
    przyziemnych dotyczacych bezposrednio swojej osoby, nie zwiazanych z
    zyciem syna, rodziny, itd. Ale to jedno malutkie ziemskie jest,
    zwiazane w tymi wierszami. Chcialabym, aby kiedys ukazaly sie
    wszystkie w normalnej ksiazce poetyckiej(wierszy mam sporo, musze
    kiedys policzyc:):)I zeby tak to jakos zrobic, zeby je rozdawac tak
    jak ta mala ksiazeczke, glownie dla osob w zalobie, w bolu, ale nie
    tylko... Osoby, ktore nie doswiadczyly jeszcze zaloby po
    przeczytaniu mowily: "ja nie wiedzialam, ze to jest az tak, ja nie
    zdawalam sobie sprawy" i mowia, ze pomoglo to im w kontaktach z kims
    kto jest w zalobie. Srodkow nie mam na wydrukowanie, w normalnym
    Wydawnictwie szanse zadne(kto dzis czyta wiersze, a jeszcze
    nieznanej osoby), ale skoro udalo sie mala ksiazeczke wydrukowac, ot
    tak z biegu bez planow:) to i ufam, ze kiedys uda sie wydrukowac
    wieksza.
    Przepraszam za ten prywatny liscik w tym watku...
    i jeszcze jakby kto chcial to do sprezentowania z 10 ksiazeczek
    zostalo:)
    Halina-mama Agatki
  • tenktoryuwierzyl 01.10.09, 08:01
    ROZSTANIE...

    Wszyscy wiemy, że rozstania z najbliższymi są bolesne, ale przecież
    nikt z nas,nie chciałby zrezygnować z miłowania ludzi tylko dlatego,
    żeby potem nie cierpieć. Pożegnania są wpisane w człowiecze życie i
    jestesmy niejako zmuszeni nauczyć się je przezywać tak, żeby to jedno
    rozstanie nie rzuciło głębokiego cienia na wszystkie spotkania z
    ludźmi, których Pan Bóg stawia na naszej drodze.
    Gdy uważnie przyjrzymy się swojemu życiu zobaczymy, że nieustannie
    przewijają się w nim pożegnania - nie tylko z osobami, ale i z
    uczuciami, z miejscami , z rzeczami, z kolejnymi etapami życia, z
    marzeniami o przyszłości, z ulubionymi zwierzętami itp. Niektóre z
    nich przebiegają łagodnie inne zaś dotkliwie ranią nasze serca, w
    zależności od twgo, jak bardzo utracona rzeczywistość była nam bliska,
    ile w nią włożyliśmy samych siebie, jak bardzo utożsamoliliśmy z nią
    swoje istnienie.
    Najdotkliwiej jednak doswiadczamy pożegnań z kochanymi ludźmi.
    Im bliższe były więzi tym więcej bolesnego cierpienia. Nasze serca
    okrywają sie głęboką żałobą, bo - trzeba to wyraźnie zaznaczyć -
    wraz z ukochanym człowiekiem umiera cząstka nas samych.
    Św. Augustyn,któremu w młodości smierć odebrała przyjaciela, napisał
    w Wyznaniach : " Nie mogłem się nadziwić, jak ja, nieodłączna część
    jgo osobowości,byłem w stanie żyć, kiedy on już nie żył".
    Potem jeszcze musiał zmierzyć się z bólem po śmierci matki.Choć siła
    miłości Augustyna do tych dwóch najbliższych osób była równie wielka,i
    zapewne ból po ich stracie podobnie dotkliwy,to śmierć matki przeżywał
    już jako głęboko wierzący chrześcijanin. Wydawałoby się, że umocniony
    wiarą w zmartwychwstanie i zycie wieczne powinien łagodnie przejść
    przez to doświadczenie. Niestety, choć bardzo się starał i zmagał ze
    sobą, w końcu, już po pogrzebie, gdy został sam, dał upust swojemu
    cierpieniu:" Myslałem o jej miłości i oddaniu do ciebie (Boże), o jej
    cierpliwej czułości dla mnie,której nagle zostałem pozbawiony.
    Doznałem pociechy, gdym przed Tobą zapłakał za nią i nad sobą,
    ofiaruję Ci te łzy w jej i mojej intencji. Już nie dusiłem w sobie
    płaczu, pozwoliłem łzom popłynąć strumieniem, podścieliłem ten
    strumień sercu memu i we łzach znalazłem spoczynek, bo tylko Ty mnie
    słyszałeś, a nie słyszał zaden człowiek, który mógłby pogardzać mną za
    to, że płaczę ".

    CDN...
  • tenktoryuwierzyl 01.10.09, 08:32

    MODLITWA ŁEZ

    Czym były łzy Augustyna, jezeli nie modlitwą ? Inaczej nie
    przynisłyby mu ukojenia. Dlatego nie wstydźmy sie łez rozstania. Nie
    jest to przejaw naszej słabej wiary, ale prawdziwej miłości. Przecież
    i jezus, chociaż był Synem Bożym, zapłakał przy grobie Łazarza.
    Mamy więc prawo do łez w obliczu straty. Niekiedy na modlitwę łez
    trzeba trochę poczekać. Ważne jednak, by ona zaistniała, bysmy dali
    sobie taką możliwość i kiedyś zapłakali, jak Augustyn, nad osobą
    zmarłą i nad swoją żałobą.
    Jeżeli jednak pojawia się nadmaiar łez,płacz przestaje być
    modlitwą. Nie daje ukojenia, ale wprowadza w coraz większe
    przygnebienie zarówno nas samych, jak i ludzi którzy nas otaczają.
    Dlatego, właśnie jako ludzie wiary, nie pozwólmy przeoczyć nam, tej
    tak mało widocznej granicy, po przekroczeniu której łzy stają się
    ciężarem. Ale, jak tu nie płakać gdy śmierć była tak wielką stratą ?
    W tym miejscu, pewna przypowieść: "Matka po stracie dziecka ma sen.
    We śnie jej dziecko bierze udział w procesji dusz czyśćcowych. Jej
    dziecko wlecze sie na samym końcu tej czyśćcowej procesji. Dlaczego?
    Pyta go matka, jesteś na samym końcu? To przez twoje łzy matko...
    Muszę na ramionach dźwigać dwa wiadra twoich łez..."
    Dlatego, gdy w przeżywaniu żałoby zabraknie woli Bożej,i gdy smierć
    bliskiej nam osoby powoduje niekończace się rozbicie duchowe, wówczas
    stajemy się niezdolni do udzielenia zmarłemu skutecznej pomocy, której
    On tak bardzo od nas potrzebuje. Nie wolno pozwolic nam na to, by
    żałoba nas zniszczyła i to nie tylko ze wzgledu na nasze zycie, ale
    także ze względu na zmarłą osobę, której potrzebne jest nasze wsparcie
    duchowe.
    Zamiast wiec rozpaczać nad tym, że nie da się cofnąć czasu, oraz
    unieważnić śmierci kochanej nam osoby, trzeba raczej z całą
    żarliwością zwrócić się ku Bożemu Miłosierdziu.

    Nie ma tu, na ziemi lepszej rzeczy od modlitwy którą ofiarowujemy w
    intencji naszych kochanych zmarłych. Oni napewno będą nam za to bardzo
    wdzięczni.

    Pozdrawiam.
  • halas1961 01.10.09, 08:47
    "TYktoryuwierzyles" dziekuje za kolejne pokrzepiajace, madre slowa.
    Tak tez zawsze czulam i myslalam, ze nie wolno mi wciaz od nowa
    rozdrapywac ran, ze NAPRAWDE musze pozwolic mojej corce odejsc. Nie
    jest to latwe...ale jak wiekszosc matek zyje nadal nie tylko dla
    siebie ale przede wszystkim dla corki, ktora odeszla. A ona kiedy
    trzeba jest obok i mnie wspiera:)
    Na poczcie forum jest do Ciebie list.
    Pozdrawiam serdecznie
    Halina-mama Agatki
  • first.marionetka 01.10.09, 09:00
    Ja również dziękuję za ten wątek.
    Bardzo dziękuję Ośmiorniczce, bo "poukładała mi" w całość wiele,
    wiele rzeczy............

    "Nie ma tu, na ziemi lepszej rzeczy od modlitwy którą ofiarowujemy w
    intencji naszych kochanych zmarłych. Oni napewno będą nam za to
    bardzo wdzięczni".

    Modlitwa, napewno jest bardzo ważna, ale ja na początku nie miałam
    łez, nie miałam siły na modlitwę i wówczas przypomniałam sobie słowa
    Jezusa kierowane do Faustyny " ofiaruj mi swoje cierpienie" i tak
    właśnie zrobiłam, za zbawienie, wzrastanie duszy mojego syna
    ofiarowałam Bogu swoje cierpienie.... i wtedy zrodziły się we mnnie
    te właśnie myśli, które Ośmiorniczka ujęła w zdaniu:

    "Wydaje nam sie ze nasi bliscy pomarli, gdy tak naprawde oni zyja. W
    rzeczywistosci wszystko jest na odwrot, a nie tak, jak widza to
    nasze ziemskie oczy". To przyniosło ukojenie.
    Jezus powiedział do Faustyny : " Ja jestem, a Ciebie nie ma" - i to
    chyba o to chodziło, że w rzeczywistości wszystko jest na odwrót.

    Kochani, to my piszący jesteśmy największą pomocą dla siebie i to my
    poprzez wiarę, że te odejścia mają sens możemy godnie żyć, aż do
    spotkanie z naszymi ukochanymi.
    Dziękuję Wam Wszystkim.
  • tenktoryuwierzyl 01.10.09, 09:20

    Jeżeli wątek: "Cierpienie a wiara", pomógł choć jednej osobie, w
    widac ze tak jest, to znaczy ze warto było go założyć. Bez względu na
    to kim jest założyciel...

    Halinko-mamo Agatki- list przeczytany :) Dziekuję.

    Pozdrawiam.

  • karnivora 01.10.09, 10:37
    Szykowny wątek -I elokwentny namaxa

    Jako struktura białkowo-lipidowa prosta
    trzymam się Boga jak pijany płotu/
    zazwyczaj nieustająco prawie od zawsze

    tyle ze z cierpienia można wymiotowac/ tez zemdleć
    i wtedy ono to cierpienie P.Bogu na plaster

    PS. Prosba przepis jak skleijć rozxerwane serce
  • tenktoryuwierzyl 01.10.09, 11:34


    " JEST TAKA CIERPIENIA GRANICA
    ZA KTÓRĄ UŚMIECH POGODNY SIĘ ZACZYNA..."

    Pozdrawiam.
  • edzia764 01.10.09, 13:03
    na poczcie forum jest do Ciebie list.
  • osmiorniczka030 07.10.09, 00:02
    Droga First.Marionetko!

    Ciesze sie, ze pomogly Ci moje przemyslenia. I Ty mi dalas cenna
    wskazowke. "Ja jestem, a Ciebie nie ma." Te slowa rowniez mi bardzo
    pasuja do tej calej "ukladanki".

    Kiedy sie przygladniemy zyciu Chrystusa, widac, co w oczach Boga ma
    najwieksza wartosc i jak sprzeczne jest to z naszymi naturalnymi
    pragnieniami:

    Pragniemy bogactwa - Chrystus rodzi sie w ubostwie
    Pragniemy wladzy - Chrystus sluzy ludziom
    Pragniemy isc przez zycie prostymi drogami - Chrystus idzie Droga
    Krzyzowa
    Pragniemy zycia bez cierpienia - Chrystus cierpi
    Pragniemy byc chwaleni - Chrystus jest poniżany
    Pragniemy byc niesmiertelni - Chrystus umiera
    Myslimy, ze po smierci po prostu znikniemy - Chrystus
    zmartwychwstaje itd...

    Sw. Pawel tez ciekawie napisal co prawda o Bogu, ale ja bym to
    odniosla do calego naszego zycia: "Tu widzimy, jak w zwierciadle,
    jakby w zagadce. Tam spojrzymy twarza w twarz. Teraz Boga znam
    czesciowo, ale tam poznam Go, jak On sam mnie zna."

    A za najwieksze zludzenie tego swiata uwazam to, ze wydaje sie nam
    czasem, iz po smierci nie bedziemy istniec, po prostu znikniemy, ze
    nie jest wazne, co bedzie potem, ze nie trzeba sie nad tym
    zastanawiac, ze nalezy sie troszczyc tylko o nasze obecne zycie, ze
    nie spotkamy juz naszych bliskich. A przeciez "tu" jestesmy
    zazwyczaj kilkadziesiat lat, "tam" natomiast spedzimy cala wiecznosc.

    Pozdrawiam.
  • pam_71 09.10.09, 10:13
    A za najwieksze zludzenie tego swiata uwazam to, ze wydaje sie
    nam
    czasem, iz po smierci nie bedziemy istniec, po prostu znikniemy, ze
    nie jest wazne, co bedzie potem, ze nie trzeba sie nad tym
    zastanawiac, ze nalezy sie troszczyc tylko o nasze obecne zycie, ze
    nie spotkamy juz naszych bliskich. A przeciez "tu" jestesmy
    zazwyczaj kilkadziesiat lat, "tam" natomiast spedzimy cala
    wiecznosc.


    Myślę, że właśnie dlatego człowiek stworzył Boga ;-) Bo człowiekowi
    potrzebna jest do życia wiara, że potem "coś" jest ... bo jakby nie
    było to :-(
    Dla mnie nie jest ważne czy człowiek jest dobry i uczciwy dlatego,
    że ma takie zasady moralne czy dlatego, że pracuje na życie wieczne.
    Ważne aby ta dobroć wypłynęła ;-p
    Nie chcę nikogo obrazić, niczego nie zakładam, przyjmuję świat
    realny takim jakiego go widzę ...
  • osmiorniczka030 09.10.09, 10:33
    Droga Pam!

    Ja natomiast nie oceniam swiata jedynie na podstawie tego, co widze,
    poniewaz swiat nie sklada sie tylko z rzeczy widzialnych, ale i
    niewidzialnych.

    Jednak jest tak, jak mowisz - kazdy z nas ma wlasne wyobrazenie na
    temat spraw ostatecznych i ma do tego pelne prawo.

    Pozdrawiam.
  • jaga123-0 01.10.09, 12:54
    Do tenktorywierzyl/ Ja od ponad czterech miesięcy płaczę codziennie,
    nieraz wręcz histerycznie, czy to znaczy, że nie powinnam,bo ten
    płacz nie jest już modlitwą (jest go za dużo według Ciebie).
    Faktycznie, mnie płacz nie przynosi ukojenia, wprowadza mnie w coraz
    większe przygnębienie, ale mimo wszystko płaczę, nie jest to zależne
    odemnie, nie mogę tego powstrzymać. Już dawno przekroczyłam granicę,
    po której według Ciebie łzy stają się ciężarem, a właściwie nie ma
    takiej granicy, jest tylko płacz, ból, żal, tęsknota. U mnie śmierć
    mojego dziecka powoduje rozbicie duchowe, to znaczy, że jestem
    niezdolna do udzielenia mojemu dziecku skutecznej pomocy. Jakiej
    pomocy? Nie ogarniam tego wszystkiego, dlatego bardzo proszę Cię o
    wyjaśnienie mi tego (mam wrażenie, że jesteś osobą związaną z
    kościołem). Jeśli chodzi o mnie, to żałoba niszczy mnie co dzień to
    bardziej, ale akurat na tym mi nie zależy. Zmarłemu potrzebne jest
    nasze wsparcie duchowe, a co jeśli ten zmarły nie miał nikogo i nikt
    się za niego nie modli. Nie ma wsparcia i co? Tylko proszę, nie
    linczujcie mnie, tak się obecnie czuję i nic ale to nic na to nie
    mogę poradzić. Pozdrawiam
  • edzia764 01.10.09, 13:32
    Beatko ... chyba jestem trochę gotowa, aby przeczytać Twoja książkę.
    Problem w tym, że nie wiem gdzie ja kupić. Ja jestem również ze
    Śląska ... szukałam w księgarni Św. Jacka i nie ma. Jesli możesz
    podpowiedz mi, jak zdobyć Twoją książke. Pozdrawiam Cie serdecznie
    Irena
  • jaga123-0 01.10.09, 14:46
    Książkę "Trzymając śmierć za rękę" mogę Ci podesłać, już
    przeczytałam. Pozdrawiam
  • 198-3mk 01.10.09, 17:14

    IRENKO !

    Jesli naprawdę czujesz się na siłach, aby przeczytać moją książkę, to
    mam jedną w domu więc mogę Ci posłac.
    Nie wiem dlaczego sa takie problemy z jej kupnem...
    Ja za każdym razem kiedy jest mi potrzebna, jade do Bielska-Białej i
    tam w ksiegarni zawsze ją dostane, a jak nie ma to zamawiają :)

    Mogę zapytać skąd jesteś? Z jakiej miejscowości ?

    Pozdrawiam. Beata-mama Marcina


  • edzia764 01.10.09, 17:34
    Beatko nie wiem w którym wpisie, ale chyba podałaś swój adres
    emailowy. Jeśli znajde napiszę na niego. Irena
  • halas1961 01.10.09, 13:46
    Krysiu, mam nadzieje, ze "tenktoryuwierzyl" sprobuje Ci
    odpowiedziec. Napiszę Ci tylko, ze ja plakalam takim placzem o
    ktorym piszesz od momentu uslyszenia diagnozy chyba do grudnia-
    kwietnia. Czyli okolo 27 miesiecy. Przez okres 16 miesiecy plakalam
    w ukryciu, plakalam czesto bez lez, bo nie wolno plakac przy dziecku
    chorym na raka. Byly okresy przerw w tym placzu lub mniejszego
    nasilenia. Byly momenty, ze byl dla mnie takim ciezarem o ktorym
    piszesz, ale byl czas ze i ulge wielka przynosil. Moze to zabrzmi
    nie tak jak oczekujesz, ale tu potrzeba czasu... Nie przyspieszymy
    niczego, mam nadzieje ze przyjdzie moment kiedy placz przyniesie
    ulge. 4 misiace to tak niewiele, tak niewiele...Mysle,
    ze "tenktory..." ma racje, ze placz tez jest nasza modlitwa. Daj
    sobie czas...
    Halina-mama Agatki
  • dorrita79 01.10.09, 19:55
    Zbyt mała jestem by pisać o Bogu, bo wciąż do wielkiej wiary mi daleko.
    Ale mogę podzielić się z Wami swoim cierpieniem, którego doświadczyłam.
    Jak wiecie 2,5 roku temu w tragicznych okolicznościach zginęła trójka mego
    rodzeństwa i rodzice. Dowiedziałam się o tym z radia...a potem już wszystko
    działo się jak w zwolnionym filmie, podróż, sprawy formalne, prokuratura,
    zeznania, pogrzeb... ból, pustka, wielka wyrwa....
    Długo nie dochodziło do mnie co się stało. Czasami miałam tylko ogromne fale
    bólu, które zwalały mnie z nóg, płacz zamieniał się w wielogodzinny szloch,
    dochodziło nieraz do hiperwentylacji, pojawiały się myśli samobójcze.
    W sekunde zabrano mi najukochańszych. Moje marzenia, plany związane z
    rodzeństwem rozsypały się w drobny mak, a wraz z nimi rozsypałam się ja.
    Wszystko straciło sens... Po raz pierwszy w życiu straciłam nadzieję. Boże,
    jakie to było okropne doświadczenie... stracić nadzieję!!! Do około roku
    starałam się jakoś funckjonować, choć bardziej nazwałabym to kroczeniem we
    wmgle, jakby we wpół śnie. Wszystko co do tej pory było normalne, stało się dla
    mnie nienormalne. Byłam wrakiem człowieka, który marzył tylko by jak najszybciej
    wrócić do domu i zaszyć się w łóżku nikogo nie widząc nie słysząc. Towarzyszyła
    mi też wtedy straszna samotność w bólu....byłam sama. Nie było obok mnie nikogo
    z rodziny, nie miałam kogois kochanego przy boku. A przyjaciół...coz, odtrącałam.
    ściany wyły rozpaczą, a ja z dnia na dzień coraz bardziej pogrążałam się w swym
    bólu.
    W niecały rok po tragedi rozpętało się piekło.... myśli samobójcze nie
    opuszczały mnie ani na sekundę, każdą wolną chwilę zaczęłam spędzać w łóżku,
    mogłam spać całymi dniami. Zaczęłam opuszczać się w pracy, przestało mi zależeć
    na czymkolwiek. To samo dotyczyło studiów, które zawiesiłam.
    Nie byłam zdolna do niczego. Przyjaciół, znajomych omijałam szerokim łukiem.
    Chciałam być sama, bo uważałam, że nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć, a
    jednocześnie w duchu tak pragnęłam wsparcia, by ktoś się mną zaopiekował, bym
    nie musiała się już lękać, bym...nie była sama
    Czułam jak to życie mnie cholernie boli i jak bardzo chciałam, by już przestało
    boleć. Czułam potworny lęk by żyć, by dalej żyć z takim bagażem. Przerażało mnie
    wszystko i wszystko wydawało się być nowe, nieznane. Czułam się jak trędowata,
    jak 3letnia dziewczynka, która zgubiła rodziców, nie wie gdzie jest i nie
    rozumie co się wokól siebie. A do tego, nie wie, jak ma sobie pomóc.
    Brakowało mi odwagi by odebrać sobie w jednej chwili życie. Zaczęłam je więc
    odbierać sobie na raty. Każdego dnia zwiększałam ilość tabletek nasennych....
    aż wylądowałam w szpitalu. Gdzie w sumie spędziłam 6 miesięcy. Był to ciężki
    czas, ale jednocześnie cudowny, gdzie poznałam wspaniałych ludzi.
    W tym roku coś zaczęło się zmieniać, zaczęłam odnajdywać pogodę ducha, zaczęłam
    się uśmiechać. Jak to możliwe, kiedy jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało
    mi się, że już nigdy uśmiech nie pojawi się nna mej twarzy, że moje życie już do
    końca będzie piekłem.
    Zaczęłam odnajdywać w sobie energię do życia, pozałatwiałam różne sprawy, które
    od miesięcy były odkładane na potem. Podjęłam się pewnych aktywności, o które
    wcześniej bym siebie nie podejrzewała itd.

    Ale co najważniejsze, przestałam żyć tragedią. Zrozumiałam, że moje życie
    biegnie dalej, a ja muszę coś z nim zrobić. Zaczęłam szukać sensu w tym
    wszystkim co mnie spotkało i znalazłam (tak jak zawsze znajdowałam we
    wcześniejszych doświadczeniach życiowych).
    Chcę nieść nadzieję innym. Wiem, że Bóg dał mi to doświadczenie po coś a ja mam
    tego nie zmarnować.

    Również co jest ważne to to, że jestem pewna, tak PEWNA, że znów się spotkamy;
    ja z moją rodziną. Wiem, że są tam szczęśliwi i wiem, że lepiej trafić nie
    mogli. Pewność, że kiedyś znów się spotkamy pomaga mi cieszyć się życiem. Już
    nie boję się śmierci, bo śmierć jako taka nie istnieje. To będzie tylko jak
    zamknięcie drzwi do starego zgrzybiałego pokoju i jednocześnie otworzenie ich do
    pieknego, pełnego miłości, ciepła i szczęścia pomieszczenia, gdzie spotkam
    wszystkich tych, których kochałam i nie tylko.
    Więc dla mnie to jest jak cel, a wiecie, że często droga do celu jest
    ważniejsza:-) Więc jak mogę się nie cieszyć, wiedząc, że kiedyś to na co tak
    czekam (na spotkanie z nimi) się ziści? Lubię, kiedy marzenia się spełniają.

    i jeszcze jedno: myślę, że moje cierpienie było mi potrzebne do mojego
    odkupienia do życia wiecznego. Sama musiałam się odkupić, bo aniołkiem nie byłam
    i nie jestem.

    I tak jeszcze przyziemnie, co mi dało cierpienie?:
    - poznałam wspaniałych ludzi na mojej drodze
    - doświadczyłam nie jednego wzruszenia z powodu ciepła czyjegoś serca
    - spotkały mnie małe cuda
    - uwierzyłam, że takie rzeczy (tragedie) dzieją się naprawdę a nie tylko w TV
    - zaczęłam szukać Boga
    - poznałam Was
    - odkryłam swoje powołanie
    - uwierzyłam, że śmierć to nic strasznego
    - uwierzyłam, że kiedyś znowu się spotkamy ze "zmarłymi"
    i pewnie jeszcze coś by się znalazło.
    - straciłam i odzyskałam nadzieję
    - zyskałam inną perspektywę apropo życia.

    To wszystko co napisałam nie oznacza, że dzisiaj u mnie jest różowo. Jak każdy
    doświadczam problemów dnia codziennego, i czasem mam wszystkiego dość, ale już
    nie żyję tragedią/przeszłością, nie rozpaczam... żyję DZIŚ.. :-)

    Chaotycznie, bo na szybko, ale jednak.
    Ściskam Was mocno
    Dora
  • 198-3mk 01.10.09, 21:51

    Dorritko...

    Kiedy czytam to co napisałaś, to po prostu zapiera mi dech w
    piersiach... Na usta cisną się tylko takie słowa czy osoba po takiej
    tragedi może sie kiedys podnieść...
    Jest to najsmutniejsza opowieść jaka w swoim zyciu przeczytałam...
    Tym bardziej smtniejsza, bo prawdziwa...
    Skarbie Kochany... Jesteś dzielną dziewczyną... Kobietą...
    Myslę że nie zaprzeczysz,kiedy powiem że bardzo duży wpływ na Twoje
    poddźwignięcie się a upadku, odegrała Wiara... Napewno nieraz
    wątpiłaś, ale wytrwałaś...
    Napisze Ci takie słowa. Mnie bardzo pomagają...

    "Oddaj Bogu swoją przeszłość
    On jest na tyle silny że ją udźwignie
    Powierz Mu swoją przyszłość
    A On pomoże Ci żyć..."

    Ty to juz zrobiłaś Dorotko...
    Podziwiam Cie bardzo...
    Życzę dużo siły, a nade wszystko wiary w siebie, wiary w sens
    życia, wiary w spotkanie ze swoimi bliskimi...

    Ściskam Cię Bardzo, Bardzo Mocno :)
    Beata-mama Marcina.
  • dorrita79 01.10.09, 22:45
    Dzięki za twoje mocno uściski.

    Co do mojej wiary, to tak... w chwili tragedii również rozpadła się w drobny
    mak. Obraziłam się na Boga całą sobą, co więcej, byłam zła na niego, że dopuścił
    do takiej tragedii. Tym bardziej zła byłam, iż całe życie miałam pod górkę..
    dużą górkę, i kiedy po raz pierwszy w życiu zaczęłam czuć szczęście, powierzać
    Bogu każdy dzień, odczuwać spokój to właśnie On "zdmuchnął świeczkę". A to co
    budowałam przez lata, do czego zmierzałam "wywaliło w kosmos". Nie jestem w
    stanie opisać tego wielkiego żału, rozczarowania, tej ogromnej straty, nie tylko
    najbliższych, ale tego co udało mi się uzyskać w samej sobie. Kiedy odnalazłam
    wreszcie Boga, za chwilę go straciłam. Odwróciłam się, nie chciałam o Nim słyszeć!
    Mówiłam: Boże ponoć dajesz krzyż każdemu cięzki na jego miarę, ale tym razem
    przegiołeś! Dlaczego zabrałeś mi coś, z czego zaczęłam się cieszyć, dlaczego
    mnie tak okrutnie przez całe życie doświadczasz? Czy moje życie całe życie ma
    być drogą krzyżową, syzyfową pracą? Czy nie mam prawa do szczęścia i radości?
    Czym sobie na to wszystko zasłużyłam??? Setki pytań...
    Miałam w sobie ogromne poczucie krzywdy! Tego nie da się opisać słowami. Czułam
    się najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
    Przecież Bóg wiedział, że nad życie kocham moje rodzeństwo, że zrobiłabym dla
    nich wszystko. Kasia miała wtedy 11 lat, Grzesiu 9, a Artuś 30 (Artuś był
    niepełnosprawny umysłowo). Dawałam im z siebie całą swoją miłość, kochałam ich
    tak mocno, że czasem serce mi rozrywało, kiedy nie mogłam być blisko nich.
    Beatko, jak mogłam się wtedy nie odwrócić od Boga? To wszystko mi się w głowie
    nie mieściło! Myślałam że postradam zmysły z bólu.

    Z Bogiem przeprosiłam się dopiero w tym roku. Zrozumiałam, że to nie Jego wina,
    że to czynniki czysto ludzkie....
    Ale nie chodzę do Kościoła, nie spowiadam się, nie modlę się. Jak mówiłam,
    jeszcze zbyt mała jestem na wiarę.
    Ale wiem, że jest, że kocha, że chce dla mnie jak najlepiej, ze wszystko daje mi
    po coś.

    Beatko, ściskam Cię również mocniutko. I Tobie siły życzę i nadzieji.
    Żałuję, że nie zobaczymy się teraz, ale wierzę, że kiedyś na szlaku napewno się
    spotkamy, prawda?

    Dora
  • annmaria 01.10.09, 23:00
    Moj Bog ten w ktorego wierze a ktory nie ma nic wspolnego z Bogiem o
    ktorym mawia sie w kosciele chce abym byla szczesliwa i nie naklada
    mi krzyza. Moj Bog jest wyrozumialy i wspanialomyslny. I to nie On
    uklada sciezki zycia. Ot tak bywa. Los w gwizdach zapisany przekazy
    genetyczne choroby cierpienie. Smierc. To nie sprawka mojego Boga.
    Moj Bog jest jasnoscia szczesciem. Moj Bog nie miesza sie w ziemskie
    zycie. Moj Bog daje nadzieje jasny promyk w ciemne dni. Nie kaze sie
    modlic i niesc krzyza. Moj Bog nie wstaje o 6 rano w niedziele zeby
    byc w kosciele. On jest ze mna gdziekolwiek jestem. Wybacza i nic w
    zamian nie oczekuje. Pewnie kazdy ma swojego Boga. A
    --
    Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
    marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
    brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
  • tilia7 02.10.09, 12:48
    annmaria mój Bóg jest chyba tym samym bogiem,co Twój,cieszy mnie to
    bardzo:)

  • tilia7 01.10.09, 22:54
    Doritta od początku jesteś dla mnie tutaj kimś wyjątkowym i jednocześnie, o czym
    już Ci kiedyś pisałam, jedyną osobą, która jest dla mnie wzorem i iskierką
    nadziei.Cieszę się,że napisałaś to, co napisałaś.Może to i to samo o czym piszą
    inni.Ale Ty piszesz po ludzku, z uczuciem, z serca, z chęci dania nadziei a nie
    pouczania, co ktos czuć powinien.Z całym szacunkiem ale książkowe definicje i
    cytaty nie przekonują mnie do niczego.Jeśli komuś pomogły to super, mnie
    denerwują.Natomiast Twoja Doro wypowiedź naprawdę każe mi się nad sensem
    cierpienia zastanowić.I myślę,choć jestem na początku tej trudnej drogi,że
    bliskie mi jest to, co piszesz.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i ciepło
  • dorrita79 01.10.09, 23:38
    Tilla, dziękuję za Twe słowa, ale myślę, że zwyczajnie na nie nie zaslużyłam. Na
    bycie wzorem to ja się kompletnie nie nadaję, wierz mi na słowo;-) Gdybyś pożyła
    obok mnie, to byś się przekonała jakie wredne babsko potrafię być;-)
    Cieszę się jednak, że jakąś nadzieję mogę nieść.

    Wiesz, myślę, że każdy ma swoją drogę, do każdego z nas co innego dociera. Nie
    ma się co spierać kto mowi lepiej czy gorzej. Ważne, że mówi. A my nigdy nie
    wiemy, czy nasza mowa nie będzie dla kogoś (i dla kogo?)przysłowiowym "dzwonem w
    kościele", który usłyszy.

    Każdy z nas jest na innym etapie procesu żałoby. I jakikolwiek to etap nie jest
    -jest potrzebny. I potrzebna jest złość i bunt, i krzyk i rozpacz i zwątpienie.
    Wszystko musi mieć swoje miejsce i swój czas. Nic na siłę.

    Wiesz, gdyby ktoś mi kazał na sensem cierpienia zastanowić się rok temu, to
    gdybym mogła to walnęłabym w twarz z grubej rury, serio;-) Nikt nie mial prawa
    mnie pouczać, co powinnam czuć, czego nie powinnam, a już tym bardziej udzielać
    mi "cennych", "złotych" rad pt "weź się w garść" itd. Za tego typu rady chciałam
    zabić, bo miałam wrażenie jakby ludzie mówili o chomiku, który mi właśnie zmarł.
    Wszystko ma swoj czas.
    Gdyby mi dzisiaj ktoś takowej rady udzielił, to....nie zrobiłoby to na mnie
    większego wrażenia, spłynełoby to po mnie jak po kaczce, bo nadal uważam, że
    nikt nie ma prawa mi mówić co jest powinnam a co nie. Wyjątek stanowią ludzie,
    którzy sami doświadczyli jakiejś straty. Wtedy dzielenie się doświadczeniem ma
    sens.
    To ja dojrzewam do różnych przemyśleń, przewartościowań i wysnuwam wnioski. Dziś
    mogę sobie sama powiedzieć "tak, życie idzie dalej, trzeba żyć" i nie potrzebuję
    innych, żeby mi to mówili. Sama do tego doszłam.

    Tak Tilia, droga jest trudna, czasami wydaje się być za trudna, być może
    będziesz upadać, być może zwątpisz.. ale to będzie wciąż droga, po ktorej trzeba
    iść, aż pewnego dnia zobaczysz znak z drogowskazem, który Ci powie co masz dalej
    zrobić:-) Pewnego dnia zaświeci słońce, a Ty odkryjesz coś nowego, coś ważnego
    tylko dla Ciebie:-)

    Zanim ja dotarłam do swojego znaku, to myślałam, że ta wyboista droga nigdy się
    nie skończy, że to trwa całą wieczność....aż pewnego dnia......

    Pozdrawiam Cię cieplutko i ściskam Tilla
    A czy Ty przypadkiem nie chciałabyś się z nami spotkać 10-11.10?;-)

    Dora -siostra Artusia, Kasi i Grzesia
  • tilia7 02.10.09, 13:00
    Doritto właśnie dlatego jesteś dla mnie wzorem,że się za wzór nie
    uważasz.Właśnie dlatego,że piszesz o swojej drodze, o swoich
    doświadczeniach a nie mówisz co mi wolno,czego mi trzeba ile mam
    prawo płakac i jak mocno itd.Z przykrością zauważam,że niektóre
    osoby, które już trochę dłuższą drogę przeszły traktują "nowych"
    protekcjonalnie i nie bardzo pamiętają,jakie były ich początki,jak
    im samym było trudno itd.Stąd niektórzy nerwowi nadmiernie i
    obrażalscy,trudno.No w każdym razie Ty wzbudzasz moje zaufanie i
    dajesz nadzieję, bardzo Ci za to dziękuję.

    Dziękuję również za zaproszenie na spotkanie,pomysł mi się
    podoba,ale niestety ode mnie daleko, z kasą krucho a co
    najważniejsze ja na obecnym etapie żałoby nie czuję się na siłach.W
    przyszłości może się skuszę, jeżeli takich spotkań będzie więcej.I
    tu odnośnie innego wątku-Twój pomysł na zorganizowanie pomocy dla
    osób w żałobie bardzo dobry,faktycznie brakuje tu czegoś
    sensownego.Trzymam kciuki,żeby się udało.

    Pozdrawiam bardzo bardzo serdecznie
    Tilia
  • annubis74 02.10.09, 13:42
    Dorrito, jesteś dla mnie przykładem na to, ze można się podźwignąć podnieść z
    kolan, wstać i iść dalej. Nie śmiałabym porównywać jednych tragedii do drugich,
    czy bólu jednych do bólu innych, ale czytając Twoja historię mam świadomość że
    strata wszystkich najbliższych jest niewyobrażalną tragedią. Napisałaś coś co
    dla mnie tu jest bardzo cenne i daje mi nadzieję że może kiedyś będzie lepiej.
    Napisałaś o swojej drodze powrotu do życia, do świata... to niby oczywiste, ale
    jednak ważne że przechodzimy przez różne etapy od buntu, odrzucenia, wściekłości
    do pogodzenia się z faktami i "powrotu do normalności"
    mnie nie przekonują cytaty, książkowe mądrości, żywoty świętych i tym podobne,
    ale Twoja historia daje mi iskierkę nadziei, że kiedyś może życie przestanie
    mnie tak boleć. Bardzo Ci za to dziękuję i serdecznie pozdrawiam
  • tenktoryuwierzyl 01.10.09, 23:04

    "PO WŁASNEJ KRWI
    CZŁOWIK NIE MOŻE DAĆ WIĘCEJ OD WŁASNYCH ŁEZ..."

    Płaczcie... Nie zatrzymujcie swoich łez...
    Nie popedzajcie czasu... Ale nie dajcie zabić się cierpieniu...

    Śmierć jest trudna,podobnie jak i zycie.Nie jest łatwo toczyć
    życiową,gorzką walkę. To prawda, że smucimy sie śmiercia bliskich.
    Mamy prawo do smutku z powodu odejścia tych, których kochalismy, lecz
    nie zamieńcie swojego bólu, w niewiarę w przyszłe życie.
    Trzeba być świadomym faktu, że wszyscy musimy umrzeć. Na tym świecie
    czekamy na pociąg, by wyruszyć w zaświaty. Cały świat jest wielką
    poczekalnią, w której znajdujemy się już z gotowymi biletami. Ktoś
    wsiada nieco wcześniej lub później. Lecz wszyscy pewnego dnia
    wyruszymy. Ci, którzy wierzą, wiedzą gdzie mają wysiąść. Na stacji
    czeka na nich Ten, dla którego pierwszych chrześcijan przybijano do
    krzyża.Chrystus, niby taksówkarz, zawiezie nas na właściwe miejsce,
    gdzie na zawsze z Nim pozostaniemy.

    Nasi zmarli do pociągu już wsiedli i wyruszyli do Tego, w którego
    wierzyli i do którego sie modlili. Bądźmy przekonani, że On ich
    powitał i zaprowadził do miejsca wiecznego szczęścia, gdzie znaleźli
    ostateczny pokój...

    Rozumiem Wasz ból...
    Ale spróbujcie uwierzyć : życie po smierci jest... Spróbujcie...

    Pozdrawiam.
  • maretta111 02.10.09, 10:38
    Próbuję uwierzyć, że życie po śmierci jest, ale często mam wątpliwości, czasem
    myślę żeby tam coś było to nasi bliscy na jawie by np mogli przychodzić. Gubię
    się w tym wszystkim, chwiejne mam uczucia, tak bardzo tęsknię do swojego
    braciszka, tęsknota narasta...
  • tilia7 02.10.09, 13:07
    tenktouwierzył rozumiesz nasz ból, bo też go przeżywasz czy w teorii
    tylko?Tak z ciekawości pytam.
  • tenktoryuwierzyl 02.10.09, 13:13

    TILIO...

    Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo Cię rozumiem...
    Ból też przeżywam...

    Ciekawość zaspokojona ?:)

    Pozdrawiam.
  • tilia7 02.10.09, 13:18
    Tak.Dziękuję za odpowiedź i również pozdrawiam.
  • annmaria 02.10.09, 19:29
    Bog ten moj nic nie obiecuje i nic nie daje na kredyt.Mam zyc pomimo
    klesk i cierpienia.Moj Bog tylko serce potrzyma kiedy z sercem jest
    zle. Moj Bog gada ze mna w nocy kiedy spac trudno. Jest drwiaco
    straszny i cieply zarazem. Moj Bog. Miej mnie Panie w opiece....
    --
    Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
    marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
    brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
  • halas1961 02.10.09, 20:16
    "temuktoryuwierzl" za Henryka Suzo dziekuję:)
    Halina-mama Agatki
  • tenktoryuwierzyl 02.10.09, 22:10
    MIŁOŚĆ POTĘŻNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ...

    Każdy z nas kiedyś będziemusiał zmierzyć się z bezwględnością
    prawdy o przemijaniu. Poza Panem Bogiem nikt i nic - w tym i ludzkie
    doczesne życie - nie trwa wiecznie. Niby o tym wiemy i akceptujemy,
    odbierając to jako naturalny porzadek świata. Jedni rodzą się, drudzy
    umierają - tak musi być. Gdy jednak ta otawda przyjmiejakieś konkretne
    imię, gdy dotknie nas osobiście, gdy śmierć zagarnie kogoś bliskiego,
    nie tak łatwo powtórzyć za Hiobem: " Dał Pan i zabrał Pan. Niech
    bedzie imię Pańskie błogosławione!" (Hi1,21b).
    Z pewnością każdy w zetknięciu ze śmiercią kochanego człowieka
    doświadcza dotkliwego cierpienia, które wszystko to, co dotąd było
    źródłem radości, przemienia w okrótną gorycz. Jak z tym żyć ?
    jak odnaleść się w świecie w którym już nic nie jest pewne ?
    Śmierć sprowadza na nas tę szczególną udrękę, bo z wielką
    ostrością ujawnia kruchość naszego ziemskiego istnienia i miłowania.
    Ukazuje też jak niewiele mozemy zrobić dla innych, a przede wszystkim,
    jak bardzo życie drugiego człowieka, mimo najgorętszej miłości, nie
    zależy od nas. Ból sie wzmaga tym bardziej,że gdzieś tam w głebi duszy
    coś nie pozwala się nam zgodzić na skończoność miłości i jakby
    zupełnie wbrew logice mocno wierzymy, że - jak wyraził Gabriel Marcel-
    " Kochać człowieka to znaczy mówić : Ty nie umrzesz". Trudno o
    piękniejsze świadectwo autentyczności uczuć, bo czy ktoś, kto u samych
    początków miłości zakładałby, że ona niebawem się skończy, czy ktoś
    taki kochałby naprawdę ? Chyba nie... Miłość woła o obecność, o
    bliskość, o wieczność..., i słusznie, bo ona jest wieczna...
    Wobec tego, co zrobić ze śmiercią? Nic..., bi i tak nie mamy nad
    nią władzy, kiedyś i tak przyjdzie. Nic..., bo ona w odniesieniu do
    miłości nie oznacza żadnego kresu, żadnego końca, ale jak zadna inna
    rzeczywistość odsłania jej pełnię. Śmierć usuwa bowiem to wszystko, co
    wiąże się z zewnętrznością, to co było naznaczone ziemską
    niedoskonałością, wszystkie przeciwieństwa, które osłabiały miłość :
    jak choćby wady charakteru, ułomności...
    Ponadto śmierć ukazuje inną ważną dla miłości właściwość :
    niezastępowalność. Nikt, nigdy nie zastąpi nam miłości tego oto
    konkretnego człowieka, gdyż w tym, co nazywamy miłością miedzy ludźmi
    nie chodzi o kogokolwiek, , ale właśnie o nas-to znaczy-"o mnie i o
    ciebie". Dlatego, gdyby np. wdowa, po okresie żałoby, pokochała
    jakiegoś mężczyznę i ten byłby jej drugim mężem, to i tak nie na
    zasadzie zastępstwa. Możemy prawdziwie kochać wiele osób, ale w kazdej
    z tych relacji będziemy dla siebie nawzajem jedyni ...
    Miłość nie obumiera wraz z ciałem osoby, którą kochamy, przechodzi
    tylko na inną płszczyznę wzajemności. Kazdy z nas, jeśli chce ocalic
    miłość, musi zadać sobie trud odnalezienia nowych sposobów jej
    wyrażania. Dla jednych będzie to modlitwa za zmarłego, dla innych
    także pielęgnowanie wspomnień.
    Miłość sama w sobie jest nieśmiertelna, jest potężniejsza niż
    śmierć cielesna, ale czy ocaleje w naszych sercach ? To już zależy od
    nas samych...

    Pozdrawiam.
  • annubis74 03.10.09, 16:48
    Cierpienie nie ma sensu, ani nie ma nas niczego nauczyć, ani nie służy do tego
    by wprowadzić nas na jakiś wyższy szczebel naszego duchowego rozwoju. Cierpienie
    po prostu jest taką samą częścią naszego życia jak miłość, radość. Gdyby miało
    (jak chcą niektórzy na tym forum) służyć naszemu rozwojowi to byłoby
    zarezerwowane tylko dla człowieka. A co ze zwierzętami które też cierpią i nie
    pytają "dlaczego" i nie rozważają wszelkich możliwych scenariuszy i powodów.
    Niektóre osoby wypowiadające się w tym wątku, wręcz gloryfikują cierpienie i
    jego sens. Nadają mu jakiś duchowy wymiar niezbędny do... no właśnie niezbędny?
    jest takie powiedzenie "co nas nie zabije to nas wzmocni" może to i prawda, ale
    weźmy pod uwagę że jest to zdanie warunkowe.
    Cierpienie zabija, łamie kręgosłupy. Moze dla niektórych jest scieżką do
    osiągnięcia kolejnego etapu rozwoju duchowego, może niektórzy potrafią przekuć
    ten ból w coś pożytecznego. ale są i tacy którzy z bólu staczają się i giną.
    Jak wiecie wczoraj zmarł Marek Edelman, więc wszystkie telewizje rzuciły sie
    nadawać fragmenty jego wypowiedzi. Słuchając ich, pomyślałam sobie, jak
    napuszone są nasze dyskusje o sensie cierpienia, o wierze, o Bogu. Oczywiście
    mamy do nich prawo, ale co my wiemy w porównaniu z człowiekiem który musiał
    zmierzyć się ze śmiercią bliskich, rodziny, przyjaciół, ze straszliwą zagładą
    społeczności, narodu. I który mimo wszystko potrafił przekuć te doświadczenia w
    takie świadectwo jakim było jego życie. Nie robił tego w imię jakiejś filozofii
    cierpienia, w imię Bogu w którego nie wierzył. To wszystko robił w imię miłości
    do człowieka, chęci ocalenia ludzkiego życia które jest tak cenne, tak kruche.
    pewnie nie jedną świeczkę udało mu się ocalić i kilka razy zdążył przed Panem
    Bogiem.
    I za to mu chwała. [*]
  • halas1961 03.10.09, 17:53
    Kazdy chcialby cierpienia uniknac, nawet ten ktory w nim znalazl sens.
    Nie zauwazylam zeby ktokolwiek w tym watku gloryfikowal cierpienie. Sa tu
    jedynie wskazowki jak nie zatracic sie i nie zginac w cierpieniu, w co mozna e
    obrocic.
    Jasli ktos odnajdzie sens, jesli ktos stwierdzi, ze poprzez cierpienie, ktorego
    wcale nie chcial poszedl jednak naprzod duchowo po coz to negowac. Zadna z
    wypowiedzi nie zawierala stwierdzen autorytatywnych, w stylu Tylko Tak jest,
    Tylko Tak nie jest...
    Dlatego wlasnie aby nie stoczyc sie i nie zginac warto czytac jak inni radza
    sobie z cierpieniem i jakie sa drogi (bardzo rozne) do wyjscia z niego. Nikt nie
    zmusza Cie Annubis do zaakceptowania i wdrazania w swoje zycie przedstawionych
    tu pogladow, doswiadczen:)

    Edelmanowi CHWAŁA(*)
    Pozdrawiam serdecznie
    Halina-mama Agatki
  • annubis74 04.10.09, 10:12
    Wypowiedzi tenktoryuwierzyl i osmiorniczki (zresztą łudząco do siebie podobne) i
    kilku innych osób zawierają bardzo autorytatywne stwierdzenia, nauczanie ex
    catedra (przynajmniej ja, w swoim subiektywnym odczuciu tak to widzę).
    Oczywiście mają do tego prawo.
    Wierz mi że bardzo chciałabym dojrzeć choć iskierkę sensu w tym co przeżywam,
    chciałabym znaleźć w tym sens, więc chyba to co i jak przeżywamy nie jest tylko
    kwestia naszych dobrych lub złych chęci.
    Z podziwem czytam wypowiedzi wielu osób na tym forum, Twoje, dorrity i wielu
    innych osób (szczególnie osieroconych mam) które odzyskały równowagę (nie wiem
    czy to właściwe słowo) po tym co je spotkało. ale to że podziwiam taką postawę
    nie oznacza że potrafię ją wdrożyć w życie. We mnie dorosłej kobiecie jest teraz
    zagubione, przerażone osierocone dziecko, które nie przestaje łkać... I prawda
    jest taka, że ja mam świadomość jak łatwo cierpienie które przeżywam mogloby
    mnie wyniszczyć.
  • tilia7 03.10.09, 18:09
    Cierpienie, duchowe,psychiczne, nie do udźwignięcia zabrało mi ukochanego
    człowieka.Zabiło Jego, teraz krok po kroku zabija i wyniszcza mnie.Może
    cierpienie w niewielkich dawkach rzeczywiście nas wzmacnia,ale powyżej pewnej
    granicy rodzi tylko zniszczenie, nienawiść, złość,odbiera sens
    wszystkiemu,odbiera to bez czego nie da się żyć-nadzieję.Ktoś napisał,że poza
    pewną granicą cierpienia zaczyna się pogodny uśmiech.NIE.Za pewną granicą
    cierpienia zaczyna się zobojętnienie i apatia,choroba i śmierć duszy.I dlatego
    też absolutnie nie zgadzam się z tą gloryfikacją cierpienia.
  • tilia7 03.10.09, 18:22
    Halinko, podziwiam osoby, które znalazły sens w cierpieniu, umiały je oswoić i
    na dodatek zrobić z niego dobry użytek np. przez pomoc innym ludziom.Nie zgadzam
    się tylko,że cierpienie samo w sobie jest wartością-religijną czy jakąkolwiek
    inną.Cierpienie zawsze i nieodmiennie jest destrukcyjne,wartością jest dopiero
    nasza siła wewnętrzna pozwalająca nam mimo wszystko iść dalej.
  • tenktoryuwierzyl 03.10.09, 23:27

    TILIO...

    Życzę Ci takiego dnia, kiedy zobaczysz świat w innych kolorach...

    Ja wiem że cierpisz... Cierpisz bardzo... Rozumiem Twój bunt...

    Ale na tym forum, nie ma osoby która nie cierpi...:(

    Dorita...

    Straciła wszystkich... Jednak odnalazła sens...

    Ty tez odnajdziesz Tilio... Potrzebujesz czasu... Duzo czasu...

    Życze Ci wiele sił do zmagania się ze swoją żałobą po stracie
    ukochanej osoby... Wyjdziesz z niej mocniejsza...

    My wszyscy na tym forum, próbujemy uporać się ze swoim bólem... Nie
    jesteś w tym sama. I nikt nie nakazuje Ci ze masz podążać drogą wiary.

    Idź swoją drogą... A tym których interesuje ten wątek, pozwól iść
    swoją drogą...

    Ktoś, w tym wątku napisał: " A co z tymi zmarłymi za ktorych nikt
    się nie modli?". Nie ma takich... Bo ja modlę się za wszystkich...

    Żywych i umarłych... Każdego dnia...

    Pozdrawiam.
  • tilia7 04.10.09, 19:05
    Nikomu nie zabraniam iść swoją drogą.NIKOMU.Wyrażam po prostu swoje wątpliwości,
    swoją złość, swój bunt i swoje odmienne od innych zdanie, które mam prawo mieć -
    jak słusznie zauważasz.Jeśli ktoś trzyma się mocno w swojej wierze to moje słowa
    nie powinny go ani zaboleć ani tym bardziej posiać zwątpienia.A są tu i osoby
    takie, które mają podobne do moich poglądy i odczucia,podobne wątpliwości,i my
    też potrzebujemy się w naszej wizji świata wspierać.Czy jest w tym coś
    złego?Gdzie mam wylać te wątpliwości,jeśli nie tu?Jest to miejsce dla wszystkich
    czy tylko dla tych którzy myślą "jak Pan Bóg przykazał"?

    Tak, podziwiam Dorittę, podziwiam i inne osoby za ich odwagę i siłę,za to,że
    potrafią to cierpienie przyjąć i zrozumieć jego sens.Wiem,że WSZYSCY tu
    cierpimy.Ale buntuję się przed gloryfikacją cierpienia, bo nie zgadzam się z
    tym,że wynika z niego cokolwiek dobrego.Bo prawda jest taka, że to cierpienie
    niejednokrotnie jest ponad nasze siły.Byłam świadkiem, jak właśnie cierpienie
    potrafi doprowadzić do choroby i zabić.Na moich oczach ukochany człowiek
    pogrążał się-mimo ogromnego własnego wysiłku i mojej pomocy, w coraz gorszej
    rozpaczy.W tej kolejności: cierpienie-choroba-śmierć.Więc niech mi nikt nie
    mówi,że dostajemy tyle cierpienia,ile potrafimy udźwignąć bo szlag mnie wtedy
    trafia najjaśniejszy.

    tenktoryuwierzyl dziękuję za dobre słowa i jednocześnie parafrazując to, co
    piszesz mówię:"I nikt nie nakazuje Wam zejść z drogi wiary.
    Idźcie swoją drogą... A tym których interesuje ten wątek,mimo,że ośmielają się
    czuć i myśleć inaczej, pozwólcie iść
    swoją drogą..."
    Pozdrawiam naprawdę ciepło
  • bialy_mis_0 09.10.09, 18:17
    tenktoryuwierzyl napisał:

    >
    > TILIO...
    >
    > Życzę Ci takiego dnia, kiedy zobaczysz świat w innych kolorach...
    >
    > Ja wiem że cierpisz... Cierpisz bardzo... Rozumiem Twój bunt...
    >
    > Ale na tym forum, nie ma osoby która nie cierpi...:(
    >
    > Dorita...
    >
    > Straciła wszystkich... Jednak odnalazła sens...
    >
    > Ty tez odnajdziesz Tilio... Potrzebujesz czasu... Duzo czasu...
    >
    > Życze Ci wiele sił do zmagania się ze swoją żałobą po stracie
    > ukochanej osoby... Wyjdziesz z niej mocniejsza...

    Szacunek dla dorita, ja tez sie pogodzilam z tym co mam, bo nie
    mialam wyjscia, gdybym miala, olalabym to "mocniejsze wyjscie"
    Z pewnoscia ci jednak powiem: Nie stalam sie lepszym czlowiekiem,
    wydaje mi sie, ze jestem taka sama jaka bylam kiedys, ale bardziej
    zrezygnowana, kiedys bylam "dobra" spontanicznie (zla tez,
    oczywiscie),
    teraz "chce byc dobra ze strachu" a to chyba nie o to chodzi
  • anika98 03.10.09, 23:39
    Nie widze i nawet nie szukam sensu cierpienia,nie sadze,ze taki sens
    istnieje-szczegolnie jak patrze na cierpienie mojego synka,ktory w
    wieku siedmiu lat musial zmierzyc sie ze smiercia ojca.Co dobrego
    moze z tego cierpienia wyplynac?
  • karnivora 04.10.09, 00:33
    Jeżeli miłość to chemia /to cierpienie tez chemia
    Ewolucyjny szyk. Darwin pominął boby niedostal kasy
  • halas1961 04.10.09, 08:48
    Dziekuje Ci za modlitwe. Jest taka dziewczyna na forum podpisuje sie
    bietka(stracila syna), nie pisze teraz, ma taki czas...Kiedys napisala mi, ze
    jej Tata -starszy pan modli sie za mnie. A ja tak bardzo tej modlitwy
    potrzebuje... I modlitwa tego czlowieka to dla mnie najwiekszy prezent. Jesli
    mozesz modl sie wiec i za mnie, za moje dzieci, te tu i tam...
    Jesli znajdziesz czas, odrobinke czasu jeszcze kiedys... czy moze o wybaczeniu,
    rowniez o wybaczeniu sobie, o grzechu mozesz cos napisac. Bo ja od bardzo wielu
    lat nie potrafie sobie wybaczyc, choc ponoc powinnam. I to jet moje piekło:(:(:(
    Szukalam osoby z ktora moglabym porozmawiac o tym nie udalo mi sie, moze zbyt
    szybko sie zniechecilam. Na portalach katolickuch czytalam, raz glos zabralam,
    ale tez sie zniechecilam, bo malo tam tolerancji bylo. Pewnie mialam pecha i
    akurat w tym momencie kiedy pisalam nie trafilam na kogo trzeba.
    Do wszystkich: wybaczcie, ze na takim forum prosze o wypowiedz na taki temat.
    Ale jakos tak czuje, ze "tenktoryuwierzyl" po to tu przyslany aby mi pomoc.
    Halina-mama Agatki
  • edzia764 04.10.09, 09:42
    Halinko ... odbierz emaila .... Irena
  • 198-3mk 04.10.09, 11:17


    Halinko...

    Przepraszam za to że popzwoliłam sobie do Ciebie napisać...

    Piszesz, że nie umiesz trafić na mądrego kapłana... Wiem, trudno o to
    w tym naszym dzisiejszym, zwariowanym świecie...

    Wiem też, jak niektórym z nas taka rozmowa z księdzem jest potrzebna...
    Ale to wielka sztuka, trafić na odpowiednią osobę, która pomoże, a nie
    zaszkodzi...

    Ja znalazłam takie miejsce... Tam spowiedź, to balsam dla ciała,
    duszy i serca...

    Miejscowość ta, znajduje się koło Częstochowy. Leśniów- Sanktuarium
    Błogosławieństw Rodzinnych. Znajdziesz w internecie.

    A jeszcze lepsze rozwiązanie, to przyjedź do mnie i Cie tam zawioze:)

    Naprawdę. Nie żartuję...

    To jest jedyny kościół w którym nie nudzę się na mszy, tylko żałuję że
    już się skończyła...

    Ściskam Cię Ciepło Halinko-Beata-mama Marcina.
  • halas1961 04.10.09, 20:14
    „Tyktoryuwierzyles” dziekuje Ci raz jeszcze za slowa wsparcia i może niektórym
    wskazania drogi.
    Dziekuje, ze zadałeś sobie trud znalezienia w necie i skopiowania na nasze
    forum tych słów wsparcia, których autorkami są s.Anna Czajkowska i s. Irena
    Złotkowska, które należą do Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych
    (bezhabitowe). Gdyby ktos był zainteresowany tytuł opracowania, które dla nas
    skopiowałeś: ”Czas rozstania. Chrześcijańskie przeżywanie żałoby”. Cena w
    internetowych księgarniach 4,90 zł, 64 strony. Siostry są również autorkami
    „Różaniec za zmarłych cierpiących w czyśćcu”, „Nowenna za zmarłych cierpiących
    w czyśćcu” oraz Kwartalnika „Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyśćca”. Ale można
    równie dobrze zapoznac się w pełni z tymi opracowaniami na Internecie.
    Jesli chodzi o moja prosbe, co do wybaczenia i grzechu, to moze podaj tylko
    strone gdzie moge sobie poczytac, nie kopiuj tutaj, bo nie wszystkich to
    zainteresuje....
    Halina-mama Agatki
  • tenktoryuwierzyl 04.10.09, 20:22

    " Podziękowania"... Niepotrzebne...

    Jeżeli pomogło choć jednej z Was, znaleść odrobine sensu w przeżywaniu
    Waszych tragedi... Maleńką cząstkę nadziei, że cierpienie musi mieć
    jakiś głebszy sens, bo inaczej jak dalej żyć...?
    To było warto...

    Pozdrawiam.
  • halas1961 04.10.09, 20:30
    Taaak, bylo warto skopiowac...
    Halina-mama Agatki
  • bialy_mis_0 09.10.09, 17:55
    anika98 napisała:

    > Nie widze i nawet nie szukam sensu cierpienia,nie sadze,ze taki
    sens
    > istnieje-szczegolnie jak patrze na cierpienie mojego synka,ktory w
    > wieku siedmiu lat musial zmierzyc sie ze smiercia ojca.Co dobrego
    > moze z tego cierpienia wyplynac?
    Popieram twoja wypowiedz, moja corka musiala zmierzyc sie ze
    smiercia ojca w wieku lat czterech, w dodatku dokladnie miesiac
    przed swietami Bozego Narodzenia (24 11). Co zdobyla? Okaleczone
    dziecinstwo? I w dodatku w rodzinie gdzie kochano ja "nadziemsko"?
    Zastanawiam sie dlaczego co niektory stary nazi, obojetnie czego nie
    zrobil, mogl towarzyszyc swoim dzieciom przez zycie, dlaczego naszym
    dzieciom nie bylo wolno? Kim jest ten Bog, ktory okaleczyl nasza
    corke, no i twojego syna?
    Jestem pelna goryczy, nie wiem juz w co mam wierzyc i czy w ogole
    warto...
    Mam sie kajac przed "Panem", ktorego nie znam, dlaczego ja do Boga,
    ktory jest ponoc moim ojcem, a ktorego nie widzialam na oczy mam
    mowic Panie? Do ojca mowi sie tato, ta religia nie daje mi nic,
    doprowadza mnie do depresji...
  • anika98 10.10.09, 13:40
    Bialy-misiu,jak widzisz nasze posty przeszly bez echa.nikt nie
    napisal ani slowa.nie wiem,czy nikt nie potrafi znalezc sensu w
    cierpieniu dziecka,ktore zamiast na boisku,spedza czas u
    psychologa,czy poprostu zostaly zignorowane jako malo istotne.mi
    rowniez ciezko jest wierzyc w Boga,ktorego przedstawia nam
    KK.bardziej bliski jest mi ten,o ktorym pisze tilia.pozdrawiam
    serdecznie.
  • tilia7 10.10.09, 14:05
    Cieszę się,że komuś jest bliska moja wizja Boga.Czasem już ręce opadają i pisać
    mi się nie chce, bo faktycznie-albo całkowite zignorowanie pytania albo błędne
    zrozumienie tematu i od razu ktoś się obraża.Bardzo Wam współczuję z powodu dzieci.

    Wczoraj rozmawiałam z moją psycholożką o sensie cierpienia.Potwierdziła-jako
    osoba pracująca przecież wyłącznie z cierpiącymi-że jest bzdurą twierdzenie,że
    cierpienie ma sens.Dla większości osób cierpienie jest wyniszczające i
    destrukcyjne, spycha ich w stronę nałogów, chorób, szaleństwa samobójstwa,
    często przestępstw.A że są osoby, które stają się w wyniku cierpienia
    silniejsze, mocniejsze,mądrzejsze itp.?Są,owszem.Tylko,że to są najczęściej
    osoby wystarczająco mądre i silne tak w ogóle i uzyskałyby równie duży stopień
    mądrości,rozwoju osobistego i siły gdyby były zwyczajnie szczęśliwe.
  • osmiorniczka030 10.10.09, 15:56
    Aniko!

    Napisalas tak:

    > Nie widze i nawet nie szukam sensu cierpienia,nie sadze,ze taki
    sens istnieje-szczegolnie jak patrze na cierpienie mojego
    synka,ktory w wieku siedmiu lat musial zmierzyc sie ze smiercia
    ojca.Co dobrego moze z tego cierpienia wyplynac? <

    Smierc i cierpienie, to tak naprawde wielka Boza Tajemnica. Tu, na
    tym swiecie nigdy nie bedziemy w stanie jej w pelni zrozumiec,
    dopoki nie przekroczymy progu smierci.

    Jan Pawel II tlumaczyl ten sens w nastepujacy sposob:

    "Chrystus nauczyl czlowieka swiadczyc dobro cierpieniem oraz
    swiadczyc dobro cierpiacemu. W tym podwojnym aspekcie odslonil sens
    cierpienia do samego konca"

    Nie mozna tez na cierpienie patrzec jedynie z punktu widzenia
    jednostki, bo tego sensu nie znajdziemy.

    Ktos tu kiedys spytal o cierpienie zwierzat, ktore przeciez samo w
    sobie jest bez sensu, ale jesli widok cierpiacych zwierzat powoduje
    ludzkie odruchy wspolczucia, czy wrecz pobudza do dzialania
    organizacje broniace praw zwierzat mozna zauwazyc, ze w jakis sposob
    to cierpienie zrodzilo dobro - ludzie zaczeli okazywac milosierdzie.

    Ja od malego dziecka bardzo cierpialam z powodu licznych chorob
    Taty. Rowniez wtedy krzyczalam, ze to wszystko jest bez sensu,
    pytalam, dlaczego tak byc musi, ze wszystkie dzieci maja zdrowych
    rodzicow, kopia pilke ze swoimi tatusiami, a ja wiecznie spedzam
    czas w szpitalach. Pytalam, dlaczego calymi nocami zamiast slodko
    spac, jak inne dzieci drze i modle sie o zycie Taty. A teraz, jako
    osoba dorosla wiem, ze Pan Bog po prostu musial mnie prowadzic
    takimi drogami, bo inaczej nie zauwazylabym Jego dzialania w moim
    zyciu, a tym samym nigdy nie zwrocilabym uwagi na sprawy duchowe.
    Nie zrozumialabym takze, co tak naprawde jest w zyciu najwazniejsze.
    I z calego serca Mu dziekuje, ze potrafilam to zrozumiec, zanim
    odszedl Tata.

    W przypadku Twojego synka jest niestety calkiem inaczej. Byc moze
    jego cierpienie ma byc okazja do czynienia dobra dla Ciebie, dla
    psychologa, do ktorego chodzicie, dla sasiadow, dla nauczycieli, dla
    lekarzy, dla wszystkich kolegow i kolezanek Twojego synka. Byc
    moze... Byc moze bedzie punktem wyjscia do wlasnych przemyslen w
    przyszlosci... Byc moze... Byc moze bedac juz doroslym czlowiekiem
    zrozumie, ze nalezy zyc i kochac tak, jakby kazda chwilka byla ta
    ostatnia. Byc moze...

    Tego nie wiemy.

    Pozdrawiam.

  • annubis74 10.10.09, 17:53
    Biały misiu, aniko
    jak pisałam już kilka razy w tym wątku, ja nie dostrzegam jakiegoś
    metafizycznego sensu w cierpieniu. Ono jest. I niestety niewiele możemy poradzić
    na to czy spadnie na nas czy na innych. Nieprawda ze doświadcza wszystkich tak
    samo. Mnie strata Mamy spotkała już jako dorosłą kobietę i wiem jak to strasznie
    niewyobrażalnie boli. Wasze dzieci śmierć rodzica dotknęła za wcześnie. I nie ma
    żadnego, żadnego wytłumaczenia, ani pewnie żadnego sensu tego co się stało.
    Prawdą, okrutną prawdą jest to że to doświadczenie naznaczy te małe istotki na
    całe życie. Przytulam mocno i życzę Wam wiele siły w tym żeby samemu dźwignąć
    się z tego i by pomóc dzieciom
    Ja się też przestałam wypowiadać w tym wątku (akurat całkowicie podzielam Wasze
    poglądy o czym pisałam już wcześniej), bo mam wrażenie ze niektórych moje
    wypowiedzi drażnią. Kiedy zadaje pytanie w odpowiedzi dostaję garść cytatów,
    zamiast wymiany myśli i poglądów. Być może dla kogoś te cytaty mają sens, dla
    mnie to fałszowanie prawdziwego problemu, ignorowanie moich pytań i prób
    podjęcia dyskusji
  • bialy_mis_0 10.10.09, 21:39
    annubis74 napisała:
    > jak pisałam już kilka razy w tym wątku, ja nie dostrzegam jakiegoś
    > metafizycznego sensu w cierpieniu. Ono jest. I niestety niewiele
    możemy poradzi
    > ć
    > na to czy spadnie na nas czy na innych. Nieprawda ze doświadcza
    wszystkich tak
    > samo. Mnie strata Mamy spotkała już jako dorosłą kobietę i wiem
    jak to straszni
    > e
    > niewyobrażalnie boli. Wasze dzieci śmierć rodzica dotknęła za
    wcześnie. I nie m
    > a
    > żadnego, żadnego wytłumaczenia, ani pewnie żadnego sensu tego co
    się stało.
    Dziekuje ci serdecznie za zrozumienie i cieple slowa, dziekuje
    naprawde.
    W calym tym cierpieniu nie widze tez zadnego sensu, moze najbardziej
    pomaga mi ezoteryka i nauka o wedrowce dusz. Nie wystarczaja mi
    wyznania typu: Pan tak chcial i tak sie stalo. Ja, podobnie pewnie
    jak i anika nie cierpie tylko "dla siebie". Naszym dzieciom stala
    sie krzywda i nieodwracalna strata, trudno jest przejsc przez zycie
    nie znajac swoich rodzicow. Oczywiscie, ze zrobilam wszystko, aby
    moje dziecko roslo i rozwijalo sie w miare normalnie, oczywiscie
    przeczytalam mase ksiazek i pomagalam nam jak tylko potrafilam,
    oczywiscie, ze wiem, ze zdarzaja sie jeszcze gorsze przypadki,
    oczywiscie, ze wiem, ze zdarza sie to innym ludziom tez, ale nikomu
    tego typu doswiadczen nie zycze. Nie ma co zastanawiac sie nad tym,
    ktora smierc jest trudniejsza do zniesienia, smierc ojca, smierc
    dziecka, smierc matki, rodzenstwa lub znajomych. Kazda smierc jest
    okrutna i kazda pozostawia blizny. Przypadek dorrity79 przechodzi
    juz moje ludzkie pojecie. Nie wiem nawet jak wyrazic jej moje
    wspolczucie i podziw. Podziw za to, ze nie oszalala i odnalazla
    jakis sens istnienia. Moja tragedia nie miala az takich wymiarow,
    ale my rowniez stracilysmy kogos w przeciagu sekundy, nie moglysmy
    sie pozegnac, przytulic, powiedziec cieplego slowa, to boli, boli
    bardzo i wywolywuje bunt, zwykly, ludzki bunt. Ale wszystko jest
    dzisiaj ok, jedyne, ze jestem innym czlowiekiem i zamiast cieszyc
    sie zyciem boje sie nastepnych ciosow, ktorych tez doznalam,
    niestety. Ale dam sobie rade, zyje dla mojej corki, obiecalam to jej
    ojcu i z pewnoscia dociagne jeszcze kawalek. Poniewaz wiez miedzy
    nami jest ogromna, boje sie juz dzisiaj, ze bede kiedys musiala
    odejsc a ona bedzie musiala cierpiec. No ale jakos to bedzie, nie
    jestem na tym swiecie sama, ciesze sie, ze inni tez podobnie mysla,
    podobnie czuja, troche lzej sie robi na duszy dzieki wam. Pozdrawiam
    najserdeczniej i ocieram wasze lzy, kiedys tam podeschna, do tego
    czasu dluga droga, spijcie dobrze...
  • 198-3mk 10.10.09, 16:42
    Witam...

    Śmierć naszych bliskich... A obok śmierci... Dzieci...

    Mój syn Piotruś był 7-letnim chłopcem, kiedy choroba nowotworowa zabijała
    jego 22-letniego brata. Nie było mozliwości abym mogła go odizolować od
    tej tragedi jaka rozgrywała sie w naszej rodzinie...
    Żył w tym 10-miesiecy... Kiedy choroba zrobiła juz wielkie spustoszenie w
    ciele mojego syna, kiedy jego wygląd zminiał sie radykalnie, prawie
    każdego dnia... Bałam się bardzo o psychikę mojego 7-latka...
    Ale okazało się, że niepotrzebnie...
    Kiedy Marcin wracał do domu po kolejnych cyklach chemioterapi, 7-latek
    nieodstępował go na krok... Siadał przy nim... Przytulał się do Niego...
    Głaskał... na każdym kroku okazywał Mu swoją miłość...
    Kiedy Jego brat umarł... Piotruś powiedział;" Wiesz mamuś, dobrze że
    Marcinek już umarł, że poszedł do bozi... Bo teraz już Go nic nie boli"

    Oczywiście, taka jego postawa nie wzieła się z powietrza... On
    obserwował mnie... Swoją mame... A ja, nie pokazywałam swojego lęku,
    swoicg emocji, swojego strachu... Stworzyłam w domu spokojny klimat...
    Tłumaczyłam dziecku czym jest śmierć... Nie myślcie że było to dla mnie
    takie łatwe, proste... nie jeden raz chciałabym ukryć się i nie brać w tym
    wszystkim udziału... Ale takie zachowanie byłoby najprostrze... Ja
    stanełam do walki...
    W listopadzie minie czwarty rok od śmierci syna. Piotr jest normalnym,
    radosnym 11-to latkiem. Śmierć brata nie zrujnowała mu psychiki, myslę że
    dzięki temu, że ja potrawiłam mądrze podejść do tragedi która nas dopadła.
    W naszym domu, śmierć nie jest tematem tabu. Piotr sam czasem mówi że
    nie wiemy kto z nas, pierwszy pójdzie do Pana Boga... Ja sama, też już mu
    powiedziałam, że jeśli kiedyś umrę, to ma pamiętać że zawsze będę blisko
    Niego... On nie bedzie mnie widział... Ale ja będę nad nim czuwać...
    I on przyjmuje to normalnie...
    Myślę, że często to nasza dojżałość emocjonalna decyduje o tym, jaki wpływ
    śmierć bliskiej osoby, będzie miała na resztę członków naszej rodziny. A
    przede wszystkim na dzieci...

    Opisałam swoje, i mojej rodziny doświadczenie ze spotkania ze śmiercią...
    To nie jest rada, ani przykaz że tak trzeba się zachować :)

    Pozdrawiam. Beata-mama Macina.
  • edzia764 10.10.09, 17:35
    Beatko ... pozwól, ze powróce do sprawy ksiązki. Jesli możesz podaj
    mi swój adres emailowy ... ja napisze do Ciebie ... Irena
    (aneri35@onet.eu)
  • 198-3mk 10.10.09, 20:02
    Irenko, oto mój adres :

    anioł64@op.pl

    Beata.
  • anika98 10.10.09, 21:53
    Dziekuje wszystkim serdecznie za odpowiedz.Pani Beatko-rowniez w
    moim domu smierc nie jest tmatem tabu.Moj synek rozumie bardzo
    duzo,duzo rozmawiamy,wie,ze tata gzies jest,wie ze wszyscy musimy
    kiedys umrzec i nigdy nie wiadomo kiedy.W domu nie ma atmosfery
    grobowej,rozmawiamy o tacie normalnie,nie sciszonym glosem.Ale
    jestesmy tylko we dwoje,tysiace kilometrow od rodziny...i nie
    mielismy duzo czasu na to zeby sie przygotowac(jesli to wogole
    mozliwe),nie bylo chemii ani dlugiego leczenia...bylo juz za
    pozno...prawie z dnia na dzien zostalismy zupelnie sami.Pomimo ze
    staram sie jak moge,zeby nasze zycie toczylo sie dalej w sposob jak
    najbardziej normalny,to wiem,ze moj synek cierpi tak jak ja,bo
    brakuje mu fizycznej obecnosci...moze musi uplynac wiecej czasu,moze
    rzeczywiscie wyrosnie na czlowieka bardziej wrazliwego,zycze tego
    sobie a przede wszystkim jemu i wszystkim osieroconym
    dzieciom...Pozdrawiam serdecznie

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka