Dodaj do ulubionych

Czy rodzimy się z datą śmierci.

27.10.09, 13:45
Czy data śmierci jest człowiekowi przypisana już w momencie
narodzin ?
Czy przychodzimy TU na z góry przewidziany " czas", zaplanowany tam
na "górze"?
Czy można śmierć oszukać?

Chyba do reszty oszalałam, bo miotają mną takie pytania.
Patrzę na małe dzieci i myślę " ile Ci kochanie pisane pobyć tu,
jeszcze nic nie wiesz co Cię czeka, z jakim planem przychodzisz?
Trudno się żyje tak myśląc......................................

Edytor zaawansowany
  • mismax 27.10.09, 15:06
    Do szaleństwa jeszcze daleko bo pytanie bardzo sensowne i wiele osób
    wpisze swoje przemyślenia na ten temat. Wydawać sie może, że nie ma
    jakiegoś konkretnego planu. Rodzimy sie z określonym DNA i albo mamy
    żelazne zdrowie, ewentualnie właściwe leczenie wczesnie wyktytych
    chorób uleczalnych albo mamy skazę genetyczną. Pytanie czy te
    łańcuchy to czysta biologia, fizjologia, genetyka czy coś z góry od
    natury :) Czy wypadki, które niektórym pozwolą ujść z życiem innym
    nie pozostawiając wyboru to plan czy przypadek?
  • sara441 27.10.09, 18:52
    Tak, data jest ustalona, może nie co do dnia, ale miesiąca. Wiem to na pewno...
  • sarnowo 27.10.09, 19:08
    Saro, napisz cos wiecej na ten temat, skad u Ciebie taka pewnosc.Bardzo mnie to
    zaintrygowalo.
  • tilia7 27.10.09, 22:19
    Tak ,mnie też intryguje "wiem na pewno"
  • first.marionetka 28.10.09, 10:27


    Im więcej rozmyślam, czytam o odejściach, utwierdzam się w
    przekonaniu, że w życiu nie ma przypadków.
    A tym samym jest jakiś plan wg. którego toczy się nasze życie.

    Tak dużo opisów, że ktoś czuł, mówił, że umrze i to się spełniało.
    Wygląda to tak, jakby ci ludzie czuli, że zbliża się ich przejście
    przez bramę.
    Takich opisów jest mnóstwo.

    Poszukuję odpowiedzi, dlaczego np. taki znajomy powtarzał, że On to
    nie będzie długo żył
    i faktycznie odszedł jako młody człowiek- przypadek?

    Ojciec od znajomego bierze na cmentarz swoją żonę, pokazuje jej
    nagrobek jaki jemu się podoba i na drugi dzień odchodzi….. przypadek?

    Teść od znajomej, który nie potrafi mówić z powodu choroby pisze „
    przyjdą po mnie i data z godziną” spełnia się , wtedy odchodzi –
    przypadek?

    Dlaczego mój wujek zapytany przez mojego brata ok. południa w
    sobotę, czy w niedzielę pojedzie z nim na grzyby, odpowiada „jak
    dożyję to pojedziemy” umiera wieczorem w tym samym dniu, nigdy tak
    nie mówił, miał 45 lat - przypadek, czy coś czuł ?

    Takich przypadków jest wiele, co one znaczą? Czy mamy wpływ na
    własne życie, na długość życia? – wciąż nie znajduję odpowiedzi.

    Pytam więc, dlaczego spotykamy takich a nie innych lekarzy, którzy
    popełniają błędy, czegoś nie dopatrzą i tym samym odbierają szansę
    na wyzdrowienie, a w innym przypadku osoby w beznadziejnym stanie
    zdrowia nagle zdrowieją i nikt nie potrafi powiedzieć, jak to się
    stało,

    dlaczego są wypadki, gdzie ludzie ze skasowanego auta wychodzą bez
    szwanku ( np. mój mąż 3 miesiące przed odejściem syna), a inni przy
    małej stłuczce tracą życie,
    czy w tym samym aucie jedzie 5 osób, 4 giną, a jedna nie dość , że
    przeżyje to nic jej nie ma- przypadek?

    dlaczego znajomy sprzed lat, wysportowany, rowerkiem do pracy, dobra
    dieta, super praca, zero problemów popełnia samobójstwo, kompletny
    szok, tak dbał o zdrowie, a teraz pozbawia się życia?-
    niezrozumiałe- a może to jakiś plan , którego nie rozumiem? może
    wyznaczona data i sposób śmierci?

    dlaczego znajomy, który żył spokojnie, bez pośpiechu zlekceważył ból
    i wyjechał za granicę, tam okazało się, że to wyrostek, robili
    wszystko co mogli , zapalenie otrzewnej, śpiączka i śmierć.
    On tak dbał o siebie, gdyby tu poszedł do lekarza nie było by za
    póżno- przypadek?

    Kiedyś oglądałam program o śmierci Marka Kotańskiego.
    Wypowiadał się jasnowidz, który ocenił, że to nie przypadek, że
    miało dokładnie tak być , w tym czasie, w tym miejscu, taki
    wypadek……………….. nie ma przypadków?

    Ze weselszych opisów jeden:
    znajoma miała koleżankę, której tata powtarzał „ 50 i trzeba robić
    miejsce następnym” – zmarł niewiele po 50 –tce.
    Gdy robili grób pytali mamę, czy podwójny, odpowiedziała, że nie, bo
    ona będzie leżała na mężu – zmarła ponad 20 lat po nim i spełniło
    się, że leży na nim- przypadek? a może znali swój plan na życie?

    A nasze sny ?????

    Kochani, moje dawne myślenie jest za wąskie, staram się poszerzyć
    swoje horyzonty myślowe, ale więcej jest pytań , niż odpowiedzi.

    Obecnie analizuję konkretne przypadki i coraz częściej dopatruje
    się „ palca Bożego”, który decyduje o naszym życiu.

    Brak większej ilości wpisów tym wątku moim zdaniem świadczy o tym,
    że też nie posiadacie odpowiedzi…………………………………………………………………….

    Zapewne nieliczni posiadają taką wiedzę, znają odpowiedź na to
    pytanie.
    Ja nadal pozostaję z pytaniem, które pali od środka i zabiera sen
    z powiek ……………………………………………………

    - jaki jest sens naszego tu i teraz? szlifowanie duszy , aby wróciła
    do domu piękniejsza?

    Może właśnie to szukanie odpowiedzi, odciąga mnie od bólu z którym
    sobie nie radzę, nadaje sens na dalszą drogę, uaktywnia, żebym nie
    zastygła w bezsensie.
    I tak czuję się taka "sztuczna", taka " aforyzmowa", nie potrafiąca
    ot tak prosto pisać o moim bólu, jak niektóre z was.
    Blokady które powodują tę sztuczność są niezależne ode mnie, nie
    potrafię je zerwać, odbezpieczyć.......... może kiedyś, jest mi z
    tym żle, kiedyś nie byłam taka " sztuczna". Kiedyś czułam, że
    żyję.... dziś, szukam, szukam, szukam, żeby nie oszaleć............
  • osmiorniczka030 28.10.09, 12:27
    Marionetko!

    Zadalas bardzo ciekawe pytanie. To niezwykle trudny temat
    filozoficzny, bowiem pociaga za soba cale mnostwo nowych pytan.

    Widze, ze przechodzisz dokladnie te sama droge, ktora ja
    przechodzilam po smierci Taty. Ja rowniez nie potrafilam opowiadac o
    swoim bolu, a zeby nie zwariowac zaczelam szukac odpowiedzi na wiele
    pytan. Rowniez tych o plan Bozy wzgledem kazdego z nas.

    Nie powiem Ci, ze znalazlam odpowiedz na kazde pytanie, bo tak nie
    jest, ale powiem Ci, jak ja rozumiem to nasze zycie.

    Dla mnie, jako osoby wierzacej odpowiedz jest prosta. Jesli wierze,
    ze istnieje Bog, ktory jest wszechwiedzacy, to wierze w to, ze wie
    On o nas wszystko, zanim sie narodzimy. Wie dokladnie, jacy
    bedziemy, jak potocza sie nasze losy oraz to kiedy i jak umrzemy. Ta
    data jest wiec znana. Jest tez dokladnie tak, jak mowisz, ze ludzie
    potrafia wyczuc zblizajaca sie smierc, podajac niekiedy konkretna
    date smierci na dlugo przed swoja smiercia.

    Po prostu intuicja? Dar jasnowidzenia? A moze wizyty innych
    Zmarlych? Juz kiedys o tym pisalam, ze zdarza sie, iz osoby lezace
    na lozu smierci doswiadczaja widzen swoich bliskich Zmarlych i od
    nich dowiaduja sie, kiedy umra. Bo ci Zmarli przychodza po nich w
    godzinie smierci. Czlowiek umierajacy nigdy nie jest sam (jest
    wprowadzany do swiata duchowego przez inne istoty, ktore juz
    wczesniej zmarly)

    Ja osobiscie wysnilam juz cale mnostwo sytuacji, ktore pozniej
    przezylam. Przypadek?

    Mojej siostrze w nocy we Wszystkich Swietych, kiedy jeszcze nasz
    Tatus zyl i mial sie calkiem niezle przysnila sie zmarla babcia,
    ktora powiedziala: "Powiedz rodzicom, ze smierc nie jest niczym zlym
    i ze Twoj Tata nie dozyje konca roku." I rzeczywiscie zmarl 5 dni
    przed koncem roku... Zwykly sen?

    Ja po tym, co przezylam nie wierze juz w zadne przypadki. Wierze w
    to, ze nasze zycie jest Bozym planem. O wiele trudniejszym pytaniem
    jest to, jak pogodzic ow Bozy plan z wolna wola, ktora posiadamy.

    Ja sobie to tlumacze tak, ze wolna wola dotyczy decyzji, ktore
    podejmujemy samodzielnie. Natomiast Boze plany wobec nas dotycza
    naszych narodzin, smierci i roli, jaka nam Bog w tym zyciu
    wyznaczyl. Czy mamy byc silni, czy slabi, czy mamy byc urodziwi, czy
    mniej urodziwi, czy pieniadze bedzie nam zdobyc trudno, czy beda sie
    one do nas kleic, czy mamy byc zdrowi, czy schorowani oraz, co
    rowniez wazne - kogo mamy spotkac na swej drodze. Bo kazda znajomosc
    w naszym zyciu po cos jest.

    A kiedy bedziemy umierac, Pan Bog zada nam pytanie: "co zrobiles
    Czlowieku ze swoim zyciem takim, jakie Ci podarowalem?"

    To dla mnie jedyne sensowne rozwiazanie tych wszystkich zagadek.

    Pozdrawiam.
  • first.marionetka 28.10.09, 13:27
    Ośmiorniczko,

    tak przechodzę drogę pytań, zagadek, szukania odpowiedzi i
    przemyślenia mam takie jak Ty.

    Co z tą wolną wolą? ja myślę, że ta wolna wola to chyba TAM ma
    znaczenie, tutaj to już bardziej plan Boży, to co wybraliśmy TAM, w
    domu Ojca.

    Mnie te odpowiedzi potwierdzają istnienie Boga, dobrego,
    wszechmocnego, którego nie do końca rozumiem, bo nie znam całości
    naszej egzystencji i dlatego ból, bunt, wewnętrzne wariactwo.

    Gdybym tak zawierzyła i uwierzyła, że moje dziecko, a może raczej
    bardziej dziecko Boga jest wśród swoich książek, jest szczęśliwe,
    żyje w innym, lepszym świecie, wśród kochających Go ludzi
    zrozumiałabym ten plan Boży.
    A tak żyję w huśtawce nastrojów i karmię się każdą informacją, która
    mówi, że żyjemy dalej, że nie ma śmierci. Taki damski , niewierny
    Tomasz, a może raczej kochająca matka, malutka w swej wielkiej
    miłości do dziecka i dlatego taka zagubiona mimo doświadczeń
    jednoznacznych, jak choćby to, że po mojego tatę dzień wcześniej
    przyszła Jego mama i On wiedział, że przyszła po Niego............
    Moje ludzkie zmysły są takie niestabilne, tu wiem, wierzę, za chwilę
    upadam, miotam się, nie daję rady........................
    doszłam do jednego, mam nadal godnie żyć z pomocą Bożą i wierzyć, że
    On jest szczęśliwy........ to takie trudne, ale ma sens...........
  • tilia7 28.10.09, 13:41
    Pewnie każdy z nas,kto przezywa tak mocno żałobę,głowi się nad tymi
    wszystkimi problemami nieustannie.Myślę,że nie mamy szans znaleźc
    odpowiedzi.Ludzkośc zadaje sobie te pytania chyba odkąd zeszlismy z
    drzew i stanęli na dwóch nogach.Głowią się nad tym i uczeni,i
    teolodzy i mnóstwo różnych bioenergoterapeutów i innych
    spirytystów.I nic.Nikt nie może niczego powiedziec nam na
    pewno.Możemy przypuszczac, szukac dowodów albo wręcz przeciwnie
    ślepo w coś wierzyc,ale nigdy, nigdy po tej stronie nie będziemy
    tego wiedziec na pewno.Każdą rzecz niezwykłą można uznac albo za
    prawdę obiektywną albo za efekt biochemii naszego mózgu.Nawet takie
    rzeczy jak to,że ktoś wiedział,że umrze.To faktycznie często się
    zdarza.Trudno to oceniac.Ja też miałam bardzo bardzo wyraźny sen, w
    którym mój mężczyzna powiedział mi,że odszedł,bo "nie mógł tu dłużej
    zostac".Był to sen bardzo wyraźny,jakbym go widziała żywego.I
    wierze,że to naprawdę była Jego wizyta w moim śnie.Ale mogę tylko
    powiedziec,że w to wierzę.A nie,że wiem to na pewno.Bo równie dobrze
    mogłam miec po prostu bardzo wyraźny sen,bo tak zareagował mój mózg
    na silną żałobę.Takich zdarzeń w naszym życiu jest mnóstwo.My ich
    naprawdę doświadczamy.Tylko nigdy nie można byc pewnym ich przyczyny
    i tego skąd to nasze doświadczenie płynie.Nigdy tego nie
    rozstrzygniemy.Chyba,że uczeni i do tego kiedyś dojdą.Wykorzystujemy
    zaledwie kilka procent mozliwości naszego mózgu a ile rzeczy już
    dzięki nim potrafimy robic.Kto wie,co tam się dzieje w tych
    pozostałych kilkudziesięciu procentach?
    Ale może nie o to chodzi,żeby wiedziec,tylko o to,żeby pytac?Może
    ważne jest to,żeby tego sensu szukac,a nie to czy się ten sens
    odnajdzie?Nie wiem.Sama szukam.Sama nawet nie wiem,jaką odpowiedx
    chciałabym znaleźc, bo wcale nie taką, to że Bóg nas tak programuje:(
    I myślę,że ważne jest żeby życ możliwie najlepiej,niezależnie od
    tego czy się wierzy czy nie i w co.Żeby życ dobrze nie z lęku przed
    Bogiem, nie dlatego,że się przejrzało Jego plan, tylko właśnie
    dlatego,że się go nie przejrzało.Ja się uczepiłam jednej wizji Boga-
    Boga który jest miłością i światłem.On nie ma wpływu na datę mojej
    śmierci ale byc może są w naturze jakieś inne siły, które ten wpływ
    mają,nie wiem.Ale to MOJA wizja,MOJA wiara i ja nie mogę nikomu
    powiedziec:Wiem to na pewno.Bo nie wiem.
  • pam_71 28.10.09, 14:32
    Z góry narzucony plan działania jakos nieodparcie kłóci mi się
    z "wolną wolą" jaką bóg dał człowiekowi ;-)
    Pewnie coś znowu naopak interpretuję.
    Życie (wg Pam_71) to zbiór przypadków i konsekwencji naszego
    postepowania. Połączenia naszych akcji i reakcji innych napotkanych
    ludzi. Konsekwencją 20lat "złego trybu życia" będzie zapewne szybko
    ujawniająca się choroba wieńcowa. Jeżeli się zagapię i przejdę na
    czerwonym świetle jest wysoce prawdopodobne, że ucierpie w wyniku
    potrącenia itp.
    Życie jest proste - to tylko my uwielbiamy je komplikować podejmując
    próbę jego interpretacji ;-) Tak już po prostu jest ...
    Acha ... moje "wynurzenia" są ... moje ;-)
    Pozdr
  • first.marionetka 28.10.09, 13:56
    " Wszystko będzie jak być powinno" - pisze Michaił Bułhakow
    w " Mistrzu i Małgorzacie, mojej ukochanej lekturze.

    Dziś ją czytam inaczej.
    Inaczej brzmi ........Anuszka, już olej rozlała.

    Wszystko będzie jak być powinno, tylko tak trudno " być mądrym" i
    nie rozpaczać, że realizuje się inny plan w moim życiu, nie ten
    zgodnie z moją wolną wolą.
  • tilia7 28.10.09, 14:14
    Piękna książka,piekna i genialan,moja ulubiona od zawsze.To jest
    jedyna książka,w której wątek chrześcijański został przedstawiony
    tak,że nawet mnie,niedowiarkowi dał ogromną nadzieję."Wszystko
    będzie jak byc powinno"-dokładnie.W to własnie wierzę.
  • annmaria 28.10.09, 21:00
    Moj Ojciec zawsze powtarzal zawsze znaczy od czasu kiedy
    zachorowal " MOj Ojciec zmarl jak mial 87 lat moj brat jak mial 86 a
    ja odejde na chmurke jak skoncze 85 ". Przypadek nie przypadek
    samosprawdzajaca sie przepowiednia slepy los? Odszedl cztery
    miesiace po swoich 85 urodzinach.
    --
    Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
    marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
    brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
  • emi56 28.10.09, 21:42
    Nikt Ci na to pytanie nie odpowie ,bo nikt nie wie. Moje
    przypuszczenia ze nie mamy zajestrowanej daty smierci.Tak jak nie
    mamy przymusu przyjsc na swiat. Czy mozna smierc oszukac?. Mozna i
    caly czas to probujemy robic. Leki i szpitle to gra ze smiercia ,
    acz kolwiek nie rowna , bo w finale zycia smierc zawsze wygrywa.
  • first.marionetka 29.10.09, 10:47
    -Nikt Ci na to pytanie nie odpowie ,bo nikt nie wie.

    Może i masz rację, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale są
    przemyślenia, obserwacja życia i to też wiele do tej odpowiedzi
    wnosi.

    Co się tyczy oszukania śmierci, tu myślę o książce " Niezawinione
    śmierci" Williama Whartona.
    W 1988 córka, zięć i dwoje wnucząt pisarza zginęli w wypadku
    samochodowym podczas karambolu na autostradzie w stanie Oregon,
    powstałego na skutek zadymienia spowodowanego wypalaniem pól.

    Miał z nimi jechać jeszcze jeden syn, ale dziwnie się ociągał,
    wymigiwał. Nie pojechał.
    Oszukał śmierć, czy nie nadeszła jeszcze jego " godzina"?

    No niestety, nasze życie składa się z pytań, trzeba też szukać
    odpowiedzi. Choć nie ma gwarancji, że je znajdziemy.

    Jezeli ból przerasta logikę, poszukiwanie może okazać się
    balsamem...................................................
  • 198-3mk 29.10.09, 14:00
    Witam Wszystkich...

    Czy rodzimy się z data śmierci...? Trudne pytanie Marionetko, i
    nawet nie staram się szukać na nie odpowiedzi... Ale osobiście,
    jestem wierna słowom ks. Twardowskiego; " Bo wszystko co nas
    spotyka, przychodzi z poza Nas..."

    Wiele razy w swoim zyciu, miałam okazję przekonać się, jakie
    znaczenie mają te słowa. Nie wszystkie wydarzenia zaraz wiązałam z
    tymi słowami. Niekiedy upłyneły lata,zanim układanka ułozyła sie w
    całość...
    Były to i smutne wydarzenia, i takie zabawne chociaż też
    stresujące...

    Takie poważne, miało miejsce 19-lat temu...
    Straciłam nagle przytomność. Lekarz pogotowia który przyjechał na
    wezwanie męża nic nie stwierdził... Kazał mi w najbliższym czasie
    odwiedzić lekarza ginekologa. Wbili zastrzyk przeciw bólowy, i
    odjechali. Mijały kolejne godziny, a ja czułam sie coraz gorzej.
    Wezwaliśmy wujka, który był lekarzem. Stwierdził że mam coś
    pekniętego w jamie brzusznej. Zawieźli mnie do szpitala. Tam zaczeło
    robić się tragicznie-( Raz za razem traciłam przytomność... Lekarze
    nie umieli dojść co mi jest. Nie mieli wyjścia, musieli mnie
    otwierać aby sprawdzić co się dzieje. Leżąc na stole operacyjnym,
    byłam bardzo spokojna mimo tego że moje ciśnienie spadało poniżej
    dolnej granicy normy. Lekarze byli podenerwowani, pielęgniarki też.
    A ja byłam tak dziwnie spokojna, choć nie dostałam żadnych leków na
    uspokojenie. Żałowałam tylko że nie pozegnałam się z dziećmi,a byłam
    pewna że to jest juz mój koniec.
    Jakież było moje zdziwienie, kiedy obudzili mnie po operacji. Co
    się okazało... Byłam w ciąży pozamanicznej nic o tym nie wiedząc.
    Pękła. Nastąpił krwotok do jamy brzusznej. Nie udzielona pomoc przez
    pogotowie, doprowadziła mnie do stanu krytycznego. Miałam 1,5 litra
    krwi wylanej w jamie brzusznej. Podczas operacji moje serce
    przestało pracować. Byłam reanimowana. Wyszłam z tego. Żyje.
    Do dzisiaj pamietam słowa ordynatora który mnie operował: " powiem
    pani tak, ja w Boga nie wierzę, do kościoła nie chodzę, ale to co
    wydarzyło się dzisiaj z panią graniczy z cudem. Pani nie miała prawa
    tego przeżyć, a żyje pani. To nie był pani czas... Pani świeczka,
    tam na gorze jeszcze nie zgasła... Pani ma do wykonania jakies
    zadanie."
    Nie myślałam o tym, do czasu kiedy na raka zachorował mój syn.
    Wtedy dotarło do mnie znaczenie tych słów... Nie umarłam, bo
    musiałam pomóc synowi w pokonywaniu jego choroby... Musiałam Go
    wspierać... Sam by tego nie udźwignął...

    I pewnie tak jest, że kazdy ma ten swój czas... Tylko nie wiemy
    kiedy On nastąpi... Ja trzy razy uciekłam śmierci spod łopaty, jak
    mówi powiedzenie. Ale czy ceną za to, była śmierć SYNA...?
    Wolę nie znać odpowiedzi na to pytanie... Bo jeśli tak... To ja
    nie zgadzam sie z tym... Bo to ja powinnam lezeć na cmentarzu, a
    nie On...
    Jeden z czytelników mojej książki, zwrócił uwage na to, że pisałam
    w książce iż rodziłam Marcina 22-godziny, a zmarł w chwili kiedy
    miał 22-lata... Urodził się o 18:50, zmarł o 19:15... Przybliżone
    czasy godzin... Zaplanowane...? Czy tylko zbiegi okoliczności...?

    Myślę, że jest multum pytań na które nie znamy odpowiedzi...
    A większość z nich poznamy dopiero po swojej śmierci...

    Pozdrawiam Serdecznie.Beata-mama Marcina.
  • pam_71 29.10.09, 15:35
    urodziny 20, imieniny 01
    data odejścia 01.05
    Zamiłowanie do prostych dat ?
    Pozdrawiam
  • mismax 29.10.09, 15:54
    może i tak?
    urodziny 08. imieniny 01. data odejscia 01.
  • mimowszystko27_0 29.10.09, 13:52


    Ap.13.10; „…Jeśli kto do niewoli przeznaczony, idzie do niewoli,
    jeśli na zabicie mieczem, musi być mieczem zabity.

    Myślę więc, że coś w tym jest co pisze w Apokalipsie Jan.
  • sara441 29.10.09, 19:11
    Sądzę, że wolną wolę mamy, wybierając zupę pomidorową lub inną (a i to nie
    zawsze). Wolnej woli nie miał Judasz, musiał wypełnić plan, nie miał Jezus (znał
    plan, więc się wahał, ale gdyby zrezygnował, to po co przyszedł?
  • osmiorniczka030 02.11.09, 17:06
    Ja tez sie dlugo zastanawialam nad sprawa Judasza, ale mysle, ze to
    nie jest tak...

    Pan Bog istnieje poza czasem. On zna doskonale kazda nasza decyzje i
    jej wynik. To samo dotyczylo Judasza. Wiedzial, ze zostanie przez
    niego zdradzony nie dlatego, ze sam to zrecznie "wyrezyserowal", ale
    po prostu dlatego, ze znal przyszlosc.

    Pozdrawiam.
  • first.marionetka 29.10.09, 20:38
    pozorną wolną wolę mieli Hiob, Niobe, Jonasz - bo przecież też wypełniali jakiś
    plan. Trudny plan.
    Dlatego wydaje mi się, że ta wolna wola to przed przyjściem, tam gdzie jesteśmy
    mądrzejsi, znamy większy plan.

    Saro, z tą zupą pomidorową dałaś mi trochę uśmiechu, bo dokładnie tak przed laty
    mówiła moja koleżanka, dodając, że kelner może pomylić zamówienie i dostaniesz
    ogórkową.............................
  • doskonala1 29.10.09, 22:59
    Marionetko, przeczytałam Twoje pytania a potem i całe forum i nie
    moge uwierzyc, że z tego co wynika, Ty osoba wierząca możesz w ten
    sposób podchodzic do życia. Jak mozna w ten sposób krzywdzic, nawet
    w myślach, swoje dzieci. Chyba rzeczywiście z Tobą coś nie tak się
    dzieje. Jestem wychowana w wierze kościola, ale zeszłam trochę z tej
    drogi. Moja mama umarła 2 miesiące temu, i powiem Tobie, że wchodząc
    do kościola po paru dobrych latach zaczęłam płakac, potem ksiądz
    pięknie opowiedział o tym świecie, gdzie mama juz jest i zrobiło mi
    sie lżej. Musimy życ dalej, mamy dla kogo i musimy stawiac przykład
    naszym dzieciom. A co do daty śmierci? To chyba normalne,ze kiedyś
    nas dopadnie, tylko jeszcze długa droga przed nami...Głowa do góry!
  • luccio1 29.10.09, 23:07
    Tato robił plany na lata naprzód - jeszcze przed południem tego samego dnia, w
    którym po południu dosięgnął Go wylew.
    Mama podobnie - do wieczora poprzedzającego dzień, w którym dopadł Ją paraliż
    prawostronny, co doprowadziło do śmierci dwa lata później.

    Najprościej wytłumaczyć: jednym Pan Bóg daje przeczucie, że wkrótce będzie wołać
    Tego Kogoś - innym nie...
  • first.marionetka 30.10.09, 08:36
    Kochana Doskonala1, nie za bardzo rozumiem twój wpis:

    Marionetko, przeczytałam Twoje pytania a potem i całe forum i nie
    moge uwierzyc, że z tego co wynika, Ty osoba wierząca możesz w ten
    sposób podchodzic do życia. Jak mozna w ten sposób krzywdzic, nawet
    w myślach, swoje dzieci. Chyba rzeczywiście z Tobą coś nie tak się
    dzieje. MOCNE!!!!

    O jakich dzieciach Ty piszesz? Ja straciłam dziecko.
    Zawsze patrząc na inne maluchy, będę widziała mojego syna w ich
    wieku.

    Poszukiwanie nikogo nie krzywdzi. Pytania nikogo nie krzywdzą.
    Nie czujesz krzyku niemocy w moich wpisach.
    Ja nikogo nie namawiam do mojej linii poszukiwań, szanuję myślenie
    innych.
    I nie daję nikomu prawa do weryfikowania mojego myślenia.

    Moja wiara jest moją siłą i ona nie może być słaba, niepewna.
    Zaburzona.
    Buduję ją na skale i brakuje mi pewnych detali stąd poszukiwania.
    Moi duchowni to mądrzy ludzie, którzy sami zadają pytania, analizują
    i nie uciekają od trudnych pytań i mnie też nie blokują przed nimi.
    Mam to szczęście, że znaleźli się na mojej drodze.


    Daję sobie prawo do błądzenia bo jestem człowiekiem.


    Na chwilę obecną czuję się zagubioną Marionetką, zgodnie z nickiem.

    Mam świadomość swojego zagubienia, ale kierunek jest jeden - więcej
    zrozumieć, a może żeby mniej bolało.
    Każdy z nas ma swoje doświadczenia życiowe, swoich nauczycieli na
    ścieżce życia i swoje prawo do poszukiwań.
    Nikt mi tego prawa nie odbierze. NIKT.

    Doskonała 1, rozwiń myśl, czym krzywdzę? Nie pomyślałaś, że to ja
    jestem mocno pokrzywdzona i grzecznie pytam i grzecznie dziękuję za
    każde słowo, które w tych poszukiwaniach jest budujące.

    Ja nie przeczytałam całego forum, nie mam na to siły. Czytam innych
    nie oceniając. Szanuję indywidualność każdego.
    Uważam, że ludzie zadając pewne pytania robią to dlatego, że nie
    znają odpowiedzi i wierzą, że inni są mądrzejsi i znają odpowiedź.

    Doskonała, jednym zdaniem możesz otworzyć horyzonty myślowe drugiej
    osoby, ale jednym zdaniem nie możesz postawić blokady na
    poszukiwania.

    Człowiek bez poszukiwań, pytań pozostaje Marionetką do końca.
    Ja wierzę, że po bólu przyjdzie zrozumienie. Dzięki poszukiwaniom
    stanę się silniejsza.

    Człowiek póki żyje poszukuje…………………………………………………………………………………………

    Ja jak pożegnałam się z ukochanym tatą byłam silna, bo On przeżył
    spełnione życie, wracał do domu Ojca jako wspaniały człowiek,
    kochający mąż i cudowny ojciec.
    A moje dziecko poszło jako wspaniały człowiek i nic poza tym …………..
    i mam nie pytać DLACZEGO!!!!!!

    Wolałabym przytulać Jego dzieci i wtedy myślałabym jaką zupkę
    ugotować, żeby im smakowała, jaki ciuszek kupić, aby pięknie
    wyglądały, jaką bajeczkę przeczytać…………. nie byłoby pytań
    egzystencjalnych.


  • 198-3mk 30.10.09, 10:25

    Marionetko Kochana...

    Trzymaj się! Życzę Ci dużo siły na przetrwanie oraz na to, abyś
    nie zboczyła z tej drogi po której kroczysz, bo Ona chyba pozwala
    nam nie zwariować z powodu straty Naszych Synów...

    Nie musze pisac że domyslam się co czujesz po takiej stracie...
    Bo ja doskonale wiem co czujesz...-(

    Pozdrawiam Ciepło i wspieram Cę całym sercem, jak każda matkę
    która straciła swoje dziecko...

    Nie taka kolejność miała byc...!!!!!!!
    To dzieci maja chowac swoich rodziców!
    A nie rodzice swoje dzieci...-(-(-(

    Beata-mama Marcinka.
  • telepeters 30.10.09, 11:10
    Zakladamy, ze to rodzice powinni odejsc predzej, ale nikt nam nie
    daje gwarancji, ze tak bedzie. Moja mamusia umarla przede mna, o
    wiele za szybko i wolalabym, gdybym miala wybor, tego nie
    doswiadczyc. Moja corka zglebila wszelkie tajemnice w wieku 22 lat,
    tez o wiele za szybko. Jednak staram sie, zeby nie oszalec, cieszyc
    sie tym, ze az 22 lata moglam z nia byc, inni nawet takiej laski nie
    zaznali. Rana w sercu jest bardzo swierza, ale staram sie sobie
    tlumaczyc, ze tak musialo byc, na co wskazywaly znaki, ktorych nie
    chcielismy wziac powaznie. Staram sie pamietac to co dobre ( a
    przeciez nie tylko takie sie zdazylo), staram sie nie myslec co by
    bylo gdyby, bo tego za nic nie da sie zmienic i to tylko strata
    energii, staram sie nie pytac dlaczego mnie to spotkalo, bo nie
    potrafilabym wskazac innej matki i wyznaczyc innego dziecka w zamian.
    Coehlo w "byc jak plynaca rzeka" opisal rodzicow, ktorzy starcili 2
    dzieci i jak zona przekazuje te wiadomosc. Posluzylam sie tym, kiedy
    maz zadawal nieustannie pytanie "dlaczego nas to spotkalo, co
    zrobilismy, albo czego nie zrobilismy, ze akurat ona?". Klejnot,
    ktory dostalismy musial wrocic do wlasciciela. Musial to byc ten, a
    nie inny, bo taka wola Najwyzszego i jesli jej nie zaakceptujemy, to
    nigdy nie zazanamy spokoju. Takie myslenie pozwala mi funkcjonowac,
    nie myslcie, ze nie mam chwil kompletnego zalamania z powodu
    bezgranicznej rozpaczy, ale staram sie moje mysli zebrac i poderwac
    sie z dolu rozpaczy, aby moc godnie pielegnowac pamiec o moim
    ukochanym, jedynym w swoim rodzaju dziecku(mam jeszcze 3 klejnoty z
    czego jeden niepelnosprawny, a 2 poturbowane strata siosty). Dzwigam
    wielka odpowiedzialnosc za moja rodzine i wiem, ze nie mam prawa sie
    zalamac, bo nie bede mogla pomoc tym co ich tak bardzo kocham. Taki
    moj los i sie z tym godze, czy mam inne wyjscie???

    Od lat towarzyszy mi:
    „Boże, daj mi pokój ducha,abym umiał akceptować to, czego zmienić
    nie mogę,
    odwagę, bym mógł zmienić to, co zmienić mogę
    i mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego”.

    Mam nadzieje, ze to co pisze jest w stanie choc odrobine ukoic osoby
    znekane zaloba.
  • 198-3mk 30.10.09, 11:36

    Telepeters...

    Pieknie napisałaś... Twoje słowa nie są mi obce. Pisząc, że to
    dzieci powinny chować żegnać rodziców, miałam na myśli że śmierć
    każdego dziecka jest wbrew naturze... Wbrew biologi...
    Nie wiem w jakich okolicznosciach straciłas swoje dziecko -(
    Ja miałam ten czas, o którym tak często mówią ludzie wokół na to aby
    się przygotować. Ale to było cholernie bolesne bo musiałam
    zaakceptować śmierć syna, jeszcze za jego życia a swoja postawą
    wspierac Go do samego końca...-( Udało mi się... Ale tylko ja wiem
    ile mnie to kosztowało. Ale to nie wazne, ja robiłam to wszystko z
    miłosci do NIEGO...
    Nie wariowałam kiedy odszedł bo w domu czekał siedmioletni syn
    którego nie mogłam obarczyć tragizmem śmierci. Pozostali dwaj
    synowie, wtedy mieli 17, i 21 lat byli przy tym jak ich brat
    odchodził... I tak jak piszesz, ja tez potrafię Bogu dziękować za te
    22-lata kiedy moje dziecko mogło być ze mną... Tęsknie... Czasami
    mam gorsze dni... Ale wiem że tak musiało być... Że nie miałam na to
    żadnego wpływu... I nie pomyslałam że Bóg zabrał mi Go za karę...
    Czesto myslałam że jestem nienormalna. Że za mało kochałam swoje
    dziecko... Bo po Jego smierci nie rwałam włosów z głowy, tylko
    zachowywałam sie spokojnie... Teraz wiem, że postepowałam
    słusznie... Ochroniłam swoje pozostałe dzieci... Przez mój spokój,
    Oni też spokojnie to przyjeli...

    Pozdrawiam serdecznie. Życze dużo siły. Beata-mama Marcina.
  • doskonala1 02.11.09, 01:37
    Skoro Cię uraziłam to najmocniej przepraszam! Przeczytałm, że
    patrzysz na dzieci- myślałam że Twoje- z myślami kiedy one umrą?
    Przeraziło mnie to i dlatego myślałam, że w ten sposób tobie pomogę.
    Zle Cie zrozumiałam i przepraszam jeszcze raz. Ale też wiem, że
    człowiek jest na tyle silny żeby podnieśc się z każdego
    nieszczęścia. Moja mama pochowała dwoje dzieci i nigdy nie dała mi
    poznac po sobie, że ma jakiś smutek w sobie, chociaż wiem, że go
    nosiła. I myśle, że przez to stała się twardą osobą! I tego Tobie
    życzę!!!!!!!!
  • first.marionetka 02.11.09, 08:48

    Doskonała, nie uraziłaś mnie. Cieszę się, że napisałaś, że miałaś
    dobre intencję, że pomożesz.
    Chciałam tylko, żebyś mnie trochę zrozumiała, że po odejściu ważnej
    dla mnie osoby, mojego ukochanego syna przyszło zastanawianie się
    nad sensem życia.
    To nie jest daremne filozofowanie, to głębsza potrzeba duszy.

    Patrzę w urocze oczka maluchów siedzących w wózkach i przypominam
    sobie swojego synka w ich wieku i siłą rzeczy rodzą się w głowie
    refleksje, że przed Nimi nieznane................................
    co się pod tym kryje, nie wiem, ale wiem, że matki tych dzieci nie
    mogą im zaplanować życia.
    Życie rządzi się swoimi prawami i ja to już wiem....................

    Poszukując, podnoszę się ze swojego nieszczęścia.

    Nie chcę być twarda, silna- chcę zrozumieć!!!! cokolwiek to znaczy.

    Wiem, że miałaś dobre intencje, dziękuję Ci.
    Również dobre intencje miała sąsiadka, która powiedziała mi" życie
    jest wredne, nie wiedziała pani o tym" ......... ale pomimo tej
    wredoty ja chcę "co nie co" zrozumieć, pojąć.
    Co niniejszym czynie na tym forum.

    Wiara bez zrozumienia jest fanatyzmem, wiara ze zrozumieniem otwiera
    duszę i buduje " wewnętrzny kosmos", który przenosi góry.
    Tego się teraz uczę, abym nie zastygła w swoim bólu.
  • grazyna1965 02.11.09, 20:08
    Doskonała.. nie jest prawdą, że człowiek jest w stanie podnieść się
    z każdego nieszczęścia.Ludzie różnią się, jedni lepiej sobie radzą w
    takich sytuacjach, inni gorzej a jeszcze inni w ogóle sobie nie
    radzą. Tak już jest. Nie wiem od czego to zależy, czy od wrażliwości
    wrodzonej czy od sposobu w jakim się wychowywano, czy może od tego
    jak bardzo sie kochało..nie wiem. Ale wiem, że niektóre nieszczęścia
    tak przytłaczają, że nie sposób się podnieść.
    Napisałaś też o swojej mamie, ,,która straciła dwoje dzieci a nigdy
    nie dała Ci poznać, że ma jakiś smutek w sobie"...dla mnie to
    niepojęte. Innych ten ,,smutek" jak go nazwałaś zabija, inni tracą
    zmysły, jeszcze inni ,,radzą sobie jakoś" ale żeby nie dać poznać po
    sobie, że straciło się dwoje dzieci to naprawdę niepojęte. Wiesz co?
    Myślę sobie, że nie chciałabym być aż tak twarda..Czy strata
    jedynego dziecka, które było ważniejsze ode mnie to wystarczający
    powód żeby być twardą?
    Grażyna,mama Patryni
  • tilia7 02.11.09, 20:14
    Ludzie, którzy zupełnie nie okazują smutku po takich strasznych przejściach,tak
    naprawdę nigdy sobie z nim nie poradzili,prawdopodobnie nie dali sobie
    prawa,żeby ten smutek przeżyć.Wtedy się kamienieje z bólu.I wszyscy dookoła
    myślą,że jest się tak twardym jak kamień.

    I nie, nie z każdego nieszczęścia można się podnieść.Być może tylko różne są
    nasze własne granice,określające ile tego nieszczęścia jesteśmy w stanie znieść.
  • 198-3mk 03.11.09, 11:30
    Grażynko...

    Napisałaś że nie zgadzasz się z Doskonałą, iż kazdy człowiek
    potrawi podnieśc się z nieszczęścia... Masz rację pisząc, ze ludzie
    róznią się od siebie i każdy inaczej reaguje na tą samą sytuację...
    Cytuję Ciebie;"Czy od wrażliwości wrodzonej, czy od sposobu w jakim
    sie wychowano, czy może od tego jak bardzo się kochało... nie wiem".

    I to zdanie, "jak bardzo się kochało", skłoniło mnie aby odpisać...
    Bo jeżeli przyjąć,że to jak bardzo cierpimy albo nie cierpimy, po
    stracie bliskiej osoby, jak sobie radzimy z naszą żałobą ma być
    miernikiem Naszej Miłości do tej osoby, to ja sie nie zgdzam z Twoim
    zdaniem Garażynko... Z całym szacunkiem do Twojej osoby...

    Ja, tak jak pisze Doskonała o swojej mamie, też nigdy nie
    pokazywałam swoim bliskim oraz ludziom wokół, jak bardzo cierpie z
    powodu choroby mojego syna, a potem z powodu jego smierci...
    Czy przez to moje zachowanie, moja MIŁOŚĆ do Marcina była mniejsza,
    od miłości tych matek które przez lata nie umieją się pogodzić ze
    stratą swojego dziecka...? Uważam, że absolutnie NIE...
    Doskonale rozumiem mame "doskonałej"...
    Ona swoim zachowaniem chroniła pozostałe dzieci, tak jak ja to
    robiłam i nadal robie.Ta miłość do tego straconego dziecka, jak
    również miłość do dzieci które zostały, jest tak wielka że to
    właśnie z powodu niej zapominamy o Naszych uczuciach... O Naszym
    bólu... Tragedi która Nas dotkneła... Mnie ta moja miłość do
    wszystkich swoich dzieci, pozwoliła zmienić moje podejście do całej
    sytuacji...Pozwoliła pokonać gniew, strach... I poczuć głębię
    swojego bólu, abym mogła spokojnie pozwolić odejść mojemu synowi
    choć każdym moim oddechem, pragnełam aby wyzdrowiał...-(
    Choroba mojego dziecka,spowodowała że przewartościowałam wszystkie
    swoje priorytety...Nigdy nie przyszło mi na myśl, że największym
    moim marzeniem, będzie marzenie o spokojnej śmierci mojego syna...
    Sposób, w jaki podeszłam do całego tragizmu jaki dotknął Naszą
    rodzinę,pozwolił mi znaleść w sobie spokój i pogodzenie się z
    losem...
    Za parenaście dni, minie 4-rocznica smierci Marcina...
    Ja nie boje się powiedzieć że nadal mam 2,3 dni w tygodniu, kiedy
    muszę sobie popłakać... Płaczę tylko wtedy,kiedy jestem sama w domu.
    U mnie od samego początku,jeszcze w czasie Jego choroby, mój płacz
    dawał mi ukojenie... Przynosił mi ulge... Dawał wytchnienie... I tak
    jest do dzisiaj. Mój płacz nie działa na mnie destrukcyjnie. On
    pomaga mi żyć... Pcha mnie do przodu... Nie pozwala zatrzymac się w
    miejscu... Choć często oglądam się do tyłu... Do przeszłości...
    Kiedy Marcin był ze mna... Jest to dla mnie bardzo cenny czas, a
    zarazem bardzo bolesny... Ale nikt Nam nie obiecał,że zycie na Ziemi
    będzie łatwe i usłane różami...
    Ludzie z którymi spotykałam się w trakcie choroby syna, Lekarze,
    kapłani... Często mówili mi, że jestem bardzo dojrzała
    emocjonalnie...Że posiadam bardzo siłną wiarę... Odpowiadałam im, że
    opowiadają mi jakieś głupoty aby dodac mi sił... Dzisia wiem, że
    tylko dzięki takiemu mojemu zachowaniu nadal żyję... Nie
    zwariowałam... Dla Nikogo nie byłam przykra w swojej żałobie...
    Nikomu nie dokuczyłam... Jestem tym, kim jestem... Nie rozpiera mnie
    duma... Ale cieszę się, że miałam w sobie dość siły aby tak właśnie
    postępować... Nie poddałam się... Nie upadłam...
    A mimo to, KOCHAM MOJEGO SYNA DO SZALEŃSTWA... I POZOSTAŁYCH SYNÓW
    TEŻ... Wiedzą ze zawsze moga na mnie liczyć, a ja na Nich...
    Jeśli 4 lata temu, zachowałabym się inaczej... Oni, nie byli by,
    takimi ludźmi jakimi są...

    Pozdrawiam. Beata-mama Marcina.
  • grazyna1965 03.11.09, 21:36
    Beato, mamo Marcina.
    ,,Czy od wrażliwości wrodzonej, czy od sposobu w jakim
    sie wychowano, czy może od tego jak bardzo się kochało... nie wiem".
    To chyba nie za bardzo mnie zrozumiałaś Beato, szczególnie to
    zdanie. Przecież napisałam, że nie wiem od czego to zależy,
    wymieniłam trzy potencjalne powody ale przecież może byc ich
    tysiące. W żadnym wypadku nie wyraziłam pogląu, że miernikiem
    miłości jest to jak sobie radzimy z żałobą.Ani mnie to oceniać ani
    tym bardziej mierzyć. Skupiłam się na tym sposobie wyrażeniu
    cierpienia, nic więcej. Dziwię się, że w ogóle tak to odebrałaś
    Beato. Dla mnie szokujące i niewyobrażalne było wyznanie dokonałej,
    że Jej mama nie okazała tego smutku. A przeciez cierpiała. I tylko
    dlatego pozwoliłam się do tej wypowiedzi odnieść. Ale dziękuję, że
    ty z kolei, odniośłas się do mojej. W końcu to jest forum,
    jakkolwiek by na to nie patrzeć.Chyba nawet nie będę sie odnosić do
    tego co napisałaś o sobie bo mozesz znów źle zinterpretować moje
    słowa. Ja chyba nawet mam najmniejsze prawo żeby zabierać głos w tej
    sprawie. Nie mam więcej dzieci, mam tylko Patrynię i niestety nie
    muszę starać się być silna dla dzieci. Mogę wyrażać swój smutek,
    swój ból, swoją ogromną tęsknotę za Patrą, mogę wrzeszczeć, mogę
    wyć, mogę być słaba,mogę upadać, mogę nawet umrzeć. Tak to już jest
    Beato. Ale myślę sobie, że gdyby Patrynia miała rodzeństwo to ono na
    pewno rozumiałoby mnie, a już na pewno nie ukrywałabym smutku przeed
    nimi.Ale ta Twoja wypowiedź Beato skłoniła mnie do pewnej
    refleksji.Myślę sobie teraz co powiedzialaby moja Patra gdyby miała
    taką możliwość.. Myślę,że Patra nie pozwoliłabym mi nigdy ukrywać
    tego co czuję, taka była. Na naszych twarzach zawsze było widoczne
    to co w danej chwili przeżywałyśmy.Ale to też się wiąże zapewne z
    tym w jaki sposób uczymy się od dziecka radzić ze swoimi problemami.
    Ja uczyłam Patrę mówienia o tym co się czuję, zawsze mówiłam Jej, że
    trzeba mówic o swoich ucczuciach, choćby to było trudne dla dwóch
    stron. Byłam wsparciem dla Niej ale dzisiaj myślę sobie, że to Patra
    bardziej mnie wspierała. Była taka dojrzała..czasami miałam
    wrażenie, że zamieniamy się rolami.Dzieliłyśmy się swoim
    bólem,rozczarowaniem, ale też i radością.Dzisiaj jest mi tak
    strasznie trudno bez Patry,że nie mogę normalnie funkcjonować. Ale
    wierzę, bardzo się przynajmniej staram wierzyć, że moje dziecko jest
    przy mnie kiedy tak upadam,że słyszy mój krzyk, widzi w jakim jestem
    stanie i na pewno bardzo stara mi się pomóc. Ale na pewno nie mówi
    mi ,,mami, nie płacz, musisz by silna". I tak jest pewnie ze mnie
    bardzo dumna, że żyję tutaj już 21 miesięcy, choć wydawało mi się,
    że nie przeżyję ani jednego dnia bez Patry.Pewnie patrzy na mnie z
    miłością i jak zwykle mówi ,,mamuniu, naprawdę sobie dobrze radzisz
    beze mnie,jestem z ciebie bardzo dumna". A Jej mówię każdego dnia,
    że bardzo Ją kocham ale nie wiem ile jeszcze wytrzymam..ale Ona to
    rozumie".
    Jestem silna na ile potrafię, ale nie muszę. I to jest ta subtelna
    różnica w przeżywaniu żałoby między Tobą Beatko a mną.
    Pozdrawiam
    Grażyna,mama Patryni
  • halas1961 03.11.09, 22:29
    Droga Grazynko
    zawsze pisałam Ci jak bardzo cie podziwiam ,że robisz wciąz tyle dobrego, ze
    wciaz cos robisz, ze mimo cierpienia i tęsknoty za Patra jakoś trwasz i nadal
    zajmujesz sie swoimi podopiecznymi, którym tak bardzo jestes potrzebna. I Masz
    rację Patrynia jest tez z CIebie dumna. Ze jednak trwasz, ze nie siedzisz z
    zalamanymi rękoma , że cały czas cos robisz. Ja mam jeszcze syna, oczywiscie
    staram sie aby zycie w rodzinie nadal biegło jakims torem normalności, ale jesli
    sa dni gorsze, smutniejsze... są lzy to nie staram sie na siłe chować swojego
    smutku, bo miom zdaniem nie byłoby to normalne. Mój syn jest dorosły i On tez
    sie smuci i rozumie i ukrywanie swoich uczuc nie byłoby chyba dobre, tak jakby
    sie nic ne stało. Choc próbujemy tak zyc i tak wszyscy wiemy ze wcale tak nie
    jest, ze wcale nie jest normalnie i nigdy już nie będzie. Nie pielęgnuję swojego
    cierpienia, staram sie z niego wyjśc, ale nieraz kiepsko to idzie. Grazynko
    piszę Ci jak ja czuję, ze nawet jesli się ma jeszcze inne dzieci to bardzo,
    bardzo wiele robi się z myslą o tym ktore odeszło. Dla tego dziecka , ktore
    odeszło nieraz sie nawet zyje nadal....
    Halina-mama Agatki
  • grazyna1965 03.11.09, 23:03
    Wiem Halinko..już nigdy nic nie będzie tak samo.Każdy dzień naszego
    życia przynosi zmianę,a ta zmiana jest najboleśniejsza dla matki,
    najokrutniejsza z okrutnych, trudna do ogarnięcia.Przecież dziecko
    to część nas, więc straciłyśmy część siebie, bezpowrotnie.Uczymy się
    tego nowego życia, dzień po dniu, kroczek po kroczku, z upadkami ale
    wciąż żyjemy. Nigdy nie pomyślałam nawet, że śmierć dziecka kiedy ma
    się jeszcze inne dzieci, jest latwiejsza, znośniejsza..nigdy,
    przenigdy. Wydaje mi się, że pewnie jest jeszcze trudniej bo nie da
    się już dać dzieciom tego co przedtem, tej radości życia,
    pozytywnego myslenia, patrzenia często przez różowe
    okulary.Wielokrotnie też myślałam czy śmierć tragiczna, nagła
    jeest ,,lepsza" niż ta w wyniku choroby. Oczywiście to głupie
    myslenie, nie da się tego porównać, zmierzyć. Każda jest tak samo
    straszna. Wczoraj podszedł do mnie na cmentarzu pan..zapytał mnie
    ile lat miała córka. Powiedziałam, że 23. On zaczął mi opowiadać o
    swoim synu. Też zginął w ubiegłym roku, w wypadku
    samochodowym.Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałam się, że spłonąl
    żywcem w tym samochodzie bo zakleszzyły mu się nogi. Nikt mu nie
    pomógł, palił się na oczach ludzi. Byłam wstrząśnięta, cały czas
    myślę o tym chłopcu.Dzisiaj okazało się, że to mój uczeń, z mojej
    szkoły. Tylko wtedy gdy on zginął ja bylam na zwolnieniu, nikt mi
    nie przekazał tego.To kolega mojej Patryni..z równoległej klasy.
    Rozmawiając z tym ojcem nie miałam o tym pojęcia. I wiesz co
    Halinko? Pierwszy raz od 21 miesięcy ,,cieszyłam" się, że Patra
    zginęła od razu, nie cierpiąc. To straszne, że cieszę się z tego, że
    moje dziecko zginęło od razu, szybko.Czasami boję sie mojego
    myslenia, bo wydaje mi się, że już straciłam zmysły.Wiesz co jeszce
    Halinko chce Ci powiedzieć? Ja kilka dni po pogrzebie pomyslałam
    sobie, że to dobrze, że nie mam innych dzieci. Przecież miałam zaraz
    umrzeć. Oczywiście, nie umarłam. To nie takie proste..
    Pozdrawiam Cię cieplutko Halinko
  • halas1961 04.11.09, 13:11
    Te Twoje mysli Grazynko wcale nie sa głupie. Sa normalne w takiej
    sytuacji. Ja tez je mialam, myslałm że może lepiej by było aby
    Agatka odeszła nagle w wypadku, nie cierpiała by psychicznie,
    fizycznie, nie miałaby czasu... tego czasu gdy tak barzdo sie bała.
    Tez myslałam, że lepiej by było... Ale moze nie, może dla niej i dla
    mnie tak właśnie było dobrze. Ty jak piszesz zawsze z córka
    mówiłyscie sobie jak bardzo sie kochacie. U nas słowa kocham były
    rzadko. Było kilka spraw niewypowiedzianych. Na to właśnie miałyśmy
    czas, to wszystko co nie było mówione wczesniej zostało
    wypowiedziane. Pociesza mnie tylko to, ze moja Agatka sama juz
    chcciała odejśc, ze juz była gotowa. Gdyby do końca nie była
    pogodzona, gdyby do końca sie bała, gdyby nie pozegnała sie ze mną
    to chyba wszystko to co było zwiazane z jej choroba i cierpieniem
    równiez i mnie by zabiło. I kiedy sa te duzo, duzo gorsze dni,
    zawsze Agatka mi jakby przypomina: "byłam gotowa, chciałam już
    odejść, bądź spokojna mamo, pamietaj... nie bałam się, juz się nie
    bałam..."
    Nie bój sie swojego myslenia, ja mam takie samo... I masz racje,
    duża część nas umiera razem z dzieckiem...
    Jak zwykle pozdrawiam serdecznie wszystkich
    Halina-mama Agatki
  • first.marionetka 04.11.09, 13:55

    Grażynko, po przeczytaniu o tym Twoim uczniu podwoił się krzyk w
    mojej głowie, w moich myślach " dlaczego!!!! "

    Gdy moje dziecko było małe myślałam,jak to dobrze, że nie ma wojny,
    że żyjemy w takim a nie innym kraju nasi chłopcy i my matki możemy
    być o wiele bardziej spokojniejsi aniżeli nasze babcie i myliłam
    się , jak bardzo myliłam się.
    Nigdy człowiek nie może być spokojny. Wypadki, choroby,błędy
    lekarzy, tragedie nadal są na porządku dziennym. Nie zna się dnia ,
    ani godziny.

    Kiedyś w pracy kolega powiedział, cóż będę planował jutro, jak ja
    nie wiem, czy za godzinę będę żył- pomyślałam oszalał, dziś wiem, że
    to ja byłam szaloną idealistką nie znającą życia, a on twardo stąpał
    po ziemi.
    Dziś gdy funkcjonuję w niby tej samej, ale jakże innej
    rzeczywistości wiem, że sama myślę, czy jutro sie obudzę, czy
    cokolwiek ma jeszcze sens.

    A wracając do okazywania lub nie okazywania bólu, myślę, że ludzie
    zakładają przedziwne maski i tylko ci bardzo wnikliwie potrzący
    potrafią dojrzeć ból w opadniętych powiekach, opadniętych kącikach
    ust.........itp. mowa ciała, ale tylko nieliczni potrafią ją czytać,
    łatwiej powiedzieć ona/ on nie przeżywają bólu.
    Ale czy przez to ten ból nie istnieje???
  • tilia7 04.11.09, 15:19
    Marionetko to chyba jeden z najdotkliwszych efektów żałoby,że
    człowiek przestaje marzyc,planowac,że ma wrażenie zupełnego braku
    wpływu na własny los i los bliskich.Ja bardzo to odczuwam,takie
    wewnętrzne przekonanie,że o nic nie warto walczyc,o nic zabiegac,o
    nic się starac, bo i tak nic ode mnie nie zależy.Wiem,że tak pewnie
    nie jest,sama pisałam,że nie może byc tak,że wszystko jest już za
    nas zdecydowane.Ale takie mam właśnie uczucie.
  • first.marionetka 04.11.09, 21:21

    Tilio, myślę sobie, że ten brak marzeń jest z tego wewnętrznego pogubienia, z
    braku siły, z tej wszechogarniającej tęsknoty i z niezrozumienia funkcjonowania
    tego świata.
    Ta mieszanka obezwładnia skutecznie.
    Ja czuję "ciasność" mojego mózgu. Nie potrafię myśleć..............
    Trudno byłoby mi to wyobrazić sobie wcześniej.
    Może natłok myśli powoduje taki stan mojego " ogłupienia".
    Realność tego świata opiera się właśnie na planach, marzeniach, dlatego ja czuję
    się taka odrealniona, taka inna nawet dla siebie.
    Wiadomo, idzie się do ludzi -" maska"-, ale tu piszemy, co czujemy, co nas tak
    naprawdę dotyka.
    " I to minie..." , kiedyś wyczytałam. Może i tak, ale póki co jestem uwięziona w
    tym stanie i nie radzę sobie z tym w żaden sposób.
    Dziś jest trochę spokojniej, a co przyniesie jutro? - nie pytam.
  • first.marionetka 30.10.09, 10:54

    Dziękuję Beato.

    Czy to dziwne, że jest tęsknota, aby w życiu wszystko było po kolei.
    A że nie jest, są pytania o sens odwrócenia kolejności i krzyk " co
    ja tu jeszcze robię"..............................................
  • tilia7 30.10.09, 11:13
    To są bardzo ważne pytania Marionetko i masz rację NIKT nie ma prawa
    zabronic nam szukac i pytac.Mnie też wciągnął wir pytań
    egzystencjonalnych.Momentami czuję się jak w Matrixie,okropne
    uczucie.Ja nie umiem przyjąc tego,że wszystko z góry zostało
    zaplanowane.Może coś,może jakaś częśc ale nie wszystko.Bo gdybyśmy
    zupełnie żadnego wpływu nie mieli na nic, to po co,po co to wszystko?
    To przecież nawet Bóg nie miałby celu nas tu przysyłac, bo po co,
    skoro z góry by wszystko wiedział?Cała ta walka dobra ze
    złem,grzech,miłosierdzie to by były wtedy puste słowa, bo nie od nas
    by zależało po ktorej opowiemy się stronie.Więc chyba nie może byc
    tak, że mamy tylko wybór między pomidorową a ogórkową:(

    I data śmierci,czy z góry jest znana?Nie wiem.Kiedyś ludzie żyli
    bardzo krótko,20-30 lat to była norma, bo wojny, bo
    zarazy,nieuleczalne choroby, głód.Jak ktoś dożył 40 to był uznawany
    za starca.Teraz medycyna, cywilizacja,higiena spowodowały że w wieku
    lat 40 jesteśmy w zasadzie młodymi ludxmi,mnóstwo ludzi dożywa
    prawie 100-u lat,są i tacy co i tą granicę przekroczyli.Z drugiej
    strony cywilizacja przyniosła i zagrożenia,wypadki, choroby
    cywilizacyjne,zatrute środowisko.Nie wiem jak to rozumiec?Bóg
    przesunał te granice,żeby nadążyc za rozwojem cywilizacji?Czy my
    lecząc się i walcząc o zdrowie sprzeciwiamy się jakoś tym boskim
    planom?Czy to znaczy,że nie powinno się nikogo leczyc tylko pokornie
    jak baran podłożyc głowę pod noż?Czy może jednak nic nie jest przez
    nikogo zaplanowane z góry i od czynników naturalnych oraz
    cywilizacyjnych zależy to jak długo i w ajkim zdrowiu będziemy "po
    tej stronie"?
  • telepeters 30.10.09, 11:35
    Tez mnie nurtuje pytanie o przeznaczenie. Moje rozwazania
    doprowadzily do wniosku, ze nasz los, to bardzo skomplikowane
    polaczenie. Nie da sie uniknac przeznaczenia, ale mamy wielki wplyw
    na to co sie dzieje w naszym zyciu, bo o mozemy w wielu sprawach
    decydowac. Towarzyszac mojemu dziecku w ostatnim miesiacu zycia,
    widzial dokladnie jak los sie opowiedzial przeciw niej. Wszystko co
    sie wydazylo, po podjeciu zyciowej decyzji o operacji, bylo
    zjezdzaniem po rowni pochylej. Mozna tu gdybac ile sie chce, a fakty
    mowia za siebie. Zaczelo sie od nieszczelnosci zoladka, mimo ze
    wiedziano, ze jest stan zapalny, wypuszczono do domu, szereg
    operacji majacych na celu opanowanie zapalenia otrzewnej, po 4
    operacji embolia pluc i jakby bylo malo zarazenia MRSA (wtedy
    blagala o litosc w chwilach wybudzania z farmakologicznej spiaczki),
    leczenie embolii powodowalo niegojenie sie ran operacyjnych, rany
    sprzyjaly rozniesieniu gronkowca, zapobiegawcze leczenie gronkowca
    (potwornie silne antybiotyki) uszkadzaly nerki, organizm byl tak
    wycienczony, ze corka nie byla w stanie kaszlec, co powodowalo
    zaleganie flegmy i duszenie, serce musialo pompowac krew przeciw
    oporowi pluc, zasilanych respiratorem.
    Milosz napiasal:
    "Jest taka cierpienia granica,
    za ktora sie usmich pogodny zaczyna"
    Wiedzielismy, ze Basia jest na granicy, wybrala tamta strone,ale czy
    to byl naprawde jej wybor? Moze tak, moze nie, na to pytanie tu nie
    znajdziemy odpowiedzi, mozemy sobie podyskutowac, poplakac,
    pobuntowac sie, ale nie mozemy zmienic.

    Wszystkim oplakujacym swoich bliskich zycze ukojenia w bolu
    Helena
  • 198-3mk 30.10.09, 11:49

    Helenko...

    Moim skromnym zdaniem możemy coś zrobić...
    Możemy starać się żyć dalej,pomimo całego nieszczęścia ktore nas
    dotkneło... Możemy żyć dalej... Iść do przodu, gdy całe ciało rwie
    sie do ucieczki...

    Może to bedzie nie na miejscu w tym wątku... Więc prosze o
    wyrozumiałość... Proszę, o modlitwę dla naszej kolezanki z forum,
    która po stracie dziecka jest w bardzo kiepskiej kondycji
    psychicznej... Jeśli ktoś może... Chce... Niech pomodli się aby Bóg
    dał Jej siły, oraz otoczył opieką w tym trudnym dla niej czasie...
    Dziękuję. Beata-mama Marcina.
  • first.marionetka 30.10.09, 11:57
    Tilio, dziękuję Ci za Twój wpis, za Matrix.

    Ja bardzo często w tych trudnych dniach przebywam w MATRIXie, wiem
    jak to okrutnie boli, jaki to dyskonfort.
    I nie jest to mój wybór, tylko stan niezależny ode mnie.
    Ja wiem, jest swoboda myślenia,ale jak można myśleć po stracie
    dziecka ? logicznie?- to niewykonalne, przynajmniej dla mnie.

    Ja nie mam odpowiedzi, czy wszystko jest z góry zaplanowane.
    Dlatego zrodziło się pytanie. Zrodziło się z bólu matki,
    skamieniałej jak Niobe.
    Nikogo tym pytaniem nie obrażam i jest ono zgodne z moim sumieniem,
    niedoskonałym, obolałym.

    Budująca była odpowiedź: nikt ci na to pytanie nie dopowie,
    wypowiedź o Jezusie i Judaszu - to otwiera............dziękuję.

    Nie chcę się zamykać w swoim bólu, chcę pytać, może to nie tylko
    mnie pomoże, może pomoże i innym.
    Nie chcę wchodzić w żadne utarczki, ale nie pozwolę kneblować sobie
    ust w imię wiary.
    Wiara nie zabrania mnie ułomnej pytać, miotać się, poszukiwać.
    Poszukuję, bo taka jest natura człowieka.
    Błądze bo wielu świętych najpierw było błądzącymi grzesznikami,
    dopiero póżniej zostali świętymi.
    Nie mogę całego życia przepłakać, bo jak pisałam ja już nie mam łez,
    ale mogę skorzystać na mądrości innych i wrócić do domu Ojca
    mądrzejsza, lepsza.
    To kim jesteśmy zawdzięczamy nie tylko sobie, a może przede
    wszystkim innym.

    Kochani, wśród nas są tacy co widzą więcej, słyszą więcej i to do
    nich wyciągam ręce o pomoc w bólu, cierpieniu, niemocy.

    Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom ........

    Chcę, "aby z tej śmierci wyrosło dobro", jak pisze na krzyżu ks.
    Jerzego Popiełuszki a nie negatywne uczucia w których utonę.
  • first.marionetka 03.11.09, 12:03
    Ośmiorniczko piszesz :

    ….wazne - kogo mamy spotkac na swej drodze.
    Bo kazda znajomosc w naszym zyciu po cos jest.

    Też tak uważam.
    I dlatego pytam, po co ????? na mojej drodze pojawiło się wspaniałe
    dziecko.
    Wrażliwe, mądre, widzące i czujące więcej i jak meteor przemknęło
    zostawiając niezrozumienie, znaki zapytania, wszechogarniający ból.
    Nie rozumiem……………………………………… po co!!!!!

    „Lecz póki co w zamęcie trwam,
    Liczę na palcach lata szare
    I tylko czasem przemknie myśl,
    Przecież nie jestem tu za karę”.

    Czemu to ma służyć? Żebym była lepszym człowiekiem?
    Zawsze starałam się być dobrym człowiekiem, rozumieć drugiego.
    Teraz nie rozumiem nic. Jest mi z tym źle. Jestem gorsza.

    „Lecz czemu mnie do niebios bram,
    Prowadzisz drogą taką krętą
    I czemu wciąż doświadczasz tak,
    Jak gdybyś chciał uczynić świętą”

    Czemu służyć ma Jego odejście?

    „Czemu mi dałeś wiarę w cud
    A potem odebrałeś wszystko”.

    Może żebym cierpienie ofiarowała za potrzebujące dusze? - tak
    pomyślałam w kościele 1 listopada.
    Bo przecież cierpienie też czemuś ma służyć. Nie jest „ na darmo”
    w Boskim planie.

    Tylko gdzie w tym wszystkim jestem ja, mała istotka przysypana
    wszechogarniającym bólem istnienia.
    Ludzki karzeł z całą plejadą pytań bez odpowiedzi.
    Kobieta, zastraszone dziecko. Jak się podnieść? Czy w ogóle chcę się
    podnieść…………..

    A byłam inna, normalna………………………………………………………….. dziś po tej
    normalności pozostały tylko wspomnienia i brak siły na spojrzenie
    wstecz.

    Syneczku, bez wątpienia nauczyłeś mnie pięknej, bezwarunkowej
    miłości.
    Posyłam Ci ją teraz tam gdzie jesteś…..

    „ gdziekolwiek jesteś, jesteś we właściwym miejscu i właściwym
    czasie” - mówią,

    a ja bardziej jestem tam , niż tu…………………………………………………………..


    „Ja się nie skarżę na swój los,
    Potulna jestem jak baranek
    I tylko mam nadzieję że,
    Że chyba wiesz co robić Panie? „ ( „Zamiast” - E. Geppert)



  • olaopolanka 03.11.09, 14:39
    Marionetka!
    Jesteś cała bólem, tak bardzo to czuję,najchętniej przytuliłabym Cię.
    Nie potrafię odpowiedzieć na Twe pytania ale może nie o to chodzi,
    aby na nie odpowiadać....Miesiąc temu odeszła moja Mama, tak bardzo
    walczyliśmy o Nią i Ona tak walczyła i tak chciała żyć. Tak bardzo
    cierpiała. Nie rozumiem sensu tego cierpienia i nawet nie chcę tego
    rozumieć - buntuję przed tym wszystkim!
    Jestem teraz INNA, Ty też jesteś INNA, też mam wrażenie, że jestem
    gorsza. A może wcale nie jesteśmy gorsze tylko całkowicie bezbronne,
    przecież wszystko boli, dusza boli? I wiesz także ten świat zupełnie
    mi teraz nie pasuje, nic mi nie pasuje.Ale to tylko słowa.Jestem
    przy Tobie.
  • first.marionetka 03.11.09, 21:53
    Oluopolanko, świetnie mnie rozumiesz. Jestem jednym wielkim bólem.
    Zapewne rozumiesz po stracie mamy ból, który jest nieporównywalny z żadnym innym
    bólem.
    Piszesz, że mama tak chciała żyć i to jest właśnie najtrudniejsze, że odchodzą
    bez własnej woli.
    Dziękuję za Twoje zrozumienie obolałej matki i również Cię przytulam, bo wiem,
    że po stracie mamy też przeżywasz swoje cierpienie.
  • osmiorniczka030 05.11.09, 22:58
    Marionetko!

    Dlugo zastanawialam sie, co powinnam Ci napisac...

    Bo widzisz pytanie PO CO sama zadaje sobie codziennie od prawie
    dwoch lat. Chcialabym moc Ci na nie odpowiedziec, ale po prostu nie
    potrafie.

    Kurtyna smierci skutecznie oddziela nas od odpowiedzi na pewne
    pytania, a takich pytan jest mnostwo.

    Na przyklad DLACZEGO Pan Bog nie stworzyl nas od razu doskonalych?
    On przeciez pragnie, bysmy byli swieci. Czy nie mogl od razu
    stworzyc nas swietymi? Moze tak byloby lepiej? Nikt by nie
    cierpial... Nie bylibysmy wolni, bylibysmy takimi Jego "Swietymi
    Kukielkami," ale wszyscy - zarowno On, jak i my bylibysmy
    szczesliwi. Dlaczego nie wybral takiego rozwiazania?

    DLACZEGO Chrystus musial zginac na Krzyzu, by dac nam Zbawienie?
    Komu i dlaczego musial placic za nas? Czy nie byloby prosciej, gdyby
    nam po prostu przebaczyl? Ot tak, jak ksiadz w konfesjonale odpuscil
    nam grzechy?

    Wreszcie PO CO jest smierc? I PO CO nasze zycie tutaj? PO CO
    ta "zabawa dwa w swiaty"? PO CO ten "wielki teatr"? PO CO ta "gra
    przygodowa" z jej bonusami i pulapkami?

    PO CO...???

    Tego wszystkiego dowiemy sie tak naprawde po drugiej stronie. Tutaj
    mozemy tylko przypuszczac. Raz trafnie, innym razem mniej trafnie,
    ale tylko przypuszczac. Nie wiemy tak naprawde, co nas TAM czeka.
    Nasza wiedza konczy sie w momencie smierci czlowieka. Dalej jest juz
    tylko wiara i nasze przypuszczenia.

    Ja oczywiscie mam na to swoja teorie, bo chyba bym zwariowala, gdyby
    i te sprawy nie pasowaly w mojej "ukladance." Podkreslam jednak, ze
    jest to tylko i wylacznie moja teoria. Teoria osieroconego i wielce
    poranionego dziecka, ktore probuje jakos to wszystko ogarnac swoim
    malym rozumkiem.

    Zaczne od pytania dotyczacego Ciebie i Twojego synka. Pytasz, jaka
    role odegral on w Twoim zyciu. Powiem tak: nikt na tym swiecie nie
    jest przypadkowo. Sama przeciez nie wierzysz juz w przypadki. Na
    pewno nie mozesz na zycie swojego synka patrzec poprzez pryzmat jego
    smierci, bo to nie jest wlasciwe patrzenie. Umrzec musimy wszyscy.
    PO CO? Tego tak naprawde nie wie nikt. Ale Twoj synek odegral wazna
    role nie tylko w Twoim zyciu, ale rowniez w zyciu wielu innych osob.

    Jaki mial wplyw na Twoje zycie? Mysle, ze na to pytanie mozesz sama
    odpowiedziec sobie juz teraz. Z Twoich wypowiedzi wnioskuje, ze Twoj
    synek byl z Toba ponad dwadziescia lat. Moze przez ten czas mial Cie
    nauczyc prawdziwej milosci rodzicielskiej, cierpliwosci,
    wrazliwosci, odpowiedzialnosci? Moze mial on wplynac na Twoje
    relacje z partnerem na jakims etapie Twojego zycia? Moze w zwiazku z
    jego pojawieniem sie zostaliscie poddani jakiejs probie? Moze dzieki
    synkowi nauczyliscie sie pokonywac jakies slabosci ludzkiej natury
    (np. lenistwo, egoizm)? Moze zycie Twojego synka bylo okazja do
    czynienia Dobra i uczynkow Milosierdzia dla Ciebie i najblizszej
    rodziny? Moze jego zycie bylo okazja do jakiegos sprawdzianu dla
    jego kolegow, nauczycieli, lekarzy? Moze Twoj synek mial wypelnic
    pustke w czyims zyciu? Moze mial on uratowac komus zycie? Moze mial
    byc czyims pocieszycielem? Moze mial kogos innego nauczyc milosci,
    wrazliwosci, odpowiedzialnosci? Mysle, ze juz teraz jestes w stanie
    sobie sama odpowiedziec na pytanie, co dal Ci Twoj synek. Pamietaj
    jednak, ze jego "rola" na tym swiecie nie ograniczala sie tylko i
    wylacznie do Ciebie, ale byl wazny w zyciu wielu osob, z ktorymi
    mial do czynienia. O wielu rzeczach na pewno nawet nie wiesz.
    Czasami jedno tylko spotkanie z kims, jedna rozmowa moze miec wplyw
    na reszte czyjegos zycia. Pamietaj rowniez, ze Twoj synek, to nie
    tylko jego smierc, ale przede wszystkim jego ponad dwadziescia lat
    bycia z Wami.

    PO CO TO WSZYSTKO...???

    Zazwyczaj probujemy sobie odpowiedziec na takie pytania patrzac z
    perspektywy tego zycia, z perspektywy obecnej chwili, z perspektywy
    wlasnej osoby i wlasej tragedii. A zeby cokolwiek z tego zrozumiec,
    trzeba spojrzec na zycie szerzej - nie z perspektywy naszej osoby,
    ale perspektywy naszych Zmarlych, nie z perspektywy tego zycia, ale
    z perspektywy zycia wiecznego, nie z perspektywy Ziemi, ale z
    perspektywy Nieba, nie z perspektywy jednostki, ale z perspektywy
    ogolu ludzkosci, bo nasze losy sa ze soba splecione, nie z
    perspektywy chwili obecnej, ale z perspektywy czasu.

    Sama smierc bywa rowniez olbrzymim punktem zwrotnym w zyciu. Tak
    bylo w moim przypadku. Tak tez bylo w przypadku wielu innych osob na
    tym forum. Ja powiem wprost (zaznaczam, ze mowie tylko o sobie).
    Gdyby moj Tata nie umarl, nigdy nie zaczelabym swoich duchowych
    poszukiwan. Tkwilabym w mojej doczesnosci. To Tata byl dla mnie
    calym swiatem. Dopiero podazajac rozpaczliwie w poszukiwaniu
    tego "utraconego swiata," odnalazlam Boga.

    PO CO TO WSZYSTKO...???

    Jak juz wielkorotnie mowilam dla mnie najbardziej wiarygodna
    zapowiedzia tego, co nas czeka TAM jest nauczanie Chrystusa. Nie
    dlatego, ze tak kaze mi religia. Nie dlatego, ze mam takie, czy inne
    marzenia. Ale dlatego, ze nauczanie Chrystusa dotyczace zycia i
    spraw ostatecznych pokrywa sie z moimi wlasnymi obserwacjami ludzi i
    ich zachowan, ze znakami, jakie otrzymalam, relacjami, jakie
    zebralam od wielu osob oraz tego, czego dowiedzialam sie na temat
    smierci, procesu umierania i smierci klinicznej podczas prywatnych,
    bardzo intensywnych dwuletnich dociekan. A co najwazniejsze - tylko
    Chrystusowa wizja spraw ostatecznych daje mi poczucie sensu tej
    calej "ukladanki" oraz poczucie pelnej sprawiedliwosci.

    DLACZEGO...???

    Chrystus nie odpowiada nam, dlaczego nasze zycie sie tak potoczylo,
    a nie tak, jak bysmy tego chcieli. Ale sam idzie Droga Krzyzowa. Nie
    odslania wszystkiego. Mysle, ze nie mozemy tego wiedziec, bo nie
    bylibysmy w stanie za pomoca naszych malych rozumkow zrozumiec
    tej "wielkiej machiny". Uwazam, ze jestesmy tak naprawde bardzo,
    bardzo malutcy. To tylko nam sie wydaje, ze jestesmy juz tacy
    madrzy, ze mamy tak wielkie osiagniecia... A ja przypuszczam, ze to
    niewielki ulamek tego, co zostalo przed nami ukryte.

    Kiedy ja zaraz po smierci Taty w swojej wielkiej rozpaczy
    pytalam "DLACZEGO?" moj maz powiedzial mi bardzo madra rzecz: "Chcac
    odpowiedziec na to pytanie, jestes jak chomik, ktory probuje sie
    nauczyc angielskiego..." Dlaczego? Tego nie wiemy i w naszym
    fizycznym ciele, z nasza znajomoscia swiata, z naszym ziemskim
    postrzeganiem - uczuciami, emocjami, cierpieniem, tesknotami,
    przywiazaniem do doczesnosci i naszymi malutkimi rozumkami nie
    mozemy sie tego dowiedziec, bo to jest dla nas po prostu za trudne
    do pojecia.

    Mysle, ze jest w tym wszystkim sens, ze ma to swoj cel, ale jaki,
    tego nie wiemy. Chrystus pokazuje nam jedynie, jak mamy zyc, by
    zasluzyc na Niebo i by cokolwiek z tego swiata zrozumiec. A on
    pokazuje nam zupelnie inna droge, niz ta, ktora nam wydaje sie
    najlepsza. Pokazuje swoim zyciem, ze wszystko jest tak naprawde na
    odwrot, niz nam sie wydaje. To, co dla nas jest najlepsza droga, z
    perspektywy Nieba wyglada zupelnie inaczej.

    Nie bogactwo, a bieda. Nie wladza, a sluzba ludziom. Nie pycha, ale
    pokora. Nie smierc, ale zycie. Nie droga prosta, ale droga trudna,
    Droga Krzyzowa, pelna przeciwnosci, przykrosci, krzywdy, cierpienia
    i upokorzen. Tu jest Chrystus, na takiej drodze naszego zycia. Z
    perspektywy Nieba tylko pojscie Droga Krzyzowa za Chrystusem ma
    prawdziwa wartosc. Chrystus pokazuje, ze swiat fizyczny jest jakas
    zaslona dla prawdziwego swiata. Ma on odwracac nasza uwage od tego,
    co najwazniejsze.

    I... braklo miejsca. Ciag dalszy w drugiej czesci rozwazan.

  • osmiorniczka030 05.11.09, 23:08
    I tu znowu pojawia sie pytanie PO CO TO WSZYSTKO?

    Ja oczywiscie mam pewna teorie. Otoz uwazam, ze nasze zycie jest
    jedna, wielka szkola. Szkola, w ktorej raz jestesmy uczniami, a
    innym razem nauczycielami. Szkola, w ktorej lekcje maja charakter
    prawdziwego obozu przetrwania. A na tym obozie raz swieci nam nad
    glowa sloneczko, innym razem przychodzi burza, pada grad i
    caly "namiot" wali nam sie na glowe. Jest to szkola, w ktorej bardzo
    czesto jestesmy poddawani roznym probom i w ktorej mamy do zdania
    swoje egzaminy. Czego ma nas ta szkola uczyc? Mysle, ze Milosci. Ale
    nie takiej Milosci, o jakiej my myslimy, ale takiej Milosci, jakiej
    wymaga od nas Pan Bog. A z perspektywy Nieba pelnia Milosci, to
    zupelne zapomnienie o samym sobie i dawanie siebie innym. Nie tylko
    w kregu wlasnej rodziny, czy innych "wybrancow," ale rowniez obcym
    sobie ludziom, a przede wszystkim oddanie siebie Bogu. Kto daje
    siebie innym, ten naprawde kocha ludzi. Kto tego nie robi, ten kocha
    tylko siebie. Mysle tez, ze do pewnego etapu zycia uczymy sie tej
    Milosci, a potem zdajemy z niej "egzaminy".

    Kazdy z nas jest inny. Do kazdego z nas Bog probuje dotrzec inaczej.
    Choc nasze losy roznie sie ukladaja, to co jakis czas Bog mowi do
    nas. Przychodzi do nas poprzez roznych ludzi i rozne sytuacje, jakie
    nas spotykaja. Mysle, ze PATRZAC Z PERSPEKTYWY NIEBA droga naszego
    zycia jest najlepsza mozliwa dla nas droga, ktora UMOZLIWIA nam
    nauke tej "doskonalej milosci." Bo wlasnie ona jest moim zdaniem
    celem tej ziemskiej wedrowki. Nie znaczy to oczywiscie, ze cel
    zawsze zostaje osiagniety, bo... to my ostatecznie decydujemy o tym,
    jakimi bedziemy ludzmi. To my decydujemy o tym, co mowimy i co
    robimy...

    To nie jest teoria, ktora sobie wymyslilam, ale takie wnioski
    wyciagnelam na podstawie wlasnych dociekan i obserwacji.

    A teraz jeszcze jedna sprawa - o tym naszym wplywie na zycie...

    Ja tez sie czuje, jak kukielka, ale bynajmniej nie dlatego, ze
    uwazam, iz wszystko jest z gory przesadzone. Jesli by tak bylo,
    nasze zycie nie mialoby odrobiny sensu. A ja wierze, ze ma sens. To
    ta pustka po stracie najblizszych powoduje, ze czujemy sie jak
    pozbawione uczuc kukly. Uwazam jednak, ze mamy ogromny wplyw na
    nasze zycie. Sami mozemy nadawac mu sens. Bo kiedy nasze zycie
    bedzie mialo sens? Wtedy, kiedy bedzie sluzylo innym.

    Dopoki zyl moj Tata mialam ogromne poczucie sensu. Taty zycie bylo
    przez wiele lat uzaleznione ode mnie, bo to ja prowadzilam jego
    rehabilitacje oddechowa. Kiedy Tata odszedl poczulam ogromna pustke.
    Poczulam, ze moje zycie stalo sie jalowe, bo juz nie moze sluzyc
    Tacie. Ale po pewnym czasie dotarlo do mnie, ze moge nadac nowy sens
    temu, co z mojego zycia zostalo i zdobyta przy pielegnacji Taty
    wiedze, cierpliwosc i wrazliwosc wykorzystac pomagajac innym
    ludziom. I tak staram sie zyc. Bo moze wlasnie zycie z moim Tata
    bylo dla mnie "szkola", a zycie bez Taty ma byc "egzaminem"?

    Jeszcze raz podkreslam, ze to tylko moja wlasna "ukladanka" i nikt
    nie musi sie z nia zgadzac.

    Pozdrawiam serdecznie.
  • halas1961 06.11.09, 13:12
    Osmiorniczkowe:) wczorajsze rozawżania są tym pod czym i ja mogłabym
    się podpisać i w podobny sposób mam poukladane i odczuwam. Moze nie
    całkiem jeszcze stabilnie:) ale bardzo, bardzo podobnie. Pozdrawiam
    Cię Osmiorniczko cieplo:)
    Halina-mama Agatki
  • tilia7 06.11.09, 14:27
    Ośmiorniczko,od razu lepiej mi się Ciebie czyta,kiedy piszesz swoimi
    słowami, bo wreszcie widzę człowieka:)I,co może Cię zdziwi a może
    nie:),tym razem prawie całkowicie się z Tobą zgadzam.Prawie,bo ja
    jak wiesz nie lubię religii chrześcijańskiej,ale z moich obserwacji
    i przemyśleń wynikają dośc podobne wnioski.To nie znaczy,że się już
    umiem pogodzic z tym,że tak jest.Bo bolesna ta droga bardzo i nadal
    uważam,że można mnie było uczyc miłości nie doświadczając tak
    strasznym cierpieniem.Nadal jest we mnie bunt,złośc i rozpacz oraz
    mnóstwo wątpliwości.Nadal uważam,że Bóg nie zsyła na nas
    cierpienia,ono się po prostu zdarza.
    Natomiast to pod czym podpisuję się całkowicie to to,że
    najważniejsza jest Miłośc,ta przez duże M.Ta z listu św.Pawła:)

    Hymn o miłości



    Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
    a miłości bym nie miał,
    stałbym się jak miedź brzęcząca
    albo cymbał brzmiący.
    Gdybym też miał dar prorokowania
    i znał wszystkie tajemnice,
    i posiadał wszelką wiedzę,
    i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
    a miłości bym nie miał,
    byłbym niczym.
    I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
    a ciało wystawił na spalenie,
    lecz miłości bym nie miał,
    nic bym nie zyskał.
    Miłość cierpliwa jest,
    łaskawa jest.
    Miłość nie zazdrości,
    nie szuka poklasku,
    nie unosi się pychą;
    nie dopuszcza się bezwstydu,
    nie szuka swego,
    nie unosi się gniewem,
    nie pamięta złego;
    nie cieszy się z niesprawiedliwości,
    lecz współweseli się z prawdą.
    Wszystko znosi,
    wszystkiemu wierzy,
    we wszystkim pokłada nadzieję,
    wszystko przetrzyma.
    Miłość nigdy nie ustaje,
    [nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
    albo jak dar języków, który zniknie,
    lub jak wiedza, której zabraknie.
    Po części bowiem tylko poznajemy,
    po części prorokujemy.
    Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
    zniknie to, co jest tylko częściowe.
    Gdy byłem dzieckiem,
    mówiłem jak dziecko,
    czułem jak dziecko,
    myślałem jak dziecko.
    Kiedy zaś stałem się mężem,
    wyzbyłem się tego, co dziecięce.
    Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
    wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
    Teraz poznaję po części,
    wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
    Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
    z nich zaś największa jest miłość.

    1 Kor 13, 1-13

  • osmiorniczka030 07.11.09, 02:08
    Tilio!

    No, tos mnie dzisiaj zupelnie zaskoczyla! Nie dosc, ze nie dostalam
    spodziewanego "lania" ;-), to jeszcze sie ze mna prawie zgodzilas! I
    na dodatek dostalam mily prezent - "Hymn o Milosci". Wspanialy
    tekst. No i Ty wiesz, jak ja lubie sw. Pawla... Dziekuje!

    Jak juz mowilam nie jestesmy w stanie zrozumiec wszystkich Bozych
    zamyslow. To normalne, ze watpimy, pytamy, poszukujemy odpowiedzi.
    Mysle, ze wazne jest to, by nie stac w miejscu.

    Powiem Ci, ze mi tez trudno jest pogodzic sie z tym, ze tak wyglada
    nasze zycie. Jedna czesc mnie wie, ze tak byc musi, ze jest w tym
    wszystkim jakis sens, druga wciaz tupie noga, krzyczy i buntuje sie
    przeciwko temu, co sie stalo. Jak widzisz tak naprawde niewiele sie
    roznimy.

    A na dodatek teraz Ty zaczynasz jeszcze cytowac... ;-)

    Pozdrawiam.
  • osmiorniczka030 07.11.09, 01:51
    Halinko!

    Dziekuje za cieple slowa. Staram sie wszystko sobie w glowie
    poukladac, ale tez wiem doskonale, jak trudno ulozyc te "puzzle",
    kiedy grunt usuwa sie spod nog, a namiot wali sie na glowe...

    Dziekuje za pozdrowienia i przesylam Ci swoje :-)
  • luna67 04.11.09, 23:02
    Tak, rodzimy sie z data smierci!!!

    Ale Bog jedyny wie o tym, a ci co na ziemi wiedza, zaznali laski Bozej......, to
    im zostana odpuszczone wiele win......., to oni sa wybrani....

    Moja mama wiedziala duzo!! zanim zdarzaly sie niepowodzenia rodzinne, ostrzegala
    nas, "widziala", przestrzegala....Byla nasza kochana wrozka, wskazowka, to ona
    zagladala do zaswiatow...., a prowadzila ja kochana Sw. pamieci babcia.....

    Moja kochana mamusienka powtarzala; siedem, osiem, dziewiec i.....PUUUFFFF nie
    ma nas (NA TYM SWIECIE)!!!!!! i zmarla:

    o7.08.09 roku!!!!!!!!!!!!!!!!

    I nikt mi nie powie, ze to przypadek!!!!!!!

    I ja wiem, ze moj byt tu na ziemi nie przekroczy 60-siatki!!!!wiem nawet date! i
    czekam z utesknieniem, chociacz szkoda mi moich 3-ki dzieciaczkow, ktorzy beda w
    zalobie, ale sprobuje je do tego przygotowac........

  • first.marionetka 05.11.09, 11:57
    Luno, dziękuję za wpis.

    siedem, osiem, dziewiec i.....PUUUFFFF nie ma nas (NA TYM
    SWIECIE)!!!!!! i zmarla:

    o7.08.09 roku!!!!!!!!!!!!!!!!

    I nikt mi nie powie, ze to przypadek!!!!!!!

    myślę, że to nie przypadek. Ja już wiem, że nie ma przypadków......
    ale nadal niewiele rozumiem z funkcjonowania wszechświata..........

    Marionetka


    " Los rozdaje karty, a my tylko gramy"................
  • sarnowo 05.11.09, 22:47
    Luno 67! Jesli znasz klucz do obliczania daty smierci, prosze podaj go na
    forum. Zalezy mi na tym.
  • sarnowo 05.11.09, 18:59
    Luno67! Prosilabym Cie, abys podala klucz do obliczania daty smierci. Bardzo mi
    na tym zalezy. Czekam.
  • first.marionetka 06.11.09, 08:04


    Ośmiornicznko, jestem Ci niezmiernie wdzięczna za poświęcony mi czas.
    To co zawarłaś w tym wpisie pomoże zapewne nie tylko mnie, ale i innym będącym
    na etapie poszukiwań, głośnego „ krzyku” - dziękuję.
    Poszukiwania mają to do siebie, że istnieje ryzyko „ zagubienia” i ja w tym
    zagubieniu utknęłam.
    Krzyk, rozpacz matki , osoby dorosłej , doświadczonej życiowo jest wyrazem
    zakleszczenia w niemocy.
    W początkowej fazie żałoby, wiele mi się zgadzało.
    WIERZYŁAM, że wszystko co nam się przytrafia ma sens.
    Obecnie jest faza niemocy, niezrozumienia, krzyku.
    Jest moja wiara zbudowana na skale, ale jest też kuszenie….. i to chyba jest
    normalne.
    Byłam osobą poukładaną, a obecny wewnętrzny i zewnętrzny chaos mnie przerasta.
    Pozwól, że zakończę podziękowaniami za Twój wpis i dam sobie czas na głębsze
    przemyślenia tego co mi napisałaś.

  • osmiorniczka030 11.11.09, 01:29
    Marionetko!

    Nie dziekuj! Dla mnie takie rozwazania, to tez forma terapii, bo
    dzieki tym ukladankom jestem w stanie jakos funkcjonowac. Poczucie
    sensu ratuje mnie od eksplodowania z bolu. A ze jest krzyk i ze sa
    momenty niemocy, niezrozumienia i upadkow, to ja doskonale wiem.

    Zycze Ci uporzadkowania tego chaosu i znalezienia odpowiedzi na
    Twoje watpliwosci.

    Pozdrawiam serdecznie.
  • first.marionetka 11.11.09, 14:28

    Ośmiorniczko,

    staram się uporządkować chaos, a doświadczam "czegoś", co skrywa się pod
    zdaniem, przysłowiem - " nie mieści mi się to w głowie".
    To niesamowite, ale ja tak fizycznie czuję, że w moim bólu, mojej tragedii mózg
    jakby został zablokowany.
    Doświadczam jak ciężko przychodzi mi poukładać myśli, wdrożyć coś nowego w
    myślenie........ czuję jakby fizyczny ból.
    Zrobiłam się ograniczona i nie jest to przyjemne uczucie.
    Po przeczytaniu Twojego Ośmiorniczko wpisu, zrozumiałam, że potrzebne jest mi
    wyciszenie. Czas z samą sobą. Może to odblokuje mój " zawirusowany, albo
    przeciążony serwer".
    Człowiek, ja chce coś zrozumieć, uporządkować w sobie, a wpada w pułapkę
    "przeciążenia materiału". Zakleszczenia.
    Ale może to i dobre, może to powoduje, że nie oszalałam zaraz po stracie. Coś
    zostało poblokowane przez naturę. Wszystko czemuś służy.
    Choć nie koniecznie rozumiem co czemu służy. Chyba jeszcze nie ten czas.

    Po śmierci mojego taty miałam wszystko tak pięknie poukładane w mojej duszy.
    Jemu było dane czuć, dużo wcześniej ok. 2 lata, że Go potrzebują wyżej.
    Pamiętam, jak poprosił, abym Mu kupiła czarny, elegancki garnitur. Miał sylwetkę
    mojego męża. Kupiliśmy i wówczas powiedział, że tak trzeba, że trzeba być
    przygotowanym.
    Słuchałam Go uważnie, ale żeby rozładować atmosferę powiedziałam
    " żebyś się nie śpieszył, to nie kupimy Ci jeszcze ładnej koszuli i butów".
    Czuł dobre dwa lata, że trzeba się pożegnać i udało Mu się to w wielkim stylu.
    Umiałam wtedy nawet pocieszać mamę.

    Po odejściu mojego syna, poczułam jakby ktoś wrzucił granat w moją duszę i
    porozrywał na kawałki.
    Niemoc, ból, niezrozumienie, obłęd.

    To odejście ukochanej osoby i to odejście ukochanej osoby, ale jakże inne emocje
    po.....

    Tu spełnione 71 letnie życie i moje zrozumienie, tu przerwane młode 21- letnie
    życie i niezrozumienie, niemoc.
    Kochałam jednego i drugiego, ale z pierwszym doświadczyłam spełnienia, z drugim
    zostało przerwane coś, co powinno jeszcze trwać.
    I to dlatego ten ból, niemoc, histeria.
    Może jest Mu tam lepiej, ale ja tego nie rozumiem.
    Może tak powinno być,ale ja w to nie chcę uwierzyć.
    Może jestem egoistką, ale bardziej matką, która nagle zrozumiała jak kruche jest
    ludzkie życie.
    Zostałam obudzona z jakiegoś snu, albo teraz wpadłam w jakiś sen.
    Dwa światy, które nijak nie potrafię uporządkować.
    Tak, jestem jak ten chomik, który chce się nauczyć angielskiego i najgorsze, że
    w swojej głupocie upieram się przy tym pomyśle.
    Trudne.
    Myślę, że to może jakaś kolejna faza żałoby. Trudna, jak i pozostałe.
    Ale przecież nikt mi nie obiecał, że w życiu będzie mi łatwo.


  • tilia7 12.11.09, 12:16
    Marionetko,ja mam to samo,ciągłe wrażenie,że mój mózg nie jest w
    stanie przetworzyc wszystkich danych,że nie umiem myśli doprowadzic
    do końca,że jestem zablokowana,iskrzą mi przewody,że mam umysła
    taki "lepki" i ciężki.Za dużo pytań,mysli,wątpliwości,wciąż nowych
    wątków.Ogromnym wysiłkiem intelektu i woli próbuję to poukładac,ale
    zawsze jest tak,że jak choc trochę ułożę to wszystko w całośc, to
    znowu jakaś myśl,jakieś uczucie burzy mi wszystko:(Jest to strasznie
    męczące.Nawet kiedy śpię mój mózg czuwa i jakaś częśc mnie
    nieustannie próbuje "układac".I mówiąc szczerze jestem tym
    wykończona.Nie umiem odpocząc,wyciszyc się,czuję się okropnie
    zmęczona.Podobnie jak Ty mam nadzieję,że to tylko taki etap
    żałoby,że przejdzie a nie skończy się szaleństwem:(
  • first.marionetka 12.11.09, 15:34

    Tilio, jak widzisz nie jesteś Sama. Jest gdzieś ten wspólny mianownik, który nas
    łączy.
    Myślę sobie, że jak byśmy miały oszaleć, to już wcześniej by się to stało.
    Myślę, że raczej dostajemy siłę " po coś".
    Może, żeby poukładać te puzzle, może żebyśmy coś w sobie zmieniły, coś zrozumiały.

    To "po co" krzyczy we mnie najgłośniej.

    Ja podobnie jak Ty, poszukiwałam od zawsze.
    Zawsze zadawałam trudne pytania i szukałam mądrzejszych ludzi, którzy swoimi
    przemyśleniami naprowadzali na zdrowe myślenie.
    Rodziły się przemyślenia moje własne, bo cenię sobie niezależność zarówno swoją
    jak i innych.
    I gdy już myślałam, że tak wiele mi się zgadza, czuję ten świat.......... stało
    się to, co spowodowało, że raczkuję.
    Zaczynam układankę od zera.
    Uczę się od innych, bo moje przemyślenia ,mądrości uległy dewaluacji.

    Może jesteśmy na dobrej drodze, aby zrozumieć.................
    podpowiada mi budzący się z uśpienia optymizm.
  • tilia7 12.11.09, 21:03
    Oby,oby tak było,że uda się zrozumieć.I zaakceptować,pogodzić się z tym,co się
    stało.Bo to jest najtrudniejsze,kiedy wszystko w środku wrzeszczy:Nie tak miało
    być!!!
  • osmiorniczka030 15.11.09, 00:12
    Droga Marionetko!

    Ja przezywalam dokladnie to samo. Kiedy zyl jeszcze moj Tata
    wydawalo mi sie, ze mam juz wszystko poukladane, jak nalezy. Smierc
    Taty zniszczyla wszystko. Ja tez swoje poszukiwania zaczynalam od
    zera.

    Kiedy umarl Tata nie wiedzialam juz nic. A co gorsza nikt mi nie
    umial niczego wytlumaczyc. Chcialam natychmiast znac odpowiedzi na
    kazde moje pytanie. I nic mi sie nie ukladalo. Przerazalo mnie
    poczucie mojej malosci i bezradnosci. Ja mialam jednak to szczescie,
    ze w moim poszukiwaniu Pan Bog mi bardzo pomagal. Kiedy tylko
    pojawialo sie w mojej glowie jakies pytanie, natychmiast
    otrzymywalam odpowiedz. Czy to w kosciele, czy to przez jakis zwykly
    zbieg okolicznosci, czy to przez osobe, ktora spotkalam na swojej
    drodze, czy to w ksiazce, ktora akurat czytalam, czy to w snach. A
    kiedy juz otrzymywalam jakas odpowiedz, natychmiast pojawialy sie
    dziesiatki nowych pytan. To doprowadzalo mnie do szalu. Oprocz tego
    prowadzilam swoje wlasne dociekania. Na poczatku rozpaczliwie
    poszukiwalam ludzi, ktorzy ujrzeli swoich Zmarlych. I takich ludzi
    poznalam. Pozniej, juz nieco spokojniejsza zaczelam duzo czytac o
    procesie umierania. Pomogly mi przede wszystkim lektury, w ktorych
    sami Zmarli wypowiadali sie na temat smierci i "tamtego swiata."
    Takie lektury pomogly mi nauczyc sie spogladac na smierc ich oczami.
    O wiele bardziej do mnie przemawialo to, co o tamtym swiecie mieli
    do powiedzenia w prywatnych objawieniach sami Zmarli, niz ktokolwiek
    na tym swiecie. To miedzy innymi dzieki tym lekturom odradzala sie
    moja wiara:

    Maria Simma "Moje przezycia z duszami czysccowymi"
    Zbigniew Kraszewski "Tajemnica życia wiecznego"
    Henryk Dominiczak "Powroty z tamtego swiata"
    Gerard J.M van den Aardveg "Spragnione dusze"

    oraz tu, w Internecie www.objawienia.pl/anna/anna/sbm-w.html

    Jesli szukasz odpowiedzi, tam wlasnie wiele z nich znajdzeisz.
    Pozdrawiam Cie serdecznie.
  • first.marionetka 15.11.09, 09:27
    Kochana Ośmiorniczko,

    na mojej drodze poszukiwań też dane mi jest dużo dobra.
    Czego dowodem jesteś Ty i inne osoby, głównie mamy, które w tym momencie, gdy
    już czuję kompletne zdołowanie, niemoc coś napiszą, podpowiedzą.
    Wówczas podnoszę się i poszukuję dalej.
    Ale jako motyw wiodący jest niezrozumienie, wewnętrzny ból.
    Nie ma stabilizacji w myśleniu, w funkcjonowaniu. Taka huśtaweczka... żyje w
    niezgodzie z samą sobą.
    Taka rozchwiana duchowo, emocjonalnie osóbka denerwuje mnie, bo przecież
    człowiek powinien dążyć do zbudowania w sobie stabilizacji wewnętrznej.
    A ten krzyk !!!! nic nie rozumiem nie pomaga w życiu.

    Wiem Ośmiorniczko, że potrzebny jest mi czas, abym to " ogarnęła", ale oddałabym
    wszystkie mądrości świata za to, żeby to moje dziecko mogło godnie służyć Bogu,
    ludziom tu na ziemi, a ja mogła Go wspierać jako matka.......
    Te kropeczki na końcu zdań, to ta niemoc. Ta niemożliwość formuowania myśli, ten
    wewnętrzny chaos.

    Może zejdę z tego świata bogatsza w wiedzę, przemyślenia, bardziej uduchowiona,
    ale nie sądzę, żebym odbudowała w sobie dobro, które było aksjomatem, jak mogłam
    Go przytulać, a które sprzeniewierzyłam w tym bólu, upadku samej siebie.
    No cóż, to jest prawda na dziś, ale ja już wiem, że życie pisze własne
    scenariusze i "nigdy nie mów nigdy" dotyczy każdego z nas.

    Na temat Maria Simma mówił ksiądz na mszy w ostatnim czasie i wówczas
    uświadomiłam sobie coś niezwykłego, a mianowicie,że kościół nie zamyka drogi do
    poszukiwań po tej drugiej stronie.
    Tylko dlaczego tak mało mówi o duszy?
    Może właściwie i mówią, tak jak Jan Paweł II " czas ucieka wieczność czeka"
    tylko tu pozostawiają dowolność myślenia i dlatego tyle różnych wersji myślenia
    ilu myślących.
    No cóż, poszukuję dalej.
    A Tobie Ośmiorniczko dziękuję za cenne drogowskazy na drodze do wieczności.
  • osmiorniczka030 16.11.09, 23:48
    Droga Marionetko!

    Dziekuje za mile slowa. Ciesze sie, ze moglam pomoc. Mysle, ze to
    nie przypadek, iz spotykasz w swoim zyciu osoby, ktore Ci
    podpowiadaja, czy pomagaja sie podniesc. To na pewno zasluga Twojego
    synka, ktory stara Ci sie pomoc, jak moze.

    Krzyk, zal i bezradnosc chyba zawsze juz beda Ci towarzyszyc. Ja
    pomimo drogi, ktora juz znam, pomimo drogowskazow, ktore otrzymuje i
    czasem gdzies komus podrzucam, tak naprawde bardzo krzycze.
    Krzyczymy wszyscy, bo bol jest tak wielki.

    Jesli chodzi o Marie Simme, to uwazam, ze skoro jej nazwisko tak
    czesto pojawia sie w Twoim zyciu, to jest to kolejny znak dla
    Ciebie, iz powinnas na te osobe zwrocic uwage.

    Zycze Ci duzo sily i wytrwalosci w Twoich poszukiwaniach.

    Pozdrawiam.
  • first.marionetka 11.11.09, 16:54
    " Wszystko ma
    swój czas
    i jest wyznaczona
    godzina
    na wszystkie
    sprawy pod niebem"

    Księga Koheleta 3,1

    Dziś to rozmyślam..................

    oraz budujący zapis z nagrobka:

    Nie płaczcie!
    Grób nie jest Końcem,
    ale Początkiem.
    Opuszczam ziemię,
    ale nie życie.

    Zginął z rąk okupanta 2 IX 1939 r w wieku 30 lat.
  • kopciuszek125 11.11.09, 21:48
    Czytam to forum codziennie ale mało piszę. Z moją mama byłam związana jak rzadko
    która córka całe życie razem nawet po ślubie. Urodziłam 30 lat temu syna
    prognozy były straszne i tylko dzięki swojej mamie nie zwariowałam. Z jednej
    strony prognozy na szczęście całkowicie się nie sprawdziły ale najgorsze
    okazało się później. Po urodzeniu miał 4 razy transfuzje krwi i został zarażony
    wirusem wątroby C. Moja mamusia po bardzo ciężkiej chorobie dwa lata temu
    odeszła od nas. Tego się ie da zapomnieć wszystko jest bardzo świeże. Nic u syna
    nie zaniedbałam lekarze badania kliniki leczenie ale mamy pecha syn ma bardzo
    niskie płytki krwi i nie może być leczony silnymi lekami. Ostatnie badanie
    wykazały marskość wątroby czytam w internecie i jestem w pełni świadoma co nas
    czeka. To jest najgorsze choroba nieuleczalna i wiadomo jak się skończy. Jestem
    na lekach bo inaczej nie byłabym w stanie egzystować, ale strach paraliżuje mnie
    co dzień. Ja swojej śmierci się nie boję tylko bardzo boję się o cierpienia
    swojego syna tego nie zniosę. On jest trochę opóźniony umysłowo z jednej strony
    a z drugiej jest taki wspaniały dużo by na ten temat można pisać. Nieraz bym
    chciała usnąć i nie obudzić się tak strasznie się boję każdego kolejnego dnia.
    Nie ma mojej mamy i nie ma już połowę mnie ale jak ja sobie poradzę dalej nie
    wiem. Jestem tak bardzo zmęczona psychicznie chorobami.
  • 198-3mk 12.11.09, 09:07

    Kopciuszku,myślę że dobrze Cię rozumiem...
    Jestem dorosłą kobietą, a często chciałabym zamienić się w małe dziecko,
    które nie musi się o nic martwić, bo wszystko załatwią dorośli...

    Zmęczenie psychiczne, jest o stokroć gorsze od zmeczenia fizycznego...
    Po fizycznym człowiek może odpocząć...
    Po psychicznym nie ma szans, i nie można od niego uciec...
    Dlatego tak ważne jest, abyśmy umieli choć na chwile znaleść odskocznie
    od Naszych dragedi, i dali odpocząć naszym głową...
    To mogą być proste rzeczy, np. pogaduszki z przyjaciółką,obejżenie
    wesołego filmu... Nie możemy zapomnieć o tym, że mimo wszystko, Bóg
    Bóg obdarzył Nas też uśmiechem... Nawet jeśli ten śmiech jest przez
    łzy... Nie zapominajmy o nim...

    Życzę Ci dużo siły Kopciuszku... Z tego co piszesz, wnioskuję ze
    Jesteś silną kobietą, ale takie też potrzebują wsparcia...
    A medycyna też posuneła się do przodu... Nie jest powiedziane że chory
    musi cierpieć... Wręcz odwrotnie... Trzeba dążyć do tego, aby Mu to
    cierpienie zminimalizować, ile tylko sie da... Jeśli nie trafimy na
    mądrego lekarza, to niestety, ale same w imieniu chorego, musimy
    o to zawalczyć...
    Wiem co pisze Kopciuszku... Mój syn nie cierpiał... Obiecał mi to
    lekarz prowadzacy, i kiedy przyszedł ten czas, dotrzymał słowa...

    Pozdrawiam Cieplutko. Beata-mama Marcina.
  • first.marionetka 12.11.09, 10:58
    Kopciuszku, ciesz się każdą chwilą z synem i nie patrz za bardzo w przyszłość,
    na wiele spraw nie mamy wpływu.
    Zresztą cóż ja Ci będę pisać, jak Ty sama wiesz, że gdybyś miała wpływ to nie
    byłoby tego lęku, bólu o przyszłość syna.
    Ale taki cieszenie się " chwilą" przynosi ukojenie psychiczne, dodaje sił życiowych.
    Wierz, że będzie dobrze.

  • maretta111 17.11.09, 09:58
    Moje drogie a na co my mamy wpływ, zwłaszcza jeśli chodzi o stratę bliskiej
    osoby? Pozdrawiam serdecznie w listopadowy upiorny poranek. Marta
  • first.marionetka 05.01.10, 11:03

    W ostatnim tygodniu oglądałam reportaż o siostrze Karen, bodajże
    zakonnicy świeckiej.
    Obejrzałam go tylko w końcowym fragmencie, ale co istotne.
    Osoba ta pomagała zagubionym, uzależnionym.
    Została zabita przez jednego z nich.
    Około trzy tygodnie wcześniej napisała list do swojego przyszłego
    zabójcy, że mu wybacza, że jeszcze chciałaby tu pobyć, coś zrobić
    i zapytała dlaczego to robi......... niesamowite.
    Napisała to, tak że to nie może być zmyślone.
    Wybaczyła swojemu zabójcy za życia.
    Wiedziała, że to ma się wykonać?
    Przecież mogła temu zapobiec, dlaczego tego nie zrobiła?
    Wykonało się... jakie to trudne do zrozumienia.
    Może ktoś oglądał w całości ten program, to proszę żeby napisał
    jakie miał refleksce, odczucia po obejrzeniu.
  • tilia7 05.01.10, 13:04
    Marionetko,nie oglądałam tego programu,ale miałam bardzo podobne
    wątpliwości i przemyslenia ostatnio,kiedy czytałam książkę o zamachu
    na Hitlera pt. "Walkiria".Książka jest dokumentalna,napisana przez
    historyka zajmującego się dokładnie życiem Hitlera.W tej książce
    jest mowa między innymi o tym,że zanim doszło do spisku oficerów i
    próby realizacji planu "Walkiria" już wcześniej
    wielokrotnie,przynajmniej kilkanaście razy Hitlera próbowano zabic i
    próbowali to zrobic ludzie z jego najbliższego otoczenia.Nie udało
    się jak wiemy,mało tego nigdy nie udało się go nawet zranic(dopiero
    za ostatnim razem został ranny,ale to już było niedługo przed
    upadkiem Niemiec).Zamachy były zawsze starannie przygotowanie i tzw.
    czynnik ludzki nigdy nie zawiódł.Ale zawsze działo się coś,co
    ratowało tego "człowieka" przed śmiercią:przychodził za późno w dane
    miejsce albo wychodził za wcześnie,bomby które mu podłożono nie
    wybuchały,choc nie było po temu powodów,zacinała się broń,psuł
    samochód z podłożonym ładunkiem wybuchowym.I ja też czytając to
    zadawałam sobie pytanie:dlaczego?Czy i jeśli tak to dlaczego jakaś
    Opatrznośc czy cokolwiek to jest chroniła go przed śmiercią(sam
    zresztą był głęboko przekonany,że Opatrznośc go chroni)?Czy
    faktycznie to wszystko co się wtedy stało:wojna,śmierc milionów
    niewinnych istnień,obozy zagłady-czy to wszystko faktycznie w jakimś
    celu musiało się dokonac i dlatego ten tyran nie mógł zginąc
    wcześniej?Czy faktycznie był w jakiś sposób zesłany,żeby się mogło
    dokonac?A jeśli tak,to po co?


  • first.marionetka 05.01.10, 13:51
    Tilio, nie mogę Ci podąrzyć z jednoznacznymi
    przemyśleniami,wnioskami, bo na dzień dzisiejszy tak "jakby" dalej
    zbieram " dane", abym coś zrozumiała, ale... osoba Hitlera intryguje
    mnie od dawien, dawna.
    Zgdza mi się , że jednak jest to jakiś większy plan całości, którą
    niewielu rozumie tu na ziemi.
    Tak potężna destrukcja w wykonaniu jednego człowieka, to aż nie do
    pojęcia, a jednak - stało się.
    Wciąż nasuwa się powiedzenie " nic nie dzieje się bez woli Boga"....

    Z książki biograficznej o BB str. 253
    " Pewnego letnigo popołudnia Basia ( córka) ucina sobie drzemkę.
    Jest sama w domu.
    Śni się jej, że w salonie zjawia się ktoś, kto pragnie ją zabrać ze
    świata żywych.
    Budzi się przerażona,ale sen wydaje się jawą i zaczyna krzyczeć
    histerycznie.
    Zrywa się z łóżka i woła o pomoc. Jest jak w transie.
    - Nie chcę umierać, nie chcę! Jestem jeszcze taka młoda, ratunku!
    woła tak głośno, przy otwartych oknach, że sąsiedzi i przypadkowi
    przechodnie z ulicy przybiegają jej na pomoc, przekonani, że ktoś ją
    zaatakował.
    Mimo, że wszyscy starali się ją uspokajać, długo nie mogła się
    otrząsnąć z wrażenia, jakie zostawił niezwykły, sugestywny sen."

    Przypadek? za dużo tych przypadków. A może w życiu nie ma przypadków?

    Marionetka.





  • agalt 05.01.10, 15:00
    Nie wiem, jak to jest z ta datą. Jeśli chodzi o dzień, to chyba nie.
    Mój J ostatnie 3 tygodnie leżał na paliacji. Nie poruszał się, nie
    mówił. Tylko jego oczy mowiły, ze nas poznawał.
    W piątek caly dzień była z nim jego córcia. Ja chciałam im dać jak
    najwięcej czasu tylko dla siebie - tak bardzo za nią tęsknił, choć
    przyjeżdżała, gdy tylko mogła. Pojechałam do J i po nią wieczorem. I
    przeraziłam się. J zaczął dziwnie oddychać, jakby coś mu
    przeszkadzało. Poprosiłam lekarza, dano mu dodatkowa kroplówkę. Nie
    mógł nic zjeść ani pić, wiec tylko się pomodliłyśmy, posiedziałyśmy
    przy nim jeszcze chwilkę i pojechalyśmy do domu.
    Byłam juz tak zmęczona, że dopiero rano do mnie dotarło, że on
    przestał polykać. Zadzwoniłam do pracy prosząc o zastępstwo lub
    odwołanie moich zajęć i pognałyśmy do szpitala. J rzeczywiście nie
    połykał. Wczesnym popołudniem pojechałyśmy do Kościółka, który J
    bardzo lubił i modliłysmy się. Wtedy pierwszy raz poprosiłam "Panie,
    jeśli nie chcesz, żeby wyzdrowiał, spraw, proszę, żeby przynajmniej
    tak nie cierpiał. Jeśli chcesz go zabrać, zrób to, tylko nie każ mu
    tak cierpieć." Potem wróciłyśmy do szpitala. J nie otwierał oczu,
    pewnie wiedział, że tam byłyśmy, ale ... chyba już nie mógł... Pani
    doktor nas uspokajała. Mowiła, że już tak bywało, a potem
    następowała poprawa. Ja tego nie widziałam, choć bywałam w szpitalu
    po kilka razy dziennie. Zabrałam jego córcię do domu. Chciałam, żeby
    zjadła obiad. Zdążyłam tylko nastawić zupę...
    J odszedł w niecałe 2 godziny od mojej modlitwy, tuż przed 15tą.
    Myślę, że czekał, aż się pogodzę/pogodzimy z tą myślą... I, aż
    wyjdziemy... Bardzo mi żal, że nie byłam przy nim.
    Myślę, że moment wybieramy sobie sami...
    --
    Lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach
  • tilia7 05.01.10, 23:08
    A mnie się przy tej okazji wiersz Miłosza przypomniał.Taki na miejscu.Bo dla
    mnie koniec świata już był.Bo pamiętam ten dzień,kiedy świat zniknął.I nadal nie
    mogę się nadziwić,że świat zniknął a żyć trzeba dalej:(((

    PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

    W dzień końca świata
    Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
    Rybak naprawia błyszczącą sieć.
    Skaczą w morzu wesołe delfiny,
    Młode wróble czepiają się rynny
    I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

    W dzień końca świata
    Kobiety idą polem pod parasolkami,
    Pijak zasypia na brzegu trawnika,
    Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
    I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
    Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
    I noc gwiaździstą odmyka.

    A którzy czekali błyskawic i gromów,
    Są zawiedzeni.
    A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
    Nie wierzą, że staje się już.
    Dopóki słońce i księżyc są w górze,
    Dopóki trzmiel nawiedza różę,
    Dopóki dzieci różowe się rodzą,
    Nikt nie wierzy, że staje się już.

    Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
    Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
    Powiada przewiązując pomidory:
    Innego końca świata nie będzie,
    Innego końca świata nie będzie.
  • osmiorniczka030 06.01.10, 01:43
    Hmmm... Bardzo ciekawe tematy tu poruszacie.

    Jesli chodzi o siostre Karen, to uwazam, ze na pewno musialo sie
    wszystko wykonac. Jednak nie dlatego, ze nasze losy sa gdzies z gory
    USTALONE, lecz dlatego, ze decyzje, ktore tu podejmiemy sa i byly
    gdzies tam na gorze od zawsze ZNANE :-)

    Sama znajomosc przyszlosci nie oznacza, ze ktos lub cos
    nami "steruje."

    Ona poznala przyszlosc, bo miala ja poznac i wszystko mialo potoczyc
    sie dokladnie tak, jak sie potoczylo.

    Nie wiem, co dokladnie wiedziala ta osoba. Moze jej znajomosc
    przyszlosci ograniczala sie jedynie do poznania daty smierci i
    swojego zabojcy, a to tez zmienia postac rzeczy...

    Tak ja rozumiem ten paradoks, choc nie wiem, czy sie dobrze
    wyrazilam.

    Pozdrowienia.
  • tilia7 06.01.10, 10:52
    Ja też nie uważam,że jesteśmy sterowani ani,że wszystko jest
    zaplanowane.To byłby absurd i nasze życie nie byłoby niczym innym
    jak tańcem marinetek(Marionetko wybacz porównanie).Na dodatek wtedy
    nie mogłoby byc mowy o jakiejkolwiek naszej moralności,o
    jakichkolwiek wyborach między dobrem a złem-bo przecież nie my wtedy
    bylibyśmy odpowiedzialni za nasze czyny i wolną wolę diabli by
    wzięli.
    I nie sądzę również,żeby "TAM" znane było z góry to co zrobimy,bo to
    również by oznaczało,że nie mamy wyboru.
    Raczej sądzę,że przychodzimy tu z jakimś albo jakimiś zadaniami do
    wykonania.Ale już od nas i od przeciwności losu zależy czy uda nam
    się to zadanie wykonac,w jakim stopniu i w jaki sposób.W wypadku tej
    siostry,myślę,że raczej chodziło o to,czy znając w jakiś sposób
    przyszłośc,możliwośc,że będzie zamordowana-zdecyduje się przyjąc tą
    możliwą wersję wydarzeń w jakimś nieznanym celu,czy też zrobi co w
    jwj mocy aby przed tą mozliwością uciec.
    Ale to tylko takie przemyslenia moje,bo tak naprawdę to nie wiemy
    jak to jest i wątpliwe,żebyśmy się mieli tu dowiedziec.Ja tam nadal
    wierzę w swoją bosko-kosmiczną układankę,w teorię,że Wszystko jest
    Wszystkim i że na nasze życie oddziałuje tyle przeróżnych
    elementów:kosmicznych,fizycznych,biologicznych,duchowych itd. że
    naprawdę nie da się tego w prosty sposób wyjaśnic i ogarnąc,nie da
    się też zrozumiec całości zajmując się tylko jednym wybranym
    elementem.My teraz skupiamy się na śmierci i tym jak wpłynęła na
    nasze życie,ale zapominamy,że świat jest nieskończenie bogaty w
    przeróżne wydarzenia,uczucia,sytuacje i to wszystko ma dla całości
    znaczenie.

    Polecam książkę doktora Andrzeja Szczeklika "KATHARSIS.O
    uzdrawiającej mocy natury i sztuki".To książka napisana przez
    lekarza,znanego krakowskiego kardiologa,ze wstępem Czesława
    Miłosza.W niesamowity sposób pokazuje on jak
    biologia,fizyka,biogenetyka i inne nauki pokrewne odkrywają wręcz
    niewiarygodne zbieżności z ludzkimi wierzeniami zawartymi w mitach
    greckich i rzymskich.Potwierdza on moją teorię,że świat jest jedną
    wielką siecią splecionych ze sobą czynników,wątków i istnień.Cieszy
    mnie to tym bardziej,że nie pisze tego ktoś,że tak
    powiem "nawiedzony" tylko lekarz,który na codzień opiera się na tym
    co naukowe i zbadane,ale jednocześnie ma świadomośc że są granice za
    którymi nauka jest bezradna,i że w tym kosmicznym rachunku 1+1 wcale
    nie równa się 2
  • first.marionetka 06.01.10, 11:10
    "To byłby absurd i nasze życie nie byłoby niczym innym
    jak tańcem marinetek(Marionetko wybacz porównanie)".

    Tilio, ja się na ten czas rozstania z synem czuję jakbym pozostała
    tu w absurdzie, tańcu marionetek. Stąd ten nick, oraz wejście na
    drogę poszukiwań z nadzieją, że na tej drodze znajdzie się
    zrozumienie i nastąpi weryfikacja odczuć.
    Myślę sobie, że żałoba ma to do siebie, że wkracza się w rewizy,
    które mają niewiele wspólnego z normalnym życiem, logiką.
    Ważne, żeby w tym etapie nie utknąć i jednak próbować iść dalej z
    nadzieją na spotkanie i przekonaniem, że to wszystko miało jednak
    sens.
    Ja próbuję, ale narazie czuję jak ten chory taniec marionetek mnie
    trzyma i nie daje za wygraną.

    Dziękuję Tilio za poleconą książkę, nie słyszałam o niej, a chętnie
    przeczytam.
    A swoją drogą jacy jesteśmy mali w tym " wszystkim", a tak mocno
    potrafimy cierpieć.
  • tilia7 06.01.10, 12:41
    Rozumiem,bo ja sama jak marionetka się czuję.Ale też gdzieś głębiej
    czuje a też myślę,że to nie może byc całkiem tak,że wszystko jest za
    nas zdecydowane.Szczerze mówiąc już lepsze byłoby to,że wszystko
    jest całkowitym przypadkiem a po śmierci nie ma nic,niż jakbyśmy
    mieli byc aż tak zniewoleni.

    Ja też szukam i błąkam się strasznie w tym poszukiwaniu.Walczy we
    mnie to co rozumowe z tym co duchowe.Ale czasem zdarzają się jakieś
    przebłyski,jakieś wnioski,które jedno z drugim godzą i wtedy
    czuję,że to dobry trop.Książkę naprawdę polecam,właśnie dlatego,że
    łączy to co z laboratoriów badawczych z tym co tylko da
    się "przeczuc".
    Ja dodatkowo w tych poszukiwaniach strasznie się boję takiego
    zejścia na "złą drogę",na jakieś manowce.Tego,żeby się nie stac
    takim typowym oszołomem,który wierzy fanatycznie we wszystko,co mu
    podsuną,byle tylko doznac ulgi w cierpieniu i pocieszenia.Czasami
    łatwiej byłoby przestac myślec.Ale nie potrafię i nie chcę.Nawet za
    cenę bólu muszę pozostac sobą i taką drogę odnaleźc,która będzie
    naprawdę moją drogą.
  • first.marionetka 06.01.10, 13:28

    Tilio, myślę, że poszukiwania nie sprowadzą nas na manowce.
    Cóż , w głębi duszy jesteśmy wrażliwymi, kochającymi istotami.
    O tej miłości do bliskich, którzy odeszli tu piszemy.
    Ta miłość powinna nas zaprowadzić właściwą drogą do celu.

    Ja, choć strasznie czuję pogubienie wewnętrzne i zewnętrzne, to mam
    silną wiarę, że nawet potwornie krzycząc idę drogą, która nie
    wyprowadzi mnie na tzw.manowce.
    Popatrzcie, ile tu mądrych wpisów, od osób w podobnym bólu po
    stracie bliskich.
    Myślę, że bardziej na manowce bym poszła nic nie robiąc, a na tej
    drodze poszukiwań daję sobie i innym prawo do błędu, weryfikacji.

    Nie sposób powiedzieć ukochanemu dziecku, „precz z mej pamięci”….,
    On już tam będzie do końca moich dni i dlatego trzeba myśli zająć
    poszukiwaniem, żeby iść do przodu , a nie wiecznie wracać do momentu
    jak byliśmy razem.
    Jeszcze będziemy razem – to moja prawda na dziś i nadzieja na jutro…
    Te śmierci muszą mieć głębszy sens w większym planie wszechświata.
    Tilio, wielcy tego świata w pewnych momentach, też byli postrzegani
    jako "nawiedzeni", dopiero czas dał im właściwą ocenę z wpisem do
    histori.
  • tilia7 06.01.10, 18:48
    Masz rację Marionetko,szukać trzeba i tak i na pewno gorzej byłoby dla nas
    gdybyśmy nie szukała.Chodziło mi o to,że człowiek załamany,niepewny w co wierzyć
    jest podatny na sugestie i wpływy innych i łatwo mu się pogubić,uczepić jakiejś
    teorii kurczowo i nie umieć jej ocenić obiektywnie.Trudno to wytłumaczyć,ale na
    tym żerują na przykład różne sekty dające niby "cudowne rozwiązania" a potem
    wyniszczające psychikę danej osoby.Co do tego,że było wiele znanych osób
    uznawanych za "nawiedzone" a potem uznanych przez historię to prawda.Ale mimo
    wszystko to jest stąpanie po bardzo kruchym lodzie i czasami o krok od
    prawdziwego szaleństwa.
  • first.marionetka 07.01.10, 08:58
    Wiesz Tilio, ja uważam, że całe to nasze życie to swojego rodzaju
    szaleństwo.
    Bo jak inaczej można nazwać nieprzewidywalność każdej chwili.
    To, że w każdej chwili w sam środek uporządkowanego życia/ świata
    zostaje wrzucony granat….
    i już nic nigdy nie będzie takie uporządkowane jak było, jest moim
    zdaniem największym szaleństwem.

    Wiem, że daleko mi do normalności… ale swoją drogą, co to jest
    normalność???

    Gdzie by mi przyszło do głowy, że będę się potykać o pytania, które
    rodzą następne pytania ,
    a o odpowiedź trudno.
    A w takim świecie obecnie żyję.

    Chrześcijanie w swych początkach też byli postrzegani jako sekta, a
    czas zweryfikował ocenę.
    Sam fakt, że do tego samego Boga idziemy ścieżkami różnych religii
    też nie służy uporządkowaniu wewnętrznemu.
    Tylko, że kiedyś nie zaprzątałąm sobie tym głowy, a teraz szukam
    odpowiedzi wszędzie.
    Odpowiedzi na pytanie jak żyć ?, o co w tym życiu chodzi? Co dalej
    się z nami dzieje?
    Często mam koncentrację równą zeru, więc czytanie nie wychodzi.
    Wtedy rozmyślam i czuję się jak zagubione dziecko we mgle.
    Tak, jakby te lata co przeżyłam, moje doświadczenie życiowe nic nie
    znaczyły.
    Inny świat….szerszy w postrzeganiu, ale nieuporządkowany i
    chaotyczny.

    Wciąż myślami jestem z duszą syna. My byliśmy takimi bratnimi
    duszyczkami i czemu ma służyć to rozdzielenie? Jak przeżyć to
    rozdzielenie do momentu spotkania? Bo bez wiary, że się spotkamy nie
    przeżyłabym ani dnia.
    Miałam piękne plany na swoje życie po zakończeniu nauki syna, a
    teraz to wszystko nie ma żadnego znaczenia.
    Unikam ludzi, z którymi mogłabym realizować te plany, bo to już nie
    mój świat.
    A nowego nie mam. Ja już jestem o „ rok świetlny” w innym miejscu
    aniżeli znajomi. Im nie po drodze ze mną, a mnie z nimi. Oni żyją,
    a ja …… no właśnie, żyję, ale w innym świecie. I wiem, że to nie
    jest na chwilę. Żałoba z różnym nasileniem trwa do końca życia. Za
    dwa lata będzie ślub siostrzeńca, już dziś myślę, po co miałabym tam
    jechać ?, żeby dusić swój ból w tłumie… pewnie coś wymyślę i nie
    pojadę…
    Wszystko co się nam zdarza jest po coś? Zapewne to prawda, ale skąd
    wziąć siłę, aby zmierzyć się z tą prawdą i ją zrozumieć?
  • tilia7 07.01.10, 11:49
    Marionetko,doskonale Cię rozumiem,bo jestem na tym samym etapie.Też
    mam wrażenie,że moje życie skupia się w tej chwili wyłącznie na tym
    co duchowe, a zwykłe codzienne sprawy irytują mnie i drażnią.Jakbym
    symbolicznie przeszła od życia w płaszczyźnie poziomej do życia w
    płaszczyźnie pionowej.Izoluję się od ludzi,zamykam w sobie,zawsze
    byłam takim kotem chodzącym własnymi drogami,ale jednak czasem
    wychodzącym do ludzi.Teraz samotnośc jest paradoksalnie lepsza niż
    przebywanie z kimś kto zupełnie nic nie rozumie.Nie stałam się dla
    ludzi bardziej wyrozumiała,wręcz przeciwnie,drażni mnie że zajmują
    się błahostkami choc przecież wiem,że życie z tych błahostek też się
    składa.Są momenty,kiedy myślę nad tym wszystkim intensywnie,są
    takie,kiedy już nie daję rady i po prostu się z tego myślenia
    wyłączam.Ale cały czas szukam i próbuję poukładac.

    Dla mnie chrześcijaństwo nie jest odpowiedzią.Owszem,niektóre
    elementy,te które powtarzają się właściwie we wszystkich religiach i
    ta najważniejsza dla nas rzecz:zmartwychwstanie w jakimś sensie są
    słuszne-chyba.Ale cała religia jako system nie i ja w ogóle jestem
    zdania że nie ma jedynej słusznej drogi do Boga.Mnie przeszkadza
    pośrednictwo tzw. osób duchownych,które twierdzą że rozmawiają z
    Bogiem a nie potrafią porozmawiac nawet z człowiekiem.Moje
    doświadczenie Boga jest transcendentne,po prostu momentami wiem,że
    jest i że jest dobry.Co nie przeszkadza mi wątpic w sens tego
    wszystkiego i szukac odpowiedzi na boleśnie dręczące pytania.

    Mój mężczyzna też był dla mnie taką bratnią duszą,dosłownie jak te
    platońskie połówki pomarańczy,sobie przeznaczone i idealnie do
    siebie pasujące.To był zupełnie inny związek niż wcześniejsze,na
    zupełnie innym poziomie duchowym,do niczego nie dającym się
    porównac.I też pytam cały czas jaki był sens w tym,żeby dac mi takie
    niopisane szczęście a potem w tak drastyczny sposób mi je odebrac.I
    czuję się w tym wszystkim strasznie zagubiona.Świat mi
    zniknął,zgasło światło i właściwie nie wiadomo jak sie poruszac w
    tej ciemności.Czasem się czuję jak Dziewczynka z Zapałkami - co i
    rusz próbuję rozpalac w sobie choc iskierkę nadziei i cały czas się
    boję,że któregoś dnai sięgnę "do pudełeczka" i nie będzie już
    zapałek:(
  • first.marionetka 07.01.10, 12:47
    Tilio, czytając Twój wpis popłakałam się, bo pomimo, że opłakujemy
    innych mężczyzn, w innych relacjach, w naszych duszach gra ta sama
    muzyka.
    Nawet nie masz pojęcia jak bardzo utożsamiam się z tymi uczuciami,
    które opisałaś.
    Ja nie wiem skąd, ale mam silną wiarę, że tych zapałeczek nie
    zabraknie.
    Że zapalimy łuczywo na długo, że to da nam oświecenie duszy...
    Pomimo bólu, to jest myśl przewodnia.
    To jest jakby poza mną, poza logicznym myśleniem. To takie wsparcie
    chyba od syna.

    Zawsze, jak już 'leżę" i chcę pomyśleć , nie dam rady - zjawia się
    ktos, coś- co podnosi.
    Tak jak wpisy Ośmiorniczki, Twoje takie osobiste,i wiele innych na
    forum, biografia BB na święta, to się " zjawia" jak już wydaje się ,
    że zabraknie tlenu ( zapałek)......... a jednak, jest ten dalszy
    ciąg, ten tlen.... może dawkowany, ale jednak podany we właściwym
    momencie i pomaga.....

    Może mam się dalej uczyć wzbogacać duszę, zatrzymać się w tym "
    normalnym życiu" i wiele przewartościować.
    Poczuć się dobrze z sobą, bo te przemyślenia rodzą się w samotności.

    Tilio, dla mnie właśnie najbardziej niezrozumiałe,i to najtrudniej
    mi pojąć dlaczego przerywane są takie piękne relacje bratnich dusz.
    Przecież ten świat byłby lepszy, gdybyśmy mogli w tej miłości
    budować dzień po dniu na tej ziemi.
    Tego kompletnie nie pojmuję......... i nikt ze znanych mi osób nie
    potrafi mi na to odpowiedzieć.

    Kiedyś ktoś napisał " piękne kwiatki Bóg zbiera na początku"........
    to jak na tej ziemi ma być dobrze?
    Ja nie mówię o nieśmiertelności, nie o to mi chodzi, ale żeby te
    bratnie duszyczki mogły wysyłać promienie szczęścia i czynić świat
    lepszym poprzez swoje relacje nasączone miłością.

    A tak zastygamy w bólu i poszukujemy, oczywiście potykając się ,
    błądząc.
    Zapewne jest w tym sens. Ale jest też myślenie, po co światu mój/
    Twój ból.
    A po śmierci bratnich dusz nie sposób nie cierpieć.
    To tak jakbym miała dwa skrzydła, a jednego zostałam
    pozbawiona......... polecę? nie. Siedzę i ubolewam, bo ja wiem, jak
    można latać mając dwa skrzydła ....... i teraz już wiem, jak żle z
    tym jednym i to jeszcze " obolałym" po upadku...
    Pytam, po co odebrano nam to szczęście, jakby ktoś z nas zakpił.....
    jaki w tym sens????
    może, żeby tą ostatnią zapałeczką, zapalić właściwe ognisko i ogrzać
    nasze duszę dając im światło na dalszą drogę.
    A może naszymi myślami też wysyłamy światełko na dalszą drogę naszym
    ukochanym. Może......... nie ma nic pewnego.




  • halas1961 07.01.10, 14:28
    Drogie Marionetko, Tilio
    W tej chwili nie bede mogla duzo pisac...ale choc slowo:)
    Wasza rozmowa jest pełna pytań , na ktore nie otrzymacie dzis
    odpowiedzi. I same przeciez o tym wiecie. Ale to bardzo wazna
    rozmowa, ktora czytam od poczatku. Napewno ta wymaina zdan pomoze
    innym czytajcym. Mimo ze pelna pytan bez odpowiedzi(choc wierze ze
    jak tam przjdziemy te odpowidzi sie pojawia)w pewnym sensie dajaca
    nadzieje. Rozmowa, w ktorej zapisane odczucia i doznania wiekszosci
    osob z tego forum. Postaram się wlaczyc w sobote...bo mam podobne
    doznania, przemyslenia. Wasza rozmowa pobudza do myslenia:)
    Pozdrawiam
    Halina-mama Agatki
  • tilia7 07.01.10, 14:36
    Dziękuję Halinko.Jeśli faktycznie nasze wspólne z Marionetką
    przemyślenia dadzą komuś choc troszkę nadziei,to dla mnie samej jest
    to własnie ta "zapałka zapalona w ciemności":)
  • tilia7 07.01.10, 14:32
    Marionetko,teraz ja mam łzy w oczach,napisałaś:
    "bo ja wiem, jak można latać mając dwa skrzydła" - doskonale
    to ujęłaś,o to właśnie chodzi.Może można dalej życ,może można wstac
    po tym upadku i jakoś iśc dalej,może "zapałek" nie zabraknie i
    faktycznie uda się kiedyś zapalic mocne,jasno świecące
    łuczywo.Może...Ale tu,na dwóch skrzydłach nie polecimy już nigdy:(

    Ja też wierzę,że naszą miłością,myślami dajemy Im takie
    światełko,taki sygnał:"jestem tutaj i kocham Cię nadal".Tak sobie
    myślę,że miłośc jednak pokonuje śmierc,bo śmierc może nam odebrac
    wszystko,ale miłości nie tylko nie odbiera,ale wręcz ją wzmacnia.Mam
    nadzieję i wierzę,że ta miłośc-wzajemna,jest jak tęcza łącząca dwa
    światy-niby nic materialnego,możnaby się nawet upierac,że tęczy jako
    takiej nie ma-tylko woda i rozproszone światło,a jednak zachwyca
    swoim pięknem i daje nadzieję jakąś.

    Masz rację,że kiedy się bardzo upada to zjawia się zawsze ktoś/coś
    co zapala od nowa tą naszą zapałkę.Mnie szczególnie dokucza
    wewnętrzny konflikt,taka z samą sobą niezgoda.Bo kiedy się bardzo
    kocha i jest się z tą drugą osobą tak blisko to padają czasem takie
    słowa płynące naprawdę z serca i szczere: "nie mogłabym bez Ciebie
    życ","umarłabym gdyby coś Ci się stało".A teraz stało się,a ja żyję
    mimo to i czasem strasznie się z tym,że przeżyłam,czuję.Ta
    nieustanna walka z własną destrukcją,z własną niezgodą na życie,z
    własną wewnętrzną ciemnością jest najgorsza.I tak jak Ty od Syna,tak
    ja od mojego mężczyzny czerpię siłę bo wiem,że On by chciał,żebym
    żyła i to żyła możliwie najlepiej.Więc się staram jak mogę,ale to
    nie jest łatwe.

    Ostatnio moja przyszywana ciotka,która niedawno straciła
    męża,spytała mnie co ja robię,że sobie radzę z tym bólem i
    rozpaczą,jakie mam sposoby na to?Nie wiedziałam jak jej pomóc i co
    odpowiedziec.Nie radzę sobie-to pierwsza moja myśl.I druga,że nie ma
    sposobu,nie ma żadnego sposobu,jest tylko nieprzerwane,nieustanne i
    nieludzko bolesne zmaganie się ze sobą i tą "rzeczywistością o
    tysiącu twarzy",minuta po minucie,godzina po godzinie,dzień po dniu
    nieustanna walka z samą sobą.
  • first.marionetka 07.01.10, 22:12

    Tilio, ja też żyję w konflikcie z sobą , w huśtawce nastrojów.
    W niespójności.
    Zapewne to ten etap żałoby. Zawalił się świat i to normalne, że funkcjonuję
    nienormalnie.
    Najważniejsze, że choć tu można napisać, co tak naprawdę czujemy.
    Choć na chwilę jest lepiej......
  • osmiorniczka030 08.01.10, 22:09
    Tilio i Marionetko, moi dzielni "Muszkieterowie - poszukiwacze"! :-)

    I mnie Wasza dyskusja pobudza do myslenia.

    Ja tez uwazam, ze nasze poszukiwania nie sprowadza nas na manowce, a
    moga nam tylko pomoc. Najgorzej jest utknac w miejscu i wierzyc w
    cos, czego sie tak naprawde nie rozumie. Mysle, ze Tobie, Tilio
    raczej nie groza zadne sekty, bo masz, jak wielu z nas ogromne
    pragnienie zrozumienia funkcjonowania swiata.

    Podobnie jak Ty, Marionetko, rowniez ja zauwazam, ze w tych
    najgorszych momentach, kiedy czuje, ze juz nie dam rady, ze juz
    upadam pojawia sie cos lub ktos, kto niemal w ostatniej chwili
    podaje reke. Wlasnie w takich sytuacjach czuje, ze nie jestem tu
    sama, ze komus jednak na mnie zalezy.

    Doskonale Was rozumiem, kiedy mowicie o zyciu w zupelnie innym
    swiecie. Ja tez sie tak czuje, ze niewielu jest w stanie mnie
    zrozumiec, ze zyje na zupelnie innej planecie. Podczas, gdy ja
    cierpie, umieram z tesknoty, rozpaczliwie poszukuje odpowiedzi, inni
    nie maja takich problemow. Ludzi dookola mnie bawi robienie sobie na
    zlosc, szukanie dziury w calym, liczy sie wszystko to, co dla mnie
    juz dawno przestalo miec jakiekolwiek znaczenie.

    Nieuporzadkowanie swiata? Uwazam, ze jest tylko pozorne. Swiat
    wydaje nam sie nieuporzadkowany, kiedy patrzymy na swiat przez
    pryzmat smierci naszych najblizszych. Mysle, ze aby ujrzec sens i
    pewien porzadek, musimy spogladac na swiat z perspektywy czasu i z
    perspektywy wiecznosci.

    Mationetko, napisalas: "dla mnie właśnie najbardziej
    niezrozumiałe,i to najtrudniej
    mi pojąć dlaczego przerywane są takie piękne relacje bratnich dusz.
    Przecież ten świat byłby lepszy, gdybyśmy mogli w tej miłości
    budować dzień po dniu na tej ziemi"


    Mysle, ze to dlatego, iz Ziemia z zalozenia nie ma byc tym "lepszym
    swiatem," a jedynie do niego przygotowaniem. Ziemia nie jest celem
    tej naszej wedrowki. Tu nie ma byc dobrze. Tu jestesmy tylko przez
    chwile. Przychodzimy i zaraz odchodzimy. Nasz prawdziwy dom nie jest
    na tym swiecie. Kazde wydarzenie ma nas czegos nauczyc. Nawet smierc
    najblizszych, ktora jest najbardziej bolesna nauka, jaka otrzymujemy.

    Rozmawialyscie o zapalkach. I ja podobnie odbieram to nasze zycie.
    Czasami czuje sie, jak male, zagubione dziecko. Chyba dopiero teraz
    dostrzegamy wielkosc tego swiata i nasza marnosc wobec tajemnicy
    Smierci.

    Tilio, napisalas: "Jeśli faktycznie nasze wspólne z Marionetką
    przemyślenia dadzą komuś choc troszkę nadziei,to dla mnie samej jest
    to własnie ta "zapałka zapalona w ciemności":) "
    I to jest
    wlasnie to, o czym czesto na tym forum powtarzam. W obliczu smierci
    naszych najblizszych czujemy, ze wszystko stracilo sens. Czujemy
    sie, jak zagubione dzieci w ciemnosci. Czekamy na to, az pojawi sie
    ktos, kto oswietli te nasza droge, ale nikt sie nie pojawia.
    Zapominamy o tym, ze mozemy sami poszukac zapalek i nimi rozpalic
    prawdziwe ognisko. To samo jest z sensem zycia, ktorego tak usilnie
    poszukujemy. Choc czesto wydaje nam sie, ze nasze zycie stracilo
    sens, to jednak mozemy go na nowo naszemu zyciu nadawac.

    Tilio! Marionetko!

    Milosc jest silniejsza, niz smierc. I to jest dla mnie zupelnie
    logiczne. W swiecie materialnym zostawiamy wszystko to, co
    materialne, a do swiata niematerialnego zabieramy to, co
    niematerialne. Mozecie byc pewne, ze Wasi Ukochani widza kazde
    swiatelko. A skrzydla... kiedys odrosna. Tym razem juz na zawsze.
    Zobaczycie.

    Pozdrawiam serdecznie.

  • tilia7 08.01.10, 22:26
    Ośmiorniczko,dziękuję za wsparcie i pociechę.

    Zgadzam się z Tobą,że świat jako taki ma swój sens i zapewne jest
    uporządkowany.Zresztą cała moja wiara wynika właśnie z zachwytu światem i
    dostrzegania jego niezwykłych zależności.Jest w tym porządku miejsce i dla
    ożywczego deszczu i dla niszczącego tsunami.Znacznie trudniej dostrzec mi teraz
    mój własny sens.Jak pisałam,mam uczucie że świat,mój świat się zawalił.Ciągle
    jeszcze nawet nie zdołałam ocenić wszystkich zniszczeń a co dopiero mówić o
    jakimkolwiek budowaniu nowego.Trudne to wszystko i często mnie przerasta.Samo
    zjawisko śmierci, w takim sensie,że w jednej chwili jest się żywym człowiekiem
    a za chwilę zbiorem martwych komórek jest przerażające i jest to temat
    wystarczający żeby mieć o czym myśleć,zapewne bez odpowiedzi,do końca własnego
    życia.A ile jeszcze innych rzeczy zostaje do przemyślenia.I niby się wie,że
    odpowiedzi tutaj tak naprawdę nie dostaniemy nigdy a jednak nie potrafimy
    przestać pytać...

    Miłość zapewne jest silniejsza od śmierci.Ona jedna może ją pokonać.Wierzę w to
    bardzo mocno.Tylko tak strasznie brakuję tej ziemskiej miłości,tej obecności
    ukochanych osób TU i TERAZ.Choćby się nie wiem jak silną miało wiarę,ta tęsknota
    za ziemską ich obecnością jest okrutna i nieludzko bolesna:(
  • osmiorniczka030 08.01.10, 23:51
    Tilio droga!

    Twoja wewnetrzna walka, to bardzo ciekawy temat do osmiorniczkowych
    rozwazan ;-)

    Jak tak sobie o tym mysle, to dochodze do przekonania, ze ta nasza
    wewnetrzna walka tego, co rozumowe z tym, co duchowe bedzie chyba
    trwac zawsze. Rozum domaga sie materialnych dowodow, a duch
    materialny nie jest i mysle, ze o to wlasnie chodzi, by zbadac sie
    go nie dalo.

    Mysle, ze uznajac jedynie w wielkosc rozumu, sami ograniczamy swoje
    poznawanie tylko i wylacznie do swiata materialnego. A kiedy nagle
    wydarza sie cos, co jest sprzeczne z prawami fizyki odrzucamy te
    mozliwosc twierdzac, ze albo jest to nieprawda albo nasza nauka nie
    jest jeszcze na tyle rozwinieta, by dany fenomen wytlumaczyc.

    Ja natomiast uwazam, ze tego, co duchowe absolutnie nie mozemy
    lekcewazyc. Mamy bowiem do czynienia z zupelnie dwiema
    rzeczywistosciami - materialna i duchowa, ktore rzadza sie zupelnie
    innymi prawami. Istnienia swiata duchowego nigdy nie udowodnimy
    naszymi ziemskimi metodami.

    Co mowia Zmarli o ich sytuacji?

    Podczas, gdy TU wszystkie ciala podlegaja uplywowi czasu, TAM czas
    nie istnieje, a ciala sie nie starzeja i sa okazami zdrowia.

    Podczas, gdy TU do przemieszczania potrzebne sa nogi, TAM wystarczy
    jedna mysl

    Podczas, gdy TU do komunikacji potrzebny jest glos, TAM komunikacja
    odbywa sie bez glosu

    Podczas, gdy TU do myslenia i przyswajania wiedzy potrzebny jest
    mozg, TAM wszyscy dysponuja niezwykle rozlegla wiedza bez uzycia
    (materialnego) mozgu

    Podczas, gdy TU do zycia potrzebny jest tlen, TAM zycie istnieje bez
    tlenu

    Podczas, gdy TU do widzenia potrzebne sa oczy, TAM widac wszystko,
    bez (materialnych) oczu

    Podczas, gdy TU do slyszenia potrzebne sa uszy TAM slychac wszystko
    bez (materialnych) uszu

    Reasumujac - mysle, ze to sa zupelnie dwa rozne poziomy egzystencji,
    ktore co prawda sie przenikaja i uzupelniaja, ale aby je choc w
    czesci poznac, trzeba uzyc zarowno rozumu, jak i ducha, choc i tak
    wszystkiego sie tu nie dowiemy. Odrzucanie rzeczywistosci duchowej
    nie tylko nam nie pomoze, ale sprawi, ze nic z tego swiata nie
    zrozumiemy.

    Wydaje mi sie tez, ze kazda czesc naszego ciala ma swoja
    niewidzialna "duchowa kopie" o znacznie wiekszych mozliwosciach, niz
    daje nam cialo fizyczne. A moze wlasnie jest odwrotnie - kazdy
    element duchowego ciala ma swoj "fizyczny odpowiednik,"
    ktory "dziala" i jest dla nas widzialny tylko przez jakis czas? Moze
    ten "fizyczny odpowiednik" ma byc swego rodzaju "zaslona dymna" dla
    tego, co duchowe?

    "Moglas byla tylko slyszec moj glos. Moglam byla przychodzic do
    ciebie we snie, jak to nieraz czynie albo moglam byla ci tylko
    dyktowac zlecenia. Pan Jezus pozwolil jednak pozwolil przychodzic mi
    do ciebie tak, jak mnie widzisz. Abys mnie mogla zobaczyc, rozeznac
    zmyslami. Chwytam w powietrzu atomy materii, potrzebne do utworzenia
    mego ksztaltu, a potem gdy odchodze rozpraszam je napowrot. Moglam
    ci sie pokazac malym dzieckiem, mloda dziewczyna, dorosla lub
    staruszka. Nam wszystko z woli Boga mozliwe. Ani czas, ani
    przestrzen dla nas nie istnieja. Wszystko jest latwe i proste".


    Jesli wierzyc zapewnieniom (zmarlej) sw. Magdaleny Zofii Barat swiat
    duchowy rzadzi sie wlasnymi prawami - nie fizycznymi, chemicznymi,
    matematycznymi, czy biologicznymi, ale prawami Bozymi, a tych
    przewidziec, ulozyc we wzory, zbadac papierkiem lakmusowym, czy
    obejrzec pod mikroskopem raczej sie nie da.

    Tam wiec, gdzie konczy sie rozum, moim zdaniem zaczyna sie
    najciekawsze pole do badan. Nauka jest ograniczona swiatem
    materialnym. To, co duchowe wykracza poza swiat materialny. To zaden
    wstyd dopuszczac mozliwosc istnienia tego, co duchowe.

    To takie moje male przemyslenia na temat tej naszej wewnetrznej
    walki, ktora i ja przechodze.

    I powiem Ci cos wiecej, gdzie ja widze "reke Boga" i co mnie
    najbardziej frapuje. To te wszystkie nasze "przypadki-nie-
    przypadki", ktore nam sie przytrafiaja. I nawet ostatnio mialam
    podobna przygode, ktora dotyczy rowniez Ciebie. Kiedy napisalas o
    Twojej wewnetrznej walce tego, co duchowe z tym, co materialne dlugo
    sie zastanawialam, co powinnam Ci napisac, bo bardzo zaciekawil mnie
    ten temat. Mialam kilka pomyslow, ale zaden z nich nie wydawal mi
    sie odpowiedni. Wieczorem poszlam do kosciola i tu kolejny raz
    doznalam szoku - cale kazanie bylo poswiecone wlasnie walce tego, co
    duchowe z tym, co materialne - tematowi tej wlasnie dyskusji. Czuje,
    ze to sa wlasnie te sytuacje, kiedy dotyka mnie ten swiat duchowy.
    Kiedy tylko mam jakis wiekszy problem, czy pytanie, to od razu
    pojawia sie odpowiedz. Kiedy upadam, natychmiast przychodzi
    pocieszenie. Dlatego chociaz lubie badac, porownywac, analizowac, to
    odnosze takie wrazenie, ze czasem wystarczy stac sie obserwatorem
    wlasnego zycia, patrzac na nie "z boku", czy z perspektywy czasu, by
    zobaczyc najwiecej.

    Pewnie troche zagmatwalam te moje rozwazania, ale nie mam juz sily
    na poprawki, wiec wysylam tak, jak jest liczac na Twoja
    wyrozumialosc.

    Pozdrawiam.

  • tilia7 09.01.10, 11:06
    Droga Ośmiorniczko

    Tym razem w zasadzie nie mogę się nawet z Tobą za bardzo
    posprzeczac,bo zupełnie się zgadzam z tym,co napisałaś.Jedyne co
    mogę zrobic,to trochę uzupełnic i sprecyzowac mój obecny "etap"
    poszukiwań.

    Przede wszystkim,ja jestem absolutnie pewna tego,że świat duchowy
    (nie w wąskim znaczeniu "świata duchów",tylko w szerokim znaczeniu
    naszej "duchowości")istnieje i w najróżniejsze sposoby na nas
    oddziałuje.Bo w końcu duchowośc to nie tylko Bóg,jakkolwiek go
    rozumiemy,nie tylko życie w innych wymiarach,ale również takie
    pojęcia jak:Miłośc,Przyjaźń,Dobro,Zło,Nienawiśc,Piękno itd.To
    przecież nie są "rzeczy" widzialne ani dotykalne a chyba nikt nie
    podważa ich istnienia.

    Dlatego ja jestem przekonana,że oprócz tego świata
    materialnego,który daje się poznac zmysłowo,doświadczalnie,naukowo
    jest i ten,który się tak poznac nie daje.I tu właściwie nie ma we
    mnie konfliktu.
    Problem w tym,żeby umiec dookreślic czym ten świat duchowy jest,jaki
    jest i w jaki sposób łączy się ze światem materialnym.Bo że się
    łączy to nie ulega wątpliwości.I nie mam wątpliwości,że na siebie
    oddziałują(czy żałoba jest stanem materialnym czy duchowym?-to tak
    na marginesie).Myślę,że to jest łącznośc taka jak dwóch stron jednej
    kartki papieru:widzi się jedną stronę albo drugą a jednocześnie są
    one nierozerwalnie ze sobą złączone.W książce dr Szczeklika,którą
    jeszcze raz pozwalam sobie przywołac,jest mowa o tym,że i nauka
    odkrywa coraz dziwniejsze fakty,które całkiem są jeszcze nie do
    wyjaśnienia a bardzo nurtują badaczy i tu zasadniczą sprawą jest
    badanie kwantów,które mają pamięc i jakby swoje "życie" i "wiedzą" o
    sobie nawzajem nawet wówczas,kiedy sa oddalone o lata świetlne-to
    jest fascynujące i zupełnie trafnie odnosi się na przykład do
    tego,co piszesz o materializacji dusz zmarłych.Wszystkio jest
    energią,również materia.To są fakty fizyczne(w sensie
    dziedziny:fizyki),zbadane,dowiedzione.Byc może za jakiś czas,choc
    pewnie nie szybko,uda się jedno z drugim połączyc i choc w
    przybliżeniu wyjaśnic jak to wszystko funkcjonuje.

    Więc mnie przede wszystkim nurtuje nie problem "czy" świat duchowy
    jest,tylko "jaki jest" oraz czy i jak może nam się objawiac.Sama
    przyznasz,że sa momenty zjawisk dziwnych,kiedy zdajemy sobie sprawę
    z ich dziwności i zadajemy sobie często pytanie o to,czy
    zwariowaliśmy z tej żałoby i widzimy "znaki" w zbiegach
    okoliczności,czy też faktycznie są to znaki.Emocje podpowiadają,że
    to są znaki,bo tęsknimy tak bardzo,że potrzebujemy jakiejkolwiek
    formy kontaktu z ukochaną osobą.Rozum każde nam popukac się lekko w
    głowę a czasem nawet mocno walnąc.Moja psycholog twierdzi,że
    wszystkim ludziom zdarzają się takie momenty,z którymi nie wiadomoc
    co zrobic,bo nie mieszczą się w tym co uznane za "normalne".I
    człowiek zdrowy psychicznie nie tym się różni od "wariata",że takich
    zdarzeń nie doświadcza.Tylko po pierwsze tym,że ma swiadomośc
    ich "odmienności" a po drugie zdarzają mu się one "czasem" a nie
    zamieniają się w normę.Bo,gdyby były normą,to nie musielibyśmy po
    tylu wiekach istnienia ludzkości przedstawiac i poszukiwac dowodów
    na to,że są.

    To jest jedna sprawa.A teraz druga:wiara.Jak już wielokrotnie
    pisałam,swoją ogólną koncepcję Boga mam i jestem wewnętrznie
    przekonana,że zasadniczo ta koncepcja jest słuszna.Ale są różne
    pytania,chocby to tytyłowe:"czy rodzimy się z datą śmierci?",na
    które nie umiem sobie jeszcze jednoznacznie odpowiedziec.Takich
    pytań jest sporo i one chyba wszystkich myślących nurtują.Bo pewne
    rzeczy,rzeczy bardzo ważne,są sprzeczne moim zdaniem."Wolna wola"
    jest sprzeczna z tym,że Bóg mógłby dla nas coś z góry zaplanowac i
    kazac to wypełniac.Kara za grzechy(zwłaszcza te pospolite) jest
    sprzeczna z ideą Miłosierdzia i Miłości Bożej-zwłaszcza kara
    Piekła,bo Czyściec to jesze niesie ze sobą jakąś nadzieję.Jeżeli Bóg
    z góry wszystko o nas wie,jeśli decyduje o
    genach,charakterze,wrażliwości,talentach,perwersjach itd. to nie
    może nas potem oceniac,bo to nie my się takimi "stworzyliśmy" tylko
    on nas takimi sttworzył.Nie można ulepic z plasteliny sześcianu a
    potem oczekiwac od niego,że się będzie toczył jak kula.
    Są,dla mnie,pewne przesłanki,które jednak każą mi się zastanawiac
    nad tym,czy nie istnieje jakaś forma reinkarnacji.Wcale bym nie
    chciała,żeby istniała,bo to oznacza,że nawet po śmierci nie można
    liczyc na spokój,ale z drugiej strony,według jakiejś logiki to
    reinkarnacja ma najwięcej sensu i w wymiarze rozwoju duszy(no bo
    np.jak umiera niemowlę i nigdy by jego dusza nie maiał juz byc na
    ziemi to nie może w żaden sposób byc "duchowo" rozwinięta).Więc
    głowię się,jak to wszystko sobie poukładac.A może nie ma nic?Może
    tylko te cholerne kwanty zapamiętują nsz kształt,głos,charakter i
    istniejemy jeszcze przez jakiś czas,jak taki "powidok" aż do
    momentu,kiedy coś je rozproszy i znikniemy na zawsze?

    Żadna religia nie odpowiada na te pytania w sposób logiczny i
    spójny.A też ja się nie zgadzam z tym,że jakakolwiek religia ma
    momopol na jedyną objawioną prawdę.Pewnie jest tak,że w każdej
    trochę tej prawdy się odbija,ale też systemy religijne robią,co
    mogą,żeby tą prawdę zniekształcic.Chrześcijaństwo niestety również
    daleko odeszło od prawd głoszonych przez Chrystusa,a wcześniej to w
    ogóle było religią okrutnego Boga.

    Moja wira zakłada,że Bóg jest wszystkim i wszystko jest Bogiem.I
    widzę w tym coraz więcej sensu,bo jeśli Bóg jest również mną a ja
    cząstką Boga to moja "wolna wola" może byc jednocześnie Jego wolą i
    na odwrót.W literaturze,którą czytam, a czytam różną,chrześcijańską
    również,bo uważam,że jak się o czymś mówi,to dobrze najpierw coś o
    tym wiedziec,znajduję coraz częściej potwierdzenie takiego
    myślenia.Ostatnio u JPII:)Nie ze wszystkim co pisze się zgadzam,to
    oczywiste.Ale pewne Jego myśli są mi bliskie.I jednym z
    podsumowujących zdań było:"Wszystko jest Wszystkim".
    Tylko jak to "Wszystko" działa i przede wszystkim PO CO?To mnie
    nurtuje najbardziej:)

    Pozdrawiam
  • first.marionetka 09.01.10, 11:47
    W moich przemyśleniach też doszłam do wniosku, że myślimy po ludzku, a życie
    kieruje się jednak prawem bożym i stąd te niezrozumienia.

    Halinko, może i nie ma odpowiedzi na wiele pytań. Ale jesteśmy na różnych
    etapach żałoby i ta osoba idąca z przodu ma dla tej z tyłu wiele cennych
    przemyśleń, podpowiedzi.
    Ja jestem przykładem, że korzystam z takiej właśnie formy pomagania sobie.
    To naprawdę pomaga.
    Każdy z Nas układa swoje pudełeczko puzlli, ale pewne podpowiedzi są cenne.

    Ośmiorniczko napisałaś:

    Mysle, ze to dlatego, iz Ziemia z zalozenia nie ma byc tym "lepszym
    swiatem," a jedynie do niego przygotowaniem. Ziemia nie jest celem
    tej naszej wedrowki. Tu nie ma byc dobrze. Tu jestesmy tylko przez
    chwile. Przychodzimy i zaraz odchodzimy. Nasz prawdziwy dom nie jest
    na tym swiecie.

    Ładnie to ujęłaś w słowach,ja to też rozumiem ,ale we mnie nie ma zgody na tę
    oczywistość.
    Przyczyną naszego cierpienia jest miłość - jak to pojąć?
    Idąc tym tokiem rozumowania nasza planeta skazana jest na określenie " padół
    łez". Dopiero po przejściu, ta nasza miłość będzie miała wartość.
    Jakie to trudne..... czuję się jakbym siedziała na chmurce i ze zdziwieniem
    rozkładała ręce i krzyczała- nic nie pojmuję.
    Uświadomiłam sobie swoją małość wobec wielkości tego co nas otacza.
    Przerasta mnie to.

    Dziękuję za Wasze wpisy, zapewne nadejdzie moment, że podobnie jak Ośmiorniczka
    stwierdzę, że po mału wiele zaczyna się układać w całość.

  • osmiorniczka030 09.01.10, 17:30
    Marionetko!

    I ja bym nie chciala, aby to byla prawda, ale nie ma co sie
    oszukiwac, tak wlasnie jest. Zostalismy sami, pozbawieni naszych
    najukochanszych osob.

    Zycie bez nich, chocby w najwspanialszych warunkach jest jedna
    wielka rozpacza, wiec skoro pytasz, odpowiadam - tak, dla mnie
    Ziemia jest przyslowiowym padolem lez, bo jak to swietnie ujelas -
    odcieto mi skrzydla, a bez skrzydel juz latac sie nie da. I gdybym
    mogla, natychmiast zrezygnowalabym ze wszystkiego, co mam, by
    odnalezc Tate.

    Ale skoro wciaz tu jestem, to znaczy, ze mam tu byc i mam cos do
    zrobienia. Trudno sie z tym pogodzic, ale tak jest - ktos zakonczyl
    w mojej ksiedze milosci rozdzial o moim Tacie i kaze pisac nowy, tym
    razem bez niego. A ksiegi niestety nie chce zamknac, choc byloby to
    przeciez najlatwiejsze... :-(

    Tak, to ogromnie trudne...

    Sciskam Cie mocno.
  • first.marionetka 09.01.10, 19:22
    "Ale skoro wciaz tu jestem, to znaczy, ze mam tu byc i mam cos do
    zrobienia. Trudno sie z tym pogodzic, ale tak jest - ktos zakonczyl
    w mojej ksiedze milosci rozdzial o moim Tacie i kaze pisac nowy, tym
    razem bez niego. A ksiegi niestety nie chce zamknac, choc byloby to
    przeciez najlatwiejsze... :-( "

    ktoś zakończył nie pytając mnie o zgodę ( wiem, że głupio myślę ) i dlatego tak
    trudno pisać mi inne rozdziały.
    Chyba zwyczajnie nie wiem, jak się do tego zabrać.
    Muszę się zatrzymać. Pogodzić, zaakceptować, przyjąć do wiadomości... a ja tego
    nie potrafię, podobnie jak inni z forum krzyczę - oddajcie mi moje dziecko......
    A może ten rozdział, to właśnie rozdział o bólu, niemocy, tęsknocie... piszę
    go siłą rzeczy, tylko wbrew sobie, poza swoją świadomością.

    Ośmiorniczko, dziękuję za Twoje uporządkowane przemyślenia, bo one rodzą we mnie
    moje przemyślenia i wnoszą odrobinę spokoju.

    Pozdrawiam Marionetka.
  • osmiorniczka030 11.01.10, 00:42
    Droga Marionetko!

    To zrozumiale, ze krzyczysz. Kazdy z nas tu krzyczy z bolu i
    bezradnosci. Roznica miedzy nami jest jedna. Ty krzyczysz "Oddajcie
    mi dziecko," a ja krzycze, "chce juz do Taty." Ja zupelnie odrzucam
    ten swiat, w ktorym jest smierc. Nie chce tu byc. Chce wreszcie byc
    tam, gdzie smierci juz nie bedzie.

    Ja mysle, ze ten nowy rozdzial naszej ksiegi zycia, ktory piszemy
    nie ma byc tylko o bolu, niemocy i tesknocie, ale o zyciu pomimo
    bolu, niemocy i tesknoty.

    I zupelnie nie masz za co dziekowac. Zarowno dla mnie, jak i dla
    Tilii takie dyskusje sa sposobem radzenia sobie z tym ciezarem. A
    jesli przy okazji z nich skorzystalas, to tylko mozemy sie cieszyc,
    ze komus pomogly.

    Pozdrawiam.
  • first.marionetka 11.01.10, 11:09

    "Roznica miedzy nami jest jedna. Ty krzyczysz "Oddajcie
    mi dziecko," a ja krzycze, "chce juz do Taty." Ja zupelnie odrzucam
    ten swiat, w ktorym jest smierc. Nie chce tu byc. Chce wreszcie byc
    tam, gdzie smierci juz nie bedzie"

    Ośmiorniczko,
    masz rację ja w swoim bólu chciałabym powrócić mojego syna na ten
    chory,pozbawiony logiki świat.
    Sama krzyczę " pozwól mi posprzątać po sobie" - i mogę odejść.
    Wiem, że na dziś mam straszny bałagan we wszystkim.... bo z niczym
    tak naprawdę sobie nie radzę.

    Tyle Mu chciałam powiedzieć, pokazać, dać ........i ta niemożliwość
    dusi, zabiera siły...........

  • osmiorniczka030 11.01.10, 23:34
    "Tyle Mu chciałam powiedzieć, pokazać, dać ........i ta niemożliwość
    dusi, zabiera siły........... "

    Kochana Marionetko!

    Rozumiem Cie doskonale... Bol paralizuje, bezsilnosc przeraza, a
    tesknota zabija.

    Luna w czasie smierci klinicznej stala obok placzacych rodzicow.
    Mowila do nich, ale oni jej nie widzieli i nie slyszeli. Mozesz byc
    pewna ze chociaz go nie widac, Twoj synek jest przy Tobie i Cie
    slyszy. Wciaz mozesz wiele mu powiedziec...

    Co do ukladanek, to choc moze Ty tego nie dostrzegasz, ja widze, ze
    duzo puzzli juz ulozylas. Jestem przekonana, ze za jakis czas wiele
    rzeczy Ci sie rozjasni. Trzymam kciuki!

    Pozdrawiam.


  • osmiorniczka030 09.01.10, 17:04
    Czolem Tilio!

    Na poczatku kilka slow dotyczacych mojego postrzegania pewnych
    kwestii...

    Kara za grzechy i Milosierdzie Boze

    Pieklo wybieramy sami. Posiadamy wolna wole i sami wybieramy droge,
    jaka idziemy. Milosierdzie Boze nie polega na narzucaniu nam swojej
    woli, jesli sami Boga nie chcemy. Milosierdzie Boze polega na
    mozliwosci powrotu do Niego w kazdej chwili, az do momentu smierci i
    oczyszczenia duszy z grzechow.

    Odnosnie genow, charakteru, wrazliwosci...

    Chrystus mowi, ze im wiecej dostalismy, tym surowiej bedziemy
    sadzeni. A to oznacza, ze najsurowiej beda sadzeni duchowni i
    wszyscy ci, ktorzy mieli doskonale warunki do tego, by poznac wole
    Boza. Ci, ktorzy mieli gorsze warunki do tego, by rozwinac sie
    duchowo beda mogli liczyc na pewne "ulgi". Na przyklad ci, ktorzy
    nigdy nie mieli mozliwosci poznania Boga beda sadzeni na podstawie
    glosu Boga w nich samych (czyli postepowania wedlug wlasnego
    sumienia)

    Dusza...

    Niemowle od momentu poczecia ma w pelni uksztaltowana
    dusze, "dorosla dusze."

    Prawdopodobienstwo...

    Nie umniejszajac fizyce, o wiele latwiej mi uwierzyc w to, ze
    Chrystus jednak mowil prawde, szczegolnie, ze jak mowilam z moich
    dociekan wlasnie to wynika, niz wierzyc w to, ze jestesmy TYLKO I
    WYLACZNIE dzielem miliardow przypadkow.

    Wolna wola...

    Jesli chodzi o Twoja teorie wolnej woli, to zupelnie mi ona nie
    pasuje. Jesli Twoja wola bylaby zawsze wola Boga, to jesli kogos
    zabijesz oznaczaloby to, ze Bog rowniez chcial, abys to zrobila.
    Twoja koncepcja wolnej woli daje co prawda Tobie "wolna reke,"
    jednak z Boga czyni marionetke (Marionetko, przepraszam za
    wykorzystanie wizerunku). Dla mnie zupelnie nie do pogodzenia z
    osoba Stworcy.

    Nasze koncepcje nie sa do pogodzenia z trzech glownych powodow:

    Po pierwsze, choc obie widzimy Boga we Wszystkim, to ja dodatkowo
    widze Boga rowniez poza tym Wszystkim. Podczas, gdy Ty uwazasz, ze
    Bog by bez nas nie istnial (bo zarowno Bog, jak i caly swiat, to
    jedna i ta sama forma energii), to ja uwazam, ze Bog moglby istniec
    bez nas, bo to On te energie stworzyl. I tu, zawsze nasze koncepcje
    beda sie "rozjezdzac." :-)

    Jesli wierzyc opisowi zmarlej swietej Magdaleny Zofii Barat
    ("Chwytam w powietrzu atomy materii, potrzebne do utworzenia mego
    ksztaltu, a potem gdy odchodze rozpraszam je napowrot")
    - duchy
    zmarlych potrzebuja istotnie naszej materii do MATERIALIZACJI.
    Podczas DEMATERIALIZACJI uwalniaja z powrotem te materie. Dla mnie
    jest to wskazowka, ze zyja poza nia.

    Po drugie moje dociekania po moim upadku wiary doprowadzily mnie do
    uznania religii katolickiej za Prawde, gdyz jest ona potwierdzeniem
    wszelkich moich duchowych poszukiwan i doswiadczen. Ty natomiast z
    gory odrzucasz kazda religie, bo zakladasz, ze nie moze byc
    calkowicie prawdziwa (mowie tu o Slowie Bozym, nie o jego
    interpretacjach).

    Po trzecie, co wynika z punktu pierwszego Ty wierzysz w wielkosc
    rozumu i nauki. Uwazasz, ze nauka bedzie kiedys w stanie udowodnic
    kazdy fenomen, bo jesli tego nie potrafi, to znaczy, ze nie jest
    jeszcze na tyle rozwinieta. Ja wierze w wielkosc Stworcy i uwazam,
    ze naukowcy wiedza tylko tyle, ile On chce, aby wiedzieli. Sama
    nauka jest w stanie zbadac jedynie swiat fizyczny. Aby poznac swiat
    duchowy, trzeba badac doswiadczenia na poziomie ducha.

    Na szczescie mamy tez wspolne mianowniki swoich poszukiwan:

    - Obie uznajemy jakas wyzsza Istote
    - Czastka tej wyzszej Istoty jest we Wszystkim
    - Istnieje swiat duchowy, (choc roznymi drogami do niego
    dochodzimy) :-)
    - Swiat duchowy oddzialywuje na nasz swiat fizyczny
    - Czlowiek posiada dusze
    - Posiadamy wolna wole

    Mysle, ze to dobry punkt wyjscia dla innych poszukiwaczy. Mozecie
    nam wierzyc, ze my nasze koncepcje przewalkowalysmy bardzo
    dokladnie. Powodzenia w dalszych poszukiwaniach!

    Pozdrawiam.
  • tilia7 09.01.10, 22:52

    Ośmiorniczko

    Kara za grzechy i miłosierdzie boże...
    Hmm,nie zgadzam się z tym,bo to zakłada,że dobry człowiek może nie dostąpić
    miłosierdzia jeśli się do Boga nie zwróci a zły może jeśli się zwróci:)Nie
    podoba mi się ta wersja i godzi w moje poczucie sprawiedliwości.Bo ja uważam,że
    można być dobrym ,nawet bardzo dobrym człowiekiem,będąc jednocześnie całkowitym
    i zdeklarowanym ateistą.I Bóg moim zdaniem jest ponad to,żeby trzeba było się go
    prosić.Wszystko jest Bogiem i Bóg jest Wszystkim,więc i Ci co nie wierzą są Jego
    częścią.

    Napisałaś:
    "Na przyklad ci, ktorzy
    > nigdy nie mieli mozliwosci poznania Boga beda sadzeni na podstawie
    > glosu Boga w nich samych (czyli postepowania wedlug wlasnego
    > sumienia)" - to mi się bardzo podoba.Uważam siebie za osobę,która nie ma
    możliwości poznania Boga i słucham głosu Boga we mnie samej,wierząc,że Bóg swoje
    wie i doceni moją wiarę:)

    Wierzę w potęgę rozumu i nauki,bo wierzę,że rozum mamy też od Boga.To nie
    oznacza,że wykluczam fakt iż istnieją rzeczy,których nigdy zbadać się nie
    uda.Natomiast widzę i to jest podstawa mojej wiary,że jednak cały wszechświat
    łączy się ze sobą i my coraz więcej jego sekretów poznajemy.To co 1000 lat temu
    dla ówczesnych ludzi było tajemnicą i magią,dla nas dziś jest oczywiste i
    wyjaśnialne.Na pewno wiele rzeczy nauka jeszcze nam przybliży i choć trochę
    pozwoli zrozumieć Wszechświat.Natomiast absolutnie nie uważam,że wszystko da się
    naukowo wytłumaczyć.Sami naukowcy się nad tym głowią,bo czasem zauważają,że suma
    pewnych zjawisk jest inna niż by się mogło zdawać patrząc na składowe.Jest w
    fizyce na przykład zjawisko tzw. entropii.Trudna sprawa i nikt nie potrafi
    jeszcze dokładnie powiedzieć o co w tym chodzi i czemu:)

    Piszesz,że Ty widzisz Boga również "poza wszystkim".Ja tak tego nie widzę bo
    znaczenie słowa "wszystko" wyklucza istnienie czegoś więcej:)Więc jeśli Bóg jest
    Wszystkim to nie ma niczego "poza" bo być nie może:)

    Religia katolicka sama ma tyle odłamów i interpretacji,że już sama nie może
    czasem dojść do tego co jest słuszne i co było prawdą na początku.My tych
    dyskusji teologicznych,wewnątrzkościelnych zwykle nie obserwujemy,bo dzieją się
    wewnątrz kościoła.Ale są.Wiem,Ty piszesz o "czystej" religii, o tym co zawiera
    Pismo Święte bez interpretacji.Ale my niestety w dzisiejszych czasach nie mamy
    dostępu do takowego Pisma,bo wszystkie teksty są już poniekąd interpretacją.
    Może to tez kwestia mojej niechęci do kościoła jako instytucji.Ja,jak
    pisałam,boga odczuwam transcendentnie i nie potrzebuję,żeby mi jakiś duchowny
    ten kontakt utrudniał swoim pożal się Boże,pośrednictwem.Poza tym dużo mądrości
    jest i w innych religiach.Nie widzę powodu,żeby akurat ta była
    słuszniejsza.Ostatnio przeczytałam takie zdanie:"Jest Jeden Wszechwiedzący Bóg i
    jedna religia-religia Miłości"Daj Boże ,żeby tak było:)

    No,i tak można w nieskończoność:)
    Pozdrowienia
  • osmiorniczka030 10.01.10, 01:33
    Witaj Tilio!

    Dobry ateista, ktory nawrocil sie nawet w momencie smierci, na pewno
    zostanie przyjety.
    Zlemu katolikowi jego wiara nic nie pomoze, jesli nie wypelnia jej w
    zyciu.

    Milosierdzie Boze...

    To dla nas rowniez kwestia najtrudniejsza do pogodzenia, bo w tym
    temacie trzeba pogodzic zarowno milosierdzie Boze, wolna wole,
    sprawiedliwosc, jak i caly sens naszego zycia ziemskiego.

    Nie przemawia do mnie stwierdzenie, ze Bog wybaczy wszystko. Oprocz
    tego, ze jest to dla nas wygodne zalozenie, to nic sie tu kupy nie
    trzyma.

    Jak by to sie mialo do naszej wolnej woli, jesli Bog ratowalby nas,
    jesli tego nie chcemy. Ty liczysz na to, ze Bog na sadzie uwzgledni
    Twoje dobre uczynki. Ale sa ludzie, ktorzy mowia wprost: "Ja nie
    chce Boga i nie chce byc przez Boga uratowany." I co wtedy ma zrobic
    ten biedny Bog? Jesli uratuje, to nie uszanuje naszego zdania.
    Moglibysmy wtedy powiedziec, ze jestesmy wlasciwie marionetkami
    Boga.

    Jak to sie ma do sprawiedliwosci? Moglibysmy robic, co tylko nam sie
    podoba i zadne konsekwencje zlych czynow nas by nie spotkaly. Tu, na
    Ziemi nie ma sprawiedliwosci, ale ja wierze w to, ze w przyszlym
    zyciu nie bede przebywac na przyklad w towarzystwie Hitlera.

    No i po co by bylo to cale nasze zycie ziemskie "pielgrzymowanie",
    jesli i tak w przyszlym zyciu wszystko sie powtorzy (wszyscy sie
    spotkamy)?

    No i tak mozna w nieskonczonosc...

    A tak w ogole wszystkiego dobrego z okazji postu setnego :-)

    Pozdrawiam.
  • tilia7 10.01.10, 13:22
    Ośmiorniczko

    Najpierw Cię rozśmieszę.Przeczytałam życzenia z okazji "postu setnego" i myślę
    sobie:"Co to Ośmiorniczka znowu za post wymyśliła i czemu teraz post jak dopiero
    Boże Narodzenie było":)))Za chwilę dopiero impuls dotarł do mózgu,że chodzi o
    "post" w sensie wpisu:)No to się przynajmniej uśmiałam sama z siebie a to
    bezcenne,bo dzień mam fatalny.

    Co do Twojej teorii,że Bóg nie może uratować tych,którzy Go nie chcą to ja się
    faktycznie z tym nie zgadzam.Ale to wynika po prostu z mojej zupełnie innej
    koncepcji Boga.Bo skoro zakładam,że wszyscy jesteśmy Jego cząstkami to nie ma
    możliwości,żeby być "wyłączonym" poza obszar Boga.To jest trochę tak jak z
    matką:ktoś może powiedzieć,że jej nie lubi albo nienawidzi,może nawet powiedzieć
    że nie wierzy iż miał matkę,ale to niczego w zasadzie nie zmienia,i tak jest
    dzieckiem tej matki i ona,jeśli to dziecko kocha(a zakładam,że Bóg jest
    miłością) i tak chce dla tego dziecka najlepiej.Ono i tak jest jej cząstką,z
    niej powstało i w tym akurat obszarze nasza "wolna wola" nie ma nic do
    rzeczy.Dokładnie tak, jak nie miało nic do rzeczy moje zdanie na temat czy chcę
    się urodzić i być dzieckiem swoich rodziców.Nie wiem czy jasno to opisałam, może
    nie,ale wierzę w Twoją inteligencję,że sens ogólny zrozumiesz.Często jest tak,że
    odwracają się od Boga nie ludzie źli ale właśnie ci którzy są najbardziej
    wrażliwi i nie potrafią zaakceptować i zrozumieć zła i cierpienia jakie widzą na
    tym świecie.Ja jestem przekonana,że Bóg nie ocenia samych czynów,ale również
    intencje,okoliczności,motywy.Wierzę,że rozumie nas bardziej niż my rozumiemy
    siebie i naprawdę potrafi rozpoznać Zło przez duże Z od złych uczynków,których
    się dokonało w zagubieniu.

    Ja w ogóle myślę,że jeśli jest jakaś forma "kary",choć to nieprecyzyjne słowo,to
    polega na tym,że "stamtąd" dusza ogląda i jakby przeżywa swoje życie jeszcze
    raz,widząc wyraźnie co zrobiła dobrego i złego,widząc konsekwencje swoich
    uczynków i może w jakiś sposób przezywając cierpienie osób które
    skrzywdziła.Jeśli wyrządziła mało zła a dużo dobra,to szybko może
    "odpocząć".Jeśli wyrządziła dużo zła i bardzo wiele osób skrzywdziła to to
    "przeżywanie" i "wczuwanie się" w ich cierpienie trwać może bardzo długo.I taka
    koncepcja zakłada,że nawet Hitler może dostąpić w końcu miłosierdzia i
    przebaczenia.Jak przyjdzie jego czas-czyli jak przeżyje całe zło jakie
    wyrządził,każdemu człowiekowi,każdej rodzinie z osobna.Nie wiem czy to jest
    zrozumiałe,co piszę.To trochę tak jak z Piłatem w "Mistrzu i Małgorzacie"Kto
    czytał,ten wie, o co chodzi.A kto nie czytał,niech przeczyta jak najszybciej:)
  • halas1961 10.01.10, 18:12
    Tilio i Osmiorniczko
    Wasze rozważania sa niezwykle ciekawe. Choć akurat w mojej często upadającej
    duszy niczego zapewne nie zmienią. Ja to tak pomiędzy odczuciami jednej a
    pewnoscią drugiej bym sie ustawiła. Z tym, ze pewność mam niezachwianą w sens
    wszystkiego co nas spotyka. Nie czuje tylko potrzeby do zrozumienia tego
    wszystkiego. Czasem nawet mi się to dziwne wydaje, ze przyjmuje wszystko jakos
    tak bez poszukiwan... widocznie co do mnie, tak ma byc:)
    Tak czytam Wasze rozmowy i przyszło mi do głowy, ze mój ksiądz z parafii:)
    mógłby tu sobie poczytac to miałby ściąge do kazania jakiegos:)Albo do rozmów,
    jak po kolędzie przelatuje niczym meteor. A tu takie jałowe rozmowy podczas jego
    wizyt. Na przykład:"mialas mnie zaprosic, nie było okazji porozmawiac". No
    myślałm ze padnę, ale ze wzgledu na męza (ktory znów ze wzgledu na mnie nie
    opuscił mieszkania podczas wizyty)aby wizyty nie przedłuzac, tematu nie
    podjełam. Bo kto tu mial kogo zapraszac i rozmowe kontynuowac. Toz to było na
    odwrót, ja czekalam...nie doczekwaszy się...
    A co do kochania dziecka jeszcze, to Tilia ma rację dziecko kocha sie
    bezwarunkowo. Nawet jesli ono nas bardzo skrzywdzi, to nawet wtedy ma w naszym
    sercu miejsce i zawsze otwarte drzwi dla tego dziecka sa. I zawsze nawet
    najgorszy ból nam zadany jesteśmy w stanie wybaczyc, jesli tylko to dziecko chce
    do nas wrocic. Ja matka tak czuje i tak postepuję. Wiec pewnie Bog Ojciec tez
    tak czuje i czeka. Wciaz na nas czeka. Na nasz powrót...
    Aha, ten "post" Osmiorniczko tez mnie na manowce wprowadzil, juz nawet
    zamierzalam wpisywac w google "post setny" aby szukac co to za post mi
    nieznany:):):)
    (No bo ta Osmiorniczka tak sie zna na tych wszystkich koscielnych sprawach:)
    Ale dobrze bo i ja sie usmialam sama z siebie:)
    Dyskutujcie dalej:)Jak mówiła moja Agatka: przyjemnie poczytac ludzi myslących.
    Halina-mama Agatki
  • osmiorniczka030 11.01.10, 00:53
    Halinko!

    Dziekujemy za uznanie naszego filozofowania za ciekawe. Cieszymy
    sie, ze jeszcze komus chce sie to czytac.

    My z Tilka mozemy Tobie tylko pozazdroscic, ze nie czujesz potrzeby
    poszukiwan, bo latwe to nie jest. Jestsmy niczym dwa niewierne
    Tomasze, ktore nie mogac dotknac, musza wszystko po swojemu
    zmierzyc, zbadac, porownac, poukladac.

    Ja tez sie smieje z tych naszych duchowych rozwazan. Wiem, ze moga
    byc one czasami monotematyczne, czy wkurzajace, to jednak te
    wlasnie poszukiwania z roztrzasaniem kazdej kwestii sa naszym
    sposobem radzenia sobie ze strata i sklaniaja do przemyslen. A jesli
    jeszcze mozemy sie jakos przysluzyc Marionetce, czy innym
    forumowiczom w ich poszukiwaniach, to chociaz na te chwile nasze
    zycie nabiera jakiegos sensu i czujemy sie lepiej.

    A skoro juz tak sobie rozmawiamy o tych naszych rozwazaniach
    Halinko, to musze pochwalic Tilke. Nikt tak, jak ona nie potrafi
    pobudzic moich szarych komorek do myslenia. Niejeden olowek juz
    przez nia zlamalam ;-) Ale co tam olowki! Wazne, by po starciu z
    takim "przeciwnikiem" czuc, ze jest sie na wlasciwej drodze.

    No i rozbroilyscie mnie tym "postem setnym" w wydaniu koscielnym. I
    ja sie usmialam :-)

    Pozdrawiam.
  • pam_71 11.01.10, 11:42
    Dobry ateista, ktory nawrocil sie nawet w momencie smierci
    , na pewno
    zostanie przyjety.
    Zlemu katolikowi jego wiara nic nie pomoze, jesli nie wypelnia jej w
    zyciu.


    Ale dlaczego ma się nawracać ... niech pozostanie wierny samemu
    sobie ... tak jest logiczniej ;-)
    Obiecuję, że pozostanę ze swoimi poglądami do śmierci (przynajmniej
    postaram się ;-p) ... a potem z zaśwaitów przkerze Ośmiorniczce kto
    miał rację ... jeśli nie przekaże tzn. że nie ma tej drugiej strony
    lub że mnie smażą ;-p
    No - to jestesmy umówione ;-)
  • osmiorniczka030 11.01.10, 22:57
    Raczej sie z Toba nie umowie, bo jeszcze by mnie usmazyli za
    wspoludzial ;-)
  • pam_71 12.01.10, 09:05
    Hihi ... pominę żartobliwy ton ... i zapytam na serio :
    Na prawdę nie dopuszczasz myśli, że i Ty możesz się mylić ?! ;-p
  • osmiorniczka030 12.01.10, 20:36
    Wszystkie drogi, ktorymi podazam (wlasne doswiadczenia + ADC +
    zyciorysy mistykow + relacje osob, ktore przezyly smierc kliniczna +
    przekazy Dusz Czysccowych + swiadectwa osob uznanych za swiete +
    dokumentacje egzorcyzmow + dokumentacje cudow + dokumentacje
    objawien + moja wlasna logika) sa wspolbiezne z Droga Ewangelii i
    wskazuja jeden kierunek. Ale ja wciaz jestem TYLKO w drodze...
  • first.marionetka 12.01.10, 21:05

    Ośmiorniczko,jesteś już w tej drodze dalej..
    Daleko przede mną i ja osobiście bardzo się cieszę, że mogę przeczytać "Twoje
    zapiski z drogi", ale jak wiemy i tak każdy ma prawo do własnych przemyśleń.
    Po to tu piszemy, żeby w zderzeniu z przemyśleniami innych zbudować własne.
    Może kulawe, błędne, ale własne.
    Dobrze wiemy, że pomimo że są własne, też ulegają zmianom i poprawką w miarę
    upływu czasu.
  • osmiorniczka030 12.01.10, 21:50
    Droga Marionetko!

    Dokladnie tak jest. Po to dyskutujemy na tym forum, poznajemy rozne
    punkty widzenia, zeby kazdy mogl odkryc wlasna droge, ktora bedzie
    podazal, a tej drogi jak sama wiesz nie odkrywa sie od razu. Wiele
    razy trzeba zabrnac w slepy zaulek, by wyjsc (przynajmniej w swoim
    odczuciu) na prosta.

    Pozdrawiam.
  • osmiorniczka030 11.01.10, 01:50
    Droga Tilio!

    Ciesze sie, ze "osmiorniczkowy post" wywolal choc na chwile usmiech
    na Twojej twarzy. I ja sie usmialam, gdy zakumalam, o co chodzi :-)

    Wracajac do naszych przemyslen:

    Twoja teoria "Boga-Matki" jak juz powiedzialam wspolgra z teoria
    o "Wszystkim we Wszystkim" do momentu, dopoki nie napotyka na
    kwestie sprawiedliwosci, sensu istnienia tego swiata oraz wolnej
    woli, co do istnienia ktorej nie mamy watpliwosci.

    Twierdzenie, ze jest odbierana w momencie smierci zaprzecza naszym
    wczesniejszym zalozeniom.

    Masz duzo racji, ze Boza milosc jest wielka i tak naprawde nikt nie
    wie, jak daleko siega i co sie bedzie u kogo liczylo na sadzie.
    Uwazam jednak, ze Bog-Rodzic jest nie tylko kochajacy, ale i
    wymagajacy. Chce, abysmy Go szczerze kochali. I tak, jak powiedziala
    Halinka (choc nie wiem, czy to akurat miala na mysli) przyjmie
    kazdego, KTO DO NIEGO WROCI - szczerze i bezinteresownie.

    Z drugiej strony masz tez duzo racji w tym, ze Bog zna wszystkie
    okolicznosci odwracania sie od Niego. Ktos moze na zewnatrz buntowac
    sie i mowic cos innego, a Boga miec w sercu, nie mnie to oceniac.
    Ale z mojej analizy licznych przekazow z Czyscca wynika, ze szczera
    skrucha i uznanie Boga za Pana jest warunkiem koniecznym.

    Masz tez bardzo duzo racji, jesli chodzi o ta "dodatkowa kare." Kary
    czysccowe polegaja nie tylko na bolesnym oczyszczaniu z grzechow,
    niemozliwosci ogladania Boga, ktorego slodycz przez chwile sie
    poznalo, ale takze wlasnie na koniecznosci ogladania konsekwencji
    swoich czynow. Najwieksi nawroceni i prawdziwie skruszeni grzesznicy
    pokutuja w Czysccu az do skonczenia swiata.

    Jesli zas chodzi "kare Piekla", to Maryja podczas swoich objawien
    mowi: "Modlcie sie za grzesznikow, bo wielu z nich nie czyniac
    pokuty sie potepia"
    Zwroc uwage na to, ze oni sami sie potepiaja. To nie jest tak, ze
    zgrzeszylem i dostaje kare. Nie. Ja sam wybieram albo Boga albo
    Szatana. Tylko dwa swiaty sa po tamtej stronie do wyboru.

    Pozdrowienia.

  • tilia7 11.01.10, 17:40
    Ja jeszcze odnośnie "wolnej woli".Chciałam zwrócic uwagę,że pewne
    sprawy są jednak zdecydowane poza nami,chocby to,że nie wybieramy
    sobie rodziców,miejsca na świecie,w którym się
    urodzimy,kraju,narodowości,płci,wyglądu,zdrowia,charakteru.Fundamenta
    lne sprawy są nam dane niejako z przymusu:)Więc ta wolna wola przed
    naszymi narodzinami nie działała a więc może również nie działac po
    naszej śmierci odnośnie niektórych spraw.

    I nie łam ołówków Ośmiorniczko:)Ale cieszę się,że Cię inspiruję do
    głębszych poszukiwań.Z wzajemnością zresztą.
  • first.marionetka 11.01.10, 20:55

    ... nie wybieramy kodu genetycznego, a za tym idą choroby danej rodziny
    i gdzie tu nasza wolna wola.... mamy to przejść i koniec.
    I to jest niestety poza nami.
  • osmiorniczka030 11.01.10, 22:28
    Czesc!

    Tak dokladnie jest. Nasze zycie jest tak naprawde jednym wielkim
    pasmem wyborow pomiedzy Dobrem a Zlem. Reszta jest nam dana -
    rodzina, srodowisko, w ktorym zyjemy, warunki, zdrowie... To dlatego
    nazywam czasem zycie "Teatrem," bo to troche tak, jakby ktos
    obsadzil nas w jakiejs roli i czekal na to, co zagramy :-)

    Wolna wola przed narodzinami nie dzialala, bo nie mogla dzialac,
    gdyz nas nie bylo. Nie sadze, zeby tak sobie nagle przestawala
    dzialac, jesli po smierci wciaz istniejemy. O tym, co bedzie TAM,
    decyduje to, co jest TU. Mozemy zmieniac swoje zycie do momentu
    smierci. Po smierci bedzie juz "po ptokach." ;-) Nie da sie zrobic
    nic. TAM "zbieramy zniwo" z tego, co TU "posialismy." (Tak
    przynajmniej twierdza dusze czysccowe, ktore po pomoc przychodza do
    zywych).

    Tilio!

    Co ja bym bez Ciebie zrobila? :-)

    Pozdrowienia.
  • tilia7 11.01.10, 22:32
    No nie wiem,pewno miałabyś więcej ołówków w całości:)

  • first.marionetka 12.01.10, 09:54

    Ośmiorniczko piszesz:
    "Wolna wola przed narodzinami nie dzialala, bo nie mogla dzialac,
    gdyz nas nie bylo".

    Nie było naszego ciała, a dusza jest nieśmiertlelna i ja mam
    nadzieję, że jednak była.
    Była podobnie jak dusze naszych bliskich obecnie.... nieśmiertelna.
  • pam_71 12.01.10, 11:53
    Nie było naszego ciała, a dusza jest nieśmiertlelna i ja mam
    nadzieję, że jednak była.
    Była podobnie jak dusze naszych bliskich obecnie.... nieśmiertelna.


    A potem to juz tylko kasowanie "pamięci" jak u R2D2 ;-)
    Reinkarnacja inaczej ... przypisanie duszy do kolejnego ciała itd.
    aż do zlania z wszechmaterią ?!

  • first.marionetka 12.01.10, 12:23

    Nie wiem Pam , czy przypisanie duszy do kolejnego ciała.
    Ale wierzę w nieśmiertelność duszy.
    To nam mówią wszystkie religie, że dusza jest nieśmiertelna.

    A jak to rozumieć???

    Mówi się wrócił do Domu Ojca. Ciało zostało tu, więc wróciła dusza.
    Nie poszła tylko wróciła. Czyli już tam funkcjonowała......
    Jestem na początku ścieżki w swoich poszukiwaniach i tak myślę jw.

    Bo jak inaczej rozumieć nieśmiertelność duszy?
  • tilia7 12.01.10, 13:22
    Marionetko,mnie jednak chyba właśnie z Tobą najbardziej po drodze w
    tych poszukiwaniach.Z całą sympatią do Ośmiorniczki,bardziej jednak
    do mnie przemawia pełne subtelności zadawanie pytań niż dawanie
    gotowych odpowiedzi,które brzmią jak "oczywista oczywistośc" a mimo
    to są jednak niespójne i jeśli o mnie chodzi,wcale nie dają pociechy
    i nadziei.No i mnie nie przekonują.
    Sprawiedliwośc jaką my przypisujemy Bogu jest tak naprawdę naszą
    ludzką sprawiedliwością.Innej nie znamy i nie potrafimy nie tylko
    pojąc,ale pewnie nawet sobie wyobrazic.

    Też myślę,że dusze,czymkolwiek są, żyją już wcześniej.I wtedy
    wybór,kim się będzie po urodzeniu mógłby byc ich wyborem-a obszar
    wolnej woli znacznie by się rozszerzył.Jest taka piękna opowieśc,że
    przed naszym narodzeniem anioł całuje nas w usta,stąd ten "dołeczek"
    na górnej wardze-tym pocałunkiem powoduje,że zapominamy jak "tam"
    jest i milczymy na ten temat.To oczywiście tylko opowieśc-ale
    sugeruje,że jednak śmierc jest faktycznie ,jak piszesz "powrotem do
    domu".I wcale bym się nie zdziwiła,gdyby istniała jednak jakaś forma
    reinkarnacji.Są też opowieści,i może coś w tym jest,bo powtarzają
    się one na całym świecie,o starych duszach wcielonych w młode
    osoby.Niezbadane są wyroki boskie...:)
  • pam_71 12.01.10, 13:36
    Sprawiedliwośc jaką my przypisujemy Bogu jest tak naprawdę naszą
    ludzką sprawiedliwością.Innej nie znamy i nie potrafimy nie tylko
    pojąc,ale pewnie nawet sobie wyobrazic.


    I właśnie to (jak dla mnie) przemawia za teorią iz to człowiek
    stworzył boga, a nie na odwrót. Zbyt wiele ma ten stwórca naszych
    cech ... oj zbyt wiele ;-)

    I wtedy
    > wybór,kim się będzie po urodzeniu mógłby byc ich wyborem-a obszar
    > wolnej woli znacznie by się rozszerzył.Jest taka piękna
    opowieśc,że
    > przed naszym narodzeniem anioł całuje nas w usta,stąd
    ten "dołeczek"
    > na górnej wardze-tym pocałunkiem powoduje,że zapominamy jak "tam"
    > jest i milczymy na ten temat


    No to może właśnie wybór dusza ma - tylko potem musi nastąpić
    kasowanie pamięci ( może czasowe ;-) jak w MiB II) aby pracować na
    nowe konto ...

    Niezbadane są wyroki boskie...:)

    Tak jak przeogromna jest wyobraźnia ludzka ;-)
  • pam_71 12.01.10, 13:39
    Bo jak inaczej rozumieć nieśmiertelność duszy?

    Jak dla mnie jako jej nieskończone istnienie ... w jakiej formie ?!
    Reinkarnacja pasuje ...

    Ale ja to z pozycji "prawie" ateisty piszę - więc na sucho
    interprwtuję słowa. To "prawie" to dlatego, że się oficjalnie
    jeszcze niewymeldowałam z KK (zameldowana byłam bezwolnie jako
    niemowlak ;-p jak większość chyba .... )
  • first.marionetka 12.01.10, 14:10
    Bo jak inaczej rozumieć nieśmiertelność duszy?

    Jak dla mnie jako jej nieskończone istnienie ... w jakiej formie ?!
    Reinkarnacja pasuje ...

    To nie takie proste, bo to rzeczywiście nasze ludzkie pojmowanie i
    zapewne dajemy sobie prawo do błędu w myśleniu.
    Do weryfikacji swojego postrzegania, właśnie po doświadczeniach,
    lekturze.
    Kochani, gdyby to było takie proste, nie byłoby nas poszukujących na
    tym forum.
    Zagubionych w myśleniu, poszukujących aż do utraty tchu, żeby
    zrozumieć,. żeby nie bolało.
    Najgorsza prawda, byle prawda....... a tu jednak stajemy przed
    tajemnicami i walimy głową w mur ( piszę o sobie).

    Dlatego budujemy sobie prawdy, też piszę o sobie, ale wiem, że nie
    ma tej jednej prawdy, którą można ogłosić światu.

    Ja buduję prawdę, żeby nie zwariować, żeby "coś" zrozumieć.
    Kiedyś wydawało mi się, że wszystko się zgadza, teraz nic się nie
    zgadza, wszystko uległo zniszczeniu....... mgła i poszukiwania.
    Ale nie daję sobie zgody na zatrzymanie się na dłużej, bo z takiej
    stagnacji przy moim bólu już był nie wyszła.
    A tak zajmuję myśli poszukiwaniami i widzę w tym sens.

    Tilio, cieszę się, że podążamy blisko siebie.
    Ja wiarę pojmuję jako dar, coś niezrozumiałego. Wszystko inne jest
    wiedzą.
    Mam dar wiary, takiej prostej - dobro i zło- jest tu wyznacznikiem.
    To jest jak z miłością jednych dopada, a inni nie wiedzą o co chodzi.
    Ale tak jak do miłości nie trzeba ideologii, tak w wierze nie
    " zapadam się" w głębokie poszukiwania. Pojmuję ją prosto: dobro-
    zło.
    Chciałabym, aby było mi dane iść ścieżką dobra pomimo bólu, który
    też nie idzie opisać słowami.
    Często ten ból postrzegam jako jednak, brak zaufania do
    " góry"......
  • tilia7 12.01.10, 14:25
    Marionetko,trafnie bardzo porównałaś wiarę do miłości.Też tak
    uważam,albo się wiarę poczuje albo nie.I też uważam,że tak naprawdę
    chodzi tylko o Dobro i Zło.Ja nawet mam taką koncepcję,choc ona
    trudna jest do przyjęcia dla wielu osób,że Dobro i Zło są dwiema
    stronami boga,dwiema stronami wszechświata-jak tam sobie kto chce to
    nazywac.Im więcej dobra tym Bóg/wszechświat lepszy,im więcej zła tym
    Bóg/wszechświat gorszy.W tym się i nasza wolna wola zawiera,bo mamy
    wpływ na oblicze świata, i wyjaśnienia czemu nie jest idealnie.
    Tak naprawdę wira-tak jak miłośc-jest obszarem "czucia" i rozmowy
    intelektualno-rozumowe zawsze tu zawiodą.Szukamy,bo mamy potrzebę
    szukac.A tak naprawdę odpowiedzi nie znajdziemy aż przyjdzie nasz
    czas.
  • osmiorniczka030 12.01.10, 20:54
    "Bo jak inaczej rozumieć nieśmiertelność duszy?"

    Marionetko!

    Dusza jest NIE-SMIERTELNA, bo NIE-podlega-SMIERCI.

    Pamietaj, ze gdyby istniala reinkarnacja, to Zmarli by nas nie
    odwiedzali.

    Dziekuje Marionetko za te wspolne poszukiwania i zycze Ci z calego
    serca odnalezienia wszystkich odpowiedzi i zbudowania Twojej Prawdy.

    Pozdrawiam.
  • tilia7 12.01.10, 22:47
    Reinkarnacja wcale nie wyklucza odwiedzin zmarłych.Nikt nie powiedział,że dusza
    musi się wcielić w nowe ciało od razu.Może jest jakiś czas na odpoczynek, na
    wyciągnięcie nauk z poprzedniego życia.Nie wiadomo.
  • tilia7 12.01.10, 14:16
    Pam,ja piszę z pozycji osoby wierzącej inaczej, z KK też nie chcę
    miec nic wspólnego.Rozumiem podejście ateisty bo sama długo,długo
    nim byłam.I nie przekonały mnie żadne argumenty,żadne
    nawracania,żadne że tak powiem "interesy" do Boga.Po prostu dużo
    czytam(staram się mądre rzeczy i przedstawiające różne sprawy z
    różnych punktów widzenia),dużo obserwuję,zwłaszcza przyrodę i
    jej "dziwne" prawa i cuda i w pewnym momencie poczułam,że Coś jest i
    czy nam się podoba czy nie,trzeba dostrzec pewne zależności w
    świecie,powtarzalnośc zjawisk ich niezwykłośc itp.Skądś się to
    wzięło.Czy Bóg jest inteligencją czy też "tylko" jakąś siłą
    oddziaływania nie wiem.Po prostu widzę,że według "czegoś" ten świat
    działa i wiem też,że ja jestem integralną częścią tego świata,że ze
    wszystkimi jego częściami jestem połączona,że jest w nim i dla mnie
    miejsce.I właściwie tylko tyle.Nic więcej o Bogu nie wiem.Takie
    uczucie "obecności" jest dane chyba tylko ludziom,którzy żyją bardzo
    blisko natury i naprawdę uważnie obserwują,ze zrozumieniem,co się w
    niej dzieje.Nie mam poczucia obecności Boga jak czytam teksty
    religijne,nie mam tego poczucia w kościele.Ale mam poprzez kontakt z
    przyrodą i zachwyt nad jej pięknem i tym,że wszystko w niej po
    prostu "wie,co ma robic".

    W takim rozumieniu jak moje ludzie Boga nie "stworzyli" jako
    idei,ale faktycznie go "tworzą" będąc Jego cząstkami.
    Natomiast to co piszesz o tworzeniu boga przez ludzi odnosi się na
    pewno do systemów religijnych-one są stworzone przez ludzi i
    wszystko w nich jest mierzone ludzką miarką.I te systemy ja również
    odrzucam,choc przyznaję jednocześnie,że w każdym jakaś tam
    mądrośc,dotycząca obserwacji świata jest zawarta.
  • pam_71 12.01.10, 15:18
    Fenomen przyrody, zjawisk, powiązań między stworzeniami ... to
    ewolucja.
    Podoba mi się Twoja teoria i wiara w Matkę Naturę (mogę tak
    napisać?) ... prawdę pisząc .. dlatego jeszcze czasami zaglądam
    tutaj ;-) I częściowo dzięki wpisom z tego forum określiłam
    ostatecznie swój sposób "widzenia świata".
    Dziękuję
  • tilia7 12.01.10, 15:57
    Tak,możesz to napisac,istotnie moja wiara jest dużo bliższa wierze w
    Matkę Naturę niż w Boga Ojca.Nie kryję tego wcale i nie obraża mnie
    to.
    Ewolucja mówisz.No istotnie ewolucja też.Recz w tym,że ewolucja
    określa zaledwie pewien obszar działania sił naturyi nadal nie wiemy
    dlaczego ona przebiega.No i pewnych zjawisk nie dotyczy,bo
    założeniem ewolucji jest przystosowanie gatunków do przeżycia.A
    tymczasem jako istoty ludzkie tworzymy np.sztukę,która do przeżycia
    w sensie dosłownym nie jest nam absolutnie potrzebna.Nawet
    żałoba,która nas tu sprowadza na forum nie jest nam potrzebna do
    przeżycia,więc według praw ewolucji nie powinniśmy jej odczuwac
    prawda?Pisałam ostatnio chocby o kwantach i innych zjawiskach
    fizycznych.Są naukowe i nie są ewolucją na dodatek wymykają się jak
    dotąd naukowcom ze wszelkich "ramek".Ja widzę świat bogatszym niż Ty
    i nie zakładam też z góry że świat to tylko nasza planeta plus
    słońce plus księzyc,ale cały,nieogarnięty Wszechświat.W którego
    krańcach,o ile są,ewolucja może wcale nie działa.

    Róznica jest więc między nami taka,że ja widzę bogactwo tego świata
    (momi bólu i złości, i rozpaczy)i widzę w tym świecie Tajemnicę .Ty
    po prostu WIESZ WSZYSTKO:)Tak jak Ośmiorniczka-tylko z drugiej
    strony:)))
  • pam_71 13.01.10, 08:50
    Ty
    po prostu WIESZ WSZYSTKO:)Tak jak Ośmiorniczka-tylko z drugiej
    strony:)))


    Ups ... a to zabolało.
    Nie ma na świecie człowieka, który wiedziałby wszystko ;-p Sa tylko
    tacy, którzy twierdzą że wiedzą - jeżeli moja pisanina tak wygląda
    to przepraszam - bo nie chciałam.
    I juz nie będę się odzywać.
  • tilia7 13.01.10, 10:57
    Odzywaj się,odzywaj...:)
    A że zabolało,hmm,przepraszam,ale to co Ty piszesz też trochę boli
    czasem,bo niestey masz skłonnośc do wyśmiewania czyichś poglądów.Ja
    się z Ośmiorniczkom sprzeczam,ale ją szanuję,tak jak i Ciebie oraz
    Twój punkt widzenia.Staram się pamiętac o tym,że każdy kto tu
    pisze,poprzez swoje poszukiwania lub ich brak,oswaja żałobę i
    stratę,nawet jeśli to,co pisze jest akurat mojemu postrzeganiu i
    odczuwaniu zupełnie obce.
    Tak,że nie gniewaj się.Zupełnie naukowo i zgodnie z ewolucją
    zadziałało prawo,że jak jest akcja to jest też reakcja:)
  • pam_71 13.01.10, 11:11
    niestey masz skłonnośc do wyśmiewania czyichś poglądów

    Muszę przemysleć zatem swoje postępowanie. I będę myślała ...
    długo ;-p
    Bardzo nie lubię tzw. "wciskania ciemnoty" i postawy w stylu "cel
    uświęca środki" ... możliwe że dlatego czasami nie mogą się
    powstrzymać i wpadam w "prześmiewczy ton". Masz rację - tu nie
    miejsce na takie zagrania.
    .... Ale nigdy nie tworzyłam fikcyjnych userów na poparcie własnych
    sądów ;-p
    To było naprawdę ostatnie słowo ;-)
    Jesteście fajne kobietki ... wszystkie ;-)
    Pozdr
  • tilia7 13.01.10, 11:22
    Ja też nie tworzę fikcyjnych userów.Właściwie każda z nas pisze cały
    czas o tym,że "szuka" prawdy.A żeby ją znaleźc trzeba przemyślec
    i "przeobserwowac" różne zjawiska,poglądy,idee-również te
    nieprawdopodone i fikcyjne.Niektóre po to,żeby je całkiem
    odrzucic,inne żeby coś z nich zaczerpnąc,jeszcze inne może kiedyś
    uzna się naprawdę za swoje.

    Kiedyś Czesław Miłosz napisał mądrą opinię na temat tego czym różni
    się inteligent od tzw.pół-inteligenta.Otóż pół-inteligent to jet
    ktoś kto wie bardzo dużo i ma swoje zdanie na każdy temat.Inteligent
    natomiast,to ktoś,kto wie bardzo dużo,ma swoje zdanie na każdy
    temat,ale bierze pod uwagę fakt,że może się mylic.
    Staram się byc inteligentem:)Czego i innym życzę z całego serca.
    Pozdrawiam,wszystkiego dobrego
  • first.marionetka 13.01.10, 12:09

    Nie zbadamy( zgłębimy) tajemnic morza jeśli badamy je z brzegu,
    trzeba się w nim zanurzyć.... co niniejszym czynimy.
    Jedni robią to dogłębniej, chwała im za to, ale są i tacy, którzy
    mogą tylko zanurzyć stopy, bo na więcej nie mają siły.
    Co nie znaczy, że z biegiem czasu nie zaczną penetrować głębin....
    Strata osoby kochanej powoduje takie zapętlenie życiowe, że nie jest
    się sobą.
    Moje życie zmieniło się na zawsze i pomimo, że na dziś zanurzam
    tylko stopy, nie wiem, czy jutro nie czekają mnie głębiny....bo
    życie to przecież ciągłe zmiany, czy tego chcemy, czy nie.


  • amfaber99 03.02.10, 12:01
    RODZIMY SIE MAJĄC ZAPISANY W NASZEJ ZYJACEJ DUSZY [ZNAJDUJE SIE W
    GRUCZOLE REGENERACYJNYM ZA WĄTROBĄ]PROGRAM SMIERCI.NATOMIAST KIEDY
    CZŁOWIEK UMRZE WIE JEDYNIE NASZA WYŻSZA JAŻŃ - WYŻSZE JA - KOMITET
    DUCHOWY [WYŻSZA JAŻŃ STACJONUJE W PIATYM WYMIARZE].
    LEPIEJ NIE WIEDZIEĆ KIEDY CZŁOWIEK UMRZE.MYSLEĆ TYLKO I WYŁACZNIE O
    ŻYCIU A NIE O ŚMIERCI.PRZYSZLISMY NA ZIEMIĘ PO TO ABY NAUCZYĆ SIĘ
    OKAZYWANIA SZACUNKU DLA KAŻDEGO STWORZENIA
    [CZŁOWIEKA,ZWIERZĘCIA,DRZEW I INNYCH ROSLIN]I DLA KAŻDEJ FORMY ZYCIA,
    A PRZEDE WSZYSTKIM PO TO ABY NAUCZYC SIĘ BEZWARUNKOWO KOCHAĆ ,
    BEZWARUNKOWO WYBACZAĆ ORAZ ABY SIĘ NAUCZYĆ ZGODNEGO WSPÓŁZYCIA W
    GRUPIE.
    NA PEWNO NIE JEST CELEM NASZEJ OBECNOŚCI NA ZIEMI ABY: BYĆ
    NIELOJALNYM,FAŁSZYWYM,OBŁUDNYM,BEZWZGLEDNYM OKRUTNYM
    CZŁOWIEKIEM,ABY :CIERPIEĆ,CHOROWAĆ,OCZERNIAĆ,KŁAMAĆ,KRZYWDZIC LUDZI
    I ZWIERZĘTA,ZABIJAĆ,ZDRADZAĆ,BEZWZGLĘDNIE
    WYKORZYSTYWAĆ,JEŚĆ,PIĆ,SPAĆ,WYDALAĆ I W KONCU UMRZEĆ.
  • tilia7 03.02.10, 12:42
    No,widze,że już dzisiaj trochę bardziej z sensem:)
  • pam_71 03.02.10, 15:39
    RODZIMY SIE MAJĄC ZAPISANY W NASZEJ ZYJACEJ DUSZY [ZNAJDUJE SIE W
    GRUCZOLE REGENERACYJNYM ZA WĄTROBĄ]PROGRAM SMIERCI


    To ja mam pytanie czysto techniczne - czy choroba alkoholowa
    prowadząca do marskości wątroby nie zaburzy zapisu w owym
    gruczole ... wszkże to tuż za .... ;-p
  • bialy_mis_0 03.02.10, 16:37
    > NA PEWNO NIE JEST CELEM NASZEJ OBECNOŚCI NA ZIEMI ABY: BYĆ
    > NIELOJALNYM,FAŁSZYWYM,OBŁUDNYM,BEZWZGLEDNYM OKRUTNYM
    > CZŁOWIEKIEM,ABY :CIERPIEĆ,CHOROWAĆ,OCZERNIAĆ,KŁAMAĆ,KRZYWDZIC
    LUDZI
    > I ZWIERZĘTA,ZABIJAĆ,ZDRADZAĆ,BEZWZGLĘDNIE
    > WYKORZYSTYWAĆ,JEŚĆ,PIĆ,SPAĆ,WYDALAĆ I W KONCU UMRZEĆ.

    A jezeli ktos wlasnie TAK ZYJE (co robi chyba niestety wiekszosc
    ludzkosci), to co? Wyzsza jazn spi wtedy czy co? Sa rozne JAZNIE?Czy
    sa tacy z jaznia i bez takowej?
    Wytlumacz to prosze...
  • first.marionetka 12.02.10, 11:50

    Małe " coś" z pewnej rozmowy.
    Rozmawiałam ze znajomą, której dziadek był dowódcą w randze kapitana
    w wojsku w czasie wojny.
    Podszedł do niego młody żołnierz i powiedział, że ma dziwne
    przeczucie, że dziś zginie.
    Dowódca, przekonywał Go, że coś tam sobie wymyślił, żeby się nie
    przejmował, ale... nie dał Go w tym dniu na działania frontowe.
    Kazał Mu pozostać w kuchni i pomagać.
    Uderzyło w budynek kuchni, chłopak zginął....
    PoMyślę, przypadek? chyba jednak nie... w końcu miał przeczucie,
    które się spełniło...
  • kanibalin22 13.02.10, 18:51
    first.marionetka napisała:
    Droga moja, wydaje mi sie, ze cos w tym jest, niestety: Moj maz przed
    wlasna smiercia snil o pewnej sumie pieniedzy, ktora dostal: okazalo sie,
    ze bylo to odszkodowanie za jego zycie, ktore my, jego rodzina dostalismy
    po jego smierci. Ostatnie wspolne lato: Chodzilam z coreczka na spacer po
    tak zwanym campie(maz pracowal za granica, a my go odwiedzalysmy)
    Zapamietalam piosenke, ktora gralo radio w jakims domu: Wszystko na tym
    swiecie jest tylko pozyczone, strasznie mnie to wtedy ruszylo, maz zmarl 3
    miesiace pozniej, tej piosenki nigdy nie zapomnialam(chodzi o wersje
    niemiecka). uwierzcie mi kochani, moj maz byl ostatnim czlowiekiem,
    ktoryby SWADOMIE odszedl, wiem, ze walczylby o prawo do ziemskiego zycia,
    bo nadziemsko kochal swoja corke, dopiero po latach jestem sklonna sie
    pogodzic, ze tak musialo byc...
    Bardzo was wszystkich pozdrawiam, tez mam nadzieje, ze to ma jakis sens
  • first.marionetka 22.02.10, 10:27
    Kanibalin 22 napisała:
    "dopiero po latach jestem sklonna sie pogodzic, ze tak musialo
    byc... "
    ... a ja nadal nie potrafię się pogodzić,że śmierć przychodzi za
    szybko, nie w czasie i nie zależy od nas.

    Pani na masażu powiedziała mi, ze jestem zablokowana na " świat".
    Jestem, bo to już nie jest mój świat.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka