Dodaj do ulubionych

Jak nie stracić wiary ?

06.01.10, 18:17
Jestem (czy byłam) osobą wierzącą i praktykującą. Ostatnio nawet jakby
bardziej . Chodziłam do kościoła, modliłam się,jeżdziłam do różnych świętych
miejsc. We wrześniu byłam w Częstochowie , tak bardzo modliłam się, przede
wszystkim o zdrowie swoich najbliższych i o moją mamę też. I cóż, Pan Bóg mnie
nie wysłuchał, zabrał mi mamę. Tracę wiarę, mam wrażenie że Bóg chce ciągłych
ofiar, nie spełnia próśb ludzi , którzy rzekomo są jego dziećmi. Przestałam
chodzić do kościoła, przestałam się modlić, nie wiem czy przyjąć do domu
księdza z wizytą duszpasterską, nie wiem nic. Mamy nie wróci nikt i nic ,więc
jak tu w coś wierzyć albo utrzymać tę wiarę która gdzięś się jeszcze we mnie
kołacze.Pomóżcie
Edytor zaawansowany
  • agalt 06.01.10, 20:29
    Dawno temu, przy okazji dołu wielkiego, mój ukochany napisał mi tak:
    "Więc jest tak:
    Wszystko co nas spotyka ma sens, czemus służy. A ponieważ Najwyższy
    jest sterylnym Dobrem i Miłością, więc ów sens musi byc głęboko
    uzasadniony. Z jeśli bólem zaślepieni sensu owego nie dostrzegamy,
    to świadczy to jeno o kruchości naszego wzroku. Poza tym ból ino i
    cierpienie czegoś nas uczą. Dlatego z pokorą uważnie przypatruj się
    wszystkiemu, co Cię spotyka... I szukaj tam nie "dołów" czy Chandr,
    ale wskazówek: "co mogę zyskać"... A jeśli masz choć jednego
    prawdziwego przyjaciela - jesteś wygrana...."
    Parę lat później zaczęła go "pobolewać głowa". Z powodu całej masy
    guzów w mózgu, które okazały się przerzutami czerniaka. Też sie
    modliłam. Dostaliśmy nawet Aniołka (kiedyś może dam radę o tym
    opowiedzieć), ktory okazał się Aniołem Śmierci, bo ja okazałam sie
    smarkulą.
    W ostatnich tygodniach J był porażony, nie poruszał się, nie mówił,
    nie pracowały mięśnie mimiczne. Porozumiewał sie tylko wzrokiem.
    Chciał przyjąc Komunię. Zrozumiałam błędnie, że Ksiądz nie
    przychodzi do niego. Zadzwoniłam do kolegi, którego brat jest
    ksiedzem, żeby mi pomógł. Jeszcze nie skończyłam z nim rozmawiać,
    gdy w drzwiach pokoju stanął jakiś ksiądz. Pomodliliśmy się, ksiądz
    dał J Komunię i NA TWARZY J POJAWIŁ SIĘ UŚMIECH. Cudowny, łagodny
    uśmiech absolutnego szczęścia. Jeśli on się TAM tak uśmiecha, to ja
    jakoś przeboleję moją rozpacz tutaj...
    Nie trać wiary. Bóg nie jest od spełniania naszych próśb. A juz na
    pewno nie wszystkich. My, jako rodzice, też wiemy, kiedy nie będzie
    dobrze, jeśli spełnimy jakąś prośbę naszego dziecka. Wiem, że to
    zabrzmi brutalnie, ale taka jest naturalna kolej rzeczy. Jeśli nasi
    rodzice mają szczęscie, to my odprowadzamy ich. Nie oni nas.
    Strata rodzica, to wielki ból, ale nie umiem sobie nawet wyobrazic
    cierpienia tych, którzy stracili dziecko. Na szczęście to tylko na
    chwilę. Jeszcze sie wszyscy spotkamy. A tu i tak jesteśmy tylko na
    chwilę. Ktos kiedyś mówił o poczwarce, ktora musi umrzeć, aby
    narodził sie motyl. Wierzę, że nasze dusze są takimi motylami. Twoja
    i moja dusza tez kiedyś będą gotowe do lotu tam...
    Trochę się rozpisałam, ale jeszcze dwa zdania. Na pewno przezyłas
    coś takiego, że myslałaś, że wszystko układa się nie tak, jakbyś
    chciała. A potem nagle okazało się, że to wszystko miało sens i
    wyszło na dobre. To tak powszechne, że mamy nawet
    przysłowie "Wszystko dobre, co sie dobrze kończy".
    Wierzę, że to będzie moja ostatnia myśl w chwili, gdy będę
    mówić "Ojcze w Twoje ręce powierzam ducha mego". A J będzie do mnie
    wyciągał ręce mówiąc to swoje śliczne "Anuś, wtul sie we mnie cała
    szybko"
    Pozdrawiam
    a/
    PS. Mam dól jak stad do wieczności, ale jeśli chcesz, napisz na
    priva gazetowego
    --
    Lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach
  • luna67 06.01.10, 20:32
    Wyobraz sobie najpiekniejszy sen nad snami, ktory ma sie spelnic i zyj nim......
    Nie Bog powolal twoja mame, lecz przeznaczenie zwiazane z Bogiem, ktore
    wypelnila i odeszla (bo tak bylo napisane w jej "karcie zywota" na tej ziemi).
    Wiara bardzo pomaga, ale nie nalezy jej uzalezniac i mierzyc zadanym bolem i
    szczesciem tu na ziemi..... Wiare mozna nieraz porownac do choragiewki
    fruwajacej na wietrze, uzaleznionej od wiatru......ale nie zapomnij, ze ten
    wiatr mozemy zastapic inna energia.....
  • osmiorniczka030 08.01.10, 01:20
    Mocnakrysiu!

    Proponuje zaczac odbudowywanie swojej wiary od nastepujacych lektur:

    1. "Powroty z tamtego swiata" - Henryk Dominiczak
    2. "Tajemnica zycia wiecznego - 100 dowodow na zycie pozagrobowe" -
    ks. Zbigniew Kraszewski
    3. "Moje przezycia z duszami czysccowymi" - Maria Simma

    I jeszcze jedno. Pan Bog wysluchuje naszych prosb, o ile sa zgodne z
    Jego wola. Jesli nie wysluchal Twoich modlitw znaczy to, ze mial
    wobec Twojej Mamy inne plany - podarowac jej Niebo.

    Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za odbudowanie Twojej MOCNEJ
    wiary.
  • agalt 08.01.10, 13:48
    Witam serdecznie,
    od jakiegoś czasu Was czytam, od niedawna piszę. Przepraszam, że tak
    bez wstępu, czy przedstawienia się. Ale po lekturze Waszych postów,
    poczułam, że jesteście mi tak bliskie. Podobne przeżycia
    nieprawdopodobnie przyblizają ludzi.
    Czwartego kwietnia ubiegłego roku umarł J. Był moim światem i moim
    światełkiem. Spokojem, radością, czułością... Coraz mniej umiem żyć
    bez niego.
    Wczoraj o nim pisałam na tym forum. Pisałam, że z nim rozmawiam i że
    mi odpowiada. Tak myślę. I wczoraj podczas pisania tamtego postu i
    czytania rozważań Ośmiorniczki przemknęa mi przez głowę dziwna myśl.
    Prawdopodobnie zwariowalam. Ale czuję, że powinnam sie nią z Wami
    podzielić.
    Bo jeśli jest tak, że nasze obecne grzechy przysparzaja cierpienia
    umierającemu Chrystusowi, to moze też nasze cierpienie pomaga mu
    nieść Krzyż? Wtedy nie cierpiałybyśmy tak strasznie na darmo...
    Pozdrawiam najcieplej jak potrafię
    a/
  • 198-3mk 08.01.10, 15:55

    Witam wszystkich serdecznie !

    Ja, po smierci mojego syna, dostałam od znajomego księdza taki
    wierszyk, pozwolę sobie go napisać. Tylko bardzo proszę każdego, kto
    go przeczyta, aby nie odebrał tego, jako próbe nawracania...-)
    Po prostu bardzo mi się podoba, często wracam do niego, i naszła
    mnie ochota aby podzielić się nim, z Wami...

    NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
    CHOĆ NIE MOGŁAM GO ZROZUMIEĆ
    Z NIM NA CODZIEŃ MUSZĘ IŚĆ
    WŚRÓD PRZECIWNOŚCI DŹWIGAĆ W TŁUMIE
    NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
    CHOĆ UWIERA MOCNO BOLI
    Z NIM RADOŚNIE PRAGNĘ IŚĆ
    POMAGAĆ BLIŹNIM W ŻYCIA DOLI
    NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
    NIE MOGĘ SIĘ PRZED NIM WZBRANIAĆ
    KRZYŻ MNIE PROWADZI ZAWSZE WZWYŻ
    JEST MOIM CELEM DO PRZETRWANIA...

    Z niczym przychodzimy na ten świat,
    I nic nie zabierzemy ze sobą,
    Zostaw choć po sobie ślad, by można było pójść za Tobą...

    Pozdrawiam cieplutko. Beata-mama Marcina.
  • osmiorniczka030 08.01.10, 19:37
    Witaj Agalt!

    Przede wszystkim bardzo Ci wspolczuje z powodu smierci Twojego
    Ukochanego! Witaj w naszej "forumowej rodzinie". Tu nie bedziesz
    sama i zawsze znajdziesz zrozumienie.

    Jesli chodzi o Twoje posty, to musze Ci powiedziec, ze bardzo mi sie
    podoba Twoja pelna pokory i wdziecznosci do Boga postawa, pomimo tak
    wielkiej tragedii, jaka Cie spotkala. To wlasnie znaczy prawdziwie
    kochac Boga - byc z Nim bezwarunkowo - nie tylko wtedy, kiedy
    wszystko sie nam uklada, ale takze niesc z Nim Krzyz. Bog nie
    zadawala sie namiastkami. Daje nam siebie caly i tego oczekuje
    rowniez od nas. Tylko z Nim pokonamy najwieksze sztormy.

    Mysle, ze smierc najblizszych jest dla nas punktem zwrotnym -
    egzaminem z milosci do Boga, a kiedy go oblewamy staje sie wielkim
    znakiem zapytania o to, kim jestesmy, skad przychodzimy, po co
    zyjemy, a przede wszystkim w ktora strone pojdziemy. Mysle, ze
    postawienie sobie tych pytan jest nam bardzo potrzebne. Z tego, co
    widze, Ty swoj egzamin zdalas celujaco. Ja niestety go oblalam i
    przez to teraz sie tak mecze, nadrabiajac zaleglosci ;-)

    Napisalas: "Bo jeśli jest tak, że nasze obecne grzechy przysparzaja
    cierpienia
    umierającemu Chrystusowi, to moze też nasze cierpienie pomaga mu
    nieść Krzyż? Wtedy nie cierpiałybyśmy tak strasznie na darmo..."

    Brawo! Musze przyznac, ze jestem pelna podziwu dla Ciebie! Prawie
    dwa lata zajelo mi rozwiklanie zagadki, jak dziala ten "zbawczy
    mechanizm," a Tobie udalo sie to tak szybko. Co prawda od czasu do
    czasu slyszalam te slowa w kosciele, jednak nie potrafilam ich
    zrozumiec. Zupelnie nie wiedzialam, co ma "piernik"
    do "wiatraka"... ;-)

    Teraz wiem, ze my swoim cierpieniem istotnie pomagamy niesc Krzyz
    Chrystusowi. Grzechy bowiem naleza do Szatana. Nie sa czyms
    darmowym, lecz kazdy grzech kosztuje. Mozemy byc pewni, ze Szatan
    wystawi nam w koncu "rachunek" za "zakupy" w jego "sklepiku." Cena
    jestesmy my sami, nasza wolnosc i nasze pozniejsze meki. Jesli
    odrzucimy Boga, dlug ten splacimy kiedys sami. Jesli tylko zwrocimy
    sie do Boga o pomoc - dlug ten splaci za nas Chrystus poprzez swoje
    dobrowolne cierpienie. Na tym wlasnie polega "odkupienie grzechow,"
    o ktorym czesto slyszymy w kosciele. Jednak grzechow na swiecie
    wciaz przybywa i wciaz istnieje koniecznosc dopelniania udrek
    Chrystusa dobrowolnym cierpieniem za bliznich. To dlatego najwieksze
    cierpienie dotyka czesto wlasnie osoby dobre, pokorne, swiatobliwe,
    niewinne, czy w naszym odczuciu na cierpienie po prostu nie
    zaslugujace, gdyz wlasnie one wedlug Boga sa w stanie zrozumiec ten
    zbawczy sens cierpienia. Kto swoje cierpienia przyjmuje godzac sie z
    wola Boza, niesie Krzyz razem z Chrystusem i w ten sposob bierze
    udzial w odkupieniu ludzkosci. W tym kontekscie cierpienie jest
    łaska od Boga, gdyz osoby cierpiace sa przez Boga wywyzszone. Kto
    wie, moze ci najbardziej cierpiacy sa nawet uznani za swietych
    (???), gdyz maja oni swoj udzial w Krzyzu i Zbawieniu swiata.

    Po tamtej stronie wszystko wyglada zupelnie inaczej.
    Szatan chcialby, bysmy uzywali zycia, nie zawracajac sobie zbytnio
    glowy tym, co bedzie potem. Szczegolnie wtedy zaciera raczki, gdy
    naszych bliskich spotyka smierc, czy cierpienie, bo najczesciej
    wtedy wlasnie odwracamy sie od Boga. A jak powiedzialas nie zawsze
    to, co na pozor zle wyglada, jest naprawde zle. Czesto jest tak, ze
    w ostatecznym rozrachunku wychodzi nam jednak na dobre. Tak jest
    wlasnie z cierpieniem.

    Pozdrawiam serdecznie.
  • tilia7 08.01.10, 22:14
    Ośmiorniczko napisałaś:

    "wciaz istnieje koniecznosc dopelniania udrek
    Chrystusa dobrowolnym cierpieniem za bliznich"

    Zwracam uwagę na wyraz DOBROWOLNE.Moje cierpienie takie nie jest.Więc tym
    bardziej nie widzę w nim sensu.

    Cieszę się że wróciłaś po długiej przerwie:)
  • osmiorniczka030 08.01.10, 23:58
    Tilio droga...

    Masz racje, Twoje cierpienie dobrowolne nie jest, ale... wciaz moze
    takie byc, jesli Bogu ofiarujesz swoje cierpienia dla zbawienia
    dusz. Wtedy wlasnie poniesiesz z Chrystusem ten Krzyz i wtedy Twoje
    cierpienie nabierze sensu.

    Ciesze sie, ze jeszcze nie masz mnie dosc ;)

    Pozdrowienia

  • tilia7 09.01.10, 09:49
    Nie mam Cię dośc,wręcz się stęskniłam:)

    Ale cierpienia swojego raczej Chrystusowi nie ofiaruję.Złośliwie i
    zpowodu niezgody na to co mnie spotkało mogłabym powiedziec:tak
    zaplanowali z tym krzyżem-to niech go teraz niosą.A tak z serca po
    prostu-Chrystus to nie moja droga.Ja się nadal nie podpisuję pod
    tym,że cierpienie jest dobre,bo widziałm co robni z człowiekiem i
    widzę to również na sobie samej,na rodzinie na którą moje
    cierpienie "promieniuje" itd.Owszem,czasem jest tak,że z cierpienia
    może coś dobrego wyniknąc.Z tym się zgodzę.Ale w moim wypadku nawet
    jeśli wyniknie,w co nie wierzę,to cena i tak jest za wysoka:(A dobro
    mogło wyniknąc również z tego,że byłam szczęśliwa.Myślę zę wtedy
    znacznie bardziej mogło.
  • osmiorniczka030 09.01.10, 18:22
    Tilio!

    Moim zdaniem Ty masz troche inna sytuacje, poniewaz Twoj Ukochany
    rzeczywiscie mogl nadal zyc, a smierc byla jego swiadoma decyzja.
    Twoje cierpienie jest wiec jakby konsekwencja tego czynu, a nie dane
    Ci od Boga, jak w przypadku Galaksy, bo cierpienie ma rozne zrodla.
    Mowie o tym dlatego, ze masz zal do Boga, ktory w moim odczuciu tej
    smierci akurat wcale nie chcial.

    I jak napisalam do Galaksy - cierpienie samo w sobie dobre nie jest
    i ja takze sie pod tym nie podpisuje. Ale z cierpienia moze wyniknac
    cos dobrego, jesli sie o to postaramy.

    Wiem, trudne to wszystko do pojecia...

    No, to czuje, ze teraz spuscisz mi łomot ;-)

    Pozdrawiam.
  • tilia7 09.01.10, 22:26
    Nie,nie spuszczę Ci łomotu:)

    Tylko sprostuję.Moje cierpienie rzeczywiście jest konsekwencją decyzji jaką
    podjął mój ukochany.Ale On to cierpienie skądś "dostał",na dodatek cierpienie
    ponad swoje siły,takie,którego nie mógł już unieść.I nie On jeden padł w taki
    sposób ofiarą cierpienia.Dlatego ja uważam,że cierpienie zawsze,zawsze
    podkreślam,jest destrukcją i samo w sobie jest złe i zawsze człowieka
    niszczy.Piszesz,że można to cierpienie ofiarować Bogu i wtedy ono ma sens i
    przynosi dobro.Tak,zapewne.Pod warunkiem,że cierpienie nie jest efektem
    chorób,które zupełnie paraliżują wolną wolę i odbierają możliwość realnego
    oceniania rzeczywistości.Mój ukochany zrobił to co zrobił pod wpływem silnej
    depresji,gdzie nie widział już dla siebie ratunku.Co z takim cierpieniem?Jaki ma
    sens jeśli osoba cierpiąca nie może go ani nikomu ofiarować ani unieść jego ciężaru?
  • osmiorniczka030 10.01.10, 01:40
    Czesc Tilka! :-)

    No to mi ulzylo :-)

    A tak poza tym, to masz racje, ze decyzja Twojego Ukochanego mogla
    nie byc do konca Jego wola, bo to zazwyczaj Szatan doprowadza do
    takich decyzji. Wszelkie stany depresyjne, smutku, leku, zwatpienia
    pochodza wlasnie od niego.

    Pytasz, co z takim cierpieniem? Nie wiem. Wierze w to, ze na pewno
    mu ono pomoglo. Ufam Bogu, a tylko On zna nas lepiej, niz my sami
    znamy siebie. Bog zaglada do serca.

    Pozdrawiam.
  • tilia7 10.01.10, 12:58
    Co do szatana to mam wątpliwości.Ale pewno moja koncepcja,że dobro i zło są
    dwoma obliczami Tego Samego,splecionymi ze sobą nierozerwalnie nie przypadnie Ci
    do gustu:)Ale też ufam,że Bóg swoje wie i przede wszystkim,że wszystko rozumie.

    Pozdrawiam ciepło
  • osmiorniczka030 11.01.10, 11:55
    Czesc Tilka!

    Do gustu kazda Twoja koncepcja mi przypada, ale od mojej marnej
    logiki odpada ;-)

    Watpisz w dzialanie Szatana? Wlasnie dlatego, ze on chce, zebys
    watpila. Szatan jest mistrzem perfidnej manipulacji. Pewnie Tobie
    wyda sie to smieszne i niedorzeczne, ale wcale bym sie nie zdziwila,
    gdyby wykorzystal Twojego Mezczyzne jako narzedzie. Za cene jednej
    duszy moglby miec ich setki. Jak?

    Poniewaz Ty w swojej rozpaczy odrzucasz mozliwosc istnienia
    Chrystusa (zakladajac, ze ta "wersja" jest jednak prawdziwa) i
    przekonujesz do wyzszosci rozumu ludzkiego nad Bogiem-Stworca tego
    rozumu, oraz do tego, ze wlasciwie to nie ma sie czego obawiac, ze
    Piekla nie ma, ze Bog wybaczy wszystko, a jesli Go odrzucimy, to nic
    nie szkodzi, bo Bog i tak nas w razie czego uratuje. Nawet nie
    wiesz, ilu juz ludzi moglas przekonac do swoich racji. Nie ludz sie,
    ze Szatan nie posunalby sie do czegos takiego.

    Pewnie w swoim mysleniu zapedzilam sie za daleko (przepraszam), ale
    przyznaj, ze patrzac z jego perspektywy (zdobycia jednym ruchem jak
    najwiekszej ilosci dusz), to calkiem "niezly manewr."

    Doloz do swoich rozwazan jeszcze jedno zalozenie - ze Szatan i
    Pieklo moga naprawde istniec, a wtedy o wiele latwiej pojac
    instrukcje tej "gry" i sensu cierpienia, czy doprowadzania ludzi do
    krokow samobojczych.

    I jeszcze jedno. Poswiec godzine na obejrzenie tego filmu. Dobro,
    Zlo, cierpienie dobrowolne i narzucone oraz nagrania demonow, czyli
    temacik na czasie. Naprawde warto!

    video.google.com/videoplay?docid=4760816879559814538

    Pozdrawiam.
  • tilia7 11.01.10, 13:43
    No przesadziłaś,istotnie:)))

    Po pierwsze śmierc mojego mężczyzny zupełnie nie wpłynęła na moją
    postawę wobec Boga,takiego jak w Niego wierzę i jak Go
    roazumiem.Zupełnie.I nie tylko mnie od tegoż Boga nie odciągnęła ale
    wręcz umocniła w wierze.
    Co do Chrystusa,to oczywiście,że był.Tylko,że niekoniecznie był
    Mesjaszem,no a nawet jesli to uważam,że są również inne drogi do
    Boga.

    Nie uważam też że nie ma kary-przecież pisałam o tym wczoraj i mniej
    więcej wyjaśniłam jak to moim zdaniem może wyglądac(oczywiście mogę
    się mylic-jak my wszyscy tutaj).
    Zgadzam się też z Tobą,że wyboru dokonac trzeba.Tylko moim zdaniem
    wyboru dokonujemy między Dobrem a Złem.I jeśli postepuję dobrze-
    niezaleznie w jakiej intencji i z jakich pobudek,jesli świadomie
    robię dobrze to to jest poniekąd wybranie Boga.Można przy tym wcale
    w boga jako istotę duchową nie wierzyc.Ja to nawet uważam,że wtedy
    to jest jeszcze większe dobro bo całkiem bezinteresowne,nie
    podyktowane tym,że staramy się o pobyt w raju.

    O demonach oglądac nie będę bo mam dośc zdruzgotaną psychikę bez
    tego.A co do szatana to wczoraj przez chwilę rzuciła mi się w necie
    twarz Ojca Dyrektora i tak pomyślałam sobie:"Ośmiorniczka ma
    rację.Szatan jest i działa całkiem jawnie"

    A idąc Twoim tropem myslenia równie dobrze szatan może działac przez
    chrześcijan odwodząc ludzi od prawdziwej wiary:)
    Nie dogadamy się w tej kwestii,bo nasze koncepcje Boga są jednak za
    bardzo oddalone.Ty poszłaś tropem kościoła.Ja idę tropem mojej
    intuicji i "czucia".I tutaj to ja jestem orędowniczką tego,że rozum
    i logika nie wystarczą do zrozumienia bożej miłości i
    sprawiedliwości:)

  • osmiorniczka030 11.01.10, 22:00
    Tilio droga!

    Brawo! Szatan co prawda dziala wszedzie i na rozne sposoby, ale
    najskuteczniej tam, gdzie sie go nie spodziewamy. To on robi z nas
    marionetki wykorzystujac nasze naturalne sklonnosci: np. chciwosc
    lub pyche.

    Wiem, ze z koncepcja o "Szatanie" Ci nie po drodze, ale zaloz
    hipotetycznie, ze on istnieje i wczuj sie na chwile w jego role.
    Zalezy Ci na jak najwiekszej ilosci dusz, ktore trzeba wydrzec Bogu.
    Gdzie by Ci sie najbardziej oplacalo uderzyc? W Twoim interesie jest
    odciac ludzi od sakramentow, ktore sa potrzebne do Zbawienia lub
    umozliwiaja oczyszczenie z grzechow smiertelnych (spowiedz). A jak?
    Najprosciej wbic klin pomiedzy wiernych, a kosciol. A ze nie jest to
    takie proste, trzeba wiec od czasu do czasu wrzucic do kosciola
    jakas "bombke," ktora ma na celu zniesławić duchownych. Nic tak nie
    zniecheca ludzi do kosciola, jak liczne skandale wsrod ksiezy,
    dotyczace ich moralnosci i pieniedzy. A jesli sa one dodatkowo
    naglasniane przez media, to tym lepiej, bo z lokalnego skandalu robi
    sie skandal na caly kraj i jeszcze wiecej osob sie zraza.

    Wszyscy w kazdym momencie narazeni jestesmy na jego manipulacje.
    Przekonuje nas, ze jestesmy dobrymi ludzmi, ze nie mamy nic na
    sumieniu, ze nie mamy z czego sie spowiadac, podczas gdy w oczach
    Boga grzech, to nie tylko zle uczynki, ale rowniez slowo (np. gdy
    rzucamy falszywe oskarzenia, czy naklaniamy do aborcji - w razie jej
    dokonania jestesmy wspolwinni zabojstwa) i zaniedbanie (np. gdy
    udajemy, ze nie widzimy potrzebujacego). O tym mowi wiele osob,
    ktore przezyly smierc kliniczna.

    Chcialam Ci pokazac, jak moim zdaniem dzialaja mechanizmy rzadzace
    tym swiatem. Nie mowie wcale o diabelku z kopytkami i rozkami, ale o
    poteznej, inteligentnej zlej sile, ktora w swiecie istnieje i nami
    wszystkimi manipuluje.

    Ciesze sie, ze i Ty doszlas do przekonania, ze sam rozum nie
    wystarcza do tego, by ten swiat duchowy choc troche zrozumiec. Wiara
    jest uzupelnieniem rozumu. Roznica miedzy nami jest jednak taka, ze
    Ty idziesz droga intuicji, a ja ide droga doswiadczen duchowych
    ignorujac intuicje. Z wiara katolicka jest mi jednak po drodze.

    Pozdrowienia
  • tilia7 11.01.10, 22:40
    Tak,ja wierzę intuicji i uważam,że to kościół odciąga nas od Boga zawracając
    głowę pierdółkami i odwracając nasza uwagę od tego,co naprawdę jest istota
    rzeczy.Wierzę w Dobro i Zło,może to mniej więcej podobna sprawa,jak Twój
    Szatan.Ale ja wierzę,że Dobro i Zło to nasze dwa oblicza,każdy je ma
    potencjalnie w sobie i od nas zależy co zatriumfuje.Jak już kiedyś pisałam :nie
    ma co oskarżać szatana o nasze uczynki bo to jest spychologia.
    Sedno sprawy jest chyba jedno-ale drogami podążamy do niego innymi.

    Pozdrawiam
  • osmiorniczka030 12.01.10, 20:06
    Czesc :-)

    W kwestii tych "pierdólek"... Widzisz, Kosciol stoi na strazy
    przestrzegania Przykazan Bozych. Maja one jeden cel - zapobiegac
    szerzeniu sie Zla. Gdyby wszyscy ich przestrzegali, mielibysmy swiat
    idealny, nie mowiac juz o tym, ze zylibysmy w Raju, a nie na tym lez
    padole, bo Pan Bog nie musialby wysylac nas do "szkoly" po nauke.

    Chetnie podyskutowalabym z Toba na temat tych "pierdólek," ale nie
    jest to juz temat na to forum.

    W kwestii Szatana... Masz racje. Wole jak to nazywasz
    moja "spychologie", niz Twoja "lepiej-nie-wiedziec-logie" (film) ;-)
    A tak na powaznie "spychologia" bym nazwala jedynie twierdzenie,
    jakoby Szatan odpowiadal za nasze uczynki, a obie wiemy, ze wcale
    tak nie jest. On tylko przygotowuje odpowiednia scene w naszym
    zyciowym "Teatrzyku."

    I tak oto jedna przepuscila druga przez maszynke :-) Pora troche
    odpoczac. Dziekuje Ci za to wspolne poszukiwanie. Myslimy bardzo
    podobnie, tylko inne mamy "metody badawcze". Wazne, ze dochodzimy do
    podobnych wnioskow, a co najwazniejsze - ze zycie po smierci
    istnieje.

    Pozdrawiam.

    P.S. A o olowki sie nie martw. Mam ich jeszcze troche ;-)
  • first.marionetka 12.01.10, 20:30


    Dorośli nigdy nie rozumieją niczego sami i dzieci są zmęczone wiecznym
    udzielaniem im wyjaśnień - "Mały Książe".

    Kochane dziewczyny, wszystkie drogi prowadzą do tej samej prawdy......
    prawdy, którą poszukujemy.
  • tilia7 12.01.10, 22:52
    Zgadza się.A ten piękny cytat przypomina nam,że tylko świat odbierany naiwnie i
    prosto,z serca,tak jak odczuwają go dzieci,pozwala nam tą prawdę nie tyle
    zrozumieć i poznać,ale choć czasem zobaczyć i dotknąć:)
  • annubis74 12.01.10, 21:31
    Droga Ośmiorniczko, na temat koncepcji wiary już nie chcę się
    wypowiadać majac jeszcze w pamięci pewne dyskusje które zakończyły
    się niemiłymi zgrzytami na tym forum. ale abstrahując od kwestii
    wiary uważam że nie ma ona zbyt wiele wspólnego z kościołem jako
    instytucją jak najbardziej ziemską i dotkniętą takimi samymi błędami
    co cała reszta. Kościól stoi na straży tego by utrzymać w rękach
    rząd dusz, który jest mu potrzebny do jak najbardziej ziemskich
    celów.
  • osmiorniczka030 12.01.10, 22:17
    Droga Annubis!

    Jak juz powiedzialam jest to juz inny temat do dyskusji. Szanuje
    Twoja opinie, ale sie po dnia nie podpisuje.

    Pozdrawiam.
  • tilia7 12.01.10, 22:43
    A ja się niestety podpisuję pod tym co pisze Annubis.Kościół POWINIEN stać na
    straży przykazań i zasad religii,ale tego,niestety nie robi i przytoczę tu słowa
    lubianego przeze mnie księdza Tischnera:"Nie znam nikogo,kto by został ateistą
    po przeczytaniu dzieł Lenina i Marksa.Ale znam mnóstwo osób,które zostały
    ateistami po rozmowie z własnym proboszczem".Taka jest niestety bolesna prawda.

    Ale masz rację,że odpoczynku trochę się przyda.A szczegóły zawsze możemy dogadać
    kontynuując korespondencję prywatną,bo mam nadzieję,że nasze dyskusje
    teologiczne Tilki i Ośmiorniczki nie wpłynęły negatywnie na koleżeńskie relacje
    Kasi i Ewy:)
  • osmiorniczka030 13.01.10, 00:10
    Wrecz Przeciwnie! Czuje, ze coraz bardziej nas ze soba wiaza :-)

    Jestesmy jak to mowisz "niczym dwa oblicza Tego Samego, splecione ze
    sobą nierozerwalnie" ;-)

    A po mojemu, to nadal potrzebujesz ewangelizacji ;-)

    Odezwe sie niebawem.

    Pozdrawiam.
  • galaksy46 09.01.10, 00:59
    Pozwolę sobie nie zgodzić się z tobą. Dla mnie cierpienie nie ma żadnego
    pozytywnego sensu. Cierpię fizycznie od 2 roku życia. Jestem niepełnosprawna.
    Mam bardzo silne bóle którym nie można zaradzić. Skutek mojego cierpienia jest
    taki, że jestem zgorzkniała, osamotniona, nie umiem rozmawiać z ludźmi, ponieważ
    zawsze byłam od nich odsuwana, więc nie nauczyłam się z nimi współżyć na co
    dzień. Jedynymi bliskimi mi osobami była moja mama i mój jeszcze żyjący, ale
    bardzo schorowany ojciec. Żadne cierpienia fizyczne ani cierpienie związane z
    utrata mamy nie dało mi absolutnie nic pozytywnego. Chyba jedyna pozytywna
    rzeczą moim życiu będzie moja śmierć.
  • osmiorniczka030 09.01.10, 15:18
    Droga Galaksy!

    Przede wszystkim chcialam Ci powiedziec, ze bardzo mi przykro z
    powodu Twojego wielkiego cierpienia i tego, ze tak wlasnie ulozylo
    sie Twoje zycie. Doskonale wiem, co znaczy wielkie cierpienie. Choc
    sama nigdy fizycznie nie cierpialam, to z cierpieniem mojego Taty
    zmagalam sie od najmlodszych lat. Wiem rowniez, co znaczy odrzucenie
    i ogromna samotnosc. Naprawde bardzo mi przykro...

    Wracajac do tematu cierpienia, to chce, zebys wiedziala, ze ja wcale
    nie probuje nikogo przekonac do tego, ze cierpienie samo w sobie
    jest czyms dobrym, a tym bardziej do tego, ze zamieni sie w cos
    pozytywnego w wymiarze ziemskim.

    Nasze zycie sklada sie z cierpienia, ktore jest nam po prostu dane.
    Samo w sobie jest zle, bo wyniszcza czlowieka. Jednak uwazam, ze
    mamy mozliwosc zamiany cierpienia w dobro, jesli tylko przyjmiemy
    wole Boza i ofiarujemy je Bogu w darze za innych. Nasze cierpienie
    jest jedna z nielicznych rzeczy, jakie mozemy Bogu ofiarowac.

    To od nas zalezy, czy z cierpienia wyniknie cos pozytywnego, ale nie
    w wymiarze ziemskim, lecz w wymiarze duchowym, do ktorego wszyscy
    zmierzamy.

    Tylko jesli przyjmiesz wole Boza i ofiarowujesz swoje cierpienie za
    innych, mozesz nadac swojemu cierpieniu sens. Ale dobro zobaczysz
    dopiero po drugiej stronie. Pamietaj, ze ten, kto ma udzial w
    cierpieniach Chrystusa, bedzie mial udzial w Jego chwale.

    Mam taka swoja mala teorie, ze ci, ktorzy ofiarowuja Bogu swe
    wielkie cierpienie sa meczennikami. A dusze czysccowe mowia nam o
    tym, ze meczennicy odbywaja swoj Czysciec na Ziemi i po smierci
    zabierani sa od razu do Nieba.

    Patrzac z perspektywy Nieba, to wlasnie ci najbardziej cierpiacy sa
    przez Boga wyroznieni. Jak powiedzialam niosa z Jezusem Krzyz, maja
    udzial w zbawieniu innych dusz, za co po smierci otrzymaja wysoka
    nagrode. Jak wielkie bylo cierpienie, tak wielka bedzie nagroda,
    czego z calego serca Ci zycze.

    Pozdrawiam.
  • agalt 09.01.10, 17:36
    Kochana Galaksy,
    przeczytałam Twój post rano i tak bardzo chciałabym Cię pocieszyć.
    Długo myslałam, co mogłabym Ci napisać. A kiedy ponownie weszłam na
    forum, żeby do Ciebie napisać, wszystko, co chciałam powiedzieć
    napisała juz Ośmiorniczka.
    Przytulam Cię ciepło
    ania/

    --
    Lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach
  • olaopolanka 09.01.10, 16:54
    Galaksy46, mysle,ze masz duzo racji...Najchetniej i najlatwiej teorii na temat
    cierpienia snuja osoby, ktore same nie cierpia.Nawet wspolodczuwanie z Bliskim
    to nie to samo,choc tez wtedy sie bardzo cierpi.Ale z tego co piszesz Twoj bol
    jest pernamenty, dlugotrwaly, wyniszczjacy Cie rowniez psychicznie i to jest tym
    bardzej bolesne.Nie bede Ci pisac na co masz przeznaczyc swoje cierpienie,czy
    masz je ofiarowac Bogu czy komukolwiek? Mysle, ze nie mam prawa tak Ci pisac, w
    obliczu Twego cierpienia moge sie tylko pochylic i mocno Cie przytulic. I prosze
    badz tu na forum.Pozdrawiam Cie cieplo.
  • agalt 09.01.10, 12:05
    Wielkie dzięki, Ośmiorniczko za ciepłe słowa...
    Nie wiem, jak to jest z tym egzaminem. Bo widzisz, u mnie to nie
    jest chyba wiara. Ja bym to raczej nazwała wiedzą.
    Kiedy umierał mó Tato, byłam bardzo daleko od Kościoła. Byłam
    przeciez taka mądra. Logiczne myslenie to moje drugie imię. Jak
    miałam wierzyć, że ktoś, kto jest miłością, posłał na śmierć swojego
    ukochanego syna, żeby odkupił tych, ktorzy go mają w nosie. To gdzie
    niby jest miłość do tego syna? I jeszcze do tego Maria, stojąca pod
    Krzyżem, cierpiąca po cichu. Nie protestująca, nie stawająca na
    głowie, żeby ratować swoje jedyne dziecko...
    Tato miał pierwszy zawał. Potem pękła przegoda w sercu. Jeszcze
    dojechał do Krakowa, jeszcze przeżył operację. Ale serce nie podjęło
    już czynności. Nie dawano mu żadnych szans.Byłam w Krakowie z Mamą.
    Umierała z przerażenia. Zapytałam kogoś o szpitalną kaplicę.
    Chciałam, żeby się mogła pomodlić. Weszłyśmy, uklęknęłam obok niej.
    Była pewna, że Tato wyzdrowieje. Byłam naiwną kretynką. I nagle
    usłyszałam "U mnie będzie mu lepiej, u mnie będzie mu lepiej, u
    mnie..." Nie mogłam sie skupić, ani przywołać żadnej innej myśli.
    Tylko te słowa. Powtarzane w kółko. I - niech ktoś to spróbuje
    zrozumieć - dające poczucie spokoju(!!!). Mój Tato był wspaniałym
    człowiekiem. Mądrym cierpliwym, gołębiego serca. Rodzice bardzo sie
    kochali. A do mnie dociera myśl, że on umrze i jestem spokojna. Boję
    sie tylko o Mamę.
    Potem powrót do domu, w drodze tajemniczy stuk jakby cos się popsuło
    i telefon. I wtedy płacz, ból, poczucie straty. Ale ja płaczę nad
    SWOIM cierpieniem. Bo wiem, że jemu jest lepiej.
    Kiedy umierał J, prawie do ostaniego momentu nie wierzyłam i robiłam
    co w mojej mocy, żeby nie dopuścić. Ale cały czas ze świadomością,
    że robię to z czystego egoizmu. Z poczucia, że to nam będzie
    strasznie bez niego, bo Jemu TAM będzie lepiej.

    Pozdrawiam
    a/
  • osmiorniczka030 09.01.10, 17:49
    Witaj Agalt!

    Nawet nie masz pojecia, jak bardzo zazdroszcze Ci tej wiedzy.

    Wiem, ze takie rzeczy sie zdarzaja, sama o nich pisze na forum.
    Wiele osob mi opowiada o takich doswiadczeniach, ale ja sama tak
    bardzo chcialabym doswiadczyc czegos podobnego i nic! Czasami mi sie
    wydaje, ze niczego takiego nie doswiadczam, bo moja wiara jest "na
    wlasciwym poziomie". Wiem, ze takie sytuacje dotykaja albo osob
    wyjatkowo swiatobliwych albo tych, ktorzy nie dowierzaja lub sa
    daleko od kosciola.

    Chcialam Cie zapytac, czy kiedy slyszalas ten glos, to slyszalas go
    w swojej glowie, czy tez dochodzil z zewnatrz? A drugie moje pytanie
    dotyczy Twojej mamy - czy ona tez ten glos uslyszala?

    Mam tez przeczucie, ze podobnych przygod mialas jeszcze kilka. Czy
    sie myle?

    Wiem, ze po drugiej stronie jest lepiej. My nawet nie jestesmy
    sobie w stanie tego wyobrazic, jak wspaniale TAM jest, bo myslimy
    kryteriami ziemskimi.

    Mozesz byc pewna, ze zarowno Twoj Tata, jak i J. sa w dobrych
    rekach.

    Pozdrawiam.
  • agalt 09.01.10, 20:49
    Witaj Ośmiorniczko

    Ja wiem, że Im jest dobrze. Ta wiedza pomaga mi przetrwać.
    Ale nie zazdrość mi. Ja sie boję wlasnych myśli. Jak słusznie
    przypuszczasz, zdarzyło mi sie jeszcze kilka takich sytuacji.
    Pierwsza nawet wcześniej niz ten głos. Tata podwozil mnie do
    krawcowej. Był 25 lipca. Pamietam dokładnie, bo bardzo chciałam
    odebrać sukienkę przed imieninami. Tato był bardzo skupiony,
    poważny. Trochę bolał go kręgosłup. Kilka lat wcześniej mial stan
    przedzawałowy. Brał leki. Poza tym, na nic nie chorował.
    Powiedziałam "Uśmiechnij się, Tato. Nie wiadomo, ile nam jeszcze
    będzie dane sie do siebie usmiechać". Nie mam pojęcia, dlaczego to
    powiedziałam. 27 sierpnia Tato miał zawał. 31 sierpnia odszedł.
    Potem widziałam śmierć, a wlaściwie umieranie J, kiedy nawet nie
    mieliśmy pojęcia, że jest chory. WIDZIAŁAM - nie śniło mi się. Tylko
    nie rozumiałam tego, co widzę.
    Co do tego głosu, to przez dwa lata nie przyznałam się nikomu do
    tego. A kiedy powiedziałam Mamie, ona przyznała, że tez go słyszała.
    Ale ból po smierci Taty był tak wielki, że zapomniała o tym. A może
    też się bała, że pomyślę, że odebrało jej zmysły. Ale słyszała to
    samo, co ja. Głos, właściwie nie w głowie, tylko jakby w całej
    sobie. Bardzo spokojny, kojący, powracający jak fala. Próba myśli,
    jak próba zostawienia śladu w mokrym pisku. I w tym momencie fala "U
    mnie ...". Żadnej natarczywości, uporu, nacisku. Jakby morze
    zabierało z powrotem wyrzuconą na brzeg meduzę, a ktoś tłumaczyłby
    dziecku "W wodzie będzie jej lepiej"...
    Kiedy umierał Tato, rzeczywiście byłam bardzo daleko od Kościoła.
    Potem miałam wrażenie, jakby cały czas ktoś sie mną opiekował. Potem
    spotkalam J. Codziennie dziękowałam Bogu za niego... i nie tylko.
    Ale nie sądzę, by można było mnie nazwać światobliwą osobą...

    Pozdrawiam
    --
    Lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach
  • osmiorniczka030 11.01.10, 02:00
    Witaj Agalt!

    Ciesze sie, ze masz taka pewnosc odnosnie tego glosu. Ja pewnie bym
    pomyslala, ze albo zwariowalam albo mi sie wydawalo. A Ty masz
    dodatkowo potwierdzenie, ze glos ten slyszala rowniez Twoja Mama. I
    jak Ci tu nie zazdroscic?

    U nas w rodzinie rowniez zmarla Babcia we snie powiedziala mojej
    siostrze, ze jeszcze w tym roku Tata umrze (nic na to jeszcze wtedy
    nie wskazywalo) i tak tez sie stalo. Naprawde dziwny jest ten swiat!

    Ja tez czuje swego rodzaju opieke Taty nade mna i cala rodzina.
    Ziarko do ziarka, wydarzenie do wydarzenia i wychodzi z tego
    prawdziwa opieka.

    Pozdrawiam serdecznie.
  • agalt 11.01.10, 21:15
    Witaj Ośmiorniczko,

    To prawda, że w takich sytuacjach najłatwiej jest poddać w
    wątpliwość własny zdrowy rozsądek, czy nawet tak zwaną normalność.
    Moja pierwsza reakcja była identyczna. Tak jak napisałam, przez dwa
    lata nikomu o tym nie wspomniałam. Bynajmniej nie dlatego, że jestem
    taka tajemnicza i chciałam to zachowac tylko dla siebie.

    Dziękuję za Twoje posty

    Pozdrawiam ciepło
    a/
    --
    Lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach
  • osmiorniczka030 11.01.10, 22:54
    Droga Agalt!

    A ja Ci dziekuje za Twoje posty, bo takie relacje bardzo mi pomagaja.

    Pozdrawiam.
  • sonja12 08.01.10, 18:25
    mocnakrysiu, doskonale cię rozumiem, mojej mamy już nie ma prawie
    trzy lata, a ja obraziłam się na boga - własciwie przestałam w niego
    wierzyć, kiedyś chodziłam do kościoła rzadko , a teraz tylko chodzę
    na msze za mamę.
    księdza tez nie przyjmuję , organisty też, wiem ,że mama byłaby zła
    na mnie , że tak postępuję, ale mama całe życie chodziła do
    kościoła ,a bóg jej nie pomógł. Mimo ,iż minęly trzy lata, brak mi
    strasznie mamy, zmawiam wieczorem modlitwę , - ale za mamę.
    wiem ,że żle robię , ale jestem zła, barzdo zła na boga.
  • tilia7 08.01.10, 22:41
    Wiarę można odnaleźć tylko w sobie i tylko w odpowiedni dla siebie sposób.Więc
    tak naprawdę nikt Ci Mocnakrysiu nic nie doradzi chyba.Sama zobaczysz,czy Twoja
    droga pójdzie w stronę wiary czy od niej odejdzie.Kryzys wiary w sytuacji
    śmierci bliskiej osoby jest normą.
    Co do próśb,których Bóg nie spełnia,to cóż,naiwnością jest oczekiwanie,że
    spełniał je będzie i to w takiej formie w jakiej my byśmy tego chcieli.To jest
    wręcz nierealne,bo cóż by miał zrobić na przykład gdyby dwie stojące obok siebie
    osoby modliły się w jednym momencie :jedna o deszcz a druga o suszę?Bóg nie jest
    pierścieniem Arabelli.To tylko kościół nam tak naiwnie i głupio wmawia,że
    modlitwą możemy wyprosić wszystko.A to nie jest tak.Jeśli ktoś się modli i
    naprawdę w te modlitwy wierzy, to rzeczywiście coś dostaje:siłę,wewnętrzne
    wyciszenie,poczucie że nie jest w swoim bólu sam.Ale na spełnienie zachcianek
    czy próśb raczej nie ma co liczyć,niestety.
  • karnivora 09.01.10, 02:28
    > Jeśli ktoś się modli i
    > naprawdę w te modlitwy wierzy, to rzeczywiście coś dostaje"\


    tak

  • mocnakrysia 19.01.10, 19:41
    Bardzo bym chciała w to uwierzyć co pisze karnivora. Im więcej się modlę tym
    jest w moim życiu gorzej. Dziś był u nas ksiądz z wizytą duszpasterską. Miałam
    go nie przyjmować ale pomyślałam że mama pewnie by nie chciała żebym to zrobiła
    i mój mąż bardzo chce normalności i chciał tej wizyty. Powiedziałam księdzu o
    moich dylematach a on nie umiał mi nic sensownego powiedzieć i po prostu zmył
    się po angielsku. Nie mam szczęścia do ludzi, w tej żałobie, jeszcze nie
    spotkałam nikogo na swej drodze kto by mnie pocieszył lub coś wytłumaczył ( no
    oczywiście oprócz was tu na forum). Powiem szczerze że liczyłam na jakąś
    sensowną rozmowę z księdzem - mam rozumieć że Pan Bóg o mnie nie pamięta.
  • agalt 20.01.10, 19:04
    Witaj Krysiu,
    Pan Bóg o Tobie pamieta. Tylko najwidoczniej wierzy w Twoją mądrość
    i chce, żebyś do pewnych rzeczy doszła sama. To wielkie zaufanie.
    Dobrze, że przyjęłaś księdza. Dobrze, że chcesz bliskim dać
    normalność, której potrzebują. A ksiądz też człowiek. Widać źle Cie
    zrozumiał. Pewnie odebrał Twoje wątpliwości jako chęć wyżalenia się,
    wygadania, a wtedy mądrzej jest nie przerywać ani nie prostować.
    Kiedy J był chory, przyjmowali księdza tylko we dwóch z moim synem,
    bo ja byłam jeszcze w pracy. J bez włosów po radioterapii, ale pełen
    optymizmu, a ksiądz uciekł szybciutko. A to bardzo dobry ksiądz.
    Potem, kiedy przychodzil w piątki z Komunią, bo J juz nie wstawał
    powiedział mi, że nie chciał wtedy przeszkadzać, bo myślał, że może
    J się chce położyć.
  • huarani 29.01.10, 00:24
    Pan Bóg daje nam takie krzyże jakie jesteśmy w stanie unieść uznał, że
    jesteś mądrą i silną kobietą. Dlatego nie odwracaj się od niego,
    pamiętaj, że Bóg jak żebrak ciągle stoi i czeka obok. a to co spotyka
    cię tutaj jest niczym w porównaniu do tego co Pan zgotował tym którzy
    go miłują. A ksiądz to tylko człowiek.
    --
    14.09.2007 (+) Nie używam shifta, bo nie lubię wielkich słów;)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka