Dodaj do ulubionych

czy u Was było pdobnie?

18.05.10, 14:52
ZA miesiąc minie rok od śmierci mojej Mamy?
Od kilku tygodni mam takie dziwne niepokojace wrażenie
jakbym dopiero zbliżała się do chwili kiedy to wszystko się wydarzy,
z pełną świadomością że to się zdarzy i z całkowitą świadomością że
już się zdarzyło.
Nie umiem wytłumaczyć do końca tego uczucia, ale mam wrażenie jakby
czas się zapętlił, jakby za chwilę miała przeżyć deja vu. Jak
z "Dnia świstaka".
Po krótkiej chwili kiedy poczułam się już trochę lepiej wszystkie
wspomnienia dotyczące zwłaszcza okoliczności pobytu Mamy w szpitalu
i Jej śmierci wróciły z nową mocą.
Przeżywałyście coś takiego? Cz powinnam jednak zwrócić się do
jakiegoś specjalisty po pomoc
Edytor zaawansowany
  • agalt 18.05.10, 17:07
    Mam tak od dwóch miesięcy:(
  • hanka_m 18.05.10, 17:21
    Bardzo podobne miałam odczucia do Ciebie, moja Mama zmarła zaraz po świętach
    Bożego Narodzenia w 2008 roku i przed następnymi świętami czułam coś bardzo
    podobnego. Nawet zapach jodły źle na mnie działał (a wcześniej bardzo lubiłam).
    Myślę, że to są normalne odczucia w żałobie, w rocznice wszystko wraca do nas ze
    zdwojoną siłą.
  • tilia7 18.05.10, 17:40
    Identycznie.Przed rocznicą byłam tak niespokojna,jakby dopiero miało
    się wszystko stac.Czułam jak jakaś straszna energia koncentruje się
    w tym dniu i w tej dacie.Masakryczne uczucie rozdwojenia jaźni,bo
    przecież,wiem,że już się stało a mimo to czułam,że dopiero się
    stanie.Napięcie było tak skrajne,że po powrocie do domu z cmentarza
    w dniu rocznicy mój mózg mnie wyłączył całkiem,ale to całkiem na
    wszelkie uczucia.
    Ja mam w ogóle okropne zaburzenia z odbieraniem upływu czasu,krótko
    mówiąc nie czuję,że jest czas.Tego roku w ogóle nie umiem rozbic na
    mniejsze części:miesiące,dni.Dla mnie ten rok to jedna wielka kula
    bólu.Pamiętam jakieś strzępki wydarzeń,ale w ogóle nie czuję
    linearności czasu.Nie pamiętam,że były pory roku.Od rocznicy nic się
    pod tym względem nie zmieniło.Może jedynie jak jadę na cmentarz to
    za każdym razem mam wrażenie,że nie byłam chyba z miesiąc albo
    dłużej a w rzeczywistości jestem co tydzień.
    Ogólnie dla mnie jest niezmiennie jeden i ten sam dzień - dzień "po"
  • first.marionetka 21.05.10, 07:57
    ….. Tilio, napisałaś „ nie czuję, że jest czas”.
    W ogóle pięknie ujęłaś to co czujemy ( wpis z 18-go).
    Tak, czuję dokładnie to samo.
    To było wczoraj….. jeszcze wczoraj mogłam mojego syna przytulić, to
    było wczoraj.
    I długie dziś, po tym wczoraj.
    Już nawet nie denerwuje mnie, że za długie…. widocznie tak ma być.
    Pogodzenie? Rezygnacja? Nie wiem, ale widocznie tak ma być…
    Myślę sobie, że nie zwariowałyśmy.
    Nasze myśli wzniosły się wyżej, stąd więcej widzimy.

    Wiesz, tym Twoim wpisem uświadomiłam sobie, że dla innych ludzi obok
    mnie czas płynie jak płynął i dla nich odejście naszych bliskich
    umiejscowione jest np. pół roku, rok itd.i stąd oczekują, żeby
    inaczej spojrzeć na naszą stratę, dla nas to „ zawsze wczoraj” daje
    zupełnie inne spojrzenie.
    I myślę sobie, że nie do końca zatrzymałyśmy się, bo to przecież
    niemożliwe. Świat funkcjonuje jak funkcjonował, ale w naszych
    myślach jest to „ wczoraj”, które jest niezrozumiałe dla innych…..
    Dla mnie to wczoraj, to cały mój świat dziś. Gdzie idę widzę to
    wczoraj i mojego syna, blisko, obok, gdzieś dalej, ale wiem, że
    niedługo wróci…. to chyba już tak będzie, to ta nadzieja, że jest
    obok, że jest to wczoraj.
    …. Może jaśniej, dobrze mi z tym, że czas nie istnieje, znów
    jesteśmy blisko………
  • tilia7 21.05.10, 13:16
    Masz rację Marionetko,czas płynie i my oczywiście jakoś płyniemy z
    tym czasem.Mimo naszych tragedii,świat nie zechciał się zatrzymac i
    jak się kręcił,tak się kręci.Ale jakaś wewnętrzna częśc nas
    została "tam"-własnie "dzień po".
    Teraz Ty pięknie napisałaś:"Dla mnie to wczoraj, to cały mój
    świat dziś."
    - no właśnie.To "wczoraj" zawiera w sobie całą
    miłośc,całą nadzieje,wszystkie najpiękniejsze wspomnienia a
    jednoczesnie najczarniejszą rozpacz,najboleśniejszy ból,najgłębszy
    szok.Wiadomością o śmierci ukochanego zostałam zaskoczona,gdy
    wysiadłam wieczorem w środku miasta z tramwaju.Świat nie tyle
    stanął,co zniknął.Zniknął całkiem-tego się nie da opisac.Nie ma
    wtedy NIC i to NIC potrafi wchłonąc jak czarna dziura.Nocy nie było-
    pamiętam tylko,że siedziałm na łóżku skulona,bez słów,bez łez,w
    kompletnej pustce,w kompletnej ciszy,bo świata nie było.Bałam się
    nawet położyc,bo w moim poczuciu nie było łóżka.Siedziałam tak do
    rana.A potem wstał dzień i dotarło do mnie,że świata naprawdę nie
    ma.Naturalną koleją rzeczy moje myśli i moje serce zostały tam,gdzie
    świat był.Nie mogę poddac się czasowi i odejśc stamtąd,bo to jest
    jedyny realny punkt zaczepienia.Gdzie niby można "pójśc" po końcu
    świata?

    "Nasze myśli wzniosły się wyżej, stąd więcej widzimy."-masz
    rację Marionetko.Więcej widzimy i więcej wiemy.Spojrzałyśmy śmierci
    prosto w oczy i wytrzymałyśmy to spojrzenie.Byc może jesteśmy przez
    to silniejsze.Ale wiedza,którą mamy i to spojrzenie "z góry"
    powodują,że naprawdę jesteśmy już Inne i wewnętrznie przebywamy
    Gdzie Indziej.Zapewne w sensie "choroby" nie zwariowałyśmy.Ale ja
    osobiście czuję się nienormalna,wyobcowana,inna w tym świecie,który
    nie rozumie,że ciągle jest "dzień po".I sama sobie przyglądam się
    wciąż podejrzliwie,sprawdzając,na ile mam kontakt z
    rzeczywistością,na ile potrafię się dostosowac do tych dziwnych norm
    jakie tu panują:(

  • first.marionetka 21.05.10, 15:55

    Ja teraz, tak naprawdę nie oczekuję, żeby świat mnie „ inną „
    zrozumiał, zaakceptował.
    Nie jest mi to do niczego potrzebne.
    Chcę zaakceptować sama siebie inną. A nie jest to takie proste.
    Tilio, Ty już potrafisz pisać o swoich uczuciach, już się z nimi
    zmierzyłaś.
    Ja nadal jestem skulona w sobie, pytająca „ jak to”…..
    Uczę się żyć inaczej, uczę się z ludźmi takimi jak My, bo Ich słowa
    porządkują moje wnętrze.
    Spalone, ale z dziwnie bijącym sercem. Bo w nim jest ta moja miłość.
    Ta miłość , która nie może umrzeć…. Ma być wieczna, aż do spotkania
    z moim dzieckiem.
    Nie ma we mnie pogodzenia, ale żal jakby inny. Podnoszę się dla
    Niego, żeby był ze mnie dumny…. Chyba tak zamierzam żyć. Czy mi się
    uda? Pewnie tak – cel szczytny, wiara w spotkanie graniczy z
    pewnością ( moją pewnością wygenerowaną w bólu, żeby nie zwariować
    tak naprawdę). A tak po prawdzie, to chyba miałam wiarę na spotkanie
    z bliskimi, którzy odeszli dużo wcześniej.

    Teraz zrozumiałam, że na bardzo dużo spraw w naszym życiu nie mamy
    wpływu. To się dzieje wbrew nam. I trzeba to zaakceptować. A
    przynajmniej przyjąć do wiadomości.

    Na chwilę obecną ten mój ból, żal podzieliłam na mniejsze
    „ kawałeczki” i jest wewnątrz spokojniej. cóż głowa nie wytrzymała
    muru….
    Zrozumiałam oczywistość, że też jestem śmiertelna i że mogę się z
    Nim spotkać szybciej niż mi się to wydaje. Bo przecież nie znamy
    dnia, ani godziny.
  • tilia7 22.05.10, 09:55
    "Chcę zaakceptować sama siebie inną. A nie jest to takie proste.
    ".
    Mnie też tylko o to chodzi,żebym ja umiała życ z sobą samą.Na
    akceptacji świata mi nie zalezy.Ja go nie akceptuję tak całkiem to i
    on mnie nie musi.Ale chciałabym czuc się sama ze sobą bezpiecznie i
    pewnie.Chciałabym się umiec sama ze sobą wewnętrznie pogodzic,żeby
    nie toczyc ciągle,w każdej minucie tej zajadłej,wewnętrznej walki
    między chęcią Życia i Nieżycia.Bo w tej chwili cokolwiek robię,robię
    wbrew sobie samej.Kidy staram się jakoś życ,jakoś sobie radzic,jakoś
    dbac o siebie,dopuścic jakiekolwiek pozytywne myśli-destrukcyjna
    częśc mnie aż syczy z nienawiści do mnie samej i pluje jadem w
    oczy,miota się,buntuje i wścieka.Bo nie chcę życ,wcale nie chcę.Bo
    czemu muszę życ,kiedy On nie żyje?A kiedy się poddaję tej destrukcji
    i wpadam w całkowitą apatię i rozpacz,zaczyna wrzeszczec na mnie ta
    jakaś wewnętrzna siła życiowa,która stawia na siłę na nogi,daje kopa
    w d... i mówi Wstań!Wstań i walcz tchórzu.Walcz o siebie.I tak w
    kółko.To jest nie do zniesienia.Kiedyś znalazłam taki cytat,że są
    ludzie,którzy "nie mają ani chęci do życia,ani odwagi do
    śmierci".Tak właśnie się czuję.
    Chciałabym móc na sobie polegac.Niech będzie ból,niech będzie smutek-
    na to nic już nie poradzę,wiem.Ale niech nie będzie tego cholernego
    lęku,przerażenia o drugiej w nocy,kiedy nagle mam wrażenie,że osuwam
    się w przepaśc.Niech nie będzie tej paniki,kiedy jakiś
    niespodziewany czynnik wywołuje lawinę wspomnień i nagle czuję,że
    zaraz braknie mi tchu.Żebym sama sobie mogła zaufac,sama siebie
    utulic w tym bólu,sama sobie byc oparciem.
    Staram się znaleźc sens w tym wewnętrznym zmaganiu się ze sobą,w tej
    walce o siebie ,wbrew sobie.Jest to trudne,piekielne trudne.

    Potrafię mówic o swoich uczuciach,tak Marionetko,to prawda.Choc
    szczerze mówiąc,często czuje,że subtelności i różnorodności tych
    odczuc nie da się ując w słowa,nie da się nikomu
    wytłumaczyc.Bezcenna umiejętnośc jaką posiadam,to umiejętnośc
    rozpoznawania i nazywania tego,co czuję.To na pewno mi jakoś
    pomaga.Ale to nie zmienia faktu,że ja też-jak nawet wczoraj
    pisałam,niezmiennie zaskoczona,zszokowana,zadziwiona i
    nierozumiejąca pytam:"Jak to nie żyje?"
  • annubis74 25.05.10, 15:03
    Doskonale rozumiem te uczucia o których piszesz Tilio.
    Być może u mnie część destrukcyjna nie jest aż tak silna...
    Bardziej jest to apatia, ogólne zniechęcenie, niechęć, obojętność
    czuję jakby świat obok był tylko dekoracją a życie spektaklem w
    dodatku nudnym, który nie jest w stanie mnie zaabsorbować.
    Patrzę teraz na doniesienia o powodzi, myślę sobie, że powinnam
    wpłacic jakieś pieniądze, może znaleźć jakieś zbędne rzeczy, które
    ludziom pozbawionym wszystkiego się przydadzą.
    Zawsze byłam typem "zaangażowanym". A teraz to wszystko przeplywa
    przed moimi oczami i nie ejstem w stanie się przejąć nieszczęściem
    innych.
    Nie znoszę siebie, nienawidzę, czuję ze stałam się/staję osobą samej
    sobie obcą... Miota się między tą apatią, a krótkimi chwilami, kiedy
    probuję się poderwać do działania.
    Nie mogę ufać swoim reakcjom, nie mogę polegać na sobie
  • kopciuszek125 18.05.10, 19:01
    W czerwcu tego roku minie trzy lata, a mnie niedawno ogarnął tak straszny smutek
    wszystko stanęło przed oczyma jakby to się stało w tych dniach. Była bardzo
    chora, cierpiała i na samym początku taka ulga że już nie cierpi z biegiem czasu
    jest coraz gorzej tak strasznie mi jej brakuje tak strasznie tęsknię za nią.
    Ciągle mam przed oczyma jej twarz i dopiero niedawno mogłam oglądać zdjęcia
    mojej mamy. Nie wiem czy możecie sobie wyobrazić, że nie pamiętam takiej nocy
    żeby mi się nie śniła. Tylko we snach nigdy mi nie mówi jak jej jest tam na
    drugim świecie. Był nawet taki moment że nie mogłam nawet zaglądać na ta stronę
    byłam tak zdołowana, ale coś mnie znowu ciągnie.
  • mala_1984 18.05.10, 23:50
    Mam identyczne odczucia w snach... Mama wraca, mam świadomość co się stało, ale
    jestem taka szczęśliwa, że jednak wróciła, po czym ponownie choruje, identyczne
    uczucia strachu, dlawienie w gardle, czuje niemal do tej pory jej zapach z
    ostatniego snu(a bylo to ok 2 tyg temu) i potem znowu jestem przy tym jak
    odchodzi. Straszne uczucie!!!!! NIEWYOBRAZALNIE STRASZNE!!! Ponownie ten
    okropny, dlawiacy bol sciskajacy tak mocno gardlo...

    To tylko albo AZ sen, ale taki realistyczny jakbym przezywala te zdarzenia
    ponownie. Mimo tego strasznego uczucia nieustannie czekam, az przysni mi sie
    mama. To chyba nigdy nie minie...
  • annubis74 19.05.10, 22:04
    Dziękuję Wam za odpowiedzi. Nie wiem czy to właściwe słowo - ale to
    pocieszające że nie tylko mnie się to zdarza. Może rzeczywiście przy
    okazji rocznic, szczególnych okoliczności te wszystkie uczucia się
    spiętrzają, uderzają z nową gwałtownością. Ja też mam problem z
    upływem czasu, wydaje mi się że wszystko przepływa gdzieś koło mnie
    a ja nie biorę udziału w tym życiu, upływie czasu, jestem poza nim.
    Mała, napisałaś że Tobie coś takiego zdarza się w snach. ja prawie
    nie śnię, choc kiedyś miałam realistyczne i surrealistyczne sny. Od
    czasu śmierci Mamy ich nie pamiętam. Mama śniła mi się jeden raz i
    tylko ten sen zarejestrowałam. MNie to męczące uczucie zdarza się na
    jawie. Mam świadomość że Mama nie żyje, a z drugiej poczucie, że to
    dopiero nastąpi, ze powinnam biec, ratować, pomagać, przygotować się
    na walkę z chorobą. A potem jest to uczucie bezsilnośći. Że nie mam
    dokąd biec, kogo ratować.
  • ollaa86 20.05.10, 02:04
    U mnie mija dopiero pół roku. Ale czas przede mną ciężki. Zbliża się rok, kiedy
    choroba zaczęła się ujawniać... Niestety ujawniła się całkowitym zwaleniem z
    nóg. Przede wszystkim Jego, lecz tym samym i mnie. Znowu czuję strach, jakby to
    wszystko dopiero miało nadejść... Ale tym razem czuję nieuchronność złego
    zakończenia. Rok temu miałam nadzieję, karmiłam się nią do samego końca, żeby
    nie oszaleć, żeby trwać przy nim, by do samego końca trzymać Jego coraz
    zimniejszą dłoń...
    Teraz nie mam żadnej nadziei, a będę musiała przeżyć wszystko jeszcze raz... Tak
    bardzo boję się, że tym razem zwariuję...
  • tilia7 20.05.10, 11:29
    Niewielka to pociecha,ale jednak zawsze-z punktu widzenia
    psychologii to zapętlenie czasu w okolicach rocznicy jest zjawiskiem
    jak najbardziej normalnym i nie oznacza,że się zwariowało.Ja też
    miałam wątpliwości,bo to odczucie jest naprawdę bardzo silne i tak
    straszne,że trudno je ogarnąc,ale psycholog,do której chodzę mówi,że
    w mniejszym lub większym stopniu przeżywa to każda osoba,która
    straciła bliską osobę.Ten pierwszy rok jest zawsze takim szokiem po
    śmierci,przeżywamy go trochę w takim amoku,jakby był czymś
    nierealnym.Emocje sięgają szczytu,bo nie potrafimy przywyknąc do
    nowej sytuacji,ból zaślepia,trzeba przeżyc pierwsze święta bez
    ukochanej osoby,pierwsze jej urodziny bez niej,pierwsze swoje
    urodziny bez niej,pierwszą rocznicę ślubu itd.Przed faktyczną
    śmiercią ukochanej osoby nie byliśmy przygotowani na to,że ta osoba
    odejdzie.Jednych ta śmierc zaskoczyła całkiem znienacka,inni
    towarzyszyli chorym bliskim,ale do końca mieli nadzieję.Więc wtedy
    nie bylismy gotowi na zetknięcie ze śmiercią.I dlatego te
    uczucia,które normalnie czulibyśmy wtedy(strach,że to się zdarzy)
    odczuwamy dopiero teraz,kiedy już wiemy,że się zdarzyło.
    Tylko tak Wam mogę doadac otuchy-nie wariujecie,mimo,że pewnie
    nieraz Wam się wydaje,że właśnie tak jest.
  • olaopolanka 20.05.10, 21:43
    Nie bylam w stanie tu pisac od jakiegos czasu, 29 czerwca minie rok jak Mama
    dostala zawalu, a pozniej 3 miesiace walki, czuje,ze tym razem ja umieram i tak
    jakby Mama umierala drugi raz, mam wrazenie,ze dostane obledu.Rozumiem
    racjonalnie,ze z punktu psychologii takie stany w zalobie sie zdarzaja ale nie
    ma to dla mnie zadnego znaczenia bo ja to naprawde czuje.Agalt rozumiesz
    mnie,prawda?
  • margolka-and-more 20.05.10, 22:23
    22 maja.... 25 maja... 26 maja... 27 maja.... maje maje maje... 7
    czerwca... 19 czerwca...1 lipca... 2 lipca.. 9 lipca.. 11 lipca... 17
    lipca... 20 lipca... straszny 28 lipca... 30 lipca... i dzień po dniu
    aż do 10 sierpnia, Boże mój. Zaraz się zacznie to okrutne odliczanie.
    Może - urealni się to wszystko wreszcie? Wszystkie Was przytulam mocno.
  • margolka-and-more 22.05.10, 00:38
    A więc jest dzień pierwszy. Stacja pierwsza.
    Odchodziła od pierwszych do ostatnich czereśni. Uwielbiała je.
    Wynalazłam dla Niej pierwsze, wyszukałam i ostatnie.
    Tak, tak długo owocują czereśnie. Tak szybko się odchodzi.
    Nie interesuje mnie teraz moje własne cierpienie. Jest - w pewnym
    sensie - sprawiedliwe i zgadzam się na nie. To, co rzuca mnie na
    ziemię, to absurdalność Jej cierpienia. Ja nie chcę. Dziś ciągle nie
    chcę, żeby wydarzyło się przed rokiem.
  • tilia7 22.05.10, 09:32
    Masz rację.To Ich cierpienie boli najbardziej.Nie powiem,że tak z
    pokorą całkowitą zgadzam się na swoje.Ale niewątpliwie wolę cierpiec
    ja niż myślec,że cierpiał On.Dla mnie wciąż fakt,że mimo całej mojej
    miłości,cierpiał tak bardzo,że uciekł od tego cierpienia,to,że byłam
    obok i nie mogłam pomóc - to jest męka największa z możliwych.To
    jest też mój największy zarzut wobez Miłości.Bo Miłośc powinna
    ocalac,powinna chronic,powinna...
  • margolka-and-more 22.05.10, 22:28
    Tilio, ja usłyszałam wreszcie to upragnione "teraz to ja chcę żyć".
    Taka byłam wtedy szczęśliwa... I zaraz potem Szef zdecydował, że game
    is over. Wierzę, że to jednak Szef, kimkolwiek On jest. I nie
    potrafiłam Jej tego wytłumaczyć inaczej, niż cały czas tłumaczę
    sobie: jakiś to musi mieć sens. Ale nie mam pojęcia, jaki. Moja
    dewiza życiowa: carpe diem z nadzieją na jutrzejsze memento mori.
    Bardzo ładnie pozwala pędzić codzienny żywot i nikomu nie przeszkadzać. Mi nie wolno przeszkadzać. Tilio, nie śmiem
    przyrównywać swojego bólu do Twojego - nie straciłam ani mamy, ani
    męża, ani ukochanego, ani dziecka. Straciłam "tylko" moją K. Jak Ty
    to kiedyś pięknie określiłaś - najważniejsze Spotkanie mojego życia.
    I nie strata boli - bo miłość ocala, zobaczysz. Boli - że Ją bolało,
    a ja nic nie mogłam.......
  • tilia7 23.05.10, 22:20
    Ja z powodu straty cierpię.Niestety jest tak,że w miłości jesteśmy zawsze trochę
    egoistyczni.Może Jemu jest lepiej-mam nadzieję,że tak-ale mnie bez Niego jest
    piekielnie źle.Można by oczywiście miliony słów na temat poczucia straty
    napisać.Ale przychodzi mi przede wszystkim na myśl,to,co kiedyś przepięknie
    napisała Marionetka:Z jednym skrzydłem można żyć.Ale latać nie można.
  • margolka-and-more 23.05.10, 23:10
    Niestety można żyć. I niestety nie można latać... Więc wymyślamy
    sobie jakieś sztuczne skrzydła, żeby śmiesznie podskakiwać pod niebo.
    Ja przynajmniej tak mam... Co i rusz mam nowy pomysł na sztuczne
    skrzydło. Teraz - wydaje mi się, że nie zostałam bez Niej jednak.
    Egoizm w miłości... Tak, handlując z Szefem o Nią w lipcu zeszłego
    roku rzuciłam i tę ofertę - niech mnie choćby znienawidzi, byle by
    była zdrowa... Oferty nie przyjęto. Więc do końca byłam kochana i
    potrzebna. A Szef wygrał przetarg na mojego Anioła. Biznes
    eschatologiczny lub inaczej ironia losu. A ja staram się pamiętać, że
    mi się wcale nie należało, to co mnie spotkało. Tak mi łatwiej. Taka
    kolejna proteza skrzydła. Tylko proteza.
    Tilio, nic Ci moje gadanie nie pomoże, ani nikomu, może mnie samej -
    to właśnie mój egoizm. Byle bym tylko nie skrzywdziła. Nie pozwól,
    żebym skrzywdziła.
  • tilia7 24.05.10, 11:44
    O to się droga Margolko nie bój.Skrzywdzona już jestem ponad ludzką
    miarę i tak napełniona bólem i krzywdą,że już nie przyswajam
    więcej.No i poza tym mam jednak dośc ugruntowane poglądy na różne
    sprawy,niełatwo na mnie wpłynąc,niełatwo zasugerowac cokoliwiek czy
    jakoś na mnie oddziaływac.Czytam wszystko,co tu piszecie z jednakową
    uwagą.Ale każda wypowiedź przechodzi przez bardzo gęste sito moich
    osobistych doświadczeń i odczuc,i przyswajam tylko to,co dla mnie
    dobre,ważne,sensowne.To się dzieje niejako automatycznie.W Twoich
    wypowiedziach odnajduję dużo dobrego i sensownego,nie wiem czym
    miałabyś kogokolwiek tu skrzywdzic.
    Każdy z nas ma swoje sposoby na radzenie sobie z bólem.Ja nie szukam
    protezy skrzydła,raczej próbuję życ bez latania.Źle mi idzie,bo
    trudno sens odnaleźc w życiu bez latania,kiedy poznało się czym jest
    latanie.Ale też się staram wierzyc,że nie zostałam bez Niego tak
    naprawdę.Że może przez tą śmierc jest nawet bardziej mój.Że jest
    przy mnie zawsze,mój Anioł Opiekuńczy.
    Czego mnie nauczyło to forum to to,że nie ma jednej uniwersalnej
    mądrości,jednej drogi dla każdego.Dobrze czasem spojrzec na drogę
    kogoś innego,mozna czasem mądre,cenne obserwacje z tego "spojrzenia"
    wynieśc.Czasem można poczuc ulgę,że inni też idą tak trudnymi
    drogami,też upadają a jednak wstają w końcu i ida dalej.Ale
    najważniejsze jest to,aby trzymac się własnej drogi i budowac własną
    mądrośc.Nawet,jeśli w kompletnych ciemnościach trzeba jej szukac na
    ślepo.
  • margolka-and-more 26.07.10, 22:57
    ...stacja już któraś tam. 26 lipca, poranek. Gdy nam powiedziałaś, że już wiesz. Nie wprost. Napisałaś o swojej miłości do nas. Moje serducho rzuciło się przez Wisłę do Ciebie.
    Zobaczę Cię za cztery dni. I już zostaniemy razem - do końca.
    Kwiatuszko moja, ale dlaczego właśnie Ciebie to spotkało?................
  • tilia7 20.05.10, 23:04
    Olu,ja wiem,że to niewiele pomaga,bo sama dostaję obłędu-a w każdym razie tak
    czuję.Chciałam Wam tylko napisać,że jeśli nasz stan w ogóle można nazwać
    normalnym to to są normalne odczucia dla tego właśnie stanu.Wiem,że to żadna
    pociecha,wiem aż za dobrze,bo każdego dnia się zastanawiam,czy jeszcze się w tej
    "normie" mieszczę,czy jednak zwariowałam:(
  • kasik2222 21.05.10, 08:32
    Tilia, nie zwariowałaś. U mnie 25 minie 2,5 roku. I mimo że układam
    sobie życie z kimś innym, to i tak mam wrażenie, że jestem "inna".
    Zawsze będę. Ból siedzi w środku i zadziwia że jest. Jak to? to
    dalej wydaje mi się niemożliwe. Niemożliwe że Darka nie ma. Że ja z
    kimś innym. A przecież mamy dziecko. Więc gdzie on, dlaczego nie
    przy nas?
    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym
    światem...
  • tilia7 21.05.10, 12:47
    Kasik,dzięki za wsparcie.Ja też czuję,że jestem inna i wiem,że inna
    będę już zawsze.Tak bardzo inna,że nie z tego wręcz świata.Nie chcę
    nawet się spotykac z dawnymi znajomymi,bo jak wytłumaczyc,że tamtej
    Kasi już nie ma,nie ma naprawdę,że jestem zupełnie kimś
    innym:inaczej czuję,inaczej myslę,inną mam wrażliwośc,że już mnie
    nie śmiesza dawne żarty,że tak naprawdę nie mam nic nikomu do
    powoiedzenia-no,chyba,że ten ktoś przeżył równie bolesną stratę i
    jest w stanie zrozumiec,o czym mówię.Takie osoby,jak ja powinny miec
    mozliwośc zamieszkac w rezerwacie dla żałobników:(Jak nie czuc
    się "wariatem" kiedy śmiac się potrafię tylko złośliwie,to co innych
    cieszy,we mnie wywołuje smutek a czasem świat po prostu
    znika,całkiem,i zostaję tylko ja i Otchłań:(
    Po roku i niecałych dwóch miesiącach pytanie:"Jak to nie żyje?"
    nadal jest centrum mojego życia.Zadziwienie,szok,kompletne
    niezrozumienie-oczywiście teraz przeżywane już bardziej świadomie-
    ale wcale przez to nie mniej bolesne i straszne.
  • first.marionetka 24.05.10, 11:41
    Tilio, wiadomo, że jesteśmy " inne".
    Byłoby nie do pojęcia, gdybyśmy pozostały niezmienione po stracie.
    To niemożliwe.
    Nie trzeba tworzyć rezerwatów dla żałobników,wewnętrznie i tak
    stworzyliśmy enklawę do której nie wpuszczamy " obcych".
    Dlatego tu, na forum tak świetnie wymieniamy swoje myśli.
    Przecież w tłumie można umrzeć z samotności, bo można się odgrodzić
    od tego tłumu....... i czuć się jak na bezludnej wyspie.
    Te bezludne wyspy tworzymy w swojej głowie, świetnie wiecie co mam
    na myśli.
    Ja wyszłam do ludzi, którzy nie wiedzą o moim bólu.......
    niesamowite, ale na te parę sobotnich godzin zapomniałam o całym
    moim obecnym świecie. Tym świecie z bólem.
    I choć było to miejsce gdzie bywaliśmy razem, wśród tych obcych
    ludzi poczułam się jakby On za chwilę miał podjechać na rowerze i
    powiedzieć " cześć, masz fajną pogodę na zdjęcia...
    On tam żył, był z nami...... nic nie bolało......
    Moje myśli wypełniły się spokojem.
    Zrozumiałam tam, że właśnie robię coś na czym potrafię się skupić.
    A mało jest takich spraw, rzeczy na których potrafię się skupić.
    Ten czas "tam" przemówił do mnie, że " każdy ma swoje buty i swoją
    drogę"... i że ja właśnie szukam swojej.
    Że nie będzie to fruwanie zaplanowane wcześniej, to już wiem, ale
    może jakieś " raczkowanie" do spotkania...
    Przez te kilka chwil nie byłam tą oszukaną przez los marionetką,
    tylko kimś otwartym na dalszą drogę.....
    tam ziemia zlała się z niebem, znów byliśmy razem.
    Tilio, tam nie czułam się tym " wariatem" jak czuję się wśród ludzi,
    którzy patrzą w moje wypalone oczy a ja odczytuje z ich wzroku"
    straciła syna, nie umarła??? dla nich umarłam.
    Dla siebie żyję,już inaczej, ale żyję dalej. Sporo mam do
    przemyślenie, przegadania w sobie.
    Myślę, że starczy mi czasu aby " coś" zrozumieć.......
  • tilia7 25.05.10, 23:05
    "dla nich umarłam.
    Dla siebie żyję,już inaczej, ale żyję dalej. Sporo mam do
    przemyślenie, przegadania w sobie.
    Myślę, że starczy mi czasu aby " coś" zrozumieć..
    " - Marionetko Twoje słowa
    skojarzyły mi się z alchemicznym poszukiwaniem Kamienia Filozoficznego.Tam też
    trzeba "umrzeć dla świata" i w odosobnieniu przejść najciemniejszą ciemność,żeby
    potem móc osiągnąć jasność i pojąć Tajemnicę Życia.

    I jeszcze jedno skojarzenie.Przeczytałam ostatnio gdzieś takie piękne
    zdanie:"Tylko my sami jesteśmy sobie dani na zawsze".Bolesna to prawda,ale tym
    bardziej prawdziwa.I myślę,że najważniejsze faktycznie jest dla nas teraz to,aby
    z samymi sobą dojść do ładu,aby właśnie "to wszystko przemyśleć,przegadać w
    sobie" i aby nauczyć się żyć ze sobą-inną,nową sobą,aby w sobie samej znaleźć
    siłę,oparcie,ukojenie.
  • first.marionetka 31.05.10, 12:27

    "Tylko my sami jesteśmy sobie dani na zawsze".

    Tilio, to takie prawdziwe, a zarazem okrutne.
    Kochasz KOGOŚ, jest dla ciebie ważny i odchodzi.
    I nie masz na to wpływu, nikt cię nie pyta o zdanie,
    nikogo to nie obchodzi czy dasz radę.
    Taki jest ten świat od zawsze.
    Może po przejściu tej „ ciemnej strony życia”
    ujrzymy światło wiedzy, zrozumienia.
    Ale póki co rollercoaster, góra – dół, zawrót głowy….
    Już się wydaje, że coś się zgadza, za chwilę nic nie pasuje.
    I nie ma tu mądrych, nie ma odważnych.
    Przynajmniej ja takich nie dostrzegam.
    Jak w tym wszystkim się odnaleźć? Jak żyć?
    To co kiedyś cieszyło, teraz nasączone jest przeżytym bólem.
    Przyszłość nie pociąga, wręcz przypomina o przeszłości.
    Czy to się kiedyś skończy?
    Dla jednych tak, dla drugich nie i nie jestem pewna,
    czy to tak do końca od nas zależy.
    Ale jakoś trzeba iść do przodu. Choć to nie jest to o co
    mi w życiu chodziło.
    Ale, czy ktoś pytał mnie o zdanie? Nie!!! I dlatego tak
    trudno się odnaleźć w tej innej, nie mojej rzeczywistości.
    A póki co, jutro następny, bardzo trudny dzień……………………………………
  • annubis74 25.05.10, 10:10
    Tilio, dla mnie pytanie "Jak to nie żyje?" wciąż jest tym, które
    dźwięczy w mojej głowie jak echo. Jest w nim ciągle ten sam szok,
    niezgoda, nieakceptacja, bunt i tęsknota. Ale nie wiem czy mając do
    wyboru opcję "rezerwatu dla żałobników" bym się na nia zdecydowała.
    Czasem mam wrażenie że siedzę w takim rezerwacie czy raczej getcie
    dla ludzi dotkniętych żałobą. PO śmierci Mamy wiele osób powtarzało
    mi banały o pogodzeniu się, o tym że taka jest kolej rzeczy, o tym
    że śmierć jest naturalnym procesem. A z drugiej strony ich
    zachowanie temu przeczyło - jedni uciekali, omijali, inni próbowali
    zagłuszyc mój żal głupimi żartami.
    Interesuję się antropologią, etnografią wiele czytam nt. rytułałów,
    obrzędów. W "niecywilizowanym" świecie istniały rytułały iobrżedy
    załobne, mające przeprowadzić żałobników przez okres od chwili
    śmierci poprzez pogrzeb aż przez proces żałoby, miały pomóc
    zaakceptować i pogodzić się ze śmiercią. Byli wokół ludzie,
    społeczność, która akceptowała i szanowała fakt, że żałobnik jest
    objety okresem ochronnym , ale też go nie izolowała. Dziś w
    cywilizowanym społeczeństwie śmierć staje się sprawą wstydliwą, bo
    przecież najważniejsza jest dbra zabawa, optymizm, żart, hedonizm.
    Zamiast pociechy ze strony bliskich czy przyjaciół mamy płatnego
    psychologa i garść pigułek.
  • tilia7 25.05.10, 12:30
    Interesuję się antropologią, etnografią wiele czytam nt.
    rytułałów,
    > obrzędów. W "niecywilizowanym" świecie istniały rytułały iobrżedy
    > załobne, mające przeprowadzić żałobników przez okres od chwili
    > śmierci poprzez pogrzeb aż przez proces żałoby, miały pomóc
    > zaakceptować i pogodzić się ze śmiercią. Byli wokół ludzie,
    > społeczność, która akceptowała i szanowała fakt, że żałobnik jest
    > objety okresem ochronnym , ale też go nie izolowała. Dziś w
    > cywilizowanym społeczeństwie śmierć staje się sprawą wstydliwą, bo
    > przecież najważniejsza jest dbra zabawa, optymizm, żart, hedonizm.
    - Annubis,pisząc o rezerwacie,to miałam własnie na myśli.Że
    teraz w społeczeństwie,w tej jego części,która nie została dotknięta
    stratą,nie ma miejsca na przeżywanie żałoby.Wszyscy albo odwracają
    oczy,albo doprowadzają do szału mądrymi radami,albo na siłę próbują
    nam wmówic,że już,już natychmiast mamy przestac,bo przecież życie
    toczy się dalej.Otóż nasze się nie toczy,a w każdym razie nie tak
    jak się toczyło i potrzebujemy się nad tą śmiercią,nad tym grobem
    zatrzymac.Wypłakac,przezyc ból,zastanowic się nad sensem,nad
    sobą,nad życiem.Potrzebujemy czasu,żeby rozsypane puzzle poukładac
    na nowo.W zwykłej codzienności nie ma na to miejsca.I forum nasze
    jest w pewnym sensie takim rezerwatem-tu wszyscy dotknięci żałobą
    rozumiemy się nawzajem,szanujemy swój ból i dajemy sobie
    wsparcie.Tworzymy społecznośc,która zastępuje te dawne rytuały(też
    czytam o tym,bo antropologia,obrzędowośc,religijnośc,magicznośc i
    ich wpływ na psychologię i kulturę człowieka to również mój obszar
    zainteresowań).Pisząc o "rezerwacie dla żałobników" miałam na myśli
    miejsce, do którego moznaby uciec choc na jakiś czas.Niekoniecznie
    zostac na zawsze,ale móc schronic się tam,dopóki nie uda nam się
    wynegocjowac jakiejś ugody z "normalnym" światem
  • shope 31.05.10, 23:42
    święte słowa, sama czasem zastanawiams ię jak jestem w stanie
    chodzić do pracy skoro spotkało mnie coś tak okropnego a jednak idę
    dalej. Niestety. Nie mogę się odnieść do rocznicy bo u mnie świeża
    rana:( Ale mogę powiedzieć, że w życiu nie czułam się tak
    nieszczęśliwa i pozbawiona sensu życia. Tzn. wyobrażam sobie kolejny
    tydzień, miesiąc czy może nawet rok - ale nie potrafie sobie siebie
    wyobrazić, że żyję mając 40 - 50 czy 60 lat! Nie chcę tego - nie
    chcę się pogodzić z faktem , że będę musiała przżyć taki kawał życia
    bez mojego taty :( Nie mam męża ani dzieci i nie chcę mieć - jak mam
    stanąć na ślubnym kobiercu i sie cieszyć chwilą? Przecież to już
    nigdy nie będzie dla mnie radościa :( Pieprz** takie życie!
  • annubis74 01.06.10, 15:31
    Shope, bardzo Ci współczuję z powodu śmierci Taty
    i doskonale rozumiem co czujesz. U mnie za niespełna miesiąc minie
    rok od śmierci Mamy, a ja nie umiem tego roku ogarnąć. Nie wiem czy
    minął jak chwila bo przecież jeszcze ciagle wydaje mi się że przed
    chwilą widziałam Mamę żywą, radosną i pełną planów, czy też trwał
    całą wieczność, bo tęsknię jakbym Jej nie widziała wieczność.
    Wiem, ze to najgorszy rok w moim życiu, ale... nie umiem sobie
    wyobrazić tego, że jestem/będę kiedyś szczęśliwa, a z drugiej
    strony, ku mojemu zdumieniu wraca do mnie chęć życia. Są chwile
    radości (związane głównie z moją córką), są chwile kiedy chcę wrócić
    do życia, wyjechać, wyjść do kina, na kawę z przyjaciółką.
    czuję ukłucie bólu, bo chciałabym czymś miłym, radosnym podzielić
    się z moją Mamą i nie mogę. Pewnie to bolesne ukłucie będzie mi
    towarzyszyć już zawsze. ostatnio obchodziłam imieniny, było miło,
    nawet byłam zdziwiona że jakoś tak dobrze się bawiliśmy, ale
    później, kiedy goście sobie poszli, musiałam odreagować. Płacz,
    płacz, płacz... Pewnie tak już będzie zawsze.
    Mam nadzieję że i ty odnajdziesz kiedyś radość, chociaż nasza radość
    już na zawsze będzie naznaczona smutkiem i nieobecnością osób dla
    nas ważnych, kochanych, ktorych w takich chwilach będzie nam
    szczególnie brakować.
  • amberka2 04.06.10, 00:00
    U mnie rowiez bylo i jest podobobie jak u Ciebie.

    Moja mama odeszla prawie poltora roku temu, a ja ciagle o niej mysle.
    W pewnym momencie bylam przekonana, ze juz sobie poradzilam z ta ogromna
    strata,ale bylo to tylko zludzenie. Nadal nie moge pogodzic sie z faktem, ze
    mama nie uczestniczy w zyciu mojej coreczki. Wiem, ze bylaby najlepsza babcia
    pod sloncem i jej nieobecnosc tak strasznie boli.

    Gdy nadchodzi kolejny miesiac np. czerwiec, to ja od razu mysle o ostatnim
    czerwcu w zyciu mamy. To bylo dwa lata temu i moja mam byla prawdziwym fanem
    pilki noznej. Na odleglosc, ale razem ogladalysmy mecze w ramach ME w PIlce
    noznej. Teraz zblizaja sie kolejne mistrzostwa w i na pewno znowu bede myslec
    o mamie, ale juz nie podzieli sie ze mna swoim entuzjazmen. To takie smutne.

    W lipcu minie kolejna juz druga rocznica od tej strasznej diagnozy. Pamietam
    dokladnie ten dzien, co robilam, jaka byla pogoda i telefon od kuzyna lekarza,
    ktory przekazal mi ta straszna wiadomosc. Potem siedzialam cala noc w necie i
    szukalam informacji o tej chorobie i juz wiedzialam, ze mama dostala wyrok.
    Nadal jest mi bardzo ciezko o tym pisac.

    Staram sie cieszyc zyciem. Ostatnio bylam na dluzszych wakacjach, wlasciwie
    pierwszych od trzech lat. Chodze czasem do kina, spotykam sie ze znajomymi. Ale
    bez mamy nic nie bedzie juz takie jak bylo.
  • agalt 21.05.10, 18:10
    Rozumiem, Oleńko.
    Przytulam Cię mocno
  • adoptowany 03.06.10, 23:24
    tak u mnie jest podobnie,bo wlasnie teraz mija rok od tragicznej
    smierci mojej coreczki.Od miesiaca mam poczucie ze to ponownie sie
    staje,kazda chwila kazda rozmowa i niemal kazda minuta wraca wraz z
    natretnym poczuciem mojej winy,ze bylem beznadziejnym ojcem ktory
    nie umial ochronic wlasnego dziecka.I kiedy tylko wchodze na gore do
    jej pokoju to serce mi peka..i nie potrafie powstrzymac
    szlochu.Jedno tylko wiem,nikt i nic tu na ziemi nie potrafi
    zlagodzic tego cierpienia po utracie najblizszej ci osoby.Czas nie
    leczy,a jedynie momentami poprzez inne intesywne doznania troche
    lagodzi bol.Jedynie w silna wiara i milosc w rodzinie pozwala
    przetrwac to wszystko.Trzymajcie sie.Pozdrawiam.Tata Justysi
  • ollaa86 21.06.10, 10:46
    Co za parszywy dzień... Pierwszy dzień lata... Dziś mija rok od pierwszego pobytu mojego G. w szpitalu, zaczyna się dla mnie piekło po raz drugi... Rok temu jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest tak źle, za miesiąc przyjdzie diagnoza, zaawansowany nowotwór z przerzutami, nieznane ognisko pierwotne... Wędrówka po szpitalach onkologicznych, żaden szpital nie chciał go przyjąć, dopóki nie odnajdziemy tego ogniska. Jak mieliśmy je znaleźć, skoro lekarze nie potrafili ze swoim cudownym sprzętem??? Łzy, łzy, łzy i bunt, i strach. Ten ogromny strach... Wszystko wraca ze zdwojoną siłą...
    Już nie mam sił, by przeżyć to po raz drugi! JUŻ NIE DAJĘ RADY!!!
  • margolka-and-more 21.06.10, 13:07
    Jedyne co w tym dobre - Ich piekło już na zawsze skończone. Już nic nie boli, już nie ma się czego bać, już wszystko ma sens. Ukochani nasi, umęczeni - trzymajcie Stamtąd nas, umęczonych...
  • ollaa86 21.06.10, 20:11
    Margolko, chciałabym wierzyć, że tak jest, że już nie cierpi, że jest szczęśliwy, że wciąż JEST... Że odnalazł już sens, dlaczego musiał odejść. On bardzo kochał życie, nie wymagał od niego wiele.. Tak bardzo nie chciał zostawić mnie tu samej. Wiem, że do końca bycia TU się z tym nie pogodził.
    Chciałabym wierzyć, że mimo, że jest gdzieś daleko, to cały czas jest blisko, że jest ze mną...
    Chciałabym wierzyć, że gdy przyjdzie mój czas, On będzie ze mną, nie z poczucia obowiązku, nie z wdzięczności, ale z MIŁOŚCI, tak jak ja trwałam przy Nim...
    Na razie tak bardzo CHCIAŁABYM WIERZYĆ...:(
  • tilia7 21.06.10, 22:34
    ollaa86 są przy nas na pewno i na pewno czekają.I jest Miłość.Ludzie
    umierają,Miłość nie.
  • margolka-and-more 22.06.10, 00:15
    Olu, to już wiele, to bardzo dużo, że chcesz wierzyć. To może nawet
    wystarczy na dziś. Pomyśl, ile razy wcześniej, gdy jeszcze mogliśmy Ich
    dotknąć, myśleliśmy, że ta miłość większa od nas, jakaś nie z tego
    świata. Że może nawet nas przerasta. Miłość sięga dalej niż zmysły i
    czas. A Oni kochają.
    Przecież kochasz mnie - więc Jesteś.
  • ollaa86 26.06.10, 01:54
    Tilio, zazdroszczę Ci tej pewności, mam nadzieję, że i ja jej dostąpię, gdy przyjdzie czas...
    Margolko, masz rację, ta miłość była, i wciąż jest, jak nie z tego świata. Tak wielu nam jej zazdrościło. Myślę sobie, że może dlatego dostąpiłam jej tak wcześnie (gdy Go pokochałam miałam tylko 13 lat), bo była nam pisana na tak krótko... To już nieważne... Nic już nie jest ważne.

    Boże błagam Cię ODDAJ MI GO!!!!!!!
  • tilia7 26.06.10, 10:16
    ollaa86 napisała:

    > Tilio, zazdroszczę Ci tej pewności, mam nadzieję, że i ja jej
    dostąpię, gdy prz
    > yjdzie czas...


    Olla nie masz czego zazdrościc,bo nie mam żadnej pewności.Tylko ośli
    upór,żeby w to wierzyc,bo cóż innego zostaje?

    Moja miłośc też była nie z tego świata,potwierdzając zasadę,że im
    coś piękniejsze i doskonalsze,tym bardziej kruche...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka