To co dal nam swiat niespodzianie zabral los....
02.08.2010roku,odeszla moja MAMA.Umierala w szpitalu,po trzydziestu czterech dniach pobytu.Przeszla dwie operacje,diagnoza-nowotwor zlosliwy trzustki.Widzialam jak cierpi,jak walczy do ostatniej chwili.I chociaz wiem,ze nie bylo ratunku,nie moge sie z tym pogodzic.Cierpienie jest straszne,ale tu nie musze nikomu tlumaczyc co przezywam.Ostatnie dni byla na morfinie,duzo spala,krzyczlam w duchu,glosno mowilam-walcz,albo odejc do Boga w ktorego tak wierzyla.Nie dal jej szansy,skryl objawy,zamaskowal wszystko.Gdy wyszlo na jaw ,co jej jest bylo za pozno na wyleczenie.Pozostal rozdzierajacy zal.Spedzilam z nia miesiac w szpitalu,cale dni,poza ostatnimi gdy byla na popie.Tam wpuscili mnie tylko dwa razy.Mowilam,ze ja kocham-ona nie byla wstanie odpowiedziec,ale sciskala moja reke,jakby chciala powiedziec -i na wzajem.Taki dobry czlowiek,zadam odwieczne pytanie-dlaczego ONA?.Wiem ,ze nie uzyskam odpowiedzi.Bylo by to zbyt proste.
Dziekuje za to forum,dzieki WAM,wiem,ze dam rade.Wiem,ze musze byc silna.
I przepraszam,ale nie moglam doszukac sie polskiej trzcionki.