Kochany Panie Boże,
Na początku chcę przeprosić, że tak długo się nie odzywałam, co najwyżej słałam Ci wnioski i formularze. Wydawało mi się, że zmieniłeś adres i że nic do Ciebie nie dociera. Właściwie ciągle nie jestem pewna, czy adres właściwy. Ale co tam.
Wiesz, długo nie mogłam Ci darować. Gdybyś choć jakoś wyjaśnił, dlaczego to zrobiłeś. Nie mi. Dlaczego Jej to zrobiłeś. Ja rozumiem, że się stęskniłeś i chciałeś Ją mieć przy sobie. Że być może szykowałeś już Tam dla Niej wspaniałą niespodziankę. Ale tak się po naszemu, po ludzku, nie robi. Przecież powinieneś to wiedzieć, przecież byłeś też człowiekiem… Nie daje się nadziei, żeby ją odebrać. Nie niszczy się dopiero co wywołanego uśmiechu. Po ludzku tak się nie robi.
Mogłeś wysłać po Nią anioły. Albo choć dać Jej zasnąć w spokoju, w domu. Bez tego wszystkiego………………
Pokazałeś mi ostatnio, że czasem potrafisz inaczej. Nawet jeśli też musi boleć. Ale nie aż tak.
Nie, to że wreszcie piszę do Ciebie wcale nie znaczy, że „się pogodziłam”. Albo że „zrozumiałam”. Nic z tych rzeczy. Przykro mi, jeśli Cię rozczarowałam.
Wiem, że Ty masz mi dużo do wybaczenia. Dlatego próbuję znowu podejść do Ciebie.
Chcę Ci podziękować.
Przypomniał mi dziś ktoś o… misjach. Że to nie tylko Amazonia i misjonarze z ogorzałą twarzą. Że czasem posyłasz kogoś komuś, żeby go wyciągnąć z bezbrzeżnej samotności.
Dziękuję Ci, że nas do siebie nawzajem posłałeś. Od początku czułam, że aranżacja tego Spotkania była Twoją sprawką.
To najlepsze, co ktokolwiek kiedykolwiek dla mnie zrobił. Najlepsze, co Ty dla mnie kiedykolwiek zrobiłeś.
Dziękuję Ci z całego serca.
Mam nadzieję, że kochasz mnie nadal, mimo że Cię nie rozumiem. Ja Cię kocham. I liczę, że Ona jest w Twoim sercu, że mogę Was kochać jednocześnie
Twoja na zawsze
g/