Dodaj do ulubionych

Jak się przygotować na odejście ukochanej osoby?

21.02.11, 14:35
Umiera moja Babcia. Jedna z najbliższych mi osób. Razem z Dziadkiem byli moim drugim rodzicem. Dziadek odszedł nagle, prawie 4 lata temu, wrócił do domu, usiadł na kanapie i umarł... Świat mi się zawalił, ból i otępienie były niewyobrażalne. Czas nie wyleczył wcale ran, trochę je tylko zabliźnił.
Teraz odchodzi Babcia. Od 1 stycznia w szpitalu. Walczy heroicznie, lekarze sami to przyznają, ale walka jest nierówna i coraz wyraźniej widać, że jej nie wygra.
Serce mi pęka za każdym razem kiedy na nią patrzę - na pokłute żyły, na spuchnięte coraz bardziej sine ciało, na monitor, który pokazuje każdego dnia słabsze serce...
A jak otwiera oczy i spogląda na mnie najbardziej niebieskimi na świecie oczami albo z wysiłkiem się do mnie uśmiecha, mam wrażenie że moje serce już pękło.
Dziękuję za każdy kolejny dzień - za to że mogę Ją pogłaskać po ręce, pocałować, przytulić, ale jednocześnie wiem, że upływ czasu coraz bardziej oddala Ją od wyzdrowienia, a przybliża czas rozstania...
Jak z tym żyć, pytam??? Nie wiem ile czasu nam jeszcze zostało, czy w ogóle został nam jeszcze jakiś czas w tej chwili, której to piszę...
Pomóżcie, bardzo proszę...
Edytor zaawansowany
  • first.marionetka 21.02.11, 14:47
    Zawsze odchodzą za wcześnie Ci, których kochamy.... i zawsze boli...
    Bądź przy Babci.... po prostu bądź.... patrz w Jej niebieskie oczy i nie pokazuj lęku....
    przytulam a/
  • mpa5 21.02.11, 14:49
    W moim przypadku wszystko wydarzyło się nagle, w ciągu 1 dnia. Myślę, że gdybym była w Twojej sytuacji to chciałabym spędzać z Babcią najwięcej czasu jak to możliwe, bo później już nigdy nie będzie można do tego wrócić. Nie wiem czy Babcia jest w stanie z Tobą rozmawiać, ale na pewno słucha, więc powiedz jej wszystko co chciałabyś, żeby usłyszała.

    Przygotować chyba się po prostu nie da.

    Przytulam
  • splean 21.02.11, 15:16
    Dziękuję za ciepłe słowa i przytulenie. Jest mi tak bardzo ciężko.
    Kończę pracę i jadę do szpitala. Jak codziennie. Szpitalny zapach mam na sobie wszędzie, nawet jak po wieczornej kąpieli smaruję twarz kremem. Ostatnio już chyba ze zmęczenia pojawiła się u mnie taka irracjonalna złość na innych chorych, którzy zdrowieją, wychodzą do domu...
    Potrzymam Ją za rękę, opowiem jak minął dzień, że coraz bliżej wiosna... Jaka wiosna?
  • mocnakrysia 21.02.11, 18:22
    Póty życia póki nadziei. Przytulam cię mocno.
  • gama2003 21.02.11, 18:47
    Przytulaj i mów do Niej. Naprzytulaj ile się da. Wspólczuję bólu oczekiwania....
    Przytulam, tylko tyle potrafię...
  • beattrix120309 21.02.11, 23:16
    Do śmierci ukochanej osoby nigdy nie będziemy gotowi.
    Ja byłam przy smierci mojej mamusi tak bardzo dawno temu...to juz 26 lat , potem babcia jedna ...druga ...dziadek.....a na koncu mój kochany mąz. Z nim byłam do końca to ja go żegnałam i mówiłam czekaj za mna kochany tam po tamtej stronie. Ja wiedziałam że odejdzie ale do końca nie byłam przygotowana...widziałam jak gaśnie z dnia na dzien....ale byłam czuwałam i patrzyłam w jego piekne niebieskie oczy które co dzień były bledsze.
    To były za razem pieknę i okropne chwile....trzymałam go za rekę a on wiedział że jestem blisko. W ostatnich chwilach nie mówiłam juz nic ...lub bardzo cicho zeby mógł odejść w spokoju......a serce moje pękało coraz bardziej.

    Przytulam mocno i modle sie za was...(((
    --
    Gdyby Miłość Moja Mogła Uzdrawiać,a Łzy Wskrzeszać...byłbyś...teraz Z Nami...Mój Kochany ..((
  • splean 22.02.11, 12:54
    Nie dane mi było kolejny raz Ją przytulić. Zaraz po wyjściu z pracy dostałam telefon. Babcia zmarła. Według lekarza o 14.30. W chwili, której pisałam pierwszego posta...
    Jestem odrętwiała, dzisiaj odebraliśmy ze szpitala duży niebieski worek z Jej rzeczami. W piątek pogrzeb.
    Dziękuję za dotychczasowe wsparcie prosząc jednocześnie o więcej, bo na pewno powrócę na forum.
  • proy0311 22.02.11, 13:17
    Jesteśmy tutaj. Wiesz. Przytulam Cię mocno.
  • margolka-and-more 22.02.11, 13:57
    Tak. Jesteśmy z Tobą.
  • ollaa86 22.02.11, 14:01
    Również przytulam najmocniej jak umiem...

    --
    "bezradni jak dzieci
    i doświadczeni jak starcy
    jesteśmy po prostu wolni
    to znaczy gotowi odejść"
  • gama2003 22.02.11, 16:07
    Przytulam i płaczę za naszymi Bliskimi Oddalonymi.
    Wróciły wspomnienia naszego szpitalnego pożegnania z Tatą, wiem co czujesz.....
  • splean 24.02.11, 20:57
    Nie wiem kiedy upłynęły te wszystkie dni od poniedziałku... Jutro pogrzeb. Siedzę i patrzę na przygotowane czarne ubranie i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że dam radę to przetrwać. Moja mama odrętwiała z bólu, muszę myśleć też o niej. Nie mam siły...
  • proy0311 24.02.11, 21:48
    To trudne przeżycie. Mi było ciężko znieść świadomość że będzie tam sporo obcych osób. Po czasie dopiero doceniłam ich obecność.
    Wtedy stanowczo myślałam...nie Piotr to przecież nie to ciało, tam tylko zewnętrzna powłoka ,on jest tutaj z nami...Nadal tak myślę.
    Dzisiaj przeczytałam " wierzyć w zwycięstwo śmierci to tak jak nie praktykować wiary"
    Jesteśmy....
  • gama2003 24.02.11, 21:58
    Przytulam najmocniej jak umiem, pamiętam siebie z tych chwil.
    Słowa są takie niedoskonałe ....Mocno Cię ściskam za rękę.
  • splean 28.02.11, 14:45
    Dziękuję wszystkim za wsparcie. To niesamowite ale poczucie wspólnoty tak dużo daje...
    Przeżyłam to, co mi się wydawało nie do przeżycia. A w tym momencie czuję się po prostu wyjałowiona.
  • gama2003 28.02.11, 15:03
    To forum wiele razy pomogło mi utrzymać się na powierzchni.
    Rób to, co serce Ci dyktuje, a kiedy odczujesz potrzebę pisania- tu zawsze będzie ktoś kto się odezwie. Przytulam.
  • splean 10.03.11, 15:41
    Przez półtora miesiąca walki mojej Babci o życie, bałam się co będzie jak Ona odejdzie. Potem bałam się jak przeżyję pogrzeb. A teraz ? Teraz już niczego się nie boję, bo dookoła tylko pustka. Głupia była, że bałam się wtedy, teraz jest dużo gorzej. I ta pustka już niczym się nie wypełni. Skończyłam wcześniej pracę, idealna okazja, aby odwiedzić Babcię - i zaraz ta myśl - nie ma Jej. I nigdy już nie będzie. Dni coraz dłuższe, pogoda coraz ładniejsza - tak bardzo czekała na wiosnę - nie doczekała się i już się nie doczeka. Brakuje mi Jej tak bardzo, że to boli, boli, boli...
  • bea1024 10.03.11, 18:03
    Wiem kochana jak to boli,my wszystkie to wiemy,ktore utracilysmy ukochane bliskie osoby.
    Tak to juz jest ,ze im bardziej kochamy tym bardziej cierpimy.
    Przytulam Cie bardzo mocno i jestem myslami z Toba
    mama Marcinka







  • suczka78 10.03.11, 20:40
    wiem co czujesz, wszyscy tu wiemy co czujesz...
    (*) dla Twojej babci
  • splean 14.03.11, 14:59
    Nie radzę sobie ze sobą ... Niby funkcjonuję normalnie -praca,dom. Ale mam takie wielkie napady smutku - paraliżujące po prostu. Wiosna za oknem mnie dobija. Życie idzie do przodu, ale ja potrzebuję zatrzymania, spokoju, ciszy...
  • gama2003 14.03.11, 16:05
    Kochana, nie próbuj siebie przeskoczyć. Wiem, co mówię....sama za duzo i za szybko chciałam i chcę. I juz płacę za to ....
    Potrzebujesz zatrzymania- zatrzymaj się, rób to co Ci serce dyktuje . Ono wie teraz najlepiej co robić. Ja chodziłam otępiała, chyba tak ratowałam się przed szaleństwem z rozpaczy.
    Znieczulona, chociaż żadnych leków nie brałam. Zamrożona. A chyba lepiej- czuć , płakać , dac upust rozpaczy niż dźwigac niewypłakane łzy. Nie obwiniaj się, masz prawo czuć się fatalnie, inna reakcja byłaby dziwna po pożegnaniu Kochanej Osoby.

    Przytulam Cię mocno i płaczę z Tobą, jutro miną 3 miesiące od odejścia mojego kochanego taty.... tęsknota to mój najtrudniejszy do niesienia ciężar..........
  • splean 15.03.11, 13:51
    Z zadowoleniem przywitałam pochmurny poranek. Teraz rozpogadza się. Wiosna. Babciu, co z Twoim ogródkiem - z czarnymi porzeczkami na nalewkę, z miętą ??? Kochana moja...
  • splean 21.03.11, 11:14
    (*) Cztery tygodnie... Nie mogę uwierzyć, że Cię nie ma.
  • splean 29.03.11, 13:57
    (*) (*)
  • splean 29.03.11, 14:07
    Co się dzieje z naszą rodziną??? W niedzielę 27 marca odeszła moja Ciotka. Mój chrzestny stracił żonę, a moi kuzynowie matkę trochę ponad miesiąc po starcie matki i babci.
    Ja znowu jestem oszołomiona, miotam się, mam wrażenie, że wszystko się chwieje, że nie ma już żadnych podstaw, żadnych fundamentów, bo gdzie znaleźć oparcie skoro ukochane bliskie osoby odchodzą? Moja mama jakby bardziej pochylona.
    Jutro kolejny pogrzeb.
    Oglądałam zdjęcia ze swojego wesela w październiku, obie tańczyły, uśmiechnięte, na wielu zdjęciach pod rękę. Poszły razem? Ale dokąd?
    (*) (*)
  • uayo86 09.05.11, 12:04
    Droga splean! W Twoich postach odnajduję siebie i cofam się myślami o rok... W marcu 2010 los zabrał mi Tatę, trzy miesiące później - Dziadka... Tym wydarzeniom towarzyszył gdzieś obok Smoleńsk, chmura pyłów wulkanicznych nad Europą, nieziemsko upalne lato, wyciek ropy w USA... Myślałam wówczas, że świat się kończy... Bałam się każdego dnia, żyłam jak w letargu. Chodziłam do pracy, studiowałam w weekendy, dorabiałam, dzień miałam wypełniony obowiązkami od 7 do 20 każdego dnia wraz z weekendami. Byłam kompletnie znieczulona, bierna, czułam się jak warzywo, które tylko egzystuje, ale tak naprawdę nie istnieje. Potem zaczęłam panicznie bać się śmierci. Odejście Rodzica, który przecież zawsze był, zawsze istniał udowodniło mi, że śmierć naprawdę istnieje i czyha na każdego z nas. Bałam się, że zachoruję nagle - na raka jak Tata lub na umrę nagle na zawał jak Dziadek. Bałam się każdego kroku na ulicy, bałam się jeść, żeby się nie udławić, bałam się myć, żeby nie zachłysnąć się wodą, bałam się jechać samochodem, bałam się żyć... Odrzucałam pomoc psychologa do czasu, kiedy uświadomiłam sobie, że już nie mam siły. Miałam 24 lata, a czułam się jak stara kobieta. Nie liczyli się dla mnie bliscy, którzy żyją i mnie potrzebują, tylko to, co i kogo straciłam i klasycznie - dlaczego oni? dlaczego ja? Zgłosiłam się na terapię z bardzo sceptycznym podejściem, bo przecież "co ona może wiedzieć"... Po kilku sesjach powoli doszłam do tego, że tak dalej być nie może. Te wizyty były dla mnie jak powolne wybudzanie się ze snu, a raczej z koszmaru. Uporządkowałam swoje życie, odnalazłam spokój, zaczęłam zdrowo się odżywiać, dbać o zdrowie, a nie tylko mówić, że dbam, uprawiam sporty, korzystam ze słońca, używam ekokosmetyków, nie przemęczam się, wprowadziłam minimalistyczny styl życia, nie zawalam nocy... A to wszystko po to, aby nadać życiu jakość - ile by ono nie trwało - dzień, miesiąc, 20 lat... Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że z poprzedniego roku prawie nic nie pamiętam, nie było mnie... Bardzo trudno określić ten stan, ale na pewno wiesz, co mam na myśli. Nigdy nie wierzyłam, że pogodzę się z sytuacją, co najwyżej się przyzwyczaję. Boli, ale faktycznie powoli się przyzwyczajam. Ale wiesz, co jest najpiękniejsze? Wiem, że mój Tata istnieje! Czuję Jego zapach, pilnuje mnie, zawsze spełnia moje prośby i pomaga rozwiązywać problemy! To cudowne uczucie, kiedy czuje się na sobie taki klosz ochronny. Splean! Rozmawiaj z Dziadkiem i Babcią, odnajdź ich! Potrzebujesz jeszcze wiele czasu, aż rana się zabliźni. Blizna zostanie na zawsze, ale staraj się jej nie naruszać. Rozmawiaj z bliskimi otwarcie o śmierci. Mówcie sobie, jak chcecie być ubrani do trumny, jak chcecie, aby wasz pogrzeb wyglądał. Brzmi makabrycznie, ale pozwoli Ci przyzwyczaić się do myśli, że jedyne, co nie ominie żadnego z nas to właśnie ona - Śmierć. Jeśli masz ochotę, odezwij się. Nie pomogę na pewno, bo w tej kwestii pomagamy sobie tylko sami, ale może rozmowa trochę ukoi Twój ból. Ściskam Cię mocno... Ola.
  • splean 12.05.11, 13:46
    Uayo86, dziękuję za Twój post. Bardzo mądry, sprawił, że się zatrzymałam, wróciłam.
    Organizm mój się zbuntował - w kwietniu tydzień byłam w szpitalu. Według wszelkiego prawdopodobieństwa organizm nie radził sobie ze stresem, napięciem, bólem. Taki krzyk z jego strony.
    Po powrocie do domu życie mnie porwało. Albo lepiej - sama uciekłam. Pozornie wszystko jest ok, ale to tylko tak wygląda. Żyję, a jakby mnie nie było. Nie mam teraźniejszości, jest przeszłość i przyszłość - rozpamiętuję i planuję.
    Muszę zacznąć myśleć o oswojaniu śmierci - póki co zupełnie z tym sobie nie radzę - nie ma tematu odejścia Babci - worek z rzeczami Babci ze szpitala stoi nieruszony w garażu. Jest jeszcze mieszkanie Dziadków. Nie umiem tam wejść, tam jest całe 30 lat mojego życia! Moja mama nie potrafi nawet o tym myśleć. Niedługo miną 3 miesiące, a ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że coś robię z tym mieszkaniem. Dlatego uciekam w niemyślenie. Mam do tego prawo? Sama już nie wiem...
  • zalamana1504 12.05.11, 23:53
    Droga splean właśnie od początku przeczytałam cała Twoja historię i śmię stwierdzić, iż bardzo podobna tragedia spotkała mnie, dlatego bardzo dobrze Cie rozumię i szczerze wspołczuję... wprawdzie całą swoją historię przedstawiłam już w temacie"to niesprawiedliwe",ale w skrocie opowiem po raz kolejny.Mam 27 lat i w swoim życiu przeżyłam śmierć pięciu najbliższych i najważniejszych mi osob...pierwszą z nich był moj 2tyg braciszek.Pięć lat temu zmarł Tata, ktory przez rok walczył z nowotworem.Miał tylko 44lata. miał tyle planow,dopiero co zdażył poznać pierwszego wnuka, mojego synka...Bardzo ciężko to przeżyłam, gdyż w chwili, gdy już umierał nie zdążyłam się z nim pożegnać...przed samym końcem wypowiedział moje imię...czekał za mną:(Strasznie odbiło się to na mojej psychice.Czas jednak nigdy nie wyleczył ran, a jedynie przyzwyczaił mnie do bolu.Życie musiało trwać jednak dalej,tłumaczyłam sobie ,że taka kolej życia.Kiedy myślałam sobie, że nic mnie już nie załamie,w zeszłym roku przekonałam sie jak bardzo sie myliłam...W sierpniu zeszłego roku dowiedziałam się, że moja Kochana Mamusia ma też nowotwor,ale rozsiany po całym organizmie.Lekarze dawali jej gora 2-3miesiące na przeżycie.Uczuć i myśli jaki wowczas mnie ogarnęły do dziś nie jestem w stanie opisać, bo tego po prostu nie da się opisać...zastanawiałam się czy wogole możliwe jest przygotować sie na śmierć osoby,ktora mnie urodziła.Nie minął nawet tydzień od postawienia diagnozy...Mamusia zmarła 30.08.2010, mając zaledwie45lat.Do dziś mam widok przed oczami, kiedy weszłam do Jej pokoju, a Ona...miała sine wargi...nie żyła!Cały moj świat legł w gruzach, nie chciało mi się już żyć,rożne głupie myśli przychodziły do głowy,straszny bol nie do zniesienia,żal do Boga, niechęć do całego swiata, to było jedyne co czułam.Wogole nie docierała do mnie ta myśl, że Jej już nie ma, dopiero po kilku tyg zrozumiała, że to się dzieje naprawdę.Musiałam być jednak silna,żeby opiekować się moimi dziadkami, z ktorymi mieszkała Mama.Oni też bardzo ciężko znieśli śmierć swojej corki i najbardziej mnie potrzebowali, zawsze traktowałam Ich jak moich drugich rodzicow, zawsze byli moim oparciem, nie pamiętam dnia, żebym Ich nie odwiedzała...Pięć miesięcy od śmierci Mamy, 03.02.tego roku Dziadek odszedł...na zawsze.On także przegrał walkę z okrutnym raczyskiem.Ostatni tydz był najgorszy, poprzez patrzenie na Jego straszne cierpienie my/babcia,ciocia i ja/ cierpiałyśmy jeszcze bardziej.Mimo tego, że bylismy z nim do samego końca,nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Bog w tak krotkim odstępie czasu zabrał Nam dwie najdroższe osoby.Jedynym małym pocieszeniem był fakt, że Tam Oni są już szczęśliwi i bynajmniej już nie cierpią...Najgorzej było mi w tym wszystkim zal babci, bo jak dotąd zawsze miała przy sobie meża i corkę, a teraz pozostało Jej mieszkać samej, z dobijającymi myślami...nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią dziadka, nie było nieprzepłakanego dnia ani jednej przespanej całej nocy... Dodam, że dziadkiem i mamą do samego końca opiekowałam się tylko ja, najlepiej jak tylko mogłam...codzienne odwiedziny na cmentarzu jeszcze bardziej pogłębiają moj smutek i bol...myślałam sobie, że skoro życie mnie już tak okrutnie doświadczyło, to nic mnie juz w życiu nie zaskoczy, to znow się pomyliłam. Niecały miesiąc temu,18.04 zmarła moja naukochańsza na świecie Babcia!Nikt sie tego tego nie spodziewałZmarła podobnie jak Twoja babcia o 14.30!Jestem w szoku i w jakimś amoku i jeszcze w to nie chce wogole wierzyć. Nie wierzę, że to sie dzieje naprawdę, dlaczego to spotkało właśnie mnie?Dlaczego Dziadek tak szybko zabrał Ją do Siebie??? Komu będę teraz zwierzać się ze swych problemow? Z kim będę oglądała Nasz ulubiony serial? Kogo będę odwiedzać skoro zostałam sama na tym okrutnym świecie? Mama ze swoimi rodzicami są już pewnie szczęśliwi Tam...a co ze mną? Po co żyć, skoro wszystko co najważniejsze przestało istnieć?To tak bardzo boli stracić troje najbliższych w ciągu ośmiu miesięcy, ta straszna tęsknota za Nimi...Teraz to jedynie co mi pozostało to wspomnienia, płacz, codzienne odwiedziny na cmentarzu no i właśnie mieszkanie Dziadkow, ktore stoi nietknięte od odejścia Babci,tak trudno mi jest tam wejść...spoglądam na zasłane pościelą łożko i widzę w nim Babcie...za każdym razem kiedy tam jestem płaczę do Jej poduszki...nie jestem gotowa na to ,żeby cokolwiek tam ruszyć ,uprzątnąć, a wszystko zostało na mojej głowie.Chciałabym moc choć na chwile nie myśleć o tym wszystkim, ale się nie da...Boże ile warte jest to Nasze życie???
    Ściskam Cię bardzo mocno Droga splean i zapalam światełko pamięci dla twojej Babci[*]
  • uayo86 13.05.11, 09:23
    Jezu, co za historia! Jakieś paskudne fatum wisi nad Twoją rodziną, zalamana... Pamiętam mój rodzinny "łańcuszek" rok temu... Co prawda odeszły "tylko" (...) dwie bliskie mi osoby, jednak zdarzenia, które temu towarzyszyły, utwierdziły mnie w przekonaniu, że ja i moi bliscy jesteśmy pod lupą strasznie okrutnego losu...
    Najpierw długo nie mogłam znaleźć pracy. Wpadłam w depresję i uznałam, że do niczego się nie nadaję. Przyjęłam propozycję pracy na magazynie i stwierdziłam, że tam już będę pracować do końca życia, bo dla nikogo nie liczy się moje wyższe wykształcenie... Wtedy chorował już mój Tata. Miał paraliż od pasa w dół, wymagał całodobowej opieki, a ja - 300 km od domu, nie mogłam pomóc Mamie, która ledwo dawała radę. Nogi Taty wymagały codziennych ćwiczeń, rehabilitacji, ruchu, a Mamie przy chorym kręgosłupie ciężko było się pochylać do Jego łózka. Rodzice Taty mieszkający z moimi Rodzicami w jednym domu nie pomagali, bo sami są prawie 90-letnimi staruszkami i ledwo chodzą. Brat Taty - alkoholik, przychodził pomóc Mamie tylko wtedy, kiedy był trzeźwy, czyli około raz w tygodniu... Rzuciłam pracę w magazynie, wróciłam do domu rodzinnego z postanowieniem, że znajdę sobie pracę tam na miejscu, a póki co przyda się moja obecność. Pamiętam, jak płakałam rozmawiając z Tatą przy szpitalnym łóżku o życiu, o pieniądzach, o bezrobociu... Powiedział wtedy, żebym się nie martwiła, że cokolwiek się stanie, zawsze będę mogła liczyć na niego i Mamę, nawet gdy ich zabraknie... To brzmiało jak testament, ale wtedy jeszcze nikt nie spodziewał się, że Taty za 2 miesiące zabraknie... Potem nagle, zupełnie niespodziewanie dostałam dobrze płatną pracę zgodną z moimi kwalifikacjami i hm... marzeniami. Po miesiącu mojej pracy na nowym stanowisku Tata odszedł. Cały dzień jego odejścia był bardzo dziwny. Był środek marca, ja - znów 300 km od domu, poniedziałek, jadę do pracy i jak na złość spóźniają mi się wszystkie tramwaje, dojeżdżam do pracy już zmęczona podróżą. Pracuje mi się źle, zero koncentracji, robię błędy, koleżanki mówią "obudź się, dziewczyno, co się dzieje!", a ja na to tylko "chyba po prostu nie lubię poniedziałków...". Potem pojechałam samochodem do sklepu. Po drodze, ni z tego ni z owego, spadł śnieg o ogromnych płatkach... Padał gęsto, drogi zrobiły się śliskie. Wpadłam w poślizg, mocno uderzyłam kołem w krawężnik lewego pasa jezdni, nie mogłam jechać dalej, koło uszkodzone... Dzwonię z warsztatu do Narzeczonego, aby po mnie przyjechał tramwajem, bo jakoś tak mi dziwnie samej. On na to: "Ale po co? Przecież przystanek masz pod nosem, po co mam przyjeżdżać?" Sama nie wiedziałam, po co mi jego obecność, po prostu nie chciałam być dłużej sama po tym fatalnym dniu. Przyjechał po mnie tramwajem, razem wróciliśmy do domu. Kiedy wysiadaliśmy już pod naszym blokiem, zadzwoniła moja Mama. Do dziś pamiętam tę rozmowę... Upuściłam telefon, upadłam na chodnik, leżałam w śniegu i płakałam wniebogłosy... Ta informacja to było za dużo na moją ciasną głowę... Przypominam sobie jedno słowo, które w częstotliwości co 5 sekund wypadało z moich ust: "NIEMOŻLIWE"... Nie mogłam pojąć, nie docierało do mnie, wszyscy, tylko nie ON! Przecież zdrowiał, rak się zmniejszał wyniszczony chemią, nogi odzyskiwały czucie, świetnie się czuł, nie wypadły Mu nawet włosy! Pogrzeb odbył się w dzień urodzin mojej siostry ciotecznej. Nie sądziłam wtedy, że kolejne rodzinne urodziny - mojego brata, również spędzimy na pogrzebie - pogrzebie mojego Dziadka. Paskudna magia liczb: urodziny z kuzynostwem mamy w równych odstępach co 3 miesiące. Kolejne urodziny miały być moje, we wrześniu... Przez 3 miesiące bałam się, kto następny. Nie pamiętam nawet wakacji, byłam tak pochłonięta strachem o każdego z nas... Moje myśli były ukierunkowane tylko na śmierć... W sierpniu pojechałyśmy z Mamą do Włoch. Byłam więcej niż pewna, że zginiemy w wypadku, przygotowałam się na to. Zostawiłam Narzeczonemu testament, wszelkie kontakty do znajomych, aby poinformować ich o moim pogrzebie i dokładną "instrukcję" postępowania z naszym szczurkiem - od listy lekarzy, przez sposoby udzielania pierwszej pomocy, po dokładny codzienny plan żywienia... Ktoś, kto nigdy nie przeżył śmierci bliskich powie - idiotka. Jednak mózg jest już tak oswojony z myślą, że wychodząc z domu, nie masz pewności, czy wrócisz, że zaczęłam nawet modyfikować co i raz swoje "testamenty", kiedy wróciłyśmy z Włoch całe. Zaczęłam dodatkowo wkręcać sobie choroby... Bardzo boję się raka, zawału, przedwczesnej śmierci. W ogóle panicznie boję się śmierci... Boję się zachmurzonego nieba, bo przecież może być burza, której pioruny mnie zabiją i spalą mój dom. Boję się latać samolotem, bo ... wiadomo... Boję się wyjść wyrzucić śmierci, bo jakiś samochód może mnie nie zauważyć i zaabsorbowany szukaniem miejsca na parkingu pod blokiem zrobi ze mnie miazgę... I choć trochę już się wyleczam z tego strachu, pojawia się nowy - wyrzut sumienia, że nie płaczę, że oddałam buty Taty swojemu Narzeczonemu (musi o nie dbać jak o żadne inne), że cieszę się, że przychodzą mi na konto pieniądze z renty za Tatę... Ja ani Mama nie tknęłyśmy nawet Taty szczoteczki do zębów. Od roku i 2 miesięcy jest w kubeczku razem z naszymi szczoteczkami. Wszystkie ubrania wiszą w szafach, niedoczytane książki leżą na szafce nocnej, z nietkniętymi zakładkami... Bo przecież On wróci, tylko pojechał jak zwykle cichcem z rana do księgarni po nowe książki... Nie mam sumienia nawet myśleć o tym, że prędzej czy później z tymi rzeczami coś trzeba będzie zrobić, bo to tylko RZECZY! Ale jak to zrobić, kiedy w każdej z nich widać Jego i czuć Jego zapach...? Splean, zalamana! Czeka nas jeszcze długa droga do przezwyciężenia naszych sytuacji. A i tak kończy się ona dla wszystkich tym samym... Ściskam mocno...
  • zalamana1504 13.05.11, 10:40
    Dla mnie to wszystko co mnie spotkało to jak zły sen, z ktorego myślę sobię, że kiedyś sie obudzę...ale chyba dopiero po swojej śmierci. Gubię w swoich myślach, nie mam pojęcia jak postępować...Na zewnatrz staram sie być twarda,nie pokazywać mojego strasznego cierpienia moim dzieciom / 5 i 7lat /, ktore też bardzo przeżyły odejćie najpierw jednej babci,potem dziadka i teraz kolejnej babci, z ktorą tak świetnie sie porozumiewali....jednak najgorzej jest kiedy jestem sama, oglądam zdjecia z trzech pogrzebow i z niedowierzaniem myślę sobie-Boże to nie może dziać się naprawdę...płaczę jak małe dziecko,choć ten płacz i tak nie przynosi ukojenia...Może gdybym poszła do pracy, to może wtedy troszke lżej znosiłabym tą żałobę, ale nawet nie jestem w stanie o tym myśleć.Ja śmierci chyba się nie boję,ale jestem prawie, że pewna,że kiedyś i mnie dopadnie to straszne raczysko skoro i tylu moich bliskich ono dopadło, a wtedy nadchodzi cierpienie, straszne cierpienie Rodziny, ktora patrzy jak odchodzi w męczarniach ,ktoś bardzo ważny w ich życiu. Chciałabym oszczędzić takiego widoku Swoim dzieciom w przyszłości...a co do paskudnych dat, to moj Dziadek odszedł w dniu urodzin Swojej wnuczki,mojej siostry, a pogrzeb wyprawiliśmy mu w Dniu urodzin Jego...taki urodzinowy ostatni prezent:(
    Przytulam mocno...
  • gama2003 13.05.11, 18:15
    Bardzo Was obie mocno przytulam.
    Ogromnie współczuję zwielokrotnionej żałoby, ogromnie....
    Sama opłakuje stratę taty i juz to jest ponad moje siły.
    Bardzo starałam sie długo trzymać pion, dla mamy i dla syna, ale hamowane emocje nie zniknęły i teraz mocno szwankuje mi zdrowie.
    Przeraża mnie to, uświadomiłam sobie,że to nie śmierci się boję a umierania.
    Nie wiedziałam też kiedyś, wcześniej, że żałoba= tęsknota. TAKA tęsknota.
    A teraz tęsknię jak dziecko....
    Owszem, niby normalnie funkcjonuję, ale to - normalność nowa.Okropna chwilami.....
    Czasem mówię do taty w myślach, że każdy mój krok jest dla niego, kiedy nie mam siły, dla niego się staram. Taka modlitwa nie słowami a czynami. Bo czasem nie chce mi się nic robić, czuję się słaba, umęczona nie wiadomo czym. I zmuszam sie do aktywności- dla taty.
    Płacz pomaga,wiem, ale ja nie umiem płakać tak- do syta.
    Marzy mi się taki krzyk z całych sił, tak jak chyba powinnam krzyczeć w dzień smierci taty.A ja skamieniałam, płakałam mało.....Nie miałam gdzie się schować, była ciągle z dzieckiem....
    Ktoś mi niedawno powiedział,że mam najpierw przeżyc żałobę a potem żyć.
    Tylko to życie nie chce zaczekac na moją formę.....pędzi jak szalone i ciągle coś trzeba, coś muszę........................................
  • splean 16.05.11, 09:55
    Dziewczyny, przytulam Was bardzo, bardzo mocno i zapalam światełko dla Waszych bliskich
    Jestem jak za szybą, mam takie wrażenie, że wszystko, co dzieje się w codziennym życiu nie dochodzi do mnie tak naprawdę tylko się ode mnie odbija, jak od niewidzialnej szyby właśnie.
    Funkcjonuję normalnie, chociaż chwilami przychodzą do mnie takie straszne, paraliżujące myśli - dotyczące chwil w szpitalu chwilę po śmierci Babci (nie było mnie wówczas w szpitalu, więc moja wyobraźnia ma tu pole do popisu) czy obrazy z pogrzebu - Babci czy Ciotki. Te myśli trwają sekundę jednak porażają mnie do szpiku kości.
    A doświadczenie śmierci spowodowało u mnie duży lęk - zachowuję się irracjonalnie, mam wielkie obawy o bliskich. Moja mama miała ostatnio podnieść coś mężowi do pracy tak się umówiliśmy, kiedy mama zadzwoniła, że mąż nie odbiera komórki, zadzwoniłam raz, ode mnie też nie odebrał - i już miałam w głowie czarny scenariusz - że na pewno zawał/wylew/wypadek samochodowy i nawet już wiedziałam do kogo zadzwonię, by mi pomógł z tą całą lawiną formalności pogrzebowych. Przez głowę mi nie przeszło, że po prostu jakieś pilne zebranie wypadło. Tak samo z mamą, dzwonię do niej i przy czwartym dźwięku w słuchawce mam serce w gardle, bo przecież Babcia też nie odbierała telefonu...
    Do tego dochodzi bezkresny smutek, na przykład rano dzisiaj byłam w przychodni i wsiadałam w tramwaj na przystanku, z którego zawsze jeździłam do Babci. Pewnie bym wpadła, na krótką kawę przed pracą... Nie wpadnę już nigdy... Nie jestem w stanie wejść do mieszkania, gdy idę na pocztę odebrać listy, stoję po drugiej stronie ulicy i patrzę w okna. Zawsze gdy się umawiałyśmy Babcia wyglądała mnie w oknie. Nikt już na mnie nie będzie tak czekał.
    Moja Ciotka miała taki zwyczaj, że zawsze po jakiś tam wydarzeniach dzwoniła do mamy na ploteczki. W zeszły weekend były u nas Jej wnuki, dzieci mojej kuzynki - ale by było do obgadania, skomentowania - nie będzie...Tak wielu rzeczy już nie będzie. Tak bardzo jest inaczej.
    W sobotę 21 maja mija czwarty rok od śmierci mojego Dziadka boli tak samo jak bolało wtedy w 2007 r. Bolało już może nie mniej, ale inaczej. Teraz po doświadczeniach z początku tego roku boli chyba jeszcze bardziej. W sobotę 21 maja mijają trzy miesiące od śmierci mojej Babci Jest msza za Dziadków i Ciotkę, która zmarła 27 marca [*]
    Ponoć ”Ostatni wieczór naszego życia jest pierwszym porankiem naszej wieczności” - zatem dlaczego tak bardzo mi daleko od najsłabszego nawet uśmiechu ???
    Przytulam mocno, mocno, mocno.
  • gama2003 16.05.11, 15:45
    Oj, jak dobrze Cię rozumiem...
    Mój lęk sięga zenitu bardzo często.O moich najbliższych i mnie samą.
    Kiedy słyszę dźwięk karetki miękną mi kolana. Staram się racjonalizować te obawy, ale lęk powraca. Też odpycham przerażające obrazy, o tym co mogło dziać się z tatą kiedy odchodził, kiedy go reanimowano, i ....potem....Moja wyobraźnia chwilami wymyka się spod kontroli.
    Nerwica trzyma mnie w objęciach, wszystkie sfery życia idą - nie tak. Robi się efekt domina problemów jakby sama żałoba nas nie przerastała.
    Tak bardzo pragnę spokoju, do zmierzenia się z żałobą.
    Ciągle wraca w rozmowach- tata by wiedział, dziadek by wiedział.....Tak bardzo go brakuje na każdym kroku. Ta pustka waży więcej niż najcięższy głaz........

    Pozdrawiam Was ciepło, szkoda,że taka cisza zapada na forum.
    Ale mówię sobie, że gdy Was nie ma tutaj to może gdzies tam przeżywacie lepsze chwile, że jest lepiej, ciut spokojniej. Że może zaczęło mniej boleć.
    Tego Wam z całego serca zyczę.
  • zalamana1504 16.05.11, 22:11
    Pojutrze mija miesiąc odkąd moja Babcia odeszła,straszny miesiąc, miesiąc bezustannego płaczu,bolu i niedowierzania, trudniejszy chyba od ostatnich siedmiu miesięcy...straciłam jedyną podporę w moim beznadziejnym życiu i to w momencie ,kiedy Jej najbardziej potrzebowałam...Boże daj mi siłę,żeby przetrwać ten okrutny czas, okres potrojnej żałoby, zwielokrotnionego bolu i cierpienia...Tak bardzo tęsknię... [*]
  • uayo86 26.05.11, 11:31
    Dziewczyny! Dawno nikt się nie dopisywał. Mam nadzieję, że wszystko (no, prawie wszystko...) OK! Zauważyłyście, że my, płeć piękna, jesteśmy znacząco przeważającą częścią na tym forum? Czy mózg męski nie jest zaprogramowany na tak silną tęsknotę i żałobę jak nasza? Ciekawe zjawisko socjologiczne...
    Dziś chcę Was zapytać o sny i hm... zwidy. W nocy po śmierci mojego Taty i w czasie między odejściem a pogrzebem działy się dziwne rzeczy. Z komody spadła doniczka z kwiatem, przewróciło się kilka ramek ze zdjęciami Taty - "twarzą" do dołu, samo włączało się radio... W ciągu prawie 1,5 roku śnił mi się rzadko, prawie wcale. A jeśli już mi się śnił, to nigdy nie patrzył mi w oczy. Obserwował, ale (prawie) nigdy do mnie nie mówił. Tak jakby był, ale Go nie było, choć we śnie był żywą istotą. Mojej Mamie Tata często się śni w trumnie lub chory, ale zdrowiejący. Z racji że przez ostatnie 3 miesiące życia nie mógł chodzić, każdy sen, gdzie Tata ruszał nogami, wydawał się być snem pozytywnym, nawet wtedy, gdy Mamie śniło się, że Tata leży w trumnie i narzeka na to, że mu niewygodnie i musi z niej wyjść i wychodzi... Z kolei mojemu Bratu - ukochanemu wnuczkowi Dziadka przyśniło się, że Dziadek kazał przekazać Babci, że naczekał się strasznie w jakiejś kolejce, ale już jest w porządku i żeby się nie martwiła. Podobno w tym samym śnie pojawił się mój Tata, który strasznie bluźnił na jakieś kolejki, mówił, że czuje się jak w PRLu, palił papierosa i był bardzo zniecierpliwiony... Kolejka do Nieba?...
    Miałyście jakieś równie metafizyczne doświadczenia z Waszymi Bliskimi?
  • zalamana1504 31.05.11, 00:42
    Mi niestety jak dotąd jeszcze nikt z moich kochanych bliskich sie nie przyśnił...choc tak bardzo bym chciała...choć na chwilę...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka