witajcie,
czytam to forum od ladnych kilku miesiecy,wiele razy splakalam sie nad Waszymi historiami ale dopiero dzis,7 miesiecy po naglej smierci mojego Taty,mam chec i sile cos napisac.
Tato mial tylko 55 lat[wiem ze dla kazdego wiek w ktory odchodzi ukochana osoba jest tym "tylko"aczkolwiek skromnie mysle ze byl w sile wieku],pojechal rano do pracy.
dzien wczesniej,ba,w ogole wczesniej,nic praktycznie nie wskazywalo na jakies dolegliwosci kardiologiczne,owszem palil duzo,wiem ze to spory czynnik ryzyka ale nie dal sobie przetlumaczyc jak wiekszosc palaczy.:(
o 7 rano zadzwonili do Mamy ze Tato zaslabl-wiedzialam ze cos nie tak bo nigdy nie chorowal praktycznie.
zlapalysmy taksowke i byla to najdluzsza droga w moim zyciu-marcowe slonce przebijalo sie przez chmury a ja wbijalam paznokcie w reke zeby tylko to nie bylo to..
przez caly czas Go reanimowali a jak dojechalysmy juz nie zyl.
jak strasznie zaluje tych zlych slow ktorych nie cofne ani tych dobrych ktorych juz nie powiem.
cale zloto swiata za sekunde w ktorej odchodzil a w ktorej nie bylo mi dane trzymac Go za reke.
martwie sie caly czas czy sie nie bal,czy wiedzial ze to JUZ ,ze to koniec Jego ziemskiej wedrowki.
czy odszedl pogodzony ze soba i swiatem.
nic mi nie przynosi ulgi,nie ma dnia bez wspomnien-napisalam o Nim wspomnienie do gazety ktore mi wydrukowali,pocieszylam sie chwile widzac radosc Mamy a potem znowu obuchem w leb.
chociaz sobie popisalam.
trzymajcie sie wszyscy.
--
JAK sie nie ma co sie lubi
to sie zapie... zeby miec
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialno¶ci za tre¶æ wypowiedzi zamieszczanych przez u¿ytkowników Forum. Osoby zamieszczaj±ce wypowiedzi naruszaj±ce prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mog± ponie¶æ z tego tytu³u odpowiedzialno¶æ karn± lub cywiln±. Regulamin.