Alkohol po stracie taty...
Witajcie. 2,5 miesiąca temu zmarł zupełnie nagle mój kochany tata. Był to dla nas wszystkich straszliwy cios, ja musiałam być twarda, ponieważ w chwili jego śmierci byłam w 5 tygodniu ciąży.
Moja mama oczywiście bardzo przeżywa stratę. Problem jest taki, że ona co jakiś czas lubi/lubiła zaglądać do kieliszka :( i rzeczywiście tak też było kilka dni po śmierci taty - znów spróbowała. Jednak błagania moje i brata, tłumaczenie, że to nie jest rozwiązanie jakoś zadziałały i było wszystko ok (oczywiście jeśli chodzi o ten problem). Kilka dni temu znów się zaczęło. Ale nic do niej nie trafia... Problem jest o tyle większy, że ja źle znoszę ciążę i mieszkam 60 km od mamy, a mój brat mieszka za granicą. Byłam u mamy wczoraj, wylałam 8 piw które dopiero co sobie zamówiła taksówką... Siedziałyśmy znów, rozmawiałyśmy... Mówiłam, że nie jest sama, że w każdym momencie jak będzie mnie potrzebowała, wsiadam w samochód i jestem... Niech dzwoni jak odczuwa potrzebę, niech pamięta o tym, że noszę jej wnuka pod sercem, niech nie odrzuca pomocy obcych ludzi którzy też jej oferują swoje towarzystwo i w ogóle. Przytuliłam ją, mówiłam że rozumiem jak jej ciężko ale niech pamięta, że i nam jest ciężko -ojciec był takim człowiekiem, że nawet obcy czują pustkę... Wydawało się, że zrozumiała, obiecała, że nie tknie już alkoholu, obiecała sama z siebie na moje nienarodzone dziecko... Zapytałam, czy mam zostać, czy mogę wracać do domu, powiedziała, że mam jechać (to był już późny wieczór), ona sobie poradzi, ja powiedziałam, że przyjadę za kilka dni... Poszłam do samochodu i zadzwoniłam do brata - rozmawialiśmy jakieś 15 minut. Nagle zajechała taksówka i widzę, że taksówkarz wyciąga z bagażnika jakieś zakupy. Poszłam więc w jego stronę i się pytam pod jaki adres - a on mi podaje adres mojej mamy, przywiozł kolejne 8 piw :( poszłam razem z nim, moja mama była totalnie zdziwiona jak mnie zobaczyła... Powiedziała, że mam jej nie zabierać tych piw... Wiadomo, że zabrałam... Dodam, że całe moje życie to były ucieczki, bo w domu co jakiś czas było dużo alkoholu... Uciekałam z domu do dziadków jak miałam zaledwie kilka lat, potem jak dziadkowie poumierali - do koleżanek, potem studiowałam w innym mieście więc było jakoś łatwiej. Jak wyszłam zamąż, po prostu nie przyjeżdżałam i czekałam, aż to się skończy - bo zawsze po tygodniu się kończyło na jakiś czas... Mój tata jak zachorował na cukrzycę, spasował, a mama nie... Co jakiś czas to wracało... Wiem, że ona teraz pije, bo tęskni za tatą i nikt i nic nie może na nią wpłynąć... :( a ja niestety miałam takie dzieciństwo, że mam spaczone nerwy, na tę chwilę z moim dzieckiem jest wszystko w porządku, ale ja mam dziwne palpitacje serca, dlatego jestem pod stałą obserwacją lekarza... Dostałam teraz tydzień chorobowego, lekarz kazał mi odpoczywać, ale ja postanowiłam jechać na kilka dni do mamy, bo to jest chyba jedyne wyjście. Czy jest ktoś, kto miał podobną sytuację?