Dodaj do ulubionych

Śmierć męża

10.07.16, 18:03
W piątek odeszło moje słońce. Na początku roku, po kilkunastu latach w wynajmowanym mieszkaniu, udało nam się kupić wymarzony dom. Szczęście trwało krótko, kilka tygodni po przeprowadzce okazało się, że mąż ma raka jelita z przerzutem na wątrobę.
To najwspanialszy człowiek jakiego znałam, nie daję rady. Tęsknię. Wróć!!!!!
Syn ma 12 lat i jest kopią taty, dzielnie stawia czoła nowej rzeczywistości i próbuje mnie chronić.
Przepraszam, że tak chaotycznie. Został kredyt, któremu sama nie sprostam, tęsknota, której wręcz nie umiem opisać. Nie widzę sensu dalszego życia. Nienawidzę domu, który kupiliśmy, choć wiem, że mąż i syn pokochali to miejsce. Nie wiem jak sobie pomóc, nie wiem jak dalej żyć. Nie chcę dalej żyć.
Edytor zaawansowany
  • cambria1.2 11.07.16, 22:52
    Pewnie, że nie wiesz. Przecież nie to razem planowaliście. Biedny jelonku, gęsty i obcy las wokół ciebie... Bardzo mi przykro :(
  • kasik2222 14.07.16, 08:25
    Jelonku, zabrzmi dla Ciebie strasznie i dziwnie to co napiszę, ale wiedz, że jeszcze będziesz chciała żyć. Syn da Ci siłę żeby teraz przetrwać, a czas przyzwyczai do bólu. Mój mąż zmarł w 2008 roku, córeczka miała rok. Dałam radę. Żyję i chcę żyć, choć myślałam że umrę razem z nim. Później umarła moja babcia, a w kwietniu tego roku mama. Człowiek jest w stanie znieś wszystko. Wierz mi. Tak jesteśmy stworzeni

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • rozczochrany.jelonek 20.07.16, 22:18
    Dziękuję za słowa otuchy. To dla mnie dużo znaczy. Dziś myślę, że moje dalsze życie będzie cierpieniem. Nie pojmuję jak mogę czerpać radość z życia bez NIEGO. Byliśmy nierozłączni. Nie rozumiem stwierdzenia: "czas leczy rany". Moich nie uleczy. Sens mojego życia zgasł. Miłość mnie dławi. A jej obiektu już nie ma. Kocham Cię Wojtuniu. Kocham.
  • cambria1.2 20.07.16, 22:42
    Rany przyschną, zagoją się. Potem będzie bolało, jak dotkniesz blizny. Nie zapomnisz, ale kiedyś uda się myśleć bez bólu. Ale to hen hen przed tobą. Teraz boli wszystko, nawet myślenie.
  • rozczochrany.jelonek 21.07.16, 08:33
    Jutro miną 2 tygodnie, od jego śmierci. Rok temu byliśmy tacy szczęśliwi. Często wręcz nie wierzyłam, że jeden człowiek może mieć wszystko: wspaniały związek, kochanego dzieciaka, pieniądze, młodość. Życie sprawiało nam obojgu wielką frajdę. Spacerowaliśmy po lesie i snuliśmy plany jak będzie wyglądał nasz dom. Dziś jestem w otchłani rozpaczy. Nawet oddychanie jest wyzwaniem. Staram się nie zatracać w tym bólu, bo on by tego nie chciał i to mnie niszczy. Ale bardzo trudno o nim nie myśleć. Syn rozpłakał się na parkingu galerii handlowej, gdy szło małżeństwo a przed nimi biegł rozradowany syn... Jeszcze pół roku temu, my też stanowiliśmy taki obrazek... Boże, daj siłę, błagam.
  • cambria1.2 21.07.16, 09:08
    2 tygodnie to chwilka, wszystko jest świeże, niewiarygodne, że coś się skończyło.
    Pamiętasz swoje uczucia, jak urodziłaś synka? W tobie kłębiły się emocje, wszystko się zmieniło, a świat jakby tego nie widział.
  • rozczochrany.jelonek 21.07.16, 14:10
    To prawda. Na szczęście wprowadza się do mnie mój młodszy brat i tu podejmie pracę. To kochany i bardzo pozytywny człowiek. Nie założył rodziny, i chce zamieszkać ze mną i mi pomagać. Teraz cały czas jest z nami mój tata. Moja rodzina bardzo mnie wspiera. To mi daje siłę i wiarę, że jeszcze kiedyś będzie dobrze.
    Mam niestety skłonności do depresji (miałam już kiedyś) i bardzo boję się, żeby teraz się znowu nie zapaść. Walczę dla syna, dla siebie i mojego kochania w niebie, bo on by tego chciał.
  • cambria1.2 21.07.16, 15:11
    Dobrze w takim razie, że nie zostałaś sama ze swoim smutkiem. Pilnuj siebie, Jelonku, i poproś resztę, żeby bacznie cię obserwowała.
  • kasik2222 22.07.16, 12:59
    o tak, to ważne, żebyś nie zachorowała. Mały nie ma taty, musi mieć mamę. Trzymaj się, czas rzeczywiście nie leczy ran, ale przyzwyczaja do bólu. Ten ból będzie w nas zawsze, ale wierz mi, da się z nim żyć. Dwa tygodnie... dziewczyno to jest nic, jakby minutka. Przed Tobą długa, ciężka i kręta droga. Dasz radę. Wytrzymasz. Mówię Ci to z perspektywy prawie 9-ciu lat.

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • rozczochrany.jelonek 23.07.16, 09:57
    Przeraża mnie wizja życia tylu lat w takim cierpieniu. Byliśmy nierozłączni. Dosłownie. Znajomi i rodzina żartowali, że jako staruszkowie zawsze będziemy się trzymać za ręce. Stało się inaczej.
    Wczoraj zdarzyła się bardzo dziwna rzecz. Nie wierzę w żadne zjawiska nadprzyrodzone, czy jakby tego nie nazwać, ale stało się coś czego wyjaśnić nie umiem. Syn wieczorem czytał profil męża na facebooku (miał wiele pasji, żartował zarażał ludzi swoimi "wariactwami") i zbiegł na dół ze szlochem. Wspomniania i tęsknota za ojcem przytłoczyła go jak głaz. Zaczęliśmy się tulić, poszliśmy do jego pokoju, gdzie starałam się go uspokoić, pocieszyć (choć sama jestem cholernym wrakiem) i coś zaczęło nad naszymi głowami drapać, naprawdę głośno, po ścianie. Janek (syn) przestraszył się, ja trochę też, ale skłamałam, że to pewnie jakiś ptak w kominie - komin jest zupełnie w innej części domu.
    Dopiero jak przestaliśmy lamentować, drapanie ustało. Nie wydawało mi się, nie zwariowałam. Słyszeliśmy to oboje. Szuranie odbywało się tuż nad naszymi glowami, na łóżku na którym siedzieliśmy. Za ścianą jest nasza sypialnia, pusta sypialnia, więc to nie odgłosy sąsiadów.
  • cambria1.2 23.07.16, 17:29
    Moja siostra, wdowa od czterech lat, już przywykła i do drapania, i do stukania, i do kroków w nocy. Na początku się bała, z czasem przywykła i nawet... czeka na te "odwiedziny".
  • rozczochrany.jelonek 24.07.16, 10:36
    Moja mama prosiła, abym tak nie rozpaczała, bo nie pozwalam mu odejść. Staram się dla niego. Chcę żeby był szczęśliwy i nie cierpiał. Ale ból rozrywa mi serce.
    Wojtek, kocham Cię.
  • anna-marcelo 24.07.16, 12:30
    Drogi Jelonku, jestem w podobnej sytuacjii. Moj maz nie obudzil sie rano. Zmarl nagle w czasie snu 10.03 16r. Serce. Wyobraz sobie moj szok po przebudzeniu. Mial kredyt. Juz tego kredytu nie mam. Sprawdz umowe kredytowa kartka po kartce. Jezeli bardzo nie rozumiesz to idz do kogos kto ci pomoze, np do kogos z ubezpieczen. Banki udzielajac kredyty zabezpieczaja kredyt na wypadek smierci lub kalectwa. Ja znalazlam taki dokument w umowie. Ubezpieczenie splacilo moj kredyt.
    Mieszkam w Niemczech ale w Polsce tez mialam taki kredyt. Jestem zalamana po smierci meza ale musze zyc dla dzieci. Obudzil mnie budzik o 7,35 lekarz stwierdzil zgon tez 7,35. na moich oczach smierc zabierala mi meza. Patrzylam jak mu usta robia sie biale, jak zmienia sie kolor skory. Umarl przy mnie w lozku. Ten obraz bede miala do konca zycia. Jednak mimo wszystko musze zyc. Ty masz dla kogo i tez musisz zyc. Napisz do mnie, moze pomozemy sobie wzajemnie.
    pozdrawiam i zycze duzo sil
  • rozczochrany.jelonek 25.07.16, 09:25
    Bardzo Ci współczuję. Nagła śmierć, to prawdziwy szok. Ja byłam, o ile to w ogóle możliwe, przygotowana na odejście mojego kochania. Widziałam jego konanie, odpędzam od siebie ten widok, bo wariuję. Wiem, że muszę żyć. I żyję. Błagam Boga o pomoc, o siłę, o to, żeby zabrał mi choć część trawiącej mnie tęsknoty.
    Z kredytem niestety nie będzie tak jak u Ciebie. Cały dochód był na mnie (mąż oficjalnie był bezrobotny, pracował na f-rę, a firma byla zarejestrowana na moje nazwisko). Nie mieliśmy polisy na życie. Mamy tak zwane ubezpieczenie bezpiecznej spłaty, ale ono nie rozwiązuje sprawy śmierci. Jednak okazało się, że zarówno moja, jak i męża firma chce mnie wspomóc finansowo (podwyżka u mnie, bezzwrotne zapomogi). Z bankiem załatwiłam wakacje od kredytu - dopóki mój brat nie znajdzie tu pracy, a już ma poumawiane pierwsze spotkania. Więc finansowo, chyba dam radę.
    Gorzej ze mną. Moja firma zaproponowała mi wsparcie psychologa dla mnie i syna. Być może zdecyduję się i skorzystam. Jestem pusta w środku. Nie mam ochoty dosłownie na nic.
  • madzik.1978 30.07.16, 19:37
    Drogi Jelonku...doskonale wiem co czujesz...2 lipca pochowałam męża, który nie chorował i zmarł nagle, niespodziewanie. Od 20 lat razem, mamy pięknego syna, kochaliśmy się na zabój. Teraz nie ma nic. Pustka. Byłam dziś na cmentarzu i patrząc na jego zdjęcie pytałam: dlaczego? Nie umiem żyć ze świadomością, że już nigdy go nie będzie. Wylądowałam u psychiatry, jestem na prochach, bo bez tego nie funkcjonuję. Tak bardzo za nim tęsknię...zgasła moja nadzieja na przyszłość. Tak bardzo wiem, przez co przechodzisz i nawet nie próbuję pocieszać. Ciągle słyszę, że mam to wypłakać, dać upust złości, nie trzymać tego w sobie, ale nic nie pomaga. Przestałam wierzyć w Boga...trzymaj się...
  • rozczochrany.jelonek 05.08.16, 09:09
    Madzik, bardzo Ci współczuję. Śmierć najbliższych to zawsze szok, zwłaszcza nagła śmierć.
    Moje słońce gasło powoli i byłam na to przygotowana. Choć na to człowiek nigdy nie jest w pełni gotów. My też byliśmy dla siebie całym światem. Non stop sms'y, telefony, maile w pracy. Po pracy razem, przed pracą razem. Byliśmy przyjaciółmi, kochankami, partnerami - wszystkim. Ale tego już nie ma.
    Wróciłam do pracy, zamieszkał u mnie brat i jakoś daję radę. Nie zapadaj się w siebie! Wyjdź do ludzi, leki nie pomogą. Może terapia? Masz syna i musisz żyć! Ja płaczę kiedy wracam z pracy, ale ostatni kilometr (jeżdżę rowerem) zmuszam się do uśmiechu. Na siłę. Kiedy wjeżdżam na podwórku moje dziecko i brat widzą pogodną osobę. Podjęłam walkę swego życia - o normalność dla syna. Mój mąż byłby ze mnie dumny. Był silny i chciałby, żebym ja również była.
    Madzik, napisz do mnie na prv : aga@moyodo.com. Jestem sama w rozsypce, ale być może będę umiała Cię jakoś pocieszyć...
  • myaruk 05.08.16, 10:30
    Wazne jelonku wydaje mi sie co napisalas o lekach. W takich tragediach nie mozemy sobie poradzic ze soba, z emocjami i domyslnie szukamy pomocy u lekarza no bo lekarz pomaga tak?
    Lekarz rodzinny do ktorego w pierwszej kolejnosci sie udajemy po chwili jak nas widzi od razu przypisuje leki tzw uspokajace ( z grupy benzodiazepin czy podobnych - silnie uzalezniajace ) i kieruje do psychiatry jako niby specjalisty od takich spraw. Psychiatra kiedy nas widzi nawet nie chce wysluchiwac nas bo dla niego to nie problem czysto ludzki- tragedia ale medyczny i przypisuje kolejne leki z roznych grup psychotropowych - tez uzalezniajace i tak naprawde nie bierze za nas zadnej odpowiedzialnosci i za to co te leki zrobia z nas. Czlowiek wchodzi w etap kiedy jest stale na jakis lekach, powoduja one grozne dla nas skutki uboczne. Te skutki opisujemy psychiatrze i nastepuje zmienianie lekow przez psychiatre i wchodzimy z bledne kolo. Z czasem stajemy sie "zombie" bo juz tyle roznych lekow przyjmowalism,y ze nie wiemy co jest objawem a co przyczyna a mamy przeciez nie raz dzieci, rodziny, obowiazki w pracy. Za to psychiatra ( specjalista medyczny od 'duszy' ) nie bierze odpowiedzialnosci. Przeciez nie przyjdziemy do niego i nie powiemy po roku ze zniszyl nam lekami zycie bo nas wysmieje i przybije jestcze jakas chorobe psychiczna takze ta droga jest dla ludzi tragiczna w skutkach.
    Co moze wiec pomoc? niektorzy znajduja czesciowa ulge i nadzieje na zmiane w wybraniu sie do lokalnego kosciola, wyplakaniu sie w gdzies w tylniej laweczce, niektorym pomaga codzienne wybranie sie na msze poranna czy wieczorna gdzie czesto slyszy wspominki o ludziach juz zmarlych, spotyka sie z choroba i staroscia, widzi ludzi rowniez doswiadczonych przez los.
    Mozna tez szukac pomocy terapeuty najepiej przez NFZ bo prywatni maja tendencje do traktowania ludzi jako interes, mozna tez zapytac sie lokalnego proboszcza czy w jakims wiekszym kosciele gdzie przyjmuja psycholodzy czy terapeuci w ramach stowarzyszen przykoscielnych. Ta druga droga szukanie pomocy i wsparcia nie zrobi z nas "warzywa" w porownaniu do tej pierwszej.
  • rozczochrany.jelonek 05.08.16, 11:01
    To prawda. Nie ma jednej sprawdzonej drogi na poradzenie sobie i przeżycie żałoby. Mnie pomagają ludzie. Pierwsze dwa tygodnie byłam zamknięta w domu. Czołagałam się z łóżka do toalety i zaczęłam zatracać w rozpaczy. Mój syn któregoś ranka obudził mnie głaskaniem po wlosach i dramatycznym pytaniem:"mamo czy Ty popełnisz samobójstwo?". Drżała mu broda, ale chcial byc dorosły i dzielny, kiedy mnie o to pytał.
    To dało mi takiego kopniaka i siłę, jak nic do tej pory. Moja rozpacz i żal wciąż trwają, ale postanowiłam nadać im... bezpieczną, że tak to ujmę, dla syna i dla mnie, formę.
    Pomaga mi modlitwa i częsta spowiedź. Staram się nie rozpamiętywać pięknych chwil (a było ich bardzo wiele), bo to w moim przypadku, jak wsadzanie palca w krwawiącą ranę.
    Sąsiadka poradzila mi również, abym brała leki. Ale od razu odrzuciłam ten pomysł. Muszę to przejść, przecierpieć, zrozumieć, oswoić się z tym i pogodzić. Leki zaburzą ten proces i oddalą mnie od syna. A jestem mu w tej chwili, jak nigdy, bardzo potrzebna.
  • madzik.1978 05.08.16, 11:15
    Witaj Jelonku. Odezwę się na priv, ale jak będę w domu, na spokojnie, teraz z pracy chcę tylko dać znać, że śledzę wpis...potrzebuję takich kontaktów, potrzebuję wszystkiego co pomoże mi przetrwać ten trudny okres. Co do leków, o których wspomniałam - biorę je od 2 tygodni. Z chemią nie ma walki - wyłącza coś, co nie pozwalało mi normalnie funkcjonować. Przestałam płakać, zajęłam się pracą i tak jak Ty nie rozpamiętuję naszych cudownych chwil, bo bardziej boli. Jeszcze nie czas. Mój syn ma 19 lat, więc mam wsparcie dorosłej osoby. Namówiłam go na wyjazd z przyjaciółmi, ale zostałam sama...i wtedy pękłam...stąd psychiatra. Bóg dla mnie nie istnieje, zagłębiłam się za to w literaturę o życiu po życiu...kiedyś śmiałam się z tych zjawisk, dziś budzą moje nadzieje na spotkanie z moim mężem...dla każdego inna forma łagodzenia cierpienia jest inna, zawsze byłam słaba psychicznie, drobne niepowodzenia mnie łamały, więc bez środków wspomagających chyba bym zwariowała. Jestem pod opieką wspaniałej doktor, leczenie będziemy chciały skrócić do minimum...aczkolwiek wiem, że nie odstawia się tego natychmiast, jak tylko wydaje się, że można sobie poradzić bez leków. Kontynuuje się jeszcze jakiś czas dla podtrzymania. Czytam - wypłakać się w kościele - 2 sierpnia miałam mszę za niego...poszłam, bo musiałam, ale czułam się tam źle...mam w sobie tyle żalu...mi to nie pomaga...Ale jeśli Tobie przynosi to ukojenie - to cieszę się, kontynuuj i bądź silna, dla syna, dla siebie...dla męża. On widzi...wierzę w to. Ściskam Cię mocno i na pewno się odezwę :*
  • rozczochrany.jelonek 05.08.16, 11:29
    Trzymaj się kochana! Cieszę się, że wróciłaś do pracy. Nie rób nic wbrew sobie. Jesli Bóg to nie Twoja droga, znajdź inną - np. książki. Odezwij się, jak znajdziesz czas, siłę i chęci. Ja w tą niedzielę mam mszę za moje Kochanie. Wiem, że będzie ciężko, ale potrzebuję tego.
    Ograniczyłam również wizyty na Jego grobie. Dostawałam tam szału. Nie interesowało mnie czy ktoś patrzy jak tulę na kolanach krzyż, czy nie. Ale doszłam do wniosku, że póki co, tam, cierpię najbardziej, więc przestałam odwiedzać cmentarz. Na razie. Jak wyciszę się choć trochę, odwiedzę go, zapalę mu znicz, polożę kwiaty. Dziś to zbyt wiele.
  • myaruk 05.08.16, 23:47
    Dodam tylko jedna krotka jeszcze rzec o psychiatrach i lekach. Jesli osoba jest wegetarianinem i nie je miesa ma znacznie zmniejszona podaz B12 co powoduje obnizenie ukladu odpornosci psychicznej i powinna dodatkowo skoro nie je miesa sie suplementowac, jesli tego nie robi to w sytuacji bardzo silnych przezyc zyciowych ma objawy emocjonalnej niestabilnosci ( lęki, tzw "płaczki" wlacznie z apatia ). No i wtedy lekarz pierwszego kontaktu czy psychiatra niestety nie bedzie bral pod uwage silnego niedoboru witaminy w tym wypadku B12 bo sie nie zapyta ja sie odzywiamy tylko zapisze lek przeciwlękowy np diazepam lub alprazolam ( xanax), mylac skutek z przyczyna. Tak to najczesciej u nas dziala. Trzeba o tym wiedziec. Duzo ludzi ma tez niedobor tiaminy - B1 ktora tez powoduje podobne objawy.
  • renata8881 22.07.18, 19:27
    rozczochrany.jelonek napisała:

    > To prawda. Nie ma jednej sprawdzonej drogi na poradzenie sobie i przeżycie żało
    > by. Mnie pomagają ludzie. Pierwsze dwa tygodnie byłam zamknięta w domu. Czołaga
    > łam się z łóżka do toalety i zaczęłam zatracać w rozpaczy. Mój syn któregoś ran
    > ka obudził mnie głaskaniem po wlosach i dramatycznym pytaniem:"mamo czy Ty pope
    > łnisz samobójstwo?". Drżała mu broda, ale chcial byc dorosły i dzielny, kiedy m
    > nie o to pytał.
    > To dało mi takiego kopniaka i siłę, jak nic do tej pory. Moja rozpacz i żal wci
    > ąż trwają, ale postanowiłam nadać im... bezpieczną, że tak to ujmę, dla syna i
    > dla mnie, formę.
    > Pomaga mi modlitwa i częsta spowiedź. Staram się nie rozpamiętywać pięknych chw
    > il (a było ich bardzo wiele), bo to w moim przypadku, jak wsadzanie palca w krw
    > awiącą ranę.
    > Sąsiadka poradzila mi również, abym brała leki. Ale od razu odrzuciłam ten pomy
    > sł. Muszę to przejść, przecierpieć, zrozumieć, oswoić się z tym i pogodzić. Lek
    > i zaburzą ten proces i oddalą mnie od syna. A jestem mu w tej chwili, jak nigdy



    Tak wlasnie bylo u mnie, te pierwsze dwa tygodnie w jakims amoku...Moj maz tez mial raka jelita z przerzutem do watroby. Od wyroku dano nam jeszcze pol roku razem. Sama wiesz jak to wygladalo. Maz mial nadziej,a ja od poczatku wiedzialam ,ze jesli rak powedrowal dalej to nie ma szansy.
    Podnsilam sie bardzo wolno I nawet dzis po kilku latach potrafi bolec ale mojego ukochanego meza wspominam z usmiechem I juz jestem w stanie patrzec na jego zdjecia. Nie bralam tabletek bo balam sie uzaleznienia, poszukalam sily w sobie. Mowilam sobie,ze dam rade. U kazdego zaloba trwa roznie i roznie ja przechodzimy ale kazda z nas ma jakis powod albo powody do dalszego zycia. Pozdrawiam i zycze sily. Krok do przodu dwa do tylu ale dasz rade.
  • rozczochrany.jelonek 07.08.16, 19:38
    Jutro minie miesiąc odkąd Cię nie ma. Tęsknię i kocham. Mam nadzieję, że o tym wiesz.
    Pracuję przy domu, ogarnęłam nawet techniczne sprawy, typu wymiana wejściowych drzwi.
    Posadziłam za Ciebie drzewo. Tak na prawdę posadziłam, z Jankiem, trzy. Trzy brzozy. Jedna Twoja, jedna moja, a przed domem brzoza naszego syna.
    Czekaj na mnie. Wychowam naszego syna, spłacę i wyremontuję, jak chciałeś, nasz dom, a potem znów będziemy razem. Tym razem nic nas nie rozdzieli. Znajdź dobre ścieżki rowerowe. Znów pokonuję 40km/ dziennie, więc łatwo ze mną nie wygrasz, Najdroższy:) Dziękuję, że wyprosiłeś tam na górze, siłę dla mnie. Wiem, że to Twoja zasługa, że obudził się we mnie duch wojownika. Wygram dla nas. Kocham. Aga.
  • madzik.1978 07.08.16, 23:11
    Hej Aga...widzę, że Ty też odliczasz czas... u mnie wczoraj minęło 6 tygodni...To dobrze, że kontynuujesz Wasze plany, trzymam kciuki za dużo siły. Napisałam do Ciebie. Jak będziesz chciała - odpowiesz :) Magda
  • kasik2222 17.08.16, 08:47
    trzymajcie się kochane. Powiem banał, ale naprawdę kiedyś będzie dobrze. Nie dziś, nie jutro i nie za rok. Człowiek to taka istota, że zniesie wszystko. 9 lat żyję już bez mojego męża, i dałam radę

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • madzik.1978 17.08.16, 13:48
    Wiem, że jakoś to będzie, bo myć musi. Nie wiem czy dobrze, ale na pewno inaczej...dziś nie umiem jeszcze sobie tego wyobrazić. Dużo czasu upłynęło od Waszego rozstania kasik, zapewne najgorsze masz za sobą. Ja czekam na taki dzień, w którym wstanę i powiem - będzie dobrze. Dziękuję za wsparcie... czas zagoi rany, ale zostawi blizny. Jedna chwila odmieniła mnie na zawsze...wciąż mocno tęsknię i najgorsza jest świadomość, że to co było - nie wróci. Ale mocno wierzę, że spotkam się z nim gdzieś, kiedyś...
  • kasik2222 19.08.16, 14:01
    madzik ja też tęsknię... ale juz teraz wiem że coś stało się. I jest nieodwracalne. Na początku nie mogłam sobie tej nieodwracalności wytłumaczyć. Cofałam w myślach czas, wyobrażałam sobie że on wraca, że to się nie wydarzyło, albo że on uciekł i znajdę go. I tak sobie to wmawiałam, że śniło mi się to całymi nocami. To był obłęd. Teraz już wiem... Tkwię w tym życiu, mam córkę. Ale też juz umiem się śmiać. Umiem nie myśleć o tym. Nie pamiętać. Wtedy to była jedyna myśl jak mi towarzyszyła. Nawet śpiąc pamiętałam o tym. I to wszystko naprawdę się zmienia. Nie umiesz teraz tego zrozumieć. Ale zrozumiesz. Po pewnym, niestety zapewne dość długim czasie. U mnie trwało to kilka lat. I nie jestem z tym dziwna, wiele osób tak długo przeżywa stratę. Tym bardziej, że życie toczy się dalej, po drodze spotyka nas wiele złego, i wtedy to wydarzenie wraca, bo żal jest jakby większy. Ale można się wszystkiego nauczyć, wypracować. Teraz stoisz w miejscu, nic nie planuj, bo się nie da, najwyżej na godzinę do przodu. Łączę się w Wami w bólu. Ulało mi się dziś. Piszcie jak macie potrzebę, zawsze odpiszę. pozdrawiam Kasia

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • rozczochrany.jelonek 25.08.16, 09:36
    Kasik, przeraża mnie myśl o życiu klilku lat w takim cierpieniu. Nie minęły jeszcze 2 m-ce od Jego śmierci, a ja jestem już wycieńczona bólem, tęsknotą, szlochem.
    Bardzo się staram, bardzo - żyć w miarę normalnie, ale to jest jak wspinaczka na wysoki szczyt.
    Żyję, bo jest syn i bardzo mnie potrzebuje. Tyle, że nie widzę sensu tego życia. Nie rozumiem jak to ma dalej wyglądać. Nie dociera do mnie, że mój przyjaciel, moja pokrewna dusza, moja miłość - nie wróci. Kto ze mną pogada o bzdetach, z kim obejrzę film, kto będzie czekał na mnie po pracy, kto mnie odbierze z dworca?
    Nadzieję daje mi moja mama i babcia, które podtrzymują mnie na duchu mówiąc, że ból kiedyś minie i jeszcze będę umiała cieszyć się życiem. Dziś wydaje mi się to kompletnie niemożliwe, ale wierzę, że wydarzy się cud i jeszcze kiedyś dla mnie wyjdzie słońce.
  • kasik2222 25.08.16, 10:40
    Bo cud się wydarzy. Tylko musisz na niego poczekać. U mnie to trwało około 2 lata. Ale u każdego jest inaczej. Zdarza mi się do tej pory dziwić, ze to moje życie jest. Nie tak miało być.

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • kasik2222 25.08.16, 10:43
    na razie żyj z chwili na chwilę, z dnia na dzień. Praca, dom, obowiązki, dziecko. Nic nie kombinuj, nic nie planuj. Rób co do Ciebie należy i nie wychodź przed szereg.

    --
    może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
  • lena238 29.08.16, 16:11
    Lena238
    Jestem w takiej samej sytuacji, a może i jeszcze gorszej. oceńcie same.Męża straciłam 24 lata temu.Miałam 6 letniego syna i miesiąc przed urodzeniem córki nagle zmarł mąż. Zostałam sama, rodzice zabrali mnie do siebie i opiekowali, ale to był koszmar i w dzień i w nocy. Samotność mimo rodziny, ból braku dotyku, brak chęci do życia. Żyłam i tylko tyle nie wiele pamiętam. Tak było 5 lat. Wyjechałam na wycieczkę z pracy i wówczas pierwszy raz dostrzegłam kolory i piękno natury, wreszcie chciałam żyć. Ciągle byłam sama. Nie chciałam nikogo i choć kogoś poznawałam to i tak nic z tego, bo nie był mężem. Jednak przyszedł czas 5 lat temu, że poznałam cudownego człowieka. Miał wszystko o czym kobieta może marzyć i chciał mnie. Mnie zalęknioną, skromną, straszliwie samotną osobę.
    Długo trwała nim go dobrze poznałam i pokochałam. Byliśmy jak nastolatki ja 44 lata on 53 lata zwariowani pełni nadziei, planów. Wreszcie chciało się żyć. Dbaliśmy o zdrowie kondycje. Dzieci duże, więc każdą chwilę mieliśmy dla siebie. Telefony do pracy, czułe smsy, aż nagle 10 dni temu po raz drugi świat rozpadł mi się na kawałki, a mój ukochany zmarł po drobnym zabiegu chirurgicznym. I znów ten koszmar jak przed laty. Tylko teraz nie mam po co żyć. Nie mam nadziei, że będzie lepiej. Poprzednio nabawiłam się nerwicy serca, które leczę od paru lat. Nadwrażliwość jelit też mnie dopadła, a od roku nerwica pęcherza. I kto się teraz mną zajmie zmotywuje do leczenia, działania do życia, które bez niego straciło sens. Los jest dla mnie okrutny, aby dwa razy odbierał mi ukochaną osobę.
    Ja teraz też rozpadam się na kawałki i nie potrafię sobie pomóc, a dzieci już dorosłe i radzą sobie same.
  • rozczochrany.jelonek 30.08.16, 08:43
    Lena, brak mi słów. Czas wyleczył Twoje rany poprzednim razem, wyleczy i teraz. Tak powtarzam również sobie. Kochana, życie bywa okrutne, ale to wciąż życie. Nie mów proszę, że nie masz po co żyć - dorosłe dzieci, to wciąż dzieci, które kochają i potrzebują matki.
    Nie poddawaj się! Będzie jeszcze dobrze, zobaczysz.
  • lena238 30.08.16, 09:48
    Napiszcie mi proszę, jak mam pracować skupić się na powierzonych zadaniach, jak nic mi nie idzie. Mam problemy z jedzeniem, ubieraniem z codziennymi czynnościami.
    W pracy jestem, ale nie mogę się skupić a tak dalej się nie da. Jestem sama na Filii i nikt mi nie pomoże, nie pocieszy i nie porozmawia. Nigdzie zrozumienia i ta przeogromna samotność....
  • rozczochrany.jelonek 30.08.16, 19:01
    Ja nie potrafię Ci jeszcze nic poradzić, nie minęły 2 m-ce odkąd odszedł mój mąż. Pracuję, bo muszę. Dom, rachunki, hipoteka, syn. Muszę pracować. Koncentruję się na tym i wiem, że mój mąż chciałby, żebym teraz właśnie skupiła się na finansach i utrzymała dom i zapewniła byt synowi i sobie. Krzyczę z bólu, gdy prowadzę samochód, wyję w nocy do poduszki, ale w pracy daję z siebie tyle ile potrafię i staram się koncentrować na powierzonych mi obowiązkach.
    Każdy jest inny. Mnie praca pomaga. Wysiłkiem są weekendy. Praca w tej chwili przynosi ulgę. Nie planuję zbyt wiele do przodu. Nawet nie chcę. Przyszłość bez niego w tej chwili, to przyszłość bez sensu. Więc o niej nie myślę.
  • lena238 30.08.16, 21:28
    Rozumiem, że to świeże u Ciebie i starasz się teraz za dwóch.
    Ja te dwadzieścia cztery lata temu też taka byłam, ale lata samotności, stresu, problemów i lęku o wszystko spowodowały, że nabawiłam się nerwicy serca, którą leczę.
    Byłam już na dobrej drodze. Miałam oparcie w nowej miłości,
    która dała nadzieje na lepsze jutro.
    I gdy zagłębiłam się w to uczucie bez reszty to ta nagła śmierć spowodowała, taki potworny żal, ból i stres, że teraz nie mogę sobie ze sobą poradzić. Boli mnie głowa i serce, ciśnienie wysokie(choć zawsze miałam niskie) ręka robi się drętwa jak to nerwicy. Mam duszności i nie mogę spać, choć biorę leki uspokajające, jakoś słabo pomagają.
    Jestem tak pogruchotana tamtym doświadczeniem, że trudno teraz jest mi się pozbierać , zwłaszcza, że wiem co mnie jeszcze czeka.
    Martwię się, że sobie nie poradzę i zwariuję, poważnie się rozchoruję, po prostu nie dam rady, a praca przestała mieć znaczenie, nie daje mi zadowolenia tak jak wszystko.
    Brak mi kogoś z kim mogę porozmawiać o moich uczuciach, każdy zajęty i nie ma dla mnie czasu. Nawet rodzina.
  • myaruk 30.08.16, 22:02
    Czy byla Pani kidykolwiek w tamtym okresie wierzaca osoba?


  • lena238 31.08.16, 07:57
    Tak, dużo się modliłam i to mi pomagało. Teraz niestety nie potrafię. Zawsze chodziłam na mszę, a teraz unikam ludzi, bo mam spuchnięte oczy, nie mogę wysiedzieć, skupić się. Brak czegoś na czym można zawiesić myśli. Jest tylko jedno ten ból fizyczny i psychiczny. Niemoc, bezradność i zmęczenie z braku snu, który jest krótki i płytki, bo co chwile mnie lęk wybudza. Koszmar



  • myaruk 31.08.16, 13:54
    Sprobuje wziasc Pani bol na wlasne barki, bede sie za Pania modlic.
  • lena238 31.08.16, 14:30
    Dziękuję. Dziękuję za sam fakt, że ktoś jest i chce mi pomóc, że interesuje go moja osoba, mój ból.
  • rozczochrany.jelonek 01.09.16, 20:20
    Lena, myślę o Tobie, również będę się za Ciebie modliła.
    Czy jesteś pod opieką lekarską w związku z Twoimi kłopotami ze zdrowiem?
  • lena238 01.09.16, 22:48
    Dziękuję za te słowa wsparcia i modlitwę. Trudno uwierzyć, w to, że jest ktoś, kto chce bezinteresownie pomóc. W życiu miałam różne doświadczenia. Jako osoba
    samotna, byłam molestowana i fizycznie i psychicznie przez "przyjaciół".
    Wreszcie spotkałam cudownego człowieka, który potrafił zaradzić wszystkim moim problemom i co znów jestem sam. Nadzieja umarła. Jestem zmęczona z braku snu, ale adrenalina nie pozwala mi spać.
    Leczę się u kardiologa na nerwicę serca, u psychologa, ale początek(zaleciła psychiatrę jednak poczekam)Mam słabe leki przeciw lękowe i póki pomagają nie pójdę do psycholog, który nie wyleczy mojego problemu.
    Dziękuję, brakuje mi takich osób przy mnie.
  • lena238 02.09.16, 23:24
    Nie śpię już 5 noc mimo tego nie czuję senności, ale ile wytrzymam.
    Jestem zmęczona i potwornie boli mnie głowa, gdy leżę.
    Ciśnienie mam raz dobre a raz wysokie a teraz 109/50
    W poniedziałek idę do kardiologa, ale do poniedziałku tyle dni.
    I te okropne myśli dlaczego? dlaczego?.........zadręczają mnie.


  • optymistka45 03.09.16, 19:49
    Kochana Lenko! Tak chciałabym Ciebie przytulić i zabrać część bólu. W takich chwilach stawiamy sobie pytania: dlaczego mnie to spotkało? dlaczego to On odszedł? Niestety te pytania pozostają bez odpowiedzi. Chciałoby się cofnąć czas ale to niemożliwe. Z upływem czasu mierzonego w latach ból staje się mniej odczuwalny choć pamięć o tych wydarzeniach pozostaje, wierz mi , wiem to z własnych doświadczeń. Skorzystaj z pomocy psychiatry. Psycholog tylko wysłucha twoich zwierzeń natomiast psychiatra pomoże farmakologicznie. W naszym społeczeństwie nadal panuje przekonanie, że korzystający z porady psychiatry ma "żółte papiery". Na takich ludzi nie zwracaj uwagi. Ja byłam leczona przez psychiatrę a po roku wróciłam do pracy i spotkałam się z szacunkiem wśród współpracowników. W przyszłości uodpornisz się na silny stres choć teraz wydaje Tobie się za niemożliwe. Pozdrawiam serdecznie.
  • optymistka45 31.08.16, 03:28
    No już brzmi lepiej. Bardzo dobrze, że masz cel, wskrzesiłaś w sobie siły. Jesteś dzielna i na pewno sobie poradzisz. Musi upłynąć trochę czasu i to nie miesiące ale rok lub dwa a nawet trzy, żeby tęsknota mniej bolała. Zacytuję lekarza, który powiedział gdy byłam w podobnej sytuacji "od kłopotów głowa siwieje ale dusza bieleje".
    Serdecznie pozdrawiam!
  • rozczochrany.jelonek 31.08.16, 19:09
    Dziękuję za te słowa. Miewam napady żalu i niewyobrażalnej tęsknoty, ale nie poddam się. Syn daje mi potężną siłę i motywację. Odkryłam, że mam obok siebie wspaniałego, dzielnego, choć bardzo jeszcze młodego człowieka i dla niego walczę. Jest cudowny, znalazł mi angielskojęzyczne nagrania motywacyjne, gdy tylko widzi słabszy moment, nie odstępuje mnie na krok.
    Zauważa i komplementuje umalowane paznokcie, ładny ubiór do pracy - tak bardzo się stara...
    Czerwony pasek, wygrana konkursu ortograficznego spośród uczni wielu szkół, to wszystko przeszło bez echa i naszej uwagi - wówczas ja i mąż toczyliśmy walkę naszego życia. Syn wiedział jaka jest sytuacja i nie absorbował nas sobą w najmniejszym stopniu.
    Weszłam na stronę szkoły jakieś dwa tygodnie temu... Nasz syn odbiera nagrodę od burmistrza w rozciągniętym dresie, nasz syn w głównej roli w przedstawieniu teatralnym, nasz syn wygrywa konkurs pływacki, nasz syn odbiera świadectwo z czerwonym paskiem od dyrektorki szkoły.... Wszędzie sam, dookoła roześmiane dzieciaki z rodzicami. Płakałam oglądając te zdjęcia, umknęło mi pół roku życia mojego syna.
    Wczoraj słyszałam jak rozmawiał z moim bratem, że kiedy wyprowadzi się na studia, wujek nie może zostawić mamy :"mama nie może zostać sama". Los zabrał mi cudownego człowieka - mojego męża, ale dał mi fantastycznego syna i dla niego przeniosę góry.
  • alicjabadanie 03.01.18, 21:10
    Szanowne Panie! Jestem magistrantką psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim i prowadzę badania dotyczące lęku przed śmiercią. Poszukuję kobiet, które doświadczyły śmierci bliskiej osoby w ciągu ostatnich 6 lat. Każda pomoc jest dla mnie bezcenna. Badanie zajmie około 10 minut. Jest w pełni anonimowe i poufne.
    Za poświęcony czas z góry dziękuję!
    docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSeF3MfzsT3BkRpUkrn6NxMdzFZAt7l0fx2T17WZrWcvZrdZ7Q/viewform
  • rozczochrany.jelonek 06.01.18, 21:07
    W poniedziałek minie 1,5 roku. Kredyt udźwignęłam. Syn za dwa tygodnie skończy 14 lat. Otrzymał stypendium od gminy za wyniki w nauce. Wyrasta na cudownego, rozsądnego człowieka. Ja od 7 m-cy jestem w udanym związku. Otrzymałam awans i radzę sobie. Dałam radę i chcę powiedzieć każdemu, kto tu zagląda. Istnieje życie, po śmierci najbliższych. Nie gorsze, nie lepsze. Inne. Istnieje.
  • evro44 01.02.18, 18:02
    To i ja ze swoją historią. Mąż był starszy o 13 lat. Zawsze nachodziły mnie czarne myśli, że może umrzeć przede mną. Córka po studiach zamieszkała w innym mieście a my zostaliśmy sami, zadowoleni z życia z planami podróżowania.Mąż przeszedł na emeryturę ale tylko finansowo, ponieważ pracodawca natychmiast zatrudnił go ponownie jako niezastąpionego fachowca znanego w całym mieście. Ja trochę wcześniej straciłam pracę w upadłej firmie ale nie robiłam z tego problemu ponieważ sytuacja materialna w naszym domu była dobra-godna emerytura i wynagrodzenie. Krzyś nigdy nie chorował, dobra kondycja fizyczna, młody duchem z planami na przyszłość.I nagle z dnia na dzień okazuje się, że rak w ostatnim stadium, dwa miesiące walki i koniec. Zostałam zupełnie sama. W pustym mieszkaniu pełnym jego rzeczy i wspomnień.15 lutego minie rok. Nie ma dnia którego bym nie przepłakała. Co rano po przebudzeniu dociera do mnie, że już nigdy mnie nie przytuli, nie powie że mnie kocha, nie pocieszy...Nie jestem już najmłodsza, nie pracuję, siedzę w czterech ścianach i widzę jak życie ze mnie uchodzi, bez nadziei na lepsze jutro. Nie spodziewam się żadnych zmian i niespodzianek od losu i gdybym miała teraz umierać byłabym z tym pogodzona. Najbardziej bowiem boję się samotnej starości.Mam przyjaciółki, rodzinę ale to nigdy nie zastąpi mi kochanego człowieka na którego zawsze mogłam liczyć, mężczyznę dla którego byłam najpiękniejszą i najlepszą żoną na świecie. Oddycham, jem ale to wegetacja a nie życie.
  • rozczochrany.jelonek 06.03.18, 22:39
    Zachowywałam się dokładnie tak samo. Umrzeć. Drapałam rany, wspominałam agonię męża. Powtarzałam sobie: nikt mnie nie przytuli, dla nikogo już nie będę najpiękniejszym stworzeniem pod słońcem. Nikt nie wypełni zionącej wyrwy, otchłani beznadziei i pustki, którą po sobie zostawił.
    To minie. Kiedy mama mówiła mi :"nigdy go nie zapomnisz", rozumiałam to :"nigdy nie przestaniesz cierpieć". Źle rozumiałam. Jest ze mną, jest w każdym ważnym wspomnieniu, jest na Święta, w rodzinnych opowieściach, ale już nie cierpię. Wspominam mądrze i spokojnie. Nie buduję mu pomnika ze swojego życia. Nie dlatego, że jestem taka mądra. Tylko dlatego, że nawet rozpacz kiedyś mija.
    Kiedy zmarł, największą otuchą w tamte czarne dni, okazała się moja leciwa sąsiadka. Pochowała męża w młodym wieku, została sama z córkami, wiedziała, przez co przechodzę. Jako jedyna, nie mówiła o współczuciu, o tym jak jej przykro, że moje życie już na zawsze się zmieni. Przygarnęła mnie jak dzieciaka i powiedziała :"dasz radę, to minie. Nie od razu, ale uwierz, minie". Wspominałam te słowa 1000 razy. Raz w myślach kłócąc się z nią, raz jej złorzecząc, że tak bagatelizuje mój ból, nieraz łapiąc to wspomnienie jak ostatnią deskę ratunku.
    Dziś sama mogę być w roli mojej leciwej sąsiadki. Kochana to minie. Nie od razu i nie jutro. Ale minie. Szukaj ludzi, taka moja podpowiedź i szczera rada.
  • jolka38si 18.05.18, 14:29
    Miesiąc temu zmarł moj narzeczony. Wszystko stało się tak nagle. W ciągu kilku minut stracilam wszystko co kochałam i znaczyło coś dla mnie. Boję się rodzinie czy znajomym mówić co czuje bo wezmą mnie chyba za szaleńca. Boję się wspominać Wojtka bo za bardzo boli. Gdy myślę o tym że nigdy mnie nie przytuli czy pocaluje, nie porozmawia ze mną...boli i to tak ze nie da się tego opisać.
  • jaybe 18.07.18, 23:24
    Tekst linka
    Słuchaj muzyki,poważnej,wyrażającej uczucia,ból,to co teraz czujesz. Każdy przeżywa śmierć w inny sposób,dlatego nie ma reguły,jak powinnaś się zachować,co czuć. Im bardziej kochałaś,tym bardziej boli. Osobiście też to przerabiałem kilka razy,dlatego wiem,że nie ma jednej metody radzenia sobie ze śmiercią,żałobą,każdy musi znaleźć własną. Od siebie powiem,że trzeba żyć dalej,bo są ludzie,dla których wiele znaczysz,a z perspektywy czasu powiem,że warto żyć i nie poddawać się.

    Tekst linka
  • agamir28 20.07.18, 01:16
    Nawet nie wiesz jak bardzo wiem o czym piszesz,
    7miesiecy tuz przf wigilia zmarl moj maz mial 46lat
    Nie potrafie sie z tym pogodzic gadanie ze czas goi rany to bzdura-ja wciaz czekam az wroci do domu .niczego nie ruszalam jego rzeczy sa w tym samym miejscu
    Mam pekniete serce i chociaz wiem ze musze zyc dla corki jednak kazdego dnia mam nadzieje ze sie nie obudze bo po co....
  • agamir28 20.07.18, 01:19
    Z
  • jaybe 21.07.18, 23:17
    www.youtube.com/watch?v=Q4oInT79CUk
    Śmierć osoby ukochanej i wygaszanie uczuć to nie to samo jak wyłączanie światła,nie przekręcasz wyłącznika i jest OK. Autorka wątku jest najlepszym przykładem,że da się wszystko poukładać na nowo.Nie będzie tak samo jak było,ale będzie na nowo. 46lat to wiek,kiedy człowiek dopiero zaczyna cieszyć się życiem,bo jest na tyle dojrzały,że rozumie o co w tym życiu chodzi.Nie opisuję swoich tragedii, bo nie ma tutaj miejsca,ale uwierz mi na słowo,że będzie dobrze i nie poddawaj się, żyj wbrew wszystkiemu,na autopilocie,bo musisz. Twój mąż chce żebyś była szczęśliwa,nawet bez niego,bo normalny facet chce szczęścia ukochanej osoby. Jako facet nie chciałbym,żeby moja rodzina cierpiałą z mojego powodu; widzisz na tym forum są wątki o rozwodach,nienawiści,a niewiele osób zastanawia się,o co w tym życiu chodzi,jak wybaczać krzywdy,jak stawać się dobrym,ale jak dokopać drugiej osobie i myślę, że to jest prawdziwa tragedia. Ty kiedyś znowu się podniesiesz,kiedyś będziesz się znowu uśmiechać a śmierć męża uczyni,że będziesz cieszyć się każdą chwilę w życiu,tylko w międzyczasie jest nieciekawie i cholernie smutno.

    Zerknij na tłumaczenia utworków,bo są naprawdę świetne,chyba że rozumiesz oryginał. Ja od czasów swoich tragedii lubię opery i rozumiem emocje zawarte w muzyce o ona daje mi ochotę do dalszego działania.
    A ja jutro będę miał przeboje,bo żona wraca z wypoczynku w spa,a w domu tragedia i syf,ale wypoczęliśmy z dzieciakami i teraz zamiast zajmować się porządkami,olewam. Rano przychodzi kobieta,to trochę wszystko ogarnie,bo bez WAS kobiet my faceci byśmy zginęli.




  • jaybe 21.07.18, 23:51
    PS: 2 lata zabrało mi,żeby pozbierać się po stracie narzeczonej,a tragiczna śmierć ojca pozwoliłą mi być lepszym ojcem,ale nie wiem co musiałoby się stać,żebym był lepszym mężem.
    Tekst linka

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.