Dodaj do ulubionych

Pokonać cierpienie

11.05.09, 14:56
Kilaka lat temu zginał nagle mój syn. Michał miał 22 lata. Studiował
matematykę. Był jednym z lepszych polskich szachistów. Bardzo Go
kochałem i kocham. Świat się nagle zawalił. Cierpienie i ból tak
wielki, że nie chce się żyć.

Trzy lata później, to co przeżyłem opisałem w powieści pt. „Wzgórze
Pana Boga” Udało mi się pokonać cierpienie i wrócić do życia.

„Wzgórze Pana Boga” jest pisane na maksymalnej szczerości. I chyba
dlatego, osoby, które straciły swoich najbliższych równie szczerze
za mną rozmawiały. Udało mi się przekonać sporo osób, że warto żyć.

Wierze głęboko w to, że nasi najbliżsi zmarli nie chcą nas widzieć
smutnymi czy zrozpaczonymi. Wierzę również głęboko w to, że
prędzej czy później zgram w szachy z Michałem.

O istnieniu tego portalu dowiedziałem się zupełnie przypadkiem.
Postanowiłem dokonać wpisu. Zastanawiam się też nad tym, czy nie
próbować wysłać listu do każdej z osób, która zamieściła tu anons.

Rozumiem doskonale co się czuje po stracie najbliższej osoby. Nawet
teraz, po latach. Wystarczy zamknąć oczy … Na szczęście,
cierpienie pokonać.

Wszystkich , którzy stracili najbliższych, chciałbym zanieść
przesłanie. Trzeba wracać do życia. Jestem głęboko przekonany, że
mój syn Michał, nie chce widzieć mnie smutnym czy też zrozpaczonym.
Jestem przekonany, że dotyczy to wszystkich , którzy przeszli na
tamtą stronę.

Mirosław Sośnicki

PS.
Na stronie Wydawnictwa MTM jest umieszczony pierwszy
rozdział „Wzgórza Pana Boga” Może lektura tego tekstu będzie dla
kogoś przydatna. Gdyby ktokolwiek chciał się za mną skontaktować
podaje mail: mtm@wydawnictwomtm.com

Edytor zaawansowany
  • maretta111 11.05.09, 18:47
    Tak bardzo chciałabym pokonać swój ból...
  • hpwa 11.05.09, 20:58
    problem w tym ,ze ja osobiście wcale nie chcę wrócić do
    tzw "normalnego zycia ".jest dla mnie zbyt daleki i obcy.
  • mirkko51 11.05.09, 22:06
    Ja też nie chciałem. Czułem się najbardziej nieszczęśliwym
    człowiekiem na świecie. Najbardziej sensownym przedsięwzięciem
    wydawało mi się zapić się na śmierć. Ale w ten sposób nie pomógłbym
    Michaławi. Po kilku miesiącach od pogrzebu (chodziłem prawie
    codziennie na cmentarz)zauważyłem, że na tym centarzu sa jeszcze
    inne groby, w tym alejka z grobami małych dzieci. Wtedy okryłem,
    że nie jestem jedynym człowiek na świecie, którego dotknęło
    cierpienie.

    PO wydaniu "Wzgórza Pana Boga" zadzwoniuła do mnie Pani, której syn
    rownież nagle zginął. Rozwiałem z ta Pania kilkarotnie. Udało mi
    jakoś "wepchnąć" ją do życia.
    Nie jesteśmy sami na tym swiecie. Wokół nas pełno osób, którym
    jesteśmy potrzebni. Wystraczy tylko się rozjerzeć. Mialem łatwość
    rozmawiania z ludzmi, których dotkneło cierpienie ponieważ przeżylem
    to samo.
  • mirkko51 11.05.09, 21:50
    maretta111 napisała:

    > Tak bardzo chciałabym pokonać swój ból...

    Jest to możliwe. Jeszcze na dwa dni przed śmiercią syna snuliśmy
    dalekosiężne plany. Michał był szachistą, ja organizotorem
    największych w Polsce festiwali szachowych. Wydawaliśmy dobre pismo
    szachowe (Michał byl redaktorem). I nagle. Kiedy MIchal umarł miałem
    47 lat. I nagle zrozumialem, ze cała moja wiedza o zyciu jest nic
    nie warta. Nie wiem gdzie się Michał podział po śmierci. Nie wiem
    jak mu pomóc. Zacząłem szukać... To trwało. Ale wiem jedno. Śmierć
    Michała przewartościowałą moje życie...

  • halas1961 11.05.09, 22:34
    Halinko, Pan Miroslaw ma racje. Z cierpienia trzeba się starać wychodzic. Mój
    mąz ma stany jak Pan Mirosław pisze, że czasem miałby chęć "zapic się na
    smierc", ja jakos wychodze powoli do ludzi.
    Ty jestes dopiero na poczatku tej drogi. Przeciez Ola dopiero co odeszła. I Ty
    musisz najpierw się wypłakac, wykrzyczec cały swój żal do Boga, świata... Ale
    zobaczysz,ze przyjdzie ten czas kiedy cierpienie jeśli nie pokonasz to oswoisz.
    Wiesz dobrze, ze na mnie możesz zawsze liczyć.
    I to jest prawda, ze całe swoje zycie człowiek przewartosciowuje. Widzi co jest
    teraz najwazniejsze. Nic nie znacza jakies drobne niepowodzenia, sprawy
    materialne są tez jak najmniej ważne. Tak jest u mnie w kazdym razie. Ja tez
    poszukiwałam i wciąz poszukuję. Ale nie tego, gdzie jest moja Agatka, bo to ja
    zawsze wiedziałam i wiem. Zaczęłam poszukiwac sensu dalszego życia, drogi która
    da mi ukojenie i sprawi ze będe mogła powiedzieć, kiedy spotkam się u Pana z
    Agatką: "Córeczko chyba Cię nie zawiodłam, chyba Ci za mnie nie jest wstyd".
    I wydaje mi się ,że chyba ta droga prawie odkryta. Czego bym strasznie chciała
    dla Ciebie Halinko i dla Was wszystkich.
    Halina-mama Agatki
  • mariola008 11.05.09, 22:38
    A ja nie widzę niestety sensu tego straszliwego cierpienia, nie widzę sensu
    życia po stracie. Czasami myślę,że jestem już w piekle za życia. Tak dobrze
    byłoby zniknąć i nie czuć już nic.
  • markkoko 12.05.09, 07:37
    Pani Mariolu
    Śmierć Michała (reczej przejście - śmierci nie ma, piszę o tym we
    wszystkich swoich powieściach) całkowicie przewartościowala moje
    życie. Odnalazlem Boga, a życiu realnym zowocowoło to poszerzeniem
    mojej rodziny o dziesięcioletnią dziewczynkę.
    Nasi najbliżsi zmarli chcą widzić nas żyjących pełnia życia (jestem
    o tym głeboko przekonany). Jest im smutno kiedy my jesteśmy smutni.
  • grazyna1965 11.05.09, 23:21
    mirku,jestem na tym forum od kilkunatu miesięcy. Moja Patrynia
    zginęła w wypadku, pogrzeb miała w swoje 23 urodziny. Wracała z
    egzaminu..była tak szczęsliwa, miała swoją ukochaną firmę eventową,
    kończyła studia, wszystko tak świetnie się układało. I nagle
    koniec..koniec wszystkiego.W ułamku sekundy straciłam najbliższą mi
    osobę na świecie, moje jedyne dziecko, uwielbiane, kochane do granic
    możliwości. Nie będę opisywać co czułam bo znasz to tak samo jak ja.
    Masz wszystko, czujesz się najszczęliwszym człowiekiem na Ziemi a
    zamieniasz się w ruinę człowieka. Po szkoku jest psychiatra,
    psycholog, silne prochy i poczucie, że już nie chcesz żyć, że już
    nic nie ma sensu. Pół roku trwałam w takim stanie, nie chciałam
    wracać do pracy, bałam się wyjść z domu, unikałam ludzi. Dużo
    czytałam, szukałam wszystkiego co dotyczy życia po śmierci..szukałam
    mojego dziecka. Nie znalazłam tego miejca ale znalazłam coś
    innego..zobaczyłam, że nie tylko ja tak cierpię, że są ludzie tacy
    jak ja,tak bardzo nieszczęśliwi i że to oni wyciągają do mnie rękę,
    mimo, że sami tak straszliwie cierpią.Jak to możliwe?
    Od śmierci Patry minęło 15 miesięcy i 8 dni..wciąż mam chwile, że
    myślę o mojej śmierci jak o ratunku. Ale żyję, pracuję..co nie tak
    dawno było nie do pomyślenia. To tutaj przecztałam o bólu, o
    samotności, o cierpieniu.To tutaj przeczytałam najpiękniejsze
    wiersze..to tutaj zrozumiałam, że nie ma granicy ludzkiego
    cierpienia. To tutaj piszę gdy jest mi tak strasznie źle, że sama
    nie daję już sobie rady. To tutaj szukam ratunku dla siebie..
    Grażyna, mama Patryni
  • mirkko51 12.05.09, 12:49
    Grażyno,
    przeszedlem przez to wszystko co i TY. Nagle świat sie zawalił. Po
    iformacji o śmierci Michała patrzylem przez okno. A tam wszystko
    normalnie. Ktoś idzie uklicą, jedzie jakiś samochów. Nie mogłem tego
    zrozumieć...
    Moim pierwszym pytaniem było jak mogę pomóc Michałowi. I wtedy
    ogarnęła mnie bezradność. Była ona tak duża, że zacząłem szukać...
    Po wielu dniach nabrałem pewności, że Michał ma sie dobrze, że jest
    mu tam chyba lepiej niż tutaj. To mnie uspokoiło (mój syn ma sie
    dobrze) to pozwoliło rozejrzeć się wokół. Zobaczyłem, że pełno spraw
    czeka na mnie, że jest wiele do zrobienia. Może pomyslisz, że
    zwariowałewm, ale dopiero po śmierci Michałą odkryłem dar jakim
    jest życie. Taraz wydaje mi się, że żyję bardziej mocno (nie
    przyczhodzi mi do głowy lepsze określenie). Mam taż duzo radości
    tylko z tego , że żyję.
  • jower 12.05.09, 13:07
    Panie Mirosławie, właśnie przeczytałam pierwszy rozdział. Bardzo chciała bym przeczytać resztę. Jesteśmy prawie sąsiadami - mieszkam w Wałbrzychu. Czy dostanę ją gdzieś w naszej okolicy?
    Mój syn też zginął nagle, niespodziewanie, tragicznie. Wczoraj minęło 21 miesięcy od tego dnia. Ani ja , ani mąż ciągle nie potrafimy się z tym pogodzić, zrozumieć, wybaczyć - komu?, odnaleźć chęć i sens życia bez przyszłości - jaką są przecież dla nas nasze dzieci. Literatura, internet, nowi wirtualni przyjaciele - bo ci starzy, po prostu nie są w stanie nic zrozumieć. A bez wsparcia, zmagając się z bólem w pojedynkę, nie sposób żyć.
    Jeżeli jest miejsce, gdzie można kupić Pana powieści - chętnie się tam wybiorę.
    Dziękuję za odwiedziny na "naszej stronie". Każde dobre słowo jest dla nas wszystkich - okaleczonych - tak cenne.
    Jola - mama Krzysia
  • hhalka 12.05.09, 13:59
    wydaje mi się ,ze tu mozna zamówic www.wydawnictwomtm.com/?
    link=wzgorze&do=recenzje
  • markkoko 14.05.09, 18:29
    Pani Jolu,

    dziekuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że to dopiero
    początek naszej znajomości.

    Pozdrawiam

    Mirek S.
  • jower 15.05.09, 07:40
    To ja serdecznie dziękuję - książka z osobistą dostawą i dedykacją autora!
    Nasze spotkanie naładowało mnie jakąś siłą, energią , nie wiem jak to nazwać - panie na zebraniu zauważyły, że jestem jakaś inna : promienna, pogodna - od bardzo dawna takiej mnie nie widziały. Jakie to jednak ważne móc czasem porozmawiać szczerze, bez udawania, dokładnie o tym, co leży nam na sercu. Czasem zdjąć maskę i być po prostu sobą.Tą nową sobą - a nie, jak musimy na co dzień udawać, dawną siebie. Której przecież już nie ma i nigdy nie będzie.
    Dziękuję serdecznie za wszystko. Na pewno to nie było ostatnie nasze spotkanie. Mam jeszcze tyle pytań...
    Pozdrawiam najserdeczniej - Jola
  • markkoko 15.05.09, 11:49
    Pani Jolu,
    dziękuję za dobre słowa.
    Do zobaczenia

    Pozdrawiam

    Mirek S
  • grazyna1965 12.05.09, 22:46
    Mirku,przyznaję, nie rozumiem tego o czym piszesz tutaj/ ,,żyję
    mocniej"/. Wczoraj tak zachłannie przeczytałam I rozdział Twojej
    książki..przeczytałam VI i chciałam kolejne. A dzisiaj już zamówiłam
    egzemplarz i czekam z niecierpliwością na przesyłkę. Ja wciąż
    szukam..nawet nie wiem czego, czy miejsca gdzie jest moje dziecko
    czy czegoś innego.Dzisiaj czytając Ciebie zdumiało mnie Twoje
    wyznanie, że teraz żyjesz ,,bardziej mocno". To pierwsze moje
    odkrycie, że po śmierci dziecka można lepiej, mocniej żyć.
    Zdumienie, szok ..niewiara? Nie wiem. Pierwsze co pomyślałam to,
    przyznaję, oto męskie ,,podejście" do sprawy. Nie chcę Cię urazić
    ale to co napisałeś wydaje się tak nieprawdopodobne, że od razu
    pomyślałam..tak, oto mężczyzna, On nic nie rozumie.To głupie, wiem.
    Ja chyba wciąż uzurpuję sobie prawo do rozpaczy,nie widząc rozpaczy
    mojego męża. A przecież wiem, że cierpi. Może zazdroszczę mężowi
    tego ,,lepszego radzenia sobie"? A może to dlatego, że tak rzadko
    mężczyzna pisze o swoim bólu? Czasami nie mogę znieść tego, że mój
    mąż żartuje, śmieje się oglądając film..nie rozumiem tego. Może
    Twoja książka pomoże mi zrozumieć mojego męża..Ciekawa jestem też
    czy Twoja żona też ,,żyje mocniej".
    Przepraszam za ten wątek osobisty ale musiałam to napisać.
    Grażyna,mama Patryni
  • markkoko 12.05.09, 23:41
    Grażyno,
    nie podejmuje się rozważać kto bardziej cierpi - kobieta czy
    mężczyzna.

    Śmmierć Michała (nie od razu - to proces) uzmysłowiła mi, że
    największym skrabem jaki się ma - jest życie. Czy możesz sobie
    wyobrazić, że Ciebie na tym świecie nidgy by nie było???. Nie
    doświadczyłabyś radości (musiałaś przecież mieć takie stany - np.
    radość z urodzenia dziecka) jak i cierpienia. Czy możesz sobie
    wyobrazić, że Ciebie nie ma? Nie znasz smaku chleba, smaku
    pocałunku, i jeszcze tysiąca innych smaków ...
    Jeżeli rozejrzysz się wokoło - nie znajdziejsz ani jednej rodziny w
    której ktoś by nie umarł. Ja to zrozumiłem po kilku miesiącach po
    śmieci Michała, kiedy przeszedłem obok alejki na cmentarzu z grobami
    małych dzieci. Pomyślałem wtedy: - Boże, Miachał miał 22 lata.
    Mogłem z nim przebywać tak długo , a co mają powiedzieć ci rodzice,
    których dzieci zmarły tak szybko.

    Wtedy dopiero zruzumilem , że nie jestem jedyną osobą na świecie ,
    która cierpi. Jeżeli zauważysz ciepienie innych, jeżeli zobaczysz,
    że innych dotknęło też największe na świecie nieszczęście, może
    zrozumiesz, że takie jast właśnie życie. Nie ma innego. Cierpienie
    jest wpisane w nasze istninie. Ale i w nasze istnienie wpisana jest
    także radość.

    Nabrałem pewności (też proces) że Michał ma się dobrze. Nabrałem też
    pewności, że nie zależy mu na moim smutku...

    Śmierć naszych najbliższych musi czemuś służyć. Musi nas wynieść
    wysoko i pokazać inną, znacznie szerszą perpektywę naszego
    istnienia. Musi nas przemienić - na lepsze. Takie jest znacznie
    śmierci naszych ukochanych.


    Rano,muszę wstać. Dzień zaczynam od podziękowania Bogu za to, że
    żyję, że wokoł mnie kochająca żona, bliscy. Jeżeli otworzysz szerzej
    oczy - zobaczysz to samo wokół siebie.

    Pozdrawiam

    Mirek Sośnicki
  • halas1961 13.05.09, 13:25
    W pełni sie zgadzam, ze śmierć ukochanej osoby powinna nas zmienić.
    Na lepsze. W kazdym razie ja tak czuję i bardzo sie staram, aby tak
    sie stało. I żyje tez mocno inaczej niz przedtem. Owszem, ludzi
    zawsze lubiłam i kochałam przyrode. Ale jest tyle spraw , słów
    których się obawiałam mówic, robic wczesniej. Tyle odkładanych na
    później spraw... I teraz ja to wszystko powoli zaczynam. Mając 48
    lat dopiero zaczynam robic . To czego zawsze się bałam, a o czym
    marzyłam i wydawło mi sie ,że bedę smieszna mówiąc czy robiąc
    niektóre rzeczy. A teraz okazuje sie, ze wcale nie. Czasem mam
    szereg obaw, ale czuję że robię dobrze i trudno co ktos sobie
    pomysli, albo jak oceni. Nie martwię się tym .Jestem wreszcie sobą.
    Jeszcze nie całkiem do końca, ale mam nadzieje że się uda. Jeszcze
    pełno we mnie niepokoju, niepewności, ale wciąż moje słońce, moja
    córeczka naprowadza, a raczej PAn za jej wstawiennictwem. I tez
    zaczęłam się usmiechać częściej. Ciesze się z pięknej pogody, z tego
    ze następnego ranka wstałam, z mniej coś boli, że jest nastepny
    dzień. A ja znów bliżej Agatki. Cierpienie napewno mozna pokonać, a
    jesli to zbyt wielkie słowo, to napewno oswoić. Nie warto zasmucać
    naszych dzieci, czy innych bliskich ktorzy odeszli ciągłym
    zadreczaniem sie ,ze moze to powinnam, tego nie zrobilam, ze moze
    moja wina, ze byłam złą matką, żoną, ze jej jest moze tam źle. Te
    wszystkie niepokoje najlepiej oddac Stwórcy, wszak z radoscią je od
    nas przyjmuje.Zawsze mówi: "dlaczego chcesz sam dźwigać swój cieżar,
    przecież jesteś na to za słaby. Oddaj mnie, ja ci pomogę go nieść.
    Tylko zaufaj, ja Ci pomogę." I Myślcie sobie co chcecie, to jest
    najszczersza prawda. Oto ja - mama Agatki - przykład takiego
    myślenia i ufności. I wierze głeboko, ze jesli się bardzo pragnie,
    to się uda

    Halina-mama Agatki
  • grazyna1965 14.05.09, 00:10
    Halinko, o tym własnie pisałam na forum Dlaczego. Ty
    jesteś ,,bliżej" Boga niż ja. Czytając Ciebie mam wrażenie, że Ty
    już wiesz jak żyć, ,,poukładałaś" sobie to wszystko. Sama piszesz,
    że chcesz być lepsza, że żyjesz ,,mocno inaczej". Tak jak Mirek. Ja
    tego własnie nie mam. Żyję inaczej ale nie mocno. I wcale nie jestem
    lepsza. Mimo,że robię wiele róznych rzeczy / np. fundacja/ nie
    jestem lepsza, dobra. Raczej gorsza. Wiele moich działań jest z
    czysto egoistycznych pobudek. Nie ma we mnie już dawnej radości,
    chęci, zapału. Skoro czuję się taka pusta w środku to jak mogę być
    lepsza dla innych? Ludzie mnie często drażnią, kiedyś tego nie
    czułam.To Patra była takim moim motorem do działania, napędzała do
    wszystkiego. Przy Niej wszystko było takie proste. Łatwo było być
    dobrym. Teraz to prawie niemożliwe. Czuję się taka zmęczona tym
    zyciem bez Patry, wiele rzeczy robię z obowiązku. Nie mam planów,
    marzeń. Jedynym wyzwaniem jest przeżycie kolejnego dnia. A przede
    wszystkim czuję się tak strasznie samotna. Całe życie realizowałam
    się zawodowo, czułam ogroną satysfakcję z tego co robię. Człowiek
    szczęśliwy nie zna ograniczeń. Nie miałam ich. Teraz wszystko się
    zmieniło. Wróciłam do pracy ale to już nie jest to. Czuję, że nie ma
    we mnie już nic co mogłabym komuś dać.
    Dobranoc
    Grażyna, mama Patryni
  • dorrita79 14.05.09, 08:50
    Grażynko, doskonale Cię rozumiem, bo wiem co przeżywasz, bo czułam tak samo i
    czasem mi się jeszcze zdarza czuć podobnie. Mnie też się czasem wydało, że od
    czasu tragedii jestem gorsza, bo pojawiło się we mnie tyle nieprzyjemnych uczuć
    jak zazdrość, niechęć do ludzi i strach przed nimi, które wcześniej były mi
    raczej obce. Jestem bardziej zapatrzona w siebie, skoncentrowana na swoim
    poczuciu krzywdy, że ciężko mi się czasem otworzyć na innych (choć obecnie jest
    dużo lepiej niż było). I ta pustka....ogromnych rozmiarów pustynia (jak to
    kiedyś napisałam w jednych ze swoich wierszy), która potrafi być wszechobecna i
    wszechogarniająca i nic nie jest jej w stanie na dłuższą metę zagłuszyć.
    A przecież kiedyś była osobą niezwykle towarzyską, otwartą na innych, radosną,z
    pogodą ducha .... A teraz wyobraź sobie, że kiedy jestem w pewnym miejscu na
    mszy, i ludzie podczas modlitwy Ojcze nasz podają sobie ręcę... ja nie potrafię
    podać ręki osobie, której nie znam, bo czuję strach, bo czuję się jak 3letnia
    dziewczynka, której ktoś chce zrobić krzywdę. I ciężko mi jest zaakceptować taki
    stan rzeczy, pogodzić się z tym, że teraz tak mam.
    Długi czas trwałam w ciemnej dolinie, gdzie tak jak Ty teraz, żyłam danym dniem,
    bez planów, bez marzeń, czekając tylko na moment, kiedy znowu będę mogła się
    położyć i zasnąć, zamknąć oczy i odpłynąć. Spanie stało się moją ulubioną
    czynnością, mimo, iż najczęściej to były koszmary, gdzie budziłam się zlana
    potem czy z krzykiem na ustach. Dzisiaj nadal mam te koszmary, ale już nie
    uciekam w sen, wychodzę do ludzi. Znowu mam marzenia i plany, choć również i
    niepokój o swoją przyszłość, jak to będzie, jak się ułoży moje życie.
    W zeszłym roku zdecydowanie bardziej chciałam nie żyć niż żyć, teraz jest
    odwrotnie. Chcę żyć, chcę być lepsza, chcę kochać i wierzyć, tyle, że czasami
    kończy się to tylko na "chcę", a brakuje za tym działania.
    Ale dzisiaj jestem zakochana w kimś:-). Pojawił się ktoś w moim życiu, kto nadał
    mu barw, kto wniósł radość i szczęście w moją codzienność, kto mnie pokochał
    bezgranicznie i bez względu na wszystko, na moje humory, zmienne nastroje,
    gorsze dni.
    Zawsze byłam rozchwytywana przez mężczyzn, i praktycznie nigdy nie byłam sama.
    Ale od czasu tragedii i w tym temacie wszystko się zmieniło. Mimo, iż niejeden
    się starał o moje serce, to nikomu nie dawałam szansy. Co więcej, byłam często
    opryskliwa i wredna dla nich, jakbym chciała sobie na nich odbić swoje krzywdy.
    Wybierałam samotność, mimo iż zawsze otaczało mnie tylu dobrych przyjaciół i
    mimo, iż wcale nie musiałam być sama. A dziś.... jestem zakochana i szczęśliwa,
    że ktoś jest obok. Jednak boję się zaufać do końca, oddać całe swoje serce... bo
    jest we mnie tak ogromny lęk, że znowuż stracę kogoś, kogo pokochałam. A
    kolejnej straty na dziś mogłabym nie unieść. Zbyt wiele bólu doznałam i
    cierpienia w swoim życiu, że teraz każda strata (nawet najmniejsza) jest dla
    mnie tak bolesna, że mogłaby mnie przygnieść swoim ciężarem.
    Tak samo jak Ty, przed tragedią realizowałam się zawodowo i nie tylko. A potem
    bum, błysk i wszystko pękło i rozleciało się w drobny mak. Przestałam się
    realizować, przestało mi zależeć. Nie dość, że przestałam się realizować, to
    przestałam robić cokolwiek. Umierałam w sobie, zapadałam się w siebie coraz głębiej.
    Lecz na szczęście zaczęło to się zmieniać i życzę tego również Tobie, aby ta
    iskierka życia, lepszego i mocniejszego pojawiła się w Tobie.
    Wiem, że możesz wiele dać innym....przede wszystkim swoje ciepło, zrozumienie i
    serce... może nie jesteś jeszcze gotowa, ale myślę, że przyjdzie taki czas...
    przytulam mocno










  • grazyna1965 14.05.09, 23:28
    Dorotko, dziękuję za te słowa skierowane do mnie. Miło słyszeć, że
    jesteś zakochana, szczęśliwa. Wiesz co pomyślałam sobie? A jednak
    myliłam się, jednak Bóg wynagradza cierpienia. Tak właśnie
    pomyślałam sobie. To najlepsza wiadomość jaką tutaj przeczytałam od
    roku. Życzę Tobie Dorotko wszystkiego co najlepsze,z całego serca.
    Ja już wiem, że w moim życiu nigdy nie pojawi się żadna
    iskierka ,,lepszego i mocniejszego życia". Dorotko, to jest
    niemożliwe. Możliwe okazało się to, że będę jednak żyła po smierci
    mojego dziecka, choć wydawało mi się kiedyś, że to niErealne. A
    jednak żyję. Ale życie bez ukochanego, jedynego dziecka, ne może już
    być lepsze, mocniejsze / pozwolę sobie użyć tego określenia Mirka/.
    Po prostu nie może. I nikt tego wymagać ode mnie nie może, nawet ja
    sama. Wie to mój mąż, wiedzą to moi rodzice. Tylko miłość męża i
    rodziców ,,trzyma" mnie tutaj. Przecież nie chcę żeby to moja mama
    stała nad grobem swojej córki. Robię wszystko żeby ,,utrzymać" się,
    chodzę regularnie do psychiatry, chodziłam do psychologa, wróciłam o
    pracy..naprawdę staram się bardzo. Na szczęście mam kochającego
    męża, który mimo, że sam tak bardzo cierpi wspiera mnie, jest przy
    mnie. Razem trwamy w tym koszmarze jaki przezywamy. Dużo czytałam o
    takich rodzinach jak nasza, statystyka jest przerażająca. 80 procent
    małżeństw rozpada się po takiej traumie. My trwamy, w miłości i
    zrozumieniu. Czasami myślę sobie, że to nasza Patrynia czuwa nad
    nami i daje nam siły. Ona zawsze wiedziała, że bardzo się kochamy,
    choć nie zawsze było tak jak być powinno. I pewnie teraz opiekuje
    się nami bo wie, że tylko tak możemy przetrwac to nasze życie bez
    Niej. Pomaga nam Jej miłość do nas.
    Życzę Ci Dorotko tak cudownej miłości dziecka jaką ja byłam
    obdarowana. Nie ma nic piękniejszego od miłości dziecka.
    Ściskam Cię mocno Dorotko
    Grażyna, mama Patryni
  • halas1961 14.05.09, 09:25
    I byc może Grazynko moje poukładanie znów wystawione na upadek. Moja
    ufność i wiara w to, co nam zsyła Stwórca znów wystawiona na próbę.
    Mąż ma kłopoty ze zdrowiem (powazne) i ja znów sie boję, panicznym
    lękiem, którego od wczoraj nie mogę opanowac. Wmawiam sobie, ze nic
    złego sie nie stanie, ze bedzie dobrze, ze wszystko się ułoży, ze
    Agatka się wstawi. I nic z tego, a przed nim udaję że sie nie
    martwię i załatwiam mu lekarzy, uspokajam go. I widze, że to
    uspakajanie jest skuteczne. A ja tak sie boję... Jak człowiek jest
    strasznie słaby, jak niewiele ma do powiedzenia...
    Halina-mama Agatki
  • dorrita79 14.05.09, 09:55
    Mamo Agatki... ja właśnie od wczoraj przeżywam to samo.. Wczoraj okazało się, że
    ojciec Darrena ma raka płuc. Co prawda nie poznałam jeszcze ojca Darrena, ale
    sam fakt, że Darren to przeżywa jest dla mnie trudna. Ta informacja mnie
    poraziła, bo ja tak boję się znowu przez to przechodzić, boję się bać, boję się
    złych wiadomości, boję się słyszeć, że ktoś z bliskich może mieć raka.
    Chciałabym móc odseparować się od złych wiadomości, ale jak widać się nie da:-(.
    Pamiętam jak to było, kiedy u mojej mamy wykryto raka. Przez 2 pierwsze lata po
    wystawieniu diagnozy, każdego dnia, każdej sekundy bałam się, że los może mi ją
    zabrać...
    Wczoraj Darren się popłakał...ten silny, niepoprawny optymista poczuł lęk, bo
    boi się (właśnie tak jak ja kiedyś), że może stracić ojca w każdej chwili, że
    nie będzie go przy nim. Jest mu o tyle ciężej, że on jest tutaj ze mną, a ojciec
    tysiące kilometrów stąd i czuje się winny tej sytuacji...... Kiedy płakał, bylam
    przy nim, ocierałam łzy, przytulałam i głaskałam... ale w środku był lęk, czy ja
    podołam temu, czy znajdę w sobie na tyle siły by wspierać Darrena. Boję się i tyle
    Czuję strach. Myślę też, że ten strach jest bardzo egoistyczny, bo boję się w
    tym wszystkim o siebie, czy wytrzymam, że Darren mnie zostawi na jakiś czas, by
    być z ojcem ....
    W czerwcu lecimy na kilka dni do Anglii, do jego rodziny...
    .... dziesiątki myśli, przeplatane różnymi uczuciami

    jestem z Tobą
  • grazyna1965 14.05.09, 23:01
    Halinko, tak bardzo mi przykro z powodu choroby Twojego męża. Nie
    wiem dlaczego tak jest, że Bóg doświadcza tak mocno, jakby już nie
    było wystarczająco ciężko. Ja zaraz po wypadku Patryni tak strasznie
    bałam się o męża..każde jego wyjście okupowałam tak panicznym
    strachem, że coś mu się stanie..Prosiłam Boga o to żeby nie zabierał
    mi męża bo nie uniosę tego krzyża. Ale wiem też, że moje prośby nic
    nie znaczą. Nie mam wpływu już na nic, żadne moje modlitwy, prosby
    nie pomogą mi. Przecież tak bardzo prosiłam Boga żeby nic nie stało
    się mojej Patryni..nie wysłuchał mnie. Pozwolił żeby umarła.
    Dlaczego miałby teraz mnie wysłuchać? Ja już Halinko wiem, że tak
    naprawdę nie mam wpływu na nic. A kiedyś myślałam, że to ja decyduję
    o wszystkim. Jak bardzo myliłam się. Nie wiem dlaczego tak jest, że
    Bóg doświadcza tak bardzo ,,nierówno", czasami aż tak bardzo, że nie
    da się udźwignąć tego krzyża. Słyszałam, że Bóg ,,wie" kto może
    udźwignąć. A przecież to nieprawda, niektórzy z nas upadają tak, że
    nigdy nie podniosą się. Czyżby Bóg się mylił??? Wciąż uważam, że Bóg
    się pomylił pozwalając mojej Patryni umrzeć. Była zbyt młoda żeby
    umrzeć, tak samo jak Twoja Agatka i wiele innych niewinnych dzieci.
    Więc dlaczego??? Przecież wiedział, że pozwalając umrzeć Patryni
    zrujnuje moje życie. Nigdy tego nie zrozumiem i nie pogodzę się z
    tym, nigdy.I nie będę już nigdy lepsza. Nigdy już nie będę
    szczęśliwa.Bez mojej Patry jest to niemożliwe.Teraz tylko modlę się
    o to żeby Bóg dał Jej więcej miłości ode mnie i mam tylko jedno
    marzenie..spotkać się z moim dzieckiem.
    Halinko, przytulam Cię mocno
    Grażyna, mama Patryni
  • dorrita79 15.05.09, 11:54
    Grażynko...rozumiem twoje rozżalenie, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
    Wierze, że teraz żyjesz z ogromnym bólem i ciężarem na plecach, że jest Ci
    cholernie ciężko. Znam ten stan z autopsji i to było jak życie w piekle.

    Pamiętam, jak po tragedii mówiłam "Bóg daje każdemu krzyż, na miarę jego sił,
    ale tym razem przegiął pałę". Tak właśnie mówiłam i złorzeczyłam i milion pytań
    dlaczego. Dlaczego nie zostawił mi choć jednej osoby??!! dlaczego w 1 sekundę
    zabrał mi aż 5 najbliższych mi osób na świecie i zostawił mnie tutaj samą i
    zagubioną. Jeszcze chwila i mieliśmy się znowu spotkać. Tak się cieszyłam, że
    znów ich zobaczę, że wezmę dzieciaczki na kolana, utulę i będziemy się tak
    bardzo cieszyć sobą. A tu bum! Nie ma... nie ma nic. Taka byłam zła, że nie
    poczekał te kilka dni, i nie zabrał mnie Tam razem z nimi!

    I żeby tego wszystkiego było mało, media rozpisywały się o tym zdarzeniu, w
    radiu, telewizji było głośno. Cała Polska huczała. I nikogo nie interesowały
    wtedy moje uczucia, to, że ja tu jeszcze jestem, i że mnie to boli co oni
    wygadują, co wypisują. A mówili straszne rzeczy na temat tego wypadku,
    oczywiście dodatkowo udramatyzowali ukolorowali to zdarzenie, żeby lepiej się
    sprzedawało, bo przecież ludzie tak lubią sensacje. A to była moja osobista
    tragedia, którą nie chciałam się dzielić z całym światem, nikt mnie nie zapytał
    czy można, czy można umieszczać zdjęcia mojej rodziny w gazetach. Gdybym
    uwierzyła w ich relację z tego zdarzenia to chyba musiałabym popełnić
    samobójstwo, bo nie zniosłam bym tego. Na szczęście ktoś mądry wytłumaczył mi,
    że to nie było możliwe, że prawa fizyki przeczą temu itd. Tak się bałam, że na
    pogrzebie też będą. Było setki ludzi, ale czy oni byli? Nie wiem, bo nie byłam w
    stanie swoją uwagę zwrócić na ludzi wokół.

    Opowiem Ci teraz po krótce moją historię. Od kąd pamiętam mój ojciec pił. Do
    tego był brutalny zwłaszcza wobec mnie. Bałam się go jak ognia. był
    nieobliczalny w swych czynach. Byłam bita, poniżana, zastraszona. Główne uczucie
    jakie mi wtedy towarzyszyło to lęk, czy dożyję kolejnego dnia. Nie modliłam się
    o to, żeby przestał pić, ale żeby już wrócił do domu, żeby się stało co miało
    się stać, bo najgorsze było czekanie, niewiadoma. I zawsze po tej modlitwie
    ojciec zaraz wchodził do mieszkania. Wyobraź sobie, jak to jest być dzieckiem,
    które niczemu nie zawiniło, które jest bezbronne i zależne od dorosłych i zdane
    na nich i boi się panicznie własnego domu, które marzy by wzięto je do domu
    dziecka. Byłam zdana na siebie, i musiałam być silna dla mamy i dla brata (no
    przecież nie mogłam przysparzać dodatkowych kłopotów), byłam prawie idealnym
    dzieckiem, które przejmowało obowiązki dorosłych. Jako nastolatka miałam próbę
    samobójczą, bo już nie mogłam tego wszystkiego znieść. Wylądowałam na pogotowiu.
    I o ironio, to właśnie ojciec mnie odratował. Przestałam mieć nadzieję, że
    kiedyś to się zmieni, myślałam, że tak już będzie zawsze. Jako dziecko nie
    wiedziałam co to miłość, bezpieczeństwo itd. jako 18naltka dowiedziałam się, że
    będę mieć siostrzyczkę a rok później, że będę mieć brata. Nie byłam z tego
    powodu szczęśliwa, bo nie chciałam, żeby oni przeżywali to samo co ja. I
    wiedziałam, że część obowiązków spadnie na mnie. Zaraz po urodzeniu braciszka
    okazało się, że mama ma raka. Szpitale, chemia i mój ogromy lęk o jej życie.
    Nagle musiałam stać się osobą dorosłą w pełnym tego słowa znaczeniu. Miałam na
    głowie maturę, dom, wychowywanie rodzeństwa (pieluchy i te sprawy) i codzienne
    odwiedziny mamy w szpitalu i dodawanie jej otuchy. Musiałam być silna, nie dla
    siebie, ale dla nich. Kiedy mama wróciła do domu, moja siostrzyczka jej nie
    poznała i to do mnie mówiła "mamo", a mnie się serce kroiło. Oczywiście
    pokochałam je wielką miłością i życie bym za nich oddała. Na szczęście mój
    ojciec się zmienił i moje rodzeństwo nie zaznało tego co ja. Wybaczyłam mu. A w
    domu zaczęła pojawiać się miłość (nie bądąc skromna, powiem, że to moja
    zasługa;-)), ciepło etc. Dopiero jako dorosła osoba, mogłam wracać do domu w
    miarę takiego, jakim powinien być kiedy byłam dzieckiem. Moja rodzina zaczęła mi
    dawać szczęście. Oprócz tego jako dziecko przyciągalam do siebie pedofili:-( Nie
    wiem dlaczego, ale tak było. I komu miałam się poskarżyć, jeżeli mój własny
    ojciec był wrogiem nr 1. Sama musiałam to wszystko znosić, coś czego jako
    dziecko nie rozumiałam. Jako nastolatka przeszłam poważne choroby, które
    doprowadziły mnie na skraj wycieńczenia i życia. I też byłam w tym sama,
    samotna, bez wsparcia. Przez wszystko musiałam przechodzić sama.
    Mogłabym jeszcze wiele traumatycznych rzeczy opisać, które doświadczyłam w mym
    młodym życiu, ale myślę, że to jest wystarczające.

    Mimo tych wszystkich traumatycznych doświadczeń, w swoim życiu mogę poszczycić
    się swoimi osiągnięciami, małymi sukcesami. A przecież mogłam się stoczyć, bo
    tak by było najłatwiej. Ale ja walczyłam o siebie od dziecka, wszystko co
    osiągnęłam, zrobiłam to własnymi rękami, własnymi siłami, bez niczyjej pomocy

    A kiedy osiągnełam już pełnię spokoju, radości nagle los zabrał mi ich! Czasami
    w swoim życiu powtarzałam sobie takie zdanie "już nie może być gorzej", ale
    zawsze coś takiego się działo, że było.
    I ta tragedia przelała już czarę, straciłam wszystko co cenne, rodzinę, miłość,
    nadzieję, wiarę. Tego było już za dużo! DOSYĆ, JA JUŻ TAK NIE CHCĘ! Jak można
    chcieć żyć, kiedy moje życie usłane było cierniami?
    Czy jestem skazana na nieszczęście? Czy moim przeznaczeniem jest cierpienie?
    Wątpię.
    Może jest To moja droga do wybawienia, do stania się tym, kim jestem/ kim kiedyś
    będę, do zobaczenia pewnych rzeczy, do dania innym nadziei, że można...MIMO
    WSZTYSTKO!

    I chciałabym mieć taką mocą by dodać Ci otuchy.
    Nie mówię, że Twoje życie będzie lepsze. Mówię, że Twoje życie będzie inne

    Twoje słowa "Przecież wiedział, że pozwalając umrzeć Patryni
    > zrujnuje moje życie. Nigdy tego nie zrozumiem i nie pogodzę się z
    > tym, nigdy.I nie będę już nigdy lepsza. Nigdy już nie będę
    > szczęśliwa.Bez mojej Patry jest to niemożliwe." - takie same wymówiłabym w
    zeszłym roku, nie chciałam słyszeć rad, nie chciałam słyszeć, że inni mają
    gorzej, bo mnie to gów.. obchodziło! Chciałam, żeby się wszyscy wypchali, żeby
    mi dali świety spokój, żeby znikli!
    Zaznać szczęścia w tym życiu? Nie, to już jest niemożliwe!

    A jednak przyszedł rok 2009, nadzieja się obudziła, zaczątka wiary urodziła jak
    i chęć do życia. Zakochałam się, zmobilizowałam do pewnych rzeczy... i choć
    czasami jest mi ciężko, czasami się boję jak to będzie dalej, czy znajdę pracę
    itd to jestem szczęsliwa, bo nie jestem sama. Bo mam przyjaciół, bo mam Darrena,
    bo małe cuda zdarzały się w moim życiu.
    Agatka jest napewno teraz szczęśliwa, i moja rodzina też. Teraz my musimy coś
    zrobić z naszym życiem, by nabrało ono jakichś barw, by reszta naszego życia nie
    poszła na marne. Wierzę w Ciebie, wierzę, że pewnego dnia zaczniesz podnosić się
    z kolan!
    Chciałabym Cię przytulić.

    nie wiem po co to wszystko napisałam, i czy miało to jakiś sens...

    ściskam
    Dora
  • grazyna1965 17.05.09, 00:36
    Dorotko...miało sens. Dziękuję Ci za to co napisałaś.I bardzo mocno
    chcę się przytulić do Ciebie..bardzo mocno.
    Grażyna,mama Patryni
  • halas1961 15.05.09, 14:15
    Grażynko, to jest prawda ze nie mamy za wiele wpływu na to co się
    zdarza. Napisze tylko, ze po pierwszej rekcji panicznego strachu
    zaczęłam sobie wmawiać i rozmawiać z Bogiem. Końcem, końców
    powiedziałam: Trudno Panie, jeśli znów ma być walka z chorobą, jeśli
    tak chcesz to pewnie tak ma być. Rób jak uważasz, pewnie i to
    przetrzymam. No i wczoraj się okazało, ze mimo iż choroba poważna to
    nie jest tragicznie i zagrożenia zycia nie ma(ale tak naprawdę, cóż
    my ludzie możemy o tym wiedzieć).
    Grazynko, ja tez myślałam często przed chorobą Agatki, ze Bóg
    nierówno dzieli. Miałam wciąż jakies problemy, kłopoty, czułam się
    często ze względu na swoja nadwage gorsza od innych.
    Teraz tak nie uważam, nie przyszło mi nawet na mysl że nierówno
    dzieli, kiedy wyszła ta choroba męża.
    Grażynko odpisuję Ci w tym wątku, ponieważ uważam ze powinnaś
    przeczytać książke P. Mirka. Uważam też, ze jest to ksiązka dla
    mojego męża, ze być mozę pomoże mu znaleźć drogę do odzyskania
    spokoju, byc moze wskaże kierunek. Czytam od wczoraj wieczór. Teraz
    czytam w pracy (mogę:):):) i jestem juz daleko poza połową. I ta
    książka jest o mnie. A może też o Tobie, ale napewno dla Ciebie.
    Jest jak jedna dyskusja z Bogiem i modlitwa do niego. JAk skończę
    napiszę wiecej. Musiałam Ci to napisać , żebyś sama sobie starała
    sie pomóc. Grazynko to nieprawda ze Bóg sie pomylił zabierając
    nasze dzieci, to nieprawda ze Ty dałaś swojemu dziecko za mało
    miłości. Tobie po prostu trudno zaakceptować to co się stało.
    Dlatego nie mozesz odnaleźć spokoju. Grażynko ja wierzę, ze Bóg Ci w
    tym pomoże. Ja sama nie byłam w stanie sobie pomóc, ale oddałam
    swoją słabość, złość w jego ręce. Zawierzyłam mu i staram sie teraz
    nauczyć sie go kochać . To są wciąż poszukiwania, wciaż bładzę,
    wciąż się gubię ,ale zawracam na tę drogę. I już widzę i czuję ze
    poprzez ludzi, których Bóg mi litościwie podsyła chyba się uda.
    CZytając ksiązkę P. Mirka nabieram coraz bardziej tej pewności. Jemu
    się udało. Grazynko i Ty jesteś jedną z takich osób na mojej
    drodze . I ja całym sercem wierzę ,ze i Ty sie uśmiechniesz do
    swojej Patryni i Ty uśmiechniesz sie do Pana, I Ty znajdziesz
    ukojenie, spokój. JA w to wierzę. Wierzę za Ciebie. I zobaczysz uda
    sie.
    Halina-maam Agatki
  • grazyna1965 17.05.09, 00:57
    Halinko, kochana, Tobie również dziękuję za to co napisałaś. Już tak
    długo pomagasz nam, wspierasz nas w tych najtrudniejszych chwilach
    naszego życia. Ja każdy Twój list czytam kilka razy, czasami mam
    wrażenie, że znam Cię. ,,Widzę" jak siadasz do komputera, czytasz a
    potem odpisujesz na każdy sygnał, że jest nam źle, że nie dajemy
    rady. A przecież sama cierpisz,Twoja Agatka odeszła nie tak dawno.
    Pamiętam jak ,,weszłaś" na to forum..to już rok. Od początku Twojego
    pisania tutaj dostrzegłam w Tobie jakąś siłę, coś co nawet trudno mi
    nazwać. Jedno jest pewne, potrzebujemy Ciebie tutaj.
    Książkę Mirka kupiłam natychmiast. Zamówiłam i już za dwa dni miałam
    ją w domu. Przecztałam dwa rozdziały dopiero bo w piątek musiałam
    jechać do Słubic na zawody niepełnosprawnych, dopiero dwie godziny
    temu wróciłam. Myślę, że jutro ją przeczytam. Jutro i tak
    pewnie ,,odchoruję" mój wyjazd. Zawsze tak jest.Każdy pobyt poza
    domem muszę odreagować.Tu jest mój świat, tu jest pokój Patryni, Jej
    obrazy, zdjęcia, Jej rzeczy. Tutaj najlepiej sie czuję.Jestem
    codziennie na cmentarzu a każdy wyjazd ,,burzy" mój świat. Niestety,
    z racji zawodu, muszę często wyjeżdżać. Najgorsze jest dla mnie
    siedzenie w pokoju hotelowym..czuję się taka samotna. Kiedyś
    to ,,wisiałam" na telefonie z Patrą, potrafiłyśmy gadać godzinami..a
    ja wtedy czułam, że Patra jest ze mną. Teraz jest mi tak strasznie
    trudno. Tym razem pojechał ze mną mąż więc jakoś to zniosłam ale
    niestety, nie może bez przerwy ze mną jeździć. Za tydzień znów jadę
    na zawody, do Wisły.Najgorsze są chwile kiedy chcę zadzwonić do
    Patry..i nie mogę.Moje dziecko już nie powie do mnie ,,nawjaj
    maminko"...
    Dobranoc
    Grażyna, mama Patryni
  • dorrita79 13.05.09, 17:31
    Panie Mirku, ciesze się, że natrafiłam na Pana wpis tutaj. Zamówiłam właśnie 2
    pańskie książki; tą wspomnianą przez Pana i 'Milość, tylko miłość'. Bardzo mi
    się podoba, w jaki sposób opisuje Pan swoje uczucia, są takie realne, ludzkie i
    takie "moje". Ja straciłam w tragedii trójkę rodzeństwa i rodziców. Staram się
    wierzyć, że im jest tam dobrze, że to wszystko zdarzyło się po coś. Widzę drogę,
    którą powinnam kroczyć, a jest nią wiara i miłość, tyle że, z tym kroczeniem
    bywa u mnie różnie. Krok do przodu, a potem krok do tyłu. Widzę drogę.... tylko
    konsekwencji mi brak, podejmowania na co dzień wysiłku, bo taki "leń" ze mnie.
    Chodzę na terapię i tam okazuje się, że wcale nie przestało boleć (jak mi się
    już zaczęło wydawać), że pewne sytuacje jak np ostatnio, kiedy byłam w parku i
    obserwowałam dzieci... przypominały mi moją siostrzyczkę, wszędzie ją widziałam.
    A to bolało, bo przecież jej już nie ma:-( I kiedy płaczę, to myślę, że bardziej
    płaczę nad sobą niż nad nimi, bo przecież im jest tam już Dobrze, tylko ja tutaj
    taka zagubiona czasem.
    pozdrawiam
  • markkoko 13.05.09, 19:10
    Pani Doroto

    dziękuję, za zamówienie książek. Mam nadzieję, że „Wzgórze Pana
    Boga” doda Pani otuchy. Akcja „Miłości tylko miłości” toczy się na
    styku życia i śmierci. To bardziej fabularna niż autobiograficzna
    opowieść. Mam nadzieję, że lektura obu powieści doda Pani wiary w
    siebie.
    Obawiam się, że nie ma takiej terapii, która pozwoliłaby nam
    wyczyścić umysł ze wspomnień. Po śmierci Michała , kiedy widziałem
    na ulicy zbliżającą się sylwetkę podobną do Michała i kiedy , serce
    zaczynało uderzać szybciej, nauczyłem się mówić do siebie:
    – To nie Michał.
    Później skróciłem to tylko do szybkiego zwrotu:
    – Nie Michał
    Mimo upływu lat, co jakiś czas widząc kogoś na ulicy mówię do
    siebie:
    – Nie Michał
    Tak chyba będzie do końca życia. Nikt chyba nie jest w stanie
    usunąć z mojego umysłu Michała. Co jakiś czas jakaś irracjonalna
    siła dopina się o naszych bliskich i chciałaby aby byli obok nas.
    Trzeba to zaakceptować i nauczyć się z tym żyć. Takie stany
    (zadumy ,smutku) są naturalne. Tęsknimy. Kochamy. Takie chwile
    musza się pojawiać ponieważ nasi bliscy są w naszych sercach. Te
    dłuższe czy tez krótsze chwile smutku będę chyba towarzyszyły nam
    do końca życia.
    Bardzo mi bliskie jest to co Pani pisze o wzlotach i upadkach. Po
    swoim nawróceniu byłem przekonany, że jednorazowym wysiłkiem
    zdobyłem górę i na tym koniec. Jak bardzo się myliłem. Mam wady, z
    którymi nie mogę sobie poradzić , i które czasami stają się co
    uciążliwe dla bliskich. Na szczęście nauczyłem się szybko
    przepraszać. Nauczyłem się mówić: kocham.
    Uknułem powiedzenie, że nie jesteśmy jeszcze aniołami i mamy
    prawo do większych czy też mniejszych potknięć. Ważne aby szybko się
    podnieść.
    Życzę Pani wielu sił. Życzę Pani wielu radości.

    Serdecznie Pozdrawiam

    Mirek Sośnicki
  • andles 15.05.09, 13:34
    Miałem tą okazję, że jako jeden z pierwszych jeszcze w maszynopisie
    przeczytałem tą książkę "Wzgórze Pana Boga". Muszę powiedzieć, że
    bardzo mnie poruszyła swoją autentycznością i bliskością. To tak
    jakby czytalo się o sobie o swoich przeżyciach. Potem czytałem
    kolejne książki Sośnickiego "Astrachowka", "Miłość tylko miłość" i
    za każdym razem to samo uczucie, które nawet wzmagało się poczucie
    jakby pisał o mnie o moich najtajniejszych sprawach. Dobrze jest
    czasem znaleźć coś tak bliskiego
  • halas1961 18.05.09, 11:37
    Przeczytałam ksiązkę Mirka jak i zapewne niektóre osoby z forum.
    Tak,"andles" ma rację, czyta sie tak jak o sobie. W kazdym razie ja
    znalazłam tam wiele identycznych mysli, zdarzeń , poszukiwań,
    zachowań. Najwazniejsze mi sie wydaje ze " Wzgórze..." daje
    nadzieję, że może komus wskaże jaką pójść drogą. Niekoniecznie musi
    to byc droga tak trudna jak Autora, ale napewno dla osób w żalobie,
    a w szczególności dla tych co stracili dziecko będzie pomocna,
    przyniesie promyk nadziei, że jednak warto, ze można zacząć żyć
    radośnie. Ci którzy odeszli nie chca aby ich Imię wymawiać ze
    smutkiem, aby wciąż płakać. Napewno myślą dlaczego my nie cieszymy
    sie ze Oni juz dostąpili największej radości, spotkania z Panem.
    Książka pokazuje tez moim zdaniem ,ze wszystko ma swój sens, nawet
    wielkie cierpienie, nawet wydające się nam bezsensowne odejście
    naszych dzieci ma jednak sens. A przede wszystkim ,że BÓg pomimo
    często niezrozumiałych decyzji (dla nas maleńkich mróweczek) wie co
    robi. "Wzgórze.." równiez potwierdza to o czym wiem od dawna, ze bez
    wiary , bez zawierzenia Bogu takie krzyże nie są do udźwignięcia i
    niestety sami nie damy rady. Kto nie czytał, zachęcam:):):)
    Halina-mama Agatki
  • katarzyna187 19.05.09, 21:17
    Trzy miesiące temu zmarła moja córka. Agnieszka miała 21 lat. Od
    ponad dwóch miesięcy zaglądam na to forum. Chciałam wielokrotnie
    napisać o swoim cierpieniu. Za kazdym razem, kiedy już nawet
    napisałam, rezygnowałam z wysłania.

    Kiedy kilka dni temu zobaczyłam to co Mirek napisał o sobie,
    pomyslalm, że jest strasznie nieczułym i gruboskórnym facetem. Nie
    ma pojecia o tym co to jest cierpienie. Postanowilam przeczytać
    jego książkę tylko po to, aby na tym forum odowodnić mu, że sie myli.

    Wrócilam późno do domu (czasami pracuję do nocy) ksiązką lezała na
    stole. Pełna zlości zaczelam ją czytać. Juz po pierwszych stronach
    zaczęłam plakać. To jakby ksiązka o mnie. O moim cierpieniu. O tym
    co czuję. Płacz i wzrusznie. Wzrusznie i przesmyki radości. Po raz
    pierwszy od wielu dni. Skończylam czytać o trzeciej nad ranem. Po
    raz pierwszy od wielu dni zasnelam. Ta opowieść daje otuchę. Daje
    nandzieję, a także w jakiś dziwny sposób przemienia czytelnika.
    Dziekuję za tę książkę.
  • wallldek 10.04.10, 18:15
    mirkko51 napisał:

    > Kilaka lat temu zginał nagle mój syn. Michał miał 22 lata.
    Studiował
    > matematykę. Był jednym z lepszych polskich szachistów. Bardzo Go
    > kochałem i kocham. Świat się nagle zawalił. Cierpienie i ból tak
    > wielki, że nie chce się żyć.
    >
    > Trzy lata później, to co przeżyłem opisałem w powieści
    pt. „Wzgórze
    > Pana Boga” Udało mi się pokonać cierpienie i wrócić do
    życia.
    >
    > „Wzgórze Pana Boga” jest pisane na maksymalnej szczerości. I chyba
    >
    > dlatego, osoby, które straciły swoich najbliższych równie
    szczerze
    > za mną rozmawiały. Udało mi się przekonać sporo osób, że warto
    żyć.
    >
    > Wierze głęboko w to, że nasi najbliżsi zmarli nie chcą nas widzieć
    > smutnymi czy zrozpaczonymi. Wierzę również głęboko w to, że
    > prędzej czy później zgram w szachy z Michałem.
    >
    > O istnieniu tego portalu dowiedziałem się zupełnie przypadkiem.
    > Postanowiłem dokonać wpisu. Zastanawiam się też nad tym, czy nie
    > próbować wysłać listu do każdej z osób, która zamieściła tu anons.
    >
    > Rozumiem doskonale co się czuje po stracie najbliższej osoby.
    Nawet
    > teraz, po latach. Wystarczy zamknąć oczy … Na szczęście,
    > cierpienie pokonać.
    >
    > Wszystkich , którzy stracili najbliższych, chciałbym zanieść
    > przesłanie. Trzeba wracać do życia. Jestem głęboko przekonany, że
    > mój syn Michał, nie chce widzieć mnie smutnym czy też
    zrozpaczonym.
    > Jestem przekonany, że dotyczy to wszystkich , którzy przeszli na
    > tamtą stronę.
    >
    > Mirosław Sośnicki
    >
    > PS.
    > Na stronie Wydawnictwa MTM jest umieszczony pierwszy
    > rozdział „Wzgórza Pana Boga” Może lektura tego tekstu będzie dla
    > kogoś przydatna. Gdyby ktokolwiek chciał się za mną skontaktować
    > podaje mail: mtm@wydawnictwomtm.com
    >



    Panie Mirosławie.

    Kilka miesięcu temu zajrzałem na to forum. Mój syn Andrzej (miał
    19 lat) zginął. Szukałem pociesznia i natrafilem na Pana opowieść.
    Pełen zwątpienia zamówiłem "Wzgórze Pana Boga" . Jak przyszła
    ksiązka wziąłem niechęnie do ręki. Ale po kilku pierwszych stronach
    zrozumiałem, że to ksiązka o mnie i Andrzeju.

    Panie Mirosławie!
    Dał mi Pan nadzieję, a co najważniejsze pokazał jak cierpienie
    można pokonać. Jak mozna dalej żyć mimo tak wielkiej tragedii jaką
    jest śmierć ukochanego dziecka. "Wzgórze Pana Boga" pomogło mojej
    żonie, moje rodzinie. Jakoś sie podnieślimy.

    Bardzo dziękuję

    Waldemar.
  • maretta111 12.04.10, 21:56
    Też tą książkę czytałam jest niesamowita, daje nadzieję. Miałam to szczęście że
    czytałam też "Miłość tylko miłość" tego samego autora, obie mnie "powaliły".
    Jestem w trakcie czytania kolejny raz jednej z nich, to książki do których się
    wraca...
    M..ta beznadziejna ofiara losu...
  • agawyzga 17.04.10, 13:53
    Maretto..czy mogłabyś mi pożyczyć te książkę pt"Miłość tylko miłość"? przeczytam
    i odeśle.
    Napisz czy to możliwe.Jestem z Krakowa.
    mój e mail agakot6@wp.pl
    Agnieszka-mama Madzi
  • maretta111 17.04.10, 19:23
    Napisałam, proszę sprawdzić pocztę.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka