nagła smierc matki Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Moja Mama umarla blisko rok temu ,
    wiele razy chorowala ,
    ale zawsze wychodzila z choroby
    m in. ze zlosliwego raka
    czy powaznego wylewu
    o reszcie chorob nie wspominam
    zawsze zwyciesko , zawsze optymistycznie.
    Pewnego dnia wstalem z lozka i mama umarla
    tak nagle i niespodziewanie
    (prawdopodobnie wylew z trudno operowanego tętniaka)
    Nagla smierc jest chyba lepsza od tej dlugotrwalej
    ale szok i niedowierzanie pozostaje.
    Zreszta sam nie wiem czy Jej smierc byla lagodna , prawdopodobnie nie
    Trudno z tym zyc ale trzeba.
    • Bardzo mi przykro. Moja mama zmarla na raka po niespelna
      pieciomiesiecznej walce. Dzieki Bogu nie cierpiala. Dla mnie to
      rowniez byla bardzo niespodziewana smierc, poniewaz mama zawsze byla
      okazem zdrowia i nigdy nie chorowala. Byla tylko raz w zyciu w
      szpitalu kiedy ja sie urodzilam. A tu nagle dopadla ja ta straszna
      choroba i zabila w tak krotkim czasie.
      Masz racje bardzo trudno zyc bez mamy..... Ale jakos trzeba.
      • Dziekuje za odpowiedz.
        To smutne wszystko ,
        Nie wiem czy powinienem to pisac:
        z pewnoscia to musial byc wyjatkowo zlosliwy nowotwor , bardzo
        zjadliwa postać , kiedys czytalem ze Pilsudski od zachorowania i
        diagnozy raka umarl w cztery miesiace . Miedzy innymi nowotwor skory
        daje bardzo szybkie przerzuty i czlowiek bardzo szybko umiera.
        Moja mama miala tez barzdo zlosliwego nowotwora ale wyszla z niego ,
        no niestety wylew ją zabił
        • Moj maz dowiedzial sie, ze ma raka 13 lipca a 22 listopada zmarl.
          Nigdy nie chorowal, byl silnym, zdrowym mezczyzna....

          Mysle, ze smierc czycha na nas wszedzie, okropne uczucie.
          Pozdrawiam i bardzo wspolczuje
        • U mamy zdiagnozowano drobnokomorkowego raka pluc (najbardziej
          zlosliwa odmiana raka pluc) i nistety choroba ja pokonala w tak
          krotkim czasie.
          Jej smierc po raz kolejny uswiadomila mi jak kruche jest nasze
          ludzkie zycie. W zaszadzie nie mamy tutaj nic do powiedzenia.

          Moj tata zmarl 14 lat temu nagle na zawal serca. Poszedl do pracy i
          juz nie wrocil.
          • Amberko - Gdybyś jechala do swego rodzinnego miasta:) to skontaktuj sie ze mna
            przez Naszą Klasę jesli bedziesz chciala mozemy sie spotkac i dam Ci
            wiersze(zostawie dla Ciebie):)
            Halina-mama Agatki
          • amberka2 napisała:

            > U mamy zdiagnozowano drobnokomorkowego raka pluc (najbardziej
            > zlosliwa odmiana raka pluc) i nistety choroba ja pokonala w tak
            > krotkim czasie.

            mojej mamie tez sie to paskudztwo przyzepilo.. walczyla dzielnie prawie rok.... odeszła w 3 miesiace po swojej mamie.......


            --
            gdyby nie kobiety, koniec świata dawno byłby już za nami
    • Moja mama, podobnie jak mama amberki2, nigdy nie chorowała na żadne
      przewlekłe i poważne schorzenia. A zabił ją, w ciągu 7 miesięcy, rak
      trzustki. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że zostanie z nami dłużej, ale
      to strasznie podstępny rak.

      Nie sądziłam, że będzie mi jej aż tak brakowało...

      • Salvadorku ... my wytrzymaliśmy 11 miesięcy ... w stadium rozsianym.
        Tato też wcześniej nie chorował. W domu u Teściów nie było nawet
        tabletek od bólu głowy ;-(
        Ostatnio mój mąż przyznał się ,ze musi uważać wchodząc do domu
        Rodziców, żeby od progu nie pytać "Jak się czuje dziś Tata ...".
        Chorował ... leżał, ale był ... dla mnie nadal jest .. gdzieś tam.
        Ciężkie to wszystko ...
        Pozdrawiam
        Pam
        • W wigilię pochowaliśmy moją ukochaną mamusię. Białaczka zabiła ją w dwa
          miesiące.Ale prawdopodobnie przyczynili się do tego lekarze, robiąc jej
          bezmyślnie koronorografię. Miała postać przewlekłą i gdyby nie to badanie to
          pewnie by się tak nie uzłośliwiła. A postępowała jak lawina. Od badania umarła
          za 2 miesiące i 1 tydzien. Nie mogę dać sobie z tym rady ,TAK STRASZNIE MI JEJ BRAK.
          • Wiem jak to boli,stracilam Mame trzy miesiace temu,rozumiem Twoj zal, bunt i
            tesknote, mocno Cie tule.
            • Dzięki Olu za słowa wsparcia, Wiem że ty bardzo mnie rozumiesz. Tęsknię za mamą
              coraz bardziej. Minął tydzień od jej śmierci i dziś tydzień od pogrzebu. Jutro
              wybieram się na cmentarz, ale dziś przeryczałam cały dzień. Mama chciała żyć,
              była bardzo dzielna przez całą chorobę, wszystkie badania i zabiegi jakie jej
              robili przyjmowaŁa z nadzieja że będzie jej lepiej. Całą chorobę przyspieszyła
              bezmyślność lekarzy. Mam do nich wielki żal. Mając podejrzenie przewlekłej
              białaczki limfatycznej zrobili jej koronorografię , zupełnie niepotrzebnie ( JUŻ
              TRZECH INNYCH LEKARZY MI TO POTWIERDZIŁO) i choroba sie uzłośliwiła w
              przerażającym tempie. Przyjęła postać złośliwych chłoniaków . Co dzień była
              coraz słabsza i wyskakiwały jej coraz to nowe guzy na skórze które były bardzo
              bolesne. W końcu dostala udaru - przy mnie . Apotem było coraz gorzej , nie
              mogła mówić ,nic nie jadła. odeszła 22.12.2009 o godz 9. Kocham ją .
              • Och Krysiu, moja Mamusia tez tak bardzo chciala zyc, ciagle widzialam to w Jej
                oczach, to straszne jak odchodzi Osoba, ktora jest taka energia, pelnia zycia,
                ktora tak walczy o zycie i przegrywa...
                Nie chce Ci pisac o Jej ranach, odlezynach,i o tych wszystkich
                cierpieniach,ktore widzialam u Mamy i ktore dzialy sie na moich oczach bo nie
                jestem gotowa na to.
                Najbardziej przeraza mnie do tej pory bezdusznosc lekarzy i traktowanie przez
                pielegniarki pacjenta jak przedmiotu.Na dzien dzisiejszy nienawidze polskiej
                sluzby zdrowia.
                • Wczoraj a może dzisiaj rano zmarła moja mama. Jeszcze nie uporałam się z
                  odejściem bliskiego człowieka a tu następny oścień wbiła śmierć. I wiecie co mam
                  wrażenie, że te pieprzone życie jest dla nas wszystkich za karę. Żałuję, że mam
                  dzieci, żałuję, że sama żyję.
                  Jeszcze nie dociera do mnie w pełni, że już jej nie zobaczę nigdy.
                  • Mariolko
                    Nie wiem jak to jest kiedy umrze mama, bo mamę mam mimo swoich 49 lat, wciaz ja
                    mam. Ale wiem jak to jest kiedy umrze tata,babcie, dziadkowie, przyjaciel...
                    kiedy odejdzie najukochanszy skarb pod słońcem jakim była moja córka. Ta ostania
                    strata jest najdotkliwsza, nieporównywalna z zadna wczesniejsza stratą....
                    Część mnie bezpowrotnie odeszła razem z córką. Tylko nie bardzo wiem gdzie, bo
                    po tamtej stronie mnie jeszcze nie chca...A jednak, jednak ja wierze ze zobacze
                    swoja córeczke, ja mam pewnośc ze ją zobacze!!!
                    Nie załuj że zyjesz, nie załuj ze masz dzieci...
                    Ja czasem tez powtarzam w myslach slowa piosenki Edyty Geppert:
                    ..." dzis czuję sie jak mrówka gdy ktos butem zdepcze jej mrowisko, dałeś mi
                    Panie wiarę w cud a potem odebrałeś wszystko...".
                    Ale mimo tego, ze zycie wydaje się czesto popieprzone, jak piszesz to jednak
                    skoro nam to zycie dano pewnie jakis cel w tym jest, pewnie cos waznego mamy do
                    zrobienia zanim spowrotem odejdziemy tam skad przyszlismy. Twoj bol i strata sa
                    bardzo swieze... masz prawo do placzu, do krzyku , do zlosci na Boga, swiat i
                    wszystkich wokol...Ale mame zobaczysz kiedys napewno, uwierz w to...
                    Halina-mama Agatki
                    • Ja nadal płaczę , złoszczę się na Boga że odebrał mi mamę, teraz kiedy
                      rozumieliśmy się jak nigdy ,mieliśmy wspólne tematy, wspólne plany.Mam wrażenie
                      że część mojej osoby umarła razem z nią, cały czas jestem na uspakajających
                      lekach. Ale obiecałam mamie że będę miała oko i będę pomagać temu jej wnusiowi
                      którego wychowywała i muszę słowa dotrzymać .To też mój kochany chrześniak Nie
                      wiem jak będzie z moją wiarą, czy się nie załamię- czasem mi się wydaje że
                      wszystko jest dziełem przypadku i że potem nie ma nic. Ja mam swoją rodzinę,
                      nawet z mamą razem nie mieszkałyśmy, ale więż matki z córką jest tak silna i ból
                      po stracie straszny. W 2001 r zginęła w wypadku moja bratowa ( synowa mamy),
                      kochałam ją bardzo ,była dla mnie młodszą siostrą.W 2003 zmarł mój tata, trochę
                      chorował , był po wylewie. Ledwie trochę ochłonełyśmy tak szybko odeszła mama.
                      Mnie też to życie wydaję się bez sensu i popieprzone , lecz gdy syn dzwoni do
                      mnie codziennie i przyjeżdża kiedy tylko może, mąż też się martwi jakoś trzeba
                      żyć. Tylko jak sama nie wiem.
                      • Jak Nick wskazuje Krysia jest MOCNĄ kobieta i da rade, glownie dlatego ze
                        obiecalas pare spraw mamie, a obietnic sie dotrzymuje. Ja obiecalam corce, ze
                        rzucę papierosy. I slowa dotrzymalam, we wrzesniu minal rok jak nie pale. Nieraz
                        mam taka chec zapalic, ile razy juz mialam paczke w rece, ale zaraz ..."przeciez
                        mi obiecalaś", wiec odkladam bo obiecalam. Nieraz myslę, ze moglam jej obiecac
                        jeszcze, ze schudnę to wtedy by sie na pewno udalo:)
                        Co do przypadków...ja mam w tej materii takie dla wlasnego podtrzymania wiary w
                        sens trwania niezmienne założenia:
                        - Nic nie jest dziełem przypadku.
                        - Wszystko dzieje sie po cos, ma swój cel, znaczenie, jest potrzebne.
                        - Jest wazne i potrzebne nawet jesli boli ponad miare
                        - Nie musimy , nie mozemy poznac dlaczego , nie mozemy zrozumiec bo niektore
                        sprawy dopiero tam zrozumiemy, pojmiemy.
                        - Nie mozemy zrozumiec bo niektore srawy przerastaja moznośc zrozumienia dla
                        naszych rozumow w chwili obecnej.
                        - Wiec mimo oporów staram sie przyjmowac to co sie wydarza.
                        - Wierzę ze potem jest cos, ze na pewno nie konczy sie wszystko, ze potem
                        dopiero jest pelnia, szczescie i ukojenie.
                        - Wierze, ze potem spotkam swoich bliskich, ze czekaja na mnie, wyjda po mnie.
                        - Wierze, bo jak piszesz"wieź matki z corka jest tak silna", ze moja córka juz
                        mi dała wiele znaków, ze nic sie nie konczy, ze dopiero sie zaczyna:)
                        - Zycie pomimo, ze jest popieprzone jest darem ogromnie cennym
                        i choc czesto bym najchetniej juz zamknela oczy "na wieki wieków",
                        to kazdego ranka dziekuje za kazdy dzień mimo, ze we łzach, mimo że w walce,
                        mimo że czesto w przeogromnej samotnosci.
                        -"Ciesz sie z tego co masz mamo"- mówiła moja córka, wiec sie staram, na przekór
                        wszystkiemu, na przekór swoim łzom...dla niej.


                        • Dzięki za odpowiedż. Ten nick wymyślił właśnie mój chrześniak razem z synem.
                          Tak naprawdę nie jestem mocna, ale to forum naprawdę pomaga. Piszemy tu myśli i
                          słowa których nasi znajomi nie chcą słuchać, wyżalamy się ,wyrzucamy swój ból.
                          Wspominamy naszych bliskich ,mówimy o nich do woli i rozumiemy się
                          nawzajem.Jutro znów jadę na cmentarz, zaświecić znicz na grobie rodziców i
                          bratowej. Mama mówiła żeby po jej śmierci starać się żyć normalnie, po śmierci
                          taty sama wprowadzała w życie tę normalność a ja nie bardzo potrafię. Może to
                          jeszcze za wcześnie.
                        • Mialam taka straszna ochote tez napisac,wykrzyczec,o pieprzone, bez sensu zycie,
                          mam taka ochote nie zyc,teraz czesto.Ale po Twoim poscie Halinko,milcze w
                          pokorze i powiem Ci musisz byc tu na tym forum bo jestes dla mnie, dla nas
                          Dobrem,ktore jest tak nam teraz potrzebne.
                          Wczoraj w pierwszy dzien Nowego Roku bardzo cierpialam,bo uswiadomilam sobie,ze
                          ten rok bedzie juz bez mojej ukochanej Matki.I dlatego tak czesto nie chce mi
                          sie teraz zyc ale dobrze,ze jestes Halinko.
                          • To ja dziekuje po raz kolejny i kolejny wszystkim mniej i więcej znanym mi
                            osobom z tego forum. Jutro jest 3 styczeń, 20 miesiecy jak pisalam odkad odeszla
                            Agatka i 49 lat mojego zycia. Liczba 3 zwiazna jest nierozerwalnie z moim
                            zyciem. I jak pisalam do jednej z bliskich mi dusz:) czuje(moze to glupio
                            zabrzmi) ze i ja 3 odejde. Kiedys ...gdy czas nadejdzie...Urodziny nieraz
                            powoduja ze sie czlowiek zastanawia, ze to juz...juz tyle. U mnie snieg dopiero
                            dzis zasypal wszystko. Jest pieknie...Szlam rano po chleb do sklepu i tak
                            pomyslalam, i nawet na głos powiedziałam..."Boze , ja jutro bede miala juz 49
                            lat, Boze jaka ja stara juz jestem...nie, to az niemozliwe ze ja mam 49
                            lat...Boze ile ja juz przezylam, czy to ja wszystkiego tego doswiadczylam, czy
                            to ja...czy ja mialam sile aby dziecku swojemu oczy zamknac, aby je pozegnac w
                            spokoju, w ciszy, aby nie zatrzymywac...Boze czy to ja...a czasem jeszcze
                            ...czasem czuje sie jak mala dziewczynka co ma 10 lat i chcialaby aby marzenia
                            sie spelnialy, chcialaby sie smiac, chcialaby aby caly swiat byl przyjazny,
                            mily...jak mala dziewczynka co wciaz naiwnie w ludzi wierzy...jak mala
                            dziewczynka co by sie chciala schowac u taty pod kozuchem zima...jak mala
                            dziewczynka za ktora ktos by zalatwil wszystkie klopoty ...a to ja, to jednak ja...
                            49 lat....chyba nie czuje sie na taka liczbe:)Mimo wszystko cos z dziecka wciaz
                            w sobie mam...jak chyba kazdy z nas.
                            Olu, nazwanie mnie Dobrem, to jest gruba przesada(ja zlosliwa tez jestem
                            czasem), ale dziekuje Ci za cieple slowa. Nie pisze tak bardzo czesto jak w roku
                            2008 i poczatkiem 2009, choc jeszcze chyba dosc sporo. Druga połowa roku 2009
                            była dla mnie gorsza do zniesienia, psychicznie znacznie gorzej znosilam...ale
                            wczoraj i dzis jakbym kopa jakiegos od nowa dostala. Nie ma co Olu, trzeba z
                            kolan wstawac dla naszych bliskich co po tamtej stronie, trzeba wstawac chocby
                            to mialo byc walką ogromną.
                            Jeszcze co do tego forum...po raz kolejny stwierdzam ze to jest niespotykanie
                            dobre miejsce, gdzie mozna oprocz lez, tesknoty i bolu odnalezc w sobie i w
                            drugim czlowieku dobro, to dobro ktorego nieraz w realu obok brakuje tak bardzo.
                            Moim zdaniem jest to fenomen. Ja np. z tego forum znam bardzo wiele osob
                            (niektore juz tu nie pisza lub bardzo rzadko) z imienia, nazwiska, wygladu,
                            telefonicznie, ba - osobiscie - dotykowo:):):)czyli juz nie wirtualnie. Żadna z
                            tych poglebionych znajomosci że tak powiem nie okazała się zawodem, żadna nie
                            okazała się zbyt nachalna, nie taktowna, uciązliwa.
                            Owszem zdarzaja sie tu czasem burzliwe dyskusje, ale to jest normalne,
                            najzupelniej normalne. Przewaza jednak wzajemne zrozumienie, wzajemne wspieranie
                            sie, przewaza dobroc. W kazdym razie ja tak to forum przez okres tych 19
                            miesiecy odkad tu jestem widze. To forum, a wiec LUDZIE stad wiele razy
                            przywracali mi wiare w swoje sily, wiele razy ocierali moje łzy, wiele razy
                            wspólnie ze mna opłakiwali moje dziecko, dzieki Wam zamierzam w tym roku
                            wydrukowac po raz drugi i chyba to bedzie ostatni:) wszystkie swoje wiersze o
                            tesknocie, bolu, rozstaniu, o mojej córce... ale i o nadziei. Zamierzam od
                            dzisiejszego ranka dopiero:)
                            A więc moja Agtak mnie nie pozostawiła w szponach kolejnego kryzysu, znów
                            zawołała "do roboty mamo".
                            A co do wykrzyczenia Olu na popieprzone, bez sensu zycie... krzyk jest jak
                            najbardziej wskazany gdy tego pragniesz:) Wazne aby w tym krzyku nie trwac za
                            dlugo, wazne aby w tym krzyku nie zostac juz na zawsze. I mysle ze razem nam sie
                            to uda.
                            Dobranoc Halina-mama Agatki
                        • Piszesz Halinko że nic nie jest dziełem przypadku - może masz rację. W nocy
                          śniła mi się mama, że wyszła ze szpitala była zdrowa i wyglądała jak wcześniej.
                          Powiedziałam jej - widzisz a pokonałaś chorobę, ona odpowiedziała że
                          niekoniecznie. Przed południem pojechaliśmy z mężem na cmentarz i spotkaliśmy
                          przy grobie mamy pieska. Żywego prawdziwego kundelka trochę wyrośniętego. Na
                          nasz widok piesek zaczął się cieszyć i nie odstępował nas na krok. Muszę tu
                          zaznaczyć że tego pieska widziałam już wcześniej - chyba w święta ,ale wtedy do
                          nas nie dochodził ,leżał sobie obok grobu mamy. W końcu postanowiliśmy z mężem
                          że nie możemy go tu zostawić i musimy mu znależć dom ( sama go wziąć nie mogłam
                          , bo mam uczulenie na sierść psa i mieszkam w bloku, a to dosyć duży piesek i
                          musi mieć miejsce do wybiegania. Pojechaliśmy do brata i poprosiliśmy go o
                          opiekę dopóki nie znajdziemy mu domu. Brat ma dom jednorodzinny (mama też z nim
                          mieszkała )i wielkiego psa w podwórku. Zgodził się żeby piesek został i
                          powiedział że gdybyśmy nic mu nie znależli to on może tu zostać. Może to tez
                          jakiś znak od mamy , ona też bardzo kochała zwierzęta , jakiś miesiąc przed
                          śmiercią mówiła do mnie że tak by jeszcze chciała wziąć małego pieska na ręce i
                          się nim opiekować. Już sama nie wiem,jestem jakby trochę spokojniejsza , gdy
                          wiem że tem piesek ma opiekę. Pozdrawiam Krysia
                          • Witam 13 grudnia zmarła moja mama-miłość mojego życia i moja druga połowa; może
                            to śmieszne, ale tak było i będzie. Kłóciłyśmy sie i kochałyśmy najbardziej na
                            świecie.Mam wyrzuty sumienia, że wcześniej nie zmusiłam mam do pójścia do
                            lekarza. Od chyba roku narzekaała na żołądek
                            , prosiłam setki razy-"chodźmy zrobić gastroskopię", ale mama potwornie bała sie
                            tego badania. Pod koniec listopada sie przeźiebiła, kaszlała, była u lekarza,
                            ale czułą sie coraz słabiej, posżła do ginekologa-chodziła z nia, tak sie
                            cieszyłam, że wreszcie chce chodzić do lekarz-cytologia świetnie, nastepny w
                            kolejce był kardiolog, który powiedział-pani ma problem onkologiczny. Byłam
                            wtedy przy niej , widziałam, że jest w szoku, ja też byłam. Myślę, że chyba nei
                            powinien jej tego mówic, wiem, ze teraz tak sie robi, ale mam sie załamała po
                            powrocie do domu tylko spała. W szpitalu spisali ja na straty, bo "rozsiew raka"
                            i "ona umiera", mam wrażenie, że nie robili nic, mama nie była na onkologii, bo
                            żeby tam trafić trzeba była na 100 % stwierdzić, ze ma raka(choć wszyscy ooo tym
                            wiedzieli); robiliśmy badania w innym szpitalu-męka, była taka słaba, a oni do
                            niej"pani wstanie", "pani idzie", na szczęście
                            cały czas byłam z nią.Mamie zrobił sie zator płucny, szkoda, bo zabrałam
                            dokumentacje i poszłam do onkologa w innym szpitalu-obiecywał 8 miesięcy życia,
                            nie zdążyliśmy. Mama dusiła sie przez 1,5 godziny, chwytając mnie za ręce i
                            prosząc o pomoc; a lekarka przyszła i dała jej furosemid, bo jej zdaniem to
                            sprawi, ze zejdzie woda z płuc i mama przestanie sie dusić(oni nie stwierdzili
                            tego zatoru-stwierdził go onkolog z innego szpitala); poprosiłam, żeby podali
                            jej heparyne tak jak radził ten onkolog, podali, ale za późno -mam sie udusiła.
                            Myślę, że ja zawiodłam-nie pomogła, nie umiałam i t o mnie dobija poza
                            świadomością, że bez niej nic nie ma sensu, no bo do kogo zadzwonię jak stanie
                            sie coś ważnego?Ciągle jestem w szoku, bo 1 listopada mama biegała ze mna po
                            cmentarzu szybciej ode mnie , a tu w tydzień i umarła na raka.Ludzie myślą, ze
                            strata matki to nic znów takiego-masz 33 lata mówią jesteś dorosła, a ja sie
                            czuje jak sierota;(
                            • Kochana Dolores ja mam 51 lat i po stracie mamy czuje się jak sierota.Nikt i nic
                              nie zastąpi matki i jej bezwarunkowej wielkiej miłości do dziecka. I tak się
                              czuję jak bardzo skrzywdzone dziecko pomimo ze mam swoją rodzinę męża i dwóch
                              dorosłych synów.Żałobę po swoich bliskich przechodzimy ciężko i nic tego nie
                              zmieni. Musimy swoje odpłakać i przeżyć. Moja mama chorowała 2 miesiące i 1
                              tydzień.Lekarze jej pomogli w uzłośliwieniu się chłoniaka. Ja też na tę smierć
                              nie byłam przygotowana i też wyję z bólu i rozpaczy i jestem z tym sama.
                              • do mocnakrysia: a mnie wszyscy wmawiają, ze gdybym miał męża i dzieci to byłoby
                                mi łatwiej- bo miałabym"inne"problemy, a tak ciągle myślę o jednym; tłumacze, że
                                to nieprawda, bo mi jej po prostu brak i mam wyrzuty sumienia, że nie umiałam
                                jej ocalić(ona by mnie uratowała-a ja jestem beznadziejna;()Boże tak mnei
                                denerwują, każą sie brać w garsć albo isć do psychologa, a to w końcu dopiero
                                miesiąc, wiec nie wiem czy już powinnam sie"zbierać"; mam dość ludzi
                        • moja Mama zmarła kiedy miałam 13lat dwa lata wczesniej tata zmarł-na
                          serce. Mama chorowała ponad 5lat na chłoniaka, po roku chorowania
                          lekarze nie dawali jej szans przezycia jednak zyla jeszcze 4lata,
                          zmarła mając 48lat, żaluje ze tak mało ją poznałam, z biegiem czasu
                          obraz sie zamazuje ale uczucie miłości i bólu po jej stracie wciąż
                          jest takie same. KOCHAŁAM JĄ NAJBARDZIEJ NA SWIECIE I KOCHAM
                          DALEJ... Cząstka mnie odeszła w raz z Nią...pamietam porządek w
                          domu, ciepły pyszny obiad i moją ukochaną szarlotke którą tak czesto
                          robiła, omlety na sniadanie i lepienia bałwana w zime. Oddałabym
                          polowe zycia zeby spedzic z Nią jeszcze pare chwil, zeby na Nią
                          spojrzec i powiedziec Kocham Cię Mamo.. ;(;( nigdy nie pogodzilam
                          sie z Jej smiercią, z nikim nie rozmawiałam mam 22lata, dwójke
                          malych dzieci i jest mi bardzo smutno ze nie poznają babci i
                          dziadka, wiem ze moi rodzice bardzo by sie cieszyli ze mają wnuki.

                          Moja Mama bardzo ciezko chorowala przez rok lezala w szpitalu
                          widzialysmy sie przez szybe tylko, czasem wychodzila na swieta ;( to
                          byly najpiekszniejsze chwile, Mama wymiotowała cale noce przez
                          9miesiecy po chemioterapii, a kiedys zemdlala przy mnie bardzo sie
                          wystraszylam bylam sama w domu probowalam polozyc Ją na lozko nie
                          mialam sily zadzwonilam do siostry przyjechala zadzwonila po karetke
                          mama sie ocknela zabrali ją do szpitala a 2dni poźniej zmarła... nie
                          zdąrzylam sie pozegnac, pamietam jak sie ocknela po omdleniu spytala
                          sie "czemu płaczesz?...nie płacz Kochanie" TAK BARDZO JĄ KOCHALAM
                          NIENAWIDZE ZYCIA...UTRACILAM TO CO NAJCENNIEJSZE... MIMO ZE MAM
                          PIEKNE MĄDRE ZDROWE DZIECI CIĄGLE MYSLE O MAMIE... BARDZO MI CIEZKO
                          CHCIALABYM SIE DO NIEJ PRZYTULIC JAK WTEDY KIEDY BYLAM MAŁĄ
                          DZIEWCZYNKĄ ;(;( KOCHAM CIE AMMO
      • Moja mama tez umarła na raka trzustki, a właściwie wcześniej zrobił jej sie
        zator, lekarz mówia, że to nawet dobrze, bo inaczej bardzo by cierpiała. Średnio
        mnie to pociesza.
        • Mam te same odczucia co ty. U mnie nawet nie minął miesiąc .Moja mama zmarła 22
          grudnia. Głowa i oczy bolą mnie non stop od płaczu. Jedna z moich pracownic
          powiedziała mi dziś że jeszcze nie widziała nikogo kto tak by rozpaczał po
          śmierci matki- a przecież w pracy to ja się kontroluję. Też bez przerwy myślę o
          mamie, tęsknię okrutnie.I nie jest prawdą że ktoś lub coś zastąpi ci tę kochaną
          osobę.I nikt cię nie zrozumie ,ani twojego bólu ,ani żalu, ani straty.
          • do mocna krysia: mojej siostrze powiedizeli w pracy ,że psuje atmosferę bo
            ciągle jest smutna, ludzie są nienormalni a jaka ma być?
            • hej czemu nikt sie tu nie pojawia?
            • Kochana Dolores, ja moj smutek, rozpacz, tesknote niestety musze w sobie
              "tlumic" przez moja posade "szefowska":-( Ktos sie zapyta, dlaczego? a bo
              dlatego, ze dzialalnosc mojej firmy jest zwiazana nie tylko z ludzmi chorymi,
              ale i zdrowymi, szukajacych relaksu i odbudowania (fizjoterapia medyczna).

              Musze byc zawsze "trzezwa" jako szefowa, kontrolowac, sprawdzac i utrzymywac
              kontakty nie tylko z pacjetami ale i z lekarzami.

              Pracownice niby rozumieja, ale nie moge im "pokazac" moich lez, one wymagaja
              odemnie (co zauwazylam) silnego charakteru, i jak rozmawiaja o zmarlym pacjencie
              przelykam mocniej (zeby sie nie rozplakac).

              Jak dzieci/rodzina moich pacjetow informuja mnie o smierci ich matki/ojca, biore
              udzial w ich cierpieniu i daje upust moim lzom, bo wiem, ze mnie rozumieja i ja
              ich.....
              • 22 stycznia mija miesiąc od śmierci mojej mamusi. W kościele będzie odprawiona
                msza w jej intencji. Pewnie pojadę na tę mszę ze względu na mamę- ona była taka
                mocno wierząca i praktykująca. Od pogrzebu nie byłam w kościele i nie modliłam
                się. Nigdy nie mów nigdy, nie przekreślam tego ze kiedyś wrócę do kościoła lecz
                w tej chwili moja rozpacz i ból przesłania mi wszystko i te stronę duchowa czyli
                wiary też. Nie wiem jak to zniosę, pewnie przepłacze całą mszę.
              • Moja mama zmarla 29 lipca. Chorowala ok. 3 lat na raka jelita i jajnikow. Bywalo
                tak ze zdrowiala ale po jakims czasie choroba sie zawsze nawracala. Byla
                wspaniala kobieta, usmiechnieta i kochana. Gdy zmarla miala 36lat. ...
                przyszedlem do sypialni, w ktorej lezala moja mama, nie mogac juz mowic, majac
                problemy z oddychaniem, bedac na lekach(morfina). Partner mojej mamy powiedzial
                ze z mama trzeba sie juz zegnac. Nie wiem czemu ale nie odebralem tego tak
                gwaltownie. Najpierw zegnal sie z mama jej partner, potem moj brat a na koncu
                ja. ... przynioslem do sypialni mamy 2 obrazki z Jezusem i aniolka. Mama lezala
                na lozku, a ja usiadlem na podlodze, trzymajac mame za reke. Mowilem jej ze jest
                mi bardzo przykro, za wszystko co zle zroblem i ze bardzo ja kocham. W pewnym
                momencie zauwazyle mze mama przestala oddychac. Zawolalem partnera mamy,
                przybiegl a po chwili stwierdzil ze mama nie zyje. :( Popadlem w rozpacz, mialem
                w glowie mnostwo mysli i jednoczesnie pustke. Zaczalem plakac, kopac, i uderzac
                piescia w scikane. Myslalem sobie "Czemu moja mama???!!!, wez mnie ale nie ja".
                Najgorsze jest dla mnie to, ze po gdy moja mama wyszla ze szpitala (oddzial
                onkologii w Warszawie), tak sie cieszyla, i pierwszej nocy po powrocie do domu,
                wstala w nocy i upadla lamiac sobie przy tym noge!!! Obudzilem sie o6 nad ranem
                i widzialem jak moja mama lezy na kocu, z rozcieta glowa i zlamana noga. To bylo
                straszne. ...najgorszy moment na pogrzebie, byl kiedy nioslem przez caly kosciol
                zdjecie mamy, usmiechnietej i pogodnej. Pod kosciolem bylo mnostwo ludzi i kazdy
                podchodzil, skladal kondolencje i chcial zobaczyc jeszcze raz mame. Plakalem
                wtedy, bo widzialem ile osob kochalo moja mame. Jesli ktos chcialby pogadac to
                jest moje gg. 11367675
    • Od lipca 2013 przez okres całych wakacji trwał będzie nabór do kameralnej grupy terapeutycznej dla kobiet osieroconych przez mamy w dzieciństwie.
      Grupa przeznaczona jest dla tych Pań, które czują, że wczesna utrata swojej matki znacząco wpłynęła na ich funkcjonowanie w życiu prywatnym.
      Znajdują tu bezpieczne miejsce kobiety zmagające się z charakterystycznymi obawami i pragnieniami wynikającymi z wejścia w dorosłość bez wzorca i pomocy ze strony własnej mamy, a także te z Pań, które czują w sobie od lat nawracające poczucie żałoby i depresji.
      Grupa terapeutyczna będzie miała na celu przyjrzenie się i naprawienie negatywnych schematów życiowego funkcjonowania wynikłego z doświadczenia traumy utraty matki w dzieciństwie.
      Grupę poprowadzi mgr Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka zajmująca się specyficznym zagadnieniem kobiecego osierocenia i żalu po stracie matki.
      Zainteresowane Panie prosimy o kontakt mailowy:
      kk@kucewiczpiotrowicz.pl
      Konsultacje do grupy są bezpłatne.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.