Dodaj do ulubionych

"a moze ma pani drobne?"

01.04.10, 08:11
Czy w Polsce jest jakies problem z monetami? Czy tylko mnie sie to zdarza, ze
w kazdym sklepie w jakim robie drobne zakupy (kiosk, warzywniak) i nie place
karta pada to pytanie: "a moze ma pani drobne?" Kupowalam wczoraj drozdzowke
za 1,95, daje pani 2 zlote a ona sie pyta czy nie mam moze 45 groszy. Place w
kiosku 3,88, daje 5 zlotych i znowu pada pytanie: a moze ma pani 88 groszy
drobnych? Na stoisku Grycana w Zlotych Tarasach sprzedawczyni chciala
"koncowke" do rachunku 8,90 (dalam jej 20 zl). I tak za kazdym razem, bez
wzgledu na wielkosc tej "koncowki", bez zagladania do kasy, sprzedawcy chca
drobne monety. Czy sklepy maja jakies problemy z monetami? Nie ma w obiegu
wystarczacej ilosci drobnych monet? Czy to po prostu zwykle lenistwo.
Ja reaguje nerwowo na to pytanie. Nie chce mi sie szukac w portfelu 88
(minimum 6 monet) groszy skoro sprzedawczyni powinna mi bez problemu i
wielkiej matematyki wydac 1,12 (3 monety). Musialabym wyjac i zalozyc okulary
bo polskie monety sa male, nie rozrozniam bez okularow 2 i 5 groszy, 10 i 20
groszy. I to pytanie rzadko jest wypowiadane jako pytanie a raczej jako
zadanie. I dodam ze w mojej "rodzinnej" Belgii nigdy sie to nie zdarza. To ja
czasem proponuje drobne zeby nie dostac garsci monet jako reszty.
Edytor zaawansowany
  • yaga7 01.04.10, 08:17
    No to jak Ci się nie chce szukać drobnych, to nie szukaj i mów, że nie masz,
    proste :)

    Ja nie zauważyłam, żeby mnie tak non stop pytali o drobne. A na pewno nie w
    takich sytuacjach, jak piszesz. Ale z drugiej strony - ja na to nie reaguję
    nerwowo, jak mi się nie chce szukać, nie szukam i mówię, że nie mam, nie zwracam
    na to jakiejś specjalnej uwagi.


    --
    różności na sprzedaż forum.gazeta.pl/forum/w,87436,109364483,109364483,Rozne_rzeczy_mulina_ksiazki_depilator_gry.html
  • ocisza 01.04.10, 08:30
    Mieszkam na osiedlu, gdzie jest dużo starszych ludzi i niejednokrotnie spotykam
    się z tym, że po pytaniu o drobne starsza osoba wyciąga monety z portfela na
    dłoni, żeby sprzedawca sam wybrał potrzebne monety. Ale żeby tak reagować to
    trzeba mieć zaufanie do obcych ludzi, że nie okradną. Ja nie lubię mieć dużo
    monet w portfelu, więc chętnie szukam tej potrzebnej końcówki. Ale zdarza mi się
    również, że proponuję drobne, a ekspedient/ka mi odmawia "nie, nie trzeba". Co
    do pytania o drobne bez zaglądania do kasy to przecież jest oczywiste, że jak
    sprzedawczyni stoi przy tej kasie od godziny bez przerwy to dobrze wie jakie ma
    pieniądze do dyspozycji bez zaglądania.
  • bell9 01.04.10, 08:36
    Prowadzę kiosk na przystanku i potwierdzam,że brakuje drobnych.Zwłaszcza tych po 5,10,20 gr.najbardziej "chodliwe" przy wydawaniu reszty. Tak się dzieje mniej więcej od listopada.Najpierw składałam to na zimno ( rękawiczki, mróz itp.), a teraz chyba na lenistwo i na taką reakcje jak u ciebie.A potem okazuje się,że jak już ktoś zacznie szukać, to ma całe mnóstwo i tłumaczy się,że nie chce mu się liczyć. Prościej rzucić grubsze,niż grzebać po portfelach, kieszeniach.Niech się martwi ten kto wydaje resztę.
    Tylko z pustego to i Salomon nie naleje.A skąd ja mam brać? Powyciągałam już dziecku ze skarbonki, jak mnie wydadzą resztę to chowam i zanoszę do pracy.Niedługo będę, jak w czasach PRL, wydawać resztę w zapałkach/gumie do żucia.
    I niestety nie dzieje się tak tylko u mnie, okoliczne sklepy przychodzą i chcą rozmieniać pieniądze.Są takie dni,że zostawiam pracownicę bez 10/20gr.
    Także dziewczyny, nie zżymajcie się tylko chętnie szukajcie, wasze portfele to kopalnie z bogactwem drobnych dla sklepikarzy.
    --
    www.mojeciuchy.pl/u/bellunia27/oferty/
  • joana.mz 01.04.10, 08:46
    a próbowałaś wymieniać w banku? "Mój" bank bez problemu mi uszykuje
    każdą ilość drobmych jakie sobie zażyczę tylko muszę wcześniej to
    zgłosić i bez żadnej dodatkowej opłaty za taką usługę.
  • slotna 01.04.10, 10:39
    A nie mozesz z banku? Jejku, pracowalam na kasie ladnych kilka razy, w roznych firmach i ZAWSZE ktos przy okazji wizyty w banku przywozil rulony drobnych, wiec do glowy by mi nie przyszlo, zeby po prostu nie miec nigdy - rozumiem niespodziewany ruch raz czy dwa, ale tak o? Dla mnie to oczywiste, ze powinien sie martwic ten, kto wydaje reszte, ze strony klienta to tylko kwestia dobrej woli.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • madzioreck 01.04.10, 14:31
    slotna napisała:

    > A nie mozesz z banku? Jejku, pracowalam na kasie ladnych kilka razy, w roznych
    > firmach i ZAWSZE ktos przy okazji wizyty w banku przywozil rulony drobnych,

    Ja też pracowałam, i szefa nie interesował stan moich drobnych, miałam "sobie
    radzić"; on zabierał utarg do banku, zostawiając mi 30 czy 50 zł w kasie
    bilonem, więc nawet nie miałam możliwości wydać ze 100 zł.
    --
    79/119 - 70(32)JJ/70R
    Biusty naGie;)
  • slotna 01.04.10, 16:11
    Uuu, glupi szef ;) No coz, to jest kwestia szeroko pojetej kultury, tak sadze.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • joana.mz 01.04.10, 08:48
    Czasem zapytają i to w róznych sklepach, w małych i dużych. Nie
    robię z tego problemu, jak nie mam albo mi się nie chce szukać czy
    jestem obładowana zakupami/dziećmi to mówię, że nie mam. Albo
    proponuję płatność kartą. Albo każę zaokrąglić.
    Aha, nie tylko w PL mi się zdarzyło, że sprzedawca pyta o drobne. W
    Anglii, w Turcji, w Niemczech też.
  • magdalaena1977 01.04.10, 09:24
    oczywiście, że jest problem:

    - mennica produkuje za mało monet (zwłaszcza "żółtych"), bo ich wytworzenie jest
    wielokrotnie droższe niż ich nominalna wartość

    - ludzie najczęściej dostają wynagrodzenie przelewem na konto, a potem wybierają
    pieniądze z bankomatu. Wybierają banknoty, które muszą rozmienić.

    - w dużych miastach są parkomaty, gdzie płaci się bilonem

    - właściciele małych sklepów nie dbają o zapewnienie sobie dopływu bilonu np. z
    banku. W większych sklepach czy np. w Biedronce zawsze jest reszta, a jak
    chwilowo brakuje, to ktoś przynosi rulon monet z zaplecza.

    Ja najczęściej płacę kartą, ale też się spotykam z takimi prośbami o drobne.
    Najbardziej denerwuje mnie, jeśli sklepikarz chce na mnie przerzucić swój
    obowiązek i odmawia sprzedaży, bo "on nie ma wydać". Jeśli nie umożliwia
    płatności kartą, oszczędza na prowizjach, to powinien chociaż mieć resztę.
    --
    Magdalaena
  • joana.mz 03.04.10, 07:49
    > - właściciele małych sklepów nie dbają o zapewnienie sobie dopływu
    bilonu np. z
    > banku. W większych sklepach czy np. w Biedronce zawsze jest
    reszta, a jak
    > chwilowo brakuje, to ktoś przynosi rulon monet z zaplecza.


    no patrz!!! wczoraj w Biedronce i Rossmanie szukałam końcówki przy
    kasie, kasjerka prosiła...
  • magdalaena1977 03.04.10, 09:27
    mnie tez prosi, a ja daję
    ale jak nie mam drobnych, to zawsze ma wydać
    --
    Magdalaena
  • mokta 01.04.10, 09:35
    Jest i to od dawna. Państwo produkuje za mało tego drobnego nominału. Plus
    dodałbym jeszcze samych ludzi - niektórzy nie lubią miec ich w portfelu i
    składają do słoika aby uzbierała się większa kwota i wtedy wymieniają. Ja jeśli
    znajduje drobne monety, zazwyczaj 1, 2 grosze, to zbieram aż uzbiera się 1zł i
    wtedy wkładam je do portfela. Kiedyś składowałam te "znaleźne" aż w końcu
    uzbierało się 5zł i poszłam z tym do osiedlowego i wymieniłam na grubszą monete.
    Do tej pory pamietam tez mojego kolege. Uzbierał cały słoik tych złotych monet i
    poszedł do komputerowego kupić nową mysz za 30zł. Jak na ladę wyłozył ten słój
    to sprzedawca jęknął :P A odliczał te 30zł ze 3 godziny :P
    --
    AL - Anonimowa Lumpeksoholiczka
  • jul-kaa 01.04.10, 10:09
    Ja nie lubię mieć za ciężkiej portmonetki i zawsze staram się dokładać
    sprzedawcy końcówkę. Nie tylko ze względu na siebie, ale też na
    sprzedawcę/kasjera, który - jak zakładam - wydałby mi, gdyby miał, a skoro
    prosi, to nie ma albo może nie mieć za chwilę. Nie widzę w tym absolutnie nic
    denerwującego.
    Jedyne, co mnie drażni, to odmowa sprzedaży wynikająca z braku reszty. Mam
    jednak świadomość, że ten brak reszty spowodowany jest właśnie postawą "nie dam
    końcówki". I koło się zamyka :)
  • ametyst89 01.04.10, 10:21
    Mam tak samo, z wielką chęcią pozbywam się drobnych. Jednak zdarza
    się, że nie mam ani grosza w portfelu, tylko np 20/50/100 zł w
    banknocie. Raz chciałam kupić dwa bilety po złotówce, płacąc 20
    złotowym banknotem. Na co usłyszałam, że pani nie wyda. Ok,
    powiedziałam, że mogę coś dokupić, na co usłyszałam "Tak, 20
    biletów". Dodam, że spieszyłam się do pracy i już i tak byłam
    zirytowana. Bez słowa poszłam do sklepu niedaleko, kupiłam sobie coś
    do picia, wróciłam, podałam z wściekłością 5-cio złotówkę i spytałam
    "czy z TEGO będzie już Pani miała wydać?!", dostałam resztę w ciszy.
    Zupełnie inaczej bym zareagowała, gdybym usłyszała "Przepraszam,
    naprawdę nie mam jak Pani wydać.", a nie "20 biletów".

    Ah i błogosławie kasy samoobsługowe. Jak płacę stówą za 3-4 produkty
    to kasa mi nie jęczy, nie warczy, nie wzdycha i się nie piekli tylko
    wydaje.
    --
    Small Cup - Blog Małobiuściasty :)
  • slotna 01.04.10, 10:43
    Irytuje mnie to, owszem. Mieszkalam w kilku krajach i poza Polska raz na ruski rok sie zdarzalo, zeby ktos domagal sie drobnicy - ja sama proponuje, jesli widze, ze mam koncowke, ale tylko wtedy, kiedy mi sie chce ;) Uwazam, ze monitorowanie stanu kasy i dbanie o to, zeby reszta w niej zawsze byla, jest obowiazkiem kasjera i wlasciciela/managera obiektu. Jesli tego nie robia, miejsce traci w moich oczach.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • pierwszalitera 01.04.10, 12:45
    Mnie się to w Niemczech zdarza regularnie w supermarkietach, czyli tam, gdzie duży ruch, drobne szybko idą, a kasjerka nie ma czasu, by latać po ruloniki na zaplecze. Pytają wtedy, czy mam może 1 czy 2 centy, czasem pytają o całą końcówkę, a czasem jak sypnę garścią drobniaków z kieszeni, to się cieszą i zbierają jak największą sumę z jak najdrobniejszych. Więc to chyba nie jest aż taki polski fenomen. Ja sama staram się wydawać drobne, bo te eurońskie są bardzo ciężkie i potrafią porozpruwać portmonetki, z drugiej strony, muszę się przyznać, że gdy widzę jakiegoś seniora, który godzinami łowi przede mną w kolejce jakiegoś grosika, o którego nikt nie prosił, to czuję rosnącą niecierpliwość. ;-) Nigdy jednak nie odmówiono mi tu sprzedaży, z powodu braku bilonu zmiennego. W ekstremalnych sytuacjach rezygnowałam albo ja, albo sprzedawca z tych paru końcowych groszy.
  • ida14 01.04.10, 12:53
    ja uwielbiam pozbywac sie tych drobniaków i jesli tylko mam to sama proponuje,
    ze znajde koncówke. pozbyłam sie całej skarbonki zółciaków odkąd mieszkam w
    Krakowie, ale osttanio jakos nikt tych końcówek ode mnie nie chce ;(
    --
    "...człowiek rodzi sie po to by nieść radość innym."

    Taplacz ze stazem zostaje płetwonurkiem!
  • sarahdonnel 01.04.10, 13:14
    W Holandii albo płaci się kartą Maestro (nawet parędziesiąt centów w
    supermarketach, nazywa się to 'pinnen'), albo jest tzw. 'afronding eurocent', co
    sprowadza się do tego, że 1 i 2 centy zużywa się do kserokopiarek w Albercie
    (supermarket), albo w Lidlu i Aldiku. Poza tym praktycznie nie ma w obiegu.
    Zaokrągla się do 2/7 centów w dół, od 3/8 - w górę do pełnej piątki. Parę lat
    temu nie było specjalnie nawet tych pięciocentówek, a wtedy nie miałam
    miejscowej karty i częściej płaciłam gotówką.

    Jak mam drobniaki, to sama proponuję 'końcówkę', bo jak wspomniała
    pierwszalitera, są ciężkie. Jak mam jakiś grubszy banknot, typu 50 eur (100 eur
    widziałam raz w życiu, w banku, większość sklepów ma notkę, że z tych wielkich
    banknotów nie wydają... bo większe kwoty legalnie zdobyte posiada się w
    drobniejszych banknotach ;), po prostu mówię, że pardon, ale nie mam drobniej. W
    mniejszych sklepach i na bazarkach, jeżeli chodzi o 10 - 20 centów, działa to na
    zasadzie 'to niech Pani nie szuka', albo 'przepraszam, czy może być bez 5 centów?'.

    A już grandą jest ustalanie ceny drożdżówki w kiosku na 1,95, a potem
    marudzenie, że nie ma się tych 5 groszy. Rozumiem, bilety czy inne cuda z
    taryfami wyliczanymi 'procentowo' i odgórnie narzuconymi - ok. Ale żeby buła czy
    batonik miały takie durne ceny?
    --
    Ja 'od kuchni'... www.mixedlanguage.blox.pl
  • pierwszalitera 01.04.10, 13:36
    sarahdonnel napisała:

    > A już grandą jest ustalanie ceny drożdżówki w kiosku na 1,95, a potem
    > marudzenie, że nie ma się tych 5 groszy. Rozumiem, bilety czy inne cuda z
    > taryfami wyliczanymi 'procentowo' i odgórnie narzuconymi - ok. Ale żeby buła cz
    > y
    > batonik miały takie durne ceny?

    Tu chodzi o ceny psychologiczne. W Niemczech prawie wszystkie ceny kończą się na jakieś 9, albo dziewięćdziesiąt ileś tam. Niby ma to inny wpływ na percepcję ceny. Dyskutowano już wiele razy publicznie na ten temat i wady przekraczają zdaje się zalety, ale to tradycja i nikt nie chce pierwszy się z niej wyłamać. ;-) W Niemczech się jednak niczego nie zaokrągla. 99 centów, to 99 centów i zawsze dostanę 1-go z powrotem. ;-)


    Jak mam jakiś grubszy banknot, typu 50 eur (100 eur
    > widziałam raz w życiu, w banku, większość sklepów ma notkę, że z tych wielkich
    > banknotów nie wydają... bo większe kwoty legalnie zdobyte posiada się w
    > drobniejszych banknotach ;),

    To też się w Niemczech raczej nie zdaża. Z mojego studenckiego kelnerowania wyniosłam doświadczenia z banknotami 200euro, raz miałam w ręku nawet 500 euro. Pieniądze to pieniądze, autentyczność euro łatwo sprawdzić, a skoro istnieją takie nominały, to można nimi też płacić. Wiele sklepów ma nawet takie przyrządy do sprawdzania banknotów. 100 euro nie jest w ogóle niczym szczególnym. Naprawdę nie miałaś w ręku? U mnie w pracy ludzie też płacą swoje rachunki czasem gotówką i 100 w jednym kawałku nie jest rzadkością. Poza tym, fałszowane są zwykle małe banknoty typu 20 i 50 euro, więc nieprzyjmowanie tych większych z tego powodu to wymówka.
  • pierwszalitera 01.04.10, 13:37
    Kurcze, znowu byk. ;-) W Niemczech się oczywiście nie zdarza, a nie zdaża. ;-)
  • slotna 01.04.10, 13:46
    W Irlandii setki sa w normalnym obiegu, widuje bardzo czesto.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • kasienka.body 01.04.10, 14:56
    ja w Irlandii podczas rocznego pobytu widziałam zaledwie kilka razy :)
    Może teraz są bardziej powszechne.
    --
    -------------------------------------
    Zimowa mega wyprzedaż w sklepie BODY.
    www.body.sklep.pl
    kontakt@body.sklep.pl
  • slotna 01.04.10, 16:30
    Praca na kasie zwieksza szanse na trafienie ;) Ale i zanim zalozylam konto, dostawalam pensje gotowka i stowki sie trafialy regularnie.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • slotna 01.04.10, 20:08
    A jesli dostawalas pensje na konto i nie pracowalas z pieniedzmi to tak naprawde wrecz nie mialas szansy widziec, no bo z jakiej okazji ;)

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • sarahdonnel 01.04.10, 14:59
    pierwszalitera napisała:

    > sarahdonnel napisała:
    >
    > > A już grandą jest ustalanie ceny drożdżówki w kiosku na 1,95, a potem
    > > marudzenie, że nie ma się tych 5 groszy. Rozumiem, bilety czy inne cuda z
    > > taryfami wyliczanymi 'procentowo' i odgórnie narzuconymi - ok. Ale żeby b
    > uła cz
    > > y
    > > batonik miały takie durne ceny?
    >
    > Tu chodzi o ceny psychologiczne. W Niemczech prawie wszystkie ceny kończą się n
    > a jakieś 9, albo dziewięćdziesiąt ileś tam. Niby ma to inny wpływ na percepcję
    > ceny. Dyskutowano już wiele razy publicznie na ten temat i wady przekraczają zd
    > aje się zalety, ale to tradycja i nikt nie chce pierwszy się z niej wyłamać. ;-
    > ) W Niemczech się jednak niczego nie zaokrągla. 99 centów, to 99 centów i zawsz
    > e dostanę 1-go z powrotem. ;-)

    Znam to wytłumaczenie, że 1,99 to w ludzkiej percepcji bardziej '1 i trochę',
    niż '2'.

    W Niemczech jak najbardziej dostawałam te grosiaki. Tutaj jest tak, że do tych
    pełnych 5 centów zaokragla się końcowy rachunek płącony gotówką. Są też sklepy
    lansujące model 'tylko karta debetowa', i to już moim zdaniem przesada,
    szczególnie, jak przyjmują wyłącznie karty debetowe z holenderskich banków.
    (Zdarzyło mi się, że chciałam zapłacić polską Maestro, i automat w 'Albercie'
    jej nie przyjął. Albo ktoś mi się upierał, że to kredytówka jest, i musi
    doliczyć prowizję... aż pokazałam, że w dokładnie tym samym systemie Maestro
    działają karty banków holenderskich.) Kredytówki są totalnie niepopularne, mam
    'Mastercard' i jakbym nie miała debetówki, to nie załatwiłabym nic. Za to mój
    bank bezpłatnie dodaje zestaw 'domowego pos-a' autoryzowanego debetówką do
    przelewów internetowych. Bo płacić przez internet można też miejscową debetówką.
    Wydają też karty bankowe należące li tylko do lokalnego systemu, ale już w
    bankomacie zagranicą ich nie użyjesz!
    Szwagierka ma niemiecką Visę Electron do konta - zatrzymywała się na weekend u
    mnie i u innej przyjaciółki na przedmieściu, i musiała wypłacać gotówkę z bankomatu.
    >
    >
    > Jak mam jakiś grubszy banknot, typu 50 eur (100 eur
    > > widziałam raz w życiu, w banku, większość sklepów ma notkę, że z tych wie
    > lkich
    > > banknotów nie wydają... bo większe kwoty legalnie zdobyte posiada się w
    > > drobniejszych banknotach ;),
    >
    > To też się w Niemczech raczej nie zdaża. Z mojego studenckiego kelnerowania wyn
    > iosłam doświadczenia z banknotami 200euro, raz miałam w ręku nawet 500 euro. P
    > ieniądze to pieniądze, autentyczność euro łatwo sprawdzić, a skoro istnieją tak
    > ie nominały, to można nimi też płacić. Wiele sklepów ma nawet takie przyrządy d
    > o sprawdzania banknotów. 100 euro nie jest w ogóle niczym szczególnym. Naprawdę
    > nie miałaś w ręku? U mnie w pracy ludzie też płacą swoje rachunki czasem gotów
    > ką i 100 w jednym kawałku nie jest rzadkością. Poza tym, fałszowane są zwykle m
    > ałe banknoty typu 20 i 50 euro, więc nieprzyjmowanie tych większych z tego pow
    > odu to wymówka.

    Większość rachunków płaci się przelewami (internetowa bankowość to standard),
    pensja idzie na konto itd.
    Stówkę na żywo widziałam raz: jest świerkowo-zielona. ;)




    --
    Ja 'od kuchni'... www.mixedlanguage.blox.pl
  • pierwszalitera 01.04.10, 15:34
    sarahdonnel napisała:

    > Większość rachunków płaci się przelewami (internetowa bankowość to standard),
    > pensja idzie na konto itd.


    I tak i nie. ;-) W Niemczech też niby wszystko przelewami, bez konta nie istniejesz, ale Niemcy mają szczególny stosunek do gotówki i chętnie nią płacą. Nawet mówi się "Nur bares ist wahres", czyli tylko gotówka jest prawdziwa, a karty określane są nieco pogardliwie jako Plastikgeld, plastykowe pieniądze. Gotówką i osobiście możesz zapłacić więc prawie każdy rachunek. Prawie każdy niemiecki sklep internetowy ma opcję "za pobraniem", bo wiele osób z tego korzysta. Z ręki do ręki. ;-) Zwykłą bankową debetówką zapłacisz też wszędzie, ale z niektórymi kredytówkami możesz mieć w Niemczech faktycznie problemy. Sprzedawcy ich nie przyjmują, bo takie transakcje są dla nich drogie. Na każdym kroku możesz pobrać też pieniądze z automatu i wtedy ty płacisz ewentualną prowizję za niekompatybilną kartę. Internetowej bankowości nie stosują wszyscy. Ja teoretycznie z niej korzystam, konto jest wtedy tańsze, ale wszystkie operacje popełniam z bankowego terminalu dostępnego całą dobę, a banki są tu na każdym rogu. Nigdy nie korzystam z domowego internetu, to nie uchodzi w Niemczech za bezpieczne, co zostało nawet przez organizacje konsumenckie udowodnione. Byle haker może mieć dostęp do twojego konta. A już chyba największą złośliwością, z którą się spotkałam, są samoobsługowe stacje benzynowe poza granicami Niemiec, w nich nie zapłacisz gotówką. Szkoda, bo wtedy wielu Niemców z nich nie korzysta. ;-)
  • pierwszalitera 01.04.10, 15:50
    W niemieckiej telewizji bardzo często pokazuje się sprawozdania z kontroli bezpieczeństwa płacenia kartą w sklepach i szczególnie duże sieciówki wypadają tragicznie. Tam każdy może mieć dostęp do twoich danych, którymi właśnie zapłaciłaś i często, przez nieuwagę niekompetentnych pracowników obce osoby mogą sobie zapewnić do nich wgląd. Dlatego nie dziwię się niechęci Niemców do płacenia kartą. To, że ktoś ci coś ściągnął z konta zdarza się naprawdę. Niemcy to bardzo duży, uchodząc ciągle za stosunkowo bogaty kraj, przyciągający ludzi z potencjalną kryminalną energią, więc ufność jeżeli chodzi o pieniądze jest tu ograniczona.
  • sarahdonnel 01.04.10, 21:40
    Z ciekawości - jakie są u Was terminale? jak w Polsce, że musisz dać kartę
    sprzedawcy do łapki, a właściciel tylko wbija pin, czy samoobsługowe, że
    sprzedawca nawet nie widzi, z jakiego banku jest debetówka (stoi czytnik paska
    magnetycznego i klawiatura, przeciąga kartę klient, potwierdza kwotę i
    potwierdza transakcję pinem, ?
    Pasek kredytówki przeciąga się przez dokładnie taki sam terminal, sprzedawca
    tylko widzi, czy transakcję zaakceptowano, czy nie.

    Jak płacę kredytówką i ktoś nie jest zainteresowany przyjrzeniem się mojemu
    podpisowi na paragonie i mojemu dowodowi osobistemu, to pytam się, dlaczego
    sprzedawca nie sprawdza. Raz nawet doniosłam na jeden sklep do banku, bo
    sprzedawca nie wiedział, że może jedynie sprawdzić zgodność nazwisk z dowodu i z
    karty, ale nie ma prawa wziąć kredytówki do ręki.
    Zamiast terminali płatniczych (takich w stylu wielofunkcyjnych bankomatów) w
    bankach stoją komputery do bankowości internetowej. Do tego trzeba mieć
    aktywowanego osobistego POSa (na USB) i aktywną debetówkę, plus zainstalowany w
    komputerze driver do POSa. Raz dla draki sprawdziłam, czy moje konto i moja
    karta zadziała z POSem mojego TŻa, żeby nie wozić się z dwoma. Wyświetlił się błąd.

    Bank otwarty jest w dni robocze od 9 do 17 czy od 10 do 18, a oddziałów nie jest
    jak mrówków, na każdym rogu. Szczerze mówiąc, w porównaniu z 'Żubrem' w którym
    mam polskie konto, wypadają nie najlepiej.

    To, co drażni mnie u Holendrów, to to, że włażą na plecy przy bankomacie, i to
    jeszcze z boku, bo podjeżdżają na rowerze. Tak samo włażą na plecy przy kasach.
    --
    Ja 'od kuchni'... www.mixedlanguage.blox.pl
  • pierwszalitera 01.04.10, 23:01
    sarahdonnel napisała:

    > Z ciekawości - jakie są u Was terminale?

    Różne. W większości sklepów takie z pinem. Podajesz kartę, wbijasz pin i gotowe. Niektóre sklepy mają bez pinu, tylko z podpisem, niby trzeba mieć dowód, ale rzadko kto sprawdza. Może przy większych sumach. Z podpisem funkcjonują też kredytówki. Istnieją też terminale samoobsługowe, ale stosunkowo rzadko. U nas na pewno takie ma IKEA. Bankomaty są dostępne przez całą dobę, do banku, a raczej do przedsionka z automatami, wchodzisz przeciągając kartę przez magentyczny zamek. Nie musi być nawet z tego samego banku. Z bankomatów mogą korzystać też "obcy", tylko, że wtedy liczą sobie jakąś prowizję. Godzin otwarcia regularnego banku nawet dokładnie nie znam, bo rzadko mam sprawę, którą muszą załatwić z "człowiekiem" Do tego są terminale do operacji bankowych. Do ich używania wystarczy karta bankowa (debetowa) i zwykły pin. Jak do zwykłego bankomatu. Mogę sobie w nocy robić przelewy, wpłaty, wyciągi z konta i podobne rzeczy, a terminale są bezpieczniejsze od domowego internetu i pieniądze idą też online, więc natychmiastowo na życzone konto. Najpopularniejsze banki mają u nas filiale na każdej prawie ulicy. Ja z domu do następnego banku z bankomatem i terminalem mam tylko pieć minut drogi, a na pewno nie mieszkam w centrum miasta. ;-)


    >Do tego trzeba mieć
    > aktywowanego osobistego POSa (na USB) i aktywną debetówkę, plus zainstalowany w
    > komputerze driver do POSa.

    Rany, ja nawet nie wiem, co to jest. ;-) Co znaczy aktywną debetówkę? To może być nie aktywna?
  • turzyca 01.04.10, 22:45
    ;-) Zwykłą bankową debetówką zapłacisz też wszędzie, ale z niektórymi
    > kredytówkami możesz mieć w Niemczech faktycznie problemy.
    Sprzedawcy ich nie p
    > rzyjmują, bo takie transakcje są dla nich drogie.

    A nie, nie, nie. W kazdym normalnym kraju zwykla debetowka to np.
    maestro. W Niemczech w wielu sklepach "czystym" maestro nie
    zaplacisz, musisz miec EC. Przezylam ciezkie zaskoczenie jako
    erasmus. I nie tylko ja - wszyscy zagraniczni studenci od Portugali
    po Lotwe byli tym zaskoczeni.
    Co gorsza niemieckie sklepy, ktore akceptuja karty kredytowe, umieja
    odmowic przyjecia zagranicznej karty kredytowej. Dosc szokujace jest
    to, ze zdarza sie to takze w najbardziej turystycznych miejscach jak
    np. glowny deptak Syltu.
    Co do bankowosci internetowej - wydaje mi sie, ze jednak jest
    roznica pokolen. Wszyscy moi znajomi ze studiow obsluguja konto
    przez internet. Kwestia odpowiedzialnego podejscia do komputera i
    odpowiednich zabezpieczen. A banki niby sa na kazdym rogu, ale jak
    jest 15 marek, to mozesz miec po 7 przecznic w kazdym kierunku do
    Twojego. Ja np. mam strasznie daleko do szalenie przeciez popularnej
    Sparkasse.

    Ale w ogole w Niemczech mam wrazenie dychotomii. Z jednej strony
    wspomniane przez Ciebie bardzo nowoczesne terminale, karty z chipem,
    karty do malych platnosci (bilety autobusowe, znaczki, papierosy),
    bankowe oddzialy wylacznie automatowe, a z drugiej strony bardzo
    intensywny obrot gotowka, wiekszosc osob podejmuje z konta znaczne
    sumy i nosi tez znaczne sumy przy sobie. Ja z moim antygotowkowym
    podejsciem (nie place gotowka, jesli mozna zaplacic w inny sposob,
    bo nie widze sensu wyjmowania gotowki z jednej maszyny, zeby wetknac
    ja do drugiej) jestem ekstremum, choc w Polsce sie z towarzystwa nie
    wyroznialam.

    --
    Tak wygląda turzyca:), której posty zawierają tylko
    jej własne opinie.

    Zastrzega się możliwość zmiany opinii.
  • pierwszalitera 02.04.10, 00:01
    turzyca napisała:

    > Co gorsza niemieckie sklepy, ktore akceptuja karty kredytowe, umieja
    > odmowic przyjecia zagranicznej karty kredytowej. Dosc szokujace jest
    > to, ze zdarza sie to takze w najbardziej turystycznych miejscach jak
    > np. glowny deptak Syltu.

    Już napisałam, że w Niemczech karty kredytowe mają słabą popularność. Dlatego nie każdy je przyjmuje i może sobie wybrać, które akceptuje. Mnie wytłumaczono to prowizjami. One się opłacają przy większych obrotach, a że ludzie nie mają zwyczaju płacenia kredytówką, to koło się zamyka. Karty kredytowe zagranicznych banków, nie daj Boże wschodnich, są też od razu podejrzane, bo wykorzystywane są przez międzynarodowe szajki do oszustw i to na dużą skalę. To trochę smutne, ale wtedy nawet uczciwy człowiek musi za to płacić brakiem zufania.


    > Co do bankowosci internetowej - wydaje mi sie, ze jednak jest
    > roznica pokolen. Wszyscy moi znajomi ze studiow obsluguja konto
    > przez internet.

    Twoi znajomi ze studiów, to nie całe pokolenie. ;-) Zapewniam cię, że to nie o wiek chodzi. Znam sporo młodych ludzi z bardzo konserwatywnym podejściem do pieniądza. Używanie bankowości internetowej nie uchodzi też w Niemczech za konieczny wyraz postępu, internet nie kojarzy sią tylko z czymś dla młodych, więc każdy decyduje według swojego własnego poczucia ryzyka. Poza tym czasem można używać bankowości internetowej w jednym banku, a w drugim już nie. Wiele ludzi ma konta w kilku bankach. Poza tym w Niemczech istnieje szeroko rozpowszechniony zwyczaj automatycznych przelewów na upoważnienie do potrącania (Dauerauftrag), które robisz w banku, albo od razu podajesz dane bankowe instytucji, która ściąga sobie, co jej się należy, na przykład stałe rachunki za prąd, telefon, bilety miesięczne, raty, podatki do Urzędu Skarbowego itp.


    >Kwestia odpowiedzialnego podejscia do komputera i
    > odpowiednich zabezpieczen.

    To nie o zabezpieczenia na twoim komputerze chodzi, tylko o system, który nie jest bezpieczny i ma dziury, które wykorzystują sprawni hakerzy. Kryminalność internetowa jest faktem.


    A banki niby sa na kazdym rogu, ale jak
    > jest 15 marek, to mozesz miec po 7 przecznic w kazdym kierunku do
    > Twojego. Ja np. mam strasznie daleko do szalenie przeciez popularnej
    > Sparkasse.


    Sparkasse ma filiale w każdej dzielnicy, a jak nie, to jest zwsze jakiś Postbank. Nie znam czowieka, który nie miałby konta w jednym z tych banków. Nie zmuszam też nikogo do biegania do bakomatów, ja też płacę często kartą, jednak jak planuję zakupy, to wolę brać gotówkę. Terminale płatnicze w sklepach też nie są zawsze bezpieczne. Całkiem niedawno był skandal w bardzo popularnej sieci handlowej.


    > Ale w ogole w Niemczech mam wrazenie dychotomii. Z jednej strony
    > wspomniane przez Ciebie bardzo nowoczesne terminale, karty z chipem,
    > karty do malych platnosci (bilety autobusowe, znaczki, papierosy),
    > bankowe oddzialy wylacznie automatowe, a z drugiej strony bardzo
    > intensywny obrot gotowka,


    Z tym się zgadzam i właśnie o tym pisałam. Niemcy mają szczególny stosunek do gotówki i jest to niezależne od postępu. Możliwe nawet, że z wiekiem luźno podchodzący do sprawy ludzie stają się bardziej konserwatywni i jeszcze bardziej cenią sobie Bargeld. Nie znaczy to jednak, że nie dają sobie rady z internetową bankowością, czy coś w tym rodzaju, tylko po prostu tego nie lubią i jak nie muszą, to nie używają. Być może jest to też wyraz zmęczenia nowoczesnością, która nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Po wirtualnym hypie ostatnich lat wraca potrzeba tradycji i solidnych wartości, takich jak autentyczny pieniądz. ;-)
  • anka-ania 02.04.10, 17:21
    pierwszalitera napisała:

    > Poza tym w Niemczech istnieje szeroko rozpowszechniony zwy
    > czaj automatycznych przelewów na upoważnienie do potrącania (Dauerauftrag), któ
    > re robisz w banku, albo od razu podajesz dane bankowe instytucji, która ściąga
    > sobie, co jej się należy, na przykład stałe rachunki za prąd, telefon, bilety m
    > iesięczne, raty, podatki do Urzędu Skarbowego itp.

    Czyli polecenie zapłaty: www.poleceniezaplaty.org.pl
    W Polsce też popularne.

  • pierwszalitera 02.04.10, 00:20
    turzyca napisała:

    > A nie, nie, nie. W kazdym normalnym kraju zwykla debetowka to np.
    > maestro. W Niemczech w wielu sklepach "czystym" maestro nie
    > zaplacisz, musisz miec EC.

    Nie wiem jak definiujesz normalny kraj, ale w Niemczech normalną debetówką, czyli kartą do obsługiwania konta (tzw. Girokonto) w niemieckim banku jest karta EC. Te karty posiadają zwykle chipa, na którym masz autoryzację banku, którego jesteś klientem. Maestro bez EC jest kartą kredytową, zwykle z magnetyczną ścieżką. Te funkcjonują tu na nieco innych zasadach.
  • marta_monika 01.04.10, 16:54
    W Belgii jest Proton czyli bezPINowe placenie karta do kwoty 125 euro. Karta
    bankomatowa ma ta funkcje wbudowana. Mozna to doladowac do okreslonej sumy i
    potem wydawac. Bankomaty mojego banku ING nie maja banknotow 100 euro tylko 5,
    20 albo max 50. Nie pamietam czy kiedykolwiek mialam w reku banknot 100 euro. Ja
    nigdy nie mam wiele gotowki w portfelu, place karta wszedzie gdzie sie da. Nawet
    na rynku sprzedawcy maja przenosne terminale do kart bankomatowych. Zawsze mnie
    to zastanawia jak to dziala. Odpukac w niemalowane (puk puk) nie mialam zadnych
    problemow z bezpieczenstwem karty.
    Co do tych "koncowek" - dla mnie koncowka jest 15 groszy przy kwocie np 50,15
    groszy. Z wielka checia doloze te 15 groszy zeby nie dostac garsci drobnych i
    zeby nie pozbawic sprzedawcy wszystkich monet. Ale uwazam za przegiecie probe
    wymuszenia na mnie skladania z drobnych monet 88 czy 99 groszy.
  • edhelwen 01.04.10, 22:17
    ja mam tzw. debetową (w praktyce nie mogę mieć debetu), w różnych sklepach płacę
    na 2 sposoby - tylko ściągnięcie z karty bez pinu i bez podpisu albo wpisanie
    pinu i składanie podpisu. Tylko 2 razy płaciłam kartą poniżej 10zł i czułam się
    "winna" ;) (ale nie było za mną kolejki ludzi, więc spoko). Osobiście wkurza
    mnie jak stoję w hipermarkecie i przede mną kilka osób pod rząd płaci kartą w
    kasie "do 10 produktów" przez co kolejka się ślimaczy (no ale skoro nie mają
    drobnych...). Słyszałam, że w Irlandii są kasy, gdzie się samemu płaci
    przesuwając kartą przez terminal.
  • marta_monika 02.04.10, 09:46
    Ja zawsze sama place karta w Belgii wkladajac ja w terminal (obydwie karty czyli
    bankomatowa i kredytowa mam chipowe). Ekspedientka naciska na kasie enter a
    reszta nalezy do mnie. Fajnie wyglada to na przyklad na rynku gdy sprzedawca
    nabija kwote na maly bezprzewodowy terminal, podaje mi caly terminal, ja wkladam
    karte i wciskam pin. Tak samo gdy place karta w restauracji. Kelner przychodzi z
    terminalem bezprzewodowym do stolu. Kasy samoobslugowe w supermarkecie i calkiem
    samoobslugowe supermarkety gdzie sie samemu chodzi z czytnikiem kodow
    kreskowych, bierze i skanuje produkty wkladajac do koszyka to moje ulubione
    miejsca zakupow.
  • edhelwen 01.04.10, 16:27
    a mnie denerwuje.... noszę w portfelu czasem "różne" pieniądze, "nie swoje". Np
    mam kasę aby oddać koleżance, banknoty żeby wpłacić do wpłatomatu, pieniądze od
    rodziców na zakupy do domu. I czasem potrzebuję sama rozmienić pieniądze albo
    wolę nie ruszać drobniejszych banknotów, czy monet z jednej puli, bo potem mi
    się wszystko pomiesza, bo nie będę miała z czego dać reszty rodzicom, wpłacić do
    bankomatu oddać pełnej kwoty koleżance itp. A kasjerki "przecież widzę, że ma
    pani drobne!". Sorry, ale to moja sprawa, czy mam za każdym razem tłumaczyć "to
    nie moje pieniądze, nie mogę tych pani dać". Dlatego zaczynam ukrywać kasę, żeby
    kasjerka przypadkiem nie zauważyła, że mam 10zł, a nie tylko całe 20. Że mam
    drobne 4zł ale wolę zapłacić 10-tką itd.
    Poza tym to chętnie daję drobniaki, jeśli mogę sobie na to pozwolić...
  • edhelwen 01.04.10, 16:33
    poza tym to chyba moje "prawo", rozmienić pieniądze, prawda? Czasem to
    rozwiązuję wpłaceniem do wpłatomatu całego banknotu, a potem (w innej galerii
    handlowej niestety :/) wypłacaniem z bankomatu po 10-20zł. Paranoja. Ale czasem
    mi się nie chce (nie jestem w okolicy, gdzie mogę się pobawić z wpłatomatem i
    bankomatem) i sorry, ale nic nie poradzę, jeśli mam całe 50, 100zł i muszę takie
    dać kasjerce.
  • magdalaena1977 02.04.10, 14:48
    edhelwen napisała:
    > bo potem mi się wszystko pomiesza, bo nie będę miała z czego dać
    > reszty rodzicom, wpłacić do
    > bankomatu oddać pełnej kwoty koleżance itp.
    Może rozliczaj się z rodzicami bardziej wirtualnie ? Tj, masz jedne pieniądze w
    portmonetce, a po każdych zakupach uzgadniasz saldo.
    Ja tak robiłam, jak jeszcze mieszkałam z rodzicami i nie zarabiałam.

    A jak masz coś oddać, zapłacić gotówką to odkładaj sobie tę kasę do innej kieszonki.
    --
    Magdalaena
  • czerwona_pomadka 01.04.10, 19:37
    Oj tak, ciągle mi się to zdarza.
    A jak odpowiem, że drobnych nie mam, to pani jeszcze nieraz popatrzy na mnie z
    obrażoną miną albo teatralnie, głęboko westchnie.
    Jeśli wiem, że mam drobniaki, to sama proponuję paniom, że zapłacę w
    drobniejszych, bo nie lubię nosić mnóstwa monet w portfelu.
    Jak nie mam, to mówię od razu, ale te wszystkie miny 'z fochem' kasjerek
    sprawiły, że czasami mam wręcz poczucie winy, kiedy daję pani większy banknot
    zamiast sterty odliczonych monet :/
  • justinehh 01.04.10, 21:39
    To zależy. Czasem po prostu nie mam drobnych, czasem wyciągam z kieszeni bilon i
    mówię " jeśli coś z tego pana/panią ucieszy". Albo daję papierek i pełną garść
    ze słowami " a końcówkę proszę sobie wygrzebać" Jeśli wykonuję drugą opcję w
    coffeheaven to na 90 proc. sprzedający zamienia drobne na grube.
    --
    pstrykam
    80/104
  • alexandra.87 01.04.10, 21:55
    Sama czasami pracuję w sklepie (okres świąteczny) i uwierzcie mi że jest problem z wydawaniem reszty. Nie mówię tu o drobnym bilonie, bo ten bez problemu można wymienić w banku, co o banknotach 10 i 20 zł. Za rozmianę banki (bynajmniej te w Sopocie) pobierają prowizję. I jeżeli otrzymuję od kolejnego klienta 100 zł, a on płaci mi 3 to czasami szlag może trafić, co? :) Najlepsze są w tym starsze osoby, które chyba uwielbiają kolekcjonować drobne :)
  • turzyca 01.04.10, 22:49
    problem ten rozwiazano prosto acz skutecznie. Ceny podawane sa
    normalnie czyli do dwoch miejsc po przecinku, ale w obiegu w ogole
    nie ma monet 1- i 2-centowych. Po prostu ostateczna sume zaokragla
    sie do najblizszej piatki.
    --
    Tak wygląda turzyca:), której posty zawierają tylko
    jej własne opinie.

    Zastrzega się możliwość zmiany opinii.
  • justinehh 01.04.10, 22:51
    W Czechach się zaokrągla, 10 i 20 halerzy zostało wycofane z obiegu .
    --
    pstrykam
    80/104
  • po.prrostu 02.04.10, 00:32
    na Węgrzech tak samo, nie uświadczy się już 1- i 2-forintówek, zaokrąglają do 5.
  • po.prrostu 02.04.10, 01:04
    jest OGROMNY problem.

    w zeszłym roku pracowałam 6 miesięcy (wakacje) na kasie w realu i w tesco.
    najszybciej schodzą 10zł i monety, a na rozmiankę można czekać nawet ponad pół
    godziny, żeby się dowiedzieć, że w skarbcu nie ma już drobnych i dostać 200zł
    rozmienione na 2 x 100zł.

    naprawdę tak was denerwuje pytanie o drobne? mnie denerwuje jak ludzie na mnie
    krzyczą, że dostają np. 20zł w złotówkach bo nie mam inaczej, a rozmianka nie
    przychodzi. albo jak płacą banknotem 50zł za bułkę czy paczkę gum. albo jak nie
    mam grosików i muszę wydawać po dwa (a każdy odejmują mi od wypłaty ;)). albo
    jak inna kasjerka nie może mi czegoś na szybko rozmienić, bo grożą za to kary.

    > Ja reaguje nerwowo na to pytanie. Nie chce mi sie szukac w portfelu 88
    > (minimum 6 monet) groszy skoro sprzedawczyni powinna mi bez problemu i
    > wielkiej matematyki wydac 1,12 (3 monety).
    jak się takich monet nie ma, to wydanie ich stanowi jednak problem :P.

    I tak za kazdym razem, bez
    > wzgledu na wielkosc tej "koncowki", bez zagladania do kasy, sprzedawcy chca
    > drobne monety. Czy sklepy maja jakies problemy z monetami? Nie ma w obiegu
    > wystarczacej ilosci drobnych monet? Czy to po prostu zwykle lenistwo.
    jak siedzisz kilka godzin przed tą kasą i w kółko ją otwierasz i zamykasz, siłą
    rzeczy wiesz co jest w środku. ja akurat za lenistwo uważam posiadanie drobnych,
    ale mówienie że się ich nie ma, tylko dlatego, że nie chce się ich liczyć
    (noszenie nie swoich, odliczonych, pośpiech, etc rozumiem).
  • bell9 02.04.10, 08:21
    a mnie najbardziej denerwuje, jak o 5 rano przychodzi "klient" ze 100zł/200zł i prosi o bilet na 0,85 lub 1,20. To nie są zakupy, tylko rozmienianie pieniędzy. Bo w kiosku najprościej i najszybciej, a ponadto tam "na pewno" wydadzą resztę. Skoro , jak widać w większości postów, to mój obowiązek mieć drobne do wydawania, to może "obowiązkiem" takiego "klienta" powinno być rozmienianie pieniędzy w banku.Tak,tak wiem zaraz się odezwą obrończynie klienta,i wsiądą na kioskarzy/sklepikarzy, ale sorry, dla mnie to żaden klient: dzięki niemu nie zarobię na chleb( wszak na bilecie 0,85 "zarabiam" 0,0425zł- bez odliczeń podatku,transportu etc.), a jeszcze z samego świtu bladego pozbędę się wszystkich drobnych i nawet po mimo najszczerszych chęci, nie będę wstanie ich sobie załatwić.
    Wszystko się opiera na wzajemnej chęci,a nie: ja muszę, bo tam ja mam mieć drobne to mój problem. A co musi "klient"?????
    --
    www.mojeciuchy.pl/u/bellunia27/oferty/
  • kryklu 02.04.10, 10:23
    bell9 napisała:
    Tak,tak wiem zaraz się odezwą obrończynie klienta,i wsiądą na kioskar
    > zy/sklepikarzy, ale sorry, dla mnie to żaden klient: dzięki niemu
    nie zarobię n
    > a chleb( wszak na bilecie 0,85 "zarabiam" 0,0425zł

    No to się odzywam. Zbulwersowało mnie określenie "dla mnie to żaden
    klient". Wartościujesz klientów w zależności od od kosztu zakupów?
    To może zacznij sprzedawać samochody...

    > Wszystko się opiera na wzajemnej chęci,a nie: ja muszę, bo tam ja
    mam mieć drob
    > ne to mój problem. A co musi "klient"?????

    Klient musi zapłacić za towar walutą obowiązującą w danym kraju.
    Powinien być uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do sprzedawcy, w
    zamian mogąc liczyć na to samo.

    Do mnie też przychodzą "klienci" z pieniędzmi. Zawsze powtarzam, że
    moim obowiązkiem jest posiadanie drobnych. Zdarza się, że mi się
    skończą i wtedy zawsze rozstrzygam sprawę na moją niekorzyść, tzn.
    brakującą kwotę dostaję przy okazji następnej wizyty. W 98% ludzie
    są uczciwi. Oczywiście Ty nie możesz zastosować tej metody. Ja
    obracam się w niemal zamkniętym gronie ludzi. To był tylko przykład.
    Dla mnie nie istnieje pojęcie żaden klient bo mało płaci.
    Wybacz sarkazm, ale nie zapominaj, że Twoi klienci to Twoi faktyczni
    pracodawcy, tak jak moi dla mnie, tak jak my obie dla urzędników itd.
  • bell9 02.04.10, 17:09
    "No to się odzywam. Zbulwersowało mnie określenie "dla mnie to żaden
    > klient". Wartościujesz klientów w zależności od od kosztu zakupów?
    > To może zacznij sprzedawać samochody..."
    Jeśli wartościowałabym klientów wg.jego portfela to napewno sprzedawałbym samochody.

    "Klient musi zapłacić za towar walutą obowiązującą w danym kraju.
    > Powinien być uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do sprzedawcy, w
    > zamian mogąc liczyć na to samo."
    Uwirz mi, 99% kilentów "rozmienianiących pieniądze" jest pokroju: ja jestem Pan i Klient, a ty TYLKO sprzedawczyni. I musisz.Traktuję ludzi tak, jak sama chciałbym byc traktowana,nie mam nic sobie do zarzucenia, nie zdarzyło mi sie odprawic kogoś z kwitkiem lub nie obsłużyc ale niestety gro tego typu klientów traktuje mnie/nas jak pomietło.
    >"Wybacz sarkazm"
    Sarkazm wynika z tego,że tak naprawdę,żadna przedwówczyni nie stanęła po drugiej stronie okienka.Łatwo jest w biegu i pośpiechu obwiniac sprzedawców nie patrząc na to,że ona nie jest jedynym kilentem który robi zakupy. I że akurat ją poprosi się o drobne i że większośc porannych frustracji, tak tak, przenoszonych jest na bogu ducha winna sprzedawczynię, bo prosi od rana o 30gr. Zawsze jest biedny klient i wredny sprzedawca.
    --
    www.mojeciuchy.pl/u/bellunia27/oferty/
  • jul-kaa 02.04.10, 17:14
    bell9 napisała:
    > Sarkazm wynika z tego,że tak naprawdę,żadna przedwówczyni nie stanęła po drugie
    > j stronie okienka.

    Ej, a ja?!
  • ederlezi1981 02.04.10, 17:31
    Ja akurat rozumiem dobrze obie strony- bo jeżeli kilka osób z rzedu kupi głupoty typu bilet, guma, baterie, gazeta- płacąc stówą, to sprzedawca, zwłaszcza w niewielkim punkcie, moze mieć problem. Ale neistety, druga strona medalu ma często niesympatyczna twarz, by nie powiedziec gębę sprzedawcy przewracajacego oczami z tekstem "nie wydam pani!".
    Jeżeli mam drobne, daje, zwłaszcza, jak widzę, że jest problem lub pytam, czy wolą drobne, grube, czy kartę. Ale jak nie mam, to zakładam, ze przede wszystkim jest to problem sprzedawcy- jasne, jak naprawdę nie mam mi wyadać, to mogę spróbowac rozmienić.
    --
    ...but before you come to any conclusions,
    Try walking in my shoes
  • jul-kaa 02.04.10, 17:41
    A ja myślę, że wszystko rozbija się o postawę roszczeniową - jeśli
    kasjer/sprzedawca uprzejmie powie, że przykro mu, ale nie ma wydać, to sytuacja
    rozpełźnie się po kościach i niesmaku nie pozostawi. Jeśli zacznie przewracać
    oczami lub być złośliwy - już jest nieprzyjemnie i ciśnie się wniosek, że "to
    jego wina".
    W drugą stronę tak samo - jeśli klient jest nieprzyjemny i roszczeniowy,
    traktuje kasjera/sprzedawcę z góry - źle. Jeśli jest uprzejmy - nie ma problemu.

    I stawiam na to, że zarówno wśród sprzedawców, jak i wśród klientów powszechne
    są oba typy postaw :)
  • ederlezi1981 02.04.10, 18:04
    masz rację jul-kaa. Ja bardzo syaram sie nie utożsamiać błedów wielkieo marketu, który chce na mnie zarobić i np ma błednie oznaczone ceny, zawsze zawyzone, a nie zaniżone na cenówkach, z pania Mariolka na kasie, która temu nie jest wcale winna. Mam świadomośc, ze praca "na kasie" jest męcząca, niskopłatna i przede wszystkim mało prestizowa, ale to nie powód, by traktować z góry klienta.
    OT o serze- jakiś czas temu wybrałam się do Tesco na zakupy, wsród których znalazł się min ser- był jakis problem z kodem i pani malo sympatycznie zareagowała na stwierdzenie, że skoro jest taki towar, to powinna nam go sprzedac, łacznie z jakąś malo sympatyczna wymiana uwag z innymi pracownikami. I pewnie, gdyby nie to, darowałabym sobie ten nieszczęsny ser.
    --
    ...but before you come to any conclusions,
    Try walking in my shoes
  • madzioreck 02.04.10, 18:10
    jul-kaa napisała:

    > A ja myślę, że wszystko rozbija się o postawę roszczeniową - jeśli
    > kasjer/sprzedawca uprzejmie powie, że przykro mu, ale nie ma wydać, to sytuacja
    > rozpełźnie się po kościach i niesmaku nie pozostawi.

    Bywa różnie, Juleczko. Pracowałam kiedyś w punkcie biletowym. Chwilę wcześniej
    szef zdążył zabrać utarg, został mi sam bilon. Podchodzi do okienka starsza
    pani, kupuje bilet, daje mi 50 zł. Mówię z uśmiechem, grzecznie, że przepraszam,
    ale muszę wydać w bilonie, bo nie mam ani jednego papierka. I oto, co mnie spotkało:
    -jestem podła, bo ona ma chory kręgosłup i nie może dźwigać
    -mam natychmiast pokazać zawartość, bo ona nie wierzy, że nie mam banknotów
    -jestem zwykła, obrzydliwą (tu sobie dopowiedzcie, pani nazwała mnie
    określeniem, którego używania zabraniam na tym forum. Na literą "k" w każdym razie).

    Jasne, że generalnie tak to działa, jak piszesz, ale można się naciąć. Taka
    dygresja :)
    --
    79/119 - 70(32)JJ/70R
    Biusty naGie;)
  • jul-kaa 02.04.10, 18:14
    Ale to jasne :) Jak jedna strona jest chamska, to uprzejmość drugiej nie pomoże :)
    I nawet najsympatyczniejszy sprzedawca w kontakcie z zołzą pewnie czasem nie
    wytrzyma (choć zgadzam się, że powinien się jednak postarać).
  • madzioreck 02.04.10, 19:02
    No i ja właśnie wtedy nie wytrzymałam, klient może sobie być panem, ale ja nie
    pozwolę się w związku z tym obrażać. Pracując w banku, gdzie obowiązywały ścisłe
    procedury obsługi, również nie pozwalałam.
    --
    79/119 - 70(32)JJ/70R
    Biusty naGie;)
  • bell9 02.04.10, 18:27
    jul-kaa napisała:
    >Ej, a ja?!
    Mea culpa,i przepraszam.
    > A ja myślę, że wszystko rozbija się o postawę roszczeniową - jeśli
    > kasjer/sprzedawca uprzejmie powie, że przykro mu, ale nie ma wydać, to sytuacja
    > rozpełźnie się po kościach i niesmaku nie pozostawi. Jeśli zacznie przewracać
    > oczami lub być złośliwy - już jest nieprzyjemnie i ciśnie się wniosek, że "to
    > jego wina".
    > W drugą stronę tak samo - jeśli klient jest nieprzyjemny i roszczeniowy,
    > traktuje kasjera/sprzedawcę z góry - źle. Jeśli jest uprzejmy - nie ma problemu
    > .
    >
    > I stawiam na to, że zarówno wśród sprzedawców, jak i wśród klientów powszechne
    > są oba typy postaw :)

    I masz rację , życzyłabym sobie,żeby to ZAWSZE działało w obie strony, bez fochów,nerwów a za to z uśmiechemna twarzy.
    www.mojeciuchy.pl/u/bellunia27/oferty/
  • pierwszalitera 02.04.10, 17:56
    bell9 napisała:

    > Sarkazm wynika z tego,że tak naprawdę,żadna przedwówczyni nie stanęła po drugie
    > j stronie okienka.Łatwo jest w biegu i pośpiechu obwiniac sprzedawców nie patrz
    > ąc na to,że ona nie jest jedynym kilentem który robi zakupy.

    Przesadzasz. Pracowałam kilka dobrych lat jako kelnerka, o wymaganiach klientów, to ja mogę książki pisać. I nie raz wracałam do kuchni mając ochotę dusić i mordować, nieraz wylewało się żale i łzy przed szefem, ale jedyną odpowiedzią było: trudno, tak już jest. Taki jest twój zawód, takie są w nim obowiązki, musisz się liczyć z tym, że dajesz więcej z siebie niż dostaniesz z powrotem. To nie życie prywatne, gdzie możemy kierować się sympatiami. Rozkład sił jest wyraźny i wyraźna hierarchia. Tu nie ma demokracji, klient jest pan i koniec. Niektórzy klienci nie podkreślają tego tak mocno, ale niektórzy sobie to wykorzystują i mają do tego prawo. Nie dajesz psychicznie rady? Musisz zmienić zawód na taki, w którym nie masz wiele do czynienia z ludźmi, albo idź na terapię, by radzić sobie z frustracją.
  • bell9 02.04.10, 18:31
    >pierwszalitera napisała:
    >albo idź na terapię, by radzić sobie z frustracją.

    Uważam,że to nie mam problem, bo nie ja wyładowywuję swoją frustrację na pierwszej lepszej osobie.I nie dla mnie ta terapia.
    Metodę od lat na nerwusów i frustratów mam jedną: nie dyskutuję,nie wsłuchuję się pyskaty słowotok, odsługuję i mówię do widzenia.
    --
    www.mojeciuchy.pl/u/bellunia27/oferty/
  • pierwszalitera 02.04.10, 19:00
    bell9 napisała:

    > >pierwszalitera napisała:
    > >albo idź na terapię, by radzić sobie z frustracją.
    >
    > Uważam,że to nie mam problem, bo nie ja wyładowywuję swoją frustrację na pierws
    > zej lepszej osobie.I nie dla mnie ta terapia.

    Nie masz racji. Bo skoro słusznie zauważyłaś, że frustracja klienta nie związana jest z twoją osobą, a jest tylko wyładowaniem agresji na pierwszej lepszej chętnej ofiarze, to nie powinno cię to zupełnie ruszać. Nie dopinasz tego wtedy tak do siebie. Uczysz się wtedy kilku stereotypowych formułek słownych, którymi rozładowywujesz napiętą atmosferę i nie dopuszczasz do eskalacji. Nie masz potrzeby się wtedy nikomu skarżyć na niesprawiedliwość losu, bo to jest wtedy tylko normalna sytuacja w pracy, którą profesjonanie wykonujesz. Ale tobie chodzi tu o jakieś równe traktowanie i prawa, które mają działać w dwie strony. Więc albo nie zrozumiałaś swojej pracy, albo masz problemy z kontrolowaniem emocji. I do tego drugiego przydaje się terapia, albo chociażby trening społecznych kompetencji i aserytwności. Terapię robisz, by pomóc sobie, nie brać wszystkiego tak do serca i nie psuć sobie dnia przez zły humor innych.
  • jul-kaa 02.04.10, 19:26
    Pierwszalitero, chciałabym Ci coś powiedzieć, ale jednocześnie nie chcę wchodzić
    w spory dotyczące kompetencji i doświadczenia (bo Ty je masz, a ja - hm...
    umiarkowanie - znam się głównie na dzieciach i to dość specyficznych). Wydaje mi
    się jednak, że nie do końca masz świadomość tego, jak wygląda sytuacja w Polsce.
    Otóż po pierwsze dostęp do terapeutów jest znacznie mniejszy, niż na zachodzie
    Europy. Po drugie terapia (a więc i sugerowanie tejże) zarezerwowane jest nadal
    dla problemów większego kalibru. Trudno znaleźć sensowną(!) terapię pomagającą
    rozwiązywać "drobniejsze" problemy, choć oczywiście masz rację, że wielu osobom
    by się to przydało. Treningi asertywności, umiejętności społecznych itp.
    istnieją, ale są rzadkie, zwykle drogie i trudno dostępne. Powszechniejsze (niż
    poznawczo-behawioralny) są w moim odczuciu nurty okołopsychoanalityczne, których
    terapie mają troszkę inne przeznaczenie.
  • pierwszalitera 02.04.10, 20:31
    jul-kaa napisała:

    Treningi asertywności, umiejętności społecznych itp.
    > istnieją, ale są rzadkie, zwykle drogie i trudno dostępne. Powszechniejsze (niż
    > poznawczo-behawioralny) są w moim odczuciu nurty okołopsychoanalityczne, któryc
    > h
    > terapie mają troszkę inne przeznaczenie.


    Pod pojęciem terapii nie miałam na myśli grzebania w przeszłości i dopatrywania się zaburzeń osobowości, tylko poznanie instrumentów służących do polepszenia konkretnej sytuacji. Skoro doprowadza mnie do pasji, kiedy klienci zachowują się niegrzecznie i nie potrafię wyłączyć moich negatwnych reakcji, to mogę się nauczyć, jak to się robi i będę uodporniona na ataki w przyszłości. Do tego warto zmienieć też interpretację sytuacji. Jeżeli obcy mi zupełnie człowiek (klient), z którym zamieniłam jedno zdanie, albo nawet tylko jedno spojrzenie, jest dla mnie niemiły, to nie ma to najczęściej nic wspólnego ze mną i nie muszę brać tego osobiście. Czasem zrozumienie tego udaje siędopiero przy pomocy terapeuty, ale najczęściej wystarczy, że zdamy sobie sprawę, że nasze wcześniejsze emocjonalne wnioski były mylne i niekorzystne. Bo skoro nie potrafimy zmienić świata i zażyczyć sobie, by odwiedzali nas tylko mili klienci, to MY musimy zmienić NASZE nastawienie do sprawy. To jest łatwiejsze i nastawione na szybki sukces. Gdy to zaakceptujemy, to już nawet nie potrzebujemy wcale terapii, bo większość z nas intuitywnie wie jak się zachowywać, by nas nie ruszało, trzeba tylko tego chcieć i sobie postanowić. Denerwowanie się i uparte domaganie się praw do równouprawnienia, nic nie daje, oprócz naszej frustracji. Więc nikogo nie wysłyłam na terapię, tylko chcę pokazać, że problemem nie są tu klienci.
  • jul-kaa 02.04.10, 21:20
    pierwszalitera napisała:
    > Pod pojęciem terapii nie miałam na myśli grzebania w przeszłości i dopatrywania
    > się zaburzeń osobowości, tylko poznanie instrumentów służących do polepszenia
    > konkretnej sytuacji.

    Ano właśnie. Mam wrażenie, że na Zachodzie (szeroko rozumianym) można po prostu
    pójść i się tego nauczyć - jak ogarniać własną frustrację, jak zwyczajnie radzić
    sobie z rozmaitymi problemami - bez grzebania w przeszłości, bez ustawień
    rodzinnych i analizy życia płodowego (i wczesnego etapu noworodkowego) ;)
    I to miałam na myśli - że w Polsce po prostu trudniej jest dotrzeć do pewnych
    rzeczy - jest ich mało i są drogie. Nie ma też w sumie tak powszechnego pędu do
    asertywności (także emocjonalnej) i w związku z tym trudniej jest zdać sobie
    sprawę, że nasze emocjonalne wnioski są mylne i niekorzystne (szczególnie dla nas).
    Dobrze, że o tym piszesz, ale pamiętaj, że my tu żyjemy w odrobinkę innej
    rzeczywistości.
  • pierwszalitera 02.04.10, 23:04
    jul-kaa napisała:

    Nie ma też w sumie tak powszechnego pędu do
    > asertywności (także emocjonalnej) i w związku z tym trudniej jest zdać sobie
    > sprawę, że nasze emocjonalne wnioski są mylne i niekorzystne (szczególnie dla n
    > as).

    W takie społeczno-kulturowe uogólnienia nie wierzę. Moim zdaniem potrzeba asertywności jest czymś, z czym prędzej czy później każdy się spotyka. A siła jej wyrazu wynika z interpersonalnych różnic. Być może wychodzisz tu tylko ze swoich osobistych założeń.
  • jul-kaa 02.04.10, 23:47
    pierwszalitera napisała:
    > W takie społeczno-kulturowe uogólnienia nie wierzę. Moim zdaniem potrzeba asert
    > ywności jest czymś, z czym prędzej czy później każdy się spotyka. A siła jej wy
    > razu wynika z interpersonalnych różnic. Być może wychodzisz tu tylko ze swoich
    > osobistych założeń.

    Nie musisz wierzyć. Miałam raczej na myśli powszechność pewnych tematów w
    społeczeństwie. Masz rację, że potrzeba asertywności dla większości jest
    naturalna, ale mam wrażenie, że nadal się o niej mało mówi. Istnieje coś
    takiego, jak dyskurs publiczny i on w pewnym stopniu kształtuje ludzkie potrzeby
    i przede wszystkim ich świadomość.
    Nie powiesz przecież, że np. kobiety w latach pięćdziesiątych mogły mieć taką
    świadomość potrzeby bycia asertywną, jak teraz.
  • pierwszalitera 03.04.10, 00:55
    jul-kaa napisała:

    Istnieje coś
    > takiego, jak dyskurs publiczny i on w pewnym stopniu kształtuje ludzkie potrzeb
    > y
    > i przede wszystkim ich świadomość.
    > Nie powiesz przecież, że np. kobiety w latach pięćdziesiątych mogły mieć taką
    > świadomość potrzeby bycia asertywną, jak teraz.


    Nie porównujemy tu lat pięćdziesiątych i czasów dzisiejszych. Chyba, że insynuujesz, że różnica pomiędzy Polską a zachodnią Europą jest tak ogromna? To byłaby w każdym razie nie ta Polska, którą ja znam. Nawet jak wyjeżdżałam jeszcze z komunistycznego kraju nie przeżyłam kulturowego szoku, więc będę upierać się, że mentalne przymusy nakładamy sobie sami, a wymogi społeczne używane są przez wielu jako wygodne usprawiedliwienie, by niczego w nas nie zmieniać i przypadkiem nie ułatwić sobie życia. ;-)
  • jul-kaa 03.04.10, 01:00
    Insynuuję wyłącznie, że istnieją różnice. A jak głębokie, to już trudno ocenić
    (lata '50 były tylko przykładem - celowo przejaskrawionym). Nie czarujmy się, że
    w katolickiej Polsce jest tak samo, jak np. w Niemczech, bo doskonale wiesz, że
    nie jest.
  • pierwszalitera 03.04.10, 01:12
    jul-kaa napisała:

    Nie czarujmy się, ż
    > e
    > w katolickiej Polsce jest tak samo, jak np. w Niemczech, bo doskonale wiesz, że
    > nie jest.

    Może i kościoły w Polsce są pełniejsze, ale ludzie w zwykłym życiu zachowują się zupełnie tak samo. W Niemczech są może tylko trochę bardziej przy tym luźniejsi, bo nie mają ciągle świadomości grzechu. ;-)
  • jul-kaa 03.04.10, 01:21
    pierwszalitera napisała:
    > W Niemczech są może tylko trochę bardziej przy tym luźniej
    > si, bo nie mają ciągle świadomości grzechu. ;-)

    I nie sądzisz, że właśnie ze świadomości (a raczej poczucia) grzechu może
    wynikać chociażby brak asertywności? Moim zdaniem to się łączy - akceptacja
    bożej woli, cierpiętnictwo i mniejsza chęć zmiany w celu - jak to określiłaś -
    ułatwienia sobie życia.
  • pierwszalitera 03.04.10, 01:42
    jul-kaa napisała:

    > I nie sądzisz, że właśnie ze świadomości (a raczej poczucia) grzechu może
    > wynikać chociażby brak asertywności? Moim zdaniem to się łączy - akceptacja
    > bożej woli, cierpiętnictwo i mniejsza chęć zmiany w celu - jak to określiłaś -
    > ułatwienia sobie życia.


    Jeżeli ktoś jest na tyle asertywny, by zadecydować przeciwko wymaganym zasadom religijnym i grzeszyć, potrafi przenieść tą asertywność na inne dziedziny życia.
  • jul-kaa 03.04.10, 01:43
    pierwszalitera napisała:
    > Jeżeli ktoś jest na tyle asertywny, by zadecydować przeciwko wymaganym zasadom
    > religijnym i grzeszyć, potrafi przenieść tą asertywność na inne dziedziny życia.

    Sądzisz, że poczucie grzechu jest zawsze zgodne z rzeczywistością? A co z
    osobami, które nie wpadły na to, że można żyć inaczej?
  • pierwszalitera 03.04.10, 02:07
    jul-kaa napisała:

    > Sądzisz, że poczucie grzechu jest zawsze zgodne z rzeczywistością? A co z
    > osobami, które nie wpadły na to, że można żyć inaczej?

    Grzesząc, żyje się już inaczej. Nie zawsze gorzej. Tu nie ma na co wpadać. Większość ludzi nie ma najmniejszych problemów, by zauważyć oczywiste zależności. Asertywność jest w pewnym sensie wyrazem zdrowia psychicznego, bo ileż można zachowywać się jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde? A do tego zmusza wielokrotnie definicja grzechu.
  • jul-kaa 03.04.10, 02:14
    Chyba muszę prościej. Kościół (w osobach księży) wielokrotnie mówi ludziom, że
    ich postępowanie jest złe, grzeszne oraz nakłada na nich różne ograniczenia.
    Naprawdę wielu ludzi (i nie mam tu na myśli mieszkańców największych miast
    oczywiście) stara się żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła. A ten nie uczy, że ma
    być przyjemnie, czy że warto czuć się dobrze z samym sobą (chyba, że to dobre
    samopoczucie jest zgodne z nauczaniem Kościoła, a to nie jest ani łatwe, ani
    powszechne). Wieczne poczucie, że żyje się w grzechu sprawia moim zdaniem, że
    rzeczywiście jest się nieszczęśliwym i że dotarcie do asertywnej(!) potrzeby i
    świadomości dobrostanu emocjonalnego, jest trudne jeśli nie niemożliwe.
  • pierwszalitera 03.04.10, 02:53
    jul-kaa napisała:


    > Chyba muszę prościej. Kościół (w osobach księży) wielokrotnie mówi ludziom, że
    > ich postępowanie jest złe, grzeszne oraz nakłada na nich różne ograniczenia.
    > Naprawdę wielu ludzi (i nie mam tu na myśli mieszkańców największych miast
    > oczywiście) stara się żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła. A ten nie uczy, że m
    > a
    > być przyjemnie, czy że warto czuć się dobrze z samym sobą (chyba, że to dobre
    > samopoczucie jest zgodne z nauczaniem Kościoła, a to nie jest ani łatwe, ani
    > powszechne). Wieczne poczucie, że żyje się w grzechu sprawia moim zdaniem, że
    > rzeczywiście jest się nieszczęśliwym i że dotarcie do asertywnej(!) potrzeby i
    > świadomości dobrostanu emocjonalnego, jest trudne jeśli nie niemożliwe.

    Dla mnie brzmi to jak tragiczny opis paranoidalnego społeczeństwa. Naturą ludzką jest grzech, a grzech związany jest z poczuciem winy i niemożnością życia w zgodzie z samym sobą. Dziwne, ja myślałam, że potrzeby wolności osobistej nie daje się tak łatwo stłamsić. Zawsze jakoś wyjdzie, chociażby jako frustracja. ;-)
  • jul-kaa 03.04.10, 08:21
    pierwszalitera napisała:
    > Dla mnie brzmi to jak tragiczny opis paranoidalnego społeczeństwa.

    Witamy w Polsce ;)
  • edhelwen 03.04.10, 02:53
    i jeszcze biblijne zasady (czyli takie, które powinny teoretycznie obowiązywać
    katolika) typu "on w ciebie kamieniem, a ty w niego chlebem", "jeśli cię ktoś
    uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi", "temu, kto chce prawować się z
    tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz", "zmusza cię kto, żeby iść z nim
    tysiąc kroków, idź dwa tysiące", "daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj
    się zwrotu od tego, który bierze twoje"...

    A tak poza tym, to na pierwszym lepszym forum widać, że ludzie mają problem z
    asertywnością...
  • slotna 02.04.10, 18:03
    > Sarkazm wynika z tego,że tak naprawdę,żadna przedwówczyni nie stanęła po drugie
    > j stronie okienka.

    Nieprawda.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • kryklu 02.04.10, 20:29
    bell9 napisała:

    > "No to się odzywam. Zbulwersowało mnie określenie "dla mnie to
    żaden
    > > klient". Wartościujesz klientów w zależności od od kosztu
    zakupów?
    > > To może zacznij sprzedawać samochody..."
    > Jeśli wartościowałabym klientów wg.jego portfela to napewno
    sprzedawałbym samoc
    > hody.

    Bądźmy precyzyjne, napisałaś, że klient, który kupuje 1 bilet to
    żaden klient i to właśnie mi się nie spodobało, to jest
    wartościowanie ze względu na koszt konkretnych zakupów, a nie wg.
    portfela. Takie lekceważenie jest bardzo nieładne.
    Przypomina mi się sytuacja, kiedy mój mąż kupując w autobusie
    kilkuzłotowy bilet zapłacił odliczonym bilonem i usłyszał pogardliwy
    komentarz: chyba wyżebrane. Nie daj Boże próbować zapłacić w tym
    autobusie banknotem pięćdziesięciozłotowym! Rzeczywiście straszni są
    ci klienci.

    > "Klient musi zapłacić za towar walutą obowiązującą w danym kraju.
    > > Powinien być uprzejmy i odnosić się z szacunkiem do sprzedawcy,
    w
    > > zamian mogąc liczyć na to samo."
    > Uwirz mi, 99% kilentów "rozmienianiących pieniądze" jest pokroju:
    ja jestem Pan
    > i Klient, a ty TYLKO sprzedawczyni.

    Zadałaś pytanie, czy klient nic nie musi. Odpowiedziałam, że musi
    zapłacić. Może zapłacić grosikami lub grubym banknotem - jego prawo.
    I o tym jest mowa w tym wątku.
    Jako klientka oczekuję takiego traktowania. Świadcząc usługi tak
    samo traktuję ludzi
  • plecha1 02.04.10, 12:42
    A nie pomyślałaś, że o 6 rano można NIE MIEĆ drobnych? Bardzo często nie mam ze
    sobą ani grosza gotówki, jestem więc uzależniona od tego, co mi wypluje
    bankomat. A on lubi oznajmiać, że np. nie ma banknotów większych niż 50 zł. W
    związku z tym co mam zrobić? Latać od bankomatu do bankomatu i przepuszczać
    tramwaj za tramwajem, żeby przyjechać do pracy godzinę po czasie? Czy też
    wychodzić godzinę wcześniej niż zwykle, żeby przypadkiem sprzedawca się nie
    oburzał i nie zarzucał mi prób rozmienienia pieniędzy?

    Wyrazu "klient" w cudzysłowie nawet nie będę komentować. Nie ma sensu.
  • plecha1 02.04.10, 12:54
    Uroki braku edycji :)
  • the_mariska 02.04.10, 14:27
    Ooo tak, znam to aż za dobrze. Wstaję rano, pędzę na zajęcia, po powrocie z
    zajęć o niczym innym nie marzę jak o śniadaniu. Wyciągam z bankomatu 50zł w
    jednym papierku, bo dwudziestek prawie nigdy nie ma i idę kupić pieczywo (resztę
    zazwyczaj już mam z poprzedniego dnia, pieczywo lubię akurat świeże). W trzech
    kolejnych sklepach oburzone ekspedientki niemal krzyczą na mnie, że jak ja sobie
    wyobrażam kupić bułki za 3,50 płacąc banknotem 50-cio złotowym? Nie, nie wydadzą
    mi i już, kropka. W trzecim sklepie na szczęście dopuszczają możliwość płacenia
    kartą, ale dopiero od 15zł, więc dla świętego spooju dokupuję jeszcze Coca-colę
    i gumy do żucia, a z feralnym banknotem zaczynam przygodę od początku...
    --
    "Szklanka nie jest ani do połowy pełna,ani do połowy pusta - ona jest dwa razy za duża." :)
  • plecha1 02.04.10, 15:36
    Dlatego właśnie doceniam pobliski sklep samoobsługowy. Od lat można tam płacić
    kartą za zakupy, których wartość przekracza złotówkę. Kupuję tam prawie
    wszystko, co jest mi potrzebne na szybko. Nawet jak płacę gotówką, to nikt nie
    robi mi tam łaski wydając resztę. Sprzedawcy są tak mili, że naprawdę chce mi
    się grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu drobnych, jeśli tylko zachodzi taka
    potrzeba. Prawdopodobnie dlatego, że nie próbują zrzucić na mnie
    odpowiedzialności za brak drobnych pieniędzy w kasie.
  • pierwszalitera 02.04.10, 16:41
    the_mariska napisała:

    W trzech
    > kolejnych sklepach oburzone ekspedientki niemal krzyczą na mnie, że jak ja sobi
    > e
    > wyobrażam kupić bułki za 3,50 płacąc banknotem 50-cio złotowym?


    Ja mam na to sprawdzony patent. Osobiście jestem zdania, że nie jest obowiązkiem klienta dbanie o komfort ekspedientki, ale by zaoszczędzić sobie wzdychań i przekrętów oczami, bo odezwać się nieprzyjemnie ekspedientki niech nawet nie próbują, mówię bardzo słodko i mile podając duży banknot: "przykro mi bardzo, ale niestety nie mam drobniej, mam nadzieję, że nie robię pani kłopotu?". W ten sposób zabijam w zalążku dyskusję na oczywisty temat, ekspedientka nie ma serca reagować wrednością na moją grzeczność, więcej nie pyta i z uśmiechem mi wydaje. ;-)
  • ziireael 02.04.10, 23:32
    Tak naprawdę powinnaś mieć prawo i możliwość zapłacenia kartą od złotówki.
    Ponieważ taką kwotę zdecydowana większosc terminali przyjmuje jako najniższą
    możliwą do zapłacenia kartą (sprawdzałyśmy to kiedyś z dziewczynami).
    A że się sklepowi to nie opłaca, bo kwota jest niższa od prowizji...
  • edhelwen 02.04.10, 16:09
    w mojej okolicy i w centrum miasta większość bankomatów wydaje po 50zł. Jak
    pisałam wcześniej, zdarza mi się rozmieniać kasę za pomocą wpłatomatu i
    bankomatu, no i na ogół nie potrzebuję wybierać 50zł, zresztą czasem nie mam
    nawet tyle na koncie ;) W popularnym centrum handlowym w centrum miasta jest 1
    bankomat, gdzie można wybrać 10zł, i jeden gdzie można od 20zł. W dominującej
    większości można od 50zł. W całym mieście jest łącznie 11 bankomatów, które
    wydają 20zł i tylko 5 (!) które wydają 10zł (mam na myśli bankomaty
    bezprowizyjne na umowie z moim bankiem). W centrum miasta w ciągu dnia można
    sobie poszukać bankomatu, ale rano albo w pośpiechu to oczywiście odpada.
  • edhelwen 02.04.10, 16:11
    a tak w ogóle, to przydałyby się bankomaty, które wydawałyby monety 2 i 5zł :DDD
  • magdalaena1977 02.04.10, 14:43
    bell9 napisała:
    > dla mnie to żaden klient: dzięki niemu nie zarobię na chleb
    IMHO z takim podejściem najlepiej żebyś w ogóle nie pracowała w handlu, tylko
    znalazła sobie inna pracę.

    > A co musi "klient"?????
    Zapłacić środkami płatniczymi danego kraju. Możesz nie przyjąć euro, możesz nie
    akceptować kart, ale jak ktoś ma polski legalny banknot, to musisz go przyjąć.
    I jeśli masz do sprzedaży tanie towary (np. pojedyncze bilety), to powinnaś
    przewidzieć, że "reszty" będą spore i postarać się o drobne.
    --
    Magdalaena
  • edhelwen 02.04.10, 16:14
    a można w ogóle rozmienić pieniądze w pierwszym lepszym banku bez prowizji??
  • psuj-ka 02.04.10, 08:47
    Mam podobne doświadczenia z pracą na kasie. Niby każdego dnia można było dobierać rulony monet i banknoty 10/20zł na początku pracy, ale czasem zdarzało się, że nie miał kto ich nam dawać albo akurat nie przyszły z banku. I tak potrafiło być przez tydzień. Fatalnie się czułam gnębiąc klientów o drobne, ale po prostu nie miałam wyboru. U mnie główny problem to były nie monety, a 10/20zł. Kombinowałam jak się dało, np. jak ktoś miał płacić 70zł i dawał 100, to pytałam, czy nie ma może 20zł, to ja mu oddam 50 ;)

    Oczywiście to nie wina klienta, tylko sklepu, ale też z pewnością nie kasjerek, więc nie ma się co na nie złościć. No dobra, proszenie o końcówki w stylu 88 groszy uważam za dziwne, ale to wg mnie skrajny przypadek.
  • kasienka.body 02.04.10, 18:39
    szczerze mówiąc nie sądziłam, że zapytanie o drobne może być tak denerwujące. Sama zawsze proponuję dodanie końcówki jak płacę w sklepie (o ile mam). Z drugiej strony lady też czasami pytam czy ktoś ma końcówkę, bo często łatwiej mi wydać grubszymi. Nie widzę w tym żadnego problemu - mam drobne, ktoś o nie pyta to daję. Jak nie chcę to nie daję, mówię, że nie mam. Ale żeby mnie to miało złościć/denerwować? Eee...
    --
    -------------------------------------
    Wiosenno letnie nowości już dostępne w sklepie BODY.
    www.body.sklep.pl
    kontakt@body.sklep.pl
  • jul-kaa 02.04.10, 10:25
    Dziewczęta kochane, nie mówi się "na kasie", "na sklepie", "na dziale" itp.
    Proooszę :)

  • kryklu 02.04.10, 11:06
    Przyłanczam się do prośby ;)
  • jul-kaa 02.04.10, 12:04
    chyba do "proźby" kryklu :P
  • kryklu 02.04.10, 12:56
  • edhelwen 02.04.10, 15:54
    chodzi o sformułowanie "praca na kasie"? moim zdaniem praca "w kasie" nie brzmi
    dobrze i chyba jest to nielogiczne ;) jeśli już to "przy kasie"
  • po.prrostu 02.04.10, 17:35
    a ja to traktuję jak "żargon sklepowy" ;) słyszałam tam dużo dziwnych
    sformułowań i akurat "praca na kasie" nie razi.
  • tfu.tfu 03.04.10, 10:27
    a ser "na" 19zł za kg? ;] mnie rozwala nieustająco :P
    --
    .............. fusy precz!
    LOBBY;)
    Daj mu dom
  • a_girl 03.04.10, 17:11
    Na sklepie i na dziale brzmi może i faktycznie trochę dziwnie, ale wytworzenie
    się sformułowania "na kasie" jest moim zdaniem naturalne i logiczne. W kasie są
    pieniądze, a na kasie - kasjerka ;).
    --
    Lubię blog balkonetka. O!
  • jul-kaa 03.04.10, 17:20
    a_girl napisała:

    > W kasie są
    > pieniądze, a na kasie - kasjerka ;).

    A powiedzieć Ci, jak ja sobie tę kasjerkę "na kasie" wyobrażam ;)))?
  • madzioreck 02.04.10, 19:00
    Tak, jest to pewien kłopot. Szczególnie w mniejszych sklepach czy punktach
    usługowych, gdzie kasjer nie ma zwykle wpływu na to, co ma w kasie poza
    proszeniem o drobne właśnie. Wielokrotnie byłam z drugiej strony kasy i zawsze
    po zmianie zostawałam jedynie z bilonem, i jak ktoś płacił stówką, to się
    wkurzał, że dziadami wydaję. Poza tym, jak już gdzieś pisałam, szefa nie
    interesowały moje drobne, i tak jest w większości.

    Nie sądziłam natomiast, że pytanie o końcówkę może być takie oburzające...
    nawet, jeśli ta końcówka to 0,99 zł, jeżeli mam, to daję. Jeśli nie mam, to nie
    daję, proste. Ale być może ja na to inaczej patrzę, bo sama ładnych parę lat
    przepracowałam "po drugiej stronie". Z tego kilka lat w banku, gdzie też
    zdarzało się prosić o drobne, i raczej nie widziałam, żeby kogoś to denerwowało.
    Ale też widzę, że od kilku lat klientów denerwuje coraz więcej rzeczy...

    --
    79/119 - 70(32)JJ/70R
    Biusty naGie;)
  • tfu.tfu 03.04.10, 10:29
    ludzie teraz w ogóle bardziej nerwowi, po sobie widzę, mnie rzeczywistość od
    kilku lat kosmicznie wpienia ;)
    --
    .............. fusy precz!
    LOBBY;)
    Daj mu dom
  • madzioreck 03.04.10, 13:07
    tfu.tfu napisała:

    > ludzie teraz w ogóle bardziej nerwowi, po sobie widzę, mnie rzeczywistość od
    > kilku lat kosmicznie wpienia ;)

    Mnie też ;) Ale to dla mnie nie powód, aby wyładowywać frustracje na Bogu ducha
    winnych kasjerach, sprzedawcach itp. czy robić problem z pierdółki, nawet jeśli
    jest ona wkurzająca :) No, ale jak już pisałam, mam takie zdanie pewnie dlatego,
    że sama ileś lat przepracowałam "z ludźmi", gdzie "Klient nasz pan" i nie
    czepiać się głupot.
    --
    79/119 - 70(32)JJ/70R
    Biusty naGie;)
  • ziireael 02.04.10, 23:24
    Pracuję od 4 lat w punkcie z książkami w centrum handlowym. Butików, kiosków i
    innych punktów gdzie można wymienić pieniądze w teorii jest mnóstwo.
    Codziennie biegam po kilkanaście razy, żeby wymienić banknoty na bilon. I
    uwierzcie - nie zawsze są to działania zakończone sukcesem.
    Zwłaszcza jeśli chcę dostac od kogoś monety 1,2,5,10 i 20 gr.
    Bywają dni kiedy w kasie mam minimalną ilość bilonu i to bynajmniej nie dlatego,
    że się nie starałam go uzyskać. Co jest przeciez moim obowiązkiem. Więc
    przynosze je sobie z domu. Jesli mam.
    I nie widze nic złego w spytaniu klienta czy nie ma drobnych.
    W końcu to tylko pytanie. Można powiedzieć nie. Trudno.
    Zdarzało mi się wiele razy, że nie mając drobnych w kasie wyłuskiwałam je z
    własnego portfela. Bo klientka nie da, chociaż widzę przecież, że je ma (Jak
    ktoś płacąc 9,90 wyjmuje najpierw 10, a potem 100...)
    I sama jesli idę coś kupić szukam drobnych. A jesli chcę coś rozmienić to po
    prostu sprzedawcy pytam.
    Uważam, że jeśli chcę, żeby ktoś był miły dla mnie to muszę być miła dla niego.
    Sprzedawca też człowiek.
  • edhelwen 03.04.10, 00:05
    "Bo klientka nie da, chociaż widzę przecież, że je ma (Jak
    ktoś płacąc 9,90 wyjmuje najpierw 10, a potem 100...)"

    to może być to, o czym wcześniej wspominałam ;)
  • ziireael 03.04.10, 00:44
    Oczywiście, ze może. Jej prawo. :)
    A moje zapytac o to czy przypadkiem nie ma drobniejszych. Grzecznie i kulturalnie.
    Ja mam w kasie 150zł w bilonie na początku dnia. Choćbym nie wiem jak się
    starała to przy kolejnym kliencie płacącycm stówką nie będę miała z czego
    wydawać. I nie jest to z mojej strony złośliwość.
    Kiedyś mi klientka zapłaciła drobnymi w momencie, gdy okrążyłam najbliższe
    butiki i nikt nie miał drobnych. Powiedziała mi, ze nie ma czasu czekac i
    rozmieni sobie gdzie indziej. Zostawiając książki.
  • edhelwen 03.04.10, 12:51
    podsumować to wszystko można tak, że problem idzie z góry, a nie od osób po obu
    stronach lady ;) Żeby klient miał drobne kiedyś musi je rozmienić, żeby w kasie
    w ciągu dnia były drobne, to głównie muszą pochodzić od klientów.
    Ej, a ja byłam naiwna, pytając kiedyś faceta w kantorze, czy mi rozmieni 100zł?
    ("NIE")
    A zapomniałam jeszcze wcześniej dodać, że jak mam grubą kasę, to zdarza mi się w
    mniejszych punktach pytać z góry, czy mają wydać z 100 czy z 50, w sytuacji,
    kiedy nie jestem zmuszona kupować w tamtym miejscu, a mogę udać się gdzie
    indziej, jeśli byłby problem.
  • indigo-rose 03.04.10, 18:31
    Pytanie mnie nie irytuje. Zapytać można. Sama wolę płacić drobnymi, czasami
    pytam sprzedawcę, czy chce "końcówkę". W najgorszym razie odpowiem, że nie mam,
    trudno.

    Irytują mnie inne konsekwencje braku drobnych w kasie, np. sytuacja, kiedy w
    sklepie (w którym jest więcej niż jeden pracownik) jestem zmuszona przeprowadzić
    dialog:
    - A drobniej nie ma? Bo nie mam wydać.
    - Naprawdę, nie mam drobnych.
    - No to ja nie mam wydać. (tonem "nie to nie, koniec dyskusji")
    ...po którym sprzedawca uznaje sprawę za zakończoną i zaczyna obsługiwać
    kolejnego klienta.
    A moje doświadczenie z wszelkimi próbami rozmieniania pieniędzy jest takie, że w
    9 przypadkach na 10 nikt nie chce rozmieniać.
    (przypomniało mi się: "Ma pani rozmienić 10 zł?" - "Nie mam." - "To poproszę
    gumę kulkę.")
    --
    62/89-91 :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka