Dodaj do ulubionych

Czemu wiazemy sie z nieodpowiednimi ludzmi?

07.03.11, 09:05
Pytanie na fali malzenskiego watku Bathildy.

Czemu zdarza sie nam spedzic pare lat zycia z zupelnie nieodpowiednia dla nas osoba?

Patrzac teraz z perspektywny na moj poprzedni zwiazek, nie mam watpliwosci, ze to nie byl facet dla mnie. bylo bardzo fajnie przez pierwsze 2-2.5 roku, potem byla juz tylko tendencja zchylkowa. Nie przeszkodzilo mi to w kontynuacji zwiazku (kolejne 2.5 roku), co wiecej, zamieszkalismy razem, przyjelam zareczyny, wyjszlam za maz a nawet planowalam dzieci. Dzis wiem tez, ze przez ted drugie 2.5 roku nie bylam szczesliwa.
Moj eks to naprawde dobry czlowiek, tylko ze nie dla mnie. To wiem dopiero teraz, gdy juz od dawna nie jestesmy razem.
Czemu ludzie tkwia w nieudanych zwiazkach?
--
75B jest jak YETI
NaGIE Biusty
Edytor zaawansowany
  • yaga7 07.03.11, 09:25
    > Czemu ludzie tkwia w nieudanych zwiazkach?

    Bo się boją?
    A bać się można różnych rzeczy.

    Z perspektywy czasu wiem, że moje związki były nieudane - skoro z tymi facetami teraz nie jestem, ale z drugiej strony wiem, że bez tych związków nie byłabym tu, gdzie jestem teraz. Czyli w ogólnym rozrachunku były mi potrzebne, bo jednak moja teraźniejszość mi się podoba ;)

    Natomiast nigdy nie miałam tego poczucia w danej chwili, że mój związek jest nieudany i że nigdzie nie prowadzi. Zawsze mi się wydawało, że prowadzi w dobrą stronę, dopiero jak się skończył, to się okazywało, że to nie było to. Czyli nie wyobrażam sobie siebie w sytuacji, że jestem z kimś MIMO że wiem, że to ktoś nie dla mnie.

    Podobne pytanie zwykle zadawałam na innym gruncie - zawsze mnie interesowało, dlaczego ludzie nie zmieniają pracy, mimo, że nie są zadowoleni i mimo że czasem mają inne możliwości. I tu też wchodzi w grę obawa przed tym, co dalej, obawa przed zmianami itp.

    --
    cryptofdarkness.blogspot.com/
    Książki na sprzedaż profile.imageshack.us/user/yaga7/
    Graty z chaty gratyzchaty.pl/wypolista.php?userid=35318
  • black_halo 07.03.11, 10:23
    Poza dosc oczywistymi wypadkami kiedy wybranek jest np. dilerem narkotykow to naprawde trudno jest stwierdzic dosc szybko czy albo inny czlowiek jest dla nas odpowiedni. Nie dotyczy to tylko zwiazkow uczuciowych.

    Osobiscie bardzo wiele uwazalam za maja przyjaciolke osobe, ktora przy kazdej okazji wbijala mi szpile gdzie tylko dalo. Skonczylam gorsze liceum, gorsze studia, mam gorsza prace, gorszego faceta, gorsza figure i w ogole jestem taka beznadziejna przy niej. Oczywiscie nigdy nie powiedziala tego doslownie wprost. Musialam ta znajomosc finalnie zkonczyc bo dobijala mnie psychicznie ale zajelo mi to ladnych pare lat. Teraz staram sie gromadzic wokol siebie ludzi akceptujacych i nieoceniajacych moich wyborow.

    Co do facetow to sie nie wypowiem poniewaz w wieku 27 lat moge pochwalic sie tylko jednym przybocznym ze stazem 7 lat, wczesniejsze zwiazki zazwyczaj sie konczyly zanim sie zaczely z racji malego doswiadczenia zyciowego w latach 16-20 :P
    --
    Życie nie powinno być podróżą do grobu, w trakcie której tracimy czas na to, aby dotrzeć do niego cało i zdrowo, z atrakcyjnym, dobrze zachowanym ciałem. Znacznie lepiej poruszać się po tej drodze z piwem i chipsami w ręku, z dużą ilością seksu i nad grób dotrzeć wycieńczonym i zużytym, ale z okrzykiem: Było warto!
  • diuszesa 07.03.11, 11:54
    Dlaczego tkwią w nieudanych związkach?
    - bo się boją, jak druga osoba przyjmie odejście - bo będzie cierpiała i może sobie coś zrobi; bo będzie wymuszała powrót; bo będzie stosowała przemoc lub zemstę...
    - bo wiążą ich zobowiązania - kredyt, dzieci... Bo nie mają możliwości utrzymania samych siebie i dzieci.
    - bo się boją samotności i chcą mieć kogoś na świecie, nawet mimo tego, że relacje nie układają się zbyt dobrze
    - bo się boją zmian w swoim życiu, nie są przekonani o swojej wartości i sile psychicznej do wytrzymania rewolucji w życiu
    - bo nie wiedzą, jak mogą kształtować się dobre relacje - nie mają dobrych wzorców, nie mają porównania, nie mają świadomości, że jakieś konkretnie działanie kogoś krzywdzi
    - bo boją się reakcji otoczenia na odejście od partnera, zwłaszcza, gdy jest to partner długoletni i lubiany przez rodzinę (chociaż to akurat wydaje mi się najmniej ważny powód...)

    --
    Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.
  • ciociazlarada 07.03.11, 12:07
    Już rozwijam, również na podstawie własnych doświadczeń, niestety:(

    Toksyczny związek, lub związek ze znęcającym się partnerem jest bardzo wyczerpujący psychicznie i fizycznie. Niespełnione obietnice, rozmowy, dyskusje, kłótnie, łzy, godzenie się, rozstania, miodowe miesiące, kwiaty, krzywdy, poniżanie... Wszystko to przewija się jak w kalejdoskopie, my jedziemy cały czas na takiej adrenalinie, że naprawdę nie ma czasu, ani siły żeby siąść i zastanowić się trzeźwo nad sytuacją. A człowiek jest prosty i skomplikowany jednocześnie i bardzo łatwo jest mu czasami pomylić intensywne wybuchy emocji z miłością. Jeśli jeszcze kończy się jeden taki związek i natychmiast zaczyna drugi, to praktycznie permanentne zmęczenie i "życie na krawędzi" mogą trwać latami, bez chwili wytchnienia.

    Zły związek może nieźle podminować poczucie własnej wartości. Boimy się też zmian, przyszłości, samotności.

    Ostatnia rzecz to niewiedza, brak punktu odniesienia. Przez bardzo wiele lat nie znałam żadnego udanego związku i wydawało mi się, że moje na tym tle są całkiem, całkiem. Miałam wrażenie, że pewne rzeczy dzieją się na zasadzie "tak musi być", bądź też, że wszystko zależy od mojego i tylko mojego wkładu, zaangażowania, zachowania i starań. Nie miałam specjalnie innego wzoru ani w domu, ani wśród znajomych. Teraz patrzę na to wszystko na szczęście z drugiej strony i jakoś widzę wielu szczęśliwych i zadowolonych par:)
    --
    dragcave.net/user/Nerpa Smoki i ich dzieci proszą o kliki:)
  • festung.breslau 09.03.11, 13:21
    > Toksyczny związek, lub związek ze znęcającym się partnerem jest bardzo wyczerpu
    > jący psychicznie i fizycznie. Niespełnione obietnice, rozmowy, dyskusje, kłótni
    > e, łzy, godzenie się, rozstania, miodowe miesiące, kwiaty, krzywdy, poniżanie..
    > . Wszystko to przewija się jak w kalejdoskopie, my jedziemy cały czas na takiej
    > adrenalinie, że naprawdę nie ma czasu, ani siły żeby siąść i zastanowić się tr
    > zeźwo nad sytuacją. A człowiek jest prosty i skomplikowany jednocześnie i bardz
    > o łatwo jest mu czasami pomylić intensywne wybuchy emocji z miłością.

    Chyba czytasz mi w myślach:)
  • pierwszalitera 07.03.11, 15:11
    Ja nie widzą niczego złego w robieniu eksperymenetu kończącego się rozpadem związku. Czasem ciągnie nas do dziwnych ludzi. ;-) Ale to nie musi być nic złego. Wiele zależy od tego, jak coś takiego oceniamy. Jako kolejne doświadczenie do ustalenia, czego chcemy, czego potrzebujemy, a co nam mniej odpowiada, jest na pewno dobre. Ważne jest tylko, by wiedzieć, kiedy mamy dosyć i zaczyna być dla nas toksycznie. Pozostawanie w nieudanych związkach dłużej niż trzeba ma często coś wspólnego z idiotycznym mitem romantycznej miłości. Jeżeli myśli się, że na świecie istnieje tylko ten jeden jedyny dla nas, to trudno nam pogodzić się z myślą, że zakochując się w tym niepasującym pomyliliśmy się. Ciągle liczymy więc na cud, że po klasycznych filmowych trudnościach kiedyś tym pasującym się jednak okaże. Dziewczyny nie oglądajcie romantycznych komedii, one zmieniają nasze podjeście do rzeczywistści na mniej realistyczne. Naukowo udowodnione.
  • ciociazlarada 07.03.11, 15:56
    Wydaje mi się, że sporo osób z nastawieniem zadaniowym i silnie wewnątrzsterownych, nawet tak nieromantycznych jak ja, może się na tym wyłożyć tkwiąc w toksycznym związku. Ogólnie podejście "jak nie drzwiami, to oknem" bardzo procentuje w życiu, ale z takim nastawieniem czasami trudno jest zaakceptować to, że nie wszystko zależy od nas, a związek to nie jest kolejny szczyt do zdobycia, a dwie różne osoby. Czasem zrozumienie, że nie mamy 100% mocy/zdolności zmieniania świata pozwala odejść, odpocząć i wpisać byłych na listę wzbogacających doświadczeń:)
    --
    dragcave.net/user/Nerpa Smoki i ich dzieci proszą o kliki:)
  • sylwiastka 07.03.11, 16:49
    Wydaje mi się, że takie doświadczenia są potrzebne i są niejako naturalnym elementem życia. Nie mam na myśli sytuacji ekstremalnych, typu przemoc w związku.
    Może to dlatego, że ja nie wierzę w teorie owocowe o połówkach. Wiem, że mogę stworzyć związek z różnymi partnerami (nie jednocześnie).
    Każdy związek czegoś mnie uczy, coś pokazuje, np to czego od związku oczekuję.

    Myślę, że często tkwi się w związkach, które niezbyt dobrze rokują, nieco z przyzwyczajenia, z braku odwagi, albo po prostu jeszcze nie chcemy sobie uświadomić, że dany związek nas nie zadowala. Takie trochę karmienie się nadzieją, że wszystko da się naprawić, czas pokaże.
    --
    Ja w USA
  • wodadobra 07.03.11, 17:14
    sylwiastka napisała:

    > Może to dlatego, że ja nie wierzę w teorie owocowe o połówkach. Wiem, że mogę s
    > tworzyć związek z różnymi partnerami (nie jednocześnie).

    Skłaniam się do tej teorii i dodam, że moim zdaniem warunkiem dopasowania pomimo różnic jest chęć dogadania się. Wiele spraw można omówić i dojść do kompromisu. Tyle, że taka mądra to ja jestem po wielu kłótniach na śmierć i życie. A może z czasem zbastowaliśmy obydwoje? I teraz twierdzę, że "wystarczy się dogadać"
    I nawet zauważam, że z biegiem czasu wchodzę częściej w relacje z osobami zupełnie różnymi ode mnie - tak z ciekawości i dla zachowania równowagi :-)

    > Myślę, że często tkwi się w związkach, które niezbyt dobrze rokują, nieco z prz
    > yzwyczajenia, z braku odwagi, albo po prostu jeszcze nie chcemy sobie uświadomi
    > ć, że dany związek nas nie zadowala.

    I słusznie dziewczyny wyżej wspomniały o tkwieniu w związkach międzyludzkich - zawodowych, sąsiedzkich, przyjacielskich czy relacji paniwsklepie_ja.
    Oczywiście najbardziej nas dotykają te relacje najgłębsze. I w przypadku tych najgrubsza jest łuska na oku.
  • zenobia44 08.03.11, 10:40
    Może to zależy od definicji, ale moim zdaniem zły związek jest zawsze zły i zawsze na nas negatywnie wpływa, więc między bajki albo w sferę mitów włożyłabym historie o tym jak negatywne przeżycia w związku nas wzmacniają. Moim zdaniem zawsze nas osłabiają (następnym razem będziemy słabsi, szybciej się załamiemy mając kilka porażek na karku niż jedną, łatwiej będzie wpaść w choroby i depresje, tracimy nasze poczucie własnej wartości), Trochę jak pies Pawłowa się uczymy - szybciej nam się zapali ostrzegawcza lampka i może trochę spadają nam klapki z oczu, może mniej ufamy ludziom i nie damy się nabrać następnym razem, ale takie zmiany też uważam za negatywne. Człowiek staje się zgorzkniały, nieufny, pesymistycznie i negatywnie do wszystkiego nastawiony. Też ciężko z takim wytrzymać.
    A dlaczego "nieodpowiedni" ludzie? po pierwsze nie wiadomo czy nieodpowiedni - bo np. jeżeli sami jesteśmy toksyczni to może toksyczny partner w pewnym sensie jest odpowiedni;)?
    Po drugie - oceniamy po pozorach, po marketingowym opakowaniu, popełniamy błędy wnioskowania, bo wchodząc w związek ufamy, otwieramy się, a nie jesteśmy niczym żołnierz na wojnie czy 007 w akcji, ale zależy nam na miło spędzonym czasie z osobą, która nas akceptuje. Pewnie niektórych można odrzucić w przedpolu, ale skąd mamy wiedzieć kogo? Moim zdaniem to nie tylko komedie romantyczne (a po wielu perypetiach żyli długo i szczęśliwie), ale ogólnie literatura i filmy z happy endem, wszelkie pozytywne wizje świata, oraz wiara, że mamy niebotyczny wpływ na nasze życie (ja ja się postaram to on się zmieni). Nieumiejętność komunikacji, brak asertywności, filozofia cierpienia, strach przed samotnością, niskie poczucie własnej wartości, poczucie winy, nieudacznictwa, etc., większość wyniesiona z domu czy tego się chce czy nie. Kluczowy jest też brak wzorców - szczególnie w domu - tutaj człowiek jest kaleką, która całe życie będzie sobie radziła protezami.
  • pierwszalitera 08.03.11, 11:20
    zenobia44 napisała:

    > Może to zależy od definicji, ale moim zdaniem zły związek jest zawsze zły i za
    > wsze na nas negatywnie wpływa, więc między bajki albo w sferę mitów włożyłabym
    > historie o tym jak negatywne przeżycia w związku nas wzmacniają. Moim zdaniem z
    > awsze nas osłabiają (następnym razem będziemy słabsi, szybciej się załamiemy ma
    > jąc kilka porażek na karku niż jedną, łatwiej będzie wpaść w choroby i depresje
    > , tracimy nasze poczucie własnej wartości), Trochę jak pies Pawłowa się uczymy
    > - szybciej nam się zapali ostrzegawcza lampka i może trochę spadają nam klapki
    > z oczu, może mniej ufamy ludziom i nie damy się nabrać następnym razem, ale tak
    > ie zmiany też uważam za negatywne. Człowiek staje się zgorzkniały, nieufny, pes
    > ymistycznie i negatywnie do wszystkiego nastawiony. Też ciężko z takim wytrzyma
    > ć.

    Kategoryczny sprzeciw. Ty opisujesz tu syndrom wyuczonej bezradności. Wyraża się uczuciem braku osobistej kontroli na przebieg wydarzeń i przekonania, że jestemy ofiarami. Jak napisałam, jest to sprawa wyuczona, efekt niekorzystnych doświadczeń związanych z przymusem trwania w podobnej sytuacji, czasem nawet zachowanie podpatrzone u innych, na przykład w domu rodzinnym. Ale to nie jest coś, czego nie można przezwyciężyć, bo większość ludzi ma mechanizmy obronne i skłonność do pozytwnego spostrzegania świata. Czyli nie doświadczenia losu są tu decydujące, tylko to, jak do nich podchodzimy i je rozwiązujemy. Już świadomość, że możemy podjąć samodzielną decyzję i wyjść z takiego toksycznego związku pokazuje nam, że nie jesteśmy bezradni i panujemy nad swoim życiem. To potwierdza i umacnia nasz system wartości, wcale nie powoduje zgorzknienia. Być może nie wpadniemy po złych doświadczeniach na każdą złudną obietnicę, ale to normalny proces nauki. Wiemy po prostu lepiej, czego już nie chcemy i potrafimy odczytywać lepiej przychodzące do nas sygnały. Nie jesteśmy słabsi, tylko mądrzejści. Na naiwność i spontaniczność, to mogą pozwolić sobie dzieci, potem warto używać mózgu. ;-)
  • zenobia44 08.03.11, 13:40
    >większość ludzi ma mechanizmy obronne i skłon
    > ność do pozytwnego spostrzegania świata.

    ale po pierwsze ci pewnie nie tak często łączą się z tymi, którzy są "nieodpowiedni", co akurat ten wątek drąży
    a po drugie, wszystko "zależy" - jak ci ukradną 100 zł a masz tylko 100, albo 90 to to jest katastrofa, a jak masz 1000 albo więcej to nauczka, prztyczek w nos,

    chodziło mi o to, że nie wierzę w uwznioślającą moc złych doświadczeń, gdyby tak było wszyscy specjalnie powinniśmy się kilku takim poddać dla treningu, żeby potem było nam lepiej,
    nie wątpię za to, że jak się już coś takiego przytrafi to trzeba się jakoś z tym nauczyć żyć, tak jak niektórzy ocaleli z holokaustu żyją pełnią życia i mają w sobie i radość życia i energię, choć i potem Polska, do której trafili pozostawiała wiele do życzenia, ale nie wszyscy z nich tak zaakceptowali swój los i doświadczenie...
    i chyba nie o dziecięcą naiwność chodzi (wiara w człowieka naiwnością?) tylko o traumę, o połamanie serca i kręgosłupa, w którym nie widzę nic pozytywnego, przykład drastyczny, ale ktoś jednak popełnia samobójstwa, prawda?
    każdy ma inną wytrzymałość i inne rany uprzednio zadane;
    piszesz o używaniu mózgu - no to logika mówi, że jeżeli cały świat komuś mówi, że nie jest nic wart, to nie może się mylić, prawda? dlaczego nagle on ma inaczej na to spojrzeć?
    moim zdaniem toksyczne związki rodzą się w domu rodzinnym i tyle: wzorce, socjalizacja, itp.
    potem może jakaś terapia pomoże, ale czy ja wiem..
  • palacsinta 08.03.11, 14:30
    zenobia44 napisała:

    > >większość ludzi ma mechanizmy obronne i skłon
    > > ność do pozytwnego spostrzegania świata.
    >
    > ale po pierwsze ci pewnie nie tak często łączą się z tymi, którzy są "nieodpowi
    > edni", co akurat ten wątek drąży

    Oj zdziwiłabyś się...

    > a po drugie, wszystko "zależy" - jak ci ukradną 100 zł a masz tylko 100, albo 9
    > 0 to to jest katastrofa, a jak masz 1000 albo więcej to nauczka, prztyczek w no
    > s,
    >
    > chodziło mi o to, że nie wierzę w uwznioślającą moc złych doświadczeń, gdyby ta
    > k było wszyscy specjalnie powinniśmy się kilku takim poddać dla treningu, żeby
    > potem było nam lepiej,
    > nie wątpię za to, że jak się już coś takiego przytrafi to trzeba się jakoś z ty
    > m nauczyć żyć, tak jak niektórzy ocaleli z holokaustu żyją pełnią życia i mają
    > w sobie i radość życia i energię, choć i potem Polska, do której trafili pozost
    > awiała wiele do życzenia, ale nie wszyscy z nich tak zaakceptowali swój los i d
    > oświadczenie...

    Zasadniczo zgadzam się, że ludzie mają różne progi odporności i to samo niegatywne przeżycie będzie cennym doświadczeniem dla jednego, a dla drugiego traumą, po której będzie musiał długo chodzić na terapię, ale nie wyciągaj od razu Holokaustu i okresu stalinizmu w wątku o nieodpowiednich związkach.
  • pierwszalitera 08.03.11, 21:35
    zenobia44 napisała:

    > i chyba nie o dziecięcą naiwność chodzi (wiara w człowieka naiwnością?) tylko o
    > traumę, o połamanie serca i kręgosłupa, w którym nie widzę nic pozytywnego, pr
    > zykład drastyczny, ale ktoś jednak popełnia samobójstwa, prawda?

    Mieszasz tu mnóstwo rzeczy, które wcale nie mają takich prostych związków przyczynowo- skutkowych. Większość złamamych serc bowiem nie popełnia samobójstwa, a jeżeli ktoś to robi, to raczej nie tylko z powodu rozczarowania w miłości. To zwykle tylko jeden z faktorów w całej reszcie innych problemów. Nie żyjemy też w czasach holokaustu i w naszym świecie nikt nie musi znosić bezbronnie sytuacji uwłaczających ludzkiej godności. Złamane kręgosłupy mamy zwykle też na własne życzenie, bo istnieje różnica pomiędzy zaufaniem, a kompletnym zdaniem się na łaskę innego człowieka. Intymny związek nie polega na oddaniu w ręce innego człowieka całej odpowiedzialności za nasze szczęście, z nadzieją, że będzie już wiedział, co jest dla nas dobre i nie zrobi nam krzywdy. Już chociażby dlatego, że nikt nie może wiedzieć lepiej od nas, co jest dla nas dobre. Nie mówiąc już o tym, że jest to niebezpieczne, bo można trafić na kogoś, kto zechce naszą uległość sadystycznie wykorzystać. Ważnym powodem jest też to, że całkowita odpowiedzialność za nas może stać się dla naszego partnera ciężarem nie do zniesienia. Jeżeli kogoś kocham, to nie wymagam od niego tak wiele. Muszę po prostu sama dbać o siebie i o swoje granice. Łamanie kręgosłupa mi wtedy na pewno nie grozi. A jeżeli przegapię moment odwrotu i trwam dłużej niż potrzeba w związku toksycznym, albo nawet patologicznym, to po wyzwoleniu zaczynam cenić sobie może nawet rzeczy, które inni uważają za oczywiste. Takie jak życie bez emocjonalnego stresu, strachu, upokorzeń i przymusów. Ja tam widzę tu tylko pozytywy.


    > piszesz o używaniu mózgu - no to logika mówi, że jeżeli cały świat komuś mówi,
    > że nie jest nic wart, to nie może się mylić, prawda? dlaczego nagle on ma inacz
    > ej na to spojrzeć?

    Jaki cały świat? Masz na myśli toksycznego partnera, który jest dla ciebie całym światem? Bo jak rozejrzysz się dookoła to znajdziesz zwykle więcej pozytwnego feedbacku niż ci się wydaje. Tylko trzeba się rozejrzeć, a nie tkwić w wyobrażeniach ludzi, którzy nam źle życzą. A jeżeli nie czuję się przy kimś dobrze, to mam powody do podejrzeń, że ten ktoś nie życzy mi najlepiej.
  • zenobia44 09.03.11, 10:41
    >Większość złamamych serc bowiem nie popełnia samobójstwa,

    może źle się wypowiedziałam, złamane serce zwykle jest rozumiane jako synonim kogoś odrzuconego w miłości, a ja miałam na myśli człowieka zranionego emocjonalnie niekoniecznie w miłości w związku dwojga ludzi, ale i poprzez doświadczenia innego typu,
    człowieka w depresji najprościej mówiąc, człowieka pokrzywdzony przez los - chorobą, śmiercią kogoś bliskiego, utratą honoru, oszustwem, etc.

    >Złamane kręgosłupy mamy zwykle też na własne
    > życzenie, bo istnieje różnica pomiędzy zaufaniem, a kompletnym zdaniem się na
    > łaskę innego człowieka

    też miałam na myśli rzeczywistość poza związkiem dwojga ludzi,
    np. jeżeli kogoś mobbingują w pracy - czy na własne życzenie? nie może odejść z pracy, bo innej nie ma, nie żyjemy w takim bogatym kraju, żeby jak w filmie z Bridget Jones - zwolnić się z pracy, bo nam szef nie odpowiada i po trzech rozmowach kwalifikacyjnych dostać nową pracę, zwykle trzeba mieć uszy po sobie, płakać, ale pracować, można czegoś na boku szukać, ale rachunki trzeba płacić, więc na siłę wytrzymać w poniżających sytuacjach

    > Jaki cały świat? Masz na myśli toksycznego partnera, który jest dla ciebie cały
    > m światem?

    myślę akurat o rodzinie, szkole, pracy, pani ze sklepu i panu z tramwaju, całokształcie komunikatów, ludzie są w dzisiejszych czasach tak sfrustrowani, tak agresywni, tak złośliwi, tak egoistyczni, że ręce opadają
    nie wyobrażam sobie, żeby jeszcze kilka lat temu takie sytuacje miały miejsce, które teraz widzę bardzo często, że ludzie tak oszukiwali na bezczelnego (i to w poważnych instytucjach od których jednak nasze życie zależy - urząd, uniwersytet, lekarz)

    Nie żyjemy też
    > w czasach holokaustu i w naszym świecie nikt nie musi znosić bezbronnie sytuacj
    > i uwłaczających ludzkiej godności.

    w pewnym sensie "żyjemy" w tych czasach, bo ci którzy nas wychowali tego doświadczyli, przekazali na ma pamięć, żyjemy w czasach żywej pamięci o tej zbrodni, jest też częścią naszej rzeczywistości, nie bezpośrednio, ale "z drugiej ręki" najprościej mówiąc,
    podałam ten przykład trochę po to, żeby potwierdzić twoje słowa mówiące o tym, że nie zawsze wydarzenie (tutaj - ekstremalnie traumatyczne) ma największy wpływ, ale czasem nasz stosunek do niego (nie wiem i trudno mi sobie wyobrazić, skąd ludzie po takim przeżyciu granicznym czerpią siłę życiową, skąd odnajdują radość i szczęście w codzienności, ale potrafili o to zawalczyć i żyć, cieszyć się, działać, etc.), czyli że wielka jest siła ludzkiego serca i umysłu

    trochę mi ten poprzedni post zszedł na szersze wody, ale właśnie w tych doświadczeniach na szerszych wodach upatrywałam źródła skłonności do wchodzenia w toksyczne związki,
    hmm, nie wiem czy wyjaśniłam:)
  • pierwszalitera 09.03.11, 11:31
    zenobia44 napisała:

    > może źle się wypowiedziałam, złamane serce zwykle jest rozumiane jako synonim
    > kogoś odrzuconego w miłości, a ja miałam na myśli człowieka zranionego emocjona
    > lnie niekoniecznie w miłości w związku dwojga ludzi, ale i poprzez doświadczeni
    > a innego typu,
    > człowieka w depresji najprościej mówiąc, człowieka pokrzywdzony przez los - cho
    > robą, śmiercią kogoś bliskiego, utratą honoru, oszustwem, etc.

    Nie gniewaj się, ale ja trzymałam się tematu wątku, bo inaczej powstanie z tego filozoficzna dyskusja wrzucająca do garą każdą życiową sytuację. I porównanie sytuacji holokaustu do dylematów sercowych urodzonych w drugiej połowie 20-tego wieku, uważam nie tylko za mocną nadinterpretację, a nawet za odrobinę niesmaczne. Dlatego o traumach nie będę tu z tobą rozmawiała.
  • zenobia44 09.03.11, 12:01
    I porównanie
    > sytuacji holokaustu do dylematów sercowych urodzonych w drugiej połowie 20-teg
    > o wieku, uważam nie tylko za mocną nadinterpretację, a nawet za odrobinę niesm
    > aczne. Dlatego o traumach nie będę tu z tobą rozmawiała.

    no właśnie ja NIE porównywałam:), więc ta uwaga o niesmaku to chyba nie do mnie

    uznałam, że po pierwsze skoro istota ludzka może przetrawić traumę tego typu to bardziej powinna móc poradzić sobie z czymś o znacznie mniejszej skali, wręcz czymś błahym, co akurat tu i teraz wydaje jej się się bardzo istotne i absolutnie nie-do-przeżycia, ale jest tylko pyłem marnym,
    po drugie na pytanie dlaczego ludzie wchodzą w nieodpowiednie związki odpowiedziałam wiążąc sferę budowania związków z resztą ludzkiego życia,
    upraszczając - ludzie, którzy w innych sferach życia dostali wciry (wg ciebie na własne życzenie), nie są tak uważni, nie mają tyle siły, coś lub ktoś ich złamał, więc nie szanowani i nie cenieni przez innych nie cenią siebie, swoich praw, swoich granic również w związku

    nie wiedziałam, że na tym forum można się wypowiadać stricte tylko i wyłącznie na temat wątku, szczególnie dziwny ten prikaz wydaje mi się w kontekście i po lekturze innych wątków
  • pierwszalitera 09.03.11, 18:13
    zenobia44 napisała:

    > nie wiedziałam, że na tym forum można się wypowiadać stricte tylko i wyłącznie
    > na temat wątku, szczególnie dziwny ten prikaz wydaje mi się w kontekście i po l
    > ekturze innych wątków

    To żaden prikaz (ode mnie?), tylko dyskusja zrobi się zbyt szeroka, by ją ogarnąć, to była tylko rezygnacja z mojej strony.


    > upraszczając - ludzie, którzy w innych sferach życia dostali wciry (wg ciebie n
    > a własne życzenie), nie są tak uważni, nie mają tyle siły, coś lub ktoś ich zła
    > mał, więc nie szanowani i nie cenieni przez innych nie cenią siebie, swoich pra
    > w, swoich granic również w związku

    To może być powód (jeden z powodów) dla którego ludzie trwają w nieodpowiednich związkach, jednak ja zrozumiałam twoje wcześniejsze wypowiedzi tak, jakoby regułą było, że traumatyczne doświadczenia w przeszłości łamią nas na całe życie i zmuszają do przyjęcia roli wiecznej ofiary. Z drugiej strony napisałaś też, że po traumatycznych doświadczeniach traci się zaufanie do ludzi, więc raczej dmucha dwa razy na zimne i nie pakuje w kolejny nieodpowiedni związek, więc nie bardzo teraz wiem, co chciałaś przekazać. :-)
  • kocio-kocio 08.03.11, 14:03
    Myślę, że głównie dlatego, że nie są odpowiednio oznakowani.
    Może Unia coś poradzi? ;o)

    A poważniej: ja tam nigdy nie jestem pewna, czy to "człowiek" był nieodpowiedni, czy to może jednak ja.
    Czasem tak jest, że iskrzy, błyska, motyle w brzuchu, ale na życie się taki człowiek nie nadaje.
    Mam takiego jednego od 10 lat. W tym czasie 3 inne poważne związki, dziecko i co tam jeszcze. A ilekroć tamtego zobaczę, omdlewam normalnie. Zresztą z wzajemnością.
    Mogłabym się go trzymać i cierpieć, ale po co?
    Żadne z nas nie miało ochoty się kopać całe życie.


    --
    Muranów
  • zawsze_zielona 08.03.11, 19:17
    Nie chodzi mi o zwiazki z psychopatami, alkoholikami i agreswnymi bucami, ktorych to na kilometr mozna wyczuc. Przez nieodpowiednich rozumiem raczej niedobranych. Albo moze i dobranych na poczatku zwiazku a potem jednak idacych w innym kierunku. Co powoduje, ze czlowiek sie kisi w kiepskim zwiazku? Zwiazku, ktory nie daje szczescia, nie rozwija, podcina skrzydla i hamuje?
    --
    75B jest jak YETI
    NaGIE Biusty
  • epistilbit 08.03.11, 21:32
    Ja Ci opowiem. Kiedy związałam się jeszcze z nie mężem, nie miałam nic, może jedna koszulę. Zaopiekował się mną, posłał do szkoły, załatwił prace, pokazał cel. Nie wyszło nam - bo mnie nie szanował. Kochał mnie i chyba kocha nadal. Ale nie szanuje. Szkoda. I brutalnie: po fazie miłosnych uniesień, w łóżku zaczęło wiać nudą. Dalej ma jakieś wyskoki, ale w gruncie rzeczy, to dobry człowiek.
    --
    http://c.wrzuta.pl/wi14480/599d971e002953ab4c670746/0/bez%20tytulu
    Urzekła mnie Twoja historia
  • edhelwen 09.03.11, 01:06
    "nie rozwija, podcina skrzydla i hamuje?"

    wiesz, a ja bym powiedziała, że ludzie, którzy tak myślą, często są sobie sami winni. Człowiek sam odpowiada za siebie i za swoje czyny, jeśli nie rozwija SIEBIE będąc w związku, to przede wszystkim jest jego wina i problem, nie należy tego "zwalać" na niedobranego partnera.
    Pewnie, że miłość "uskrzydla" i "inspiruje", ale w większości przypadków na początku, w fazie zakochania i fascynacji. Potem trzeba się samemu zabrać za siebie dla własnego dobra.
    Poza tym 100% dobranie pachnie mi jakimś romantycznym mitem. Nie wierzę, żeby istniały osoby uzupełniające się i dopasowane do siebie w 100%, zawsze się znajdą jakieś "braki", miejsca, które trzeba dotrzeć, pójść na kompromisy, zaakceptować różne rzeczy.

    Tak poza tym, to jeśli masz osobisty problem, to polecam raczej terapię wśród znajomych i psychologa, a nie forum internetowe, bo opieranie się na wypowiedziach anonimowych osób z sieci to niezbyt dobry pomysł w kwestiach uczuciowych.
  • zawsze_zielona 09.03.11, 08:36
    edhelwen napisała:

    > "nie rozwija, podcina skrzydla i hamuje?"
    >
    > wiesz, a ja bym powiedziała, że ludzie, którzy tak myślą, często są sobie sami
    > winni. Człowiek sam odpowiada za siebie i za swoje czyny, jeśli nie rozwija SIE
    > BIE będąc w związku, to przede wszystkim jest jego wina i problem, nie należy t
    > ego "zwalać" na niedobranego partnera.

    To oczywiscie prawda. Jednak co zrobic, jesli jedna strona sie rozwija a druga stoi w miejscu? Teraz, przynajmniej w Danii, jest bardzo popularne stwierdzenie "wyroslismy z siebie" i dlatego sie rozstajemy. Zawsze wydawalo mi sie to beznadziejna formulka, ale moze jednak to prawda.

    > Poza tym 100% dobranie pachnie mi jakimś romantycznym mitem. Nie wierzę, żeby i
    > stniały osoby uzupełniające się i dopasowane do siebie w 100%, zawsze się znajd
    > ą jakieś "braki", miejsca, które trzeba dotrzeć, pójść na kompromisy, zaakcepto
    > wać różne rzeczy.

    Jasne, ze nie ma, chyba ze ma sie swojego klona;) Ale lepiej byc dopasowanym w 80% niz w 30%, prawda?

    > Tak poza tym, to jeśli masz osobisty problem, to polecam raczej terapię wśród z
    > najomych i psychologa, a nie forum internetowe, bo opieranie się na wypowiedzia
    > ch anonimowych osób z sieci to niezbyt dobry pomysł w kwestiach uczuciowych.

    Skad pomysl, ze mam osobisty problem?
    --
    75B jest jak YETI
    NaGIE Biusty
  • wariamiktoria 09.03.11, 11:02
    Ostatnio uważnie przysłuchiwałam się przyjmowaniu sakramentu ślubu i mszy jej towarzyszącej i wyszłam potwornie zniesmaczona bo doszło do mnie jaki wzorzec jest tam przekazywany. Tzn wzorzec gdyby dwie strony go przestrzegały były ok ale może prowadzić łatwo do patologii. Ksiądz tłumaczył młodej parze, że mają się kochać tak jak Chrystus kochał ludzkość czyli poświęcać się nie oczekując nic w zamian. Uderzyło mnie to bo pięknie wyjaśniło dlaczego KRK w postaci swoich przedstawicieli namawia aby tkwić w nieudanym związku - nieść swój krzyż. Tak naprawdę od początku grają w otwarte karty i jeśli źle ci z mężem, żoną to się poświęć. Co z tego, że mąż/żona pije albo dopuszcza się rażącej nieodpowiedzialności finansowej narażając rodzinę na kilkudziesięciotysięczne długi.
    Skoro wiodąca w Europie religia przez wieki dawała taki wzorzec za właściwy to nic dziwnego, że w społeczeństwie się przyjął i teraz także innowiercy zachowują się podobnie.
    Co mi się podoba to to, że od początku nie oszukują, tyle że nie wiem ilu wyznawców świadomie wie na co się decyduje. Czasem ciężko u ludzi z rozumieniem nawet prostych rzeczy.
    Kiedyś czytałam książkę Jonathana Carrolla - Muzeum Psów i tam znalazłam coś co dla mnie jest clou związków. Zawsze się zmieniamy i nic dziwnego, że ludzie się rozstają jeśli nie są w stanie kochać tych nowych siebie. Mamy dwie nowe osoby, dwie zmienne i czasem jeśli te zmiany są zbyt duże albo dotyczą ważnych dla tych osób kwestii to się rozstają. Jedyną stałą jest zmienna.
    --
    czasem przecinek mi się nie włącza ale mam dość wymieniania klawiatury
  • pierwszalitera 09.03.11, 11:42
    zawsze_zielona napisała:

    > To oczywiscie prawda. Jednak co zrobic, jesli jedna strona sie rozwija a druga
    > stoi w miejscu? Teraz, przynajmniej w Danii, jest bardzo popularne stwierdzenie
    > "wyroslismy z siebie" i dlatego sie rozstajemy. Zawsze wydawalo mi sie to bezn
    > adziejna formulka, ale moze jednak to prawda.

    Być może należy pożegnać się z kolejnym mitem, znaczy, że nie tylko nie istnieje ten jeden jedyny dla nas, ale nie istnieje też związek idealny na zawsze. Jeżeli będziemy mieli szczęście, to uda nam się przeżyć z kimś całe życie w pełnej harmonii. Ale to nie jest regułą, raczej wielkim wyjątkiem. Mamy więc do dyspozycji dwie alternatywy, albo decydujemy się wytrwać w każdym związku, nawet jeżeli okaże się mniej dopasownym i nic nie da się poprawić, w imię wyższych racji (nie chcemy się rozstać, bo coś tam), albo godzimy się z tym, że kiedyś normalnym przebiegiem rzeczy wyrośniemy z siebie i będziemy musieli bez żadnej tragedii pomyśleć o rozstaniu. Wszystkiego zwykle mieć nie można.
  • mefistofelia 09.03.11, 13:57
    edhelwen napisała:

    > "nie rozwija, podcina skrzydla i hamuje?"
    >
    > wiesz, a ja bym powiedziała, że ludzie, którzy tak myślą, często są sobie sami
    > winni. Człowiek sam odpowiada za siebie i za swoje czyny, jeśli nie rozwija SIE
    > BIE będąc w związku, to przede wszystkim jest jego wina i problem, nie należy t
    > ego "zwalać" na niedobranego partnera.

    Tak. Tylko czasami związek może zniechęcać do rozwijania siebie. Ja na przykład byłam w związku, w którym partner cały czas krytykował moje decyzje, do wszystkiego z zasady miał podejście na "nie". Dyskusje teoretyczne, owszem, bywały bardzo konstruktywne i miewaliśmy ciekawe wnioski, ale ta nieustanna krytyka w połączeniu z brakiem wsparcia po prostu mnie hamowała, bo sama zaczynałam wszystko kwestionować. Doszłam do wniosku, że potrzebuje albo być sama albo z kimś kto mnie wspiera. W końcu nie ma siły żeby związek, któremu się poświęca dużą część swojego życia nie miał na nas wpływu, a tamten naprawdę "podcinał skrzydła".
    I na razie jest bardzo dobrze :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.