Dodaj do ulubionych

Minimalizm, zakupoholizm, trendy, luźne przemyślen

15.06.17, 18:58
Minimalistka czy zakupoholiczka, jesteście może jedną z nich?

Mnie nieco boli głowa od tempa, w jakim gromadzę pierdoły i jak szybko przybywa mi ich w domu - mimo, że nie uważam się za zakupoholiczkę, ot, znajduję ładne rzeczy mimochodem, niektóre z nich okazują się nawet później przydatne ;)

Od mniej więcej roku dosyć skutecznie walczę z chodzeniem do galerii handlowych dla przyjemności (chyba, że na tortillę z McD, wstyd, ale jakieś słabości może sobie człowiek pielęgnować, prawda? Tak raz na dwa tygodnie...)
Zakupy odzieżowe robię w second-handach. Po pierwsze, bo uwielbiam, kręci mnie to, mam dobre oko. Po drugie, nie chcę wspierać marek "fast fashion"*. Po trzecie, snobistyczne "nic mi się w sklepach nie podoba", po czwarte: stosunek jakości do ceny**. Obiecałam sobie, że chwilowo, powiedzmy cały 2017 rok, nie kupuję żadnych ubrań z sieciówek. Wyjątkiem mogą być dobrej jakości rzeczy polskiej produkcji, bielizna i buty.

Udaje mi się czasami "zracjonalizować" potrzebę kupowania jak już jestem w sklepie, chwilę noszę coś pod pachą, pytam samą siebie, czy naprawdę tego potrzebuję i czy chcę wydać na to pieniądze, ostatecznie odkładam, zracjonalizowałam sobie. Działa mniej-więcej w 50% przypadków. Drugim sposobem jest chodzenie do sklepu po coś, czego naprawdę potrzebuję, w chwilach kiedy mam ochotę na zakupy. Do tego, łatwiej mi zrezygnować z zakupu, jeżeli jestem sama, w towarzystwie znacznie trudniej.
Na szczęście, nie kupuję za dużo kosmetyków ani elektroniki, dokładnie tyle, ile mi potrzeba. Nie robię kompulsywnych zakupów przez internet, nigdy mnie to nie dopadło :-) Znalazłam też kilka lat temu rewelacyjną krawcową, u której co prawda nie szyję (jeszcze) ale przerabiam ubrania i daję im drugie życie (np. 20-letni kaszmirowy płaszcz po mamie)

Co do minimalizmu - zrobiłam porządek w szafie*** oraz w kosmetyczce****, mam tylko to, czego używam lub noszę (poza kilkoma sztukami ciuchów, sentymentalnymi). Nie widzę jednak potrzeby pozbywania się rzeczy, nie przepadam też za minimalistycznymi wnętrzami, mamy też jedno kolekcjonerskie hobby, wspólne z mężem. Na szczęście mam miejsce, żeby trzymać nawet nieużywane rzeczy.

A jak to wygląda u Was? Czy podążacie za trendami? Kupujecie ubrania, elektronikę, zmieniacie dodatki w domu raz na sezon? Jesteście minimalistkami, kupujecie rzadko i bardzo świadomie, dbając o ekologię i filozofię fair trade? Macie w domu tylko 100 przedmiotów albo przemawia do Was idea "capsule wardrobe"? Zastanawiałyście się nad tym czy w ogóle nie? Porządkujecie mieszkanie bo brakuje Wam miejsca, tyle rzeczy zgromadziliście przez lata? Czy może uważacie, że ze wszystkim należy znaleźć złoty środek i nie demonizować? Chciało Wam się to wszystko czytać, czy zbytnio popłynęłam z moim wywodem?
Ja chwilowo uczę się, żeby nie wyrzucać kasy na głupoty, mając gdzieś z tyłu głowy myśl o fair trade, odrobinę o ekologii i jakości.


* Linkuję bardzo miły filmik o fast fashion jednej z lubianych przeze mnie youtuberek. (po angielsku)

** Wczoraj znalazłam dla brata białą koszulę YSL, w stanie idealnym, za 4,86 zł. I teraz możecie się zastanawiać, czy założyłam cały ten wątek tylko po to, żeby się pochwalić :-)

*** Ubrania nie zniszczone i dobrej jakości, moje i nie moje, bo zrobiłam zrzutę wśród rodziny i koleżanek; zawiozłam zaprzyjaźnionej siostrze z Caritasu.

****Przeterminowana i na wpół-zużyta kolorówka świetnie nadaje się do kolorowania postaci z kilkuletnimi córkami przyjaciółki.

--
Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
Edytor zaawansowany
  • teresa104 15.06.17, 23:31
    Kilka lat temu poczułam zrazu w sobie do zakupów abominacyję. Zakupy domowe robię z kartką, niezwykle rzadko kuszę się na coś, czego na kartce nie było typu środek do mycia kibla za pół ceny albo ser. Dokładnie pamiętam, kiedy wyrzuciłam coś do jedzenia, bo to się właściwie w moim domu nie zdarza, nie widzę problemu, by poprosić w sklepie o jeden kartofel, bo dokładnie tyle mi potrzeba do zupy warzywnej. Fajna sprawa, cała kolejka ma radość, a i ja przy tem.

    Ubrania kupuję, by uzupełnić brak spowodowany zużyciem. Dokładnie wiem, czego brakuje mi teraz i czego znaleźć nie mogę, bo zalewa nas tandeta. Sama sporo przerabiam, co daje ubraniom drugie życie, często o wiele lepsze od pierwszego.
    Po galeriach czasem chodzę, żeby z ludźmi pobyć na moich zasadach, czyli nie za bardzo.

    Mieszkanie odnawiam sama, póki rzeczy działają, nie leci na łeb, jest czyste i nie śmierdzi, wystarczy. Od kiedy mieszkam w moim obecnym mieszkaniu z obecnym partnerem, czyli ponad 1/3 życia, mam te same meble, to samo wyposażenie kuchni, łazienki. Moja matka w tym czasie przeprowadziła dwa generalne remonty wszystkiego i uważa mnie za zacofaną dziadówkę, a ja ją za dziwną wariatkę, bo ona właściwie tych remontów nienawidzi i jej na nie, jak twierdzi, nie stać. To po kiego grzyba, za co i po co? Nie lepiej wziąć tę uciułaną kasę i jechać bodaj do Frydka Mistka?

    Są jednak rzeczy, które niezmiennie mnie uwodzą, może i to mi przejdzie. To książki, buty, rękawiczki, torby (lakiery do paznokci pominę, żeby lepiej się tu zaprezentować). Oszukuję się, że jak będę miała zestaw dobrej jakości galanterii, to dalsze zakupy nie będą konieczne. A może się nie oszukuję:) Literatura zaś jest oceanem nieprzebranym i myślę, że naprawdę bolałoby, gdybym nie mogła kupować książek.

    Podsumowuję: nie jestem zakupoholiczką. Oładki z dzikich znalezionych jabłek, spódnica uszyta z byłej sukienki, nowa książka, świeży pazur u nogi i stara własna drewniana podłoga lub kwatera we Frydku (kojarzy mi się tylko z mandatami za prędkość, ale wolę Frydka od wymiany sedesu na doskonalszy). Umiem też żyć jak niesporczak, ale cieszę się, gdy nie muszę.
  • 100krotna 17.06.17, 23:09
    nie widzę problemu, by poprosić w sklepie o jeden kartofel

    Jeden kartofel to nie, nie jadamy; żadne diety czy mody, nie lubimy. Ale zdarzało mi się kupować jedną bułę i dwa plasterki sera/szynki, jak zapomniałam śniadania do pracy. O jeden plasterek nie śmiałam prosić.

    Są jednak rzeczy, które niezmiennie mnie uwodzą, może i to mi przejdzie. To książki, buty, rękawiczki, torby (lakiery do paznokci pominę, żeby lepiej się tu zaprezentować). Oszukuję się, że jak będę miała zestaw dobrej jakości galanterii, to dalsze zakupy nie będą konieczne.

    Książki: tak (chociaż mam właśnie 3 nowe, nieprzeczytane)
    Buty: zależy (prawe nigdy nie udaje mi się kupić butów w konkretnej potrzebie, za to jak znajdę przypadkiem coś, co mi się podoba, jest wygodne i mnie stać - biorę. W ten sposób nie mam butów codziennych na przyszłą zimę, mam jedne z dziurą, już czuję, że będzie koszmar)
    Rękawiczki: nie (jak zgubię, to sobie kupię nowe)
    Lakiery: już nie (nie będę pisać, ile mam, dużo)
    Torby: już nie (trafiłam idealną, noszę przez 80% czasu, skończyły mi się potrzeby kupowania innych; przed erą obecnej, torebki były na tak)

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • kis-moho 18.06.17, 09:48
    100krotna napisała:

    > Jeden kartofel to nie, nie jadamy; żadne diety czy mody, nie lubimy. Ale zdarza
    > ło mi się kupować jedną bułę i dwa plasterki sera/szynki, jak zapomniałam śniad
    > ania do pracy. O jeden plasterek nie śmiałam prosić.

    A czas nie jest dla was dobrem o które warto dbać? Takie zakupy przecież trzeba ciągle powtarzać? Nie mówię żeby kupować wszystko bez sensu na kilogramy ale to akurat można planować. I mieć dużo więcej czasu na inne, ciekawsze rzeczy.
  • teresa104 18.06.17, 10:36
    Teraz mam jeden kartofel w zapasie w lodówce, ale cokolwiek się pomarszczył w oczekiwaniu swojej szansy, tak to jest, gdy się kupi dwa kartofle... zupa będzie w tygodniu.
    Zakupy nie zajmują mi czasu wcale, po bieżące rzeczy odbijam kilka metrów w bok w drodze do domu i zakupy zrobione, pewno z 10 minut zużyję co drugi, trzeci dzień. Na lodówce mam notesik, w którym na bieżąco wpisuję rzeczy brakujące, biorę kartkę do kieszeni i realizuję punkt po punkcie. Minimum wysiłku i czasu. To JEST plan.
  • kis-moho 18.06.17, 10:48
    To zdecydowanie brzmi jak plan :)
    Zaintrygowało mnie kupowanie bułki i plastra szynki na śniadanie. Jeżeli jest tak codziennie, to trochę zjada czasu, rano wiadomo, dwa razy cenniejszego niż później.
  • 100krotna 18.06.17, 10:56
    "... jak zapomniałam śniadania do pracy" tam napisałam, pięciu minut w drodze do pracy (a spędzam w niej 45-70 minut, w zależności od natężenia ruchu) i tak nie wykorzystam na co innego, niż na bycie pięć minut wcześniej w pracy ;)


    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • 100krotna 18.06.17, 10:49
    Zakupy robimy dwa razy w tygodniu i uważam, że to jest optymalne dla naszej dwójki. Lubimy mieć świeże pieczywo i warzywa, to jest też szansa by dokupić to na co mamy nagle ochotę. Robienie planu i rozpiski posiłków byłoby dla mnie stratą czasu, a trzymanie się tegoż niepotrzebnym utrudnieniem ("dlaczego ma być akurat kurczak jak mam ochotę na coś zupełnie innego?" albo "jesteśmy dziś zmęczeni, nie robimy obiadu, dlaczego musimy?")

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • teresa104 18.06.17, 11:45
    Nakładałam teraz farbę na moje starzejące się włosy i zastanawiałam się nad tym "mieć dużo więcej czasu na inne ciekawsze rzeczy". I wyszło mi, że życie składa się właśnie z rzeczy nieciekawych, z rzadka napotyka się, jak w tanim kupnym drożdżowym cieście, jakąś ciekawą rodzynkę. Można rodzynek szukać, wydłubać je i zjeść, ale zostaje i tak suche ciasto do zjedzenia.
    No a te rzeczy ciekawsze - naprawdę trzeba? Mogłabym, zamiast pół soboty robić szalik na drutach, a drugie pół siedzieć na balkonie i gapić się w stuporze w tę samą stronicę książki, jechać w zakole Wisły i skoczyć ze spadochronem. Nie zrobiłam tego. Czyli zmarnowałam czas? Zmarnowałam może zresztą całe dekady, nie odkuję się już, zmarnuję kolejne, nie najem się życiem, zawsze jest za krótkie, a może właśnie za długie, na koniec i tak się czegoś żałuje. Już przymusu ciekawości odczuwać nie chcę, to taki sam przymus jak robienie zakupów i codzienne mycie. Może to smutne, a może wcale nie.
  • kis-moho 18.06.17, 13:22
    Myślę że mamy trochę inne sytuacje zawodowo rodzinne. Dla mnie bycie pięć minut wcześniej w pracy pozwala szybciej uporać się z jakąś pierdolka i mieć kilka minut więcej na obiad. A więcej czasu w domu pozwala mi się pobawić dłużej z dzieckiem bez konieczności np jednoczesnego nastawiania prania.

    Chyba że jak teraz jestem chora, i mam posiłki do pomocy. Teraz faktycznie czas mi przyjemnie zwisa :)
  • yaga7 18.06.17, 13:36
    A czy to nie kwestia po prostu definicji czy progu ciekawości, które będą różne dla różnych osób? Dla jednej ciekawy będzie szalik na drutach, dla innej spadochron ;)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • teresa104 18.06.17, 20:20
    Dla mnie ciekawy jest spadochron. Szaliki są wyjątkowo nudne, nie dzieje się kompletnie nic poza supłami na wełnie, w dodatku nie wiadomo, kiedy skończyć.
  • 100krotna 18.06.17, 23:01
    ...bo w ramach hobby lubię robić pranie ręczne. Kiedyś w rękach prałam wszystko, poza pościelą, ręcznikami i skarpetkami, teraz, ponieważ mam mniej czasu, tylko połowę rzeczy: spódnice, sukienki, t-shirty z nadrukami, bluzki koszulowe, sweterki, spodnie delikatniejsze niż dżinsy, nieczarne majtki (czarne idą do pralki) + niektóre delikatniejsze rzeczy męża. A potem wykręcanie i wieszanie. Tylko prasować ani za dobrze nie umiem, ani nie lubię...

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • teresa104 19.06.17, 09:50
    A ja lubię, chyba w tym wątku nie zaskoczy, czyścić buty. Różne szczotki, preparaty, wkładki powymieniać, sznurowadła, pastę nałożyć, potem glansować i patrzeć, jak byle znoszony kamasz odżywa. Ale wieczornych sesji sobie nie urządzam, po prostu chętnie czyszczę i zawsze zaoferuję konkubentowi, że mu wyczyszczę przy okazji, a ma takie fajne ogromne kajaki. No ale skakania ze spadochronem to nie równoważy, to jednak inne emocje są:)
  • zarin 19.06.17, 19:36
    Ożeń się ze mną, ja tego nie znoszę i nie umiem. Gdyby nie presja społeczna i nawilżane chusteczki do butów, to bym łaziła z psią kupą.
  • teresa104 20.06.17, 08:40
    Mam niestety kontrofertę matrymonialną.
    Skoro odczuwasz presję społeczną, to jest dobry punkt wyjścia:)
  • mszn 16.06.17, 10:30
    Mnie niezmiennie fascynuje to, że 90% rozmów o minimalizmie, jakie w sieci widuję, zaczyna sie od ubrań. Skąd to się bierze, że akurat ubrania często są tym, co sprawia, że ludzie zaczynają się czuć przytłoczeni rzeczami.

    Ja sama często się nad tym wszystkim zastanawiam, nawet blog sobie o tym (głównie) założyłam niedawno. U mnie nie od ubrań się zaczęło, tylko chyba bardziej od tego, że bardzo często się przeprowadzam. A chyba tak całkiem u źródeł był dzień, w którym, mając niecałych 19 lat, uciekłam z mocno nieprzyjemnego, przemocowego miejsca, w którym przez jakiś czas mieszkałam - z niewielkim plecakiem i poczuciem wolności. I tak mi się chyba wtedy nałożyła ta wolność od złych doświadczeń z wolnością od dobytku, i w zasadzie od tamtej pory jakoś tak stan posiadania sobie organizuję, żeby zawsze móc się bez większych problemów praktycznie od ręki przeprowadzić. Przy czym z czasem to "praktycznie od ręki" trochę się rozciąga znaczeniowo ;)

    Do sklepów bez konkretnej potrzeby nie wchodzę (poza księgarniami; przy czym to też nie jest tak, że księgarnie to jakaś moja słabość, z którą bezskutecznie walczę, tylko programowo uważam, że warto tam zostawiać pieniądze - z tego prostego powodu, że nie chcę żyć w świecie, gdzie nie ma fizycznych księgarni, bo wszystko jest w sieci). Żywności staram się nie marnować; ostatnio wychodzi mi to trochę gorzej, bo bardzo często wyjeżdżam, a nie mam w czym resztek zamrozić.

    Mam po trzy talerze każdego rodzaju, cztery garnki. Sporo kosmetyków, bo się interesuję pielęgnacją i mam wymagającą skórę - ale i tu bez szału zbierania, wszystkiego mam po jednym. Od zawsze fascynowały mnie tutaj na forum odzieżowym rozmowy innych osób, bo ja żyję w jakimś alternatywnym uniwersum: mam po jednej parze butów na każdy sezon (no, dwie na wiosnę/jesień), jedną kurtkę/płaszcz, jedną torebkę/plecak - i tak od zawsze, nie że minimalizm. A teraz się na blogach dowiaduję, że to jest szafa kapsułowa i w ogóle osiągnięcie ;) Może miałam niebogatą rodzinę?

    Nie robię wielkich czystek w domu, mimo że czuję, że mam więcej rzeczy, niż potrzebuję i chcę mieć. Ale nie chcę pozbywać się niezniszczonych, działających przedmiotów, których używam, więc spokojnie sobie czekam, aż się to wykruszy przez zużycie. Ewolucja, nie rewolucja. Teraz bardziej interesuje mnie to, co w głowie: upraszczanie życia pod kątem zobowiązań, sposobów spędzania czasu, opierania się różnym społecznym i nawet wewnętrznym presjom.


    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • teresa104 16.06.17, 22:02
    Muszę przyznać, że posiadanie jednej pary butów i jednej kapoty byłoby dla mnie przykrością niezrozumiałą.

    Moja babka, chłopka małorolna, czyli zdecydowanie niezamożna i nieposiadająca karty klubu melomana w filharmonii, miała różne pary butów, jedne do roboty, inne do kościoła, inne do spodni, jak jechała na targ z jajami i serem, inne do jasnej sukienki, jak jechała na jarmark i chciała się podobać. Gdyby jej powiedzieć, że ma w swoim uniwersum opękać jednymi butami, to obruszyłaby się dobitnie, bo które by miała sobie zostawić, gumiaki chyba.

    Ja tu zatem nie widzę motywu bogatej rodziny, widzę, że pewnych aktywności się nie podejmuje, bo się nie musi, nie ma sposobności lub nie chce, i w związku z tym dopasowanej do okazji odzieży się nie potrzebuje lub, z rozmysłem lub nieświadomie, stosuje się odzież do okazji nie do końca lub nie zawsze dobraną. I nic w tym zresztą złego, to tylko kurtka, tylko buty, tylko torba, można też tak.
  • zarin 17.06.17, 06:04
    Chodzi o jedną parę butów i jedną kapotę z jednej kategorii, więc gumiaki i obuwie na jarmark się w tym uniwersum jeszcze mieszczą. Dwie pary gumiaków, bo zielone rzucili w promocji nie bardzo. Też mam taki kod kulturowy ;). Chociaż ostatnio się zastanawiam, czy nie przedłużyłabym butom życia kupując podwójnie, ale z drugiej strony to głęboko siedzi w człowieku.
  • teresa104 17.06.17, 08:50
    A gdyby babce kapota rano zmokła, gdy wiozła furą bańki z mlekiem, do końca dnia pracowałaby w mokrej, bo ma jedną do roboty na zimę, zostałaby w domu i oglądała powtórki Top Gear, czy założyłaby drugą suchą i dokończyła obowiązki?
    Mszn pisze, że ma po jednej parze butów na sezon, prócz sezonów przejściowych, i jedną kurtkę lub jeden płaszcz. To przede wszystkim wymaga lepszego klimatu niż ten środkowopolski.
    Dla jasności - postaw i wyborów Mszn nie krytykuję i nie wyśmiewam. Po prostu mnie mózg by się zapalił, gdybym miała się zdecydować na jeden zestaw okryć wierzchnich, który by się nadał do wszystkich moich wyjść. No wybór dla mnie niedokonywalny. Ale Mszn napisała o domniemanym wpływie bogactwa / braku bogactwa w rodzinie. W moim przypadku mogę mówić najwyżej o wpływie robactwa.
  • zarin 17.06.17, 15:16
    I tu masz rację, jak mi kapota zmoknie, też mnie to skłania do przemyśleń. Ale ścieżki w mózgu ciężko na nowo wymodelować, to coś jak że kanapka to nie obiad, nawet jeśli w środku jest kotlet.

    Mam przykładowo teraz w posiadaniu: jedne buty zimowe, przejściowe sztyblety (ale w stanie agonii), adidasy, drugie adidasy (też w stanie agonii, coś w nich odpada, nie wyjdę w nich do ludzi, ale do ćwiczeń ok), coś jak espadryle, jedne sandały bardziej sportowe i jedne trochę ładniejsze, klapki do chałupy i drugie na plażę. To wszystko (dużo czy mało?). Wszystkiego używam aż padnie. To daje trochę więcej niż parę na sezon, ale też wszelkich okoliczności w tym pewnie nie oblecę i to jeszcze tak, żebym mogła wybierać i się zastanawiać. Tak samo nie trzymam np. książek, których na pewno już nie ruszę tylko dlatego, że to książka. Ale też nie robię akcji pozbywania się, jakoś tak mi to samo wychodzi.
  • yaga7 17.06.17, 18:59
    I w tych butach zimowych obskoczysz zarówno -20 stopni jak i zero? Serio się pytam :) Bo ja zimowe mam w różnych wersjach, cieplejsze i chłodniejsze, zależnie od pogody czy zależnie od tego, czy idę na spacer po mieście, czy po ubitym śniegu za miastem. Albo czy jadę na narty (czyli buty po nartach). I nie, nie zawsze miałam tak, ale po prostu zauważałam, że buty x nie nadają się do okoliczności y, było mi w nich za zimno, czy za niewygodne, czy cokolwiek, więc kupowałam takie, które byłyby dobre do danych okoliczności. Podobnie z butami sportowymi, nie znalazłam takich, które by były dobre do wszystkich sytuacji, na które je potrzebuję.
    No i w sumie nie wiem, czy po prostu przeszkadzają mi rzeczy, ktore innym w tej sytuacji by nie przeszkadzały?

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • zarin 18.06.17, 08:38
    Nie ma i -20 stopni ;). Zimy tu, gdzie teraz mieszkam są łagodne, rzadko w ogóle potrzebuję tych zimowych butów.

    Nie mówię, że nigdy nie pomyślę, że coś by mi się jeszcze przydało ;). Raczej z reguły zatrzymuję się na etapie myślenia.
  • mszn 20.06.17, 15:38
    >I w tych butach zimowych obskoczysz zarówno -20 stopni jak i zero? Serio się pytam :)

    Tak :) Jak jest naprawdę zimno, to zakładam wełniane skarpety i nie łażę po mrozie przez długie godziny. W ciągu roku uzbiera się może z siedem dni większych mrozów, bardzo rzadko jest tak, że akurat w te dni muszę gdzieś daleko chodzić.

    A jak trochę zmarznę, krzywda mi się nie stanie; większy dyskomfort by u mnie powodowało posiadanie butów, które noszę kilka razy w roku (już mnie wystarczająco denerwują buty górskie, w które nieopatrznie zaopatrzyłam się dwa miesiące przed spontaniczną przeprowadzką do Holandii :) Na szczęście trzy lata poleżały i teraz przydają się znowu).

    W podróż też przecież nie biorę stu tysięcy opcji, a życie to taka podróż przecież. ;)
    Na początku marca wybraliśmy się z chłopakiem do Nowego Jorku. W Stanach w ogóle mieliśmy po jednej walizce, bo ja na miesiąc, a on na trzy, więc dwie pary butów (zima, wiosna), w tych zimowych pojechaliśmy. Jak przyjechaliśmy do NY w czwartek wieczorem, było 17 stopni. W piątek po południu było już -4 i śnieżyca. Jasne, nie było idealnie, ale nie mieliśmy wyjścia i jakoś przetrwaliśmy cały weekend w tych butach i ciuchach, które mieliśmy ze sobą (a ja nawet czapki nie miałam, bo mi się już nie zmieściła do bagażu miesiąc wcześniej). Kilka warstw, dobry kaszmir, dobre skarpety, i lecisz.

    Jakbym np. musiała chodzić z psem codziennie na długie spacery, albo jeździła zimą w góry, to pewnie bym większą wagę przywiązywała do bycia przygotowaną na wszystkie pogody. Ale takie codzienne miejskie życie w środku Europy na równinie jest dla mnie na tyle proste i przewidywalne, że nie ma się co zbroić.

    Na swoją obronę też zresztą założyłam stare buty do flamenco, bo mam takich hiper-formalnych okazji w życiu tak mało, że z mojej perspektywy nie opłaca mi się mieć na nie specjalnych butów (a programowo nie noszę na co dzień czarnych butów, więc użycie ich na nie-hiperformalne okazje nie wchodziło w rachubę).

    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • teresa104 17.06.17, 22:13
    W jednym będę od Ciebie skromniejsza - po chałupie i pod prysznic na wyjazdach tudzież plażę mam te same japonki. No bo na ulicę mam japonki zupełnie inne:) A po domu raczej boso, w ogóle najchętniej boso bym chodziła, o paradoksie.

    To nie jest tak, że kupuję nie wiadomo ile butów. Po prostu one mi się nie niszczą, niektóre z nich mam od tak dawna, że nie pamiętam, od kiedy. W tym roku kupiłam dwie pary, a zaraz półrocze, nie sądzę, bym szukała czegoś na jesień i zimę. No chyba że niezwykle piękne by mi się napatoczyły same;) I póki życia będę te buty kupować i o nie dbać, taki mam plan, bo gdy będę nędzarką, będę miała przynajmniej fajne buty.
  • 100krotna 17.06.17, 22:46
    O ja brzydka, mam chyba ze cztery pary samych papci. Tyle, że u mnie w domu jest zimą zimno a latem gorąco, więc mam bambosze i futrzaki, jedne przejściowe i jedne japonki. Aha, nawet jestem jeszcze brzydsza, w okresach przejściowych noszę skarpety do japonek.

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • teresa104 17.06.17, 22:54
    A ja mam japonki na balkon, które mieszkają na stałe na balkonie. Ale ich nie liczę, podobnie jak gumowych rękawic nie zaliczam do zbioru rękawic.
  • zarin 18.06.17, 09:04
    Przypomniałaś mi, że czasami brakuje mi instytucji dyżurnych gumiaków/butów do gnoju/jak zwał. Kiedy trzeba wynieść śmieci, zejść do skrzynki czy piwnicy, piekarni albo cokolwiek w obejściu, nie jest to w każdym razie okoliczność do sesji na instagram, zakładać obuwia się nie chce, podobnie jak nanosić błota na domowych kapciach. Muszę to przemyśleć.
  • kis-moho 18.06.17, 09:39
    zarin napisała:

    > Przypomniałaś mi, że czasami brakuje mi instytucji dyżurnych gumiaków/butów do
    > gnoju/jak zwał.

    Ja mam i polecam. Kupiłam takie do kostki żeby nie było gorąco i żeby się szybko zakładało. I z dzieckiem do parku można iść skakać w kałużach, do ogródka po deszczu czy w inny syf i nie ma problemu z myciem.
  • zarin 18.06.17, 08:57
    A widzisz, ja zajeżdżam buty bardzo szybko odkąd pojawiła się opcja na celowe postarzanie produktu czy cokolwiek (kiedyś też nosiłam latami, tak samo ubrania, elektronika). Z jednej strony to trochę wbrew mnie, bo lubię używać rzeczy długo, ale z drugiej co zrobić. Dwóch lat w jednym kawałku nie wytrzymały np. buty Ecco czy Rieker, więc to chyba nie to, że jakoś źle wybieram. Gdybym je mogła nosić dłużej, to też bym może zaczęła zbierać kolekcję.

    Też bym mogła w plażowych japonkach występować w chałupie, ale jakoś mi siedzi w głowie, że japonki na co dzień są niezdrowe, może niesłusznie. Przypomniałaś mi, że moje domowe klapki mam najdłużej ze wszystkich butów, ponad cztery lata, kupione za dychę w sklepie z chińszczyzną na poznańskich Jeżycach, wietrzone tydzień przed pierwszym założeniem, bo tak waliły toksycznym plastikiem, aktualnie nie zdradzają wieku. Noszę je prawie cały czas, nie umiem w skarpetkach wytrzymać w domu, tak samo w jakichś cieplejszych kapciach, nawet w zimie, na chodzenie boso za rzadko sprzątam.

    Konkubent mój to w ogóle ma dziwnie, z jednej strony potrafił dekadę nosić buty z wojska jako jedyną parę na cztery pory roku (już ich nie ma, dorobił się kilku innych par, ale wciąż mniej niż ja), z drugiej jest takim zbieraczem rzeczy absudalnych (jakichś kart, smyczy, rzeczy trudnych do opisania czasem), że zapłakać się czasem idzie, zwłaszcza jak ma fazę "sprzątania" i pokazuje mi jeden przedmiot po drugim opowiadając skąd to cały boży dzień.
  • teresa104 18.06.17, 09:57
    Widziałam na gazecie.pl tekst o szkodliwości butów i pani bodaj ortopeda japonki uważała za bardzo szkodliwe (bardziej od szpilek) dla osób z jakimiś problemami stopy, że niby prowokują odruchowe trzymanie buta palcami i to może skutkować haluksem i bolesnymi skurczami. Przyjrzałam się dokładnie swoim stopom w trakcie chodu w japonkach i palce w powietrzu mam wręcz rozcapierzone. Ale nie ma nic gorszego od japonek za luźnych, wtedy jest walka.
    Tak czy siak ja lubię, chodzę, nic mnie w nich nie boli, nie obciera, zeszłam całe miasta w japonkach i tylko współczułam towarzyszom marszu bąbli i bólów wywołanych u nich ich wypaśnymi butami "do chodzenia". Tyle że ja w ogóle dużo chodzę i to mnie uodparnia na część problemów niedzielnych piechurów.
  • yaga7 18.06.17, 13:39
    Na szczęście ludzie są rózni ;) Ja w japonkach nie przeszłabym pięciu metrów (mam, służą mi na wakacjach jako klapki pod prysznic i tyle), a w butach do chodzenia bąbli czy odcisków nie miewam ;)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • turzyca 19.06.17, 23:16
    >A widzisz, ja zajeżdżam buty bardzo szybko odkąd pojawiła się opcja na celowe postarzanie produktu czy cokolwiek (kiedyś też nosiłam latami, tak samo ubrania, elektronika). Z jednej strony to trochę wbrew mnie, bo lubię używać rzeczy długo, ale z drugiej co zrobić. Dwóch lat w jednym kawałku nie wytrzymały np. buty Ecco czy Rieker, więc to chyba nie to, że jakoś źle wybieram. Gdybym je mogła nosić dłużej, to też bym może zaczęła zbierać kolekcję.


    Do potwornej kolekcji butow przymusila mnie wyprowadzka do Niemiec, gdzie praktycznie wypadlam z rozmiarowki dolem. Czyli jak nie mialam butow w zapasie to nie moglam kupic niczego na zamiane rozpadnietych, bo po prostu w calym miescie nie bylo ani jednej nadajacej sie pary. Raz taka groze przezylam, nagle rozpadly mi sie oficerki, a przede mna caly dzien zwiedzania wykopalisk w lutym (pod dachem, ale jednak w lutym) czyli cieple i wygodne buty absolutnie niezbedne i w calym miescie w zadnym sklepie nie bylo niczego (obdzwonilam wszystkie obuwnicze), na szczecie przesylka z WB doszla w ciagu trzech dni. Ale w efekcie kazdego modelu buta mam co najmniej dwie pary.
    Efekt jest taki, ze one mi sie praktycznie nie rozpadaja, moze dlatego ze buty maja czas na odpoczynek, wyschniecie, na powrot do stanu pierwotnego, wchloniecie pasty i reszty konserwantow. Jak tak patrze, to czesc moich butow ma ponad 10 lat i nadal wygladaja dobrze.

    Moze wiec jest na odwrot? Moze to spora kolekcja pozwala na dlugie noszenie poszczegolnych egzemplarzy?

    --
    Kółka się kręcą?
  • zarin 20.06.17, 06:02
    Przede wszystkim wyglądają dobrze właśnie dlatego, że mają ponad 10 lat. Kilkanaście lat temu produkowano inaczej. Taki paradoks, że łatwiej mieć buty 10-letnie, niż 3-4.

    Chociaż nad taktyką dwóch par z danej partii też się od jakiegoś czasu zastanawiam.
  • mszn 20.06.17, 15:51
    >w związku z tym dopasowanej do okazji odzieży się nie potrzebuje lub, z rozmysłem lub nieświadomie, stosuje się odzież do okazji nie do końca lub nie zawsze dobraną. I nic w tym zresztą złego, to tylko kurtka, tylko buty, tylko torba, można też tak.

    No właśnie, ja mam chyba dużo większą tolerancję na kombinowanie, jak tu dopasować istniejącą odzież do okazji (czy to wodno-termalnej, czy społecznej) - albo, zdarza się, okazję do odzieży. Ale w sumie rozumiem, że można chcieć mieć ten problem rozwiązany przez posiadanie większej ilości różnorodnych narzędzi po prostu.

    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • 100krotna 17.06.17, 22:38
    Mnie niezmiennie fascynuje to, że 90% rozmów o minimalizmie, jakie w sieci widuję, zaczyna sie od ubrań. Skąd to się bierze, że akurat ubrania często są tym, co sprawia, że ludzie zaczynają się czuć przytłoczeni rzeczami.

    Ja chyba w ogóle nie czuję się przytłoczona. Jeszcze. Bo kontynuując kompulsywne kupowanie tego i tamtego, to pewnie mogłabym za jakiś czas zacząć się czuć. Ale z mojej szafy to jestem zadowolona - doszłam do stanu równowagi "mam się w co ubrać/nie mam rzeczy które zajmują miejsce ale ich nie noszę". Co nie zmienia faktu, że ubrań mam dużo, może dlatego, że nie mam jednego konkretnego stylu, raczej ze trzy różne. Lubię i bawi mnie to, smuto byłoby mi bez nich :-) Trochę też potrzebuję, inne ciuchy mam do pracy, inne codzienne, inne okazyjne i ultrakobiece, inne do wędrówek górskich, na narty, do biegania i siłowni, na rower, robocze...

    ...z niewielkim plecakiem i poczuciem wolności. I tak mi się chyba wtedy nałożyła ta wolność od złych doświadczeń z wolnością od dobytku, i w zasadzie od tamtej pory jakoś tak stan posiadania sobie organizuję, żeby zawsze móc się bez większych problemów praktycznie od ręki przeprowadzić.

    Współczuję doświadczeń i chyba rozumiem schemat. A częste przeprowadzki na pewno nie pomagają.

    Co do jedzenia - nigdy nie marnowałam, wręcz nam trochę zaopatrzenie lodówki kuleje i częściej zauważamy, że czegoś brakuje (w tej chwili np. masła) niż zdarza nam się coś zepsuć/wyrzucić.

    Nie robię wielkich czystek w domu, mimo że czuję, że mam więcej rzeczy, niż potrzebuję i chcę mieć

    Dlaczego chcesz mieć mniej rzeczy? Niezłośliwie pytam, z wypowiedzi zrozumiałam, że masz bardzo niewiele, dlatego ciekawi mnie, czemu chcesz mieć mniej.


    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • mszn 20.06.17, 15:20
    > Dlaczego chcesz mieć mniej rzeczy? Niezłośliwie pytam, z wypowiedzi zrozumiałam, że masz bardzo niewiele, dlatego ciekawi mnie, czemu chcesz mieć mniej.

    Wiesz co, dzięki, że mi to pytanie zadałaś, bo się musiałam zastanowić, skąd mi się to przekonanie wzięło, a raczej dlaczego się utrzymuje. I tak. Przede wszystkim jednak chodzi mi o przeprowadzki; w tym roku po raz pierwszy przeprowadzałam się międzynarodowo na raz, posiadając już rzeczy kuchenne, pościel, etc. - a to jednak zwiększa dramatycznie kubaturę dobytku; inaczej to wygląda, jak się ma walizkę ubrań i trochę książek, a inaczej, jak do tego jeszcze są garnki, szkło, pościel, itd., nawet jeśli nie jest tego dużo w porównaniu do mieszkań normalnych ludzi. I stąd mi został dyskomfort w głowie, że może dałoby się z czegoś zrezygnować.

    Ale jak się po mieszkaniu rozglądam, to jednak prawie wszystko lubię, używam, chciałabym mieć już na stałe, nawet jeśli trzeba się z tym przez pół Europy targać (ogólnie łatwiej by było, gdyby w mojej branży pracodawcy płacili za przeprowadzki międzynarodowe, ale zwykle taka sugestia traktowana jest jako dobry żart).
    Mam trochę książek, do których już na pewno nie wrócę (ostatnio naliczyłam koło 80, ale myślę, że ostatecznie skończy się bardziej w okolicach 150), ale leżą w Polsce i nie ma kiedy i jak ich wysłać w świat. Plus na przykład książki moich znajomych, z których też nie korzystam - no ale lubię znajomych. Swojej książki mam dziesięć sztuk zamiast jednej, ale mam nadzieję, że uda mi się jeszcze ją dziewięciu osobom wcisnąć, tfu, podarować. :) Niech innym leży.
    Mam za dużo piżam na przykład :) - ale to jest właśnie jedna z tych kategorii, że nie ma sensu teraz się tego pozbywać, tylko czekam, aż same umrą i już nie odkupię tyle samo.
    I staniki, w rotacji jest może z pięć, a zalega tyle, że wstyd. Z racji przeszłości stanikomaniackiej nie umiem ich po prostu wrzucić do kontenera na odzież, a zebranie się do wysłania ich w świat w jakiś lepszy sposób trwa i trwa.

    A jeszcze wracając do ciśnienia na kupowanie i nawyku chodzenia do galerii (z Twojego oryginalnego posta). Dużo w tym jest siły nawyku i automatyzmu; jak już raz uda nam się wypracować inne nawyki - inną trasę przez miasto, sposoby na weekend, np. - to potem już idzie samo i nie trzeba ze sobą walczyć.

    Tak swoją drogą, czego ty kupujesz za dużo, skoro żywności, ubrań, kosmetyków, elektroniki nie? :) W mojej prywatnej kategoryzacji to już są praktycznie wszystkie rzeczy, poza jeszcze książkami (ale tu nie ma, że za dużo ;)), jakimiś gazetami może. No, i środki czystości. Przybywa Ci za dużo środków czystości? :D

    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • yaga7 20.06.17, 16:14
    Skoro uważasz, że nie może być za dużo książek, to zapraszam ;) Ostatnio pozbyłam się kilkudziesięciu książek młodzieżowych (akcja była), sprzedałam jakieś kilkanaście, w tym regale w niektórych kostkach mam po trzy rzędy ksiażek. I to oczywiście nie koniec, czy nie połowa. Ale dzielnie sprzedaję i oddaję dalej.
    Natomiast wiem, że w przypadku przeprowadzek większość poleciałaby pewnie do jakiegoś storydża, bo nie wyobrażam sobie z tym się przeprowadzać.


    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • mszn 20.06.17, 19:50
    O, regał z Ikei 5x5 :)

    >Natomiast wiem, że w przypadku przeprowadzek większość poleciałaby pewnie do jakiegoś storydża, bo nie wyobrażam sobie z tym się przeprowadzać.

    Mój chłopak ma ten regał 4x4 wypełniony po obu stronach. Mieszka w Holandii, właśnie dostał pracę na południu Niemiec (na dwa lata, w porywach do 5, jak nam granty wyjdą) - i właśnie uznał, że bez WSZYSTKICH swoich książek żyć nie umie i przeprowadzi się z nimi. A ja siedzę cicho, okiem znawcy patrzę na naiwnego, który jeszcze nigdy nie przerabiał międzynarodowej przeprowadzki, i ten optymizm mnie urzeka ;) Tym bardziej, że już w tej chwili wiadomo, że nie będzie miał osobnego mieszkania, tylko jakiś pokój tylko.

    Ja mam tak naprawdę większość książek u rodziców, więc poniekąd też storydż. Ze sobą takich kostek ikeowych jednostronnie mam z dziesięć góra, z czego cztery to praca.

    Hehe, gorzej, jak to się skończy tak, że on te książki do mnie zwiezie...


    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • yaga7 16.06.17, 12:10
    Nigdy nie chodziłam do galerii handlowych dla przyjemności :D Dla mnie jest tam zawsze za dużo ludzi, a wtedy gdy jest mało, to ja robię inne rzeczy ;)

    Okres kompulsywnego internetowego zakupoholizmu miałam jakiś czas temu, na pewno znacznie, znacznie się zmniejszył, natomiast na konsekwencje cierpię do tej pory - w takim sensie, że szkoda mi wyrzucić czy oddać po kosztach pewne rzeczy, więc zajmują miejsce, aczkolwiek powoli zmniejszam stopień zagracenia.
    Inna sprawa, że nigdy się nie przeprowadzałam, więc nigdy nie miałam potrzeby ogarnięcia tego wszystkiego w krótkim czasie.

    Do second handów kiedyś nie miałam kompletnie czasu (siedziałam i pracowałam całymi dniami, więc łatwiej było kliknąć parę razy w przerwie niż gdzieś wyjść), natomiast teraz mam więcej czasu, może spróbuję, bo wiem, że można trafić na perełki.

    Kompletny minimalizm czy capsule wardrobe itp. kompletnie do mnie nie przemawia. Tak samo nie przemawia do mnie pozbywanie się czegoś na siłę, na zasadzie, że coś jest trendy. Zresztą ja w ogóle nie robię rzeczy, które są trendy, robię to, co mi się podoba ;) I tak, uważam, że trzeba znaleźć złoty środek, ale każda osoba ma ten środek gdzie indziej.
    U mnie w domu jest tak, że złoty środek mojego męża jest kompletnie w innym miejscu niż mój, więc powoli staramy się spotkać w jakimś naszym wspólnym, idzie ciężko, bo ja jestem chomik na odwyku, a on jest normalny ;)


    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • 100krotna 17.06.17, 22:16
    Nigdy nie chodziłam do galerii handlowych dla przyjemności :D Dla mnie jest tam zawsze za dużo ludzi, a wtedy gdy jest mało, to ja robię inne rzeczy ;)

    Ja czasami chodziłam dla przyjemności, czasami dla towarzystwa, zdarzało się, że czekałam kilka godzin na partnera, po pracy, a pogoda nie pozwalała na włóczenie się po mieście. Regularnie też, po kolejnej wypłacie, szłam z nastawieniem: kupię sobie coś ładnego, przecież zasłużyłam ;-) Tego ostatniego się pozbyłam.

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • kis-moho 16.06.17, 13:17

    > A jak to wygląda u Was? Czy podążacie za trendami? Kupujecie ubrania, elektroni
    > kę, zmieniacie dodatki w domu raz na sezon? Jesteście minimalistkami, kupujecie
    > rzadko i bardzo świadomie, dbając o ekologię i filozofię fair trade?

    A "minimalizm, ekologia i filozofia fair trade" to przypadkiem tez nie trendy? ;)
    Nie rozkminiam, patrze na rachunek potrzeb i mozliwosci. Potrzebna mi jest nowa bluzka. Czy dlatego, ze pojawila sie nowa sytuacja, na ktora potrzebuje nowych ubran (nowa praca, sport, uroczystosc, ciaza, whatever), czy dlatego, ze te co mam mi sie znosily, a moze znudzily, a moze mam zly humor? Czy mam na nia miejsce ew. czy je zrobie oddajac/wyrzucajac stare? Z drugiej strony - czy moge na nia wydac ta kwote? Szybki bilans i kupuje albo nie. Mozna nazywac minimalizmem, ja preferuje zdrowy rozsadek :P
  • 100krotna 17.06.17, 22:08
    A "minimalizm, ekologia i filozofia fair trade" to przypadkiem tez nie trendy? ;)

    To zależy jak rozumiemy słowo trendy, ja chciałam użyć w znaczeniu "chwilowej mody".

    Czy minimalizm to chwilowa moda? Nie wiem :) Niezbyt dobrze też rozumiem tę potrzebę, być może dlatego, że wywodzę się z rodziny chomików.

    Czy fair trade i ekologia to trendy? Mam nadzieję, że nie ;)

    Co do twojego podejścia do kupowania - fajne i racjonalne, ale chyba nie minimalistyczne. Minimalizm rozumiem np. jako świadome dążenie do posiadania jak najmniejszej liczby przedmiotów :)


    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • kis-moho 18.06.17, 09:35

    >
    > Czy fair trade i ekologia to trendy? Mam nadzieję, że nie ;)

    Ja jestem stary cynik i obawiam się że prawdziwe zmiany które na coś w skali planety by miały wplyw są dużo trudniejsze, także politycznie, do zrealizowania. Być może wielkomiejskie ruchy konsumenckie maja jakis wplyw ale bym go nie przeceniala.

    > Co do twojego podejścia do kupowania - fajne i racjonalne, ale chyba nie minima
    > listyczne. Minimalizm rozumiem np. jako świadome dążenie do posiadania jak najm
    > niejszej liczby przedmiotów :)
    >
    >
    Ależ ja się nie uważam za minimalistke. Ja tylko minimalizuje czas który poświęcam na takie sprawy ;)
  • turzyca 19.06.17, 23:24
    Wiesz, mam praktycznie idealnie tak samo. I czasem mam wrazenie, ze przypadkiem i zupelnie bezwysilkowo mam to, do czego wiele osob strasznie usilnie dazy. Od lat mam szafe, w ktorej wiekszosc rzeczy do siebie pasuje i to mimo kilkukrotnej radykalnej zmiany stylu, a kupowanie nowych rzeczy jest sensownym kompromisem miedzy sprawianiem sobie przyjemnosci, realnymi potrzebami, posiadanymi zasobami zarowno finansowymi jak i lokalowymi (jestem fanka malych mieszkan) i w ogole nie musze sie nad tym zastanawiac.

    Uznaje to za rekompensate za caly wysilek, ktory musze wkladac, zeby byc choc troche punktualna, a co innymi przychodzi rownie bez zastanowienia.

    --
    Entropia i chaos dnia codziennego
  • mniickhiateal 16.06.17, 21:37
    100krotna napisała:

    >
    > * Linkuję bardzo miły filmik o
    > fast fashion
    jednej z lubianych przeze mnie youtuberek. (po angielsku)

    OMG, ja też strasznie lubię Justine! Fajnie, że tak szybko zyskuje na popularności.

    --
    #liveauthentic
  • 100krotna 17.06.17, 21:52
    Jak dla mnie ta dziewczyna mogłaby mówić o smarowaniu chleba masłem, uwielbiam jej słuchać. Zakochałam się (platonicznie) w jej sposobie mówienia i śmiechu :) Przypuszczam, że w wiele dziewczyn z podobnymi uczuciami ogląda Lisę Eldrige.

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • zarin 17.06.17, 05:58
    Dla mnie jedno i drugie to fiksacja na rzeczach. Jakoś mi tak naturalnie wychodzi - albo może mam zawsze za mało pieniędzy, albo za dużo razy się przeprowadzałam - że mam tyle, ile potrzebuję i używam lub trochę mniej. Przy czym wymyślanie zadań typu pozbądź się 100 przedmiotów to też jakiś kosmos.
  • maggianna 20.06.17, 17:49
    Po przeczytaniu dyskusji stwierdzam ze jestem wybredna zakupoholiczka. Galerii handlowych nie lubie, jak chodze to glownie towarzysko, jak juz jade do sklepow to spedzam tam prawie caly dzien zebym nie musiala wracac przez kolejne pol roku albo i dluzej. Zakupy ubraniowe, buty i cala chemie gospodarcza kupuje przez internet, ale potrafie na raz kupic 3 czy 4 pary butow.

    Zastanawialam sie skad to sie wzielo i wydaje mi sie ze to odreagowanie z czasow mlodosci gdzie ze wzgledu na duzy rozmiar i dramatyczna sytuacje w sklepach w zasadzie nie mialam sie w co ubrac i nosilam jedne spodnie i jedne buty przez caly rok az sie nie podarly.
    Rozmiar udalo mi sie zmniejszyc na tyle ze wchodze w wiekszosc marek, rynek sie zmienil i nie mam problemu ani z kupnem ubran ani butow (przy rozmiarze 41-42 jako nastolatka chodzilam glownie w meskich) wiec z tego szczescia i dostepnosci kupuje bo w koncu moge.

    Ubran mam duzo za duzo, do tego slabosc do butow i torebek i zwyczajnie nie miesci mi sie to wszystko w szafach. Co jakis czas robie porzadki, przegladam, oddaje czy wyrzucam ale nadal jest za duzo. Ubran mam na tyle ze wywiozlam do swojego faceta zapas ubran (w tym ciuchy i buty do cwiczen, buty na rozne okazje, pelne zestawy letnie i zimowe i bielizne) i do tego calkiem spory zestaw kosmetykow i przyborow do makijazu i nawet nie zauwazam braku tych rzeczy.

    Ostatnio staram sie kupowac mniej, kupuje gdy cos mi jest niezbedne lub poprzednie nalezy wyrzucic, choc zdarza mi sie kupowac na zapas - jak pasuja mi bardzo jakies spodnie czy buty to kupuje druga pare bo wiem ze potem bede zalowala.
    Niestety nie dotyczy to torebek :-(

    Lubie rzeczy dobrej jakosci i w miare porzadnie uszyte ale mam blokade kupowania za pelna cene - albo czekam na wyprzedaze albo targuje sie w sklepach o znizke lub poluje na promocje.

    Gdy po 2 latach od wyprowadzki od Rodzicow wyjezdzalam za granice to moj dobytek (poza ksiazkami i drobnym AGD) zmiescil sie w 3 walizkach, jak wracalam po 5 latach to jechala firma przeprowadzkowa z polowa kontenera, teraz mysle ze potrzebowalabym 1,5 kontenera zeby sie wyprowadzic. A poniewaz wyglada na to ze czeka mnie przeprowadzka, to zaczynam powoli przegladac swoje rzeczy i zastanawiac sie co jest mi faktycznie niezbedne a co powinnam oddac lub wyrzucic (na szczescie za ewentualna przeprowadzke zaplaci pracodawca).

    Mieszkanie odnowilam 7 lat temu i poza malowaniem nie planuje remontow (chyba ze cos trzeba wymienic), kosmetyki czy chemie gospodarcza kupuje na zapas (rowniez na promocjach) ale dopiero jak jestem w polowie opakowan.

    Nie lubie wyrzucac jedzenia wiec zakupy zywieniowe robie z lista, wszelkie owoce czy warzywa tez kupuje na sztuki a nie na wage, jak nawet kupie cos z poza listy to planuje tak zeby to zjesc i rezygnuje z pozycji na liscie, lub korzytajac z promocji robie zapasy ale wtedy dokladnie sprawdzam daty waznosci i w szafkach te nowo kupione ale z najdluzsza data stawiam na koncu.

    Najbardziej jednak lubie podroze i dla biletu lotniczego jestem w stanie zrezygnowac z wszystkich innych zakupow, umiem sie tez spakowac na miesiac w walizke podreczna i tak w polowie wyjazdu stwierdzam ze zabralam za duzo ubran :-)
  • mszn 20.06.17, 19:57
    >Ubran mam na tyle ze wywiozlam do swojego faceta zapas ubran (w tym ciuchy i buty do cwiczen, buty na rozne okazje, pelne zestawy letnie i zimowe i bielizne) i do tego calkiem spory zestaw kosmetykow i przyborow do makijazu i nawet nie zauwazam braku tych rzeczy.

    To może resztę możesz przy przeprowadzce zostawić w kraju i też nie zauważysz różnicy ;D

    Ja też powoli przekonuję się do zdublowania niektórych rzeczy, żeby trzymać u faceta i nie wozić w tę i z powrotem. Np. matę do jogi, jakieś podomowe ubrania. Tylko że już na zapas się martwię, że za kilka lat zamieszkamy razem i nagle będę miała za dużo wszystkiego. Może najwyższy czas się przestać głupio martwić.

    --
    lepiejblog.wordpress.com
  • maggianna 20.06.17, 20:35
    Moze resztę to nie, ale myśle ze gdybym zabrała polowe tego co mam to by spokojnie wystarczyło na pare lat :-)

    Dublowanie polecam, zwłaszcza gdy tak jak w moim przypadku trzeba płacić za bagaż i walizka kabinowa kosztuje tyle co bilet. Jestem przygotowana na wszystko bo mam ostatnio pecha i jak wylatuje z Wawy to jest 28 st, a ląduje 1,5 h później w deszczu i 14 st.
    Poza tym przestałam traktować to jak podróż, biorę rano torebkę i wychodzę z domu nie zastanawiając sie czy wszystko zabrałam, a przy okazji czuje sie jakbym jeździła do drugiego domu a nie z wizyta co stwarza pozory normalności :-)

    Poza tym, pamietajac o Twoich uwagach kosmetykowych, gdy jechałam na rozmowę o prace i mogłam nadać walizkę bez opłat, zapakowałam zapasy kosmetyków (olejków, szamponów, płynów do mycia ciała). Następnym razem zrobimy zapasy w DM w Niemczech.

    Myśle ze najwyższy czas przestać sie głupio martwić :-) i co najwyżej przez pare lat po wspólnym zamieszkaniu zaoszczędzisz na zakupach bo będziesz miała zapasy.
  • yaga7 20.06.17, 21:42
    Ja myślę, że moje kupowanie jest z kolei odreagowaniem dzieciństwa w PRL-u, gdy bardzo zazdrościłam wszystkim, którzy mieli rodzinę na Zachodzie i dostawali paczki. Więc jak w końcu miałam za co, to kupowałam ;)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.