Dodaj do ulubionych

Weekendowe zycie towarzyskie

03.02.18, 13:42
Skoro forum nam ciut odzylo, zakladam nowy watek o niezobowiazujacej tematyce obyczajowej.

Czy w weekendy prowadzicie zycie towarzyskie bez patnerow? Ostatnio zauwazylam, ze z nikim sie nie mozna umowic w weekend, bo wszyscy spedzaja czas z partnerem, rodzina etc. A juz matki z dziecmi to w ogole niewdzieczny material na spotkania weekedowe.

Czy tylko ja jestem taka nierodzinna i nie pielegnuje wiezi rodzinnych w kazdy weekend 24h na dobe, czy o co chodzi?
Edytor zaawansowany
  • metia 04.02.18, 00:12
    Wiesz, że ja bym się zawsze z Tobą umówiła, ale daleko :(

    A w temacie - ja życie towarzyskie bez chłopa prowadzę, jak najbardziej, ale 90% znajomych mamy wspólnych, więc w 90% wypadków wychodzimy wspólnie. Rodzinę mam na miejscu i widuję regularnie, więc nie ma problemu. Ale nie mamy dzieci, którym trzeba w weekend zapewnić opiekę/rozrywkę, i mamy dość nienormowaną pracę. A o połączenie tych dwóch czynników się kwestia spotkań zazwyczaj rozbija. Przy połączeniu pracy (poza domem) na pełen etat obojga rodziców i dzieci ilość wspólnie spędzanego w tygodniu czasu wcale nie jest duża, więc nie dziwię się, że ludzie chcą to sobie odbić w weekend.
  • kaga9 04.02.18, 00:40
    Jeśli nie prowadzę życia towarzyskiego, to się nie odzywać?;)

    U nas rzecz rozbija się głównie o to, że mąż pracuje poza miejscem zamieszkania i na tygodniu nie wszystko da się bez niego ogarnąć, no i wtedy właśnie przydaje się weekend. Przyznaję też, że jestem średnio towarzyska (cholera. W ogóle nie jestem towarzyska) i jeśli oprócz sprzątania chałupy w sobotę mam jeszcze się wywlekać gdzieś albo coś szykować w domu, to serio wolę posiedzieć z kubkiem grzańca pod kocem. W niedzielę udzielamy się rodzinnie, niezupełnie z wyboru, ale taki lajf.
  • mniickhiateal 04.02.18, 08:25
    sbarazzina napisała:

    > Skoro forum nam ciut odzylo, zakladam nowy watek o niezobowiazujacej tematyce o
    > byczajowej.
    >
    > Czy w weekendy prowadzicie zycie towarzyskie bez patnerow? Ostatnio zauwazylam,
    > ze z nikim sie nie mozna umowic w weekend, bo wszyscy spedzaja czas z partnere
    > m, rodzina etc. A juz matki z dziecmi to w ogole niewdzieczny material na spotk
    > ania weekedowe.
    >
    > Czy tylko ja jestem taka nierodzinna i nie pielegnuje wiezi rodzinnych w kazdy
    > weekend 24h na dobe, czy o co chodzi?

    Ja jestem skrajnie nierodzinna i aspołeczna, co aktywnie przekładam w czyn będąc singlem, nie tak jak różne obłudne osoby sparowane po kryjomu.

    Dwójka moich najlepszych przyjaciół jest w wieloletnich związkach, ale nie powstrzymuje ich to przed spotykaniem się ze mną/nami w wersjach bez partnerów. Nie są to jakieś niesamowicie długie nasiadówy, np. wyjście na 1-3 godziny na kawę/posiłek/kino/spacer, ale jak najbardziej regularnie wygospodarowują ten czas, nie wyglądają na cierpiących i ich związki też się od tego nie rozpadają. Szczególne odznaczenie dostaje tu moja najlepsza przyjaciółka, która się jakiś czas temu rozmnożyła, ale choćby się waliło i paliło, raz w tygodniu przynajmniej godzinę na Skypie rozmawiamy jak dorosłe i bez jej dziecka drącego mordę w tle, gdyż dziecko to ma również ojca. Z ich partnerami też coś niekiedy robimy, zwłaszcza jeśli okazja wymaga podróży albo poświęcenia całego weekendu, ale też wtedy raczej skupiamy się na aktywności, a zbiorcze rozmowy są znacznie bardziej ple-ple i small talkowe. Mam też kilkoro innych bliskich znajomych, ale ich związkowców akurat też dość równoprawnie lubię i często się widujemy z nimi - ale też czasem bez, zwłaszcza jak są słomianym wdowieństwem.

    Podsumowując, moim zdaniem jest to kwestia przypisania relacjom niezwiązkowym i nierodzinnym wartości, i pielęgnowanie ich. Wiem, że po sparowaniu jest pokusa patrzenia już tylko w oczęta partnera i/lub bachorstwa, ale to jest krótkowzroczne (tak, 2-15 lat to jest krótka perspektywa), i są osoby, które po prostu świadomie pielęgnują przyjaźnie. Na starość pewnie im to zaprocentuje.

    --
    Karl who?
  • kaga9 04.02.18, 21:01
    mniickhiateal napisała:

    Wiem, że po sparowaniu jest pokusa
    > patrzenia już tylko w oczęta partnera i/lub bachorstwa, ale to jest krótkowzro
    > czne (tak, 2-15 lat to jest krótka perspektywa), i są osoby, które po prostu św
    > iadomie pielęgnują przyjaźnie.

    No widzisz. Po moim sparowaniu (a singielką byłam długo) to nie ja zrezygnowałam z "przyjaźni", tylko "przyjaciółki" ze mnie. Tak to widzę z perspektywy czasu. Nagle przestałam spełniać swoją funkcję społeczną dostępnej 24/7, gotowej wysłuchać i pocieszyć wtedy, kiedy one chciały, zwłaszcza że w drugą stronę to jakby nie obowiązywało. Bardzo to przeżyłam i dałam sobie spokój z szukaniem nowych przyjaciółek.

    Z Kagiem wyjeżdżam, chodzę do kina, na mecze i na zakupy, także ciuchowe, plotkujemy, chodzimy na koncerty, robimy sobie domowe spa i malujemy ściany. Mam męża, przyjaciela i przyjaciółkę w jednym i kurczę, nie, nie zamieniłabym tego na grono przyjaciół ani żadną liczbę znajomych. Pewnie to kwestia ekstra- i introwertyczności, ja jestem zdecydowanie intro. Jedną przyjaciółkę mogłabym mieć, ale już mi się chyba nie chce pracować nad budowaniem relacji i zastanawianiem się, czy dostanę 100% lojalności za setkę z mojej strony.

    Tak że pielęgnujmy to, z czym nam w życiu dobrze, każdemu z czym innym, wiadomo :)
  • mniickhiateal 04.02.18, 21:30
    kaga9 napisała:

    > . Nagle przestałam spełniać swoją funkcję społeczną dostępnej 24/7, gotowej wys
    > łuchać i pocieszyć wtedy, kiedy one chciały, zwłaszcza że w drugą stronę to jak
    > by nie obowiązywało.

    Yyyyy. Ale co dokładnie masz na myśli? Jak przestałaś spełniać? W moich przyjaźniach zawsze obie strony dbały o proporcje, tj. pensjonarskie ja jęczę pół godziny - ty jęczysz pół godziny. I nikt się nie foszy, na jakiż to temat aktualnie są dane jęki, czy na podłość facetów, ceny sukienek ślubnych czy teściowych, pracę czy pryszcze. Więc jeśli przestałaś słuchać, lub stwierdziłaś, że od teraz tylko herbatki i podziwianie pierścionka zaręczynowego, to nie zdziwię się, jeśli z punktu widzenia twoich eks-przyjaciółek sprawa wygląda inaczej.

    > Mam męż
    > a, przyjaciela i przyjaciółkę w jednym i kurczę, nie, nie zamieniłabym tego na
    > grono przyjaciół ani żadną liczbę znajomych.

    Pracuję w takiej branży, że dywersyfikacja wendorów jest mi bardzo bliskim pojęciem. Tak tylko mówię.

    Pewnie to kwestia ekstra- i introw
    > ertyczności, ja jestem zdecydowanie intro.

    Ahahahaha. Jestem tak intro, że inni intro mi do pięt, więc dziękuję za ten argument. Pewnie właśnie przyjaźnie leżą mi bardziej, niż bardziej czasointensywne relacje, ale podtrzymuję swoje relacje, bo mi zależy.

    --
    The Last Frontier
  • kaga9 04.02.18, 22:15
    Mnii, strasznie agresywnie tu dla mnie brzmisz. Może nie taką miałaś intencję, ale serio;)

    Nie wiem, dlaczego założyłaś, że to ja zniszczyłam swoje przyjaźnie. Nie przestałam słuchać, przestałam mieć stuprocentową dostępność, i to mam na myśli, pisząc o swojej ówczesnej funkcji. To były takie relacje, kiedy mama mnie o coś prosiła, a ja mówiłam: mamo, nie mogę wtedy, X ma problem i obiecałam wysłuchać. A z drugiej strony, to znaczy od przyjaciółek, dostawałam: taak, wiem, że byłyśmy umówione, ale M. napisał, że wpadnie posiedzieć, więc sorry. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że w każdej przyjaźni jest "pies" i "kot". No więc ja zawsze byłam tym "psem". U mnie nie było symetrii, o której wspominasz.

    > Pracuję w takiej branży, że dywersyfikacja wendorów jest mi bardzo bliskim poję
    > ciem. Tak tylko mówię.

    A ja pracuję w takiej branży, że nie mam pojęcia, czym jest dywersyfikacja wendorów, więc się nie odniosę.

    Pewnie właśnie przyjaźnie leżą mi bardziej, niż bardziej czasointensywne
    > relacje, ale podtrzymuję swoje relacje, bo mi zależy.
    >
    No właśnie. Ja też podtrzymuję relację, na której mi zależy:)
  • mniickhiateal 05.02.18, 08:41
    kaga9 napisała:

    > Mnii, strasznie agresywnie tu dla mnie brzmisz. Może nie taką miałaś intencję,
    > ale serio;)

    Wiadomo nie od dziś, że jestem szalenie zdecydowana w opiniach i działaniu. Nie do końca rozumiem, czemu miałabym być za to z troską napominana.

    > To były takie relacje, kiedy mama mnie o coś pro
    > siła, a ja mówiłam: mamo, nie mogę wtedy, X ma problem i obiecałam wysłuchać.

    Umyka mi jakoś groza sytuacji. Często mi się zdarza planować normalnie aktywności z rodzicielką w trybie "czy to nagłe, czy może poczekać, bo dziś nie mogę, mam kolidujące spotkanie towarzyskie; czy pasuje ci jutro?" Jeśli rodzicielka ma emergensję, przekładam spotkanie towarzyskie. Normalna sprawa.

    > z drugiej strony, to znaczy od przyjaciółek, dostawałam: taak, wiem, że byłyśm
    > y umówione, ale M. napisał, że wpadnie posiedzieć, więc sorry.

    No to bardzo niefajny, kolejny przykład priorytetyzacji relacji romantycznej nad przyjacielską. Też potępiam.

    > > Pracuję w takiej branży, że dywersyfikacja wendorów jest mi bardzo bliski
    > m poję
    > > ciem. Tak tylko mówię.
    >
    > A ja pracuję w takiej branży, że nie mam pojęcia, czym jest dywersyfikacja wend
    > orów, więc się nie odniosę.
    >
    > Pewnie właśnie przyjaźnie leżą mi bardziej, niż bardziej czasointensywne
    > > relacje, ale podtrzymuję swoje relacje, bo mi zależy.
    > >
    > No właśnie. Ja też podtrzymuję relację, na której mi zależy:)

    Zatem życzę, żeby była szczęśliwa, zadowalająca i starczająca na długo.

    --
    Karl who?
  • yaga7 05.02.18, 08:55
    mniickhiateal napisała:

    > No to bardzo niefajny, kolejny przykład priorytetyzacji relacji romantycznej na
    > d przyjacielską. Też potępiam.

    A dlaczego uważasz, że priorytetem ma być relacja z przyjaciółką, a nie relacja z narzeczonym/partnerem/mężem/konkubentem?

    Z drugiej strony, gdyby moja ówczesna przyjaciółka myślała tak, jak Ty, pewnie nie rozwaliłaby się nam przyjaźń, bo ona wybrała właśnie faceta, nie mnie ;)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • mniickhiateal 05.02.18, 10:14
    yaga7 napisała:
    > A dlaczego uważasz, że priorytetem ma być relacja z przyjaciółką, a nie relacja
    > z narzeczonym/partnerem/mężem/konkubentem?

    Ale gdzie ja to napisałam? Priorytetem jest zobowiązanie towarzyskie/czasowe, które się wcześniej podjęło. Jeśli jestem umówiona z przyjaciółką, to nie robię nowych planów z absztyfikantem, o ile nie jest to rzeczywiście jakieś niesamowicie pilne zdarzenie losowe typu "uciekam przed siepaczami Trumpa i już nigdy cię nie ujrzę, ukochana". Że już nie wspomnę o tym, że jeśli jaśnie absztyfikant by mi znienacka oznajmił, że oto on przychodzi właśnie posiedzieć i mam wszystko rzucić z tej okazji, to bym go wyśmiała.

    Nie mam złudzeń, że moja przyjaciółka nie woli jechać na 2-tyg wakacje, czy mieszkać, ze swoim mężem i dzieckiem, niż ze mną. Ale też jakoś nie mam potrzeby, żeby wolała mieszkać ze mną, bo mam z nią relację innego typu i koniec. O to mi właśnie chodzi, że przy minimum szacunku i chęci można mieć bardzo wiele różnych równie cennych relacji, bo z przyjaciółmi nie musisz na co dzień mieszkać, prowadzić wspólnego budżetu czy sypiać, możesz się z nimi spotkać raz na tydzień/miesiąc, czy pogadać przez telefon czy chat, i to w zupełności wystarcza.

    --
    Karl who?
  • yaga7 05.02.18, 10:23
    No tu napisałaś ;)

    > No to bardzo niefajny, kolejny przykład priorytetyzacji relacji romantycznej na
    > d przyjacielską.

    Ja właśnie ten tekst odebrałam tak, jak napisałam wcześniej.

    > Że już nie wspomnę o tym, że jeśli jaśnie absztyfikant by mi znienacka oznajmił, że oto on przychodzi
    > właśnie posiedzieć i mam wszystko rzucić z tej okazji, to bym go wyśmiała.

    Tu się na pewno z Tobą zgodzę.

    > przy minimum szacunku i chęci można mieć bardzo wiele różnych równie cennych relacji, bo z przyjaciółmi nie
    > musisz na co dzień mieszkać, prowadzić wspólnego budżetu czy sypiać, możesz się z nimi spotkać raz na
    > tydzień/miesiąc, czy pogadać przez telefon czy chat, i to w zupełności wystarcza.

    Nie byłabym pewna co do tego "minimum". Ewentualnie może inaczej to definiujemy. Mnie przy minimum chęci to raczej nie udało się nic utrzymać ;)




    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • kaga9 05.02.18, 19:37
    mniickhiateal napisała:
    > Wiadomo nie od dziś, że jestem szalenie zdecydowana w opiniach i działaniu. Nie
    > do końca rozumiem, czemu miałabym być za to z troską napominana.

    Napominana? W życiu! Zdziwiłam się po prostu. Możliwe, że to wiadomo nie od dziś, ale ja Cię poznać nie miałam okazji, a nasze rozmowy były dotąd w tonie żartobliwym.

    Miłego wieczoru:)
  • turzyca 04.02.18, 22:31
    >Bardzo to przeżyłam i dałam sobie spokój z szukaniem nowych przyjaciółek.

    A tego argumentu nie ogarniam. Sensowne byłoby dla mnie "dałam sobie spokój z podtrzymywaniem tej przyjaźni" i może "nauczyłam się zwracać uwagę na równowagę w przyjaźni".
    No ale ja odmiennie od Teresy nie uważam, żeby czas na zawieranie przyjaźni był tylko w młodości, różne fajne przyjaźnie nawiązałam w późniejszych okresach życia, a z drugiej strony przyjaźnie z młodości okazywały się iluzją, podobną do tej, którą opisałaś.


    --
    "Zaproszenie wykonane jest z białego gładkiego papieru i ma zaokrąglone rogi. Na rzeczenie Klienta rogi mogą pozostać ostre."
  • kaga9 04.02.18, 22:36
    turzyca napisała:

    > >Bardzo to przeżyłam i dałam sobie spokój z szukaniem nowych przyjaciółek.
    >
    > A tego argumentu nie ogarniam. Sensowne byłoby dla mnie "dałam sobie spokój z p
    > odtrzymywaniem tej przyjaźni" i może "nauczyłam się zwracać uwagę na równowagę
    > w przyjaźni".

    OK:) A ja miałam tak, jak napisałam.
  • teresa104 05.02.18, 15:26
    Całkowicie szczerze, nieudawanie i nietoksycznie Ci zazdroszczę przyjaźni zadzierzgniętych w później niż na studiach. Sama mam przyjaciół bardzo niewielu i, jeśli jeszcze ktoś się wykruszy, biada mi. Może masz więcej fartu i stąd biorą się Twoje inne obserwacje. Chyba że mamy też różne definicje przyjaciela. A może nie mam przyjacielskich przymiotów, też tak może być.

    Ponieważ do śmierci mam już bliżej niż do narodzin, choć tak niedawno to było, na relacje z ludźmi jestem wyczulona, wiem, że jakość tego krótszego odcinka w dużej mierze zależy od obecnej własnej inicjatywy, aktywności, na dobrą późną dorosłość;) trzeba sobie zasłużyć. Ale raczej przywykam do myśli, że będę coraz bardziej sama. Nie jest to myśl smutna, tylko wyzwanie większe.
  • turzyca 05.02.18, 22:26
    Jakiś czas temu biegłam do przyjaciółki, mając w torbie termicznej wyszarpnięte z zamrażarki żelazne racje. Bo zmarł jej mąż, więc założyłam, że potrzebuje wsparcia psychicznego i logistycznego. Jak się okazało, było nas osiem. Każda z koszyczkiem. I wtedy do mnie dotarło, jak można się przyjaźnić. Najstarsza z tych przyjaźni miała 50 lat, zaczęła się pierwszego dnia szkoły, najmłodsza miała niespełna rok i została zadzierzgnięta podczas kursu ornitologicznego. Wiem, że ta umiejętność tworzenia więzi jest częścią zawodu mojej przyjaciółki, ale są to też konkretne umiejętności, wzorce zachowań, które można opanować.

    Ja przez lata byłam bardzo zła w te klocki, tzn. w przekształcanie znajomości w przyjaźń, ale uznałam, że trzeba się tego nauczyć, bo przy trybie życia obejmującym przeprowadzki jest to podstawowa umiejętność. Zaczęłam podpatrywać mistrzów no i liczba przyjaźni mi się zwiększyła. I podniosła się też jakość, bo przestałam się bać utraty przyjaciół.


    --
    Wróżenie z fusów.
  • 100krotna 05.02.18, 22:53
    Turzyco, proszę, napisz chociaż odrobinkę o tym, co Ci się udało podpatrzyć od mistrzów. Bo dla niektórych to może być wiedza tajemna. Ja zawsze byłam "noga", a odkąd poznałam obecnego męża, to zrobiłam się jeszcze gorsza ;-)

    --
    Mam raczej niewielki biust, ale na szczęście równoważy go duża pupa ;)
  • yaga7 06.02.18, 07:08
    Ja też chętnie poczytam :)



    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • teresa104 06.02.18, 14:03
    Ja wiem, ja wiem!
    Bądź uważnym słuchaczem, okazuj wyraźne lecz nie nachalne zainteresowanie, inicjuj kontakty, odpowiadaj na maile i sms-y, sprzedaj czasem jakiś niekrępujący lecz intymny detal ze swojego życia, wykorzystaj zbieżne zainteresowania do dodatkowych spotkań i rozmów poza dotychczasowymi, bądź pomocna, przyjmuj pomoc. Wszystko to rób naturalnie, niewymuszenie, niech to płynie ze środka, dlatego powyższą listę zdejmij z lodówki w razie spodziewanej wizyty przekształcanego znajomego.
  • yaga7 06.02.18, 14:13
    :D

    Moje bycie uważnym słuchaczem zwykle kończyło się tym, że jak ja miałam problem, to nie miał mnie kto wysłuchać ;)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • kaga9 06.02.18, 14:29
    No właśnie o tym samym pisałam tam wyżej, w moim poście wyzalnianym;-)
  • teresa104 06.02.18, 16:28
    Kiedyś pewną facetkę, z którą przez dekadę rozumiałyśmy całkiem dobrze, zrobiłyśmy parę fajnych i mądrych spraw, nadawałyśmy na całkiem podobnym paśmie, spuściłam to Tartaru numerów zablokowanych. Niedbalstwem doprowadziła do tego, że zwolniono ją z pracy, oszustwami, że została z bardzo niskim świadczeniem, niewiedzą, niedbalstwem i knuciem że miała tłustą karę do zapłacenia, niepojętą apodyktycznością, że nie umiała dogadać się z dzieckiem i z żadnym ze swoich byłych mężów. Przez ponad dwa lata pomagałam, radziłam się radców, szukałam znajomych, pożyczałam pieniądze (nie odzyskałam i już nie chcę), ryłam w przepisach, szukałam ofert pracy (żadna nie była dobra), mediowałam z dzieckiem. I słuchałam, słuchałam, słuchałam. Po rozmowach na żywo chciało mi się umrzeć, po rozmowach telefonicznych miałam ucho zapaśnika. Bałam się jej telefonów, bałam się, że napisze mail, a ja znowu będę miała chandrę i kompletną niemoc do radzenia sobie z własnymi problemami, które przecież mnie nie omijały z tego powodu, że zajmowałam się cudzymi. I spuściłam. Nie zareagowałam też kilka lat później, gdy chciała odświeżyć kontakt. Pewno kara mnie czeka jakaś, albo właśnie ją odbywam. Niestety limit miłosierdzia nie jest u mnie nieprzebrany, jak się okazuje. Tak, była kobieta w dupie, tak, zostawiłam ją jak Revol Mackiewicza. I zawsze będę o tym pamiętać, tyle że wnioski mam zmienne w czasie, dlatego ta historia wciąż nie służy mi za morał.
  • mniickhiateal 06.02.18, 17:25
    teresa104 napisała:

    > Kiedyś pewną facetkę, z którą przez dekadę rozumiałyśmy całkiem dobrze, zrobiły
    > śmy parę fajnych i mądrych spraw, nadawałyśmy na całkiem podobnym paśmie, spuśc
    > iłam to Tartaru numerów zablokowanych.

    Mam 4 bardzo nieprzyjemnie byłe przyjaźnie, zakończone z podobnie upiornawych powodów. I co? I pstro, nie niweczy to mojej wiary w instytucję (tak jak upiorne historie związkowe nie niweczą waszej wiary w związki).

    --
    Decided to drop the cape.
  • teresa104 06.02.18, 22:13
    A i ja nie wątpię w przyjaźń. Ani w związki (tu wydaje mi się jednak, że poleganie na jednym człowieku, zwłaszcza takim najwspanialszym, uzależnienie wszelkich aktywności, dobrych zdarzeń od niego, niesie za sobą niebezpieczeństwo, że w razie utraty tego człowieka, na przykład jego śmierci, z życia zostanie tylko kupa gruzu. Gruz będzie zawsze, wiadomo, ale spod gruzu w którąś stronę trzeba móc i chcieć wypełznąć.).
  • kotwtrampkach 06.02.18, 19:09
    Tereso, może ona była fajną babką,ale potem zmieniła się w wampira.. Nie jesteśmy w stanie mieć fajnych relacji z ludźmi, którzy chcą nas wykorzystywać -to jest nierówna relacja i zawsze kończy się zmęczeniem lub zamordowaniem. To,że bliscy nam ludzie zmieniają się w ciągu życia w sposób dla nas nie do przyjęcia jest chyba niezależne od niczego. Możemy wprost mówić że coś nam się nie podoba i nie pasuje (lata przyjaźni czy znajomości zobowiązują do szczerości), ale nie mamy wpływu na to,co ów człowiek zrobi z komunikatem.
  • teresa104 06.02.18, 22:34
    Była fajną babką. A potem życie zaczęło jej się walić, a ona zaczęła się wyżalać. I z każdą rozmową odkrywałam nowe informacje, które zatajała, przedstawiała w innym świetle. Nie uważam, że można trzymać tylko z człowiekiem o podobnych poglądach i sposobie działania. Wszyscy też popełniamy błędy, nieraz grube, różnie motywowane. Dlatego moment ucięcia relacji z mojej strony nastąpił dużo później.
    Nie mam nawet dla siebie prostej odpowiedzi, która by mnie uspokoiła, jak to zazwyczaj bywa z prostymi odpowiedziami, czy postąpiłam właściwie i czy we właściwym momencie. Nie wiem tego po prostu i z tą niewiedzą zostanę.
  • kotwtrampkach 06.02.18, 19:25
    teresa104 napisała:

    > Ja wiem, ja wiem!
    > Bądź uważnym słuchaczem, okazuj wyraźne lecz nie nachalne zainteresowanie, inic (..)

    E tam.
    Miej czasem chęć i możliwość na spotkanie, rozmowę. Nie rób że spotkań wizyt i wizytacji (jak ktoś ma przyjść do mnie i czuję konieczność zrobienia mieszkania na błysk, ciasta i sałatki, srebrnych sztućców i zastawy - albo jak idę do kogoś i kupuję prezenty i inne drobiazgi w dużej ilości to powoduje,że nie spotkamy się ponownie za szybko)
    Gotowość do tego,żeby zrobić coś razem.
    Korzystaj z czyichś propozycji,jeżeli mają Ci sprawić przyjemność.
    Zainteresowanie tak,ale też dzielenie się tym,co się myśli i czuje na dany temat. Chyba chodzi o autentyczność i swoje zdanie. Ale to już wychodzi przy znajomości,prawda?

    Ja mam teraz grupę znajomych bardzo fajnych, ale tak strasznie mi ciężko je 'ruszyc' w jakikolwiek sposób,że powoli się poddaję. Ciągle czasu brak, dom, obiad, przygotowania do czegoś,zmęczenie, praca. Są w podobnej sytuacji jak ja,tzn przyjaciele gdzieś się rozjechali, zajęli czymś innym, kontakty się urwały i fajnie byłoby nowych, bo wychodzi na to że tylko praca-dom..
  • kotwtrampkach 06.02.18, 19:41
    Ps. Ważne jest jeszcze, żeby zatrzymać dobre rady dla siebie, nie komentować za dużo a akceptować.
    I cieszyć się czyimś szczęściem, nawet jak się ma złe przeczucia.
    Obserwuję od jakiegoś czasu relację takich 5 babek, są genialne w tym jak umieją być ze sobą i dla siebie. Znam dobrze jedną, z grupą dzieli mnie trochę za duża odległość psująca właśnie takie krótkie i dłuższe możliwości spotkań..
  • yaga7 06.02.18, 19:49
    kotwtrampkach napisała:

    > Ps. Ważne jest jeszcze, żeby zatrzymać dobre rady dla siebie, nie komentować za
    > dużo a akceptować.
    > I cieszyć się czyimś szczęściem, nawet jak się ma złe przeczucia.

    O, to jest to, z czym mam problemy. Nie mówię, że od razu komentuję wszystko, czy udzielam rad, bo tego nie robię, ale jeżeli ktoś wybitnie głupio postępuje, trudno mi jest to zaakceptować i poklepać po pleckach.


    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • genepi 06.02.18, 20:25
    kotwtrampkach napisała:
    > Ps. Ważne jest jeszcze, żeby zatrzymać dobre rady dla siebie, nie komentować za
    > dużo a akceptować.
    > I cieszyć się czyimś szczęściem, nawet jak się ma złe przeczucia.

    O to to to! Jest to kluczowa sprawa.

    Dodam jeszcze jeden ważny składnik: gotowość na przyjaźń. Bo tylko jeśli jesteś gotowa otworzyć się na drugiego człowieka i jego świat, możesz się zaprzyjaźnić.

    Nie zgodzę się natomiast z Teresą, że tylko przyjaźni nabyte we wczesnej młodości mają szansę przetrwać. Ja mam tylko jedną przyjaciółkę z liceum. Cała reszta moich aktualnych przyjaźni to już czasy po studiach, ba, moją najlepszą przyjaciółką jest żona mojego byłego narzeczonego :-)
  • teresa104 06.02.18, 22:25
    Nie wiem, czemu uparłyście się ze mną zgadzać lub nie zgadzać:) Ja przytoczyłam czyjeś spostrzeżenia, które pokrywają się z moimi, ale to nie moja opinia, to moje prywatne obserwacje na razie. Dopiero z masy obserwacji (najlepiej nie prywatnych) może ewentualnie powstać jakaś opinia.
  • miss-alchemist 07.02.18, 18:14
    Ja tam się cieszę, że się nie zgadzają, bo to oznacza, że jest jeszcze dla mnie nadzieja :D
    Bowiem odległość jest okrutnym zabójcą relacji - a najmocniejsze relacje zawiązywałam właśnie w okresie szkoły średniej. I po mojej przeprowadzce na studia w zasadzie tylko jedna relacja przetrwała "na mocno", wzmocniona jednak rodzinnie, a wszystkie inne znacząco osłabły (chociaż kontakt nadal istnieje) albo ograniczyły się do znajomości na fejsie :). I jest to nieco uciążliwe, jak w swoim miejscu zamieszkania ma się mało lub bardzo mało bliskich znajomych.
    Na studiach żadnych trwałych relacji (poza związkiem romantycznym :P) nie nawiązałam głównie z tego względu, że same chłopy, a ja się jednak lepiej z babami dogaduję.
  • genepi 07.02.18, 20:04
    No tak, ale te chłopy z czasem będą występować w parze z jakąś kobietą (lub wieloma) i tu zawsze jest szansa na koleżeństwo, wspólnotę lub przyjaźń.
  • kotwtrampkach 10.02.18, 22:54
    Chyba nie bardzo. Faceci dziwnie traktują swoje koleżanki z "męskiej" grupy na studiach. Nie wiem czemu tak, ale mało pozytywnych opinii słyszałam.. Odwrotnie zupełnie niż pojedynczy facet w babskiej grupie.
  • miss-alchemist 11.02.18, 09:16
    Hmmm, nigdy tego nie odczułam. Zawsze czułam się w grupie na studiach akceptowana i lubiana, nikt mnie nie traktował dziwnie.
    Natomiast nie miałam zbyt wielu okazji, żeby się zakolegować z dziewczynami moich kolegów z grupy. Najczęściej wychodziliśmy między zajęciami, a nawet jeśli w weekendy - to tylko w grupie studenckiej, bez połówek. Myślę, że dlatego, że w tamtym czasie większość ekipy po prostu nie była sparowana "trwale".
  • sbarazzina 05.02.18, 12:58
    mniickhiateal napisała:


    > Podsumowując, moim zdaniem jest to kwestia przypisania relacjom niezwiązkowym i
    > nierodzinnym wartości, i pielęgnowanie ich. Wiem, że po sparowaniu jest pokusa
    > patrzenia już tylko w oczęta partnera i/lub bachorstwa, ale to jest krótkowzro
    > czne (tak, 2-15 lat to jest krótka perspektywa), i są osoby, które po prostu św
    > iadomie pielęgnują przyjaźnie. Na starość pewnie im to zaprocentuje.

    Ja bardzo sobie cenie moje niezwiazkowe relacje i wydaje mi sie, ze nie mam skolonnosci do patrzenia w oczeta.

    Ale tez zdaje sobie sprawe, ze moje przyjacielskie relacje najbardziej ucierpialy w trakcie moich licznych przeprowadzek. No niestety, bez kontaktu fizycznego ze sie tak wyraze, ciezko utrzymac bliskosc w relacji.

    Ale zakladajac watek, myslalam tez o takich zwyklych kolezenskich spotkaniach, niekoniecznie glebokich przyjacielskich relacjach. Na przyklad, moje kolezanki ktore rowniez maja male dzieci, w zasadzie od piatkowego popoludnia do poniedzialku sa nieosiagalne (czy to z dizeckiem czy bez). Ja rozumiem, ze w weekend ojciec dzieci tez chce spedzic troche czasu z partnerka/rodzina, ale nie wierze, ze ten ojciec czy ta matka nie maja potrzeby chociaz godziny dla siebie.

  • mniickhiateal 05.02.18, 13:20
    sbarazzina napisała:

    > Ja bardzo sobie cenie moje niezwiazkowe relacje i wydaje mi sie, ze nie mam sko
    > lonnosci do patrzenia w oczeta.
    >
    > Ale tez zdaje sobie sprawe, ze moje przyjacielskie relacje najbardziej ucierpia
    > ly w trakcie moich licznych przeprowadzek. No niestety, bez kontaktu fizycznego
    > ze sie tak wyraze, ciezko utrzymac bliskosc w relacji.

    To prawda, czasem tak jest. Ja mam o tyle łatwiej, że sama jestem dość przeintelektualizowana i takie mam też przyjaźnie, że głównie ze sobą rozmawiamy. Ale towarzystwo do pójścia na spacer do lasu też jest fajne i tego mi brakuje, przyznaję.

    > Ja rozumiem, ze w weekend oj
    > ciec dzieci tez chce spedzic troche czasu z partnerka/rodzina, ale nie wierze,
    > ze ten ojciec czy ta matka nie maja potrzeby chociaz godziny dla siebie.
    >

    No to tutaj nie pomogę, bo zgadzam się z tobą i myślę, że wiele ludzi zasuwa na hormonalnie stadnym autopilocie i nie myśli racjonalnie ani nie wyobraża sobie przyszłości.

    --
    #liveauthentic
  • maggianna 05.02.18, 14:03
    > No to tutaj nie pomogę, bo zgadzam się z tobą i myślę, że wiele ludzi zasuwa na
    > hormonalnie stadnym autopilocie i nie myśli racjonalnie ani nie wyobraża sobie
    > przyszłości.

    Staram sie pilnowac równowagi pomiędzy stadnym życiem i moim własnym - nauczylam sie na swoim przykładzie gdy po kilku latach w takim bardzo odizolowanym zwiazku (tzn wszystko robilismy razem a i spotykalismy sie tylko w parach) po burzliwym rozstaniu okazalo sie ze jestem sama i musialam bądź odświerzyc przyjaznie (ktore zaniedbalam) bądź znalezc nowe towarzystwo.

    Patrze tez na moich rodzicow gdzie w ostatnim czasie kilka kobiet zostalo wdowami (przed 70tka) i duzo lepiej radza sobie te ktore maja siatke przyjaciol i znajomych bo dzieci czesto za granica i po stracie partnera zostalyby zupelnie same.
  • yaga7 05.02.18, 13:27
    Ale godzina dla siebie niekoniecznie znaczy godzina dla znajomych czy przyjaciół.

    Nie wiem, jak jest z dziećmi, ale np. praca potrafi być męcząca. Pamiętam, że mielismy jakiś okres, że chcieliśmy z mężem zagęścić spotkania ze znajomymi, ale okazało się, że to jest bardzo trudne, bo zwykle komuś coś nie pasowało, ktoś miał nadgodziny, ktoś był zmęczony i chciał spać itp, itd. Jak do tego dołożyć dzieci, to nie dziwię się, że ludzie nie mają czasu.

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • sbarazzina 06.02.18, 11:37
    yaga7 napisała:

    > Ale godzina dla siebie niekoniecznie znaczy godzina dla znajomych czy przyjació
    > ł.

    Oczywiscie, dlatego tez mysle o opcji, kiedy ja z dzieckiem spotykam sie z kolezanka (moze ale nie musi byc rowniez z dzieckiem) idziemy na spacer, do kawiarni, gdziekolwiek, a nasi partnerzy maja wtedy czas dla siebie. I co oni wtedy robia to juz ich sprawa.

    U nas w domu tak to wlasnie funkcjonuje, ze jak ktores z nas chce miec chwile dla siebie (czesto ta chwila dla siebie jest wlasnie w domu), to drugie bierze dziecko i wychodzi. Ale do tej pory, o ile dzieje sie to w weekend, to te spacery sa samotne, bo nikt nie chce dolaczyc.


    > Nie wiem, jak jest z dziećmi, ale np. praca potrafi być męcząca.

    Oczywiscie, ze dzieci sa meczace. Zycie w ogole jest meczace :) Ale jakbym miala czekac az nie bede zmeczona, to nigdy bym nic nie zrobila, nigdzie nie wyszla etc.
  • yaga7 06.02.18, 12:02
    sbarazzina napisała:

    > Oczywiscie, dlatego tez mysle o opcji, kiedy ja z dzieckiem spotykam sie z kole
    > zanka (moze ale nie musi byc rowniez z dzieckiem) idziemy na spacer, do kawiarn
    > i, gdziekolwiek, a nasi partnerzy maja wtedy czas dla siebie. I co oni wtedy ro
    > bia to juz ich sprawa.

    Tylko jeszcze tym partnerom musi odpowiadać własnie ta pora dnia/tygodnia itp. na te ich zajęcia, a to nie zawsze jest takie proste.
    Z jednej strony życie to sztuka kompromisów, ale z drugiej nie wszyscy są gotowi na takie same kompromisy.

    > Oczywiscie, ze dzieci sa meczace. Zycie w ogole jest meczace :) Ale jakbym mial
    > a czekac az nie bede zmeczona, to nigdy bym nic nie zrobila, nigdzie nie wyszla
    > etc.

    Tylko znów, Ty możesz robić pewne rzeczy, gdy jesteś zmęczona, a inni może niekoniecznie. I inni może wolą leżeć plackiem w weekend w chałupie, a nie chodzić na spacery ;)

    Ja to widzę po mnie i moim mężu. Ja mogę iść w weekend na spacer czy wycieczkę, jak jestem zmęczona po pracy, bo ja akurat odpocznę. A on najpierw musi/chce odpocząć w chałupie, żeby móc wykonywać aktywność fizyczną (tak, nawet spacer ;) ) na zewnątrz. Ludzie są różni.

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • teresa104 04.02.18, 11:40
    Nie wiem, czy moje dwuosobowe stadło podchodzi pod rodzinę, ale u nas jest tak, że większość wyjść mamy osobno, po prostu lubimy różne rzeczy. Nie zmuszę dziada do kina, a ja muszę do kina. Nie prowadzam go pod przymusem na moje spotkania, miło mi jest, kiedy po mnie przyjedzie, a najlepiej wszystkich porozwozi, albo wyjdzie po mnie na przystanek nocnego. Nie wtrącam się do jego kolegów, i tak są starzy i są nauczycielami (no przecież ohyda), nie chadzam na jego treningi, imprezy w/po pracy. Ale i tak spędzamy ze sobą dużo czasu, mamy wiele dużych i drobnych wyjść, na kawkę, na spacer, "pójdziesz ze mną do bankomatu / po benzynę / na parking?". Chyba nie zdarzyło mi się odmówić przyjaciołom spotkania z tego powodu, że siedzę w niedzielę z partnerem. Spotkania przecież są rzadsze niż niedziele. Kiedyś koleżanka mnie spytała, czy nie jestem zazdrosna, że on ma pasję beze mnie (4 razy w tyg. trenuje krav magę). Zbaraniałam. Przecież to świetne.
    I piosenka: www.youtube.com/watch?v=j-LUqYWXAe0
  • kotwtrampkach 12.02.18, 13:51
    Wiesz Tereso,nieziemsko podoba mi się ten Twój tekst (nie ma to nic wspólnego z podlizywaniem się!! :):)). Tak wlasnie wyobrażałam sobie fajny związek..
    I w czasie burz i zawieruch u mnie, jak się rozczulalam nad sobą, to głównie dlatego, że nie było takiej zdrowej rozdzielnosci :)
  • teresa104 12.02.18, 18:16
    Nie zrobiliśmy tego celowo, tak nam wychodzi. Za to całkowicie celowo, konsekwentnie i z rozmysłem upieram się, że każdy w związku, ślubnym czy nie, powinien mieć wyłącznie swoje pieniądze. Dla własnego bezpieczeństwa nie tylko finansowego ale przede wszystkim psychicznego, dla wolności decyzji i racjonalności decyzji.
  • kaga9 12.02.18, 19:46
    Popieram w 100%. A nawet w 104;)
  • yaga7 05.02.18, 06:01
    Ogólnie prowadzę bardzo ubogie życie towarzyskie w realu :)

    Jak było bogatsze, to zasadniczo prowadziłam z partnerem, bo chcieliśmy w ten sam sposób spędzać wolny czas, więc spędzalismy go razem. Natomiast jak wspólne ze znajomymi imprezy się pokończyły (z różnych względów), to co jakiś czas się umówię z koleżanką, ale na pewno nie jest to jakoś mega regularnie i nawet nie co miesiąc, tylko rzadziej. Natomiast ani ja, ani mąż nie mamy problemów, gdy jedno z nas chce coś zrobić bez drugiej połówki, natomiast z drugiej strony, podobnie jak Kaga, wolimy też rzeczy robić razem ze sobą, a nie z kimś innym. Generalnie i tak uważam, że mało czasu spędzamy razem, ale to też dlatego, że każde z nas ma też rzeczy, które robi samotnie, bez innych ludzi.

    Z trzeciej strony hasło dywersyfikacji wendorów bardzo spoko, ale ja mam problem z przyjaźniami, wszystkie z okresu do studiów (ponoć najmocniejsze?) mi się pokończyły z różnych względów, tak naprawdę utrzymuję kontakt z ludźmi, których poznałam dopiero długo po studiach.

    Co do szukania nowych przyjaciółek, to w sumie nie mam z ideą jako taką żadnego problemu, ale na pewno za mało robię w tym kierunku :)

    --
    Wyprzedaż allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=470059
  • maggianna 05.02.18, 13:39
    W weekendy prowadze zycie towarzyskie przede wszystkim z partnerem ale zyjemy w zwiazku na odleglosc i jestesmy razem piatek wieczor-poniedzialek rano. W trakcie wspolnych weekendow ograniczamy samodzielne zycie towarzyskie i spedzamy wspolnie czas ze znajomymi lub rodzina.

    Do tej pory (w zwiazkach "stacjonarnych") czesc czasu spedzalismy razem ale spedzalismy tez czas osobno - spotykam sie z przyjaciolkami czy kolezankami, chodze na zakupy, spotykam sie z rodzicami, uprawiam sport i nie potrzebny mi do tego facet, jak on chce spedzic pol dnia na rowerze czy spotkac ze swoimi kumplami napic piwa to nie bede mu towarzyszyc i z przyjemnoscia zajme sie czyms innym.

    Teraz chcialabym zebysmy w koncu zamieszkali w jednym miejscu bo przez to ze mam zablokowane weekendy, czesc atrakcji towarzyskich mnie omija. Chetnie bym tez pojechala na krotkie wakacje sama (z kolezankami ale bez facetow), ale poniewaz urlop zuzywamy glownie na przedluzone weekendy wiec to tez na razie odpada.

    Wiekszosc moich przyjaciol i znajomych prowadzi taki tryb zycia, ale w moim towarzystwie nie ma osob z malymi dziecmi, ale sporo ma rodziny.

    Mam tez grupe znajomych z ktorymi spotykam sie regularnie raz w miesiacu i osoby towarzyszace nie sa zapraszane - ustalamy wtedy termin z min 2 tyg wyprzedzeniem zeby zony/mezowie zajeli sie dziecmi a my spedzamy pol nocy na wspolnej kolacji.
  • miss-alchemist 06.02.18, 17:50
    A jak definiujesz życie towarzyskie? Bo jeśli chodzi o imprezy, to w zasadzie tak, tylko z partnerem, bo mi truje czasem, żebym z nim do znajomych poszła na domówkę czy coś. No i się po długich negocjacjach zgadzam ;P

    Ale jeśli chodzi o umawianie się ze znajomymi to w dużej mierze nasze życie towarzyskie jest właśnie osobno. On chodzi z kumplami raz w tygodniu na piwko, ja mam raczej mało znajomych nie-zdalnych, więc spędzam czas na telefonie. Dość często za to chodzę na integracje pracowe ;). Ale ogólnie spędzamy ze sobą tyle czasu (pracujemy w jednej firmie, chodzimy razem na zajęcia sportowe), że nie odczuwam braku wspólnego życia towarzyskiego, szczególnie, że jego znajomi preferują raczej inne typy spotkań niż ja. Nie mamy też dzieci, więc ten problem odpada.

    Ale i jednocześnie nie zdarzyło mi się, żeby osoby, z którymi mam ochotę się spotkać, jakoś szczególnie ciągały za sobą partnerów lub wymawiały się bardzo często tym, że chcą spędzić czas razem. Ostatnio kumpela nawet dzieci teściom podrzuciła, żeby móc normalnie pogadać (chociaż to też było spotkanie w odrobinę większym gronie). Wszystkie te przypadki znajomych łączy jedna istotna rzecz - te osoby na co dzień pracują w sensownych godzinach, nie muszą dowozić dzieci godzinami do szkół i na zajęcia pozalekcyjne etc, w związku z tym mają czas dla siebie nie tylko w weekend. Jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś ma kociokwik w tygodniu, to w weekend każda sekunda spędzona z najbliższymi jest cenna.
  • ansil 07.02.18, 12:36
    o jaki fajny temat, mi bliski.
    W zwiazku jestem bardzo dlugim, za to rozmnozona stosunkowo niedawno, podwojnie.
    W zwiazku z tym spotkania towarzyskie zmienily priorytety. Jako, ze pracuje na pelnym etacie dzieci sa w tygodniu widziane zbyt malo jak na moje potrzeby, nie ma raczej opcji, zebym z wlasnej woli wyszla przed ich spaniem. Nie chce. Chce byc z nimi.
    Natomiast dzieci maja to do siebie ze chodza spac sporo przed nami i wtedy moge szalec. Ja jestem towarzyska, maz niespecjalnie, wiec moze zostac z dziecmi, a ja z flaszka wina do przyjacioly ruszam.
    W weekend bede ciagnac ze soba towarzycho. Tak sie cudnie zlozylo, ze moje dwie najkochansze przyjaciolki (jedna przyjazn staz 30+, druga zaledwie 7, ale 100% bratnia dusza) tez maja dzieci w bardziej lub mniej zblizonym wieku, wiec mozna je wrzucic do jednego wora i wymagaja wtedy nawet mniej atencji niz pojedynczo.
    Gdybym siedziala z dziecmi w domu sprawa by sie miala calkiem inaczej. Ale tak nie jest, mam deficyt patrzenia w oczy ;)

    --
    Zrównoważona dieta to ciasteczko w każdej ręce.
  • sbarazzina 13.02.18, 10:31
    ansil napisała:

    > o jaki fajny temat, mi bliski.
    > W zwiazku jestem bardzo dlugim, za to rozmnozona stosunkowo niedawno, podwojnie
    > .
    > W zwiazku z tym spotkania towarzyskie zmienily priorytety. Jako, ze pracuje na
    > pelnym etacie dzieci sa w tygodniu widziane zbyt malo jak na moje potrzeby, nie
    > ma raczej opcji, zebym z wlasnej woli wyszla przed ich spaniem. Nie chce. Chce
    > byc z nimi.
    > Natomiast dzieci maja to do siebie ze chodza spac sporo przed nami i wtedy moge
    > szalec. Ja jestem towarzyska, maz niespecjalnie, wiec moze zostac z dziecmi, a
    > ja z flaszka wina do przyjacioly ruszam.

    Heh, Ansil to z jednej strony masz podobnie jak ja, a z drugiej zupelnie inaczej :) Ja tez jestem bardzo towarzyska, a maz duzo mniej. Ja jeszcze nie pracuje, wiec spedzam z dzieckiem sporo czasu. Z mezem w sumie tez bo pracuje glownie z domu, wiec prawie codziennie jemy razem wszystkie posilki, pijemy popoludniu kawe etc. Z drugiej strony moja corka od zawsze po zmroku toleruje tylko mnie, a spi w kratke, czesto sie budzi wieczorami, wiec nie ma szans, zeby wieczorem wyszla na wino :(

    > W weekend bede ciagnac ze soba towarzycho. Tak sie cudnie zlozylo, ze moje dwie
    > najkochansze przyjaciolki (jedna przyjazn staz 30+, druga zaledwie 7, ale 100
    > % bratnia dusza) tez maja dzieci w bardziej lub mniej zblizonym wieku, wiec moz
    > na je wrzucic do jednego wora i wymagaja wtedy nawet mniej atencji niz pojedync
    > zo.

    I tego Ci zazdroszcze, tez bym chciala miec takie przyjaciolki :)

    > Gdybym siedziala z dziecmi w domu sprawa by sie miala calkiem inaczej. Ale tak
    > nie jest, mam deficyt patrzenia w oczy ;)

    No widzisz, masz deficyt patrzenia w oczy (ja nie) a i tak prowadzisz IMO fajne zycie towarzyskie, zwlaszcza jak na matke dwojki dzieci :)
  • ansil 13.02.18, 12:12
    sbarazzina, ale to wszytsko sprowadza sie do jednego kluczowego warunku- pracy. Jak bylam na macierzynskim i mialam caly czas swiata to tez mi bylo brak ludzi, bo wszyscy pracowali. Do tego stopnia, ze w despreracji rozwazalam wyjscie do jakiegos mamoklubu. A w moim przypaku to oznacza duze braki, bo ogolnie to ja lubie tylko tych ludzi, ktorych juz znam :) ;)

    Co do "dziecko toleruje tylko mnie", no nie ma takiej opcji. Od poczatku uczylismy dzieci, ze skoro maja to szczescie posiadania obojga rodzicow, wiec maja je brac z dobrodziejstwem inwentarza.. ;)

    Co do przyjaciolek w podobnej sytuacji zyciowej to fakt- piekne to jest.. Moja najlepsza, lokalna, mieszka jakies 3 minuty ode mnie, dzieci ma w tej samej szkole, jak sie upre to moge w sobote w kapciach z kubkiem kawy do niej powedrowac. Jak w desperate housewives ;)

    --
    Zrównoważona dieta to ciasteczko w każdej ręce.
  • sbarazzina 13.02.18, 12:51
    ansil napisała:

    > sbarazzina, ale to wszytsko sprowadza sie do jednego kluczowego warunku- pracy.
    > Jak bylam na macierzynskim i mialam caly czas swiata to tez mi bylo brak ludzi
    > , bo wszyscy pracowali. Do tego stopnia, ze w despreracji rozwazalam wyjscie do
    > jakiegos mamoklubu. A w moim przypaku to oznacza duze braki, bo ogolnie to ja
    > lubie tylko tych ludzi, ktorych juz znam :) ;)

    Ja chodze do mamoklubow od kiedy zostalam matka i wcale sie tego nie wstydze! ;)
    >
    > Co do "dziecko toleruje tylko mnie", no nie ma takiej opcji. Od poczatku uczyli
    > smy dzieci, ze skoro maja to szczescie posiadania obojga rodzicow, wiec maja je
    > brac z dobrodziejstwem inwentarza.. ;)

    No my tez uczylismy, a raczej probowalismy, od poczatku. I co z tego, skoro nasza corka miala inne plany. Dopiero teraz powoli zaczyna tolerowac tate po zmroku. Narazie zdazylo sie to raz jeden, ze wybrala sama tate do pocieszania poznym wieczorem. A ma 18mcy.


    > Co do przyjaciolek w podobnej sytuacji zyciowej to fakt- piekne to jest.. Moja
    > najlepsza, lokalna, mieszka jakies 3 minuty ode mnie, dzieci ma w tej samej szk
    > ole, jak sie upre to moge w sobote w kapciach z kubkiem kawy do niej powedrowac
    > . Jak w desperate housewives ;)

    A powiedz, to ze przyjaciolka mieskza tak blisko, to kwestia przypadku czy swiadomej decyzji przeprowadzkowej jednej z par?
  • ansil 26.02.18, 16:17
    Swiadomej.. Przyjaciolka szukala, a ja pewnego pieknego poranka zobaczylam ogloszenie na domu obok mnie.. Rzucilysmy sie jak Reksio ;)

    Co do mamoklubow- nie ma sie czego wstydzic, ja tylko mowie, ze w moim przypadku to by bylo dziwne. Taki typ ;)

    --
    Zrównoważona dieta to ciasteczko w każdej ręce.
  • kis-moho 03.03.18, 21:16
    sbarazzina napisała:

    > Ja jeszcze nie pracuje,
    > wiec spedzam z dzieckiem sporo czasu. Z mezem w sumie tez bo pracuje glownie z
    > domu, wiec prawie codziennie jemy razem wszystkie posilki, pijemy popoludniu k
    > awe etc.

    Wiesz, w takiej sytuacji to byś mnie pewnie w ogóle w domu w weekend nie widziała :D ale to przyznasz dosc rzadko spotykana konfiguracja, trudno porównywać.
  • zawsze_zielona 07.02.18, 13:38
    Warunki brzegowe: dwie corki lat 6,5 i 2,5; praca na pelny etat; poziom towarzyskosci raczej niski; czasochlonne hobby (fotografia).
    W weekendy rzadko wychodze bez rodziny. Zalezy mi, by spedzac czas z dziecmi i mezem, a malo tych godzin w tygodniu mamy. Dosc czesto wychodze w weekend bez meza ale z dziecmi w odwiedziny do polskojezycznych dzieciatych znajomych. Takie przyjemne z pozytecznym;)
    Choc z drugiej strony, raz w roku wyjezdzam sama bez rodziny na 3-4 dni. W tym roku probuje jeszcze czegos nowego, bo w lato jade tylko ze starsza corka na spotkanie z kolezankami z fotoszkoly na kilka dni. Maz w tym czasie bedzie spedzal czas z mlodsza;)
    Mysle, ze to kwestia wieku i liczby dzieci, bo gdy mialam tylko jedno dziecko w wieku zlobkowym to wychodzilam w weekend czesciej. Od kiedy mam dwoje dzieci i starsza poszla do szkoly czasu na wszystko mam znacznie mniej, jestem bardziej zmeczona po calym tygodniu i po prostu wiele rzeczy mi sie nie chce. Jako, ze z natury jestem raczej malo towarzyska, to nie narzekam z tego ograniczenia zycia towarzyskiego;)
  • zawsze_zielona 07.02.18, 13:43
    Widze, ze zahaczamy tez o przyjazn. Akurat moj przyjaciel mieszka bardzo daleko, wiec spotkania weekendowe odpadaja. Rozmawiamy raz w tygodniu przez telefon tak godzine, czasem poltorej. Nigdy w weekend;)
  • sbarazzina 13.02.18, 10:18
    zawsze_zielona napisała:

    > Warunki brzegowe: dwie corki lat 6,5 i 2,5; praca na pelny etat; poziom towarzy
    > skosci raczej niski; czasochlonne hobby (fotografia).
    > W weekendy rzadko wychodze bez rodziny. Zalezy mi, by spedzac czas z dziecmi i
    > mezem, a malo tych godzin w tygodniu mamy. Dosc czesto wychodze w weekend bez m
    > eza ale z dziecmi w odwiedziny do polskojezycznych dzieciatych znajomych. Takie
    > przyjemne z pozytecznym;)

    No widzisz, czyli co jakis czas Twoj maz ma w weekend czas tylko dla siebie. A Ty tez masz czasem taki czas dla siebie czy Tobie to nie jest potrzebne?

    To co teraz napisze, nie odnosi sie bezsposrednio do Ciebie, slysze to czesto od wielu rodzicow (matek). To oczywiste, ze chcemy spedzac czas z dziecmi i mezem, zwlaszcza jak juz sie pracuje na pelen etat i w tygodniu tego czasu jest malo. Czesto slysze tez argument o tym, ze dzieci tylko raz sa male. Ale czy na prawde stanie sie jakas szkoda (dzieciom, realcji, etc) jesli raz na miesiac mama spedzi pol soboty bez dzieci?

    Nie wiem jak innym mamom, ale mi taki czas tylko dla mnie jest konieczny dla zachowania zdrowia psychicznego, co bezposrednio przeklada sie na dobrobyt mojego dziecka. No i potencjalnie bylby to czas na pielegnowanie przyjazni (ktorych w obecnym miejscu zamieszkania jeszcze nie mam). Poza tym chcialabym uczyc moja corke, ze mama ma tez zycie, zainteresowania poza domem. Bo za kilka-kilkanascie lat ona bedzie miala swoich przyjaciol i swoje zajecia i nie chcialabym sie obudzic wtedy z reka w nocniku, ze zdumieniem ze nie ma wokol mnie zadnych przyjaciol i nie pamietam juz co kiedys mnie cieszylo, jakie sa moje pasje.


  • zawsze_zielona 27.02.18, 11:00
    Dopiero teraz zauwazylam Twoj post. Oczywiscie, ze jest mi potrzebny czas bez rodziny, ale czesto najbardziej jest mi potrezbny czas bez nikogo. Wlasnie wrocilam nart i te trzy godziny dziennie, ktore spedzalam sama na stoku pomogly mi sie zresetowac i mentalnie odpoczac.
    Mimo wszystko wole z kolezankami spotkac sie w tygodniu, po pracy niz w weekend. Po prostu tak jest dla mnie wygodniej.
  • kis-moho 03.03.18, 20:26
    Ja się mogę podpisać. Przy dziecku i pracy na pełen etat w weekend:
    - zajmujemy się odgruzowaniem życia i przygotowaniem na następny tydzień, żeby było co do ust włożyć (jak nie czipsy z jarmużu to chociaż parówki),
    - staramy się spędzić trochę czasu ze sobą, bo przy dwóch pełnych etatach jest tego czasu mało,
    - czas spędzany ze sobą zamiennie bywa czasem spędzanym ze znajomymi, niekoniecznie dzieciatymi, ale raczej grupowo,
    - wygospodarowujemy czas "tylko dla siebie", co u nas obojga oznacza zwykle "czas w ciszy, spokoju i bez nikogo obok nas".
    A potem idziemy spać :D
    Nie chcę brzmieć jak stara ciotka która zjadła wszystkie rozumy, ale zanim nie miałam dzieci PLUS nie pracowałam to nie mieściło mi się w głowie że można mieć tak mało "wolnego" czasu. I jak duża może być potrzeba ciszy i spokoju ;) Tak że spotkania ze znajomymi mocno selekcjonuje, na rozmowy o de maryni mnie nie namówisz. Dlatego też (tu się wypytuje) unikam tych wszystkich mamoklubow, słabo mi było jak tam chodzilam. Może jak znowu będę bez pracy to mi wróci ochota.
  • anulla1974 07.02.18, 14:08
    Ja akurat tylko w sobotę rano mogę pospać chwile dłużej i do 15 mam czas by ogarnąć mieszkanie itp. potem obowiązki. Ale ja jestem mało towarzyska i Ci znajomi/przyjaciele z którymi utrzymuję kontakt wiedzą jaką mam sytuację (u siebie spędzam zazwyczaj 3 noce i pół soboty, pozostałe dni opiekuję się babcią).

    --
    64/80
    Lubię balkonetkę.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.