Stanisław Czabański Dodaj do ulubionych


Jerzy Andrzejczak
"Spowiedź polskiego kata”


„Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok zostanie
wykonany”. Dźwięk słów prokuratora sprawił, że
dwudziestodziewięcioletni Stanisław Cz*. dosłownie zamarł,
sparaliżowany ze strachu. Spytany o to, jakie jest jego ostatnie
życzenie, poprosił o zapalenie papierosa.

Kiedy pierwszy szok minął, Stanisław Cz. zaczął walczyć o życie.
Więzienni „klawisze” musieli się z nim porządnie siłować, bowiem
zdesperowany skazaniec nie tylko wył i bluźnił, ale szarpał się,
kopał i gryzł. W starciu z kilkoma (a może nawet kilkunastoma)
silnymi mężczyznami nie miał jednak żadnych szans. Tym bardziej, że
ci ostatni skuli mu z tyłu ręce kajdankami i ciągnęli go niczym
worek ziemniaków.

Do końca życia Stanisławowi Cz. zostały sekundy. Kat – ubrany w
czarny garnitur, białą koszulę, czarny krawat, białe skarpetki,
czarne lakierki, białe rękawiczki i (być może) czarną maskę na
twarzy – założył mu pętlę na szyję – tak, aby jej węzeł znajdował
się za jego lewym uchem. Drugi – tak samo ustrojony kat – w ciągu
kilku sekund naciągnął kołowrotkiem linę, a następnie nacisnął
dźwignię zapadni. Stanisław Cz. runął w głęboką na ok. pół metra
(być może głębszą) studnię.

Szarpnięcie, które nastąpiło w momencie, gdy pełne wyprostowanie
sznura powstrzymało spadanie ciała, było tak silne, że zerwało mu
rdzeń kręgowy. Serce Stanisława Cz. wciąż jednak pracowało. Całe
jego ciało drgało w mimowolnych skurczach. Trwało to ze dwadzieścia
sekund, potem drgawki ustały. Zebrani w celi prokurator, naczelnik
aresztu śledczego, lekarz, asystujący w egzekucji strażnicy
więzienni oraz (tych akurat być nie musiało) ksiądz i adwokat w
milczeniu patrzyli na jego agonię.

Po dwudziestu minutach, przez które zwłoki Stanisława Cz. zgodnie z
zarządzeniem dyrektora Centralnego Zarządu Zakładów Karnych wisiały
na sznurze, lekarz więzienny stwierdził zgon. Ciało denata zdjęto z
pętli i w więziennym ubraniu złożono w przygotowanej jeszcze za
jego życia trumnie. Kat, zgodnie z niepisaną tradycją, zdjął białe
rękawiczki i wrzucił je do trumny, na piersi swojej ofiary.

Tak, jeśli wierzyć Jerzemu Andrzejczakowi – autorowi wydanej w
latach 90-tych książki „Spowiedź polskiego kata” – wyglądała
ostatnia egzekucja w Polsce. Obyła się ona w czwartek 21 kwietnia
1988 r. o godzinie 17.30 w Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich
w Krakowie. Człowiekiem, który zawisł na szubienicy, był
dwudziestodziewięcioletni Stanisław Cz., skazany na karę śmierci za
brutalne zabójstwo kobiety i usiłowanie zabicia jej córek.

Jak pisze Andrzejczak, opętany seksualną obsesją Stanisław Cz.
odwiózł swą spodziewającą się dziecka żonę do szpitala, a następnie
odwiedził znajomą – czterdziestokilkuletnią nauczycielkę. Po
wywabieniu jej z mieszkania wywiózł ją do lasu i tam brutalnie
zgwałcił. Gdy kobieta zaczęła uciekać, dogonił ją i 27 razy uderzył
w głowę samochodowym kluczem. Następnie wsiadł w auto i wrócił do
jej mieszkania, by zabić jej dwie córki, które widziały, jak
wychodził z domu z ich matką. Do kolejnego morderstwa na szczęście
nie doszło, gdyż dziewczynki zdołały w porę uciec. Swego
nowonarodzonego dziecka Stanisław Cz. już nie zobaczył. Tak w
każdym razie można przeczytać w książce Andrzejczaka. I - jeśli
wierzyć Andrzejczakowi – kat, jak zawsze przy takich okazjach,
samotnie poszedł do restauracji wypić dużą wódkę, a później wsiadł
do swego służbowego „Poloneza” i wrócił do Warszawy.

Zapewne nikt nie przypuszczał

Stracenie Stanisława Cz. nie było w swoim czasie jakimś szczególnie
głośnym wydarzeniem. Zamieszczona na wewnętrznych stronach kilku
gazet krótka informacja Polskiej Agencji Prasowej o tym, że został
skazany za morderstwo, gwałt i podwójne usiłowanie morderstwa – a
także, że Rada Państwa nie skorzystała wobec niego z prawa łaski –
to było wszystko, co na ten temat miały do powiedzenia ówczesne
polskie media.

Pewnie nikt z tych, którzy dowiedzieli się o jego egzekucji, lub
brali w niej udział, nie przypuszczał, że było to ostatnie takie
wydarzenie w historii Polski. Historia tak się jednak potoczyła, że
mimo iż wyroki śmierci były później okazjonalnie wydawane (ostatni,
wydany przez Sąd Wojewódzki w Elblągu na 33-letniego Zbigniewa B.
za morderstwo dwóch kobiet zapadł w lutym 1996 r.), kat nigdy już
nie spełnił swojej powinności.

Część wyroków śmierci została zamieniona na karę 25 lat więzienia w
drodze amnestii z grudnia 1989 r., późniejsze „kaesy” zostały
uchylone przez sądy apelacyjne i odesłane do ponownego rozpatrzenia
przez sądy I instancji. Prezydenci Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa
i Aleksander Kwaśniewski nigdy nie musieli decydować o tym, czy
darować życie skazanemu na śmierć mordercy, czy też odmówić
skorzystania z prawa łaski i zgodzić się na egzekucję. Wreszcie,
uchwalony w czerwcu 1997 r. nowy kodeks karny – który wszedł w
życie 1 września 1998 r. – w sposób ostateczny usunął karę śmierci
z polskiego systemu prawnego. Cele śmierci w polskich więzieniach
zostały albo zamurowane, albo zamienione na magazyny lub jeszcze
inne pomieszczenia. Zawód kata nieodwołalnie odszedł w Polsce do
historii.

Rząd przeciwko Europejskiemu Dniu Przeciwko Karze Śmierci

A przynajmniej wydaje się, że odszedł. Choć (w momencie pisania
tego artykułu) od ostatniej egzekucji minęło już przeszło 19 lat,
to temat p.t. „wieszać, czy nie wieszać?” wciąż w Polsce powraca.
Ostatnio powrócił w związku z inicjatywą Unii Europejskiej w
sprawie ustanowienia Europejskiego Dnia przeciwko Karze Śmierci,
którą to inicjatywę Polska – jako jedyne państwo członkowskie tej
organizacji – skutecznie zablokowała (mogła to zrobić, gdyż w tej
kwestii potrzebna była jednomyślność).


Oczywiście, kwestia implikacji tego sondażu w skali makro-
społecznej jest rzeczą dyskusyjną. Niektórzy eksperci od badań
opinii publicznej uznali, że wynik wspomnianego sondażu jest
wyrazem tego, że opinia społeczeństwa w kwestii kary śmierci
naprawdę zaczyna się zmieniać – upodabniając się do tej, jaka
przeważa w społeczeństwach „starych” państw Unii Europejskiej. Inni
z kolei podeszli do jego wyników sceptycznie, uważając, że sondaż
ten został przeprowadzony na zbyt małej grupie respondentów. Jaki
naprawdę jest stosunek Polaków do kary śmierci i czy stosunek ten
się zmienia – pokażą zapewne kolejne badania.

O karze śmierci, argumentach za i przeciw niej można by rozprawiać
bardzo długo. Z drugiej jednak strony, trudno byłoby na jej temat
powiedzieć coś istotnie nowego: argumenty zarówno zwolenników jak i
przeciwników tej kary znane są od bardzo dawna i w gruncie rzeczy
nie zmieniają się od pokoleń, jeśli nie od wieków.

Zamiast więc debatować na temat tego, czy kara śmierci może być
uzasadniona z etycznego punktu widzenia, czy odstrasza – lub też
nie odstrasza – od popełniania zbrodni, wskażmy pewne ciekawostki,
które – można się założyć – są nieznane w większości zarówno
zwolennikom, jak i przeciwnikom prawa państwa do zabijania ludzi
majestacie prawa.


Zadecydował jeden głos

Również w Polsce niewiele brakowało do tego, by kara śmierci
została zniesiona jeszcze w okresie przedwojennym: Komisja
Kodyfikacyjna pracująca nad projektem Kodeksu Karnego (który został
uchwalony 11 lipca 1932 r. jako rozporządzenie prezydenta RP)
umieściła ją w nim przewagą jednego głosu. Czynnikiem, który – jak
się zdaje – zadecydował o utrzymaniu kary śmierci był nacisk opinii
publicznej. Tak więc kara śmierci istniała w polskim ustawodawstwie
przez cały okres II Rzeczypospolitej, a kat (wiadomo o nim, że miał
na nazwisko Maciejewski – jak w piosence ulicz
  • Stanisław Czabański -
    sendigivius 15.06.09, 21:09

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.