Dodaj do ulubionych

Oni byli bardzo odporni

27.12.08, 18:58
gdybym ja kochała się zimą w stogu siana jak Jagna, to chyba bym dostała
zapalenia płuc
--
fotoforum.gazeta.pl/3,0,1518296,2,3.html
Edytor zaawansowany
  • matylda1001 27.12.08, 21:17
    Ee..., ja tam miarkuję, że w czasie tego kochania Jagusia płuca
    miała zakryte. Jeno zapaski kawałek odchyliła, jak to juz któraś
    kuma rzekła.
  • groha 27.12.08, 23:17
    E, kiedy ma się w sobie taki okrutny gorąc i tak do granic możliwości wezbrany
    wulkan namiętności, jak oni mieli, to warunki nie mają znaczenia i o żadnym
    przeziębieniu raczej nie ma mowy. Prędzej nerwicy mogli się nabawić, podejrzewam ;)
    --
    Forum z kurcgalopkiem
  • baba67 28.12.08, 11:57
    Abstrahujac od Jagusi i stogu. Jesli sie ktos uchowal do wieku dojrzewania, to
    byl odporny.Cala reszta umierala w dzieciectwie.
    Kiedy sie przyjrzymy postaciom z literatury tego okresu i wczesniejszego to
    zobaczymy chorowitych ludzi mlodych, ale doroslych tylko w warstwach
    zamozniejszych. A nie bylo ich tak wielu.
    --
    Nie sztuka grać na nastrojonych skrzypcach, sztuka grać na rozstrojonych.
    Paganini (zdaje się)
  • groha 28.12.08, 15:11
    A myśleliście kiedyś o tym, co nas, współcześnie żyjących, zabiłoby najszybciej,
    gdybyśmy nagle przenieśli się do tyłu w czasie i wylądowali w tamtejszych
    Lipcach? Być może ospicę, dur, kołtun, obsunięcie macicy i inne takie, jakoś by
    się przeżyło z pomocą Dominikowej, za to od zwykłego, swojskiego smrodku w
    chałupach i latania za stodołę, to chyba niejeden zszedłby w mig, hihi.
    --
    Forum z kurcgalopkiem
  • matylda1001 28.12.08, 16:58
    My sobie wyidealizowaliśmy tę wieś, ale gdyby przyszło nam tam pobyć
    kilka dni, to chyba ucieklibyśmy z wrzaskiem. W chałupie Bylicy
    ludzie mieszkali właściwie w jednej izbie ze zwierzętami. Było tam
    cos przedzielone skrzynką i drągiem, na którym wisiały ubrania, ale
    ściany nie było. Musiał panować nieziemski smród i ludzie musieli
    śmierdzieć. Nic dziwnego, że ksiądz w czasie spowiedzi trzymał przy
    nosie flaszeczkę z pachnącym. Drewnianej podłogi nie było nawet u
    Dominikowej, bo wodę z trepów wylewali koło komina, a przed weselem
    klepisko wysypali jodłowymi kolkami. Po takim klepisku Hanka zimą,
    łaziła boso, żeby Antka nie obudzić. Hanka ciągle wybierała dzieciom
    z włosów wszy, a jednym z zarzutów w stosunku do Jagny było to, że
    cięgiem by sie myła. No, nietypowa była, i już. Wyobrażmy sobie
    takie pranie w stawie i suszenie na kostropatym płocie. Takie
    pojadanie z jednej miski (z rodziną, sąsiadami i obcymi) musiało
    szerzyć próchnicę zębów w zastraszającym tępie, a i choróbska
    wszelakie. Albo to zjadanie krowy, która nie wiadomo na co zdechła.
    Te miejsca za stodołą, uczęszczane od dziesiątków lat też musieli
    jakos oczyszczać, pewne od czasu, do czasu wywozili w pole w
    charakterze nawozu. Współczesny inspektor SANEPiD-u utopiłby sie z
    rozpaczy w stawie.
    ---------------------------------------------------------------
    "Kości zostały rzucone" - powiedział mąż, rzuciwszy chudą żonę.
  • baba67 28.12.08, 18:30
    Jesli chodzi o krowe, to zdechla z okreslonej przyczyny i jest to przyczyna dla
    zjadaczy niegrozna.
    Z innymi spostrzezeniami zgadzam sie w 100%, tyle tylko ze z tym smrodem w
    miescie bylo niewiele lepiej, chyba ze mowimy o naprawde zamoznych domach gdzie
    stado sluzby wciaz pralo wietrzylo, odkurzalo, stosowalo ziola zapachowe itp
    podobne czynnosci.
    Ale i tam zmiana koszuli zastepowala mycie.
    Na wsi latem bywalo lepiej, ludzie kapali sie w zbiornikach wodnych po mozolnym
    dniu pracy w polu-inaczej koszmarnie swedzialo (jako male dziecie bylam
    swiadkiem tradycyjnych zniw z kosa i prymitywna maszyna do omlotu).
    --
    Nie sztuka grać na nastrojonych skrzypcach, sztuka grać na rozstrojonych.
    Paganini (zdaje się)
  • matylda1001 28.12.08, 19:21
    >Jesli chodzi o krowe, to zdechla z okreslonej przyczyny i jest to
    przyczyna dla zjadaczy niegrozna.<

    No, nie taka znowu oczywista ta przyczyna. Sam Jambroży powiedział,
    że "paskudnik albo i co innego". Fakt, że niegrożna, bo z pół wsi
    krowe jadło i nie popadali jak muchy. Ja mysle, że oni każdą krowe
    by zjedli, gdyby tylko gospodarz zdążył dorżnąć. Padliny chyba nie
    jadali. To prawda, że w tamtych czasach, wśród miejskiej biedoty też
    nie było najlepiej pod względem higieny, takie czasy. Jednak byt
    kształtuje świadomość. Taki Boryna już nie mieszkał ze zwierzętami,
    w jego chałupie była drewniana podłoga a Antek żonę ścigał za brak
    dbałości o swój wygląd.
  • paszczakowna1 28.12.08, 20:27
    > Z innymi spostrzezeniami zgadzam sie w 100%, tyle tylko ze z tym smrodem w
    > miescie bylo niewiele lepiej, chyba ze mowimy o naprawde zamoznych domach gdzie
    > stado sluzby wciaz pralo wietrzylo, odkurzalo, stosowalo ziola zapachowe itp
    > podobne czynnosci.

    W mieście było gorzej, biorąc pod uwagę brak kanalizacji (w wielu polskich
    miastach - łącznie z W-wą) i kłopoty z wodą.

    > Ale i tam zmiana koszuli zastepowala mycie.

    No, już w tym czasie teoria przynajmniej była inna. Higieniści nawoływali do
    kąpieli przynajmniej raz w tygodniu (Prus w Kronikach Tygodniowych chwali
    jakiegoś filantropa, który zbudował łaźnie ludowe, w których robotnicy docelowo
    mogliby raz w tygodniu brać kąpiel) i mycia zębów (tenże Prus strasznie
    rozpisuje się o szczoteczkach). Toż to już czasy po odkryciach Kocha i Pasteura.
  • cahir4 28.12.08, 21:12
    O, nie zgadzam się. Ośpica owa to nie była nasza "wiatrówka", tylko prawdziwa
    ospa. I parę osób ona we wsi zabrała. Obsunięcie macicy, owszem, zwłaszcza
    osobnicy płci męskiej jakoś by przeżyli. Osobiście stawiam na zapalenie płuc.

    Smrodek i latanie za stodołę nie są śmiertelne. Chyba, że przy tym lataniu
    zapalenia płuc lub nerek by się nabawić. Może się narażę, ale postawię tezę, że
    w sytuacji ekstremalnej nawet osobie przyzwyczajonej do wysokiego poziomu
    higieny, dostosowanie się do warunków zgoła odmiennych zajmuje najwyżej kilka
    dni. Kwestia woli przeżycia. A najszybciej oswajamy się właśnie z zapachem. Żeby
    nie przytaczać przykładów nazbyt martyrologicznych przypomnę tylko Bridget Jones
    w azjatyckim mamrze.

  • yowah76 29.12.08, 02:30
    Dokladnie, po paru dniach w zasadzie sie okazuje ze brud powyzej
    jednego cm grubosci sam odpada, na smrod i brud idzie sie uodpornic
    (mialam praktyki studenckie na kurzej fermie, pierwszy dzien w
    kurniku to byl koszmar, ciemno, smrod, jazgot... po tygodniu juz sie
    tego nie zauwazalo), muchy wprawdzie upierdliwe ale zmeczony
    czlowiek nie poczuje, inne insekty tez sa do przezycia a przy
    temperaturze 10 stopni w pomieszczeniu a nawet mniej swietnie sie
    spi pod pierzyna;)Takze pewnie w zwyklym gospdarstwie z bolem ale
    daloby sie przezyc, nawet z ta krowa w izbie i lataniem za stodole
    (znowu, znam ludzi ktorzy majac 80ha morgow;) jeszcze pare lat temu
    nie mieli lazienki w domu; myc sie mozna w misce a za stodole czy do
    chlewa zima niedaleko... jakos nie czuli potrzeby czy co? )
    Selekcja robila swoje, oczywiscie, zaczynalo sie juz na etapie
    ciazy - slabsze kobiety nie rodzily, niepewne ciaze sie ronily,nikt
    sie specjalnie nie oszczedzal (i moim zdaniem slusznie, ciaza to nie
    choroba a robaczywe jablka tez z galezi spadaja) potem dziecko
    musialo przezyc niemowlectwo, potem latalo za gesiami czy krowami w
    pole w samej koszuli, jadlo marnie,ten kto przezyl do wieku
    rozrodczego juz by naprawde trudny do ruszenia.
    A Jagna w stogu? Przeciez oni wiekszosc dnia i tak na dworze
    spedzali, do tego bez majtek;) co jej tam stog...


    --
    ---------------------------------------------------
    - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
    ze mnie tu nie ma.
  • cahir4 29.12.08, 09:35
    yowah76 napisała:

    niepewne ciaze sie ronily,nikt
    > sie specjalnie nie oszczedzal (i moim zdaniem slusznie, ciaza to
    nie
    > choroba a robaczywe jablka tez z galezi spadaja)

    Właściwie jest to zdanie na tyle obrzydliwe, że nie powinno się go
    nawet komentować. Nie wiem, czy wynika z okrucieństwa, głupoty,
    braku wyobraźni, czy zachłyśnięcia się eugeniką. Życzenie
    komukolwiek śmierci, dlatego, jak rozumiem, że nie jest materiałem
    odpowiedniej jakości, wykracza poza obszar pojęć i wartości, w
    ramach których można prowadzić dyskusję.
  • soova 29.12.08, 09:43
    cahir4 napisała:

    > yowah76 napisała:
    >
    > niepewne ciaze sie ronily,nikt
    > > sie specjalnie nie oszczedzal (i moim zdaniem slusznie, ciaza to
    > nie
    > > choroba a robaczywe jablka tez z galezi spadaja)
    >
    > Właściwie jest to zdanie na tyle obrzydliwe, że nie powinno się go
    > nawet komentować. Nie wiem, czy wynika z okrucieństwa, głupoty,
    > braku wyobraźni, czy zachłyśnięcia się eugeniką. Życzenie
    > komukolwiek śmierci, dlatego, jak rozumiem, że nie jest materiałem
    > odpowiedniej jakości, wykracza poza obszar pojęć i wartości, w
    > ramach których można prowadzić dyskusję.

    Trochę się chyba zagalopowałaś. Utożsamienie przyrodniczego faktu utraty słabego płodu (nie wiem, jak się to fachowo określa) z eugeniką to jednak przesada.

    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • cahir4 29.12.08, 13:14
    Nie zagalopowałam się, przedstawiłam kilka możliwych wyjaśnień.
    Przykro mi, że w sympatycznej jak dotąd atmosferze tego forum
    pojawił się zgrzyt. Nie ja wcisnęłam tu drażliwy z natury off topic
    pod tytułem: czy warto utrzymywać zagrożoną ciążę. Wolałabym,
    żebyśmy pozostały przy dyskusjach, czy to Kozłowa, czy organiścina
    była najwredniejszą babą we wsi. Albo jak bardzo platoniczna była
    miłość Jasia.

    Ale jeśli ktoś wyjeżdża ni stąd, ni zowąd z pochwałą poronień, to
    owszem, robi mi się nieprzyjemnie. I to bardzo. I wychodzi na to, że
    powinnam teraz rozwinąć dyskusję na temat tego, że poronienia rzadko
    mają za przyczynę (o ile w ogóle przyczyna da się wskazać) wady
    płodu? Że idąc tym tropem powinniśmy w pierwszej kolejności
    zrezygnować z ratowania wcześniaków, a potem, bo ja wiem, ze
    szczepionek, używania antybiotyków, przeszczepów? Silni przeżyją,
    słabsi wyginą - i dobrze? Akurat tyle są warci, co robaczywe jabłka?
    Po pierwsze, to dla mnie kwestie niedyskutowalne - uznania wartości
    ludzkiego życia, każdego, bez stopniowania: zdrowszy, silniejszy,
    mądrzejszy itd. Po drugie, jeśli ktoś je uważa za względne, to jest
    wiele innych forów: od "ciąża i poród", poprzez zdrowotne,
    filozoficzne, religijne, na "bezdzietnych z wyboru" skończywszy. Po
    co z tym włazić do Lipiec?

    Że mogłam przemilczeć? Nazwanie pogardliwe "robaczywym jabłkiem"
    dziecka poronionego albo urodzonego z "odchuchanej" ciąży? Opinii,
    że z zagrożonych ciąż pochodzące dzieci nie powinny się były urodzić?
    Nie, nie jestem święta. Ale prawie. Bo napisałam bardzo łagodny post.
  • soova 29.12.08, 13:20
    Atmosfera była i jest istotnie sympatyczna i lepiej, żeby tak zostało.

    Niemniej nie odczułam, że tu się chwali poronienia. I że ktokolwiek nawołuje do nieratowania wcześniaków. Nie mówiąc już o tym, jakoby słabsi mieli być warci tyle, co robaczywe jabłka. Nie mam dzieci, więc może to wpływa na moje bardziej przyrodnicze niż emocjonalne postrzeganie tematu, w każdym razie wiem, że emocje zachowaniu wspomnianej tu miłej atmosfery nikomu i niczemu nie posłużą.

    ----
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • cahir4 29.12.08, 13:58
    > Niemniej nie odczułam, że tu się chwali poronienia.

    To przeczytaj uważnie cytowany przeze mnie fragment postu yovah76. A
    teraz i matyldy1001, tam będzie nawet o wcześniakach. I, odwołam się
    do intelektu, nie do emocji - zastanów się, czy nie ma w tym
    (zwłaszcza w poście matyldy) myślenia charakterystycznego dla
    eugeniki właśnie, z jej troską o dobro gatunku. (O, w czasie kiedy
    pisałam ten post, chór się jeszce powiększył).

    Jeśli emocje niczemu dobremu nie służą, to najlepiej byłoby ich nie
    wywoływać, prawda? Na ogół zdajemy sobie sprawę z tego, jakie emocje
    możemy wywołać - mamy od tego wyobraźnię, zdolność współczucia i,
    takie ładne słowo - empatię. Więc jeśli prowokujemy jakieś emocje,
    to albo nam się nie chce tych narzędzi użyć, albo robimy to
    świadomie i z premedytacją.

    W każdym razie ja już tu niczego psuć nie będę. Żałuję, bo bardzo
    polubiłam to forum, ale widać takie jest życie. Zabieram więc swoje
    szkodliwe emocje i spadam.

  • soova 29.12.08, 14:07
    cahir4 napisała:
    > To przeczytaj uważnie cytowany przeze mnie fragment postu yovah76. A
    > teraz i matyldy1001, tam będzie nawet o wcześniakach. I, odwołam się
    > do intelektu, nie do emocji - zastanów się, czy nie ma w tym
    > (zwłaszcza w poście matyldy) myślenia charakterystycznego dla
    > eugeniki właśnie, z jej troską o dobro gatunku. (O, w czasie kiedy
    > pisałam ten post, chór się jeszce powiększył).

    Fakt społeczno - medyczny - ratowanie ciąż zagrożonych, które jest standardem w czasach dzisiejszych.
    Fakt historyczny - nieratowanie ciąż zagrożonych w czasach dawniejszych, nie z powodu eugeniki, przekonań, tylko braku możliwości po prostu.
    Posty obu dziewczyn odnoszą się do obu tych faktów. Dalej nie będę się wypowiadać, bo zerknęłam w drugie okienko i widzę, że jest już Yowah, więc ona zrobi to najlepiej.



    > W każdym razie ja już tu niczego psuć nie będę. Żałuję, bo bardzo
    > polubiłam to forum, ale widać takie jest życie. Zabieram więc swoje
    > szkodliwe emocje i spadam.

    Nie chodzi mi o to, żebyś spadała, bo byłaby wielka szkoda - jestem pod wrażeniem cyklu spadkowego.

    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • yowah76 29.12.08, 14:03
    cahir4,
    nie chwale poronien jako takich, natomiast uwazam, ze sa w pelni
    naturalne i tak jak kazdemu ssakowi sluzyly gatunkowi ludzkiemu jako
    forma naturalnej selekcji. Czesc plodow ma wady, czesc matek ma wady
    uniemozliwiajace lub utrudniajace donoszenie plodu, zdarzaja sie
    poronienia np. kiedy matka choruje i organizm odrzuca to co w danym
    momencie jest dla fizjologii balastem, zdarza
    sie "niekompatybilnosc" matki i plodu - i to wszystko jest w pelni
    naturalne. Mam wrazenie, ze okolo 20% zaplodnien konczy sie
    poronieniem na wczesnym etapie, tak do 3 miesiaca, wlasnie z
    powyzszych powodow. I jestem zdania, ze do pewnego stopnia
    powinnismy pozwolic naturze na naturalny tok rzeczy. Jezeli kobieta
    nie moze z jakiegos powodu donosic ciazy to moze nie powinna
    probowac i przekazywac swoich genow dalej? No przykro mi, takie mam
    poglady, wolno Ci sie z nimi nie zgodzic. Kiedys kobiety nie
    wiedzialy czy moze nie mogly byc pewne, ze sa w ciazy wlasnie gdzies
    do tego 3 miesiaca, moglo sie zdarzyc rownie dobrze opoznienie
    krwawienia co wczesne poronienie i nikt nie rozdzieral nad tym szat,
    nikt nie rozplywal sie nad dwutygodniowa utracona ciaza przez
    kolejne trzy lata. Coz, wczesna diagnostyka ciazy moze i ma swoje
    zalety, ale chyba na psychike przyszlych matek najlepiej nie wplywa.

    Podobnym problemem jest pozniejszy brak selekcji... nie twierdze, ze
    nalezy zostawic wszystko naturze, ale wolno mi chyba wyrazic swoje
    zdanie? Ja np. nie uwazam, zeby alergie byly tak do konca choroba
    cywilizacyjna, sklonnosci do nich sa w jakims stopniu wrodzone - i
    latwo sie domyslic, co sie dzialo z dzieckiem alergicznym na pylki
    czy kurz czy z alergikiem na mleko krowie. W kazdym razie te geny
    nie byly przekazywane dalej. Wiec ubolewam nad otchlania w jaka
    wtracamy nasz wlasny gatunek ;) Coz, mnie to dotyczyc nie bedzie, ja
    z pelna swiadomoscia nie chce obarczac moimi genami kolejnych
    pokolen, wiem, co ze soba niose i nie widze powodu zeby to szerzyc.
    Rozumiem, ze ktos sie moze poczuc urazony moimi pogladami, czy to z
    powodow osobistych czy ideologicznych. I przepraszam. I nie chce tu
    rozpetywac dyskusji na temat "czy warto", bo jednemu warto a
    drugiemu nie, ale akurat w temacie odpornosci na zle warunki
    naturalna selekcja a wiec i ta jej forma miala duze znaczenie. A to
    juz nie jest O/T. Bo to dokladnie tak bylo, kto mial zdrowa matke,
    sam byl zdrowym plodem, przezyl dziecinstwo, nie udusila go zmora
    (np. alergie wlasnie czy wada serca) czy nie odmienily boginki
    (chociazby autyzm), nie byl na tyle glupi zeby wejsc koniowi pod
    kopyta czy dac sie pogryzc psu na smierc, potem przetrzymal kilka
    lat ciezkiej pracy, nie zapil sie na smierc albo nie zatlukli go w
    karczmie - ten istotnie mogl sie kochac w stogu siana w zimowa noc i
    nawet nie kichnac.

    --
    ---------------------------------------------------
    - To wspaniale przyjecie - powiedzial Kwestor do krzesla. - Szkoda,
    ze mnie tu nie ma.
  • matylda1001 30.12.08, 18:08
    Cahir, ja też nie chwalę poronień. Przeżyłam to... poroniłam
    pierwszą ciążę w szóstym tygodniu, do dziś nie wiem dlaczego. Potem
    urodziłam dwie zdrowe, dorodne córki. Jeszcze raz dokładnie
    przeczytałam to, co napisałam w poprzednim poście i nie mam sobie
    nic do zarzucenia. Zacytowałam słowa starego, doświadczonego
    człowieka, lekarza, który pomógł mi wyjść z depresji po tym
    strasznym przeżyciu. To On pozwolił mi zrozumiec fakt, że natura w
    stosunku do człowieka rządzi sie tymi samymi prawami, jak do
    wszystkiego, co żyje i rośnie na Ziemi. Człowiek ingerując w naturę
    przedłuża życie, polepsza jego jakość i dobrze, cieszmy sie z tego.
    Jednak miejmy odwagę przyznać, że nie jest to zgodne z prawami
    natury a człowiek jest jednym z elementów przyrody. Ówcześni ludzie
    żyli w większej symbiozie z naturą i miała ona kolosalny wpływ na
    ich losy. To znaczy... przyznaj, jeśli tak uważasz. Jeśli nie, to ja
    to uszanuje i nie będę miała do Ciebie żalu. Wyraziłyśmy swoje
    poglądy i proponuje na tym poprzestać. Było sympatycznie i będzie
    nadal, jeśli zostaniesz z nami. Twoje informacje są bezcenne.
  • cahir4 30.12.08, 23:28
    Wczoraj po postach Soovcy i Jovah przyznam, na najwyższym poziomie emocji, doznałam na przekór wszystkiemu, natchnionego (emocje!) poczucia, że nawet przy najodleglejszej różnicy poglądów można prowadzić dyskusję, że gdy braknie już jakichkolwiek wspólnych wartości, do których można by się odwołać, pozostaje ta elementarna płaszczyzna, jaką jest fakt, że potencjalni dyskutanci są ludźmi (czyt. przedstawicielami tego samego gatunku). Czasem miewam takie heroiczne przeświadczenie, wydaje mi się, że da się prowadzić dyskusję nawet z... mniejsza o to. Trudno wyobrazić sobie większą przepaść, niż pomiędzy osobami, które są zgodne, co prawda, co do tego, że dzięki współczesnej wiedzy medycznej kobiety boleśniej przeżywają poronienia, ale jedna za zło uważa to, że kobiety ronią, a druga to, że się tym przejmują. W celu jednak uspokojenia emocji postanowiłam się z tym przespać. I cały natchniony post mi wyparował. Więc przeczytałam wątek jeszcze raz.


    Przyznam, że „stary i mądry” doktor wzbudził we mnie szereg refleksji, które jednak ze względu na to, że ostatecznie pomógł Matyldzie, postanowiłam przemilczeć.


    Potem wróciłam do postu Jovah. Zawierał on dokładnie to samo, co wtrącone zdanie o jabłku – tylko w formie nieco dłuższej. Jako że powróciłam do lektury uwolniona co nieco od emocji, w tym od natchnionej misji szukania pojednania za każdą cenę, choćby na gruncie przynależności do jednego gatunku, zagłębiłam się w wątek tym razem głównie w celach poznawczych. Próbując zachować dystans, co, jak sądzę, odbija się w tonie niniejszego postu.


    Najpierw odkryłam, że mam problem z definicją pojęć. Stosunkowo łatwa była „natura”. Z kontekstu Waszych wypowiedzi wynika, że to coś, co jest odwieczne, niezmienne, doskonałe i należy przestrzegać jego praw, bo jest dobrem samym w sobie - wypisz, wymaluj definicja Boga. Odniosłam też wrażenie, że zakładacie to traktowanie Natury jako Boga za oczywiste. No i tu co do ewentualnego porozumienia zachodziłaby trudność podstawowa – ja się na tę religię po prostu nie piszę. Sortuję śmieci i zakręcam kran, ale nie widzę potrzeby ubóstwienia Natury. W ostateczności mogę w hołdzie dla Niej nóg nie ogolić, ale godzić się na śmierć dzieci, to już nie za bardzo.


    Natura była łatwa. Potknęłam się na gatunku. Odbił mi się czkawką brak zainteresowania biologią. Jedyna definicja, jaka mi świtała, to że do mojego gatunku należą wszystkie samce, z którymi mogę uprawiać seks z nadzieją (przynajmniej teoretyczną) na uzyskanie płodnego potomstwa. Definicja jest zapewne niedoskonała i dziurawa jak sito, ale to chyba nieistotne, bo przypuszczam, że akurat jedynym punktem, w którym ja i Jovah jesteśmy zgodne, to to, kto należy do ludzkiego gatunku. A chwilowo interesuje nas tylko ten. Natomiast istotną trudność sprawia mi pojęcie gatunku nie wtedy, kiedy mam określić, kto do niego należy, ale wtedy, kiedy wkracza pojęcie interesów tegoż gatunku. Nie mogąc wyzwolić się od humanistycznych nawyków, siłą rzeczy myślałam początkowo o gatunku, jako zbiorowisku jednostek i o ewentualnym konflikcie, jako konflikcie między interesem jednostki i interesem grupy. Czyli gatunek = ludzkość (mniej więcej). Ale to nie o to chodziło. W takim ujęciu musiałoby się pojawić pytanie, czy na obecnym etapie rozwoju bardziej opłacalne dla ludzkości jest multiplikowanie Jagienek zdolnych do uprawiania seksu na mrozie, czy, całkowicie wbrew Naturze, pieczołowite hołubienie Stephena Hawkinga. Pytanie pozostawiam troszczącym się o ludzkość, z perspektywy bowiem, jaką sama przyjmuję, pytanie o wyższość Hawkinga nad Jagienką lub odwrotnie jest bezprzedmiotowe.

    Czymże jest więc gatunek, jeśli nie zbiorowością jednostek? Odpowiedź na to pytanie znalazłam w kurniku. Może dla Was jest to oczywiste, ale dla mnie wyjście niejako na zewnątrz i spojrzenie na ludzi jak na stado hodowlane naprawdę było czymś nowym. A zatem gatunek, o którego interesie, tu mówimy, to abstrakt. Abstrakcyjna forma jakiegoś idealnego człowieka, do której osiągnięcia miałyby zmierzać jednostki. W jakim celu? Ano - pętla się zamyka - dla dobra gatunku. Dla abstrakcji, która jest celem i dobrem samym w sobie.

    Nawiasem mówiąc, nie spotkałam dotąd ludzi, którzy rezygnowaliby z posiadania dzieci dla dobra „gatunku”. Zawsze motywacją było dobro jednostkowe: albo ich własne (nie chcę, nie bawi mnie to), albo hipotetyczne dobro przyszłego dziecka (obawa, że nie będzie szczęśliwe, skoro przeniosę na nie swoje fizyczne lub emocjonalne obciążenia), albo mieszanina obydwu. Ale nikt z moich znajomych nie „poświęcał się” dla „gatunku”.

    Tak więc po jednej stronie mam abstrakcyjny „gatunek”, po drugiej jednostki, które istnieją ze szkodą dla tegoż. Te jednostki bynajmniej nie są abstrakcyjne - mają twarze i imiona. Mam przyjąć do wiadomości, że dla abstrakcyjnej idei doskonałości gatunku, lepiej by było, gdyby się nie urodziły. Albo w miarę szybko umarły. Patrzę sobie na takie dziecko i mam uznać jego życie zbędne, a nawet szkodliwe, bo rzekomo szkodzi pojęciom jak „natura” albo „gatunek”. I tu dochodzę do granicy. Do granicy, na której muszą się skończyć wszelkie próby zrozumienia – możliwy jest tylko sprzeciw. Nie, nie ma takiej religii, ideologii, „życiowej mądrości”, w imię której mogłabym się z tym zgodzić, w imię której mogłabym taki pogląd zaakceptować. Nawet, gdyby to nie było moje dziecko.

    Gdzieś po zakamarkach pamięci obija mi się zdanie z innej szkolnej lektury (polonistka była maniaczką cytatów): „Jedną tylko prawdziwą zbrodnię popełnił: zgodził się w swym sercu na to, co zabija dzieci i dorosłych. Resztę rozumiem, ale to muszę mu wybaczyć.”
    Tak, przypomniałam sobie tę właśnie lekturę i nie wiem, czy posiadam wolę rozumienia i zdolność wybaczania Tarrou, ale myślę, że z czasem coraz bliższy jest mi doktor Rieux.
  • matylda1001 29.12.08, 13:07
    >Właściwie jest to zdanie na tyle obrzydliwe, że nie powinno się go
    nawet komentować.<

    Może nie brzmi to elegancko, ale to sama prawda. Rozmawiałam dawno
    temu z takim starym, mądrym lekarzem. On sam twierdził, że jest z
    doboru naturalnego. Pochodził ze wsi i było ich w domu dwanaścioro,
    do wieku dorosłego przetrwało troje, reszta poumierała. Za to ci,
    którzy przeżyli byli silni, odporni i nie do zdarcia. Teraz - mówił -
    ratuje się juz płód w łonie matki, płód, który w naturalny sposób
    nie urodziłby sie. Ratuje sie noworodki, które w naturalny sposób
    nie miałyby szansy na przeżycie, itd. W ten sposób hoduje sie
    społeczeństwo słabe, mało odporne, trochę sztuczne. To paradoks, że
    osiągnięcia cywilizacyjne i rozwój medycyny przyczyniają sie do
    degradacji społeczeństwa. Natura potrafi eliminować to co słabe,
    niewydarzone, a człowiek jest cząstką tej natury, zupełnie tak jak
    to jabłko. Może to okrutne, ale niestety prawdziwe.
  • baba67 29.12.08, 13:44
    Ja osobiscie wolalabym poronic niz patrzec jak moje dziecko nie ma normalnego
    zycia tylko po szpitalach, operacjach a na rowiesnikow to sobie przez okno moze
    popatrzec.Oczywiscie bylaby to dla mnie trauma takie poronienie, ale sadze, ze
    mniejsza. W stwierdzeniu nie widze nic szokujacego. W tamtych czasach, gdyby
    dziecko sie urodzilo slabowite to i tak by umarlo, wyssilek fizyczny nie jest w
    stanie zagrozic zdrowemu plodowi, najgorsze sa chemikalia ktorych nie bylo.
    Swiadomosc dbania o ciezarna byla na przykald Boryna mowi do Hanki-"w takim
    stanie powinnas sie ochraniac",
    --
    Nie sztuka grać na nastrojonych skrzypcach, sztuka grać na rozstrojonych.
    Paganini (zdaje się)
  • enesaj 30.11.16, 18:26
    groha napisała:

    > E, kiedy ma się w sobie taki okrutny gorąc i tak do granic możliwości wezbrany
    > wulkan namiętności, jak oni mieli, to warunki nie mają znaczenia i o żadnym
    > przeziębieniu raczej nie ma mowy. Prędzej nerwicy mogli się nabawić, podejrzewa
    > m ;)

    Albo spłonąć żywcem.
    --
    Moje blogi:
    kirgiski.pl/
    enesaj.pl/
  • soova 28.12.08, 20:04
    Sądzę, że powieściowi chłopi w ogóle nie zwracali uwagi na różne tam takie zapachy. Wszak żyli w nich niemalże od poczęcia. ;) Natomiast wszelkie próby utrzymywania higieny osobistej czy separowania się od wszechogarniającego brudu przyjmowane były wrogo - ot choćby przywołana tu "cięgiem się myjąca" Jagna czy proboszcz z Łaznowa z naperfumowaną chusteczką, co to "naród mu śmierdzi".
    --
    Hajo Hajo Ipsenajo!
  • malgga 29.12.08, 12:27
    Kumy, ja kilka lat temu w niemieckiej telewizji oglądałam bardzo ciekawy serial
    dokumentalny "Gutshaus 1900" ("Dwór wiejski 1900"). W tym programie ludziom
    przydzielono role jaśniepaństwa, pokojówek, lokajów, kucharek, podkuchennych i
    parobków oraz kazano im żyć przez trzy miesiące tak jak sto lat temu. Zarówno
    jaśniepaństwo jak i służba myła się nieraz co tydzień, a najczęściej co dwa
    tygodnie :-). Po jakimś czasie się do tego przyzwyczaili i nie narzekali. Na
    pytanie "Jak pachnie rok 1900?" odpowiedzieli, że właściwie neutralnie.
    Natomiast kiedy parę razy przychodził ktoś do nich "ze współczesności" od razu
    uderzał uczestników programu silny zapach mydła lub żelu pod prysznic, którym
    się ta osoba myła.
    Aha, zapomniałam jeszcze o podobnym niemieckim serialu dokumentalnym "Chłopskie
    życie 1900". Tam też się myli co tydzień. Pięcioosobowa rodzina w tej samej
    wodzie kąpielowej, najpierw najmniej brudny, a na końcu najbardziej brudny.
    Kiedy matka rodziny robiła kiedyś starymi metodami pranie, zauważyła, że to co
    obecnie uważamy za brudne, kiedyś było czyste :-).
  • groha 29.12.08, 14:27
    Laboga... Sieriożnie się zrobiło, jak w Lipcach na ciężkim przednówku. Gdybym
    wiedziała, toć prędzej bym sobie język odgryzła, niż zażartowała o tej macicy. A
    już o szkodliwości wychodzenia za stodołę, to w życiu!
    --
    Forum z kurcgalopkiem
  • stara_dominikowa 30.12.08, 13:34
    Chyba jednak podobna jestem do Jagusi i za tymi obłokami bym poleciała - a wiem
    to za czym?
    Nigdy nie przypuszczałam, że analiza powieści doprowadzi do tak szczegółowych
    wniosków. Wątki o działach i ówczesnym prawodawstwie, dyskusje o degeneracji
    biologicznej gatunku na skutek postępów medycyny - moiściewy!
    Zawsze uważałam, że ten realizm reymontowski jest taki trochę malowany i z
    przymrużeniem oka. Zgrabnie wtłoczony w ramy kołowrotka pór roku, taka pocztówka
    z XIX wieku. Jak widać Reymont nie jest konsekwentny w wielu miejscach i myślę,
    że to nie jest niedbalstwo. On tej wsi nie opisał w szczegółach, on ją
    namalował. Malowana jest śmierć Boryny, malowany jest poród Hanki wiosną gdy
    wszystko budzi się do życia. Borynowe konflikty - walka o kobietę i ziemię,
    instynkt rozrodczy i terytorializm - to też obrazek ścisłego związku życia
    chłopskiego i przyrody.
    Czytam bardziej w oderwaniu od historii i realiów ówczesnych niż wy, kumy:)
    Tkwię gdzieś w bezczasie i traktuję całą historię bardzo uniwersalnie. Ciekawe
    jest jednak obserwować zupełnie inny sposób podejścia do powieści - to co
    zrobiła Cahir w wątku o prawie to wielka robota!
    --
    Ale wieś! Forum o "Chłopach" Reymonta
  • mmk9 30.12.08, 14:52
    Bo my tu proste ludzie, a nie literaturoznawce jakieś, co to tylko o
    środkach stylistycznych by prawili. Dla nas to jest najprawdziwsza w
    swiecie opowieść o lipieckich ludziach, akurat jakby Rocho
    opowiadał. Czasem oświecenia potrzebujem i nie powiedaj, Cahir, ze
    sobie idziesz, bo kto nam tu te urzędowe pisania rozebrać pomoże, no
    kto ?
  • cahir4 30.12.08, 23:08
    Lepiej ta kumo Cahir nie przyzywać, kiej z własnej woli sobie poszła, bo baczcie
    kumy, co byśta upiora nie przywołały.

    mmk9 napisała:

    > kto nam tu te urzędowe pisania rozebrać pomoże, no
    > kto ?

    Cie, jaka ciekawa, a jajka w węzełku naszykowane ma?
  • mmk9 31.12.08, 08:46
    Cie, jaka ciekawa, a jajka w węzełku naszykowane ma?
    o, i twarogu gomółka sie znajdzie dla was, kumo kochana
  • groha 30.12.08, 23:47
    Dominikowo, takeś cudnie napisała o tym leceniu, malowaniu i bezczasie, że aż
    mnie za grdyke cosik ułapiło i trzymie. Bo niby takie malowanki mniej ważne od
    tych wszystkich realów, majątków i grontów, ale bez nich, to wszystko byłoby
    takie przaśne i znojne, jak ta ciężka orka na ugorze, a ta wieś ulubiona nie
    leżałaby nam tak pięknie na oczach, jak leży, ino tylko na wątpiach...
    --
    Forum z kurcgalopkiem
  • malgga 30.12.08, 18:59
    Cahir proooszę zostań z nami, kto by nam dostarczał tych cennych informacji, do
    których nie każdy ma dostęp?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka