Dodaj do ulubionych

Ciąg dalszy "Blędów i nieścisłości w Lalce"

18.05.11, 11:22
W drugiej połowie lutego 1878 roku, Rzecki w rozmowie z Klejnem, indagowany przez subiekta co do terminu powrotu Wokulskiego z wojny, odpowiada mu:

" -Pryncypał jeszcze nie wraca, nie miał pan listu?
Spodziewam się go w połowie marca, najdalej za miesiąc....
-Jeśli go nie zatrzyma nowa wojna.
Staś...Pan Wokulski pisze mi, że wojny nie będzie"

I faktycznie Wokulski wraca do Warszawy w marcu, zgodnie z tym co pisał Rzeckiemu w liście.
Z powieści wiemy nawet, że ten powrót nastąpił w którąś niedzielę.

Sprawdziłem daty niedziel w marcu 1878 roku:
( www.kobosz.pl/kalendarz/index.php?rok=1878 ) i były to: 3,10,17,24,31 a zatem Wokulski wrócił do Warszawy najprawdopodobniej nie wcześniej niż 17. marca, bo to plus minus połowa miesiąca i środkowa z pięciu marcowych niedziel w tym roku - a ze słów Rzeckiego wynika, że raczej może też nastąpić niewielki poślizg w tym powrocie czyli powrót dopiero 24. marca.
Oznacza to, że Wokulski zapowiedział Rzeckiemu swój powrót pomiędzy tymi datami 17-24 marca.

Wokulski w rozmowie z Rzeckim informuje go o majątku, jaki udało mu się zrobić na wojnie rosyjsko-tureckiej, na tych dostawach dla wojska:

"Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.
— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie — rzekł dobitnie. — A ponieważ kazałem zakupić banknoty, które po zawarciu pokoju sprzedam, więc będę miał przeszło trzysta tysięcy rubli..."

I tu jest kolejny błąd u Prusa, bo przecież ten pokój ( zawarty w San Stafano i dlatego nazwany san-stefańskim ) został zawarty już 3 marca 1878 roku, więc minimum dwa tygodnie wcześniej - i kto jak nie Wokulski musi o tym wiedzieć, bo przecież z powodu zakończenia działań wojennych kończy się jego kariera zaopatrzeniowca armii rosyjskiej i dlatego przez Moskwę powraca do Warszawy.
Edytor zaawansowany
  • weteran_pl 19.05.11, 00:52
    Panie Prus...
    Panie Bolesławie!
    Drogi sąsiedzie!

    I co ja mogę zrobić na to, że pomimo iż urodziłem się na tej samej ulicy, na której Pan mieszkał i to zaledwie o niecałe 100 metrów od dawnego pańskiego adresu - to jednak muszę ponownie napisać o dostrzeżonej w Lalce - a kolejnej już - nieścisłości, której jest pan Autorem...

    Był Pan łaskaw napisać w Pamiętniku starego subiekta:
    "W październiku, jakoś w tym czasie, kiedy Matejko skończył malować bitwę grunwaldzką ..."

    Ale przecież Matejko sprzedał ten obraz już w lutym 1878 pewnemu bogatemu Żydowi z Warszawy, a we wrześniu tego samego roku nastąpiło otwarcie pierwszej wystawy "Bitwy pod Grunwaldem" w krakowskim magistracie.

    Panie Bolesławie!
    Panie Prus...
    Dlaczego Pan mi to robi? - a ja to muszę prostować...
  • soova 19.05.11, 09:29
    Z tą "Bitwą..." jest jeszcze gorzej... :) Stary subiekt wyraźnie robi aluzję, że jakoby oglądał sam obraz (bo jako były żołnierz się z niego podśmiewa). A tymczasem dzieło w Warszawie można było obejrzeć dopiero w 1880 roku, czyli po śmierci Rzeckiego.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 19.05.11, 10:05
    soova napisała:

    > Z tą "Bitwą..." jest jeszcze gorzej... :) Stary subiekt wyraźnie robi aluzję, ż
    > e jakoby oglądał sam obraz (bo jako były żołnierz się z niego podśmiewa). A tym
    > czasem dzieło w Warszawie można było obejrzeć dopiero w 1880 roku, czyli po śmi
    > erci Rzeckiego.
    > --
    >
    Pomylenie daty ukończenia malowania przez Matejkę "Bitwy pod Grunwaldem" jest jednak błędem fundamentalnym, bo w odniesieniu do tego co napisałaś:
    Rzecki mógł oglądać obraz przed 1880 rokiem, ponieważ jego właściciel, ten bogaty Żyd z Wwy, który kupił go nie z miłości do sztuki a z chęci zostania jeszcze bardziej bogatym - zlecił wyprodukowanie ogromnej ilości kolorowych litografii "Bitwy pod Grunwaldem", które rozchodziły się jak ciepłe bułeczki...
    Tak więc Rzecki mógł także posiadać w domu taką litografię i to dawało mu prawo do wyrażanie swojej opinii o nim - z perspektywy zawodowego żołnierza i oficera.

    A tu o litografii :
    "Techniką litografii wykonywano wiele ilustracji w czasopismach oraz książkach, powstawały również odbitki pejzaży, portretów rysowanych przez najwybitniejszych artystów, np. F. Goyę, H. Daumiera, E. Delacroix. Ok. 1830 rozwinęła się litografia barwna, która była stosowana głównie do reprodukcji znanych dzieł malarskich."
  • soova 19.05.11, 10:46
    weteran_pl napisał:

    > Tak więc Rzecki mógł także posiadać w domu taką litografię i to dawało mu prawo
    do wyrażanie swojej opinii o nim - z perspektywy zawodowego żołnierza i oficera.>

    Czyż jednak ta uwaga w pamiętniku: "duży to obraz i okazały, tylko nie trzeba go pokazywać żołnierzom, którzy przyjmowali udział w bitwach" nie sugeruje, że widział dzieło, a nie litografię (którą mógł oczywiście sobie kupić, ale po co, skoro obraz skrytykował)?


    --
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 19.05.11, 11:01
    soova napisała:

    > weteran_pl napisał:
    >
    > > Tak więc Rzecki mógł także posiadać w domu taką litografię i to dawało mu
    > prawo
    > do wyrażania swojej opinii o nim - z perspektywy zawodowego żołnierza i oficer
    > a.>
    >
    > Czyż jednak ta uwaga w pamiętniku: "duży to obraz i okazały, tylko nie trzeba g
    > o pokazywać żołnierzom, którzy przyjmowali udział w bitwach" nie sugeruje, że w
    > idział dzieło, a nie litografię (którą mógł oczywiście sobie kupić, ale po co,
    > skoro obraz skrytykował)?
    >
    Obraz "Mona Lisa" też od lat poddawany jest ostrej krytyce - a ledwo nikły promil ludzi go krytykujących, widział to arcydzieło na własne oczy, znając go jedynie ze zdjęć prasowych i albumów o sztuce , później zaś także dzięki telewizji a ostatnimi laty Internetowi...

    Brak osobistego, bezpośredniego obcowania z dziełem sztuki nie pozbawia nas zatem prawa do wyrażania swojej o nim opinii, w tym także krytycznej.
  • soova 19.05.11, 15:45
    Ale skoro pan Ignacy wyraźnie zaznaczył, że jest to obraz duży i okazały, to z kolei ja mam prawo przypuszczać, że widział oryginał. A że wyrażał się o nim z przekąsem, mam prawo założyć, że nie posiadał litografii, bo po co była mu litografia czegoś, co mu się nie podobało (zresztą zupełnie nie pasowałaby do Napoleona i bitew napoleońskich, jakie pewnie u niego wisiały). :)

    ---
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 19.05.11, 16:29
    Ignacy Rzecki wielkim patriotą był :) i choć w swoich politycznych zapatrywaniach, wyniesionych z rodzinnego domu od ojca, żołnierza służącego pod Napoleonem - upatrywał odzyskanie przez Polskę niepodległości i zrzucenie jarzma zaborców, poprzez wydarzenia rozpoczęte na europejskim teatrze działań politycznych przez dynastię napoleonidów, to niewątpliwie w swej wymowie podnoszący na duchu w tej czarnej godzinie naszej historii obraz Matejki "Bitwa pod Grunwaldem", jako ukazujący wygraną polskiego oręża nad jednym z zaborców, został nabyty i przez starego subiekta, jako kolorowa litografia....

    O parametrach tego obrazu malowanego przecież przez Matejkę kilka lat, było bardzo głośno w prasie i stąd znajomość jego wymiarów u Rzeckiego, a ponadto a nawet przecież: nie widząc go - a więc nie posiadając tej litografii i nie znając go - nie mógłby wydawać o nim opinii....

    Zatem pan Ignacy Rzecki jako człowiek niemobilny :) był jednak w Wwie w posiadaniu jakiejś kopii "Bitwy pod Grunwaldem" i tu akurat błędu u Prusa w Lalce nie można dowieść.
  • weteran_pl 21.05.11, 07:06
    Prus, przedstawiając nam hrabiego Łęckiego pisze :
    "Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę."

    Wiktor Emanuel II zmarł 9 stycznia 1878 roku, a więc Łęcki tę żałobę nosił do 9 marca.
    A że nosił ją na kapeluszu, to dość rzadko miał okazję tę żałobę publicznie okazywać - w warunkach bardzo ostrej i śnieżnej zimy przełomu lat 1877/78 .
    Zatem o tej jego żałobie zaświadczał i ją wyrażał kapelusz, jednak nie na jego głowie a najczęściej wiszący w mieszkaniu na wieszaku...
  • soova 22.05.11, 11:54
    Ależ pan Tomasz nie mógł spacerować po Alejach, nawet w śniegu, inaczej jak pod parasolem i w kapeluszu! A co miał niby mieć na głowie: futrzaną czapę? :D Kapelusz był symbolem jego statusu społecznego, więc musiał go nosić. A jeśli nawet nie spacerował z uwagi na pogodę, to przecież jeździł - w braku własnego powozu zapewne dorożką z podniesioną budą - do Resursy Kupieckiej, i też przecież nie z gołą głową.

    Ciekawe zresztą, kiedy miał miejsce towarzyski debiut panny Izabeli. Bo jeśli król zwrócił na nią uwagę przed 1870 rokiem, to musiała być ona w dość młodym wieku, a jednocześnie już bywać na salonach.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 27.05.11, 11:32

    > Ciekawe zresztą, kiedy miał miejsce towarzyski debiut panny Izabeli. Bo jeśli k
    > ról zwrócił na nią uwagę przed 1870 rokiem, to musiała być ona w dość młodym wi
    > eku, a jednocześnie już bywać na salonach.

    Powiedziałabym, że w wieku 16 lat. Chyba także w tym wieku zaczęła bywać na salonach Wacława z "Pamiętnika Wacławy".

    A kiedy umizgał się do Izabeli Krzeszowski? Czy jeszcze jako kawaler, czy już jako mąż swojej żony? Jeśli jako kawaler, to jego ślub musiałby mieć miejsce najdalej 8 lat temu.
  • jadwiga1350 27.05.11, 11:35
    Ciotka Honorata zmienia się w ciotkę Hortensję. Bo chodzi prawdopodobnie o tę samą osobę.
  • weteran_pl 27.05.11, 12:06
    soova napisała:

    > Ależ pan Tomasz nie mógł spacerować po Alejach, nawet w śniegu, inaczej jak pod
    > parasolem i w kapeluszu! A co miał niby mieć na głowie: futrzaną czapę? :D Kap
    > elusz był symbolem jego statusu społecznego, więc musiał go nosić. A jeśli nawe
    > t nie spacerował z uwagi na pogodę, to przecież jeździł - w braku własnego powo
    > zu zapewne dorożką z podniesioną budą - do Resursy Kupieckiej, i też przecież n
    > ie z gołą głową.
    >
    > Ciekawe zresztą, kiedy miał miejsce towarzyski debiut panny Izabeli. Bo jeśli k
    > ról zwrócił na nią uwagę przed 1870 rokiem, to musiała być ona w dość młodym wi
    > eku, a jednocześnie już bywać na salonach.
    > --

    Dlatego właśnie, że ta 2-miesięczna żałoba przypadała na miesiące zimowe ( 9.01-9.03 ) to kapelusz hrabiego był najczęściej na wieszaku w jego mieszakniu lub w szatni w Resursie - a nie na jego głowie i wydaje mi się że opatrznie zrozumiałaś, iż ja sugeruję że Łęcki nie nosił w zimę kapelusza...
    On go w tym w/w okresie nie miał gdzie publicznie eksponować.
  • soova 07.06.11, 15:24
    "Ale przecież Matejko sprzedał ten obraz już w lutym 1878 pewnemu bogatemu Żydowi z Warszawy, a we wrześniu tego samego roku nastąpiło otwarcie pierwszej wystawy "Bitwy pod Grunwaldem" w krakowskim magistracie."

    Na www.wolnelektury.pl jest wydanie "Lalki" PIW 1975, to z przypisami. I przypis odnośnie do tej uwagi o "Bitwie..." głosi, że: "Matejko zakończył pracę nad nią wcześniej (wiadomość o gotowym obrazie przynosi »Kurier Warszawski« już w sierpniu 1878). W październiku natomiast odbyły się w Krakowie wielkie uroczystości ku czci Matejki."
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 22.05.11, 09:44
    Wokulski wraca do Warszawy z wojny rosyjsko-tureckiej w marcu 1878, po ośmiu miesiącach nieobecności i interesami firmy zajmuje się w tym czasie jego przyjaciel i plenipotent, Ignacy Rzecki.

    Na święconym u hrabiny Karolowej w Wielką Niedzielę 21 kwietnia 1878, książę mówi o Wokulskim:
    "W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroć sto tysięcy rubli tylko za firmę do pewnego przedsiębiorstwa i nie przyjął..."

    A w styczniu tego roku, czyli 1878 to Wokulski był o grube setki kilometrów od Warszawy i od spraw firmy "J.Mincel i S.Wokulski"...
  • soova 22.05.11, 11:41
    Nie musi chodzić o firmę "Jan Mincel i Stanisław Wokulski" (tu zresztą słowo "firma" występuje nie w znaczeniu "przedsiębiorstwo", a "nazwa, pod którą przedsiębiorstwo działa"), wątpię zresztą, czy Wokulski wykorzystywał tę firmę w swojej działalności wojennej, raczej odmiennej od prowadzenia sklepu galanteryjnego. Pewnie do tego celu miał swoje własne przedsiębiorstwo dostaw wojskowych, tym razem pod własnym nazwiskiem. A skąd książę mógł mieć takie informacje? No cóż, wiadomo, że książę miał informatorów w różnych środowiskach, wiadomo też, że arystokracja zajmowała się nie tylko balami, polowaniami i wyścigami, bo skądś na to wszystko musiała czerpać pieniądze. Skoro na handlu bydłem w czasie wojny sewastopolskiej (krymskiej) robił pieniądze marszałek, to niewykluczone, że ktoś z otoczenia księcia zajmował się tym samym na wojnie rosyjsko - tureckiej, i to ta osoba mogła być źródłem tych rewelacji o decyzji Wokulskiego.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 22.05.11, 13:25
    Wokulski nie prowadził na wojnie żadnej swojej nowej firmy ani też oczywiście działalności firmy "J.Mincel i S.Wokulski" , bo był tam przecież jedynie jako współpracownik Suzina, przez niego namówiony do tego wyjazdu i działając w jego interesach - a niejako przy okazji obracał tym swoim kapitałem 30 tysięcy rubli.

    Rzecki mówi o o tym radcy Węgrowiczowi, a swoją wiedzę musi mieć ze źródła, czyli od Stacha:

    "Jakim sposobem można w pół roku zrobić pół miliona rubli?..

    - Bo obracał dziesięcioma milionami rubli - odparł Rzecki - więc nawet zrobił mniej, niżby mógł...

    - Ale czyje to były miliony?

    - Suzina... kupca... jego przyjaciela..."

    I sam Wokulski też o tym mówi, że nie prowadził tam żadnej samodzielnej działalności:

    "Nie bój się — ciągnął Wokulski. — Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko, bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspólnika i że kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruchu"

    Po prostu podobnie jak to miało miejsce później w Paryżu, Suzin wziął Wokulskiego do Bułgarii do współpracy i uzgodnił z nim, że pozwoli mu robić także interesy niejako po boku w ramach jego początkowo skromnego ( wobec milionów Suzina ) kapitału 30 tysięcy rubli.


  • weteran_pl 27.05.11, 06:16
    Kolejna nieścisłość:
    Prus coś poplątał w Lalce z wiekiem barona Dalskiego i marszałka...

    "Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba, ale niańki, która by mu ocierała usta.

    — Nie upieram się przy marszałku, więc baron...

    — Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy na rękach."

    Wiemy, że baron ma 56 lat a więc marszalek ma ewidentnie trochę mniej, lecz Rzecki w rozmowie z Ochockim mówi o nim:

    "- Możesz mi pan powiedzieć, co się stało z Łęckim?... - ciekawie zapytał pan Ignacy.

    - Żaden to sekret - odparł Ochocki. - W początkach lata oświadczył się o pannę Izabelę marszałek...

    - Ten... ten?... Mógł być moim ojcem - wtrącił Rzecki.

    - Może też dlatego panna przyjęła go, a przynajmniej nie odrzuciła. Więc stary zebrał manatki po dwu swoich żonach i przyjechał na wieś do hrabiny... do ciotki panny Izabeli, u której mieszkała wraz z ojcem..."

    A Rzecki mówiąc to na jesieni 1879 roku ma 51 lat, więc w żaden sposób nie trzyma to się kupy, bo maksymalna różnica wieku pomiędzy nim a marszałkiem to 4 lata, choć przecież mogą być także i rówieśnikami...



  • weteran_pl 28.05.11, 11:12
    Wokulski w październiku 1878 roku jedzie w interesach Suzina do Moskwy, skąd wraca do Wwy w początkach listopada.
    Po kilku dniach od powrotu, w związku z otrzymaniem z Paryża listu od baronowej w sprawie Ludwika Stawskiego, składa wraz z Rzeckim krótką wizytę pani Helenie.
    To szybkie opuszczenie przez Stacha mieszkania, Rzecki tłumaczy na swój sposób bardzo przykrym zapachem z kuchni, w której kucharka Marianna gotowała.... kalafiory.

    I tu Prus przesadził, bo w Polsce przed erą supermarketów a w nich importowanych warzyw i owoców, w listopadzie kalafiorów nie było!
  • weteran_pl 28.05.11, 12:48
    Prus robi w Lalce z baronowej Krzeszowskiej wręcz masochistkę, która jak gdyby specjalnie wystawia głowę przez okno, narażając się tym samym na kolejne oblanie jej z góry wodą lub nieczystościami przez mieszkających nad nią studentów...
    Ale robi to, bo zapomniał chyba o tym, że Krzeszowska zajmuje wielkie mieszkanie:

    " - A, wybacz, pani baronowa - zawołał rządca. - Siedem pysznych pokoi, dwie kuchnie jak salony, dwie schówki... Niech pani komu odstąpi ze trzy pokoje: przecież są dwa frontowe wejścia. "

    a ci niesforni i z nią skonfliktowani studenci zajmują raptem jeden pokój...

    Tak więc baronowa ma tu szerokie pole manewru do uniknięcia możliwości bycia obrzucaną śledziami czy oblewaną i wcale nie musi wyglądać tylko przez to okno, będące pod oknem pokoju studentów.
  • jadwiga1350 28.05.11, 13:26

    >i wcale nie musi wyglądać tylko przez to okno, będące pod oknem pokoju studentów.

    Może tylko to okno stanowiło dobry punkt obserwacyjny, a z innych nic ciekawego nie można było zobaczyć?
    Albo też spory ze studentami stanowiły jedyną rozrywkę w jej dość smutnym i samotnym życiu.
  • weteran_pl 28.05.11, 13:42
    Może tylko to okno stanowiło dobry punkt obserwacyjny, a z innych nic ciekawego nie można było zobaczyć?
    Albo też spory ze studentami stanowiły jedyną rozrywkę w jej dość smutnym i samotnym życiu.

    Baronowa Krzeszowska, według słów jej męża kierowanych do Wokulskiego, była ponoć" kobietą światłą" - a nie pomyślała o zainstalowaniu jakiegoś nadokiennego daszka bądź nawet o używaniu zwykłej parasolki, która skutecznie ochroniłaby ją przed spadającymi na nią płynnymi i stałymi a nieprzyjemnie pachnącymi substancjami...
  • soova 29.05.11, 21:03
    "Baronowa Krzeszowska, według słów jej męża kierowanych do Wokulskiego, była ponoć" kobietą światłą" - a nie pomyślała o zainstalowaniu jakiegoś nadokiennego daszka bądź nawet o używaniu zwykłej parasolki, która skutecznie ochroniłaby ją przed spadającymi na nią płynnymi i stałymi a nieprzyjemnie pachnącymi substancjami..."

    A niby jak miał inaczej określić osobę swojej żony przed obcym człowiekiem - właścicielem sklepu - baron, dla którego jedyny punkt zainteresowania z ową żoną związany to kwestia wydostania od niej pieniędzy (nawiasem mówiąc, posagowych, nie majątku wspólnego), a jednocześnie arystokrata, czyli człowiek ze sfery, w której jednostki niepożądane tępiło się - ale w białych rękawiczkach (patrz: scena balowa z filmu "Trędowata" ;))? To, że baron stwierdził, że jego żona to kobieta światła, ale z powodu śmierci córeczki znerwicowana, miało znaczyć wręcz coś odwrotnego: że natarczywe domaganie się od Wokulskiego informacji o tym, ile i na co wydał u niego pieniędzy Krzeszowski, to po prostu dowód na pewien brak zbieżności czynów baronowej ze zdrowym rozsądkiem, czyli skrótowo a dosadnie: wariactwo.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • matylda1001 16.10.12, 01:19
    weteran_pl napisał:

    > Wokulski nie prowadził na wojnie żadnej swojej nowej firmy ani też oczywiście
    > działalności firmy "J.Mincel i S.Wokulski" , bo był tam przecież jedynie jako
    > współpracownik Suzina, przez niego namówiony do tego wyjazdu i działając w je
    > go interesach - a niejako przy okazji obracał tym swoim kapitałem 30 tysięcy ru
    > bli.

    Chyba nie tyle jako współpracownik Suzina, co kierujący całym interesem.
    Ile razy żołnierze dostali dobry chleb, mówili, że musiał być pieczony z mąki od Wokulskiego.
    Czyli raczej nie pieniądze Suzina miały tu znaczenie, ale marka, jaką osobiście wyrobił sobie Wokulski. Nie o firmę, jako przedsiębiorstwo tu chodziło, ale o firmowanie jakiegoś przedsięwzięcia nazwiskiem i osobą Wokulskiego.
  • soova 27.05.11, 13:59
    Nie wiem, czy sobie zdajecie sprawę, ale tak naprawdę w powieści faktycznie jest dwóch marszałków. :) Jeden to marszałek - konkurent Izabeli, a drugi to marszałek, który na zebraniu u księcia deklaruje, że przyjechał do Warszawy wydać tak z 50.000 rubli, więc z tego 10.000 może włożyć "na cele dobroczynne", bo tak opacznie zrozumiał ideę spółki do handlu z Rosją. Nie może to być jedna i ta sama osoba, bo marszałek - konkurent właściwie dopiero co wyjechał, i to na wieś (jakby miał majątek gdzieś w Kongresówce, podobnie jak prezesowa czy hrabina, które też jeżdżą "na wieś"), a marszałek z zebrania pochodzi z Litwy. Poza tym marszałek - konkurent, który robił udane interesy na sprzedaży bydła podczas wojny krymskiej, nie może być takim ignorantem ekonomicznym jak marszałek u księcia.

    Ciekawe, czy to było zamierzone, czy tak się omyłkowo Prusowi postaci zdublowały? :)
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 27.05.11, 19:10
    A czy to nie jest jednak jedna i ta sama osoba?
    Bo Prus opisuje marszałka z zebrania jako człowieka o ogromnej tuszy, a Izabela takie ma skojarzenia co do swojego konkurenta-marszałka:
    "Na domiar szyderstwa losu z całej niegdyś falangi zostało jej tylko dwu wielbicieli. Ochockim nie łudziła się: on więcej zajmował się jakąś latającą maszyną (co za obłęd!) aniżeli nią. Za to asystowali jej, zresztą nie narzucając się zbytecznie, marszałek i baron. Marszałek nasuwał jej na myśl zabitego i oparzonego wieprza, jakie czasem spotykała w rzeźniczych furgonach na ulicy..."
    a to komponuje się z tym jego opisem z zebrania:

    " Bycza mina! — szepnął otyły marszałek wskazując okiem na Wokulskiego.

    To powiedziawszy marszałek uderzył olbrzymią dłonią w udo, z którego mógł był wyciąć sobie sekretarza i jego pomocnika."

    Ze słów wypowiedzianych na zebraniu, wiemy że pochodzi on z Litwy:
    "Co mnie za zysk z dziesięciu tysięcy? - zaprotestował marszałek. - Z torbami bym poszedł pod Ostrą Bramę przy takich zyskach."

    i tam właśnie udaje się marszałek od Izabeli:
    "Jednocześnie zaś marszałek, zazdrosny o inżyniera, zaprzestał konkurów i wyniósł się na Litwę" .

    Tak więc to jest ten sam człowiek...

  • soova 27.05.11, 19:49
    W takim razie (coś mi tam świtało z tą Litwą, ale przede wszystkim zasugerowałam się tym: "Marszałek nie mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na wieś, strapiony baron za granicę i - panna Izabela pozostała kompletnie samą.") jest to zdecydowanie wpadka autora. Jak ktoś mający takie podejście do gospodarki jak marszałek na zebraniu, mógł jednocześnie skutecznie wyłudzać ubezpieczenia i z sukcesem handlować bydłem na poprzedniej wojnie?
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 27.05.11, 19:58
    Marszałek zapewne nie robił tych pieniędzy osobiście - bo ranga jego urzędu chyba mu na to nie pozwalała:
    pl.wikipedia.org/wiki/Marsza%C5%82ek_szlachty
    i miał jakiegoś dobrego administratora...
  • jadwiga1350 27.05.11, 22:27

    Marszałek był bogaty, więc mógł mieć majątek i na Litwie i w Kongresówce.

    Jak ktoś mający takie podejście do gospodarki jak mar
    > szałek na zebraniu, mógł jednocześnie skutecznie wyłudzać ubezpieczenia i z suk
    > cesem handlować bydłem na poprzedniej wojnie?
    >

    Może adorator Izabeli nie tyle nie zna się sprawach ekonomicznych, co po prostu nie traktuje spotkania u księcia poważnie. I miałby tu sporo racji. Książę lubił organizować takie sesje, na których płakał nad nieszczęśliwym krajem i cierpiał za miliony. Niby wszyscy chcą tej spółki, a oprócz Wokulskiego nikt zbytnio nie rozumie na czym to ma polegać. Wszystko kończy się zbiorowym całowaniem i płaczem adwokata.
    Marszałek nie przyjechał do Warszawy robić interesów, tylko zabawić się, poplotkować o łowiectwie.
    Nie wyklucza to faktu, że gdy brał się do interesów na własną rękę,mógł być bardzo skutecznym i obrotnym człowiekiem.
  • soova 27.05.11, 23:05
    "Nie wyklucza to faktu, że gdy brał się do interesów na własną rękę,mógł być bardzo skutecznym i obrotnym człowiekiem."

    Ale po co w takim razie udawałby takiego idiotę w sprawach ekonomicznych? O jego sukcesach gospodarczych wie nawet Łęcki, a jego z kolei znajomość tych spraw pochodzi z "Ekonomii" Supińskiego, którą udaje, że czyta. Postać na zebraniu rysowana jest tak karykaturalną kreską, że naprawdę nie da się jej bezproblemowo pogodzić ze sprytnym w gruncie rzeczy gościem, o którym dowiadujemy się czy to ze słów narratora, czy to wzmianek pana Tomasza.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • soova 27.05.11, 23:05
    "Nie wyklucza to faktu, że gdy brał się do interesów na własną rękę,mógł być bardzo skutecznym i obrotnym człowiekiem."

    Ale po co w takim razie udawałby takiego idiotę w sprawach ekonomicznych? O jego sukcesach gospodarczych wie nawet Łęcki, a jego z kolei znajomość tych spraw pochodzi z "Ekonomii" Supińskiego, którą udaje, że czyta. Postać na zebraniu rysowana jest tak karykaturalną kreską, że naprawdę nie da się jej bezproblemowo pogodzić ze sprytnym w gruncie rzeczy gościem, o którym dowiadujemy się czy to ze słów narratora, czy to wzmianek pana Tomasza.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 28.05.11, 12:15
    Postać na zebraniu ry
    > sowana jest tak karykaturalną kreską

    Bo całe to zebranie jest karykaturalne. Przypomina staropolskie sejmiki albo zajazdy, kończące się zbiorowym "kochajmy się"
    Wokulski też nie brałby tej spółki na serio, gdyby nie uczucie do Izabeli.
    Marszałek traktuje spółkę jako rodzaj filantropii czy zabawy. Trudno mu się dziwić. Bo czy mogło powstać coś innego pod patronatem człowieka, który:czuł, kochał, cierpiał, ale nigdy nie zrobił nic pożytecznego?
    Skoro niedoszły małżonek Izy tak skutecznie umiał wyłudzać odszkodowania i handlować bydłem, to wiedział, że wielkich interesów nie robi się w książęcych salonach.

    Tak ja odbieram tę postać, choć może rzeczywiście mamy tu do czynienia z niekonsekwencją pisarza.
  • soova 29.05.11, 12:53
    "Marszałek traktuje spółkę jako rodzaj filantropii czy zabawy. Trudno mu się dziwić. Bo czy mogło powstać coś innego pod patronatem człowieka, który:czuł, kochał, cierpiał, ale nigdy nie zrobił nic pożytecznego?
    Skoro niedoszły małżonek Izy tak skutecznie umiał wyłudzać odszkodowania i handlować bydłem, to wiedział, że wielkich interesów nie robi się w książęcych salonach."

    Zakładając, że marszałek to jedna i ta sama osoba, to musimy się na coś zdecydować. Jeśli jest w gruncie rzeczy szczwanym człowiekiem interesu, to powinien już w trakcie zebrania się zorientować, że patronat księcia patronatem, ale spółkę prowadzić będzie profesjonalista, czyli jest szansa, że wyjdzie z tego coś więcej niż biadolenie nad nieszczęśliwym krajem. Zatem w tym momencie udawanie ignoranta gospodarczego jest bardzo dziwne, tym bardziej, że marszałek jest osobą na salonach znaną, także ze swoich ekonomicznych sukcesów.

    Wersję, że handlem bydłem i szczęśliwymi pogorzelami zajmował się w jego imieniu jakiś sprytny plenipotent, odrzucam. Handel dlatego, że już Mickiewicz coś pisał o pańskim oku, co konia tuczy - :) a uczciwy administrator (zwłaszcza w tak ryzykownej dziedzinie jak dostawy wojskowe, co wiemy już od samego Wokulskiego, którego wciągnął w to Suzin też dlatego, że znał go i mu ufał), to ktoś na tyle rzadki, że nawet w literaturze pojawił się tylko raz. ;) A oszustwo ubezpieczeniowe dlatego, że do tego trzeba było mieć naprawdę łeb sześć na dziewięć. W "Ziemi obiecanej" w "ogniowe sprawy" zamieszany jest Albert Grosman, zięć potężnego żydowskiego fabrykanta, a i tak wszyscy wiedzą, że sprawa jest nieczysta i że w razie odkrycia prawdy nawet rodzina nie wyciągnie go z objęć wymiaru sprawiedliwości.

    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 29.05.11, 13:10
    W "Ziemi obiecanej", tych dobrze spalonych - i to nie od słońca ani ze wstydu - jest wielu...
  • jadwiga1350 29.05.11, 13:55
    Pewnie masz rację, Soovo. Ale zauważyłaś, że i baron nie wyrywał do spółki, chociaż znał się na interesach?

    >to ktoś na ty
    > le rzadki, że nawet w literaturze pojawił się tylko raz

    Kogo masz na myśli?
  • soova 29.05.11, 20:38
    Mam na myśli osobę tak oczywistą, że aż nie udzielę podpowiedzi. :D
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 29.05.11, 21:04
    No nie dla każdego to taka oczywista oczywistość. Nie wiem czy Rzecki był tym jedynym uczciwym administratorem/plenipotentem, czy może Niechcic, a może sam Staś Wokulski.
  • soova 29.05.11, 21:12
    Oj, przyznaję się, że tak się skupiłam na Bogumile, że zapomniałam, o wstydzie, o Rzeckim (oczywiście jest odniesienie do przeszłości, że w czasie nieobecności Wokulskiego interesem zarządzał skutecznie i uczciwie Ignacy, ale w ścisłym czasie trwania akcji w tej roli występuje on chwilowo, natomiast Bogumił niemal przez całe NiD prowadzi majątek pod nieobecność właściciela).
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 30.05.11, 20:28
    W Lalce mamy szeroko i wszechstronnie opisany okres Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy roku 1978, w tym kwestowanie przez hrabinę Karolową i Izabelę oraz wizytę Wokulskiego na święconym u hrabiny.

    Natomiast - i to poczytuję za kolejny błąd popełniony przez Prusa w Lalce - nie ma nic o Wielkanocy następnego czyli 1879 roku.

    Wokulski jest wciąż "modny" dla warszawskiej arystokracji, stoi na czele spółki dzięki której mają zagwarantowany zysk minimum 15% od włożonych kapitałów ( a dostaną 18% ) tak więc zaproszenia dla niego powinny płynąć dość szeroko...

    A jest to o tyle dziwne i zastanawiające, że przecież tuż przed Wielkanocą następują zaręczyny Wokulskiego z Izabelą i jego obecność w ich domu na świętach byłaby czymś naturalnym, zważywszy że nie posiadał żadnej rodziny.

    A tu Prus ani me ani be ani kukuryku - jak mawia klasyk :) .
  • soova 30.05.11, 21:00

    Ale po co o ty pisać? W jakim celu? Oczywiste, że Wokulski jako narzeczony Izabeli był na święconym u hrabiny i odbębnił zapewne ileś tam wizyt, jakie zwyczajowo trzeba było wtedy złożyć, pewnie kolejny raz zapewnił Łęckiej i hrabinie, tym razem już narzeczonej i jej ciotce, najatrakcyjniejszy stolik na kweście, i tak dalej. Tylko że do akcji nic nowego to nie wniosło, więc zapewne dlatego Prus skwitował początkowy okres narzeczeństwa tym smutnym w gruncie rzeczy opisem, jak to Wokulski oczekiwał narzeczonej, która wychodziła na ploty i zakupy, po to, żeby szybko przejść do czegoś naprawdę istotnego, czyli majowego wyjazdu do Krakowa. "Lalka" to naprawdę nie powieść dla mas z życia sfer wyższych, gdzie obowiązkowe są szczegółowe relacje, która pani przyszła na jakie przyjęcie w sukni jakiego koloru. Nie wiem więc, skąd zarzut, że pominięcie tej Wielkanocy AD 1879 to błąd.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 30.05.11, 22:07
    Może nie wszystko zamieściłem w poprzednim wpisie, wobec tego co miałem napisać...

    Otóż upatruję błędu u Prusa w tym, że on pisząc Lalkę nie pamiętał o faktycznej dacie Wielkanocy roku 1879 i gdy to się pominie, to ta sprawa faktycznie ma inny wymiar.

    Otóż Wielkanoc ta przypadała na 13/14 kwiecień, zaręczyny w 10 dni po koncercie Molinariego u państwa Rzeżuchowskich który to koncert odbył się w końcu marca.

    Tak więc tu jest to pęknięcie w kompozycji powieści - bo te tak upragnione przez głównego bohatera Lalki , czyli Wokulskiego zaręczyny, gdy już do nich dochodzi i to po rozmaitych zabiegach, nie zostają w żaden sposób wyeksponowane jako ten jego sukces i nie jest nawet jednym słowem wspomniana ta pierwsza już świąteczna wizyta u Łęckich w roli narzeczonego.

    Zaręczyny Wokulskiego dla fabuły powieści mają znaczenie fundamentalne - bo stanowią uwieńczenie tego do czego dążył od kilku lat ale są też początkiem końca, bo całe to jego narzeczeństwo trwało raptem miesiąc...

    Zatem to, że Prus wyprał powieść z tego świętowania w sprzyjających przecież kalendarzowo naturalnych dla rodzinnych spotkań świątecznego śniadania w Wielkanoc 1879 roku - biorę za jego duży błąd, bo nie zapanował nad kalendarium opisywanych wydarzeń, w relacji do faktycznych dat. I stało to się z dużą stratą dla powieści - bo klęska głównego bohatera, ale ukazana w chwilę po byciu przez niego na samym szczycie, miałaby zupełnie inny, głębszy wymiar.
  • soova 31.05.11, 16:10

    Nie zgadzam się, że pominięcie tej Wielkanocy czyni wyłom w kompozycji powieści. Koncepcją, jaką założył sobie autor, było w chwili, gdy Wokulski osiągnął już swój cel, skupienie się tylko na jego przeżyciach wewnętrznych, a nie na tym, co było na zewnątrz, czyli święconym, przyjęciu zaręczynowym, wizytach itp. I tę koncepcję zrealizował. A klęska narzeczeństwa Wokulskiego skontrastowana właśnie z opisem uwielbienia dla Izabeli, w jakie wpadł po zaręczynach, z tymi izabelitami i planetą Izabelą, jest tym bardzie widoczna i dramatyczna, niż byłaby, gdyby jego sukces w postaci zdobycia (przynajmniej formalnie) ukochanej kobiety był wyeksponowany bardziej od zewnętrznej strony.

    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 31.05.11, 16:48
    Sądzę jednak, że Prus nie wykorzystał i nie spiął klamrą okresu Wielkanoc 1878 - 1879, a więc roku życia Stanislawa Wokulskiego i nie pokazał na tle tej sytuacji do końca, tego fałszu i obłudy arystokracji warszawskiej, dla której na święconym u hrabiny Karolowej w 1878 roku był kimś obcym, wręcz z innego świata i nie skonfrontował tego z ich mu okazywaną, zewnętrzną postawą już po zaręczynach, gdy wszystko w oczywisty juz sposób wskazywało na to, że Wokulski zostanie zięciem hrabiego Łęckiego i mężem hrabianki Izabeli...
  • soova 31.05.11, 20:29
    Jakżeż nie pokazał tego fałszu i obłudy? Toż ledwie Maruszewicz wychodzi od Wokulskiego, który naprawdę wspaniałomyślnie puszcza mu w niepamięć ni mniej ni więcej, a sfałszowanie podpisu barona na pokwitowaniu, a już baron zupełnie to bagatelizuje, jakby ani nie chodziło o wykorzystanie jego nazwiska (a jakże to się wytrząsa się za chwileczkę nad "hańbiącą" je poprzez procesy sądowe o lalkę baronową!) ani o najzwyklejszą kradzież.

    A to, że Wokulski na święconym w 1878 roku był na salonach ciałem obcym (chociaż na tymże święconym Łęcki ma okazję zobaczyć, ilu arystokratów jest jego znajomymi i że jest to znajomość pożądana) w zestawieniu z faktem, że na Wielkanoc 1879 był już prawie członkiem rodziny, akurat nie świadczy o fałszu i obłudzie tego środowiska, tylko jest następstwem konsekwencji Wokulskiego w dążeniu do celu.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 31.05.11, 21:07
    soovo >>> czytaj proszę trochę uważniej, bo ja napisałem że Prus nie ukazał jej, czyli arystokracji, fałszywości i zakłamania do końca - a nie że wcale!
    I dlatego ubarwiłby powieść w tym aspekcie, dodając jakąś scenę z Wielkanocy 1879, ukazującą POZORNĄ zmianę w postawie tej klasy wobec niego, na skutek spodziewanego rychłego wejścia w związki rodzinne z rodziną hr.Łęckiego, ale także i w wyniku zaistnienia podłoża materialnego, czyli prowadzenia przez niego dochodowej spółki, w której były zaangażowane ich kapitały.
  • soova 31.05.11, 21:38
    Kiedy właśnie ta scena z Maruszewiczem i Krzeszowskim jest dla mnie kwintesencją tego, o czym piszesz - fałszu, obłudy i podwójnych standardów w beau monde warszawskim. I dla mnie właśnie to jest (i zawsze było) świetnym akcentem finalnym. Bo niech tam sobie Kazia Wąsowska bierze kochanków niczym pociąg pasażerów, a Izabela i inne panie wariują za lichym skrzypkiem, ale tutaj mamy perełeczkę: barona bagatelizującego ordynarne oszustwo, a całe środowisko obgadujące nie kogo innego, a... Wokulskiego, bo postąpił nie po męsku, a powinien jednak odesłać go pod sąd.

    Co do pozorów życzliwości arystokratów dla Wokulskiego po zaręczynach, to przecież nie brak wzmianek o tym w powieści, dowodem choćby ta subtelna obmowa po wyjściu na jaw prawdy o Maruszewiczu. A jeśli chodzi o finansowe zaangażowanie hrabiów w spółkę, to wie o tym jeszcze przed decyzją o przyjęciu oświadczyn nawet panna Izabela, że wielu z nich ma tam swoje kapitały.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 31.05.11, 21:40
    Nie wiem, czy szacunek i przyjaźń ,okazywane Wokulskiemu przez arystokratów na Wielkanoc 1879 , byłyby takie prawdopodobne psychologicznie.
    W 1878 roku Wokulski był kimś nowym, nieopatrzonym na salonach. Wzbudzał podziw, zaciekawienie, niechęć, zachwyt.
    Przez ten rok zbliżył się do arystokracji, a jednocześnie spowszedniał. Zaręczył się z hrabianką i został kimś w rodzaju baronowej Krzeszowskiej. Krzeszowska poślubiła barona i niby to jest "kuzynką", ale nikt nie traktuje jej poważnie, najwyżej pożyczy od niej pieniędzy na wieczne nieoddanie.
    Kimś takim jest też Wokulski, nie ma sensu, żeby nobile przed nim skakali.
  • weteran_pl 31.05.11, 22:06
    Krzeszowska w przeciwieństwie do Wokulskiego nie pomnaża ich kapitałów, zatem Wielkanoc 1879 roku ( na wzór tej z roku 1878 ) u kogoś z arystokracji, więc na gruncie prywatnym a nie w siedzibie spółki do handlu ze Wschodem - dawała pole do okazania mu akceptacji i szacunku ze strony arystokracji płci obojga i to uczynienie wobec człowieka, rok temu przyjętemu na salonach jak "dziwadło" i obgadywanego za wg nich nieczyste źródło pochodzenia jego majątku...
  • jadwiga1350 02.06.11, 11:13
    > Krzeszowska w przeciwieństwie do Wokulskiego nie pomnaża ich kapitałów

    To zaszczyt dla kupczyka, że może pomnażać kapitały arystokracji. Po co go jeszcze fetować?
  • weteran_pl 02.06.11, 11:47
    jadwiga1350 napisała:

    >
    > To zaszczyt dla kupczyka, że może pomnażać kapitały arystokracji. Po co go jeszcze fetować?

    Jak to po co? A po to aby chętnie robił to nadal!
    Nawet książę nie ośmielił się na tym gruncie z Wokulskim zadzierać i zignorować go wśród osób zapraszanych na bal - właśnie z obawy o zaprzestanie tej współpracy...
    Dostarczając mu to zaproszenie dopiero w przedzień balu, książę daje mu do zrozumienia, że Wokulski nie jest kimś z jego świata i niech docenia to, że został łaskawie dopuszczony do bycia wśród warszawskiej arystokracji i niech zna swoje miejsce w szyku.
  • jadwiga1350 02.06.11, 16:57
    Pewien niedosyt budzi we mnie kwestia zerwania zaręczyn Wokulskiego i Izy.
    Stach żegna się z towarzyszami podroży, nic w jego słowach, czy zachowaniu nie wskazuje na to, że zrywa z Łęcką. Formalnie dalej są narzeczonymi. W jaki sposób Łęccy tłumaczą otoczeniu fakt, że Wokulski przestał pojawiać się w ich domu?
    Dziwię się, że Łęcki i jego siostra nie próbowali wyjaśnić całej sprawy z Wokulskim. Obojgu im zależało na związku z Wokulskim(z jego pieniędzmi) . Byłoby czymś naturalnym, gdyby Łęcki próbował bagatelizować scenę z pociągu, usprawiedliwiać córkę, przepraszać niedoszłego zięcia, a tu nic. Pan Tomasz wypuścił kurę znoszącą złote jajka.A jeszcze niedawno widział w Wokulskim jedyną podporę Izy na wypadek swojej śmierci.
    Obojętność ta bardzo zaskakuje, bo zmycie się następnego kandydata na zięcia, hrabia przypłacił apopleksją.
  • monikate 02.06.11, 18:47
    Wobec tego, że Łęccy nie grzeszyli mądrością, za to pychą jak najbardziej - mnie to nie dziwi.
    --
    Moja książka:
    www.skrzat.com.pl/?str=katalog&str2=ksiazka&ID=0000000893
  • jadwiga1350 02.06.11, 20:47

    > Wobec tego, że Łęccy nie grzeszyli mądrością, za to pychą jak najbardziej - mni
    > e to nie dziwi.

    Ale Łęcki pieniążki kochanego pana Stanisława cenił. I co tak łatwo z nich zrezygnował?
  • weteran_pl 02.06.11, 21:19
    jadwiga1350 napisała:

    > Ale Łęcki pieniążki kochanego pana Stanisława cenił. I co tak łatwo z nich zrezygnował?

    Ale było to już w końcowej fazie rocznej umowy z Wokulskim, gdyż Stach jasno poinformował Łęckiego, że zawiera tę umowę na obracanie jego 30 tysiącami rubli do połowy lipca 1879 roku, zaś podróż do Krakowa odbywa się w połowie maja 1879 roku...
    Tak więc Łęcki nie miał tu żadnych nadziei na kolejny taki interes.
  • jadwiga1350 02.06.11, 21:43

    > Tak więc Łęcki nie miał tu żadnych nadziei na kolejny taki interes.

    Na interes to nie, ale na utrzymanie przez zięcia, jak najbardziej. Przecież kochany pan Stanisław nie poskąpiłby teściowi rubelków.
  • soova 02.06.11, 20:08
    O Jezu słodki, a to "Farewell, Miss Iza!" nie wystarczy, żeby przynajmniej jej uzmysłowić, że Wokulski wszystko co do joty słyszał, a zatem narzeczeństwo has just gone with the wind? Potem trzeba wytłumaczyć ojcu, dlaczego przestał bywać w domu, ale tu już sobie Bela poradzi, Łęcki i reszta towarzystwa kupią wersję, że to nieokrzesany gbur, który nie rozumiał delikatnej i do wyższych celów stworzonej damy, która tak samo, jak na przyszłość miała życzenie przyjmować w swoim salonie Rydzewskich i Pieczarkowskich, tak akurat tu miała akurat życzenie poflirtować sobie z dawno niewidzianym kuzynem.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 02.06.11, 20:59

    > O Jezu słodki, a to "Farewell, Miss Iza!" nie wystarczy, żeby przynajmniej jej
    > uzmysłowić, że Wokulski wszystko co do joty słyszał, a zatem narzeczeństwo has
    > just gone with the wind?

    No cóż, ja aż tak wysoko Izy nie cenię. To pożegnanie mogło jej tylko uświadomić, że Wokulski rozumie co nieco angielski, ale nie że zrywa zaręczyny.
    Bo:
    a) zbyt wysokie miała o sobie mniemanie
    b) zagrywka z telegramem
    c) słowa Wokulskiego są odpowiedzią na pytanie pana Tomasza"cóż to, nie żegna się pan, panie Stanisławie?"
    W żaden sposób nie można tego jednoznacznie odczytać jako zerwania.

    Łęcki i reszta towarzystwa kupią wersję
    > , że to nieokrzesany gbur, który nie rozumiał delikatnej i do wyższych celów st
    > worzonej damy

    Łęcki robił córce wyrzuty. Tak wynika z listu Beli do Kazi. Zależało mu na związku córki z Wokulskim. Więc dziwne, że nie starał się tego narzeczeństwa na powrót sklecić.
  • soova 02.06.11, 21:12
    Już sama reakcja Izabeli na te słowa świadczy o tym, że zorientowała się, co narobiła, tu naprawdę nie ma co suponować, że a może to, a może tamto, a może jej się zdawało.

    A Tomasz Łęcki był tylko człowiekiem realizującym się w ramach konwenansów środowiskowych, nie ma co robić z niego Soamesa Forsyte'a, który co prawda wobec Ireny zachowywał się podle, ale z miłości do córki przed synem Ireny się ukorzył. Nie, Łęcki to zdecydowanie nie ten format człowieka.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 02.06.11, 21:33
    Na marginesie końca narzeczeństwa, można też doszukać się kolejnego błędu u Prusa, bo pomija sprawę zakończenia umowy Wokulskiego z Łęckim i konieczności zwrotu mu tych 30 tysięcy rubli...
    W sytuacji zerwania narzeczeństwa, Wokulski nie mógł tego zrobić osobiście a choć Prus wcześniej bo 1 kwietnia 1879 umieścił w powieści rozmowę Rzeckiego z Wokulskim, gdy stary subiekt przyszedł do mieszkania Stacha aby mu przypomnieć o przypadającym ( też z błędem! ) na ten dzień terminem wypłaty 2500 rubli procentów Łęckiemu, to o zwróceniu mu 30 tysięcy w dniu 15 lipca 1879, Prus już nie pamiętał...
  • weteran_pl 03.06.11, 09:39
    weteran_pl napisał:

    > Na marginesie końca narzeczeństwa, można też doszukać się kolejnego błędu u Prusa, bo pomija sprawę zakończenia umowy Wokulskiego z Łęckim i konieczności zwrotu mu tych 30 tysięcy rubli...
    > W sytuacji zerwania narzeczeństwa, Wokulski nie mógł tego zrobić osobiście a choć Prus wcześniej bo 1 kwietnia 1879 umieścił w powieści rozmowę Rzeckiego z Wokulskim, gdy stary subiekt przyszedł do mieszkania Stacha aby mu przypomnieć o przypadającym (też z błędem!) na ten dzień terminem wypłaty 2500 rubli procentów Łęckiemu, to o zwróceniu mu 30 tysięcy w dniu 15 lipca 1879, Prus już nie pamiętał...

    Aby jednak nie było, że Wokulski nie zwrócił tych pieniędzy Łęckiemu w połowie lipca 1879
    ( choć całe lato roku 1879 Łęccy spędzali w sąsiadującej z Zasławkiem wiejskiej posiadłości hrabiny Karolowej ... ) to list Izabeli do Kazi Wąsowskiej, który to list Wąsowska pokazała Wokulskiemu w tajemnicy, wyjaśnia tę kwestię:
    ""Moja droga Kaziu! Jestem tak zniechęcona do wszystkiego i tak jeszcze nie mogę zebrać myśli, że dziś dopiero zdobywam się na opowiedzenie ci wydarzeń, jakie u nas zaszły od twego wyjazdu.
    Już wiem, ile mi zapisała ciotka Hortensja: oto sześćdziesiąt tysięcy rubli; razem więc mamy dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, które poczciwy baron obiecuje umieścić na siedem procent, co wyniesie około sześciu tysięcy rubli rocznie. Ale trudno, trzeba nauczyć się oszczędności."

    bo pisze w nim o tym, że ich majątek w kwocie 90 tys. rubli ( 60tys.+30tys. ) zostanie ulokowany przez barona na 7%.


  • soova 03.06.11, 10:22
    Dziwne. Ciotka Hortensja jeszcze żyje, ale Łęccy już dysponują spadkiem po niej, skoro Izabela pisze o tych 60.000 rubli w czasie teraźniejszym.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 04.06.11, 08:27
    soova napisała:

    > Dziwne. Ciotka Hortensja jeszcze żyje, ale Łęccy już dysponują spadkiem po niej, skoro Izabela pisze o tych 60.000 rubli w czasie teraźniejszym.
    > --

    Izabela w liście dzieli się z Kazią swoją wiedzą co stanu rodzinnych finansów, ale nie na obecną chwilę czyli w czasie tereaźniejszym, a dopiero po otrzymaniu spadku po ciotce Hortensji i dlatego informuje przyjaciółkę o swojej wiedzy co do wysokości zapisu od niej.
    Baron Dalski ma dopiero ulokować te ich pieniądze ( 30 tysięcy odebrane od Wokulskiego i 60 tysięcy ze spadku ) na 7% , czyli ta jego przysługa ma mieć miejsce w czasie przyszłym, gdy już te pieniądze będą w ich posiadaniu.
    Stan zdrowia ciotki Hortensji był powodem wyjazdu do niej do Krakowa w połowie maja, stąd chyba to oczekiwanie u Izabeli rychłego jej zgonu i otwarcia testamentu.
  • jadwiga1350 02.06.11, 21:40
    Łęcki ,mimo swoich rozmaitych wad, nie był idiotą i wiedział, że córka musi mieć bogatego męża. Znał dobrze Izę i na pewno nie widział córki jako zakonnicy czy starej panny-rezydentki. A bogatych konkurentów było tylko dwóch.
  • weteran_pl 02.06.11, 23:31
    jadwiga1350 napisała:

    > Łęcki ,mimo swoich rozmaitych wad, nie był idiotą i wiedział, że córka musi mieć bogatego męża. Znał dobrze Izę i na pewno nie widział córki jako zakonnicy czy starej panny-rezydentki. A bogatych konkurentów było tylko dwóch.

    Łęcki dopuszczał przecież jeszcze inny wariant losów jedynej córki: wydanie jej za Starskiego.
    A stało to się po tej jego długiej rozmowie w cztery oczy z siostrą Joanną...
  • weteran_pl 06.06.11, 06:09
    Po finansowym sukcesie kilkutygodniowego pobytu ( od połowy lipca do końca sierpnia 1878 roku ) w Paryżu skąd przywiózł 50 tysięcy rubli, Wokulski dostaje następną propozycję udziału w interesach swojego rosyjskiego przyjaciela Suzina.
    Ma to mieć miejsce w Moskwie w październiku.
    Rzecki tak odnotowuje w swoim pamiętniku ten kolejny wyjazd Stacha:

    "W listopadzie, właśnie w tym samym dniu, kiedy zawalił się dom na ulicy Wspólnej, Wokulski wrócił z Moskwy. I znowu nie wiem, co tam robił, dość, że zarobił około siedemdziesięciu tysięcy rubli... Takie zyski przechodzą moje pojęcie, ale przysięgnę, że interes, do którego Stach należał, musiał być uczciwy."

    Sprawdzam zatem w prasie tamtego okresu i okazuje się, że informację o tym zawaleniu się domu na Wspólnej znajdujemy w "Kurierze Warszawskim" z 27 listopada 1878.
    Wynika więc z tego , że Wokulski powrócił do Warszawy w ostatniej dekadzie listopada.

    Zatem jakim cudem jest on w Warszawie już na początku listopada?
    Bo Rzecki w innym miejscu pamiętnika pisze:

    " Jednego dnia, w początkach listopada, rzekł do mnie Stach:

    - Podobno bywasz u tej pani Stawskiej?

    Gorąco mi się zrobiło.

    - Przepraszam cię - zawołałem - jak mam to rozumieć?...

    - W najzwyczajniejszy sposób - odparł. - Przecież chyba nie składasz jej wizyt oknem, tylko drzwiami. Zresztą składaj sobie, jak chcesz, a przy pierwszej sposobności oświadcz tym paniom, że miałem list z Paryża..."

    Mamy tedy :) kolejny i to poważny błąd w Lalce, bo Wokulski który opuścił Warszawę w październiku i powrócił do niej w ostatniej dekadzie listopada - nie może rozmawiać z Rzeckim na początku listopada, ani też składać wtedy wizyty pani Stawskiej.
    A skoro więc ta wizyta w mieszkaniu pani Heleny może mieć miejsce dopiero w samej końcówce listopada, lub na początku grudnia - to tym bardziej nierealnym jest ten towarzyszący tej wizycie okropny zapach gotujących się kalafiorów....
  • soova 07.06.11, 12:34
    W liście, który unieważnił prawie że już podjętą decyzję Wokulskiego o pozostaniu w laboratorium Geista, prezesowa pisze: "Wstydź się, panie Stanisławie a nade wszystko żałuj, że nie widzisz rumieńca na twarzy Beli, która w tej chwili jest u mnie i spiekła raczka usłyszawszy, że piszę do ciebie." A tymczasem wygląda na to, że czcigodna staruszka pozwala sobie na nieco fabularyzacji, ;) bo prawda (w rozdziale "Pod jednym dachem") wygląda tak, że owszem, Izabeli na wieść o tym, że baron nie jest już jej konkurentem, skoro zaręczył się z Eweliną, wyrywa się w obecności prezesowej kilka miłych słów o Wokulskim. I dopiero wtedy Zasławska decyduje się napisać do niego ten list.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • soova 07.06.11, 15:19
    W powieści występuje kilku adwokatów, ale moją uwagę zwróciło dwóch. Adwokat księcia, który występuje na zebraniu, to osobistość dość napuszona, a przy tym nieszczera i dwulicowa. Natomiast adwokat Wokulskiego, czyli, jak rozumiem, także i doradca firmy "Jan Mincel i Stanisław Wokulski", to ktoś rozsądny, kto w sprawie spółki, kamienicy i wielkopańskich zabaw w pojedynki i wyścigi potrafi przemówić Wokulskiemu do rozumu. Tymczasem pod koniec listopada 1878 Rzecki udaje się na spotkanie z adwokatem firmy (chodzi zresztą o sprzedaż kamienicy Krzeszowskiej) i robi w pamiętniku zaskakującą uwagę, że adwokat ten zarazem jest... adwokatem księcia. Zagwozdka: czy w ciągu przeszłego półrocza książę pogonił swego adwokata (tego z zebrania) precz, mimo że ten tak mu się podlizywał, a powierzył obsługę prawną swej książęcej osoby mecenasowi Wokulskiego, czy też Prusowi adwokaci się pomylili?
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 07.06.11, 16:01
    Adwokat poznany na zebraniu u księcia i ten, którego odwiedza Wokulski - to jeden i ten sam człowiek!
    Gdyby to był adwokat Wokulskiego, to znałby go jako stałego klienta lokaj w kancelarii adwokackiej i nie doszłoby do tej sytuacji:

    "Stary lokaj z siwymi wąsami i podejrzliwym wejrzeniem zdjął z Wokulskiego palto i zapytał:

    - Wielmożny pan na dłuższy interes?

    - Na krótszy.

    Wprowadził Wokulskiego do sali na prawo.

    - Jak mam zameldować?

    Wokulski podał bilet i został sam. "

    Potwierdza to zresztą sam początek rozmowy adwokata z Wokulskim, w której jest on zorientowany odnośnie wkładów w spółkę, deklarowanych na odbytym u księcia zebraniu założycielskim spółki.
  • soova 07.06.11, 16:18
    I poważnie sądzisz, że adwokat, który arystokracji nadskakuje bez wazeliny :) to ten sam adwokat, który pod adresem tejże arystokracji wypowiada potem tyle gorzkich, a prawdziwych słów?

    Co do scenki z lokajem, to nie ma w niej niczego dziwnego. Lokaj mógł Wokulskiego nie kojarzyć: a może został przyjęty do kancelarii, gdy Wokulski był na wojnie? A może wcześniej sam Wokulski pojawiał się w niej rzadko, a głównie zachodził tam Rzecki? Stąd pytanie o tożsamość klienta i przyjęcie wizytówki.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 08.06.11, 21:18
    soova napisała:

    > I poważnie sądzisz, że adwokat, który arystokracji nadskakuje bez wazeliny :) to ten sam adwokat, który pod adresem tejże arystokracji wypowiada potem tyle gorzkich, a prawdziwych słów?

    Adwokat księcia - na tym zebraniu założycielskim spółki do handlu z Rosją - reprezentuje gospodarza, bo zebranie odbywa się u księcia w jego pałacu i to tam widzimy jaki jest z niego lis, bo inne słowa ma dla arystokracji a inne kieruje do Wokulskiego, którego traktuje jako kogoś nowego, z inicjatywą i zrównuje go z sobą:

    "Ledwie odszedł, pochwycił Wokulskiego adwokat.

    — Winszuję panu zupełnego triumfu — rzekł półgłosem. — Książę formalnie zakochany w panu, obaj hrabiowie i baron toż samo... Oryginały to są, jak pan widział, ale ludzie dobrych chęci... Chcieliby coś robić, mają nawet rozum i ukształcenie, ale... energii brak!... Choroba woli, panie: cała klasa jest nią dotknięta... Wszystko mają: pieniądze, tytuły, poważanie, nawet powodzenie u kobiet, więc niczego nie pragną. Bez tej zaś sprężyny, panie Wokulski, muszą być narzędziem w ręku ludzi nowych i ambitnych...
    My, panie, my jeszcze wielu rzeczy pragniemy - dodał ciszej. - Ich szczęście, że trafili na nas...
    Ponieważ Wokulski nie odpowiedział nic, więc adwokat począł uważać go za bardzo przebiegłego dyplomatę i żałował w duszy, że sam był zanadto szczery.
    Zresztą - myślał adwokat patrząc na Wokulskiego spod oka choćby powtórzył księciu naszą rozmowę, cóż mi zrobi?... Powiem, że chciałem go wybadać..."

    A z tego widać wyraźnie, że widzi on dla siebie dużą szansę w relacjach z Wokulskim i w tej nowej spółce, a ten sugerowany w podtekście jego wypowiedzi duet adwokat - prezes spółki, im to ma właśnie zapewnić wiodącą rolę w tym przedsięwzięciu, jako jedynej sile napędowej mającej jeszcze jakieś ambicje i swoje cele do zrealizowania w życiu.

    Wokulski dostaje informację o licytacji kamienicy Łęckiego i udaje się do adwokata, aby to kupno przeprowadzić za cenę 90 tysięcy rubli, lecz rozmowę zaczyna ten znany adwokat od sprawy spółki, którą jako adwokat księcia prowadzi od początku, bo to on przyjmował oficjaklne deklaracje w sprawie wkładów członkowskich:

    "Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte brązową skórą, w oknach brązowego koloru firanki, a na ściennych obiciach brązowe desenie. Sam gospodarz odziany był w brązowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem.

    - Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie - rzekł adwokat, podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się nieco zmarszczył. - Jednym wyrazem - ciągnął adwokat - możemy rachować na jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tym może pan rachować na mnie..."

    Ale Wokulski jest teraz bardziej zajęty sprawą nabycia kamienicy za 90 tysięcy i o tym mówi z adwokatem:
    "- Szanowny pan - rzekł - jesteś zdecydowany dać dziewięćdziesiąt tysięcy rubli za tę ruderę?...

    - Tak - odparł głucho Wokulski.

    - Sześćdziesiąt od dziewięćdziesięciu... posag panny Izabeli...- mruknął adwokat. - Aha!..."


    Pewnego dnia Wokulskiego odwiedza w domu adwokat i przekazuje mu krążące o nim wśród wspólników spółki opnie - już po zakupie klaczy Krzeszowskiego i pojedynku z nim samym:

    "Był tak pogrążony w bolesnych medytacjach, że nie usłyszał otwierania drzwi do pokoju i szybkich kroków za sobą. Dopiero ocknął się poczuwszy dotknięcie czyjejś ręki. Odwrócił głowę i zobaczył mecenasa z dużą teką pod pachą i posępnym wyrazem na twarzy.
    Wokulski zerwał się zmieszany, posadził gościa na fotelu; znakomity adwokat ostrożnie położył swoją rękę na stole i szybko pocierając sobie jednym palcem kark rzekł półgłosem:
    - Panie... panie... panie Wokulski! Kochany panie Stanisławie!... Co to... co to wyrabiasz pan dobrodziej?... Protestuję... replikuję... zakładam apelację od wielmożnego pana Wokulskiego, letkiewicza, do kochanego pana Stanisława, który z chłopca sklepowego został uczonym i miał nam zreformować handel zagraniczny. Panie... panie Stanisławie - tak nie można
    To mówiąc pocierał sobie kark z obu stron i krzywił się, jakby miał pełne usta chininy.
    Wokulski spuścił oczy i mruczał; adwokat mówił dalej:
    - Panie drogi - jednym słowem - źle słychać. Hrabia Sanocki, pamięta pan, ten stronnik groszowych oszczędności, chce zupełnie wycofać się ze spółki... A wie pan dlaczego? Dla dwu powodów: naprzód, bawisz się pan w wyścigi, a po wtóre - bijesz go pan na wyścigach. Razem z pańską klaczą ścigał się jego koń i - przegrał. Hrabia jest bardzo zmartwiony i mruczy: Po diabła mam składać kapitały? Czy po to, ażeby kupcom dawać możność ścigania się ze mną i chwytania mi nagród sprzed nosa?..."
    Na próżno przekonywałem go - ciągnął odpocząwszy adwokat że przecież wyścigi są takim dobrym interesem jak każdy inny, a nawet lepszym, gdyż w ciągu kilku dni na ośmiuset rublach zarobiłeś pan trzysta; ale hrabia od razu zamknął mi usta:
    Wokulski - odparł - całą wygraną i wartość konia oddał damom na ochronkę, a oprócz tego Bóg wie ile zapłacił Yungowi i Millerowi..."
    - Czy mi nawet tego robić nie wolno! - wtrącił Wokulski.
    - Wolno, panie, wolno - potakiwał słodko znakomity adwokat.- Wolno robić, ale robiąc to - powtarzasz pan tylko stare grzechy, zresztą daleko lepiej spełniane przez innych. Ani zaś ja, ani książę, ani ci hrabiowie nie po to zbliżyli się do pana, ażebyś odgrzewał dawne potrawy, tylko - ażebyś wskazał nam nowe drogi."

    I skoro odnosi się w tej rozmowie do tego, co miało miejsce na zebraniu założycielskim spółki, to oznacza to, że jest to obecny na nim ten znany adwokat księcia.

    A już dalszy ciąg rozmowy przekonuje o tym w sposób całkowity, gdy ten sam znany adwokat księcia, pyta go czy nie zmienił zdania co do tego kupna kamienicy Łęckiego za 90 tysięcy - a jak świetnie wiemy tylko do jednego adwokata się z tym Wokulski zgłosił:

    "- Jeżeli tedy, kochany panie Stanisławie, nie chcesz zmarnować tak pięknie rozpoczętej sprawy, więc już nie brnij dalej. A nade wszystko nie kupuj kamienicy Łęckich. Bo gdy włożysz w nią dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, daruj, ale spółka rozwieje się jak dym z fajki. Ludzie widząc, że umieszczasz duży kapitał na sześć lub siedem procent, stracą wiarę do owych procentów, jakieś im obiecywał, a nawet... Pojmujesz... "

    ........................


    >
    > Co do scenki z lokajem, to nie ma w niej niczego dziwnego. Lokaj mógł Wokulskie
    > go nie kojarzyć: a może został przyjęty do kancelarii, gdy Wokulski był na wojn
    > ie? A może wcześniej sam Wokulski pojawiał się w niej rzadko, a głównie zachodz
    > ił tam Rzecki? Stąd pytanie o tożsamość klienta i przyjęcie wizytówki.
    > --

    Droga "soovo", zdajesz się całkowicie zapominać, że kramik pod szyldem "Jan Mincel" przyniósł 2 pokoleniom tego rodu 30 tysięcy rubli, czyli dawał ( mogącego być złożnym w banku ) dochodu mniej niż tysiąc rubli na rok, bo przecież jedynie Rzecki jest w tej firmie 36 lat, licząc od wstąpienia do niej na naukę w roku 1840 aż do śmierci pryncypałowej w roku 1876 - a firma istniała już wcześniej...
    A zatem tego typu wręcz niskodochodowy interes nie wymagał żadnej obsługi poprzez kancelarię adwokacką - aż do maja 1878, czyli otwarcia tego nowego, dużego sklepu i dlatego też w poprzednim czasie, ani Wokulski ani jego plenipotent Rzecki nie mieli powodów do składania wizyt żadnym adwokatom.

    .................

    Zatem "soovo", na to Twoje postawione mi pytanie:
    " I poważnie sądzisz, że adwokat, który arystokracji nadskakuje bez wazeliny :) to ten sam adwokat, który pod adresem tejże arystokracji wypowiada potem tyle gorzkich, a prawdziwych słów?"
    odpowiadam Ci: TAK i nie mam co do tego nawet cienia wątpliwości, że jest to ten sam adwokat, a logika zestawionych powyżej rozmów Wokulskiego ze znanym adwokatem, jest tu dobitnym tego potwierdzeniem.

  • soova 12.06.11, 13:52
    Podrążyłam sprawę z adwokatem i wygląda na to, że istotnie, autor chciał z adwokata z zebrania i adwokata Wokulskiego zrobić jedną i tę samą osobę. Jednak w pewnym momencie napotykamy na taki oto szereg szczegółow:
    - zebranie u księcia odbywa się w pierwszej połowie czerwca (czyli rychtyk 133 lata temu ;)) i to wiadomo dokładnie, bo książę porywa na nie Wokulskiego, który akurat szykuje się do Łazienek, gdzie od pani Meliton wie, że będzie spacerować Izabela z hrabiną i prezesową (i co do tej ostatniej wie, że to nie przypadek, bo od Wielkanocy bywał u niej kilkakrotnie, a ona wie o jego uczuciu do Łęckiej),
    - pewnego dnia do sklepu z zaproszeniem na wieczorną sesję do księcia dla Wokulskiego przychodzi adwokat tegoż księcia (i nie ma mowy o tym, że jest to jednocześnie prawnik pryncypała) - Rzecki nie wie, jak przyjąć taką znakomitość, a Wokulski, mówiąc językiem dzisiejszym, każe go spuścić na drzewo, bo wybiera się właśnie do teatru na Rossiego (swoją drogą, to też dziwne, Rossi to popularny aktor, arystokratki za nim szaleją, teatr, jak się później okazuje, jest pełniutki, a książę planuje tu na wieczór sesję). I ten dzień też przypada na pewno po zebraniu u księcia, bo przecież nie wcześniej, a konkretnie w lipcu (w pierwszej połowie). A wiadomo to stąd, że następnego dnia, gdy po przygodach teatralno - restauracyjnych nieco... zmęczony ;) Rzecki pojawia się spóźniony w sklepie, zastaje w nim gościa z Moskwy - Mraczewskiego, który między innymi mówi: "Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy wezmą Bośnię". A kongres ten (dotyczący spraw związanych z wojną bułgarską) odbywał się między 13 czerwca a 13 lipca 1878 roku. Następnego dnia zaś Rzecki udaje się na licytację, gdzie już sam autor stwierdza, że sale sądowe wypełnia lipcowy gorąc.

    Dlaczego zatem, skoro adwokat księcia jest już w tym momencie adwokatem Wokulskiego (na co faktycznie wskazują aluzje do przebiegu zebrania), Wokulski odnosi się do niego dość niedbale, jego zaufany pracownik i przyjaciel w ogóle nie wie, że Stach ma doradcę prawnego, a sam autor jakby o tym zapomniał, że to ma być jedna i ta sama osoba?

    I pytanie zasadnicze: dlaczego delikatną sprawę obsługi prawnej nabycia kamienicy ze stratą, żeby ratować posag Izabeli, gdzie cała ta licytacja jest z pewnością źródłem plotek w środowisku, w końcu chodzi o ustalenie, ile Łęckim realnie zostało jeszcze majątku, a w konsekwencji - czy Izabela jest jeszcze dobrą partią, czy już można na niej położyć krzyżyk, powierzać "powszechnie szanowanemu mecenasowi, prawej ręce księcia, prawnemu doradcy całej arystokracji"?
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 12.06.11, 18:43
    Wizyta Wokulskiego u adwokata księcia - w sprawie nabycia przez niego domu Łęckiego - ma miejsce w drugiej połowie czerwca.
    Ze słów wypowiedzianych przez adwokata jasno wynika, że spółka nie ma jeszcze osobowości prawnej i jest dopiero w fazie organizowania się:

    "- Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie - rzekł adwokat, podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się nieco zmarszczył. - Jednym wyrazem - ciągnął adwokat - możemy rachować na jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tym może pan rachować na mnie..."

    bowiem nie jest jeszcze sporządzony i podpisany u rejenta akt jej założenia, ani nie zostały też zebrane zadeklarowane wkłady od jej uczestników.

    Zatem jest to okres, w którym trudno nazwać adwokata księcia także adwokatem Wokulskiego i stąd ta niewiedza Rzeckiego w tym zakresie sprzed kilku dni, podczas jego wizyty w sklepie z zaproszeniem do księcia, na jedno z kolejnych zebrań u niego w pałacu , bo ten znany adwokat stanie się adwokatem Wokulskiego dopiero za parę dni - i początek jego pracy dla Wokulskiego wyznacza udział w kupnie domu, a nie wtedy jeszcze będąca w powijakach spółka...

    Adwokat dziękuje Wokulskiemu za obdarzenie go zaufaniem, w sprawie tego dość pogmatwanego interesu z kupnem za sztucznie podwyższoną cenę kamienicy, na podstawioną osobę na okres 1/2 roku.
    To , że Wokulski wybrał właśnie jego a nie np. adwokata Krzeszowskiej, związane jest z jego renomą i zapewne przekonaniem, że z tej kancelarii ta sprawa się nie rozniesie.

    Dopiero późną jesienią, gdy Maruszewicz informuje Rzeckiego o powstaniu już u Krzeszowskiej możliwości nabycia kamienicy, wobec zakończenia procesu z mężem - Rzecki udaje się już na konsultacje do tego adwokata, który dopiero teraz może być nazwany adwokatem nie tylko księcia ale i Wokulskiego, bo stał się nim dopiero od czasu zajęcia się formalnościami przy zakupie kamienicy, a ponadto i spółka już wtedy działa i jest obsługiwana przez tego znanego adwokata...

    ( Na marginesie: spółki więc jeszcze nie ma, gdy Wokulski opuszcza Warszawę nazajutrz po nabyciu kamienicy i po zawarciu umowy z Łęckim o obrocie "jego" 30 tysiącami rubli do 15 lipca 1879.Wokulski spędza w Paryżu kilka tygodni i wraca do Wwy dosłownie na moment w końcu sierpnia i udaje się do Zasławka na cały wrzesień. W pażdzierniku z kolei Wokulski wyjeżdża do Suzina do Moskwy i wraca do Wwy 27 listopada, w dniu w którym zawaliła się kamienica na Wilczej.Tak więc pod osobistym kierownictwem Wokulskiego spółka mogła zacząć funkcjonować dopiero w grudniu 1878... ) .

  • jadwiga1350 10.06.11, 19:37
    Adwokat ks
    > ięcia, który występuje na zebraniu, to osobistość dość napuszona, a przy tym ni
    > eszczera i dwulicowa.

    Musiał być takim, jakim chciał go mieć jego chlebodawca. Za to brał pieniądze. Za klaskanie księciu i za płakanie wraz z nim nad nieszczęśliwym krajem. Wokulski takich cyrków nie wymagał (no i nie był księciem) więc przy nim adwokat mógł być sobą.
  • weteran_pl 11.06.11, 17:01
    Bolesław Prus studiował w Warszawie w Szkole Głównej na Wydziale Matematyczno-Fizycznym.
    Bohater Lalki, czyli Stanisław Wokulski także rozpoczął studia w tej uczelni i też na tym samym Wydziale Matematyczno-Fizycznym.
    Obu zatem - choć oczywiście głównie odnoszę się do autora Lalki, a nie stworzonego przez niego powieściowego bohatera - matematyka nie mogła i nie powinna być obca.

    W powieści mamy jedank opisaną taką sytuację, gdy w Paryżu nachodzą Wokulskiego różni ludzie oferujący swoje usługi dla bogatego kupca z Rosji, czyli Suzina - a Wokulski jako jego zaufany sekretarz, musi tych ludzi przyjmować.
    Jeden z tych gości, oferuje sprzedaż swojego wynalazku na wygrywanie w ruletkę, poprzez podwajanie kolejnych stawek:

    "W tych dniach zrobiłem olbrzymie odkrycie co do rulety... Trzeba tylko sześć do siedmiu razy dublować stawkę...

    - Wybaczy pan, ale ja się tym nie zajmuję - przerwał mu Wokulski:

    - Nie ufa mi pan?... To całkiem naturalne... Ale mam właśnie przy sobie małą ruletę..."

    Ale ta matematyczna metoda zwana systemem Martingale ( od martyngał ) jest już wtedy znana i stosowana we Francji w grze w ruletkę od dość dawna, bo zaczęto ją stosować w XVII wieku i dla kogoś takiego jak Prus, interesującego się matematyką i ją studiującego - sprawa ta powinna być w oczywisty sposób znana:
    pl.wikipedia.org/wiki/Martynga%C5%82_(rachunek_prawdopodobie%C5%84stwa)
    bo choć pierwsze kasyno otwarto dopiero w roku 1842, to jednak od wynalezienia ruletki przez B.Pascala w roku 1645, ta gra była bardzo popularna w salonach.
  • jadwiga1350 11.06.11, 20:54
    Ale jaka to pomyłka? Wokulskiego nachodzili różni naciągacze.Jeden chciał mu sprzedać wiadomość o skarbach zakopanych przez armię napoleońską. Więc normalne, że ktoś próbował mu wcisnąć "wynalazek" znany od lat.
    --
    "...a ksiadz jesli chce moze mnie nawet w d...pe pocalowac.nie doslownie oczywiscie bo to by bylo gorsze niz jakby sie do mnie 'siostro' zwrocil."
    (rach.ell)
  • weteran_pl 12.06.11, 10:55
    jadwiga1350 napisała:

    > Ale jaka to pomyłka? Wokulskiego nachodzili różni naciągacze.Jeden chciał mu sp
    > rzedać wiadomość o skarbach zakopanych przez armię napoleońską. Więc normalne,
    > że ktoś próbował mu wcisnąć "wynalazek" znany od lat.

    Serial Alternatywy 4:
    "Miećka. Mądremu wystarczą dwa słowa, a głupiemu to i referatu mało - jak powiedział Sofronow...."
  • kooreczka 12.06.11, 15:05
    "Uprzejmość jest zbroją damy". Kawalera ta maksyma już nie obowiązuje?
  • weteran_pl 12.06.11, 17:17
    kooreczka napisała:

    > "Uprzejmość jest zbroją damy". Kawalera ta maksyma już nie obowiązuje?

    Wszak głęboko wierzę w prawdziwość słów życiowo doświadczonej damy, niejakiej pani Meliton:
    "kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu trzeba je niekiedy przydeptać nogą".

  • kooreczka 12.06.11, 18:03
    To źle wierzysz.
    Doczekamy się w jednym albo drugim wątku sensownego uzasadnienia?
  • soova 12.06.11, 18:32
    Weteran zapomniał, co jest dalej i stosuje tę maksymę w oderwaniu od kontekstu, co właśnie zaprowadziło go na manowce dobrych manier (a te co do zasady, obowiązują równie dobrze w salonie, jak i w internecie, tyle że odpowiednio zmodyfikowane).
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 12.06.11, 19:28
    jadwiga1350:
    "Ale jaka to pomyłka? Wokulskiego nachodzili różni naciągacze.Jeden chciał mu sprzedać wiadomość o skarbach zakopanych przez armię napoleońską. Więc normalne, że ktoś próbował mu wcisnąć "wynalazek" znany od lat."

    Są to zupełnie różne kategorie spraw: Wokulski - jak sam się nazwał w rozmowie z Rzeckim po powrocie z Syberii - jest naukowcem, byłym studentem Wydziału Matematyczno-Fizycznego Szkoły Głównej i dlatego jego reakcją na system Martingale, oparty na tzw. mandrygałowaniu i zastosowanym dla rozbicia ruletki już w XVII wieku, który musiał być znany dawnemu studentowi ( że o Prusie nie wspomnę ) powienien wywołać pusty śmiech Wokulskiego, a nie - nawet te drobne - pieniądze dla tego rzekomego "wynalazcy" tego systemu gry.

    Stąd z dużym co do tego przekonaniem, napisałem to tu w tym wątku "o błędach i nieścisłościach w Lalce", że taki a nie inny przebieg tej sytuacji z ruletką , jest wg mnie kolejnym wychwyconym potknięciem ( chyba już piętnastym ) jej autora.

    Bowiem Wokulski nie sponsoruje innych odwiedzających go ludzi ( poza Geistem ) a tu zamiast w trzech słowach wykpić tego człowieka z ruletką , jako rzekomego "wynalazcę" już ponad 100 lat funkcjonującego i znanego nawet studentom nauk ścisłych systemu Martingale - daje mu kilka franków na dalsze eksperymenty...
  • soova 12.06.11, 19:36
    Nie jest wykluczona sytuacja, że Wokulskiemu system Martingale jest znany, ale nie ma sensu o tym pisać, bo niczego to do akcji nie wniesie, natomiast zamiast tłumaczenia o tym "wynalazcy" autor "nakazuje" dać mu kilka franków na odczepne, tak jak np. w dzisiejszych czasach daje się jakieś pieniądze samozwańczym parkingowym (nie pochwalam i nie daję, ale skoro ta instytucja się utrzymuje, widać są sponsorzy).
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • soova 14.06.11, 15:08
    Szuman rozmawia z Rzeckim o tym, że Wokulski zakochał się bez sensu w Izabeli i analizując przyczynę tego, mówi: "A tymczasem on, czy to w piwnicy Hopfera, czy to na stepie tak się karmił Aldonami, Grażynami, Marylami i tym podobnymi chimerami, że w pannie Łęckiej widzi bóstwo."

    A wszak Wokulski nie był na katordze w Kazachstanie, a na Syberii, gdzie jest tundra, a na pewno nie step. :d Szuman jako jego przyjaciel z uniwersytetu powinien to wiedzieć.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 14.06.11, 18:54
    soova napisała:

    > Szuman rozmawia z Rzeckim o tym, że Wokulski zakochał się bez sensu w Izabeli i
    analizując przyczynę tego, mówi: "A tymczasem on, czy to w piwnicy Hopfera, czy to na stepie tak się karmił Aldonami, Grażynami, Marylami i tym podobnymi chimerami, że w pannie Łęckiej widzi bóstwo."
    >
    > A wszak Wokulski nie był na katordze w Kazachstanie, a na Syberii, gdzie jest tundra, a na pewno nie step. :d Szuman jako jego przyjaciel z uniwersytetu powinien to wiedzieć.
    > --

    Droga "soovo", nie mogę zgodzić się z tym, że Wokulski był na katordze - bo wg tego co o nim wiemy, to był na zesłaniu ( przymusowym przesiedleniu ) a to była kara znacznie mniejsza niż katorga, łącząca się z przymusową pracą bez wynagrodzenia i to najczęściej w kopalniach. A Wokulski utrzymywał się z korepetycji i dostawał za to pieniądze, z których jeszcze odłożył 600 rubli.

    Parę razy spełniałem tu Twoje prośby o cytaty, a to daje mi prawo, abym teraz ja o to samo się zwrócił, bo nie mogę sobie przypomnieć, gdzie w Lalce jest zawarta informacja o tym, że przyjaźń Szumana z Wokulskim wiąże się z Uniwersytetem ( a raczej chyba ze Szkołą Główną ) .
    Zatem w wolnej chwili zamieść ten cytat, bo ja mam w pamięci to, że Rzecki poznał się z Wokulskim w roku 1857 lub 1858, ale znajomość Wokulskiego z Szumanem jest dłuższa, więc musi sięgać czasów przed tymi datami, czyli przed wstąpieniem Stacha do Szkoły Przygotowawczej a następnie do Szkoły Głównej.

    Co do Szumana, to jest on lekarzem i jeśli studiował i ukończył medycynę w Warszawie, to mógł to zrobić wyłącznie w latach 1857-1862 w Akademii Medyko-Chirurgicznej, która mieściła się w Pałacu Staszica, bo Szkoła Główna została reaktywowana w roku 1862, w miejsce zamkniętego w roku 1831 Uniwersytetu Warszawskiego.
    Ale to z kolei nie pozwala na zmieszczenie się w powieści w czasie, z tą jego praktyką lekarską na prowincji po ukończeniu studiów, skoro poszedł do Powstania Styczniowego 1863 wraz ze Stachem i Szlangbaumem...
    Zwracanie się przez Szumana do Rzeckiego: "staruszku", jest tu raczej jedynie żartobliwe, bo z tego wszystkiego wynika, że on wcale nie może być młodszy od pana Ignacego!
    Zdumiewa także to, że pomimo tak długiej przyjaźni Wokulskiego z Szumanem, Wokulski podczas swojej wizyty u doktora przed wyjazdem w czerwcu 1877 do Bułgarii, zadaje mu pytanie, dlaczego sam się nie ożenił.
    Dziwna to przyjaźń, w której po przeszło 20 latach ich znajomości, pada takie pytanie, dowodzące że Wokulski nawet nie zna jego osobistych spraw, takich jak jego decyzja o zmianie wyznania, śmierć narzeczonej i w wyniku tego podjęta przez doktora próba samobójcza.
  • soova 15.06.11, 16:53
    Hmm.. Cóż, jeśli chodzi o katorgę, to wraz z popełnionym skrótem myślowym i w oczywistej niemożności zacytowania idę do Canossy: :D tak, Wokulski był na zesłaniu, nie na katordze. Coś mi się musiał skomasować w umyśle, że każdy zesłaniec to katorżnik, a tak oczywiście nie było, patrz: kuzyn Tomka Wilmowskiego \ "Tajemniczej wyprawy...", który w Nerczyńsku był na zesłaniu za strajk szkolny bodajże, ale warunki tego zesłania miał dość znośne.

    Szuman poszedł do powstania razem z Wokulskim i Szlangbaumem i o tym pisze Rzecki w pamiętniku ("[Szlangbaum] Wrócił z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze warunki."). Stąd skojarzyłam go z uniwersytetem, tym bardziej, że wydaje się, że w pewnym momencie sam Szuman robi do tego taką aluzję w ostatniej rozmowie z Wokulskim, gdy namawia go do połączenia się z oświeconą częścią narodu żydowskiego i wprowadzenia jej przedstawicieli do spółki ("Tymczasem gdybyś został, mógłbyś tam wprowadzić ludzi uczciwych i przyzwoitych, którzy mają niewiele wad, a wszystkie żydowskie stosunki. - Tak czy owak, spółkę opanują Żydzi. - Ale bez twej pomocy zrobią to Żydzi chederowi, a z tobą zrobiliby uniwersyteccy.") Myślę, że stąd można wywnioskować, że miał coś wspólnego z uniwersytetem, że tam poznał Wokulskiego, być może przez Szlangbauma. Faktem jest, że w ogóle cała postać Szumana jednak nieco czasowo rozsadza powieść, :D bo skoro 10 lat prowadził w Warszawie badania nad ludzkimi włosami ("Pewnego dnia gwałtem wszedł do niego [Wokulskiego] Szuman. (...) Ładny dzień, a przez pięć tygodni chyba nacieszyłeś się swoim mieszkaniem... - Ty z dziesięć lat cieszyłeś się swoim - odparł Wokulski. - Racja! Ale ja miałem zajęcie, badałem ludzkie włosy i myślałem o sławie (...)"), to jak tu w okresie 1863/1864 - 1878 pomieścić zesłanie (a Rzecki przypomina Wokulskiemu, że swatał go z Minclową przed 7 laty, czyli zesłanie w przypadku Wokulskiego trwało 7 - 8 lat), praktykę lekarską, nieszczęśliwą miłość do chrześcijanki i to dziesięciolecie badań naukowych?
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 15.06.11, 19:27
    Droga "soovo", jednak to nie Rzecki Wokulskiemu, a Wokulski Rzeckiemu przypomina swaty z Minclową:

    "— Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem.

    — Już byłem i nieszczęśliwie... — rzekł Ignacy.

    — Z wdową przed siedmioma laty?

    — Przed piętnastoma."

    bo Rzecki myśli o zupełnie innych "swatach": tych z roku 1863, czyli wyprawienia Stacha do Powstania, poprzez polityczne edukowanie go itd. a tylko Wokulski ma tu w pamięci ożenek z pania Małgorzatą.

    Co do możliwości wykształcenia się Szumana w zawodzie lekarza ( tak jak pisałem o tym wczoraj ) to jedyną uczelnią jaka to w Warszawie wtedy oferowała, wobec zamknięcia Uniwersytetu od roku 1831, była istniejąca w latach 1857-1862, czyli do otwarcia Szkoły Głównej - Akademia Medyko-Chirurgiczna:
    pl.wikipedia.org/wiki/Akademia_Medyko-Chirurgiczna_w_Warszawie
    www.am.edu.pl/uczelnia/o-uczelni/historia
    www.uw.edu.pl/o_uw/historia/1857p.html
    Więc jeśli Szuman ukończył medycynę na jakimś uniwersytecie, to na pewno nie był to ten warszawski, bo ten był zamknięty od roku 1831, a jego nazwa ponownie pojawiła się po zamknięciu Szkoły Głównej, gdy w roku 1869 powołano Cesarski Uniwersytet Warszawski.

    Wokulski latem roku 1879 mówi do Szumana, że on z dziesięć lat ( a nie konkretnie 10 ) poświęcił na badanie włosów, i to daje się mniej więcej pogodzić z akcją powieści, bo od chwili powrotu Szumana z Syberii - jeśli także jak Wokulski wrócił w roku 1870 - mija ponad 8 lat a badania były w toku gdy Wokulski opuszczał Wwę w czerwcu 1877, bo Szuman prosił go wtedy o pakiety z próbkami włosów bułgarskich i tureckich, które to siłą rzeczy Wokulski mógł przywieść mu dopiero w marcu 1878.

    Co do okresu zesłania Wokulskiego, to jak wiemy Powstanie Styczniowe trwało do jesieni 1864 roku, a Wokulski wspomina że siedział też w więzieniu, zaś pierwsze o nim wieści dostał Rzecki w formie listu z Irkucka, w którym Stach prosił o swoje książki - a było to w 2 lata po wybuchu Powstania Styczniowego.
    Tak więc skoro Wokulski trafił do Irkucka na początku 1865 a wrócił do Wwy na jesieni 1870, to okres jego zesłania trwał 5 i pół roku.



  • soova 02.08.11, 12:38
    Skąd właściwie Rzecki znał osobiście Ochockiego?

    Przez cały czas akcji Ochocki jest znajomym Wokulskiego poznanym przez niego jedynie dlatego, że obaj obracają się w kręgu arystokracji, do którego Rzecki wstępu raczej nie miał. I nieoczekiwanie w rozdziale "Dusza w letargu", czyli już po dramacie w pociągu, Ochocki spotyka się w mieszkaniu Wokulskiego z Szumanem (ten z kolei jest jak chór grecki, wszystko widzi, wszystkich zna i wszystko komentuje :)), rozmowa schodzi na zły stan zdrowia Rzeckiego i pan Julian potwierdza, że istotnie, stary źle wygląda. Czyli mówi tak, jakby też był jego znajomym, a czy we wcześniejszych partiach powieści są o tym wzmianki? Na dobitkę już w ostatnim rozdziale Ochocki osobiście fatyguje się odwiedzić chorego, który serdecznie go wita "gorąco ściskając kochanego przez wszystkich wynalazcę". Ki diabeł?
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 05.08.11, 14:44
    Mamy tu sporo niekonsekwencji. W czasie pobytu w Zasławku baron pokazany jest jak ktoś, kto już jedną nogą jest w grobie. Jęczy, kaszle, boi się przeciągów, wieczorny spacer po parku to dla niego wyprawa na Mont Everest. Na księżą oborę patrzy, ten wielbiciel Ewelinki.
    Po za Zasławkiem, baron, w jakiś przedziwny sposób, zdrowiał.
    Wiosną jest obecny na spotkaniu u księcia i na wyścigach, gdzie próbuje asystować pannie Izabeli. Wyjeżdża za granicę, raz, nie mogąc doczekać się na odpowiedź Łeckiej, a następnie po biżuterię dla Eweliny.
    Czy ktoś, komu trudność sprawiał spacer po parku, jechałby do Wiednia po szafiry?
    W rozmowie Izy z ciotką pada stwierdzenie, że baron jest starszy od marszałka, nic nie ma że jest bardzo schorowany. Wtedy, być może, ciotka protegowałaby Dalskiego u siostrzenicy(szybka możliwość zostania bogatą wdową).
    Łęcki mówi o niedoszłym zięciu: "baron trzyma jakąś spółkę z lichwiarzami" . Więc ten umierający staruszek(mumia, jak go nazywa Wokulski) samodzielnie i energicznie zajmuje się swoimi interesami.
  • soova 05.08.11, 17:04
    Oj, zdaje mi się, że wcale tu żadnych niekonsekwencji nie ma, przynajmniej nie u TEGO barona. ;) Ale uporządkujmy.

    "W czasie pobytu w Zasławku baron pokazany jest jak ktoś, kto już jedną nogą jest w grobie. Jęczy, kaszle, boi się przeciągów, wieczorny spacer po parku to dla niego wyprawa na Mont Everest. Na księżą oborę patrzy, ten wielbiciel Ewelinki."

    Skąd taki wniosek? Jęczy, bo kaszle, kaszle, bo się zaziębił, zaziębił się, bo wieczory chłodne, a być może baron wrażliwy jest na przeciągi, jak zresztą bardzo wielu młodszych od niego ludzi (sama bez względu na upały sypiam przykryta, czymś lekkim, ale zawsze, bo też mnie zawiewa, choć nie sypiam w chłodnym parku, a w ciepłej sypialni :d). Oto zresztą słowa samego barona: "Ja nieczęsto kaszlę, ale dziś trochę zaziębiłem się... i nawet nie zawsze jestem skłonny do zaziębień, tylko w jesieni i na nowiu." A zdaje się, że jest późne lato właśnie, może i nów się trafił? :)

    "Po za Zasławkiem, baron, w jakiś przedziwny sposób, zdrowiał.
    Wiosną jest obecny na spotkaniu u księcia i na wyścigach, gdzie próbuje asystować pannie Izabeli. Wyjeżdża za granicę, raz, nie mogąc doczekać się na odpowiedź Łeckiej, a następnie po biżuterię dla Eweliny."

    To właśnie dowód, że cieszył się dobrym zdrowiem. Poza tym na wyścigach była piękna pogoda, więc tym lepiej, bo nie miał okazji, żeby się podziębić stojąc na chłodzie.

    "Czy ktoś, komu trudność sprawiał spacer po parku, jechałby do Wiednia po szafiry?"

    Domyślam się, że te trudności wywnioskowałaś z tego: "Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że baron ma nogi bardzo cienkie i nieosobliwie nimi włada." Ale równie dobrze mogły to być pozostałości jakiejś choroby z dzieciństwa, co oczywiście rzutuje na sprawność fizyczną 50-latka, ale chyba nie na stan zdrowia sensu stricto.

    "W rozmowie Izy z ciotką pada stwierdzenie, że baron jest starszy od marszałka, nic nie ma że jest bardzo schorowany. Wtedy, być może, ciotka protegowałaby Dalskiego u siostrzenicy(szybka możliwość zostania bogatą wdową)."

    Bo też i baron nie jest schorowany, jest po prostu starszy wiekiem, wg pojęć ówczesnych właściwie stary. A hrabina i tak go proteguje przecież, bo Dalski i wiekowo i zdrowotnie od marszałka chyba jednak stoi lepiej.

    "Łęcki mówi o niedoszłym zięciu: "baron trzyma jakąś spółkę z lichwiarzami" . Więc ten umierający staruszek(mumia, jak go nazywa Wokulski) samodzielnie i energicznie zajmuje się swoimi interesami."

    Nie jestem pewna, czy Wokulski nie nazywa barona mumią bardziej dlatego, że w miejsce ciemnowłosego faceta zobaczył nagle siwego i pomarszczonego staruszka i na dodatek właśnie się dowiedział, że ów staruszek ma młodą narzeczoną (na tle której istotnie pewnie wygląda jak mumia), niż dlatego, że baron w jego oczach wygląda jak ktoś stojący nad grobem...

    A niekonsekwencję widzę, ale przy charakterystyce barona Krzeszowskiego. Gdyż jak ktoś podobny do suchotnika, któremu w trumnie zaczęły odrastać wąsy i faworyty, gość z gapiowato otwartymi ustami i na dodatek z oczami, z których przegląda jeszcze większe roztargnienie, może świetnie strzelać? :)





    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 29.08.11, 21:05
    dlaczego Wysoccy są przekonani, ze Marianna może być kochanką Wokulskiego? Każą Węgiełkowi upewnić się, czy żeniąc się ze szwaczką nie wchodzi w paradę ich dobroczyńcy. Czy Marianna była aż tak atrakcyjna, ze pasowałyby na utrzymankę wielkiego pana? I skąd wiedzą, że była prostytutką? Czy Wokulski im o tym powiedział?
  • soova 30.08.11, 10:02
    A przypomnij sobie scenę, gdy Wokulski rekomenduje Wysockim Mariannę jako lokatorkę. Dopiero propozycja Wysockiego wprost, że będzie osobiście mu ją dowoził do mieszkania ("Ile razy będzie wielmożnemu panu potrzebna, ja ją sam zawiodę; ale żeby kto zaś z miasta - to ni!... Z takiego interesu wielmożny pan mógłby się tylko nabawić nieszczęścia..."), uświadamia Wokulskiemu, że zaszło nieporozumienie, a Marianna została wzięta za jego utrzymankę (czyli prostytutkę, może nie taką, która szuka klientów na ulicy, ale taką "call girl" AD 1878). Poza tym Wysocki otrzymuje wystarczające instrukcje od swego dobroczyńcy ("Byle była porządna w domu, schludna, pracowita, to niech sobie chodzi, gdzie chce. Tylko niech do niej nie chodzą."), żeby się nie domyślić nie tylko, jaką przeszłość ma za sobą aktualna szwaczka, ale i nie nabrać podejrzeń, że od czasu do czasu może się i z Wokulskim widuje w celach owszem, towarzyskich, ale takich, o jakich w salonie się nie mówi.

    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 04.09.11, 13:26
    Jednak czy z takiej przemowy można nabrać pewności, że taka a nie inna była przeszłość dziewczyny? Wokulski nic o tym nie mówi. Nie mówi: "pilnujcie jej, bo to była prostytutka i na taką trzeba zawsze mieć oko"
    Wysoccy są niekonsekwentni.
    Z jednej strony ostrzegają Węgiełka, prostego chłopaka: "uważaj bo ona się puszczała".
    Węgiełek w ich oczach stoi wyżej od Marianny. Z drugiej strony uważają, że może być kochanką wielkiego pana, jakim dla nich jest Wokulski.
    Przecież wiedzą, że ich dobroczyńcę stać na lepszą kochankę i utrzymankę niż eks-prostytutka.
    No i czy nie boją się, że lokatorka może poskarżyć się domniemanemu kochankowi na te złośliwe przytyki, a ten cofnie swą łaskę i dla Wysockiego i dla jego brata?
  • soova 05.09.11, 16:11
    Wokulski wcale nie musi mówić wprost o przeszłości Marianny, zdaje sobie pewnie sprawę, że albo się sami domyślą albo się od niej tego dowiedzą. Domyślić się jest zaś nietrudno, bo niby czemu, gdyby młoda szwaczka dobrze się prowadziła, jej protektor domagałby się od wynajmujących wprost, żeby mieli oko, czy aby nikogo nie przyprowadza?

    A Wysoccy wcale nie są niekonsekwentni, tylko myślą kategoriami swojej epoki, gdzie podwójna moralność była na porządku dziennym. Zresztą nawet i w naszych czasach pokutuje jeszcze taki pogląd, że chłopak, który uprawia seks przed ślubem, "wyszumia się", a dziewczyna, która robi to samo - puszcza się. Wielkiemu panu wolno zatem mieć kochankę - szwaczkę, bo jest bogatym panem, ale już sama dziewczyna zasługuje za to na potępienie (gdy Wysocka ostrzega Węgiełka o przeszłości Marianny, używa słowa "probantka" - sądząc z kontekstu, chyba nic to pochlebnego). Poza tym żadnych złośliwych przytyków w jej stronę wprost nie kierują, więc skąd wniosek, że gdyby była faktycznie kochanką Wokulskiego, poskarżyłaby mu się ze szkodą dla nich? Zresztą kto wie, może nie czynią tak właśnie dlatego, że tego się boją, skoro już i tak Wysocki swoje wie, mimo że Wokulski intymnej znajomości z Marianną wyraźnie zaprzeczył?

    Węgiełek stoi w ich oczach wyżej od Marianny, bo po pierwsze, jest mężczyzną, a w tamtych czasach mężczyzna stał i tak wyżej od kobiety, czy to w domu Wysockich czy w salonie Łęckich, po drugie, Marianna jako uliczna prostytutka, nie żadna tam nawet Dama Kameliowa, w hierarchii społecznej stoi chyba już prawie na najniższym stopniu. Tym większe wyrazy uznania dla niego, że mimo jej przeszłości zdecydował się na małżeństwo.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 10.09.11, 13:55
    > Węgiełek stoi w ich oczach wyżej od Marianny, bo po pierwsze, jest mężczyzną, a
    > w tamtych czasach mężczyzna stał i tak wyżej od kobiety, czy to w domu Wysocki
    > ch czy w salonie Łęckich

    Raczej trudno tak powiedzieć. O miejscu w hierarchii decydowało pochodzenie(względnie majątek), nie płeć. Tak więc Izabela stoi wyżej od Wokulskiego, a Stawska od Węgiełka.
    Marianna jako eks-prostytutka niewiele jest warta w oczach Wysockich, ale jako protegowana i domniemana kochanka ich dobroczyńcy, powinna pewną wartość posiadać. Z jednej strony radzą Węgiełkowi uważać na Marię(bo to "probantka") z drugiej boją się, że ożenek chłopaka z lokatorką może obrazić Wokulskiego. A więc w ich oczach Marianna miałaby aż takie znaczenie dla Wokulskiego.
    Wokulski nic nie wie, że Wysoccy znają przeszłość jego podopiecznej. Ostrożnie zapytuje Węgiełka: "a dobrze ty znasz tę pannę Mariannę"? Gdyby coś powiedział Wysockiemu, wiedziałby, że ten na pewno wszystko wyśpiewał Węgiełkowi. Wszakże mieszkali w jednym domu.
  • soova 12.09.11, 13:17
    "O miejscu w hierarchii decydowało pochodzenie(względnie majątek), nie płeć. Tak więc Izabela stoi wyżej od Wokulskiego, a Stawska od Węgiełka."

    Zasadniczo tak. Ale w granicach każdej grupy społecznej, czy to w salonie arystokratycznym czy kupieckim miała miejsce dalsza hierarchizacja, tym razem związana ze stanem cywilnym i płcią. Wdowa Wąsowska, choć niewiele od Izabeli starsza, cieszy się jednak znacznie większą od niej swobodą (już choćby przez to, że na wieś przyjeżdża sama, bez przyzwoitek, mieszka sama i przyjmuje mężczyzn, a nawet pokazuje się z nimi publicznie - Izabela nawet po drobne sprawunki do sklepu musi jechać z Florentyną). Oczywiście, że Izabela w hierarchii towarzyskiej stoi wyżej niż Wokulski, bo ona jest arystokratką, a on tylko szlachcicem i kupcem, natomiast, jak się rzekło, nie jest samodzielna. Jej swoboda w podjęciu decyzji o zamążpójściu jest ograniczona, tak naprawdę jej ręką rozporządza ojciec, akurat jako jednostka dość bierna kierowany tu przez swoją siostrę (akurat się nie łudzę, gdyby na horyzoncie nie pojawił się Wokulski, Bela naprawdę musiałaby wyjść za barona lub marszałka). A już taki Starski, mimo że ma mnóstwo długów, a zero perspektyw, nic nie musi i może sobie hulać i skakać z kwiatka na kwiatek, w zasadzie wszędzie przyjmowany bez problemów.

    Co do stosunku Wysockich do Marianny, to można powiedzieć, że jest on ściśle uzależniony od ich układów z Wokulskim. Wysocki swoje wie, nieważne, że Wokulski intymnej znajomości z Marianną wyraźnie się wyparł, chłopska zapobiegliwość każe mu na wszelki wypadek, gdyby jednak pan z jakichś powodów go okłamał, bo Marianna jednak była jego kochanką, po pierwsze nie podskakiwać, bo to by rzeczywiście groziło zerwaniem z dobrodziejem i ważnym klientem. Po drugie zaś - przestrzec Węgiełka, bo gdyby Marianna była kochanką Wokulskiego, jego oświadczyny mogłyby narobić niezłego bigosu, a kto wie, może i Wysockim by się oberwało za ułatwianie tej znajomości.

    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 02.10.11, 12:30
    "Kto mając do wyboru ciebie i Starskiego wybrał Starskiego, ten dowiódł, że niewart nawet Starskiego... "

    Skąd on wie o Starskim? Przecież Stach nie zwierzał mu się z tego, co zaszło w pociągu.
  • soova 05.10.11, 16:33
    Oczywiście, że Stach mu się nie zwierzał, ale Szuman jest bystry i inteligentny, więc wystarczy, że wiedział o wyjeździe Wokulskiego z Łęckimi do Krakowa. Kiedy dowiedział się o o jego niespodziewanym powrocie do Warszawy, zaczął węszyć, a wystarczyło, że dowiedział się, że w ostatniej chwili dołączył do nich Starski, żeby połączyć fakty.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • jadwiga1350 26.11.11, 15:26
    . Domyślić się
    > jest zaś nietrudno, bo niby czemu, gdyby młoda szwaczka dobrze się prowadziła,
    > jej protektor domagałby się od wynajmujących wprost, żeby mieli oko, czy aby ni
    > kogo nie przyprowadza?

    Mogłoby chodzić o zwykłą zazdrość. Wokulski nie chciałby się dzielić kochanką z innymi.
  • weteran_pl 29.05.12, 12:59
    Rzecki, spełniając prośbę Wokulskiego z dnia jego wyjazdu do Paryża w połowie lipca (co do opieki nad kupionym domem Łęckiego) udaje się tam i odnotowuje to w swoim Pamiętniku:
    " Z natury jestem nieśmiały: wstydzę się rozmawiać z nieznanymi ludźmi, a prawie boję się wchodzić do cudzych mieszkań... (Boże miłosierny! jak ja już dawno nie byłem w cudzym mieszkaniu...) Tym razem jednak wstąpił we mnie jakiś diabeł i koniecznie zapragnąłem poznać lokatorów tej dziwnej kamienicy".

    Stary subiekt ( a raczej Prus jako kreator tej powieściowej postaci ) zapomina jednak, że przecież dosłownie kilkanaście dni temu - jako sekundant Wokulskiego w pojedynku z baronem Krzeszowskim - był nawet w kilku mieszkaniach, bo zarówno u drugiego sekundanta doktora Szumana, ale także u hrabiego-Anglika oraz u Wokulskiego, w jego nowym mieszkaniu...
    Ponadto ta jakże przykra dla Rzeckiego przedwyjazdowa rozmowa z Wokulskim, także odbywa się w tym nowym, ośmiopokojowym mieszkaniu pryncypała...

    Tak więc jest to kolejna nieścisłość w Lalce.
  • soova 01.06.12, 18:32
    Rzecki mógł jako człowiek nieśmiały bać się wizyt w cudzych mieszkaniach, ale u Szumana i hrabiego - Anglika był niejako "służbowo", bo jako sekundant w sprawach organizacyjnych, co mogło być może zredukować jego lęki, a u Wokulskiego był przecież jako u przyjaciela.

    Przypuszczam, że ten lęk przed wizytami w cudzych mieszkaniach dotyczył zresztą wizyt u ludzi, których nie znał. Szumana i Wokulskiego to nie dotyczyło przecież.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 15.06.12, 11:18
    Baron Krzeszowski tuż po pojedynku mówi:
    "Baronowi chirurg obandażował twarz. Spomiędzy drzew nadbiegł wystraszony Konstanty,
    - A co! - mówił. - Przepowiadałem, że się jaśnie pan doigra.
    - Milcz, błaźnie!... - wybełkotał baron. - Jedź mi zaraz do pani baronowej i powiedz kucharce, że jestem ciężko ranny..."
    Ale Krzeszowska nie zatrudnia kucharki i wg relacji dorabiającej u niej pani Stawskiej nie je nic ciepłego. Ten brak kucharki wypomina też pani Krzeszowskiej służący barona, dwojga powieściowych imion lokaj Konstanty/Leon, gdy baron powraca do żony.
  • weteran_pl 19.06.12, 22:49
    Bezpośrednio po licytacji domu, Łęcki przychodzi do sklepu Wokulskiego:

    "Ledwie Wokulski zdążył jako tako ogarnąć się, wszedł pan Łęcki, a za nim woźny sklepowy. Pan Tomasz miał oczy krwią nabiegłe i sine plamy na policzkach. Rzucił się na fotel i oparłszy głowę na tylnej krawędzi, ciężko dyszał. Woźny stał w progu z zakłopotaną miną i przebierając palcami po metalowych guzikach swojej liberii czekał na rozkazy.

    - Wybacz, panie Stanisławie, ale... proszę cię wody z cytryną...wyszeptał pan Tomasz.

    - Sodowej wody, cytryny i cukru... Biegnij! - rzekł Wokulski do woźnego.

    Woźny wyszedł zawadzając wielkimi guzami o drzwi pokoju.

    - To nic - mówił pan Tomasz z uśmiechem. - Krótka szyja, upał i irytacja... Chwilę odpocznę... Zatrwożony Wokulski zdjął mu krawat i rozpiął koszulę. Potem zlał ręcznik wodą kolońską, którą znalazł na biurku Rzeckiego, i z synowską troskliwością wytarł choremu kark, twarz i głowę.

    Pan Tomasz uścisnął mu rękę.

    - Już mi lepiej... Bóg zapłać... - a potem dodał półgłosem: - podobasz mi się w tej roli siostry miłosierdzia. Bela nie potrafiłaby zrobić delikatniej... No, ona stworzona do tego, ażeby jej usługiwano...

    Woźny przyniósł syfon i cytryny. Wokulski przyrządził limoniadę i napoił pana Tomasza, któremu stopniowo poczęły znikać sine plamy z policzków.

    - Idź do mego mieszkania - rzekł Wokulski do woźnego - i każ zaprząc konie. Niech zajedzie przed sklep."
    ..............

    Powyższe polecenie wydane sklepowemu woźnemu, jest bardzo dziwne i to w kilku aspektach:
    1/ przecież lokaj Wokulskiego nie jest jednocześnie jego strangretem
    2/ powozem kieruje zaangażowany wraz z zakupem powozu i pary koni oddzielny pracownik, który nie oczekuje na zlecenia w gabinecie Wokulskiego
    3/ tak więc to dopiero lokaj musi udać się do stangreta a ten następnie do stajni, aby zająć się przygotowaniem powozu do drogi itd.
    4/ cała ta powyższa sytuacja, mająca doprowadzić do zrealizowania polecenia pryncypała jest dość czasochłonna, bo przecież stajnia z końmi nie znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu a gdzieś dość daleko od sklepu
    5/ stan zdrowia pana Łęckiego nakazuje tu duży pośpiech w odwiezieniu go do domu, zaś cała ta powyżej wykazana procedura poinformowania stangreta i podstawienia powozu pod sklep na Krakowskim Przedmieściu, bardzo to opóźnia
    6/ dlaczego nie skorzystano z transportu dorożką czy nawet powozem wynajętym dosłownie w kilka chwil, bo na jedno zawołanie woźnego, a wiemy że na Krakowskim Przedmieściu powożący o klienta prawie dosłownie się bili.
  • weteran_pl 20.06.12, 11:59
    Wokulski, który tak dotąd troskliwie zajmował się panem Łęckim w sklepie, ani sam go jako opiekun nie odwozi tym powozem do domu, ani też nie oddelegowuje do tego któregoś ze swoich pracowników.
    A stan zdrowia starszego pana Łęckiego nadal jest przecież bardzo zły, bo nawet z dużym trudem udaje mu się wejść do powozu:

    "Wokulski wyprowadził go przez podwórze do bramy, gdzie już czekał powóz.

    - Straszny upał! - mówił pan Tomasz, z trudnością przy pomocy Wokulskiego siadając do powozu. - Cóż znowu za farsa z tymi Żydami?... Dał dziewięćdziesiąt tysięcy; a gotów odstąpić za siedemdziesiąt... Pocieszne... słowo honoru!...

    Konie ruszyły w stronę Alei Ujazdowskiej. W drodze do domu pan Tomasz był odurzony. Nie czuł upału, tylko ogólne osłabienie i szum w uszach. Chwilami zdawało mu się, że każdym okiem widzi inaczej albo że obydwoma widzi gorzej. Oparł się w rogu powozu chwiejąc się za każdym silniejszym ruchem jak pijany.

    Myśli i uczucia plątały mu się w dziwny sposób. Czasem wyobrażał sobie, że jest otoczony siecią intryg, z której wydobyć go może tylko Wokulski. To znowu, że jest ciężko chory i że tylko Wokulski pielęgnować by go potrafił. To znowu, że umrze zostawiając zubożałą i od wszystkich opuszczoną córkę, którą zaopiekować by się mógł tylko Wokulski. A nareszcie pomyślał, że dobrze jest mieć własny powóz, tak lekko niosący jak ten, którym jedzie - i - że gdyby poprosił Wokulskiego, on zrobiłby mu z niego prezent.

    "Straszny upał!" - mruknął pan Tomasz.

    Konie stanęły przed domem, pan Tomasz wysiadł i nawet nie kiwnąwszy głową stangretowi poszedł na górę. Ledwie wlókł ociężałe nogi, a gdy znalazł się w swym gabinecie, padł na fotel w kapeluszu i tak siedział parę minut ku najwyższemu zdumieniu służącego, który uznała za stosowne poprosić panienkę."

    Zatem troskliwość Wokulskiego o przyszłego teścia i o człowieka, którego chętnie w myśli nazywał swoim ojcem, ma tu bardzo dwojaki charakter - bo począwszy od synowskiej aż do bezmyślnej decyzji o uruchomieniu całego łańcucha zdarzeń niezbędnych do pojawienia się jego własnego powozu przy sklepie (co znacznie musiało opóźnić transport Łęckiego do domu) i po brak opieki nad nim samym już w fazie jego przemieszczenia się w Aleje Ujazdowskie.
  • weteran_pl 20.06.12, 16:14
    Będąc przy wątku transportowym w Lalce, nie można nie zauważyć kolejnej nieścisłości:

    "O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata.

    Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze na widok jasnego paltota i białego kapelusza współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś chcąc ich wyminąć o mało nie rozbił tragarza niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie policjantów, zbiegowisko i w rezultacie - dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie własnymi powozami odwieźli do cyrkułu.

    "Zła wróżba - pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło.- Pyszny interes! - mówił sobie - idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom wygląda, ani nawet gdzie leży."

    Wrócił na powrót do swego mieszkania i w kapeluszu na głowie, z laską pod pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka minut, nim odszukał ulicę i numer.

    "Ładnie bym się zarekomendował adwokatowi! - myślał schodząc ze schodów. - Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję kota w worku. Naturalnie, że od razu skompromitowałbym albo siebie, albo... pannę Izabelę."

    Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. "

    a mianowicie całkowitym zapomnieniu przez autora, co do faktu posiadania już przez Wokulskiego własnego środka transportu w postaci powozu z parą koni i stangretem.
    Zatem niewykorzystanie własnego środka transportu w dniu, na który Wokulski miał uprzednio zaplanowane przemieszczanie się po Warszawie w kilka odległych od siebie miejsc w sprawach związanych z nabyciem kamienicy Łęckich, jest wg mnie kolejnym błędem Prusa.
    W Lalce mamy co prawda już taką sytuację, gdy posiadająca własny powóz hrabina Karolowa nie może z niego skorzystać w Wielką Sobotę - ale zostaje to logicznie wytłumaczone chorobą konia, natomiast w tej powyższej sytuacji z Wokulskim, narrator zdaje się zapominać o jego stanie majątkowym oddanym posiadaniem już swojego powozu.
  • weteran_pl 20.06.12, 19:25
    Drogiemu autorowi Lalki - mam na myśli Bolesława Prusa :) - coś się pokręciły polskie powiedzenia, gdyż włożył w usta Ignacego Rzeckiego coś takiego jak " goły jak pieprz turecki":

    "Było nawet lepiej, bo oficerowie wyprawili mi obiad, na którym gęsto piliśmy zdrowie węgierskiej piechoty. Od tej też pory mówię, że najtrwalsze stosunki zawiązują się na placu bitwy.

    Ledwiem opuścił mój dotychczasowy apartament będąc gołym jak pieprz turecki, zaraz zastąpił mi drogę nieznany Żydek i oddał list z pieniędzmi."

    bowiem jest to zbitka z tych znanych powiedzeń:
    a/ Goły jak święty turecki
    b/ Suchy jak pieprz

    Bo z powiedzeniem "goły jak pieprz turecki", nigdy się nie spotkałem.

    Tak więc chyba mamy kolejny błąd u Prusa...
  • weteran_pl 20.06.12, 20:13
    EDIT:
    Wokulski zajmował się panem Łęckim w mieszkaniu Rzeckiego, bo woźny wiedząc gdzie jest aktualnie pryncypał, zaprowadził tam Łęckiego po jego przyjściu do sklepu.
    ........................................................

    c.d. Czyżby Wokulski mieszkał tuż przy stajni :)

    Skoro pan Łęcki pomimo pomocy Stacha z takim trudem wszedł do powozu, to jasnym było że także będzie mu bardzo trudno z niego wyjść w Alejach Ujazdowskich, bez niczyjej pomocy.
    Wokulski wie ponadto, że Łęccy mieszkają na piętrze, bo był już u nich na obiedzie - zatem dodatkowo dziwne jest to, że nie udał się z nim sam lub nie dał mu opiekuna w osobie choćby tego woźnego lub któregoś z subiektów.
  • weteran_pl 30.07.12, 12:23
    W czerwcu 1878 roku Rzecki opisuje w swoim pamiętniku wizytę w Wwie dróżnika Wysockiego:

    "I to wszystko gadają o nim dziś, przy mnie, który wczoraj patrzyłem, jak dróżnik Wysocki upadł mu do nóg dziękując za przeniesienie do, Skierniewic i udzielenie zapomogi...

    Prosty człowiek, a jaki uczciwy! Przywiózł ze sobą dziesięcioletniego syna i wskazując na Wokulskiego mówił:

    - Przypatrzże się, Pietrek, panu, bo to nasz największy dobrodziej...Jakby kiedy zechciał, żebyś. sobie uciął rękę dla niego, utnij, a jeszcze mu się nie wywdzięczysz..."

    Z tą zapomogą to chyba kolejny błąd w Lalce, gdyż Wokulski po wysłuchaniu opowiedzianej mu przez furmana Wysockiego przed Wielkanocą historii służbowego przeniesienia jego brata Kacpra z miejsca jego stałego zamieszkania pod Skierniewicami aż pod Częstochowę, pomógł mu w powrocie pod Skierniewice, do swojego gospodarstwa - ale przecież nie miał z nim ani osobistego kontaktu ani potrzeby dawania mu zapomóg, gdyż on miał stałą pracę na kolei.
    Pieniądze dla niego to przekazane "dla dzieci" kilkaset rubli - jako forma zamknięcia mu ust co do utrzymania w tajemnicy samobójczej próby, jaką podjął Wokulski.
    Ale ta zapomoga ma miejsce dopiero za rok, bo w maju 1879 roku podczas pamiętnej podróży z Łęckimi i Starskim do Krakowa...

    "Wokulski wyjął pugilares, wydobył kilka sturublówek i podając je Wysockiemu rzekł :

    - Uważasz... Wczoraj byłem pijany... Nie mówże nic i nikomu, co się tu stało. A oto masz... dla dzieci...

    Dróżnik pocałował go w nogi."

    Tak więc ten zapis z czerwca 1878 o zapomodze dla dróżnika jest błędem.
  • weteran_pl 29.08.12, 14:44
    Wokulski mówi Reckiemu:

    "Mincle i zawsze Mincle !... Dziś niech mnie porównają z Minclami. Sam jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów przez pół wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i szlafmycach."

    A skąd to niby Wokulski ma wiedzieć o szlafmycy starego Jana Mincla, który zmarł w roku 1846 - gdy Wokulski miał 14 lat ?
  • soova 30.08.12, 10:24
    Szlafmyca była elementem stroju tak symbolicznym jak dziś moherowy beret na przykład. Nie musiało wcale chodzić o konkretną osobę starego Mincla, tylko o aluzję, że dwa pokolenia ciężko pracującego niemieckiego mieszczaństwa nie zrobiły tak wielkiego majątku jak Wokulski w ciągu roku.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 30.08.12, 20:06
    "Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i szlafmycach." - to noszenie szlafmycy odnosi tu się tylko i wyłącznie do
    Jana Mincla - bo jego obaj bratankowie: Jan i Franz jej w swoich sklepach nie nosili.

    I nie drwij sobie droga Soovo - w trosce o powagę tego forum :) - pisząc nieprawdę:
    " Szlafmyca była elementem stroju tak symbolicznym jak dziś moherowy beret na przykład>
    bo nocnego to i owszem, ale nigdy nie dziennego...

    pl.wikipedia.org/wiki/Szlafmyca
  • jadwiga1350 30.08.12, 21:06
    > bo nocnego to i owszem, ale nigdy nie dziennego..

    Ameryka odkryta!
  • weteran_pl 31.08.12, 05:57
    jadwiga1350 napisała:

    > > bo nocnego to i owszem, ale nigdy nie dziennego..
    >
    > Ameryka odkryta!

    "Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem siwych włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem na fotelu obitym skórą, ubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż szlafmycę."

    Gdy kiedyś nauczysz się czytać ze zrozumieniem, i Lalkę tak już przeczytasz - to zrozumiesz, że w Lalce tylko stary Jan Mincel nosił w dzień w sklepie nocną szlafmycę na głowie i dlatego tylko do niego mogły się słowa Wokulskiego odnosić...
    Stąd moje przypomnienie Soovie, że to element nocnego a nie dziennego stroju - gdy napisała:
    "Szlafmyca była elementem stroju tak symbolicznym jak dziś moherowy beret na przykład."
  • jadwiga1350 31.08.12, 11:41
    > Gdy kiedyś nauczysz się czytać ze zrozumieniem, i Lalkę tak już przeczytasz - t
    > o zrozumiesz, że w Lalce tylko stary Jan Mincel nosił w dzień w sklepie nocną
    > szlafmycę na głowie i dlatego tylko do niego mogły się słowa Wokulskiego odnosi
    > ć...


    Proch wymyślony! Hosanna! Hosanna! Hosanna!
  • soova 31.08.12, 13:27
    <Stąd moje przypomnienie Soovie, że to element nocnego a nie dziennego stroju - gdy napisała:
    "Szlafmyca była elementem stroju tak symbolicznym jak dziś moherowy beret na przykład." >

    A ja pozwolę sobie zwrócić uwagę, że odnosiłam się do pewnego elementu stroju jako takiego, BEZ WZGLĘDU na porę dnia, w jakiej się go nosiło czy nosi. Szlafmyca w czasach "Lalki" miała jakąś grupę społeczną, która ją preferowała i nosiła, podobnie jak w dzisiejszych czasach do określonej, a konkretnej grupy możemy (czy mogliśmy) przypisać moherowy beret, białe skarpetki, tartan, szpilki, garnitur od Diora, kufajkę, beret z antenką i tak dalej.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 31.08.12, 14:26
    Odbiegamy od tego co wcześniej napisałem, a co tylko powtórzę, że Prus tą emocjonalną wypowiedzią Wokulskiego:
    " Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i szlafmycach."
    popełnił błąd - bowiem w sposób oczywisty odnosi to się tylko do starego Jana Mincla,
    gdyż ta multiplikacja "tysiąc Minclów" ( a nie ew. użyta "tysiące" ) , ma za swój podmiot wyłącznie osobę stryja Franza i Jana.
    Kontekst tego co powiedział Wokulski, jest w oczywisty sposób związany z pracą właściciela sklepu na Podwalu, w której to pracy cały dzień miał na głowie nocne jej nakrycie, jakim jest szlafmyca...

    A zatem Prus, wkładając w usta Wokulskiego słowa, opisujące ten element "służbowego" stroju starego człowieka, popełnił błąd - gdyż ten nie znał zmarłego w 1846 roku starego Jana Mincla, miał wtedy bowiem tylko 14 lat, będąc urodzony w roku 1832.
    I nie mógł nawet bywać w tym sklepie , gdyż od roku 1840 do 1846 pracował tam jako chłopiec sklepowy ( po tym roku jako subiekt ) Ignacy Rzecki ,a który po raz pierwszy zobaczył Stanisława dopiero w roku 1857 lub 1858, gdy ten był subiektem u Hopfera.
  • matylda1001 03.09.12, 00:18
    weteran_pl napisał:

    >A zatem Prus, wkładając w usta Wokulskiego słowa, opisujące ten element "służbowego" stroju starego człowieka, popełnił błąd - gdyż ten nie znał zmarłego w 1846 roku starego Jana Mincla, miał wtedy bowiem tylko 14 lat, będąc urodzony w roku 1832. I nie mógł nawet bywać w tym sklepie , gdyż od roku 1840 do 1846 pracował tam jako chłopiec sklepowy ( po tym roku jako subiekt ) Ignacy Rzecki ,a który po raz pierwszy zobaczył Stanisława dopiero w roku 1857 lub 1858, gdy ten był subiektem u Hopfera.<

    Moim zdaniem to nie takie oczywiste.
    1. Wokulski wychował się w Warszawie. Przynajmniej od chwili, gdy jako dziecko oddano go do terminu, prawdopodobnie od razu do Hopfera. To niemożliwe żeby nie znał sklepu Mincla, w końcu przebywał w tej samej okolicy. Nie potrzeba mieć 14 lat, żeby zapamiętać kozaka w oknie, a za szybą człowieka w szlafmycy. Być może nawet w sklepie bywał. O kilka lat starszy Ignacy mógł nie zwrócić uwagi na dziecko, jedno z wielu odwiedzających sklep. W 1857 roku Stach był już dorosły. Dziwne raczej jest to, że Ignacy dostrzegł go dopiero w tej piwnicy. Przeciez wcześniej bywał u Hopfera a Wokulski nie ukrywał się, tylko od dobrych kilku lat obsługiwał tam gości, pracował na sali. Przypuszczam, że chodziło nie tyle o to, że go tam po raz pierwszy zobaczył, ale o to, że po raz pierwszy świadomie zwrócił na niego uwagę. Z kolei Wokulski mógł znać Ignacego od dawna, z widzenia, to znaczy raczej na pewno wiedział kim jest. Gdyby go nie znał, to czy by tak łatwo zaufał nieznanemu człowiekowi? Z jego charakterem?
    2. Zakładając, że mylę się w punkcie 1, i Wokulski nigdy Starego Mincla nie widział, to przecież musial o nim słyszeć od Rzeckiego, który na pewno wiele razy opowiadał mu o sklepie i jego założycielu. Musial też opowiadac o szlafmycy, ktora w końcu nie była elementem stroju codziennego i czyniła z osoby ją noszącej postać nader oryginalną.


  • soova 03.09.12, 14:00
    Nie ma sensu brać wszystkiego w "Lalce" dosłownie, bo inaczej naprawdę dojdzie się do wniosku, że studenci chcieli się autentycznie zamorzyć głodem, a Mraczewski - zorganizować rewolucję wraz z prykaszczykami. Szlafmyca jest nie błędem, a po prostu figurą retoryczną - dzisiaj Wokulski powiedziałby może, że on w pół roku zrobił majątek, jaki zrobiły łącznie dwa pokolenia jakichś badylarzy w szklarniach. Poza tym może i niekoniecznie mógł pamiętać szlafmycę na głowie starego Mincla, ale nie zapominajmy, że sam się ożenił z wdową po jego bratanku, a niewykluczone, że tej zostały jeszcze takie elementy garderoby po nieboszczyku, więc możliwe, że aluzja skierowana jest do rodziny, bo stąd Wokulski o szlafmycy wiedział.
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • weteran_pl 03.09.12, 14:31
    soova napisała:

    > Poza tym może i niekoniecznie mógł pamiętać szlafmycę na głowie starego Mincla, ale nie zapominajmy, że sam się ożenił z wdową po jego bratanku, a niewykluczone, że tej zostały jeszcze takie elementy garderoby po nieboszczyku , więc możliwe, że aluzja skierowana jest do rodziny, bo stąd Wokulski o szlafmycy wiedział.>

    Soovo, nie zapominajmy jednak także i o tym, że ten opisany przez Ciebie scenariusz ze szlafmycą po starym Janie Minclu ( jeśli to o nim jako o tym nieboszczyku napisałaś ? ) nie mógł być przecież realizowany gdyż:

    " (...) nasz stryj - ciągnął dalej - było przecie takie zakute Szwabisko, że wylazł z trumny po swoją szlafmycę, której mu tam zapomnieli włożyć..."

    tak więc ten "corpus delicti" został zabrany na tamten, lepszy świat - a senior Mincel nie był aż tak rozrzutny, aby mieć ich kilka i miał jedną, całodobową :)
  • soova 03.09.12, 14:36
    Napisałam o szlafmycy Jana Mincla jr., bo tylko na taką mógł się natknąć Wokulski w domu. Z dwóch powodów: raz, że należała do poprzedniego męża Małgorzaty, a ta jej nie wyrzuciła, bo i po co, w tamtych czasach wszystko szyło się ręcznie, zatem i nosiło do zdarcia (zwłaszcza w oszczędnych familiach mieszczańskich), dwa, bo, jak słusznie zauważyłeś, po swoją szlafmycę stary Mincel wrócił z zaświatów. ;)
    --
    A może warto rozruszać to forum? :) forum.gazeta.pl/forum/f,86797,_Lalka_Noce_i_Dnie_.html
  • matylda1001 04.09.12, 14:47
    soova napisała:

    > Nie ma sensu brać wszystkiego w "Lalce" dosłownie<

    Oczywiście, że nie... bo inaczej, jak należałoby rozumieć słowa Rzeckiego: "Nie wmieszałem się do tej rozmowy, gdyż ZNAJĄC STACHA OD DZIECKA, mógłbym im powiedzieć tylko dwa wyrazy - Jesteście podli..." Chyba sam Wokulski byłby zdziwiony tym, że gdy miał 25 lat, ktos mógł widzieć w nim dziecko :) I tu nie wiadomo, czy Rzecki, ot, tak sobie powiedział, czy to Prus nie przewidział, że jego książka spotka się z takim zainteresowaniem, iż znajdzie się ktoś, kto będzie analizował każdą sytuację, każde słowo. Godlewskiego też pewnie nie przewidział. My, w każdym razie, mamy dobrą zabawę:)
    Co do szlafmycy... tez myślę, że posłużyła za pewien symbol.
  • jadwiga1350 05.09.12, 13:25
    matylda1001 napisała:

    Chyba sam Wokulski byłby zdziwiony
    > tym, że gdy miał 25 lat, ktos mógł widzieć w nim dziecko :)

    To wygląda na grubą pomyłkę. 25-letni Wokulski to tak jak 10-letnia Józka w Chłopach. Stach w 1858 roku to dziecko, młody chłopak, a ma tyle lat(mniej więcej) co Mraczewski w 1878. Czy w Mraczewskim ktokolwiek widziałby młodego chłopaka? No nie. To wprawdzie człowiek młody(i letkiewicz), a jednocześnie całkiem dojrzały mężczyzna, z ustabilizowaną sytuacją, niezależny finansowo. Wokulski w piwnicy Hopfera jest jak sztubak z gimnazjalnej ławki.

    > I tu nie wiadomo,
    > czy Rzecki, ot, tak sobie powiedział, czy to Prus nie przewidział, że jego ksi
    > ążka spotka się z takim zainteresowaniem, iż znajdzie się ktoś, kto będzie anal
    > izował każdą sytuację, każde słowo.

    Może pomyłka drukarska w pierwszym odcinku powieści. A dalej już poszło. Ciekawe jak było w rękopisie.
  • weteran_pl 05.09.12, 16:19
    jadwiga1350 napisała:

    > Może pomyłka drukarska w pierwszym odcinku powieści. A dalej już poszło. Ciekawe jak było w rękopisie.>

    Ta sprawa wieku Stacha była już przecież wszechstronnie omówiona ( także z Twoim udziałem ) w I części "Błędów i nieścisłości w Lalce" :

    forum.gazeta.pl/forum/w,86797,123820184,124232464,Re_Bledy_i_niescislosci_w_Lalce_.html
    i nie było tu żadnej "pomyłki drukarskiej w pierwszym odcinku powieści"...
  • matylda1001 05.09.12, 01:59
    weteran_pl napisał:

    > Powyższe polecenie wydane sklepowemu woźnemu, jest bardzo dziwne i to w kilku aspektach<
    > Czyżby Wokulski mieszkał tuż przy stajni :) <

    Najprawdopodobniej mieszkał. Właściciele powozów lubili miec swój pojazd pod ręką. Pod tym względem nie różnili się od dzisiejszych posiadaczy samochodów. Stajnie i wozownie znajdowały się w podwórkach, w różnych oficynach i szopach. Stajnia w podwórku była czymś tak oczywistym, jak obecnie garaż. Im bardziej zamożni ludzie mieszkali w danej kamienicy, tym tych stajni było więcej. Stangret nie czekał w gabinecie Wokulskiego lecz w stajni. Musiał mieć tam jakies pomieszczenie służbowe, bo raczej na pewno przy stajni mieszkał. Poza tym z pewnością miał się czym zająć przez cały dzień, zeby państwu nie przeszkadzało sąsiedztwo koni :) Wokulski wysłał woźnego do swego mieszkania, ale to chyba tak umownie, bo woźny na pewno udał się prosto do stajni. Powóz mógł stanąć pod sklepem nawet po 10 - 15 minutach, to szybko, przecież. Pan Tomasz nie umierał, a Wokulski... pewnie mu sie wydawało, że gdy zorganizuje swój powóz, to okaże większy szacunek przyszłemu teściowi.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka