Dodaj do ulubionych

Kobieta naukowiec a zycie rodzinne?

07.10.11, 16:58
Witam,
Tak sie zastanawialam jak sobie radzo Panie robiace doktoraty, bedace zonami, mamami ze swoim malzenstwem i zyciem rodzinnym? Jak wasi partnerzy, mezowie i dzieci znosza wieczory na wykladach, analizach itp i czesto weekendy nawet jesli obecne w domu to czesto pracujace nad czyms? Jako jedna z takim osob szukam cennych wskazowek.

pozdr
Edytor zaawansowany
  • niewyspana123 07.10.11, 17:48
    kluczowe to znaleźć opiekę do dzieci na kilka godzin dziennie (zwłaszcza małych, potem jest przedszkole, uf) i jeśli nie trzeba dodatkowo pracować zarobkowo, to dość łatwo się zorganizować. Mi się udało połączyć dwoje dzieci i doktorat.
    Teraz, gdy myślę o habilitacji, pracy i trzecim dziecku, które mi chodzi po głowie, obawiam się, że może się nie udać ze względu na duże natężenie wysiłku na wszystkich tych polach.
  • s.dominika 07.10.11, 20:36
    najwięcej doktoratu "pchnęłam" jak byłam w ciąży i na urlopie macierzyńskim :D potem jak dziecko oderwało się od podłogi (dosłownie :)) to siedziałam po nocach, błagałam kogokolwiek o kilka godzin na tydzień chociaż...

    W weekendy jak pracuję to przyjeżdża babcia. Wieczorem wykładów nie planuję. W ogóle planuję tak rozkład prac, żeby zmieścić się w czasie jak dziecko jest w przedszkolu
    --
    Mateusz ... 05.05.08 ... 3010g, 52 cm
  • ewa_65 07.10.11, 22:47
    Trzeba się odpowiednio wydać za mąż... Ja mam męża nauczyciela, miał więcej czasu i lubi dzieci....
    on siedział z dzieckiem, on je uczył, ja siedzę w książkach, w pracy.
    ale ja nigdy nie miałam inklinacji do bawienia dzieci i wcale mi nie żal "straconych pierwszych ząbków" itd ;)
  • bellaj 07.10.11, 23:42
    No wlasnie, moj maz nie jest zwiazany z uczelnia i ma wiecej czasu, z tym ze jak musze robic doswiadczenia wieczorem to zaczyna sie buntowac. Ech, byle do przodu jakos.
    Probuje jak mam jakis czas bardziej intensywnej pracy pozniej nadrabiac , ale z tym tez roznie wychodzi.
  • marionaud_1 09.10.11, 09:00
    POłączenie życia rodzinnego i pracy naukowej nauczyło mnie takiej koncentracji i wykorzystywania czasu, że w 2 godziny robiłam więcej, niż przedtem w 4 godziny. Nauczyłam się zasypiać w 10 sekund i równie szybko budzić, choćby i po 15 minutach snu. Dzieci były od małego przyzwyczajane, że zajmujemy się nimi z mężem na zmianę i w gdzinach pracy jednego z nas, neleży biegać z wszystkimi sprawami do drugiego. To trochę mnie boli do dziś, że nie byłam na każde zawołanie, ale sądzę, że bez tego nic by się nie udało. HAbilitację przeszłam już gładko, bo dzieci były w szkole i to był luksus niebywały - kilka godzin dziennie na pracę bez zakłóceń.
  • ewa_65 09.10.11, 09:14
    zakładając, że się pracuje w domu cały dzień....

    ja wtedy, jak córka jest w szkole też jestem w pracy. A w pracy na pracę naukową czasu niet, bo jestem lekarzem czynnym zawodowo. Cała praca myslowo-papierowa idzie do domu. No i jeszcze posprzątać trzeba i zakupy zrobić i dwa dni w tygodniu pracuję dodatkowo po południu, bo żyć trzeba. Na pracę mam co dzień czas od 20 do jak się da i soboty i niedziele. Po prostu inni siedzą przed telewizorem, a ja w książkach. Tylko martwi mnie, że monotematyczna się robię, bo czasu na ogólny rozwój mam już zero
  • niewyspana123 09.10.11, 11:57
    zupełnie szczerze, podziwiam osoby tak pracowite i zdeterminowane, potrafiące ustalić sobie priorytety w danym momencie /okresie.. Ja mam ten problem, że bym chciała być super matką, super żoną, super kucharką itd i jeszcze habilitację w to wcisnąć gdzieś. Nie da się chyba.
    No i jak przychodzi co do czego, to jednak dzieci są dla mnie priorytetem, a nie praca.
  • hallie4 09.10.11, 12:15
    Chyba podobnie jak ojcowie, panowie mający dzieci. Jest ciężko i trzeba coś poświęcić. Na pewno ciężko się pracuje naukowo jednocześnie mając dzieci. Szczególnie, że w Polsce w wielu miejscach sytuacja wygląda tak, że pracować trzeba w domu, bo w pracy watunków nie ma (brak stanowiska, komputera). Zatem nawet jak druga osoba zajmuje się dzieckiem, to dziecko jest w tym samym, często małym mieszkaniu, więc tak czy siak trudno się wyłączyć.
  • patallach_przez_dwa 09.10.11, 12:37
    Trochę zależy od samych dzieci. Są mniej lub bardziej absorbujące. Moje nie spały w nocy a w dzień wymagały non stop uwagi. Nie ma szansy, aby w tym czasie można było efektywnie pracować naukowo. Ogólnie dzieci to spory okres (kilkanaście miesięcy jak nie więcej) wyrwany z życiorysu naukowego. Kto nie ma dzieci nie zrozumie.
  • marionaud_1 09.10.11, 18:15
    Dużo racji w tym, co piszesz. Moje dzieci bardzio współpracowały - kilkuletnie mogłam nawet na wykład zabrać, posadzić w ławce, dać kredki i rysowały sobie spokojnie przez 1,5 godziny. Studenci to tolerowali. Ale miałam przez pół roku siostrzeńca pod opieką - i to było pół roku stracone dla każdej aktywności innej niż ta opieka.
  • bellaj 10.10.11, 17:34
    A jak to jest z mezami kiedy to oni czuja sie bardzo zaniedbani, bo mama jak juz dziecko/dzieci usna pedzi do ksiazek bo musi nadrabiac zaleglosci?
  • marionaud_1 10.10.11, 18:46
    A tak samo jak z żonami, kiedy tata, jak już dzieci usną pędzi do książek, aby nadrobić zaległości. To akurat działa w obie strony.
  • chill 11.10.11, 12:34
    U mnie nie było tak różowo. Córeczka chorowała od czasu ukończenia roku i choruje nadal... Łączenie specjalizacji zabiegowej, doktoratu zabiegowo-laboratoryjnego plus nocnego pisania wykładów i popołudniowego zarabiania na życie w NZOZie było ponad moje siły.
    W zasadzie dziecku byłam w stanie poświęcić czas w weekendy lub w tygodniu, gdy było tak chore, że musiało zostać ze mną - a nie z nianią.
    Mąż natomiast prowadzi firmę i często wjeżdża na kilka dni lub tydzień-nie mogłam na niego liczyć.
    Specjalizację odbywałam w ramach poszerzenia programu studiów doktoranckich-więc tak naprawdę w ramach wolontariatu (z Uczelni miałam stypendium 1100zł)...
    Na szczęście udało się dostać grant na moje badania-ale i tak rzeczywistość mnie przerosła :(
    Zmieniłam specjalizację na pokrewną, ale mniej obciążającą czasowo- z normalnym etatowym zatrudnieniem. Mogłam dzięki temu zrezygnować w popołudniowych i nocnych "fuch".
    A doktorat? Posuwa się w ślimaczym tempie, ale w dalszym ciągu mam nadzieję, że wrócę do aktywniejszego życia naukowego. Teraz działam na pół gwizdka, ale bardzo mi tego brakuje!

  • niewyspana123 11.10.11, 17:34
    teoria teorią, a rzeczywistość skrzeczy, u mnie aktualnie kaszle i charcze, więc cudowne rozwiązanie w postaci przedszkola jest nieaktualne, cały tydzień z głowy z chorym dzieckiem, zero możliwości zrobienia czegoś innego i perspektywa zarażenia się również drugiego dziecka. I nikt mi nie wmówi, że kobiety i mężczyźni mają tak samo.
  • agn 11.10.11, 17:44
    @ niewyspana
    To zależy od konkretnej sytuacji rodzinnej, np. u nas z chorym dzieckiem zwykle siedzi mąż, naukowiec. Ja pracuję nienaukowo poza domem. Zdecydowanie nie mamy tak samo, on jest dużo bardziej obciążony opieką nad dzieckiem, szczególnie w chorobie (ja musiałabym brać zwolnienie a on siłą rzeczy i tak większość czasu pracuje w domu, a na kilka godzin gdy ma zajęcia organizujemy pomoc). Natomiast praca naukowa wtedy jest praktycznie niewykonalna.
  • niewyspana123 11.10.11, 18:01
    jasne, że tak, masz rację, że wszystko jest zależne od konkretnego przypadku, u mnie to mój mąż utrzymuje rodzinę, więc decyzja kto siedzi w domu z dziećmi jest jednoznaczna...
  • ciotka.aka 12.10.11, 21:14
    Jak sobie radzę...w zasadzie chyba nie jest najgorzej. Wyznaję zasadę - wieczory i weekendy są moje i rodziny (pomijając dydaktykę na studiach zaocznych ale to niewielkie obciążenie). Pracować potrafię tylko i wyłącznie przed południem - później praca jest zupełnie nieefektywna. Doktorat kończyłam będąc w ostatnim trymestrze drugiej ciąży. Starszy syn (miał 3 lata) wyprawiany był do opiekunki na około 5-6 godzin. Przygotowanie do obrony (egzaminy i reszta) już po porodzie, kiedy starszak poszedł do przedszkola. Przyznam, że w dużą pomocą służył mi mój tata, który opiekował się noworodkiem, kiedy ja np. uczyłam się do egzaminów (rano karmienie, młody do leżaka/łóżka/wózka - dziadek zabawiał go do kolejnego karmienia czy przewijania i tak mniej więcej do 15 - później i tak nie byłam w stanie pracować bo starszy wracał z przedszkola (mąż w nieustającej delegacji - widywaliśmy się przez weekend, co 2-3 tygodnie).

    W tej chwili - starszy w przedszkolu, młody u opiekunki, dydaktyka 2 razy w tygodniu, reszta czasu na naukę (skromnie ale nie jest tragicznie).

    niewyspana123 - podaję dłoń - starszak po poniedziałkowym popołudniu na IP ma zalecenie 2 tygodniowej przerwy w zajęciach przedszkolnych, młodszy - ząbkujący, "wszędziewchodzący" pewnie niedługo także zacznie chorować, mąż dla odmiany...w delegacji.
    --
    razem
    Staś i Adaś
  • ewa_april 24.10.11, 20:17
    Cóż, mimo wszystko zastanawiam się po cóż się tak męczyć i miotać. Na 2 czy więcej etatów. Lubie swoją pracę naukową, wyjazdy na konferencje i niezależność. Nie zastąpiłabym jej na doktorat na pół gwizdka i pieluchy.
  • s.dominika 24.10.11, 20:28
    nikt ci przecież nie każe... sama dokonujesz wyborów
    --
    Mateusz ... 05.05.08 ... 3010g, 52 cm
  • klawiatura_zablokowana 25.10.11, 13:12
    Jestem żoną, matką jeszcze nie. Z pogodzeniem nie mam problemów. Po prostu, cóż, nie codzień w domu obiad z dwóch dań i wypolerowane podłogi. Zresztą uważam, że to nie jest wyłącznie mój obowiązek. Mąż też ma zmienne godziny pracy, wyjazdy służbowe, czasem się mijamy, czasem oboje mamy więcej czasu. Jak akurat oboje jesteśmy w domu, to nadrabiamy ze sprzątaniem, robimy sobie super obiad z 2 dań i deserem etc. Ale to raczej raz w tygodniu, w niedzielę. Przez pozostałą część tygodnia zajmujemy się tym, co doraźne - trzeba zjeść, to się gotuje, mycie okien może zaczekać. Mój mąż na szczęście nie należy do takich, co zrobią aferę o brak schabowego codziennie na obiad, sam pracuje popołudniami czasem i nie je w domu przez co najmniej 3 dni/tydzień. Robię proste, jednogarnkowe potrawy i kto jest w domu, ten sobie nakłada i odgrzewa. Poza tym obowiązkami się dzielimy. Kto jest w domu, ten wstawia pranie, kto przyjdzie wcześniej, ten je wyciąga z pralki.
    Dzieci sobie przy tym trybie życia na razie nie wyobrażam. Na pewno po obronie doktoratu, nie wcześniej.

    --
    mixed.blox.pl
    Życiowo-wyznaniowy małżeński mix
  • baba-84 23.11.11, 22:07
    Ja tez jestem na takim etapie. I też staram się stosować zasadę jak ciotka.aka ("wieczory i weekendy są moje i rodziny"), ale na razie to nawet bez dziecka się nie udaje... Hm.

    --
    dziecioza.blox.pl
  • ta_ruda 25.11.11, 12:27
    pewnie tak samo jak mezowie bedacy mezami, ojcami ktorzy musza pracowac i zajmowac sie rodzina.



    bellaj napisała:

    > Witam,
    > Tak sie zastanawialam jak sobie radzo Panie robiace doktoraty, bedace zonami, m
    > amami ze swoim malzenstwem i zyciem rodzinnym? Jak wasi partnerzy, mezowie i dz
    > ieci znosza wieczory na wykladach, analizach itp i czesto weekendy nawet jesli
    > obecne w domu to czesto pracujace nad czyms? Jako jedna z takim osob szukam cen
    > nych wskazowek.
    >
    > pozdr
  • kardla 25.11.11, 12:59
    Jednak mezowie zajmuja sie domem i dziecmi mniej niz zony. Nawet jezeli jest to niesprawiedliwe.
    Pozatym w czasie pierwszych miesiecy zycia dziecka to kobieta jest znacznie bardziej obciazona przedewszystkim ze wzgledu na karmienie.
  • allela 25.11.11, 23:44
    Mnie akurat sytuacja: praca naukowa + dzieci (3 małych) i dom daje poczucie balansu w życiu. Z przyjemnością po pracy zajmuję się dziećmi, ale gdybym miała tylko dom i dzieci, silnie odczuwałabym brak pracy naukowej. Organizacyjnie daje się to ogarnąć, choć na pewno publikuję ilościowo mniej, niż publikowałabym nie mając dzieci. Jak się dobrze przypatrzeć, zawsze można wygospodarować trochę czasu, np. zaczynać pracę zaraz po tym jak się siądzie do komputera, na surforwanie w sieci przeznaczyć część jednego wybranego wieczoru w tygodniu, na każdego przeczytanego maila od razu odpowiedzieć bądź skasować, gotować proste potrawy, i, wbrew skłonnościom, chodzić wcześnie spać ;-). Ważne jest, żeby przynajmniej jeden wieczór w tygodniu zostawić dla męża - ten czas trzeba sobie zaplanować bo inaczej zawsze przegra z jutrzejszym wykładem. Dla mnie problemem są choroby, i to nie dzieci - a z naszej trójki przynajmniej jedno jest zawsze chore, a jeden wirus krąży w rodzinie średnio półtora miesiąca - tylko nasze. Łapiemy wszystkie przedszkolne wirusy. Ja w semestrze letnim chorowałam średnio co trzy tygodnie. Z wielkim wysiłkiem wyrabiałam dydaktykę, a czasami nie, ale nic więcej się nie dało. Jak mąż jest chory - to cała robota przy dzieciach i domu spada na mnie - i wtedy o 20 lecę z nóg, nie ma mowy o pracy naukowej.
  • madry11 01.12.11, 22:48
    To proste. Kobieta-naukowiec nie powinna mieć dzieci. Jak wiadomo, nie da się pogodzić życia rodzinnego z rzetelną pracą naukową. Albo to albo to.
  • adept44_ltd 01.12.11, 22:52
    coś w tym jest, choć znam przykłady pogodzenia
    --
    Louder Than Bombs...
  • ciotka.aka 02.12.11, 10:35
    może i jest - nie każdy (bez względu na płeć) potrafi połączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym. Idąc tym tropem - nie powinno się łączyć na przykład pracy lekarza (jakby nie patrzeć zawód wymagający) z życiem rodzinnym, na dobrą sprawę osoby prowadzące działalność gospodarczą też mogły by sobie darować bo przecież chcąc utrzymać się na rynku trzeba poświęcić na to sporo czasu i energii...
    --
    razem
    Staś i Adaś
  • bellaj 02.12.11, 19:23
    Ciesze sie ze nie tylka ja mam takie dylematy. Rozumiem doskonale jak to jest jak niektorzy w pracy mysla ze kobieta z dziecmi to jest gorsza od innych.
  • lalacnn 02.12.11, 10:12
    Ja mam trójkę dzieci, męża (którego ciągle nie ma, bo zarabia na dom) i doktorat na ukończeniu. Dorobek mam spory, widzę, że międzynarodowe środowisko naukowe zaczyna już doceniać moją pracę - to cieszy :)
    W domu sporo pracuję. Jakoś muszę pogodzić pracę naukową z wychowywaniem dzieci, praniem, gotowaniem, sprzątaniem... Wyglądać też jakoś chcę i dla siebie czas muszę znaleźć.
    Czasami mam ochotę wyjśc z domu i nie wrócić - jak wiele matek, niezależnie od charakteru pracy jaki wykonują...
    W zasadzie wszystkim zajmuję się sama. W weekendy też, ponieważ mój mąz albo ma masakre w pracy albo ma zajęcia w szkole, do której chodzi, żeby spełnić swoje marzenia z młodości ;).
    Czasami posyłamy dzieci do dziadków na weekend i wtedy jest fun ;).
    Ja tak żyję w biegu właściwie od początku studiów.

    W moim instytucie, w niektórych kręgach panuje przekonanie, że kobieta-matka jest debilem- dosłownie. Przykre...
  • chilly 13.02.12, 20:36
    Pół żartem, pół serio - polecam: A. Proń, H. Szatyłowicz i J. Zachara, "Gdzie diabeł nie może..." (artykuł feministyczny), Orbital 6/2011, 310-312:
    "(...) W tej polskiej mizerii wyróżnia się Wydział Technologii Chemicznej Politechniki Poznańskiej, dla którego średnia wynosi 11,83 cyt/art, czyli nieco mniej niż średnia cytowalność prac włoskich i nieco więcej niż cytowalność artykułów japońskich. Ten rewelacyjny, w skali polskiej, wynik jest w dużej mierze zasługą jednej osoby - prof. Elżbiety Frąckowiak, która w ostatniej dekadzie opublikowała 70 artykułów o średniej cytowalności 52,19 cyt/art (48,49 cyt/art, po poprawce na autocytowania). Można więc powiedzieć, że prof. Elżbieta Frąckowiak zrobiła z Politechniki Poznańskiej drugą Japonię. (...) Zaskakująco dobry wynik osiągnęli chemicy z Uniwersytetu Śląskiego - 8,40 cyt/art (poziom Czech). Wyprzedzili oni znacznie wyżej oceniane wydziały chemii ... " (tu skracam) UJ, UWr, PW czy UAM (wcześniej stało, że Wydział Chemii zajmuje II miejsce). "Uniwersytet Śląski na wysoką pozycję wyciągnęła również kobieta - dr hab. Monika Musiał, z pewną pomocą drugiej kobiety - prof. Beaty Walczak". (...) Do wyniku Moniki Musiał nie zbliżył się nawet żaden chemik - członek PAN (...)". "Wśród laureatów nagrody głównej Fundacji na rzecz Nauki Polskiej jest 10 chemików. Żaden z nich nie osiągnął cytowalności Elżbiety Frąckowiak, nawet najwybitniejszy żyjący polski chemik, pracujący w USA, który opublikował w ostatniej dekadzie 443 prace o średniej cytowalności 48,85 cyt/art (37,67 cyt/art po poprawce na autocytowania". (...)
    "Na 22 uniwersyteckie i politechniczne wydziały chemiczne polskich uczelni, tylko na jednym wydziale dziekanem jest kobieta. Jest nią prof. Grażyna Stochel z UJ. Jeśli chodzi o popularność prac bije ona na głowę swoich męskich kolegów osiągnąwszy 18,73 cyt/art (16,37 cyt/art po poprawce na autocytowania). Jest to średni poziom cytowalności prac amerykańskich. Rywalizować z nią może tylko jeden dziekan-mężczyzna, osiągnąwszy poziom cytowalności prac duńskich (16,63 cyt/art: 14,06 cyt/art po poprawce na autocytowania)". (...)
    "W naszym przekonaniu kobiety stanowią mniejszą, lecz lepszą część populacji chemików pracujących w Polsce (...). Niestety ich sukcesy naukowe nie są dostrzegane. Wśród 74 medalistów PTChem jest tylko 5 kobiet, nie ma kobiety wśród chemików będących laureatami FNP".
    "Awans naukowy kobiet-chemiczek jest utrudniony. Analiza bibliometryczna dorobku nowomianowanych profesorów wykazuje, że kobiety w momencie nominacji mają znacznie większy dorobek niż mężczyźni - zarówno jeśli chodzi o reputację czasopism, w których umieszczały swoje artykuły, jak i liczbę cytowań niezależnych. Wśr
    ooorów, których dorobek jest poniżej średniej sa prawie wyłącznie mężczyźni".

    Przepraszam za obszernośc cytatów. Ale chyba pouczające?
  • adept44_ltd 13.02.12, 20:52
    to ja też zbłądzę w stosunku do twojego posta - 443 teksty w 10 lat, chemik? ktoś tu kiedyś pisał o grafomanii humanistów... ;)
    --
    Louder Than Bombs...
  • capo.di.tutti_capi 14.02.12, 02:45
    Tylko, ze niektóre chemiczne prace składają się z paru stron (dwie, trzy), w tym duża tabela lub wykres oraz bibliografia i tyle. W ten sposób produkcja prac idzie pełną parą.
  • chilly 14.02.12, 09:18
    Nie zapominajmy, że wspomniany chemik jest szefem sporego zespołu. Pełni rolę guru i koordynatora, stając się współautorem licznych publikacji. ale to inny temat, a my tu -zdaje się - o kobietach?
  • chilly 14.02.12, 09:22
    chilly napisał:
    > Nie zapominajmy, że wspomniany chemik jest szefem sporego zespołu. Pełni rolę g
    > uru i koordynatora, stając się współautorem licznych publikacji. ale to inny te
    > mat, a my tu -zdaje się - o kobietach?
    O, proszę, tu masz przykład jak można to robić:
    dblp.uni-trier.de/db/indices/a-tree/h/Han:Jiawei.html
    Ale w przypadku wspomnianego chemika jego udział publikacji jest na pewno bardziej znaczący.
  • chilly 14.02.12, 09:25
    chilly napisał:
    > chilly napisał:
    > > Nie zapominajmy, że wspomniany chemik jest szefem sporego zespołu. Pełni
    > rolę g
    > > uru i koordynatora, stając się współautorem licznych publikacji. ale to i
    > nny te
    > > mat, a my tu -zdaje się - o kobietach?
    > O, proszę, tu masz przykład jak można to robić:
    > dblp.uni-trier.de/db/indices/a-tree/h/Han:Jiawei.html
    > Ale w przypadku wspomnianego chemika jego udział publikacji jest na pewno bardz
    > iej znaczący.
    P.S.
    Zapomniałem dodać, że to przykład z sąsiedniego wątku, podany przez proona. Przepraszam.
  • adept44_ltd 14.02.12, 09:44
    wiem :), słowo produkcja jak najbardziej na miejscu...
    --
    Louder Than Bombs...
  • lalacnn 20.02.12, 18:24
    ale zeby napisac te kilka chemicznych stron trzeba przynajmniej pare miesiecy popracować koncepcyjnie i fizycznie w labie... :P
  • adept44_ltd 20.02.12, 18:41
    i???
    --
    Louder Than Bombs...
  • lalacnn 20.02.12, 18:54
    co "i" ???
  • adept44_ltd 20.02.12, 19:26
    i co z tego - w kontekście wątku...
    --
    Louder Than Bombs...
  • lalacnn 20.02.12, 22:50
    To chyba oczywiste... przynajmniej w kontekście tego co napisał capo.
    Nie zgadzam sie z określeniem "produkcja" tylko dlatego, ze objętość pracy jest niewielka. Moze u humanistów ilosc znaków ma znaczenie, ale u chemików nie bardzo.
    Nie mozna tez umniejszac wagi pracy tylko dlatego, ze to jest np. setna w danym roku publikacja ostatniego w kolejce autora, tego tzw. guru ;P
    Przeciez tak jest na całym swiecie, ze szef zespołu firmuje swoim nazwiskiem wszystkie publikowane badania. Gorsze przez to sa?

  • adept44_ltd 20.02.12, 22:56
    ok, ale bycie przedstawicielem nauk ścisłych nie upoważnia cię do nierozumienia słowa pisanego :), jak wrócisz do 14 lutego, zobaczysz, że chodzi o coś innego niż to, co tu pracowicie wyjaśniasz (uważaj jednak, wtedy był mróz...).
    --
    Louder Than Bombs...
  • lalacnn 21.02.12, 11:32
    na razie widze, ze ogrom pracy zostal wykonany po twojej stronie monitora ;)

    "o matko bosko", posty z mroznego 14 lutego? nie mam czasu ich czytac, nawet mi sie nie chce

    ale pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie :)
  • adept44_ltd 21.02.12, 11:48
    no fakt, zamiast czytać, czego dotyczy dyskusja, lepiej dyskutować :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • pfg 14.02.12, 09:26
    adept44_ltd napisał:

    > 443 teksty w 10 lat, chemik? kt
    > oś tu kiedyś pisał o grafomanii humanistów... ;)

    To jest ten problem, o którym w innym wątku pisze proon, a wyjaśnienie jest takie: Jeśli pracujesz w aktualnie modnej/popularnej/perspektywicznej dziedzinie, masz pomysły, masz dostatecznie dużo grantów/dostatecznie duże granty, możesz sobie pozwolić na zatrudnienie sporej grupy współpracowników (doktorantów, postdoków) i to oni przeprowadzają badania. Powiedzmy, przy 15 współpracownikach (to wcale nie jest tak wiele), wystarczy, żeby każdy był głównym wykonawcą 2-3 prac rocznie i voila! Ty jesteś dopisywany, bo to twoje pomysły były, a jeśli nie pomysły, to przynajmniej wiedza co *warto* badać, a przede wszystkim to twoje granty finansują cały ten biznes; jak już wskazywano w licznych dyskusjach na tym forum, w niektórych dyscyplinach jest to uznana praktyka, nie budząca niczyich obiekcji moralnych. (Różne guidelines starają się tę praktykę zmienić, ale zmiana idzie bardzo opornie.) Oczywiście potrzebujesz tylu prac, żeby rozliczyć istniejące granty i dostać następne - impact factory i indeksy nie są celem samym w sobie, ale narzędziem do podtrzymania interesu.

    --
    And is there honey still for tea?
  • adept44_ltd 14.02.12, 09:44
    czasem wygląda to też tak, że rozpisujesz jedno (zapewne interesujące i ważne) badanie, przeprowadzone bez zespołu, na 10 tekstów... widziałem coś takiego
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 10:49
    adept44_ltd napisał:

    > czasem wygląda to też tak, że rozpisujesz jedno (zapewne interesujące i ważne)
    > badanie, przeprowadzone bez zespołu, na 10 tekstów... widziałem coś takiego

    Nie bede mowic, ze nie. Niektorzy tak robia, ale to naprawde nie jest oplacalne na dluzsza mete. Widocznosc takich 10 okruszkow jest mniejsza niz jednej solidnej pracy.

    Po drugie, jezeli ktos pracuje sam, poniewaz nie ma warunkow na stworzenie zespolu w dziedzinie eksperymentalnej, to takie rzeczy to tyklo w Polsce. To naprawde bardzo zle swiadczy o sposobie organizacji naszej nauki.


    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • adept44_ltd 14.02.12, 10:56
    tak, źle świadczy - ale tak o organizacji nauki w PL, jak i o systemie de facto produkowania punktów... - bo na dłuższą metę taki delikwent zgarnia wszystko, widziałem na własne oczy...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 11:10
    Byc moze na prowincjonalnej uczelni w Polsce. Z duzymi zespolami nie ma nawet co konkurowac tymi swoimi punkcikami.

    Jestem teraz w komisji, ktora rozstrzyga costam costam. Naprawde, doktorant w dobrym zagranicznym zespole ma osiagniecia, przy ktorych bledna zyciowe osiagi naszych habilitowanych, ktorzy jak to te samotne biale zagle zawsze mieli pod prad.

    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • adept44_ltd 14.02.12, 11:14
    tak, ale niestety w myśl zaprowadzanego systemu nie tylko na takiej... - ale u nas...; zresztą zachodnie narzekania na taki system parametryzacyjny pokazują, że nie tylko u nas...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 11:21
    Reka mi zadrzala na klawiaturze i to wypadlo z poprzedniengo postu. Wszystkie polskie uczelnie sa prowincjonalne. To zalezy od punktu widzenia. Rzecz w tym, ze pod wzgledem organizacji i efektywnosci pracy roznica miedzy UW a akademia w bylym miescie wojewodzkim jest niewielka. Za to miedzy UW a czolowka swiatowa jest przepasc.

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 14.02.12, 11:31
    zależy, jak mierzysz efektywność :), podejrzewam, że jeśli w punktozłotówkach (i o to mi chodzi... tzn. o absurd tego systemu), to nawet jeszcze bardziej prowincjonalna uczelnia niż UW może okazać się konkurencyjna w stosunku do Oxbridge...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 11:53
    Teoretycznie moze tak byc, ale nie jest. Nie znam takiego przypadku.

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 14.02.12, 11:58
    jakiego? kiedyś o tym pisaliśmy, jeśli wziąć pod uwagę nakłady i to, co z nich wynika (ilościowo), możemy bić na głowę naukę światową (wyliczenia pokazywały zresztą, że na Zachodzie marnuje się o wiele więcej pieniędzy niż u nas... i nie były to polskie wyliczenia), co oczywiście nic nie znaczy w perspektywie doniosłości...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 12:04
    E tam. Chcesz pokazac, ze system punktowy w PL dziala zle, wiec nie zmieniaj teraz tematu. Podobnie jak dala, zgadzam sie, ze ten system jest zle skonstruowany, ale to nie oznacza, ze nie dziala w ogole. O wartosci punktu pomnozonej przez wspolczynnik nakladow jako miarze porownawczej nie bylo mowy.

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 14.02.12, 12:10
    nic nie zmieniam, to był ciąg dalszy poprzedniego wątku... co do działania tego systemu - myślę, że działa fatalnie... (a kiedyś należałem do jego zwolenników...) i myślę, że naprawdę możemy się uczyć na błędach innych, o których ci piszą od bodaj 20 lat...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 12:25
    Te bledy systemu, to jest bardzo wygodne wytlumaczenie, zeby sobie podniesc samoocene. Pisza i pisza o tych bledach, a jakos nic nie robia, zeby je usunac, bo nie wymyslono jeszcze lepszego systemu.

    Fatalnie to dziala u nas, zwlaszcza w dziedzinach, w ktorych nie bardzo jest co mierzyc, bo najlepsi z trudem mieszcza sie w przedsionku swiatowej nauki, a i to nie zawsze. Ale narzekanie, jaki to ten system fatalny, z cala pewnoscia podwyzsza samoocene.

    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • adept44_ltd 14.02.12, 12:33
    wiesz, autorzy, o których myślę, to byli ludzi akurat z toplisty amerykańskiej humanistyki, więc oni sobie nic nie musieli podnosić... a ich diagnozy sprawdziły się, bo humanistyka leży nie tylko w PL...
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 14.02.12, 12:48
    Byc moze. A moze tez byc, ze pewien model humanistyki po prostu sie przezyl. Znam ludzi, ktorzy publikuja glownie ksiazki, pracuja na czolowych amerykanskich uczelniach i do lezenia im bardzo daleko. Wiec chyba nie taki zly ten system, jak go maluja. Natomiast polska wersja jest jego karykatura i to bez dwoch zdan. Mozemy sie jeszcze zgodzic, ze polska nauka jest karykatura nauki, ale na dalsze ustepstwa nie ide;)

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 14.02.12, 13:00
    dalej byłoby, że karykatura jest karykaturą karykatury... ale to sporna kwestia...

    tak piszą książki, zgoda, ale ostatnie duże dzieła powstały w latach 70... teraz są książki... (i przynajmniej w literaturoznawstwie nasze dobre książki i dobre pisma nie są specjalnie odróżnialne od ich dobrych ksiażek i dobrych pism) myślę, że za parę lat i tego nie będzie...


    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 14.02.12, 13:36
    no ale to zalezy, na czym ci zalezy nie? jesli na punktach, to piszesz 10. jesli na cytowaniach, to piszesz jeden duzy.

    charioteer1 napisał:

    > Nie bede mowic, ze nie. Niektorzy tak robia, ale to naprawde nie jest oplacalne
    > na dluzsza mete. Widocznosc takich 10 okruszkow jest mniejsza niz jednej solid
    > nej pracy.


    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • charioteer1 14.02.12, 13:55
    Prawda. Dlatego system oparty na cytowaniach bylby lepszy, ale tez i trudniejszy do skonstruowania.

    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • dala.tata 14.02.12, 13:56
    obawiam sie, ze mocno watpie....

    charioteer1 napisał:

    > Prawda. Dlatego system oparty na cytowaniach bylby lepszy, ale tez i trudniejsz
    > y do skonstruowania.
    >


    --
    Doktorat - nauka - uczelnia
    Forum dla doktorantów, doktorów, a nawet dla profesorow!
  • charioteer1 14.02.12, 14:37
    Watpisz, ze cytowania bylyby uzyteczna miara, czy watpisz, czy uda sie skonstruowac system oceny oparty na cytowaniach?

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • dala.tata 14.02.12, 14:54
    jedno i drugie. diabel bowiem, jak zwykle, siedzi w szczegolach. nawet bowiem zakladajac, ze udaloby sie stworzyc system uwzgledniajacy idiosynkrazje dyscyplin (czy nawet poddyscyplin, co zreszta wydaje sie niemozliwe), to jest jednak wsrod nas jakas czesc ludzi, ktora pracuja nad tematami niszowymi. wobec nich nie sa sie zastosowac systemu cytowan. bo to, ze nie sa cytowani, wcale nie znaczy, ze nie produkuja wysokiej jakosci tekstow.

    co wiecej, najszczesciej cytowane sa teksty przegladowe (w ten sposob zreszta czasopisma ziwekszaja sobie IF). system by promowal nie tyle badania co przeglad literatury.....a to przeciez juz zupelnie nie ma sensu.

    niestety najlepsza forma oceny jest 'professional judgement'. i to zazwyczaj na siwecie dziala dosc niezle.....

    charioteer1 napisał:

    > Watpisz, ze cytowania bylyby uzyteczna miara, czy watpisz, czy uda sie skonstru
    > owac system oceny oparty na cytowaniach?
    >


    --
    We are the Borg. Resistance is futile
  • charioteer1 14.02.12, 15:31
    > niestety najlepsza forma oceny jest 'professional judgement'. i to zazwyczaj na
    > siwecie dziala dosc niezle.....

    Na swiecie tak.

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • chill 19.02.12, 14:25
    O jak panowie zgrabnie zmienili temat... A co WY robicie w Waszych domach? Patrząc po ilości wpisów na forum i zapewne podobnej liczbie publikacji chyba niewiele... ;)
  • chilly 20.02.12, 20:31
    O, przepraszam. Wychodzę z psem. Czasami...
  • kardla 03.03.12, 20:18
    Apropo: urocza [url=http://forum.gazeta.pl/forum/w,619,133616157,133616157.html?v=2&f=619&w=133616157&a=133616157&wv.x=0]dyskusja [/url]na temat przejmowania nazwiska meza.


    Ujawnilo sie tam kilka kobiet-naukowcow informujacych ze ze wzgledu na specyfike swojej pracy przejac nazwiska meza nie moga. Dla innych dyskutantow jest to powod wystarczajacy zeby uznac ze taka naukowczyni za maz wychodzic nie powinna.

  • kardla 19.11.13, 13:37
    Niedawno rozmawialam z kolega, ktory strasznie sie dziwil ze wiele z jego utalentowanych i zdolnych kolezanek rezygnuje z pracy w akademii po doktoracie. Zupelnie nie mogl zrozumieć dlaczego tak się dzieje.
    Oto wyjaśnienie:
    theresearchwhisperer.wordpress.com/2013/11/19/academic-scattering/
  • pisiarz 19.11.13, 13:55
    Tak samo, jak "radzo" sobie mężczyźni będący mężami, ojcami ze swoim małżeństwem i życiem rodzinnym. Obecnie podział ról się niemal całkiem zatarł, matka od ojca różni się tym, że póki dziecko jest karmione piersią, to ona karmi. Reszta obowiązków, w miarę po równo - przewijanie, przygotowywanie posiłków, spacery, kąpiele malucha, zakupy, sprzątanie. No, wiadomo - póki dziecko małe, to życie - poza rodzinnym i zawodowym - nie ma. Ale jeśli ktoś to zrozumie, że nie jest już studenciakiem i nie wyskoczy z kumplami na browarek/z koleżankami na winko, że koniec z szalonymi wyjazdami na stopa w Bieszczady - że, jednym słowem, to już inny etap życia, a przy tym jeśli jest się dobrze zorganizowanym - to wszystko gra, jak należy.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.