• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

Przedłużenie zatrudnienia na stanowisku adiunkta

  • 22.11.11, 00:02
    Witam wszystkich forumowiczów.

    Moja sytuacja wygląda następująco. W lutym kończy mi się pierwszy pięcioletni okres zatrudnienia na stanowisku adiunkta. Do października wszyscy zapewniali mnie, że po spełnieniu określonych wymagań przedłużenie umowy na kolejne pięć lat będzie formalnością (nikt jeszcze na szczęście nie wymaga od adiunkta habilitacji w pięć lat). Jednak zgodnie z nową Ustawą każde zatrudnienie w wymiarze przewyższającym połowę etatu następuje w wyniku otwartego konkursu ogłaszanego na stronie Ministerstwa. I jeżeli zgłosi się ktoś lepszy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie zatrudniony zamiast mnie, a ja zostaje w tym momencie „na lodzie”. Dodam jeszcze, że ta sytuacja dotyczy wszystkich młodych adiunktów, którzy mają czasowe umowy. Ciekawa jestem co o tym sądzicie? Bo dla mnie to jest jakiś kompletny absurd.
    Pozdrawiam serdecznie
    Edytor zaawansowany
    • 22.11.11, 00:15
      Nie przedłużać umowy z gorszymi, żeby zatrudniać lepszych?! Absurd! I to za publiczne pieniądze takie cuda!
      • 22.11.11, 00:27
        Ale siłą rzeczy ktoś kto pracuje 5 lat ma zazwyczaj mniejszy dorobek od tego kto pracuje lat 8, 10 czy 15...
        • 22.11.11, 00:34
          na kilogramy?
          --
          Louder Than Bombs...
        • 22.11.11, 00:38
          lajf yz brutal end ful ow zasackas!

          paulinek4 napisała:

          > Ale siłą rzeczy ktoś kto pracuje 5 lat ma zazwyczaj mniejszy dorobek od tego kt
          > o pracuje lat 8, 10 czy 15...


          --
          We are the Borg. Resistance is futile
      • 22.11.11, 08:41
        Cały problem tkwi w "lepszości". Np. poprzedni adiunkt robił za murzyna, odwalając dydaktykę. Teraz chce się zająć habilitacją - ma na to teoretycznie jeszcze min. 3 lata.

        A szef widząc, że teraz z niego wielkiego pożytku w orce dydaktycznej nie będzie, zatrudnia nowego adiunkta - z nieco lepszym dorobkiem naukowym wypracowanym na studiach doktoranckich, za to pełnego naiwności i entuzjazmu. I bez doświadczenia dydaktycznego.

        Albo odwrotność: dobry naukowiec, konsekwentnie odmawiający (zgodnie z prawem) nadgodzin, mający na ukończeniu "dzieło". Szef daje mu kopniaka w siedzenie, bo cały zespół ma dość tego, że nie chce na równi z nimi dzielić się dydaktyką. No i znajdują młodego-gniewnego, mającego bogate doświadczenie dydaktyczne, w tym prowadzącego kursy po angielsku.

        W obu przypadkach można polemizować, czy zatrudnia się "lepszego" kandydata.

        To jest cały problem procedury konkursowej. Z resztą - ja nie jestem przeciwny kontraktom czasowym, które są dla mnie motywujące. Natomiast uważam, że kij jest za duży, a marchewka za mała. Dużo jest elementów dyscyplinujących, wymuszających postępy naukowe - a mało motywujących.
        --
        Fio Maravilha, Nós gostamos de você
        Fio Maravilha, Faz mais um pra gente ver
    • 22.11.11, 00:16
      hm, no trzeba być lepszym od tego, co się zgłosi jako lepszy... to sądzę...
      --
      Louder Than Bombs...
    • 22.11.11, 00:16
      Nie chce mi sie szukac w ustawie, ale wydaje mi sie, ze chodzi o zatrudnienie na stanowisku po raz pierwszy. W przypadku kolejnej umowy o zatrudnienie na tym samym stanowisku przeprowadzenie konkursu nie jest wymagane.

      --
      Please use elevator, stairs stuck between floors.
      • 22.11.11, 08:58
        charioteer1 napisał:

        > Nie chce mi sie szukac w ustawie, ale wydaje mi sie, ze chodzi o zatrudnienie n
        > a stanowisku po raz pierwszy. W przypadku kolejnej umowy o zatrudnienie na tym
        > samym stanowisku przeprowadzenie konkursu nie jest wymagane.

        Z ustawy wynika, że w każdej sytuacji wymagany jest konkurs (Art. 118a pkt. 1 Ustawy, tekst ujednolicony). To, w istocie, jest absurdalne. Przy pierwszym zatrudnieniu konkurs musi być, natomiast przy przedłużeniu zatrudnienia pracodawca (uczelnia) powinien mieć wybór: Jeśli jest zadowolony z dotychczasowej pracy, przedłuża, jeśli nie lub nie jest pewien, ogłasza konkurs.

        Być może należałoby zasięgnąć opinii prawnej czy "przedłużenie zatrudnienia" to jest to samo, co "zatrudnienie". Ale z punkt 3. tegoż artykułu 118a pośrednio wynika, że tak.

        W tej konkretnej sprawie, cóż, mamy za mało danych, natomiast z punktu widzenia pracodawcy zatrudnienie lepszego kandydata jest, hm, racjonalne. OP może pocieszać się tym, że szanse na to, iż na konkurs zgłoszą się dobrzy kandydaci zewnętrzni, są niewielkie. Natomiast bycie lepszym od potencjalnej konkurencji nie szkodzi.
        --
        Dum loquimur, fugerit invida aetas
    • 22.11.11, 18:40
      Coś napiszę, bo swego czasu miałem podobną sytuację, z tą różnicą, ze pierwsze zatrudnienie było na 4 lata bez jednego dnia. Ten brak jednego dnia pozwala np zatrudniać na kolejną umowę zamiast na adiunkta na etacie asystenckim. W każdym razie tak praktykował mój dziekan - i to oczywiście wszystkich poza tymi równiejszymi. W międzyczasie zlikwidowano moją katedrę, a że nie było poza odchodzącym na emeryturę exszefem samodzielnych w naszej grupie to konsekwentnie po kolei zaczęto usuwać starszych kolegów. W pewnym momencie był specyficzny dysonans - tzn pełno zleceń z przemysłu, prac naukowych i grantów, jako jedyni z wydziału mieliśmy jako tako zapewnione pensum dydaktyczne, za to ja nie miałem co liczyć na jakiekolwiek wsparcie swoich przełożonych. Nawet na początku łudziłem się, ze jako wyrobnicy od ciężkiej roboty (to co przez lata przeszliśmy z byłym kierownikiem nauczyło nas pracy naukowej - z tąd tyle pewności w moich słowach) będziemy komuś potrzebni ale okazało sie, ze polactwo zwyciężyło -tzn u nas w kraju jest chyba już tak, że gorszy pracownik naukowy będzie niszczył każdego, który w jakiś sposób mógłby mu zagrozić.

      Dlatego ja po roku nerwówki, zastanawiania się nad wyborem drogi, rozmowach z pseudonaukowcami, którzy na każdym kroku próbowali sprowadzić do własnego poziomu a tam już niszczyli doświadczeniem zdecydowałem o przejściu do innej instytucji naukowej.
      Zrobilem to rok przed końcem umowy, bo wiem, że nie postąpiono by ze mną po dżentelmeńsku bo obecnym władzom wydziału po prostu brak klasy.

      Chyba źle nie zrobiłem bo okazuje się, że jeden z kolegów, którzy zostali właśnie w październiu nie dostał przedłużenia - oficjalnie przez konkurs a nieoficjalnie dlatego, poniewaz w nowej katedrze szefostwo potrzebuje na etatach swoich zaufanych młodych doktorów.

      Co ciekawe o ocenie naukowej itd w moim przypadku decydować mogli ludzie (z samego świecznika instytucji naukowej), których sumaryczny impact factor wynosil może z 0.4. Za to z ich ust wciąż padają słowa na temat jakości pracy naukowej.

      Przepraszam za tak ostre słowa, jak powyżej, ale naprawdę jeżeli nie masz żadnych układów może okazać się, ze w konkursie ma wygrać ktoś inny. I żadne względy merytoryczne tutaj nic nie dadzą. Jeżeli w dodatku, co często u młodych doktorów się zdarza nie masz 'swojego" kursu to w sytuacji nadchodzącego niżu pierwszeństwo pensum mają samodzielni, potem docenci i różnego rodzaju układni a ochłap zostanie Tobie.
      • 22.11.11, 19:31
        no ale problem polega na tym, ze i ty i autor watku pokazujecie prace na uczelni w kategoriach moralnych. wy sie napracujecie, to szef powinien uczciwie wam przedluzyc kontrakt. jesli tego nie robi, to to jest zly szef. pierwsze odpowiedzi autorowi watku mialy na celu przerzucenie jego narracji na grunt kryteriow. autor to odrzucil wskazujac, ze przeciez on sie napracowal i nie mozna go oceniac z kims, kto pracowal dluzej.

        ten moralny opis naszych relacji w pracy (kiedys uslyszalem ze przechodzac z instytucji do instuytucji zdradzam te pierwsza, a mnie sie zrobilo przykro - nie chcialem byc zdrajca) jest niezwykle nieuzyteczny. bo zamiast pracowac wedlug kryteriow, zastanawiamy sie, czy jednak nam szef jest cos winny, a szef sie zastnawia, jak nas wyrolowac.

        niestety ani tobie/autorowi watku szef nie jest nic winny, ani ty nie jestes jemu nic winny. ty dostajesz wynagrodzenie za prace, ktora powinienies wykonywac tak, jak opisuje to kontrakt. tylko tyle i az tyle. szef z kolei powienien stowrzyc ci do tego warunki (w ramach mozlwosci instytucji) i wskazac ci, jak bedzie cie ocenial. gdy konczy ci sie kontrakt, szef ma pelne prawo powiedziec: ja zrobie teraz konkurs, bo moze znajde kogos lepszego. a ten konkurs powinien byc uczciwy.....

        i marzy mi sie cos takiego w PL. i skonczenie z tym, ze komus sie cos za cos nalezy.

        --
        James while John had had had had had had had had had had had a better effect on the teacher.
        • 22.11.11, 21:24
          Miałbyś rację, gdyby nie to (o czym doskonale wiesz, ale po coleridge'owsku "zawieszasz" tę wiedzę) że względy merytoryczne nie są brane pod uwagę przy ruchach personalnych w polskiej nauce. Jest raczej dokładnie na odwrót t.j. merytoryczna wartość zwłaszcza młodego pracownika działa na jego niekorzyść.
          W sytuacji, kiedy budzisz się nagle z informacją, że co prawda wyrabiałeś nadgodziny za trzech, a w wolnych chwilach redagowałeś książki, które miały na okładce nazwisko szefa, ale z braku "postępów w nauce" nie można Ci przedłużyć zatrudnienia, racje moralne puchną do niebywałych (i niczym w normalnej sytuacji nieusprawiedliwionych) rozmiarów. Tym bardziej że (patrz akapit powyższy) odwoływanie się do racji merytorycznych i tak nie ma sensu. Odwoływanie do sumienia też na ogół nie.
          Co nie musi mieć zastosowania w wypadku autorki postu, ale odkąd dowiedziałem się, że "zawyżam średnią", więc zatrudniono troje moich kolegów, którzy nie mieli żadnego dorobku, a zatem nie stanowili potencjalnego zagrożenia dla siedzących wyżej, nie mam wątpliwości, że tak to działa. Mnie zostało wtedy już tylko wyrwać pieniądze za niepłacone nadgodziny za poprzednie dwa lata (bo za więcej się nie da) i szukać nowej pracy.
          • 22.11.11, 21:47
            ale ja to rozumiem. i wydawalo mi sie, ze dosc wyraznie napisalem, ze marzy mi sie sytuacja, kiedy zrezygnujemy z tego dyskursu moralnosci. ja tylko wskazuje, ze argument 'bo mi sie nalezy', 'bo sie napracowalem' nie ma wiekszego sensu.

            i zeby nie bylo: ja naprawde rowniez rozumiem zawod czy poczucie niesprawiedliwosci, ktore odczuwa autor watku. jednak dopoty, dopoki nie zostana wypracowane 'kryteriowe' reguly gry, zawsze tak bedzie, ze uniwersytetami bedzie rzadzic fala, a etaty beda przywilejami rozdawanymi przez feudalow. i nawet jesli zdarzaja sie feudalowi 'ludzcy' i sensowni (a zdarzaja sie), to to i tak nie ma znaczenia, bo oni i tak funkcjonuja w chorym systemie.


            --
            Beauty is in the eye of the beholder. Mental illnes is in the eye of the controller. (Peter Breggin)
        • 22.11.11, 21:25
          Miałbyś rację, gdyby stosowana była zasada równej miary i rzetelna ocena pracownika. A jest jak jest... W moim przypadku przeważyła wrodzona hardość i myśl, wedle której przed miernotami głowy nie będę schylał.
    • 24.11.11, 11:17
      Jeśli ktoś zostanie zatrudniony zamiast Ciebie to równie dobrze, możesz ubiegać się o zatrudnienie na innej uczelni zamiast kogoś słabszego. Uważam, że taka otwartość jest dobra. W końcu mamy coś, co nie tylko wesprze mobilność naukowców ale wręcz ją wymusi. Nawet jeśli będzie to mobilność wewnątrz kraju to lepsze to niż sytuacja, jaka była dotychczas.
      • 24.11.11, 11:22
        jeden warunek - wszędzie musi obowiązywać zasada - pracę dostaje ten, który udokumentuje, że jest lepszy...
        --
        Louder Than Bombs...
        • 24.11.11, 12:46
          > jeden warunek - wszędzie musi obowiązywać zasada - pracę dostaje ten, który udo
          > kumentuje, że jest lepszy...

          Dokładnie.

          Jestem z tej drugiej strony (czyli ta zła, bo "potencjalnie lepsza" ;) ). Jestem świeżo po doktoracie, w mojej katedrze nie ma nowych etatów wiec próbuje szukać czegoś gdzie indziej. Niestety już się zdążyłam zorientować, że w większości konkursów jest ten jedyny, słuszny kandydat, który się napracował i mu się należy.
          • 24.11.11, 12:58
            greylin napisała:

            > Niestety już się zdążyłam zorientować, że w większości
            > konkursów jest ten jedyny, słuszny kandydat, który się napracował i mu się nal
            > eży.

            Jezeli uczelnia musi oglosic konkurs, zeby:
            1. awansowac pracownika, ktory jest aktualnie zatrudniony i z ktorego jest zadowolona,
            2. przedluzyc zatrudnienie pracownikowi, ktory jest aktualnie zatrudniony i z ktorego jest zadowolona,
            to nie dziw sie, ze tak jest. Wymog przeprowadzania konkursow w takich sytuacjach to zacheta do tworzenia fikcji.

            --
            Please use elevator, stairs stuck between floors.
          • 24.11.11, 13:01
            jeśli się napracował, to i tak nie jest źle, gorzej, jeśli się nie napracował, a mu się należy...
            --
            Louder Than Bombs...
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.