Dodaj do ulubionych

doktorant wydaje książkę - we własnym wydawnictwie

05.07.12, 10:53
witam serdecznie,
sytuacja wzmiankowana w tytule nie jest hipotetyczna. Kolega otworzył wydawnictwo, i w ciągu roku wydał dwie (!) książki swojego autostwa zrecenzowane przez promotora. ponieważ Kolega doktorant nie opublikował żadnego artykułu w czasopiśmie z jakiejkolwiek znaczącej (czy nawet nieznaczącej) listy sytuacja jest dość kuriozalna. pytanie brzmi: jak zablokować tego typu proceder? w szczególności: czy istnieje jakis przepis określający ilość recenzentów dla monografii autorstwa osoby nieposiadającej stopnia doktora? oczywiście szukałem na stronie Ministerstwa - jak na razie bezskutecznie. jakkolwiek - będę wdzięczny za diagnozę
Edytor zaawansowany
  • ekulczycki 05.07.12, 10:59
    Ale co tutaj blokować. Jego wydawnictwo? Jego. Wydał za swoje? Wydał. A dlaczego też liczba recenzentów miałaby zależeć od wykształcenia?

    Ważniejsze jest to, czy ktoś będzie traktował to na poważnie. Bo takie "broszurki" można teraz za kilka złotych wydać, zrecenzować może je kumpel z pokoju. W tym wypadku liczy się raczej renoma wydawnictwa i nazwiska recenzentów.
  • dala.tata 05.07.12, 11:03
    Mysle podobnie. Niech se wydaje swoje ksiazki, ile chce. Miejmy nadzieje, ze recenzenci potraktuja te ksiazki tak, jak one na to zasluguja.

    --
    Beauty is in the eye of the beholder. Mental illnes is in the eye of the controller. (Peter Breggin)
  • wojciechwojciech6 05.07.12, 11:06
    Pełna zgoda - renoma wydawnictwa i recenzenta się liczą, a przynejmniej powinno tak być. niemniej jednak, liczą się również punkty, które w przypadku doktorantów decydują o rankingach stypendialnych. mówiąc krótko, idzie o to, że niewykluczone, że wkrótce coraz mniej osób będzie pisać doktoraty i publikować artykuły, a zamiast tego jak grzyby po deszczu wyrastać zaczną wydawnictwa i kwitnąć monografie
  • flamengista 05.07.12, 11:39
    owszem, cwaniacy zawsze byli, są i będą. Zawsze będą osoby próbujące obejść system lub wykorzystać pewne luki w nim istniejące.

    Ale założenie własnego wydawnictwa wymaga pewnego wysiłku organizacyjnego (zarejestrowanie firmy), do tego wydanie nawet makulatury wymaga pewnych zabiegów (zgłaszanie numerów isbn, załatwienie "grzecznościowych" recenzji, koszty składu i wydania książki).

    Nawet jeśli dzięki tym punktom delikwent dostanie stypendium, to i tak ledwo mu się zwróci koszt całej operacji. No a przecież te punkty ktoś podlicza i weryfikuje, prawda? Więc chyba powinni potrafić rozróżnić książkę wydaną w PWN czy Universitas a makulaturę wydaną przez adnonimowe wydawnictwo?

    Jest demokracja, niech sobie wydaje i drukuje.
    --
    you don’t know what it’s like, you don’t have a clue
  • wojciechwojciech6 05.07.12, 11:07
    Pełna zgoda - renoma wydawnictwa i recenzenta się liczą, a przynajmniej powinno tak być. niemniej jednak, liczą się również punkty, które w przypadku doktorantów decydują o rankingach stypendialnych. mówiąc krótko, idzie o to, że wkrótce coraz mniej osób będzie pisać doktoraty i publikować artykuły, a zamiast tego jak grzyby po deszczu wyrastać zaczną wydawnictwa i kwitnąć monografie
  • dala.tata 05.07.12, 11:35
    Punkty to problem. Jednak jesli czesc ludzi zrezygnuje z robienia doktoratow i bedzie se ksiazki wydawca, to ja mysle, ze to byloby cos dobrego. Niech publikuja na potege.

    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • charioteer1 05.07.12, 16:32
    Te punkty stypendialne nie spadly z nieba. Regulami przyznawania stypendium uchwalala rada wydzialu. Czyli pilka wraca na wydzial. Jak se uchwaliliscie, tak macie. Chcieliscie promowac publikowanie makulatury, to wlasnie to robicie.

    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • chilly 05.07.12, 16:44
    Sztuczne kryteria oceny rodzą liczne pomysły na ich wykorzystanie. Tak też będzie, w mojej ocenie, z kartami kursów wg KRK, nad którymi siedzi teraz cała naukowa Polska, zamiast zajmować się czym należy. Na przykład rzucaniem płatków róż pod stopy potencjalnych kandydatów na studia :)
    P.S. A adept gdzie? Już na wakacjach? Nic to, za to larusse czasami się znów pojawia.
  • adept44_ltd 05.07.12, 17:02
    zaraz tam na wakacjach :) kończy robotę, którą miał do 30 VI...
    --
    Louder Than Bombs...
  • pigwa_polska 05.07.12, 18:06
    to jeszcze dużo ma szanowny adept czasu

    adept44_ltd napisał:
    > zaraz tam na wakacjach :) kończy robotę, którą miał do 30 VI...

    KRK?

    A co do książki z własnego wydawnictwa - wydawało mi się, że monografie są już passé
    a liczą się tylko JCR

    chłopak z pomocą promotora sam kopie sobie grób
  • adept44_ltd 05.07.12, 18:46
    no, dopiero teraz mam dużo czasu :)... nie, żadne KRK, to już było...



    czyli rada jest taka, by młody człowiek z promotorem założyli pismo JCR ;-)?
    --
    Louder Than Bombs...
  • chilly 05.07.12, 22:51
    Przypadki założenia pisma w celu publikowania swoich przemyśleń, a przy okazji wielokrotnego zdobywania punktów (za redagowanie, za publikacje, a i honor recenzowania...) znam z autopsji.
    A jeśli robota była pilna, na 30.VI, to masz jeszcze sporo czasu :)
  • proon 06.07.12, 07:38
    "wydawało mi się, że monografie są już passé" - masz racje, wydawało ci się
    "chłopak z pomocą promotora sam kopie sobie grób" - jeżeli monografia jest recenzowana przez recenzenta, którego środowisko za takiego uznaje, to bez względu na to, kto był wydawcą - punkty za monografię należą się jak psu buda; i to nie jest kopanie grobu lecz korzystanie z aktualnego systemu oceny dla robienia kariery; jeżeli facet wydal we własnym wydawnictwie własną książkę i jest ona w miarę sensowna to nikt mu nie podskoczy
  • dala.tata 06.07.12, 08:28
    Jasne proon. Bo przeciez recemzja promotora to zaden konflikt interesow nie? To po proatu czysta uczciwosc.

    Ja to mam nadzieje, ze doktorant jeszcze promotorowi wyda ksiazke. Moze nawet uda sie za darmo. A i mozna bedzie pomyslec o czlonkach rady. Im tez mozna pomoc. I biznes sie bedzie krecil. A Punkty jak psu buda....Nauka polska w pelnej krasie.

    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • adept44_ltd 06.07.12, 09:02
    kognitywistycznie rzecz ujmując, pies i buda to całkiem adekwatne metafory...
    --
    Louder Than Bombs...
  • jael53 06.07.12, 09:22
    Dotarła do mnie praca (prawdopodobnie) doktorska. Napisana na temat dokonań promotora. Zrecenzowana... jeśli mnie pamięć nie zawodzi... przez kolegów. Wydana przez oficynę przy prywatnej uczelni - która jest własnością promotora.

    O jakości detalicznie zmilczę; każdego roku mam lepsze magisterki, choć nie z tych, które rekomenduję do wyróżnienia.
  • chilly 06.07.12, 09:23
    Nie gorączkujmy się (wiem, wiem dala, macie o te kilkanaście stopni chłodniej). Nie przyjmujmy błędnych, a idealistycznych założeń. Ja zakładam pesymistycznie, że większości osób pracujących w nauce" wcale o naukę nie chodzi. im dłużej żyję, tym bardziej staje sie to dla mnie widoczne. Można powiedzieć - szkoda, że tak późno, no ale dlatego (młodzi, naiwni) ten system jednak się kręci.
    Mało kogo też obchodzi, czy książka wydana została w PWN, czy może w wydawnictwie założonym specjalnie dla tego jednorazowego aktu (w głębi duszy może i tak, ale nie oficjalnie, co widać np. przy przyznawaniu nagród rektorskich).
    A doktorant zapewne zadbał, aby wydawnictwa nie nazwać swoim własnym nazwiskiem?
  • adept44_ltd 06.07.12, 09:34
    w zasadzie to jest ciąg dalszy promowanej przez Dalatatę demokratyzacji nauki... jest książka - jest... system też to promuje... i tak naprawdę wszyscy spadamy, tylko, że my tu mamy mniejszą przestrzeń do pokonania..., a w cywilizacji jest ona nieco większa... mówię oczywiście o humanistyce, a nie o naukach, w których weryfikacją jest osiągnięty wynik poznawczy.
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 06.07.12, 12:36
    adpecie, nie mam pojecia o co ci idzie z ta demokratyzacja nauki. jesli z niej wychodzi zakladanie wlasnych wydawnictw i wydawanie swych ksiazek, to cos ci sie pokickalo.

    kazdy sobie mozy wydac, co chce, jednak to nie znaczy, ze to sie powinno do czegokolwiek liczyc

    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • adept44_ltd 06.07.12, 12:42
    no ale nie mnie Dala, nie mnie, demokratyzacji się pokicikało... :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 06.07.12, 12:48
    demokratyzacja nie ma nic wspolnego z brakiem rzetelnego procesu recenzyjnego.
    --
    We are the Borg. Resistance is futile
  • adept44_ltd 06.07.12, 12:51
    to jest tylko kroczek dalej...
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 06.07.12, 13:01
    nie, to tylko w swiecie adepta. w swiecie dalataty zdecydownaie tak nie jest. demokratyzacja nauki polega na tym, ze moj artykul, twoj artykul oraz artykul doktratna maja te sama wartosc, jesli sa dobre. i ja nie mam pierwszenstwa. co wiecej, demokatyzacja oznacza, ze wszyscy jestesmy poddawani tej samej ocenie.


    adept44_ltd napisał:

    > to jest tylko kroczek dalej...


    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • adept44_ltd 06.07.12, 13:06
    a wybacz, z moim światem to nie ma nic wspólnego :)...
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 06.07.12, 13:23
    to znaczy ze juz ci sie wszystko pokicialo :-)
    --
    Sometimes, I think the surest sign that there is intelligent life out there in the universe is that none of it has tried to contact us. Bill Watterson.
  • adept44_ltd 06.07.12, 13:44
    takiej możliwości nigdy nie wykluczam, niemniej raczej obserwuję kicianie ogólne... ;-)
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 06.07.12, 14:12
    a tak - jako przyczynek do szans humanistyki w naszym radosnym kraju inna wiadomość wydawnicza...


    ksiazki.wp.pl/tytul,Ossolineum-najstarsze-wydawnictwo-w-Polsce-przestaje-istniec,wid,19470,wiadomosc.html?ticaid=1ec1e
    --
    Louder Than Bombs...
  • chilly 06.07.12, 16:43
    Też chciałem zalinkować tę informację, ale tego się już nie da nawet komentować. Przypomnę, że od kilku lat w upadłości są też Wydawnictwa Naukowo-Techniczne, drugie, jak mi się wydawało, najpowazniejsze wydawnictwo w zakresie nauk ścisłych i technicznych. A z PWN został tylko nic nie znaczący skrót - jako uznana marka, bo nie jest to już (o czym może nie wszyscy wiedzą) Państwowe Wydawnictwo Naukowe.
    Wczoraj chyba, wklejając link o chęci zatrudnienia przez Stocznię Gdańską 600 spawaczy z pensja do 7 tys. zł, żartowałem, że to przyszłość naszych uczelni. Ale to nie żarty - to nigdzie i nigdy nie wyartykułowana wizja (tfu! zabrzmiało spiskowo) rozwoju (?) naszej kultury i nauki.
  • adept44_ltd 06.07.12, 16:48
    co więcej, czeka nas bankructwo jeszcze jednego ważnego wydawnictwa... w tym kraju próbowano zaszczepić czytanie książek ambitnych, ale to nie udało się... PWN od dawna poszedł w śmieciówkę...no ale trzeba było wprowadzić vat na książki, bo stadiony i inne potrzeby ludu...
    --
    Louder Than Bombs...
  • chilly 06.07.12, 16:51
    adept44_ltd napisał:
    > w tym kraju próbowano zaszczepić czytanie książek ambitnych, ale to nie udało się...

    Chyba nie jesteś, adept, wrogiem nowego, jedynie słusznego ustroju? Dawniej takich nazywano "wrogiem klasowym", dziś chyba nawet nazwy stosownej nie ma.
  • chilly 06.07.12, 16:58
    Jeszcze jedna myśl nie daje mi spokoju: jak się ma teologia do działalności banku (patrz recenzja doktoratu)?
    Zaczynam przypuszczać, że dyskusje adepta z dalą dotyczą jednak jakiegoś świata równoległego. Bo w tym musi być o wiele gorzej, niż by to wynikało z pesymistycznych na ogół postów zamieszczanych na naszym forum.
  • adept44_ltd 06.07.12, 17:03
    tych światów jest wiele, ale jak ktoś się szwenda między takimi uczelniami, dyscyplinami, stopniami itp., no to z tego nic nie będzie...
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 06.07.12, 17:00
    pozostańmy może po prostu przy - jestem wrogiem... (poprzedniego też byłem)
    --
    Louder Than Bombs...
  • chilly 08.07.12, 09:43
    No to jest nas już dwóch! Zawsze w opozycji :) I dlatego nie my zmieniamy Polskę: wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,12088660,Czarnecki_nie_chce_sie__nachapac___Chce_zmieniac.html
    Polecam też artykuł w GW (GŚw) o karierach lokalnych kacyków PZPN i OZPN. Jakbym czytał o naszych uczelniach. Choć na uczelniach, mam wrażenie, obecnie już nie litry wypitej wspólnie wódki tworzą "elity" władzy ("kto nie pije ten kabluje"). Dziś decyduje wspólnota interesów, przy świadomości, że trzeba być w grupie. Prawda jednak, że grupy te tworzyły się na ogół w czasach, gdy alkohol i wspólne igraszki były spoiwem.
  • ford.ka 06.07.12, 10:04
    Ale książka jest dobra czy zła? Bo to w sumie jedynie pytanie, jakie warto sobie zadawać. Przeczytałeś czy skupiłeś się na oburzaniu i poszukiwaniu sposobów, żeby Koledze dowalić?
  • jael53 06.07.12, 10:37
    Dzieło, o którym wspomniałam, zeszło mi z pola widzenia; ale że znalazłam, podaję dane:

    David Kwiatkowski, Myśl personalistyczna Wojciecha
    Słomskiego
    , Wydawnictwo Europejskiego Kolegium Edukacyjnego w Warszawie, Warszawa 2012. Recenzenci: B. Burlikowski, H. Piluś.
  • dala.tata 06.07.12, 12:36
    juz na pierwszy rzut oka widac, ze to dzielo wazkie i doniosle!
    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • capo.di.tutti_capi 06.07.12, 16:24
    a promotor lubuje sie w słowackiej habilitacji

    a tutaj pelniejsza lista:
    nauka-polska.pl/dhtml/raporty/opisInstytucji?rtype=opis&lang=pl&objectId=21609
  • adept44_ltd 06.07.12, 16:37
    ale nie jest minimalistą, ma dwie habilitacje...
    --
    Louder Than Bombs...
  • chilly 06.07.12, 16:48
    Ale o sssso chodzi, bo wszechstronny przecież jest. Bardzo. I etyczny, niewątpliwie.
    A dwie habilitacje ma nie tylko on. Znam co najmniej jeszcze jednego. Też filozof. Czy oni zatem tak już mają? Są wszechstronni i jeśli nie habilitują się n-krotnie, to tylko dlatego, że nie jest to im już do niczego potrzebne?
  • chilly 06.07.12, 16:53
    P.S. Tylko jak to w tych habilitacjach było z "naucznoj nowiznoj" i "znaczącym wkładem w rozwój"?
  • andantee 06.07.12, 16:37
    dość niesamowite - facet napisał książkę o swoim promotorze????
  • adept44_ltd 06.07.12, 16:43
    myślę, że o tym promotorze można napisać więcej książek, ciekawi mnie, jak to się stało, że recenzował taką, a nie inna habilitację? inne kwestie też mogą być mocne...
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 08.07.12, 02:45
    zadaje Pan zbyt rozsądne pytanie jak na to forum...po co się nad tym zastanawiać, skoro większość piszących tutaj potrafi ocenić dorobek habilitacyjny i każdy inny po przeczytaniu tytułów pozycji i ew. wydawnictw, w których się one ukazały, i to w dziedzinach, o których nie mają oni zielonego pojęcia...;)
  • proon 08.07.12, 10:11
    "większość piszących tutaj potrafi ocenić dorobek habilitacyjny i każdy inny po przeczytaniu tytułów pozycji i ew. wydawnictw, w których się one ukazały, i to w dziedzinach, o których nie mają oni zielonego pojęcia" - Szanowny Panie Kolego, proszę nie podważać kompetencji paru osób z tego forum do zdalnego, bez dotykanie publikacji, a tym bardziej bez jej przeczytania, oceniania wartości naukowej dzieła ;-) przecież to chyba takie proste - wybitny fachowiec tylko rzuci okiem na dzieło i już wie - tandeta; a, że ocenia tak wszystkie prace, także z dyscyplin innych niż swoja? a co to przeszkadza? oni są ze specjalności super uniwersalnej, czyżby nie słyszał Pan o tej nowej specjalizacji naukowej - przypierdalactwie pospolitym?
  • adept44_ltd 08.07.12, 10:23
    proon, oczywiście, istnieje pewne ryzyko błędu, niemniej jako że wszyscy funkcjonujemy w tej samej rzeczywistości, a różni nas tylko to, że dla jednych jest ona wygodna i wolą nie zauważać patologii, a drugich to wszystko wku...a, to jednak można wysnuwać analogie. Wiem, analogia to dość kiepska formuła wnioskowania, niemniej, jeśli w swojej dyscyplinie znam profesorów, również zwyczajnych, a jakże, którzy się nie skazili się publikacją w dobrych pismach i ich dorobek jest dorobkiem stricte pokonferencyjnym (a czego nie chcesz przyjąć, standardy recenzowania takich publikacji, poza ich elitarnymi przypadkami, nie mają nic wspólnego z prawdziwymi standardami recenzyjnymi) i jest to dorobek kiepski, to wnioskuję, że w twojej jest podobnie. Jeśli dość agresywnie zazwyczaj nie chcesz przyjąć do wiadomości tych kwestii, to raczej pokazuje to poziom twojego dobrego zadowolenia, a nie rzeczywistości. Przykro mi, ale u mnie to tak działa, powiedzmy 90% ludzi, którzy piszą w "monografiach zbiorowych" nie ma po co czytać... i raczej się nie czyta...
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 08.07.12, 11:54
    dodam jeszcze jedno, czy kiedyś proon zastanawiałeś się nad procentem odrzuconych tekstów - w pismach i w "monografiach zbiorowych"? jest to dysproporcja potężna, zresztą niejeden raz spotkałem już tekst, który został odrzucony w piśmie i w takim samym kształcie poszedł w monografii - jeśli to jest ten poziom...to dziękuję
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 13:58
    a u mnie jest tak, że jeżeli kogoś nie warto czytać, to głównie tych, którzy nie czytają innych, bo brzydzi ich sięganie po Słupskie Prace Historyczne, Rocznik Siedlecki, Kwartalnik Radomski i różne pokonferencyjniaki; jak ktoś ma problemy z sięganiem po "niepunktowane badziewie" to nawet pisząc pracę licencjacką dostaje sygnał - jeszcze sporo musisz poczytać zanim twoja praca zostanie przyjęta, na razie masz spore braki w bibliografi; u nas jest przyjęte, że każdą pracę można skrytykować i wytknąć jej błędy, ale ktoś kto stwierdziłby - ten tekst jest do dupy, bo opublikowano go w pokonferencyjniaku - naraża się na śmieszność i zarzut wtórnego analfabetyzmu (koleś poza tytułem i miejscem wydania nie jest w stanie niczego przeczytać)
  • dala.tata 08.07.12, 14:05
    proon, dobrze ze to tylko u ciebie!
    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • adept44_ltd 08.07.12, 14:07
    masz pecha, akurat o jednym z tych pism wiem od znajomego historyka, który się po prostu wstydzi tego czegoś, panuje tam czyste kolesiostwo, poziom matury i zupełny brak profesjonalizmu...
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 08.07.12, 14:42
    Oooops?

    adept44_ltd napisał:

    > masz pecha, akurat o jednym z tych pism wiem od znajomego historyka, który się
    > po prostu wstydzi tego czegoś, panuje tam czyste kolesiostwo, poziom matury i z
    > upełny brak profesjonalizmu...


    --
    Beauty is in the eye of the beholder. Mental illnes is in the eye of the controller. (Peter Breggin)
  • adept44_ltd 08.07.12, 14:46
    no, ooops.... jak nie wiem co... bo znam sporo szczegółów, jak się publikuje w tym elitarnym polskim piśmie historycznym...
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 17:01
    jeżeli w którymkolwiek z tych czasopism opublikowano artykuł, który tematycznie wiąże się z moimi badaniami, to wykazałbym się zupełnym brakiem profesjonalizmu gdybym go nie przeczytał z powodu znajomego historyka, który ma o tym czasopiśmie negatywną opinię; a tak na marginesie, to popytaj tego swojego znajomka, czy przypadkiem w tym czasopiśmie nie odwalili mu ostatnio artykułu z motywacją - szanowny pan nie zna dobrze dotychczasowego dorobku w temacie, który był łaskaw opisać (a taka właśnie recenzja dyskwalifikuje w mojej branży publikację)
  • adept44_ltd 08.07.12, 17:37
    he he, nie, przyzwoity autor nie posyła swoich tekstów w takie miejsca... ale jak zajrzysz na stronę pisma, o którym mówię (a przed chwilą przyjrzałem się, czy miał rację...), to zobaczysz zestaw curiosów... więc gratuluję ci lektury:
    1. rada redakcyjna w 99% złożona z pracowników jednostki...
    2. recenzenci w 99% złożeni z pracowników jednostki (obawiam się, że to łamie wymogi, które swego czasu były dla wydawnictw - zewnętrznych recenzji),
    3. jak popatrzysz na udostępnione w pdfach teksty (zajrzałem do kilku), zobaczysz poziom maturalny wypocin...

    fajnie się bawisz, ale nazywać to nauką i brać jeszcze za to pieniądze.... to duża przesada :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 08.07.12, 18:32
    To, to sa juz chyba dwa oopsy. :)
    --
    We are the Borg. Resistance is futile
  • adept44_ltd 08.07.12, 18:51
    double ooops... czy mam coś jeszcze w zanadrzu? mam :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 18:48
    które to czasopismo i które pdf-y?, chętnie poczytam i podyskutuję o poziomie - własnie o poziomie, o którym opinię sobie wyrobie po przeczytaniu, a nie przed
  • adept44_ltd 08.07.12, 18:59
    znajdź sobie, podałeś tytuły.... :) ponoć i tak największe perełki są w tych wcześniejszych numerach (ale te nowsze, które przeglądałem, dzieła przypominają mi przyzwoite prace roczne studentów, coś drgnęło :), z których są tylko tytułowe skany... rzecz też w tym, że już rada i recenzenci nie gwarantują poziomu...
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 19:11
    w tym upale nie chce mi się szukać, jak kwestionujesz jakość konkretnych artykułów to je wskaż, bo inaczej to nie ma o czym gadać - zwłaszcza, że te czasopisma nie są moją lekturą - nie publikują na interesujące mnie tematy (o sorki, w jednym z nich kiedyś znalazłem jeden artykuł związany z moimi badaniami - ale jego jakość nie miała nic wspólnego z tym co piszesz)
  • dala.tata 08.07.12, 19:00
    Rzeczywiscie proon, taki sklad rady redakcyjnej zapowiada najwyzsza jakosc. Proon, ja rozumiem, ze chcesz isc w zaparte. Ale bez jaj.
    --
    James while John had had had had had had had had had had had a better effect on the teacher.
  • adept44_ltd 08.07.12, 19:09
    swoją drogą, przyszło do głowy, że proon nie wie, o który z tych periodyków chodzi, bo taka sama sytuacja jest we wszystkich wymienionych...
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 19:13
    a jesteś pewny, że w Kwartalniku Radomskim taka sytuacja też występuje!!!
  • proon 08.07.12, 19:15
    a w Roczniku Siedleckim??? niemożliwe!!!
  • adept44_ltd 08.07.12, 20:06
    w Radomskim i Siedleckim jest na pewno świetnie... :), to zresztą znane centra historiograficzne...
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 08.07.12, 20:11
    czyli wiesz, o co chodzi... z Radomskim i Siedleckim trudno coś powiedzieć, gdyż google nie notuje (chyba że w tych tytułach zrobiłeś więcej błędów niż w poprzednim...); niemniej podpytam historyków ode mnie, co o tym sądzą... bo to nie jest, na szczęście, tak, jak piszesz, że wszyscy historycy wyznają twoje poglądy...
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 08.07.12, 20:48
    "w Radomskim i Siedleckim jest na pewno świetnie... :), to zresztą znane centra historiograficzne..." - nie wiem czy w Radomiu i Siedlcach jest świetnie, czy źle; nie mam zamiaru osadzać bez przeczytania, a tego chwilowo zrobić nie mogę gdyż oba tytuły stworzyłem na potrzeby niniejszej dyskusji - tak dla sprawdzenia czy przyczepicie się do czasopism, których jedyną widoczną dla was (adept plus dala.tata) winą jest to, że mają prowincjonalne położenie - podobnie jak Słupsk i parę innych miast gdzie wydają czasopisma i książki jak na wasz gust za mało "światowe", no bo co mogą wydawać ciekawego poza "światem" na zachodzie i po angielsku - prowincja i to bez czytania widać
  • adept44_ltd 08.07.12, 21:03
    i co, nie wyszło, nie?...drogi kolego, jak widzisz... :), bo w jednym przypadku trafiłeś w dość curiosalny periodyk...
    --
    Louder Than Bombs...
  • pfg 08.07.12, 21:13
    W Słupskich Studiach Historycznych mamy za to redaktora naczelnego, recenzenta i autora w jednym. Poza tym 10 (na 17) prac w numerze w ten lub inny sposób dotyczy Bułgarii. Słupsk czołowym ośrodkiem myśli bułgarystycznej? No chyba tak, nie znam się. Jedno wszakże mnie frapuje: co takiego jest w artykule OUTLOOK ON THE GOLDEN AGE IN THE HISTORY OF SICILY, że warto go było publikować? Cóż on mówi, czego nie powiedziano dotąd? Nie jestem historykiem, więc liczę na to, że jakis powód jest, a tylko mni, laikowi, on umyka.
    --
    Komentarze fizyka
  • adept44_ltd 08.07.12, 21:16
    jak przyjrzysz się uważnie, zobaczysz, że to artykuł redaktora naczelnego, powód był...
    --
    Louder Than Bombs...
  • pfg 08.07.12, 22:10
    Ten aspekt, adepcie, dostrzegam doskonale, ale naiwnie liczę, że może chodzi o coś więcej?
    --
    ludzie oderwani od polskości
  • adept44_ltd 08.07.12, 22:18
    nienasycony...
    --
    Louder Than Bombs...
  • pfg 08.07.12, 23:23
    Hm, zdaje mi się, że temat wątku stał się dziwnie relewantny...
    --
    Dum loquimur, fugerit invida aetas
  • adept44_ltd 08.07.12, 23:58
    najgorsze w tym jest to, że pewnie dla większości "naukowców" nie ma problemu...
    --
    Louder Than Bombs...
  • proon 09.07.12, 07:24
    ależ drogi kolego, wyszło i to świetnie - naskoczyłeś na Siedlce i Radom bez jakiegokolwiek powodu (bez sprawdzenia czy tam historycy cokolwiek wydają), na zasadzie, że skoro to Siedlce i Radom to na pewno tam niczego sensownego nie mogą publikować - a może Słupsk jest dowodem, że Siedlce i Radom to dno?
  • adept44_ltd 09.07.12, 09:43
    no nie wyszło... w ogóle nie naskoczyłem drogi kolego na Siedlce i Radom (nawet napisałem ci, że nie ma w necie czegoś takiego), ironicznie dodałem, że to zapewne ośrodki myśli historiograficznej... bo widzisz, jakoś tak jest, że dobre pisma wychodzą tam, gdzie są takie ośrodki... a politechnika radomska wg mnie ma średnie szanse, więc po prostu zbyt wcześniej odpaliłeś racę... raczej skupiłbym się na twoim miejscu na fenomenie tego trzeciego pisma, które na twoje nieszczęście istniało... :)))
    --
    Louder Than Bombs...
  • dala.tata 08.07.12, 21:12
    proon, sprobuj czytac, juz nie oczekuje, ze ze zrozumieniem. ale czytac.

    Rada redakcyjna skladajaca sie z pracownikow jedenj uczelni, wysylajaca do recenzji do pracownikow tej uczelni, to jest nieporozumienie. i to nie ma nic wspolnego z prowincjonalnym polozeniem.


    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • proon 09.07.12, 07:28
    a czy ja pozytywnie oceniłem czasopismo ze Słupska? a czy reakcja adepta na wymyślone czasopisma z Siedlec i Radomia nie ma nic wspólnego z prowincjonalnym położeniem tych miast? przecież nie mógł ocenić rad redakcyjnych i zespołów recenzenckich nieistniejących czasopism
  • adept44_ltd 09.07.12, 09:47
    proon, czy ty rozumiesz słowa pisane??? gdzie jest moja reakcja na tamte pisma....??? w poście, w którym piszę, że nic o nich nie ma więc nie mogę nic powiedzieć, ale zapytam??? resztę wyjaśniłem obok...
    co gorsza, nie rozumiesz też tego, co piszesz, bo napisałeś nam, że w twojej dyscyplinie czyta się takie dzieła, a to jest wartościowanie... przykro mi, ale wybór czegoś do lektury zakłada przekonanie, że znajdę tam coś cennego...


    no, lekcje na początek tygodnia odrobione, kombinuj dalej z przebiegłymi pułapkami :)))
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 09.07.12, 09:51
    i miałbym jeszcze proon pytanie, czy takie praktyki, jak w piśmie, które istniało, są u was powszechne, w waszych rocznikach i kwartalnikach???
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 09.07.12, 23:18
    dlaczego zakłada Pan, że Pana obserwacje muszą spotkać się z polemiką? Otóż zrobił Pan dokładnie to, co postulują oldskulowcy, jak ja... przeczytał Pan teksty w tym czasopiśmie i negatywnie ocenił ich poziom, Zakładając, że Pana ocena jest trafna - a ja to założenie przyjmuję - gdzie jest punkt sporu?
    Potencjalnie dostrzegam tylko jedną możliwość konfliktu - jak należy potraktować hipotetyczny artykuł zamieszczony w takim czasopiśmie, który trzymałby standardy jakościowe? Ja uważam, że zasługuje on na wysoką ocenę NIEZALEŻNIE od miejsca publikacji, składu rady redakcyjnej, doboru recenzentów itp. Czy Pan naprawdę mniema inaczej?
  • adept44_ltd 10.07.12, 00:04
    ok

    to ja powiem inaczej, po co wydawać takie pisma, jak to, które na nieszczęście kolegi proona okazało się realnością, a nie jego fantazją? przecież ktoś płaci za ich wydanie... jeśli artykuł jest tak dobry, można go opublikować w piśmie, które gwarantuje poziom... doświadczenie przekonuje, że pisma takie, jak dyskutowane tu służą głównie mnożeniu pseudodorobku do pseudosprawozdań...

    i wracam do wątku - ten świetny artykuł, o którym Pan mówi, po prostu nawet nie zostanie dostrzeżony w takim miejscu; czasy, w których publikowało niewiele osób i niewiele tekstów i w zasadzie ich większość była ważna - niestety - skończyły się...
    --
    Louder Than Bombs...
  • adept44_ltd 10.07.12, 00:10
    a dodam jeszcze pytanie - skąd obrona miejsc publikacji, w których albo nie ma % tekstów odrzuconych, albo jest on na poziomie max. 5 - 10%? Pisma z górnej półki w PL oczywiście nie mają takiego % tekstów odrzuconych, jak pisma międzynarodowe, niemniej mają kłopot z tekstami do publikacji... choć dostają ich sporo, czy to nie jest wymowne???
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 10.07.12, 00:55
    ja pod żadnym pozorem nie bronię miejsc publikacji... ja jedynie nie chcę oceniać tekstów NA PODSTAWIE miejsca publikacji.
    Ponadto nie jestem przekonany, czy ujednolicenie standardów co do recenzji zewn., % odrzuconych tekstów itp. jest posunięciem celowym.
    2 banalne przykłady
    1) Najbardziej chyba prestiżowe pismo z nauk prawnych w Polsce - "Państwo i Prawo" - w ogóle nie stosuje zewnętrznych recenzji - decyzję o publikacji podejmuje komitet redakcyjny. Jak mniemam, jest to skandal w mniemaniu choćby dala_taty. Jego zbulwersowanie w niczym nie zmienia jednak faktu, ze jest to najlepsze polskie pismo prawnicze (nawet W. Sadurski - przy swoim wypasionym dorobku JCR-owskim - tam publikuje)
    2) Przynajmniej kilka znanych mi najlepszych polskich czasopism często zamawia teksty na określony temat u konkretnych autorów-najlepszych w Polsce specjalistów z danej dziedziny, nie poddając ich nawet sformalizowanym recenzjom (być może teraz to się zmieni z uwagi na nowe wymogi) i mając tym samym b. niski % odrzuconych tekstów (podobny mechanizm stosuje też zresztą np. JCR-owskie pismo Journal of Democracy). W niczym nie zmienia to faktu, że poziom takich publikacji bywa/często jest/może być wysoki.
    Reasumując - o ile nie mam nic przeciwko zamknięciu "Słupskich Annales" i przeznaczeniu wydatkowanych na nie środków na inne cele, o tyle pozostaję przy swoim zdaniu, że jakość tekstów winna być oceniania (przy okazji awansów czy ocen okresowych) zasadniczo w oderwaniu od publikacyjnych okoliczności
  • adept44_ltd 10.07.12, 01:16
    1. z faktu,że coś jest najlepsze w jakiś naukach, a nawet że jest prestiżowe, nie wynika, że jest dobre... niemniej - nie znam, nie dyskutuję, ale jeśli tak dzielimy włos, to proszę bardzo...
    2. to najgorsza z możliwych praktyk - zamawianie tekstów (mówię to jako kiedyś naczelny pisma, czy jako redaktor różnych numerów tematycznych) - to są z reguły najsłabsze rzeczy... nawet, jeśli zamówione u megagwiazd... niedpoddawanie recenzji zewnętrznej, niestety, raczej potwierdza tę przypadłość...


    dla jasności, ja nie twierdzę, że w bylejakim miejscu nie może być dobrego tekstu, twierdzę, że jest nikłe prawdopodobieństwo oraz że dla stworzenia jasnej sytuacji nie ma po co publikować tekstów w takich miejscach... przy czym, oczywiście, jest tak, że w różnych miejscach publikuje się z różnych powodów i sam nie publikuję zawsze w najlepszych pismach... chodzi mi tylko o to, że ktoś, kto się nie otarł o takie miejsca, najczęściej ma niewiele do powiedzenia bądź nie potrafi powiedzieć tego, co ma... i empiria potwierdza tę obserwację; i chodzi mi również o dość powszechną w PL zasadę zgodnie, zgodnie z którą, jeśli uczony wydał z siebie płód, to to płód uczony i godny publikacji... i się upycha byle gdzie... nie, o tym powinni decydować w peer reviev recenzenci... i tam gdzie ta procedura działa, tam też działa nauka...
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 10.07.12, 02:00
    o.k., tak długo, jak odwołuje się Pan do empirii, nie ma między nami sporu
  • adept44_ltd 10.07.12, 08:46
    na podstawie empirii budujemy teorie m. in. po to, by sobie radzić z nadmiarem empirii... tak czy siak, gdybym sobie zrobił ranking w mojej dyscyplinie czy w mojej działce na topie nie ma tych, którzy piszą byle gdzie i jest to dość miażdżąca prawidłowość... a co do oczywistości, że byle gdzie może znaleźć się perełka nie ma się co spierać, może, tylko co z tego? :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 10.07.12, 01:45
    podworkowy napisał(a):

    > o tyle pozostaję przy swoim
    > zdaniu, że jakość tekstów winna być oceniania (przy okazji awansów czy ocen ok
    > resowych) zasadniczo w oderwaniu od publikacyjnych okoliczności

    Zanim zabierzemy sie za ocene jakosci tekstu, warto spojrzec na te publikacyjne okolicznosci, czasami chocby po to, by nie plesc glupot w pisanej przez siebie recenzji. Jezeli tekst przeszedl potrojna anonimowa recenzje w systemie double-blind, to lepiej zeby recenzent dysponowal naprawde ciezkimi dzialami, zanim zacznie krytykowac podstawowe zalozenia i metodyke badania.

    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • podworkowy 10.07.12, 01:57
    o.k., zasadniczo mogę przyjąć, że domniemanie: prestiżowe czasopismo = dobry tekst jest uzasadnione, aczkolwiek winno być ono w naukach hum., społ. i prawnych domniemaniem obalalnym - i tu się chyba zgadzamy.
    Nie mogę natomiast przyjąć domniemania odwrotnego tj. np. publikacja pokonferencyjna/nieznane czasopismo = słaby tekst. To po prostu jest tak często domniemanie nieprawdziwe w mojej branży, że jego stosowanie jest pozbawione sensu
  • charioteer1 10.07.12, 02:35
    podworkowy napisał(a):

    > o.k., zasadniczo mogę przyjąć, że domniemanie: prestiżowe czasopismo = dobry te
    > kst jest uzasadnione, aczkolwiek winno być ono w naukach hum., społ. i prawnych
    > domniemaniem obalalnym - i tu się chyba zgadzamy.

    Nie stawiam znaku rownosci. Twierdze, ze prawdopodobienstwo ukazania sie slabego tekstu w dobrym czasopismie jest zdecydowanie mniejsze niz w pokonferencyjniaku.

    > Nie mogę natomiast przyjąć domniemania odwrotnego tj. np. publikacja pokonferen
    > cyjna/nieznane czasopismo = słaby tekst. To po prostu jest tak często domnieman
    > ie nieprawdziwe w mojej branży, że jego stosowanie jest pozbawione sensu

    Moge zgodzic sie z tym, ze pewne branze maja swoja specyfike. Natomiast poza naukami hum. i prawnymi prawdopodobienstwo znalezienia dobrego tekstu w pokonferencyjniaku, lub malo znanym czasopismie lokalnym jest bardzo male z dwoch powodow. Po pierwsze, proces recenzyjny w pismach z gornej polki jest o wiele bardziej restrykcyjny. Po drugie, to autorom zalezy, by publikowac w jak najlepszych miejscach.


    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 10.07.12, 08:43
    odwrotnie...
    jako że topowe czasopismo ma odpowiedni proces recenzyjny, jest mniejsza szansa, że pójdzie tam coś kiepskiego, choć zdarza się... no i w pokonf., nieznanym jest większa szansa na słaby tekst... jeśli u ciebie jest inaczej, to hm... albo nie widzisz, że nie jest (zresztą z tego, co piszesz, wynika, że nie ma u ciebie naprawdę recenzowanego pisma...), albo twoja dyscyplina jest galaktycznym wyjątkiem... w mojej jest, jak piszę... i w pokrewnych jest dokładnie tak samo :)
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 10.07.12, 12:32
    o.k., jak długo operujemy zwrotami "większa szansa", "mniejsza szansa", to się ewentualnie mogę zgodzić.
    A tak zupełnie na marginesie - pytanie całkowicie prostoduszne - skąd ta totalna niechęć u niektórych (nie mówię, ze u Pana) do pokonferencyjniaków? Nie rozumiem tego (sam konferencji nie cierpię, ale to z powodu mojej aspołecznej osobowości)... Znowu spróbuję podać przykład. Mamy np. ogólnopolski zjazd Instytutów Prawa Cywilnego, prezentują się jednostki z całej Polski, wygłaszanych jest 70 wystąpień od profesorskich po doktoranckie, następnie wszystkie one są publikowane w wielkim tomiszczu...
    Czy naprawdę sądzi Pan, że z gołego faktu, ze jest to pokonferencyjniak, można wysnuwać jakieś negatywne wnioski co do jakości tych prac? Myśli Pan, że ludzie chcą wyjść na środek sali i zrobić z siebie idiotów przed środowiskiem? Ja bym wręcz postawił tezę, że w naukach prawnych jakość tekstów pokonferencyjnych z prestiżowych konferencji jest wyższa aniżeli tekstów w większości punktowanych polskich czasopism
  • charioteer1 10.07.12, 12:45
    podworkowy napisał(a):

    > Mamy np. ogólnopolski zjazd Instytutów
    > Prawa Cywilnego, prezentują się jednostki z całej Polski, wygłaszanych jest 70
    > wystąpień od profesorskich po doktoranckie, następnie wszystkie one są publikow
    > ane w wielkim tomiszczu...
    > Czy naprawdę sądzi Pan, że z gołego faktu, ze jest to pokonferencyjniak, można
    > wysnuwać jakieś negatywne wnioski co do jakości tych prac? Myśli Pan, że ludzie
    > chcą wyjść na środek sali i zrobić z siebie idiotów przed środowiskiem?

    Fakt, ze publikowane jest wszystko, pozwala przypuszczac, ze nie wszystko jest najwyzszej jakosci. Z tego, ze ktos zrobil cos najlepiej, jak umie, nie wynika, ze jest to dzielo obiektywnie najwyzszej jakosci.

    --
    Buty na nogi! Trzeba wiać!
  • podworkowy 10.07.12, 13:00
    ale czy ja gdzieś napisałem, ze wszystko jest dobre? Czy ja gdzieś napisałem, ze większość jest dobra? Czy ja gdzieś napisałem, że połowa jest dobra? To wy, moi szacowni interlokutorzy, najpierw formułujecie generalizację (pokonferencyjniaki fuj), a potem oskarżacie o nią mnie...
    W pokonferencyjniakach "humanistycznych" jest zwykle trochę chłamu, trochę przeciętności i trochę b. dobrych tekstów - jak to w życiu. Kłopot polega na tym, że część uczestników tego forum, patrząc np. na dorobek jakiegoś habilitanta i dostrzegając w nim artykuły pokonferencyjne, jest skłonna A PRIORI odmówić im wartości naukowej.
    Wydaje mi się, że jest to pokłosie przekładania hierarchii z dyscyplin scjentystycznych na inne nauki. Jak mogę, to publikuję coś w Science; jak nie mogę tam, to próbuję w międzynarodowym, ale niżej punktowanym piśmie; jak tam też się nie da, to "Ziemniak Polski" czy inny "Ból"; ostatecznie wygłaszam ten tekst na konferencji.
    W naukach prawnych (i podejrzewam, że w innych społ. też) nie ma takiej gradacji, nikt jej nie stosuje
  • adept44_ltd 10.07.12, 13:05
    i może dlatego nie najlepiej z tymi naukami???
    --
    Louder Than Bombs...
  • podworkowy 10.07.12, 13:12
    a skąd ten wniosek, że ie jest najlepiej (nie mówię, ze jest świetnie, jeno pytam)? Ano pewnie stąd, że nie ma publikacji JCR-owskich...i tym sposobem mamy piękny circulus vitriosus...
  • adept44_ltd 10.07.12, 13:18
    no mamy :), ale jedynym wyjściem - jak jest tak świetnie - jest pokazanie tego, jak jest świetnie... i się okaże..., czy jest świetnie, czy nie jest... czyż nie?


    --
    Louder Than Bombs...
  • charioteer1 10.07.12, 13:32
    podworkowy napisał(a):

    > W naukach prawnych (i podejrzewam, że w innych społ. też) nie ma takiej gradacj
    > i, nikt jej nie stosuje

    Moge uwierzyc w to, ze nie ma takiej gradacji w naukach prawnych. Nie znam sie na naukach prawnych, wiec przyjmuje wszystko na wiare. Natomiast nie jest to prawda, jezeli chodzi o nauki spoleczne w ogole. Sa dzialy "ksiazkowe" i sa dzialy "scjentystyczne". W swojej dzialce widze bardzo silna presje na to, by prace "ksiazkowcow" poddawac weryfikacji empirycznej. Stad ktos, kto udziela sie *wylacznie* na lokalnych konferencjach, uwazany jest za osobe idaca po najmniejszej linii oporu.


    --
    Please use elevator, stairs stuck between floors.
  • adept44_ltd 10.07.12, 13:05
    dziwne są nauki prawne...

    ale do rzeczy... są oczywiście różne konferencje i różne pokonferencyjniaki... u mnie jest kilka megaprestiżowych serii (coś w tym jest, że najczęściej serie mają jakość), co do reszty - oczywiście, zdarzają się ciekawe rzeczy, znów statystycznie nie można wykluczyć, niemniej ilościowo przewaga miernych książek (w których publikują ci, których nigdzie indziej nie wydrukują) jest (zwłaszcza była w pewnym momencie) zatrważająca... książka pokonferencyjna nie jest zazwyczaj recenzowana zgodnie z najwyższymi standardami, a mówiąc wprost - kolega koledze... co więcej, jeśli mam do czynienia z uczonym, który nic poza tymi dziełami nie opublikował, to zazwyczaj jest to miernota, których wiele, mają duży dorobek ilościowy, nikt nie czytał... jest ok w świecie, gdzie wystarczy być...
    --
    Louder Than Bombs...
  • pfg 10.07.12, 08:48
    podworkowy napisał(a):

    > jakość tekstów winna być oceniania (przy okazji awansów czy ocen ok
    > resowych) zasadniczo w oderwaniu od publikacyjnych okoliczności

    To prawda, tym bardziej, że w słabych pismach od czasu do czasu pojawiają się dobre teksty, a i sytuacje odwrotne się zdarzają. Jednak zdanie wtrącone w nawiasie zdaje się sugerować, że publikowanie tekstów naukowych służy głównie autorom do poddawania się ocenom i procedurom awansowym. Tymczasem tak - w moim odczuciu - nie powinno być. Publikujemy prace, bo wydaje nam się, że mamy coś ciekawego do powiedzenia, a skoro tak, to nam, autorom, powinno zależeć na tym, aby prace dotarły do jak najszerszego kręgu osób zainteresowanych tą tematyką. Proon co prawda zaprotestuje, ale adept, chario i dala zgodzą się, że o ile dziedzina nie jest bardzo, bardzo wąska, relewantnych tekstów naukowych ukazuje się tak dużo, że nie sposób czytać wszystkiego. Z tej perspektywy publikowanie w piśmie uchodzącym za słabe albo takim, o którym - poza pracownikami lokalnej uczelni - pies z kulawą nogą nie słyszał, jest skazywaniem się na naukowy niebyt.

    Ale jeśli faktycznie tylko liczba opublikowanych prac (sam fakt publikacji) się liczy, to owszem, prace bułgarystyczne trzeba publikować po polsku lub fińsku, polonistyczne po katalońsku czy łotewsku i tak dalej. Któż z łotewskiego komitetu awansowego powie tamtejszemu poloniście "ależ panie drogi, w Polsce już 40 prac na ten temat wydano i temat jest aż do bólu wyeksploatowany"?
    --
    ludzie oderwani od polskości
  • podworkowy 10.07.12, 12:47
    zgoda co do celów publikowania (przynajmniej tak powinno być, że publikujemy, bo mamy coś ciekawego do powiedzenia, a nie dlatego, ze mamy taki obowiązek pracowniczy - podejrzewam jednak, że w najlepszym razie możemy liczyć na motywację mieszaną - u mnie taka jest, ale o proporcjach zmilczmy...:)).
    A co do zasięgu czytelniczego - przynajmniej w naukach prawnych nie ma z tym szczególnego problemu (pamiętajmy o roli monografii), bo po prostu można skorzystać z bibliografii zawartości czasopism, jest internet itp.. Kiedy np. ja się zająłem jakimś problemem, to bez trudu odnalazłem przydatny tekst w czasopiśmie "Prokuratura i Prawo", którego jako żywo wcześniej w rękach nie miałem
  • fajnytoster 08.07.12, 18:40
    I to jest jedna z ciężkich przypadłości polskiej nauki - zamiast koncentrować się na tym żeby wnieść coś nowego w swoim badaniu trzeba robić wszystko żeby przypadkiem nie pominąć żadnego pomniejszego tekściku jaki się ukazał w danym temacie. W rezultacie zamiast rozwijać wiedzę/teorię coraz bardziej detalicznie i w coraz bardziej rozbudowany sposób się ją odtwarza.

    A przekonanie, że można przeczytać wszystko co się ukazało w jakimś temacie jest czystym złudzeniem. No, chyba że ktoś się zajmuje tak niszowym tematem, że jest tylko on(a) i ewentualnie kilku kolegów-fascynatów, którzy w ogóle o tym słyszeli. Ale takie badania to zwykle wyrzucanie pieniędzy w błoto i gadanie z samym sobą. Co zresztą jest również częstą przypadłością polskiej nauki ;)
  • proon 08.07.12, 19:07
    "I to jest jedna z ciężkich przypadłości polskiej nauki - zamiast koncentrować się na tym żeby wnieść coś nowego w swoim badaniu trzeba robić wszystko żeby przypadkiem nie pominąć żadnego pomniejszego tekściku jaki się ukazał w danym temacie. " - nie wiem jak w twojej dyscyplinie, ale w historiografii istnieją konkretne powody zajęcia się określonym problemem: problem nie jest jeszcze zbadany; problem był badany, ale badacze nie uwzględnili istotnych (według nas) źródeł; problem jest zbadany i źródła istotne są uwzględnione, ale został według nas źle zinterpretowane; pojawiły się nieznane do tej pory lub niedostępne źródła, które problem zbadany stawiają w innym świetle; - każdy z tych powodów wymaga znajomości prac poświęconych danemu problemowi - wszystkich
    "przekonanie, że można przeczytać wszystko co się ukazało w jakimś temacie jest czystym złudzeniem. No, chyba że ktoś się zajmuje tak niszowym tematem, że jest tylko on(a) i ewentualnie kilku kolegów-fascynatów, którzy w ogóle o tym słyszeli." - jeżeli jakimś dużym aspektem dziejów Polski (np. dzieje PRL) zajmuje się nawet 200-300 osób, to rocznie do poczytania jest kilkanaście książek i 200-400 artykułów, z czego jak ktoś zajmuje się np. gospodarką PRL to musi poznać jakieś 10-20%; to nie jest chyba ilość powalająca czytelnika swoim ogromem?;
    "Ale takie badania to zwykle wyrzucanie pieniędzy w błoto i gadanie z samym sobą" - ale takie przekonanie tyle ma wspólnego z postawą badacza funkcjonującego w naukach podstawowych, co dupa z trąbką
  • fajnytoster 12.07.12, 01:24
    - nie wiem jak w twojej dyscyplinie, ale w historiografii istnieją konk
    > retne powody zajęcia się określonym problemem: problem nie jest jeszcze zbadany
    > ; problem był badany, ale badacze nie uwzględnili istotnych (według nas) źródeł
    > ; problem jest zbadany i źródła istotne są uwzględnione, ale został według nas
    > źle zinterpretowane; pojawiły się nieznane do tej pory lub niedostępne źródła,
    > które problem zbadany stawiają w innym świetle; - każdy z tych powodów wymaga z
    > najomości prac poświęconych danemu problemowi - wszystkich

    cóż, w większości dyscyplin istnieją przesłanki, żeby się NIE zajmować niektórymi problemami badawczymi, np.: problem jest banalny; problem nic/niewiele wnosi do naszej wiedzy o rzeczywistości gdyż jest zbyt wąski; dane zagadnienie zostało zbadane wzdłuż i wszerz przez 1000 badaczy; nie ma się nic istotnego do dodania do istniejącej wiedzy; problem nie interesuje nikogo oprócz tego kto chciałby go podjąć itd.
    pewnie historiografii te kwestie nie dotyczą, gratuluję nieograniczoności zasobów, współczuję podatnikowi
    no i gratuluję optymizmu co do tego, że wiesz/przeczytałeś wszystko w swojej działce. wątpię bym kiedykolwiek do takiego stanu sam doszedł ;)

    - jeżeli jakimś dużym aspektem dziejów Polski (np. dzieje PRL) zajmuje s
    > ię nawet 200-300 osób, to rocznie do poczytania jest kilkanaście książek i 200
    > -400 artykułów,

    albo kolega jest na bakier z matematyką, albo rzeczywistość u was mocno skrzypi: wychodzi, że jeden badacz publikuje średnio od 0,6 do 2 artykułów rocznie, no i jakąś książkę mniej więcej raz na 2 dekady. wiem, że stawiamy na jakość, a nie na ilość, ale mimo wszystko raczej kiepściutko ;)

    > to nie jest chyba ilość powalająca czytelnika swoim ogromem?;

    oczywiście, da się tyle przeczytać
    ale to tylko przy założeniu, że interesuje cię wyłącznie ta jedna, jedyna działeczka i co za miedzą to już nie - inaczej mówiąc, takie podejście zakłada, że badacza nie interesuje żaden szerszy kontekst badanych zjawisk, tylko dziabie to co sobie upatrzył
    na przykład ten badacz gospodarki PRL nie interesuje się zupełnie jej otoczeniem politycznym, funkcjonowaniem gospodarki w innych krajach totalitarnych i autorytarnych, różnymi modelami gospodarczymi w takich państwach, historią gospodarki w ogóle, ideologiami i ich komponentem ekonomicznym itd. No i nie interesuje go przede wszystkim co nowego w metodologii, zarówno danej dyscypliny, jak i ogólnej. Nie ma żadnych szerszych horyzontów, po prostu jest tylko "facetem od historii PRL" (i np. tylko to może wykładać).
    Jeżeli tak rzeczywiście jest, to nie dziwne, że dyscyplina wygląda tak jak się jawi - nie tylko mi.

    > ą" - ale takie przekonanie tyle ma wspólnego z postawą badacza funkcjonującego
    > w naukach podstawowych, co dupa z trąbką

    Oczywiście. Najbardziej podstawowe (i pewnie wartościowe) badania to takie, którymi zainteresuje się tylko kilka osób. A im tych osób mniej, tym bardziej podstawowe badanie. Ideałem byłyby takie publikacje, które interesują tylko autora, ewentualnie też recenzenta (ale to już za opłatą). I na nie to dopiero warto łożyć z przepastnej kieszeni podatnika.

    Przypomniała mi się stara anegdota:
    Pewien muzyk jazzowy spotkał swojego kolegę-drugiego muzyka jazzowego i mówi do niego: "Wiesz, kupiłem sobie twoją ostatnią płytę...". A tamten na to: "Ach, więc to ty...".

    Badania podstawowe są tym droższe, że trzeba je publikować w książkach z twardą okładką, żeby mogły doczekać narodzin czytelnika, nie? ;)
  • dala.tata 08.07.12, 12:08
    rzeczywiscie, ocena dorobku polega na tym, zeby wyszukiwac tych niezwyklych perelek na internecie.

    nawiasem mowiac, warto przeczytac ze zrozumieniem o co idzie autorowi watku. jemu nie idzie o te perly. jemu idzie o to, GDZIE sie publikuje.

    podworkowy napisał(a):

    > zadaje Pan zbyt rozsądne pytanie jak na to forum...po co się nad tym zastanawia
    > ć, skoro większość piszących tutaj potrafi ocenić dorobek habilitacyjny i każdy
    > inny po przeczytaniu tytułów pozycji i ew. wydawnictw, w których się one ukaza
    > ły, i to w dziedzinach, o których nie mają oni zielonego pojęcia...;)


    --
    I beseech you, in the bowels of Christ, think it possible you may be mistaken.
  • dworzec 07.07.12, 22:27
    cos w temacie z sąsiedniego forum
    Tekst linka
  • chilly 08.07.12, 09:46
    Nie ma więc powodu uogólniać narzekań na doktorantów. Niektórzy są bardzo rzutcy.
  • absolutnie_jezyna 10.09.12, 18:22
    Ty się lepiej skup na poczynaniach własnych, zamiast śledzić dorobek naukowy owego kolegi! Wiesz, ile kasy trzeba władować we własne wydawnictwo? A zasady składu i łamania, dystrybucja, promocja? Ktoś tu mądrze już napisał, że jak ktoś ma własne wydawnictwo i ma książki do wydania to chyba lepiej u siebie niż u innych nie? Dobra publikacja broni się sama, a kapusiów i zazdrośników jest od groma. Takich jak Ty trzeba "zablokować"! Jak tak ma wyglądać nauka polska.....żal...
  • zawistnypolak 10.09.12, 18:47
    PWN nic ci nie wyda.
    Kolega jak najbardziej może, skoro to kolega...
    Swoją drogą ładne knowania polskiej inteligencyji, blokowanie jest godne młodego adepta sztuk humanistycznych.
    Podobno humanistyce coraz gorzej się wiedzie, a ty byś jeszcze blokować chciał.
    Macie warunki na UAMie, to trzeba korzystać.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka