Dodaj do ulubionych

O uprawianiu "nauki" w popularnym obszarze

01.03.15, 20:16
w kontekście toczącej się właśnie dyskusji na forum chciałem się podzielić swoimi spostrzeżeniami o sytuacji w mojej działce badawczej.

Jest to działka interdyscyplinarna, ale w ostatnich 10 latach stała się - m.in. ze względu na nasilenie badanego zjawiska - niezwykle popularna na gruncie dyscyplin społecznych i humanistycznych. 12 lat temu jak zaczynałem swoją przygodę z nauką, było nas 20-30 osób w Polsce, teraz jest co najmniej 200. Nic dziwnego, bo o naszych badaniach piszą gazety i portale internetowe, są pieniądze na badania więc i więcej chętnych do uszczknięcia tego tortu. Oprócz tych 200 osób jest też multum przypadkowych ludzi, którzy załapali się na jakiś grant (najczęściej z funduszy unijnych) i wypichcili raport badawczy/artykuł.

Popularność badań okazała się jednak pewnym przekleństwem.

Niedawno czołowy badacz zwrócił na forum publicznym uwagę, że coraz częściej trafiają do niego obronione prace doktorskie, a nawet książki habilitacyjne które:
a) nie są recenzowane przez nikogo znaczącego ze środowiska akademickiego z tej działki w Polsce
b) nie cytują najważniejszych prac i najważniejszych badaczy w Polsce
co gorsza, postępowania te kończą się sukcesem, a obronieni doktorzy i nowi habilitanci występują jako "eksperci" od tej tematyki. Jest to o tyle bolesne, że ciągle nie jest to osobna dyscyplina naukowa, ale też obszar badawczy o dużej tradycji w Polsce, co znajduje swoje odzwierciedlenie w PAN (osobny komitet problemowy).

Sam recenzuję teksty dla najważniejszych czasopism z tego obszaru badawczego, siłą rzeczy czytam też sporo prac które powstają z tej problematyki. I nagminne jest niestety pomijanie kwerendy krajowej, kompletna wtórność podejmowanych problemów naukowych, nie mówiąc już o żenującym poziomie metodologicznym (typologia na podstawie 4 studiów przypadku, naiwne próby przeglądowo-eksploracyjne). Ja tego nie puszczam, ale niestety czasem te gnioty przez sito się przecisną, co tylko pogarsza sprawę.

Mam więc pytanie: czy jest to zjawisko powszechne? Czy popularność badań musi oznaczać obniżenie poziomu i ich powierzchowność? Czy dostrzegacie problem nadmiernej "fascynacji Zachodem" - czyli pomijanie kwerendy polskiej, a jedynie wyszukiwanie tekstów anglojęzycznych w google scholar?

Proszę nie odczytywać tego jako ataku na wszystkie dyscypliny społeczne i humanistyczne:)
--
Live by the code, die by the sword
Edytor zaawansowany
  • piotrek-256 01.03.15, 20:51
    Nie tylko humaniści mają takie problemy i nie tylko w polsce. To nie jest problem populaności tylko zbyt gwałtownego rozwoju i nie, nie mam pojęcia jak tego uniknąć.
    Jak wymyślę, to równocześnie wymyślę receptę na bańki inwestycyjne dostanę nobla z ekonomii :).
  • flamengista 01.03.15, 21:55
    fenomen jest powszechny, natomiast u nas są pewne specyficzne elementy. Kuriozalny jest brak kwerendy w polskich źródłach - przecież to abecadło. I ci ludzie mają jeszcze fantazję wypisywać, że istnieje potrzeba badań w tym obszarze - podczas gdy takie badania zostały już zrobione:)
    --
    Live by the code, die by the sword
  • loleklolek_pl 02.03.15, 13:28
    Ja tam kwerendy polskiej za bardzo nie robię. Za dużo dziesięciopunktowego badziewia. Ostatecznie wrzucam zazwyczaj, to co usłyszałem na konfach i wydało mi się ciekawe.
  • nieopierzony 01.03.15, 21:32
    Widzę więcej plusów takiej sytuacji:
    - więcej pieniędzy na badania;
    - łatwiej uzyskać grant;
    - łatwiej wytłumaczyć czym się człowiek zajmuje;
    - większa możliwość popularyzacji badań;
    - więcej konferencji gdzie można się zaprezentować;
    - więcej ludzi, z którymi można porozmawiać;
    - więcej ludzi, z którymi można współpracować naukowo.

    Zjawisko "gorszej" nauki chyba trzeba traktować jako nieunikniony skutek generalnie pozytywnej zmiany.
  • flamengista 01.03.15, 22:04
    - granty łapią często ludzie z powiązaniami z urzędami, oferujący niższą cenę i nie mający żadnych kompetencji by badania robić
    - przychodzisz na konferencję, słuchasz referatu i masz poczucie że tracisz czas, mimo że tytuł brzmiał obiecująco
    - recenzujesz artykuł podejmujący badania z twojej dziedziny i ze zdumieniem "dowiadujesz się", że to zupełnie niezagospodarowany, dziewiczy obszar a autor podejmuje pionierskie studium - oczywiście całkowicie pomijając twój wkład
    - w mediach roi się od całej masy "ekspertów" którzy plotą co im ślina na język przyniesie - potem poważni ludzie przesyłają ci do tego link i pytają, czy to faktycznie tak jest
    - irytujące jest "doklejanie się" do tematu - jestem np. ekspertem od sadzenia ziemniaków, popularne jest zarządzanie - więc zostaję ekspertem od zarządzania ziemniakami. Oczywiście nadal na zarządzaniu się nie znam, ale wydaje mi się że znajomość ziemniaków zupełnie wystarczy
    - ludzie zupełnie nie łapią, czym jest interdyscyplinarność - typowe jest, że np. ekonomiści rynku pracy "odkrywają" to, co np. historycy czy socjologowie odkryli 30 lat temu. A wystarczyło przeczytać w googlu...

    Wiadomo, że lepiej zabierać się za tematykę, która jest "na topie", bo dying subject daje minimalne szanse na finansowanie. Ale u nas robi się powoli za ciasno. Sam powoli zaczynam się przekwalifikowywać.

    --
    Live by the code, die by the sword
  • piotrek786 01.03.15, 23:07
    Normalna sytuacja w wielu dziedzinach. Ja normalnie zajmuję się działką A, ale wynikające z niej doświadczenie można wykorzystać w działce "B". Kilka lat temu zaproszono mnie do udziału w projekcie, w którym trzeba opracować technologie związana z działką "B". Wówczas nikt nie był w stanie mi pomóc w realizacji tej technologii.
    Mało tego obecnie uchozący za ekspertów ludzie po prostu przepuścili swoją część pieniążków na różnego rodzaju ekspertyzy tak, ze w ramach mojej części musiałem realizować wiele innych. Ot stara prawda - jeżeli czegoś nie rozumiesz to tego nie ma - niestety dotyczy w olbrzymim stopniu naszych luminarzy :).

    W zeszłym roku przeprowadziliśmy eksperyment - zakończony sukcesem, w międzyczasie okazało się, ze na tej technologii zna się każdy :) !!. I każdy lepiej ode mnie wie, co i jak należy robić żeby to działało dobrze. Tak olbrzymi zalew publikacji na temat jak obecnie nie był widziany nigdy. I - co ciekawe odsetek publikacji rzeczowych, pisanych przez ludzi rzeczywiście wiedzących o co chodzi w badanej metodzie jest nikły.

    Problem moim zdaniem wynika z prostej sytuacji - mianowicie w Polsce zapomniano, ze istnieje coś takiego, jak dyskusja merytoryczna, nikt nie sprawdza sprawozdań z projektów pod kątem poziomu - moim zdaniem nie ma kto sprawdzać bo profesury merytorycznej jest zbyt mało. Nawet próba zrobienia tego klasycznego "sprawdzam" na papierze,i policzenia czy 2+2=4 wedłóg autora czy też 6 nie daje rady bo zwykle poboczni obserwatorzy również często uznający się za ekspertów w tej dziedzinie nie mają przygotowania merytorycznego które byłoby w stanie pozwolic im na zrozumienie merytorycznej dyskusji.
  • piotrek786 01.03.15, 23:10
    Dodam jeszcze odnośnie tego braku możliwości sprawdzenia i wykazania, ze ktoś jest Dyzmą jedną rzecz.
    Coraz częściej ciężko w trakcie dyskusji w gronie naukowców udowodnić coś, co jest oczywiste dla praktyków, nierzadko nawet bez formalnego wyższego wykształcenia. To naprawdę powoduje szczególny przyrost frustracji. Słusznej frustracji.
  • flamengista 02.03.15, 08:28
    nie tylko z resztą na konferencjach, ale i w publikacjach. Do wyjątków należy zaliczyć sytuacje, w których autorzy badań robią na początku porządny przegląd stanu badań. Ludziom się "nie chce" i co gorsza takie gnioty przechodzą, recenzenci się tego nie czepiają!

    W rezultacie zamiast robić kopalnię odkrywkową robimy masowe sezonowe wykopki, a wyniki są płytkie i praktycznie niepublikowalne za granicą. Tu chyba jest pies pogrzebany, stąd biorą się problemy umiędzynarodowienia społ-humów.

    Brak kwerendy&dyskusji merytorycznej = słabe metodologicznie prace = brak sensownych danych = wynik który nadaje się do opublikowania jedynie w studia dziadowiensia koziowolkiewiensia.
    --
    Live by the code, die by the sword
  • piotrek786 02.03.15, 18:18
    Na pociechę dodam jeszcze, ze z dotychczasowego własnego doświadczenia widzę, ze tak jest nie tylko w Polsce. Z ta różnica, ze np. z takiej Wielkiej Brytanii czy Niemiec publikacja trafia do czasopisma w języku angielskim ;).

    Jakież było moje zdziwienie, kiedy trafiłem do jednostki zajmującej się dyscyplina "B" w GB, w której część zespołu ma wielokrotnie większą ilość publikacji każdy na temat "B" niż ja i w trakcie rozwiązywania problemu w ramach wspólnego projektu okazało się, że nie znane im są podstawowe definicje będące abecadłem tej dziedziny. Tam, gdzie w Polsce drzewiej dostałeś od pryncypała często hasło - chłopie stop, wróć się do biblioteki / laboratorium i się jeszcze poducz tutaj ludzie już są częstokroć z pokaźnym dorobkiem. (Pierwsza 3 najlepszych uczelni ponoć).

    Cały czas powtarzam, publish or perish już dawno się zdegenerowało.
  • dobrycy 02.03.15, 18:59
    piotrek786 napisał(a):

    > Cały czas powtarzam, publish or perish już dawno się zdegenerowało.

    Teraz czas na degradacje publish and perish...
  • nullified 03.03.15, 20:34
    piotrek786 napisał(a):

    > Na pociechę dodam jeszcze, ze z dotychczasowego własnego doświadczenia widzę, z
    > e tak jest nie tylko w Polsce. Z ta różnica, ze np. z takiej Wielkiej Brytanii
    > czy Niemiec publikacja trafia do czasopisma w języku angielskim ;).
    >
    > Jakież było moje zdziwienie, kiedy trafiłem do jednostki zajmującej się dyscypl
    > ina "B" w GB, w której część zespołu ma wielokrotnie większą ilość publikacji
    > każdy na temat "B" niż ja i w trakcie rozwiązywania problemu w ramach wspólnego
    > projektu okazało się, że nie znane im są podstawowe definicje będące abecadłem
    > tej dziedziny. Tam, gdzie w Polsce drzewiej dostałeś od pryncypała często hasł
    > o - chłopie stop, wróć się do biblioteki / laboratorium i się jeszcze poducz tu
    > taj ludzie już są częstokroć z pokaźnym dorobkiem. (Pierwsza 3 najlepszych ucze
    > lni ponoć).
    >
    > Cały czas powtarzam, publish or perish już dawno się zdegenerowało.

    a widzisz też że cała istotna różnica między zadupiem jednym a zadupiem drugim jest taka, że tam stoi więcej i bardziej szerokich z większymi kijami? ;)

    --
    never make girl a promise you cannot keep (Cortana)
  • misiekc1 02.03.15, 08:28
    Nie wiem o jakiej dyscyplinie piszesz. Myślę, że moja jest zdecydowanie inna. Z mojej perspektywy odpowiedzi są następujące:

    >Czy popularność badań musi oznaczać obniżenie poziomu i ich powierzchowność?

    Nie. Powoduje za to sporo badań mogących być uznane za wtórne. Np. to samo badanie dla nieznacznie innego przypadku, albo bardzo podobne dla tego samego. Natomiast na powierzchowność zdecydowanie nie ma miejsca, bo recenzenci (w czasopismach, które obserwuję) tego nie puszczą.

    >Czy dostrzegacie problem nadmiernej "fascynacji Zachodem" - czyli pomijanie kwerendy polskiej, a jedynie wyszukiwanie tekstów anglojęzycznych w google scholar?

    Google Scholar plus kilka najważniejszych światowych czasopism z mojej działki to dla mnie podstawowy obszar kwerendy. Jeśli ktoś zarzuciłby mi, że nie zacytowałem jego pracy w "Zeszytach Naukowych ..." (zamiast kropek można wstawić dowolną nazwę polskiej (i nie tylko) uczelni) to używając eufemizmów, miałbym "ubaw po pachy".

    Podkreślam, że to odpowiedzi z perspektywy dyscypliny, w której pracuję. Nie uważam, że moja dyscyplina jest lepsza lub gorsza i nie mam zamiaru nikogo pouczać ani obrażać. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę, że to, jakie kryteria naukowości obowiązują w danej dyscyplinie jest całkowicie zależne od osób z tej dyscypliny. I czekanie aż przyjdzie ktoś z zewnątrz i zrobi z tym porządek (bo jak rozumiem obecny stan Ci się nie do końca podoba), nie jest rozwiązaniem.


  • flamengista 02.03.15, 13:19
    Cytat Natomiast na powierzchowność zdecydowanie nie ma miejsca, bo recenzenci (w czasopis mach, które obserwuję) tego nie puszczą.
    Cóż, w dobrych czasopismach z IF tak właśnie jest. Nie do pomyślenia jest pominięcie całej grupy istotnych dla danego nurtu badań artykułów, bo wytknie to recenzent. Choć na ogół zasugeruje zacytowanie n dodatkowych paperów, własnych i swoich współpracowników.

    CytatGoogle Scholar plus kilka najważniejszych światowych czasopism z mojej działki to dla mnie podstawowy obszar kwerendy. Jeśli ktoś zarzuciłby mi, że nie zacytowałem jego pracy w "Zeszytach Naukowych ..." (zamiast kropek można wstawić dowolną nazwę polskiej (i nie tylko) uczelni) to używając eufemizmów, miałbym "ubaw po pachy".

    Pardon, napisałem niejasno. Owszem, google scholar to podstawa. Ale jeśli ktoś zajmuje się "zarządzaniem ziemniakami" i jako jedyne hasło kluczowe wpisuje w googlu "potato management" i nie sprawdza po polsku, to jest to do bani. Szczególnie, że 3 najważniejsze czasopisma z tej działki mają całą zawartość dostępną online. A po wpisaniu słów kluczowych wszystko bardzo ładnie wyskakuje i jest do ściągnięcia w pdf.

    CytatChciałbym natomiast zwrócić uwagę, że to, jakie kryteria naukowości obowiązują w danej dyscyplinie jest całkowicie zależne od osób z tej dyscypliny.
    No widzisz, ale nasza specyfika polega na tym że dyscypliny... nie ma:) Owszem, nasze badania nazywają się "studia ...", jest komitet problemowy PAN, ale ta działka od dawna jest interdyscyplinarna i zdominowana przez: socjologów, historyków, antropologów, psychologów, demografów, ekonomistów i politologów (w tej +/- kolejności). Więc doktoraty i habilitacje są z tych dyscyplin. Owszem, niektórzy dbają o to by recenzowali eksperci, ale najwyraźniej nie zawsze tak się dzieje.

    --
    Live by the code, die by the sword
  • pisiarz 02.03.15, 08:47
    Chyba nieodłączny skutek popularności. Tak jak z piłką nożną, na której każdy się przecież zna...

    > Czy dostrzegacie problem nadmi
    > ernej "fascynacji Zachodem" - czyli pomijanie kwerendy polskiej, a jedynie wysz
    > ukiwanie tekstów anglojęzycznych w google scholar?

    Gdy się wszystkim młodym od pierwszych lat doktoratu kłądzie do głowy, ze istnieje tylko nauka na Zachodzie, a w kraju to prawie nikt nic nie robi, a jeśli robi - to publikuje na zachodzie - to taki jest tego skutek. Ja przez całe studia doktoranckie nie wiedziałem, że istnieją krajowe czasopisma i wydawnictwa z mojej działki. Dowiedziałem się dopiero pod sam koniec, gdy dostałem zaproszenie na konferencję z publikacją w takim czasopiśmie w pakiecie. Wcześniej też pomijałem kwerendę polską i nie przychodziło mi do głowy, że coś pomijam
  • dama-z-wachlarzem 02.03.15, 13:02
    Ostatnio przeżyłam chyba coś podobnego - musiałam nawiązać do pewnej "modnej" sprawy i poszukiwałam prac na ten temat, jak się okazało, wszystkie były wtórne i powielały jedno i to samo zagadnienie np. obieranie ziemniaków na siedząco, obieranie ziemniaków w dresie na siedząco, obieranie ziemniaków na siedząco w kuchni, żadnych zaś konkretów czy "odkryć", zdania kalkowane, nudaaaa...
    A z innej beczki (to już do innej "modnej" sprawy), spotkałam na jednej konferencji badaczy, którzy stawiali "twarde" tezy (tak jest, tak musi być!), uważając się za ekspertów, alfy i omegi w temacie opierając się jedynie na polskiej literaturze - bo X. i Y. tak napisali, to tak jest. A na pytanie, czy u Johna Smitha też tak jest, to już nie wiadomo było rozmówcy.

    --
    waleczni nieprzyjaciela nie liczą
  • flamengista 02.03.15, 13:24
    ale wyobraź sobie taką sytuację. Wysyłasz jako doktorant artykuł do czasopisma będącego nr 1 w tej działce. No i dlatego tam wysyłasz, bo znane i dużo punktów za to jest. Czasopismo ma stronę internetową z redakcją i wytycznymi. Podejmujesz badania w których specjalizuje się członek tej redakcji, przez co artykuł MUSI przejść przez jego biurko. Czy w takiej sytuacji rozsądek nie podpowiada jednak, by choć z grzeczności go zacytować?

    Albo jeszcze lepiej. Wybierasz się na konferencję całego tego środowiska. Zamiast obiecanego referatu badawczego robisz przeglądówkę badań, pomijając całkowicie polskie badania w tym temacie - a wszyscy eksperci od tej tematyki siedzą na sali i słuchają.

    No więc jak to nazwać? Głupotą czy masochizmem? Albo jednym i drugim...

    No bo jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś wysyła taki gniot do zagranicznego czasopisma - jak jest b. słabe to mu przyjmą, jak lepsze to dostanie desk rejection.
    --
    Live by the code, die by the sword
  • dama-z-wachlarzem 02.03.15, 14:58
    Ależ tak, ja się z Panem zgadzam, bo chyba obojgu chodzi nam o znalezienie tego złotego środka - nasz polski ogródek i zachodnie plantacje, gdzie mają po stokroć lepsze uprawy. Tylko chodziło mi jednak, by przy opisywaniu jakiejś nowości nie mielić tylko polskich "odkryć" na dany temat, a poszerzać kontekst zagranicznymi głosami. To także świadczy o tym, czy ktoś w ogóle po angielsku czyta (tak, moi drodzy, istnieją dyscypliny, gdzie się nie czyta!). Teraz tak sobie pomyślałam, że w swojej dr mam tylko dwa cytaty z książki recenzenta zew. :(((( o rany

    --
    waleczni nieprzyjaciela nie liczą
  • flamengista 02.03.15, 17:32
    tylko podany przykład nie pasuje, bo chodzi o proces który choć uniwersalny w swojej naturze, w ostatnich 10 latach ma wybitnie polski charakter i specyfikę. Bez znajomości tej specyfiki trudno go dobrze zrozumieć i zbadać. W dodatku te prace nie szukają ogólniejszego wzorca poprzez np. analizę porównawczą polskiej i np. pakistańskiej czy filipińskiej sytuacji, tylko po prostu wrzucają zachodnią teorię i opisują specyfikę polską zupełnie jakby jedno w 100% przystawało do drugiego. I przy pominięciu empirycznych badań na ten temat. Ba, te badania nawet pomijają często badaczy zachodnich którzy tym polskim procesem się zajmują ze swojej perspektywy;)

    Ale tu nie chodzi nawet o porządną kwerendę, tylko o zwykłe kompetencje społeczne. Bo jak chcę wejść w interakcję z jakimś środowiskiem, to warto się trochę z nim zapoznać, zamiast przyjść do nich i powiedzieć "ja wiem wszystko najlepiej".

    --
    Live by the code, die by the sword
  • dama-z-wachlarzem 02.03.15, 18:29
    Nadal uważam, że się z Panem zgadzam. Łatwo zachłysnąć się czymś "zachodnim" i przenosić do Polski, a potem czuć się jak zwycięzca, co to sprowadza flance najnowszych szczepów oliwek winnych i sadzi na polu rolnika z Kredek Wielkich. Dziwnie to czasem wygląda, takie kwiatki do polskiego kożucha przypięte. Tylko może znowu ja o tym, a Pan o tamtym, bo ja nie znam Pana dziedziny, a Pan raczej nie zna mojej, nie wiem, ale chyba się mijamy. Wniosek mam jeden: przy pisaniu trzeba myśleć - to fakt, a czasami gdy ściągam sobie doktoraty z repozytoriów to wnioskuję, że według niektórych, to nie trzeba. I pisać można podwójną interlinią. I napisać 120 stron (proszę nie pisać, że ktoś odkrył Amerykę na 20 stronach, wiem, bywa).

    --
    waleczni nieprzyjaciela nie liczą
  • flamengista 02.03.15, 20:42
    problem w tym, że my te oliwki już sadzimy i zbieramy owoce:) przecież wiadomo, że najpierw stosuje się teorie cudze, dopiero jeśli to nie pomaga i nie pasuje do opisu wymyśla się teorie własne.

    Co do doktoratów, to moim skromnym zdaniem wszystkie doktoraty powinny być obowiązkowo dostępne w publicznych repozytoriach. Nie tylko te najnowsze. Byłoby co poczytać.

    BTW: 120 stron podwójną interlinią to przegięcie, ale 1000 stron + 500 aneksu też;)
    --
    Live by the code, die by the sword
  • piotrek-256 02.03.15, 19:05
    Czy istnieje jeszcze w nauce coś takiego jak polemika? W sensie czy można napisać artykuł do czasopisma, że recenzenci mają marchewkę z groszkiem zamiast mózgu, a autor to powinien babki z pisaku lepić miast badania robić, po czym opisujemy błędy metodologiczne i swój pogląd na zjawisko, (ale oczywiści skupiamy się na ubliżaniu autorom poprzedniego tekstu :) )?

    Proponowałbym tez jeździć na konferencje, lub nawet wysyłać na nie studentów z referatami pod tytułem, "Hipoteza dr. X jest łagodnie rzecz ujmując z du..y".

    Może pomoże ;) w dłuższej perspektywie.
  • nieopierzony 02.03.15, 21:20
    Polemika w tym przypadku do odrabianie "pracy domowej" za redakcję. Tekstów bardzo słabych jest bardzo dużo, najgorsze bywają te, które związane są ze "skokiem na habilitację". Jeżeli jakiś doktor publikuje w ciągu pół roku 10 artykułów w różnych czasopismach to znak, że habilitacja się zbliża. Każdy wie po co to jest i istnieje chyba przyzwolenie na takie praktyki.

    Chęć pisania polemik nawet i występuje - jako sprzeciw dla bylejakości, ale można sobie zrobić łatkę naukowego pieniacza. Z mojego środowiska ostatnio kilka polemik poszło w świat, jednak nie jest to chyba działalność pożądana, szczególnie jak miałoby się polemizować z kimś "starszym" stopniem.
  • piotrek-256 03.03.15, 08:44
    No ale flamengisty to chyba profesory, więc mogą trochę dymu robić bo kto im podskoczy...

    A to że niepożądane no to jasne, ale praktycznie wszelkie działania naprawcze są niepożądane, zawsze :). Problem polega na tym, że bez konfliktu nie ma dążenia do weryfikacji cudzych badań i niedługo będziemy czytali prace o jednorożcach biegających po tęczy ;).
  • flamengista 03.03.15, 10:25
    tak się składa, że u nas krytyka naukowa istnieje. Na konferencjach objawia się to czasami w dość niemiły sposób - widziałem już dwie prelegentki doprowadzone do płaczu (mimo, że uwagi krytyczne były rzetelne i dość grzeczne, biorąc pod uwagę skalę zaniedbań).

    Co ciekawe, jest też ciągle praktyka recenzji książkowych i te też są czasami dość krytyczne. W najsłynniejszej doktorant z czołowej uczelni przejechał się po pewnym profesorze jak po łysej kobyle. Recenzja była rzetelna, ale moim zdaniem przekroczyła granice złośliwości (tzn. pewne przytyki można było sobie darować, bo niewiele wnosiły).
    --
    Live by the code, die by the sword
  • dworzec 02.03.15, 16:07
    ale w dużej mierze odpowiedzialność spada chyba na recenzentów i redaktorów czasopism, które publikują teksty oparte o niekompletny przegląd literatury? jak recenzent dobrze wykona swoją robotę to taki tekst uwali lub zasugeruje poprawki typu "zacytuj tego i tamtego", czyz nie?

    co się dziwić autorom, że piszą jak piszą, skoro to przechodzi?
  • flamengista 02.03.15, 17:26
    ja przecież nie mam pretensji tylko do autorów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że do recenzji biorą się ludzie którzy nie są ekspertami w danej tematyce. I dotyczy to nie tylko recenzji artykułów, ale przede wszystkim doktoratów i wniosków habilitacyjnych.

    Niemniej wynik jest taki, jak napisałem. Marny.
    --
    Live by the code, die by the sword
  • dworzec 02.03.15, 19:04
    w ogóle nie powinieneś mieć pretensji do autorów - skoro są frukty i system pozwala to grają tak by wygrać jak najmniejszym nakładem sił; widać zacytowanie kogoś z zagranicy jest bardziej opłacalną strategią niż cytowanie "polskiego ziemniaka";

    patrz jaki wniosek wypływa - nie ma co czytać polskich czasopism bo recenzenci w PL nie wymagają ich znajomości; czytanie zagranicznych może się przydać bo nie dość, że wystarcza by publikować w PL to jeszcze jest niezbędne by publikować za granicą (odwrotna zależność nie zachodzi)
  • flamengista 02.03.15, 20:43
    bo mi się naiwnemu wydawało, że głównie chodzi o zdobycie wiedzy, w tym właśnie celu zawsze robię kwerendę. A tu wychodzi na to, że kwerenda jest po to by nam przyjęli tekst do druku:)
    --
    Live by the code, die by the sword
  • czlowiek.z.makulatury 03.03.15, 10:17
    Wyjaśnię, bo z tego co widzę publikowanie w światowej nauce dalej przed Tobą.

    To oczywiste, że piszemy po to żeby opublikowali, a opublikują, kiedy zacytujemy odpowiednie osoby w redakcji czasopisma oraz zacytujemy czasopismo, które cytuje czasopismo w którym publikujemy. Oprócz tego rzecz jasna nie cytujemy czasopisma, z którym dane czasopismu konkuruje na cytowania. Warto do tego dodać kilka artykułów, które mogą być na temat, ale nie muszą - ważne żeby się obiło redaktorowi o uszy, a redaktor ma tyle abstraktów do czytania, że w zasadzie poza tym nic nie czyta. Przed opublikowaniem rzecz jasna redaktor sprawdzi, czy autor rokuje dalszymi cytowaniami. Jak się to robi, domyśl się sam.

    Następnie do ręki dostaje to recenzent, gdzie losowość jest moim zdaniem olbrzymia - łatwo dostać takiego recenzenta, co Ci uwali cokolwiek nie napiszesz, bo z Polski. Jeszcze łatwiej dostać takiego recenzenta, co uwali, bo skoro jesteś z Polski to de facto naprawdę jest to prawdopodobnie słabe i będzie miał niestety rację. Rejection rate na poziomie 90% w najlepszych czasopismach nie bierze się z niczego, bo nawet jak dostaniesz dwie pozytywne recenzje (jestem na świeżo po takim czymś) i wprowadzisz poprawki, to redaktor i tak pierdyknie do kosza, ponieważ na poziomie cytowań zawsze będziesz za konsorcjami amerykańskich uczelni czy europejskich, gdzie jest prikaz cytowania się nawzajem. W związku z tym, że każdy na starcie ma kilkadziesiąt publikacji na JCR i Hirsche napompowane współpracą, to w zasadzie jesteś od razu wydymany bez wazeliny. Jeżeli mimo to redaktor się pochyli, to jako idiocie z jakiegoś tam wschodu powciska Ci cytowania do Twojej pracy, takie, że sam będziesz zdziwiony skąd się to wzięło.

    Ostatecznie to kogo cytujesz w pracy, nie ma nic wspólnego z wiedzą, ważne jest to po co cytujesz, a cytujesz po to, żeby opublikowali.



    --
    If I have seen further it is by standing on ye sholders of my own maculature.
  • flamengista 03.03.15, 10:20
    CytatJeżeli mimo to redaktor się pochyli, to jako idiocie z jakiegoś tam wschodu powciska Ci cytowania do Twojej pracy, takie, że sam będziesz zdziwiony skąd się to wzięło.

    Heh, sam lepiej bym tego nie ujął.
    --
    Live by the code, die by the sword
  • carnivore69 02.03.15, 16:33
    Nie zauwazylem, zeby broniacy doktoratow na Stockholm School of Economics czy University of Amsterdam robili osobna kwerende szwedzka czy holenderska. Jesli cos z danego kraju sie wybilo - do przegladu literatury trafi i tak, ale zeby tak z zalozenia...?

    Pzdr.
  • flamengista 02.03.15, 17:24
    jeśli obiektem badań jest zarządzanie ziemniakami, a problemem badawczym - zarządzanie ziemniakami na polskich farmach - to większość badań jest prowadzona w Polsce, przez polskich badaczy, prawda?

    Oczywiście warto zrobić przegląd badań nad zarządzaniem ziemniaków gdzie indziej, bo pewnie są niektóre elementy uniwersalne, ale jest też polska specyfika...
    --
    Live by the code, die by the sword
  • dobrycy 02.03.15, 17:57
    flamengista napisał:

    > jeśli obiektem badań jest zarządzanie ziemniakami, a problemem badawczym - zarz
    > ądzanie ziemniakami na polskich farmach - to większość badań jest prowadzona w
    > Polsce, przez polskich badaczy, prawda?
    >
    > Oczywiście warto zrobić przegląd badań nad zarządzaniem ziemniaków gdzie indzie
    > j, bo pewnie są niektóre elementy uniwersalne, ale jest też polska specyfika...

    Dla nas ważniejsze są amerykańskie ziemniaki niż polskie, na co wskazuje
    wypadnięcie Ziemniaka Polskiego z listy ministerialnej oraz wysoka
    punktacja American Journal of Potato Research
  • dama-z-wachlarzem 02.03.15, 18:31
    U made my day! Thx :)

    --
    waleczni nieprzyjaciela nie liczą
  • piotrek786 02.03.15, 19:32
    a'propos nowego wydania AJPR:

    R2-like Gene Contributes to Resistance to Phytophthora infestans in Polish Potato Cultivar Bzura

    Jarosław Plich, Beata Tatarowska, Renata Lebecka? (February 2015)

    :)
  • nobooks 03.03.15, 06:23
    Zaraz obok masz następną polską pracę (NCN-funded, Open Access). Z 3 obecnie najnowszych 2 są polskie. Czyli ziemniaki polskie mają się nawet lepiej niż fizyka ;-)
  • nullified 03.03.15, 20:43
    dobrycy napisał:


    > Dla nas ważniejsze są amerykańskie ziemniaki niż polskie, na co wskazuje
    > wypadnięcie Ziemniaka Polskiego z listy ministerialnej oraz wysoka
    > punktacja American Journal of Potato Research

    a potem się dziwicie że zamiast pomidorków wyrasta wam barszczyk Sosnowskiego ;p
    --
    never make girl a promise you cannot keep (Cortana)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka