Dodaj do ulubionych

publikacje- punkty- parametryzacja- pieniądze- ???

08.08.17, 19:57
Jestem mało zorientowany w (co już jednak zauważyłem) skomplikowanych zasadach finansowania polskiej nauki, ale, jak rozumiem, za publikacje dostaje się punkty, które mają znaczenie dla parametryzacji jednostki, co ma z kolei wpływ m.in. na dotację dla danej jednostki (mam nadzieję, że ww. tok myślenia jest prawidłowy?). Punkty za publikacje to po prostu pieniądze dla jednostki?

Stąd mamy szalejącą na uczelniach punktozę i nacisk na kolekcjonowanie punktów. Zaobserwowałem, że coraz częstszym skutkiem tego nacisku jest autoplagiat, bo przecież tak najłatwiej i najszybciej można zdobyć dużą ilość punktów; po prostu pisać dużo o tym samym. Przecież autoplagiatować można bez końca, można n-razy pisać o tym samym i zbierać n razy pkt a jednostka otrzymuje za te punkty n *r/t +24 PLN. Ew. może jeszcze opłacają się jakieś machinacje ze współautorstwem....

Ale skoro za punktami "idą" pieniądze - czy nikt nie będzie tego weryfikował? No właśnie, kto mógłby być zainteresowany weryfikacją "jakości" zgromadzonych przez jednostkę punktów? NIK? PAKA? Inne uczelnie, które dostały mniejszą dotację, gdyż miały mniej punktów? Czy to tak działa, że jednostki "konkurują" punktami o pieniądze?

Pytam dlatego, że dla mnie ten system jest absurdalny; jednostkom najbardziej opłaca się zatrudnić na 2-3 lata "nabijacza punktów". Optymalnie jest chyba zatrudnić albo inaczej zdobyć afiliację od "młodego" doktora, żeby "przerobił" swój doktorat na miliard punktów (broń Boże nie na monografię - tylko 25 punktów, ale raczej na 25 artykułów z doktoratu) a następnie na jego miejsce zatrudnić/mieć afiliowanego następnego "młodego" doktora. Warto jeszcze tolerować pracownika - "nabijacza punktów" - nic to, że np. autoplagiatując swój doktorat nie tworzy swojego dorobku. Nie opłaca się natomiast pracownik prowadzący badania, gdyż punkty będą później.

Szczerze pisząc, to aż nie chce mi się wierzyć, że doprowadzono do takiego absurdu, więc może ja się mylę i czegoś nie rozumiem? (to nie jest sarkazm, to po prostu :0).

Edytor zaawansowany
  • 08.08.17, 20:26
    trudownik napisała:

    > Pytam dlatego, że dla mnie ten system jest absurdalny;

    To trafiles na zle forum jezeli liczysz na dyskusje. Tu wszyscy sa o tym od dawna przekonani.
  • 08.08.17, 20:29
    Dzięki za odpowiedź - czyli się nie mylę :(. A co z pozostałymi moimi wątpliwościami? Chodzi mi głównie o weryfikację "jakości" punktów. Nikogo to nie interesuje i prawdopodobnie interesować nie będzie?
  • 08.08.17, 23:32
    Oczywiście, jak sie nauczyczysz robić nauke dla punktów, to zauważysz że dobrze jest jak jest, i co najwyżej będziesz pomstować na tych nierobów co nie przynoszą dość punktów
  • 08.08.17, 23:57
    "Oczywiście, jak sie nauczysz robić nauke dla punktów"
    Problem polega na tym, że można być zmuszanym do "robienia nauki dla punktów" przez kierownictwo jednostki. Ja obserwuję właśnie taką sytuację; nie ważne co ktoś napisał, ważne ile ma punktów.
  • 09.08.17, 09:39
    Teoretycznie weryfikacją jakości jest tytuł czasopisma. Równie teoretycznie liczba kudryków jest wprost proporcjonalna do jakości. Ale: chociaż koledzy produkujący się na liście A czasem ponarzekają, to "goodness of fit" zależności jakość - kudryki nie jest zła. Za to na liście C najważniejsze czasopisma z dziedziny zwykle mają mniej kudryków niż coś krajowego z listy B.
    Przepraszam za truizmy, ale wszyscy lubimy je powtarzać.
  • 09.08.17, 09:46
    Dziękuję za odpowiedź! A co z autoplagiatami?
  • 08.08.17, 23:57
    Nie, to zupełnie inne mechanizmy. Od punktów zależy tylko kategoria naukowa wydziału (A+, A, B lub C), w praktyce: A lub B, bo skrajne kategorie są bardzo rzadkie. Wydział kategorii B ma finansowanie działalności badawczej (dotacja statutowa) o 30% niższe niż wydział kategorii A (tej samej wielkości i tej samej "kosztochłonności", bo dotacja ta zależy od liczby pracowników i dziedziny badań). I tyle. Gdy naprodukowanie publikacji nie podwyższa kategorii (a do A+ to w ogóle prawie się nie da wskoczyć, no i chyba samą "punktozą" nikt dotąd jeszcze na A+ nie zarobił), to w zasadzie - nic nie daje.

    Od obecnego roku od kategorii naukowej uzależniona jest też dotacja dydaktyczna (czyli fundusz płac), ale tu o wiele więcej zależy od manipulacji przy strukturze uczelni (łączenie wydziałów niskiej kategorii itp.) niż od publikacji.

    Zatem: od punktozy zależy niewiele (i dobrze), ale od jakości naukowej - też niewiele (to gorzej).
  • 09.08.17, 00:01
    Bardzo dziękuję za odpowiedź! A co z weryfikacją "jakości" punktów?
  • 09.08.17, 01:13
    prosta mozesz zglosic tylko 3 publikacje na pracownika - zatem nie liczy sie ilosc a jakosc. W Polsce problem jest duze splaszczenie - najlepsza publikacja ma 50 a polska 15. Wg nowych zasad ma sie to zmienic i roznice maja byc bardzo duze, a zatem bedzie Ci sie oplacalo napisac jedna np. za 1000 pkt niz 10 za 10 pkt.
  • 09.08.17, 09:32
    A może jednak warto powtórzyć, że w wyniku zasady 3N-2N0 7+7<10 - taka arytmetyka obowiązuje w parametryzacji. dwa mniej kudrykowne artykuły nie zastąpią jedego bardziej kudrykownego. Społ-humach (zwłaszcza w humach), gdzie <15 kudryków to cud mniemany -contra Trudownik- lepiej zrobić monografię za 25 kdr niż 25 papierów po 7 kdr.
  • 09.08.17, 09:37
    pan.toranaga napisał:

    > A może jednak warto powtórzyć, że w wyniku zasady 3N-2N0 7+7<10 - taka ary
    > tmetyka obowiązuje w parametryzacji. dwa mniej kudrykowne artykuły nie zastąpią
    > jedego bardziej kudrykownego. Społ-humach (zwłaszcza w humach), gdzie <15
    > kudryków to cud mniemany -contra Trudownik- lepiej zrobić monografię za 25 kdr
    > niż 25 papierów po 7 kdr.
    Sytuacja wygląda inaczej w kuźniach kudryków gdzie 35 i 40 kudrykowych artykułów jest powyżej 3N-2N0. Tworząc gniota filadelfijskiego często nie wiesz za ile punktów pójdzie, a żeby sie liczył musi przebić próg, więc
    trzeba produkować dużo, żeby częśc sie załapała.
  • 09.08.17, 14:06
    Zobaczymy jak bedzie wygladala nowa ustawa, bo zgodnie z plotkami i glosami istnieje mozliwosc zmiany punktow. Zobacz np. ta propozycje

    Zaproponowano, by czasopisma z 4 kwartyla WoS otrzymały 20 pkt., z 3 kwartyla – 100 pkt., z 2 kwartyla – 500 pkt., a z 1 kwartyla – 2500 pkt. z ewentualną premią (np. czynnik dwa) za publikacje w najbardziej prestiżowych czasopismach multidyscyplinarnych, aczkolwiek widac nawet po glosach komitetu, ze prof. Marian bedzie protestowac :)

    nkn.gov.pl/rekomendacje-grupy-doskonalosc-naukowa-nkn-dotyczace-metod-promowania-doskonalosci-w-nauce/?utm_content=buffer90ebf&utm_medium=social&utm_source=facebook.com&utm_campaign=buffer#_Toc487407303

  • 09.08.17, 17:19
    Sam kierunek niezły, ale oczywiście propozycja wyszła od ściślaków i nauk doświadczalnych typu biotechnologia, w których publikacja w Q2 JCR to minimum przyzwoitości, bo Q1 to lokalne zeszyty naukowe. Zupełnie nie uwzględnia humanistyki, w której JCR praktycznie nie ma. No i dużej części nauk społecznych. W mojej działce są 4 czasopisma na JCR, z czego 2 na Q3 i 2 na Q4. Owszem, mogę próbować w topowych czasopismach ekonomicznych czy socjologicznych, ale musi być wyjątkowo mainstreamowy i modny temat.

    Niemniej większe rozwarstwienie musi być, bo to są absurdy. Nie może być tak że mój tekst w czasopiśmie z Q4 po 2 major revisions, a wcześniej 3 desk rejection i jednym wycofaniu (bo przez 6 miesięcy nie znaleziono recenzentów) daje 25 punktów, zaś napisany w 2 dni podczas obrad projektowych tekst "na zaliczenie projektu" bez jednej recenzji jest za punktów 14.

    Kłopotem jest oczywiście dół JCR - tu jest olbrzymia dysproporcja. W ekonomii mogą być np. solidne Economics Letters i "cwaniackie" czasopismo z dawnego bloku wschodniego dla krewnych i znajomych królika. Ale i tak jest kontrola ze strony właścicieli WoS, więc z czasem te czasopisma wypadają. Wolę, żeby kilku cwaniaków się załapało na dodatkowe punkty niż żeby solidni badacze publikujący w przyzwoitych czasopismach byli karani.

    Mnie w nowej oceni martwią bardziej propozycje, by uwzględniać tylko publikacje z dyscypliny, w których jednostka ma uprawnienia habilitacyjne. To zupełny absurd bo marginalizuje badania interdyscyplinarne.

    --
    But Yossarian knew he was right, because, to the best of his knowledge he had never been wrong.
  • 09.08.17, 17:01
    Tak jest to absurd ale można zgłosić tylko 3n publikacji, gdzie n to liczba pracowników zatrudnionych w jednostce. Więc nawet zakładając, że dalej jak w badaniach Kwieka ponad 40% naukowców nie publikuje nic (myślę, że to się trochę zmieniło na plus, choć nie w zakresie jakości publikacji) to nie opłaca się zgłaszać "nabijacza punktów" z autoplagiatami, bo takie rzeczy to jednak przechodzą w słabych czasopismach listy B. U nas mimo że to tylko ekonomia publikacje poniżej 10 punktów nie wchodzą do parametryzacji.

    Są jednak też pozytywne efekty tej punktozy. Na przykład u nas mamy rewolucyjne zmiany - pieniądze na badania statutowe dzielone są na katedry według rocznego "urobku" punktowego. Wcześniej były dzielone wg. liczby 1) profesorów 2) samodzielnych i 3) adiunktów. Dodatkowo nagrody rektora mają być przyznawane dla top 5% publikujących wg. listy ministerstwa. W ten sposób pieniądze z dotacji statutowej oraz na nagrody za pracę naukową trafiają do najbardziej produktywnych.

    Oczywiście problem pozostaje z punktacją czasopism. Przynajmniej połowa listy B do niczego się nie nadaje. Ciągle niechlubnym standardem są polskie czasopisma, w których autor nie dostaje recenzji do wglądu i w których współczynnik przyjmowanych prac wynosi ponad 75%. W ten sposób karze się solidne redakcje które wprowadziły cywilizowane procedury z myślą o wejściu na Scopusa lub WoS. No i dysproporcja między najlepszymi czasopismami listy A (40-50) a najlepszymi czasopismami listy B (14-15) jest zbyt mała.

    --
    But Yossarian knew he was right, because, to the best of his knowledge he had never been wrong.
  • 09.08.17, 18:29
    "Są jednak też pozytywne efekty tej punktozy. Na przykład u nas mamy rewolucyjne zmiany - pieniądze na badania statutowe dzielone są na katedry według rocznego "urobku" punktowego. Wcześniej były dzielone wg. liczby 1) profesorów 2) samodzielnych i 3) adiunktów. Dodatkowo nagrody rektora mają być przyznawane dla top 5% publikujących wg. listy ministerstwa. W ten sposób pieniądze z dotacji statutowej oraz na nagrody za pracę naukową trafiają do najbardziej produktywnych."

    Nie podzielam Twojego zachwytu ww. systemem rozdziału środków, bo pewnie wiesz, jaka jest relacja pomiędzy ilością publikacji a jakością publikacji w krótkich okresach czasu.

    "Ciągle niechlubnym standardem są polskie czasopisma, w których autor nie dostaje recenzji do wglądu".

    Zastanawiam się, czy jest to dopuszczalne, czy można domagać się dostępu do recenzji?
  • 09.08.17, 19:55
    Nie podzielasz zachwytu, bo nie wiesz jak było wcześniej. A wcześniej było tak, że te środki z badań statutowych były rozdawane "za zasługi". W rezultacie były koszmarnie marnowane przez zespoły, w których pozorowano badania naukowe. Na początku mojej asystentury słyszałem o katedrze, w której co roku profesor fundował z BS wyjazd turystyczny dla całego zespołu w egzotyczne miejsce. Oczywiście nikt nie wygłaszał nawet referatu. Środki z BS trafiały do ludzi, którzy przez 10-15 lat od uzyskania tytułu profesora potrafili nie poprowadzić jednego grantu z KBN i nie napisać 1 artykułu do solidnego czasopisma z listy B. Część z nich traktowały te środki jak prywatny fundusz wyjazdowy, z którego młodzi pracownicy nauki nie zobaczyli ani grosza.

    U nas na razie trzeba przywracaić normalność - to znaczy, żeby ci co robią cokolwiek dostawali więcej niż ci którzy nic nie robią. Dopiero kolejnym krokiem może być premiowanie tych co prowadzą ambitniejsze badania od tych, którzy prowadzą badania wtórne. Nie wszystko na raz:)

    Problem relacji między ilością a jakością jest drugorzędny, gdy na poziomie uczelni na ca. 500 pracowników naukowych możemy mieć do parametryzacji wykazane jakieś 50 publikacji na liście A. A to jest norma nie tylko u nas, ale w całej polskiej ekonomii. Jak co drugi nasz pracownik naukowy będzie regularnie publikować na "filadelfijskiej", to można zacząć się martwić o "powierzchowność" badań.

    Co do dopuszczalności takiego procederu w czasopismach... Otóż jest to niedozwolone. Ale nikt z tym nic nie robi. Swego czasu dałem mój tekst do najważniejszego czasopisma polskiego z zakresu tematyki międzynarodowej. Najpierw dostałem z redakcji informację, że w załączeniu jest plik z uwagami. Ok, poprawiłem tekst według tych (ogólnych) zaleceń. Po czym dostałem info, że recenzent uznał że moje poprawki (do recenzji której nie dostałem) są niewystarczające. Podziękowałem więc za tą informację i grzecznie poprosiłem o recenzję - od razu zaznaczając, że jest mi potrzebna by tekst poprawić i wysłać tekst do innego czasopisma. Najpierw mnie ignorowano, a po ponagleniach sekretarz redakcji napisała mi że "moje żądania" (w domyśle: agresywne i niczym nieuzasadnione:) przekazała do redaktora naczelnego, wielkiego profesora z CK. I na tym sprawę zakończyłem.

    --
    But Yossarian knew he was right, because, to the best of his knowledge he had never been wrong.
  • 09.08.17, 20:23
    Co do dopuszczalności takiego procederu w czasopismach... Otóż jest to niedozwolone. Ale nikt z tym nic nie robi. Swego czasu dałem mój tekst do najważniejszego czasopisma polskiego z zakresu tematyki międzynarodowej. Najpierw dostałem z redakcji informację, że w załączeniu jest plik z uwagami. Ok, poprawiłem tekst według tych (ogólnych) zaleceń. Po czym dostałem info, że recenzent uznał że moje poprawki (do recenzji której nie dostałem) są niewystarczające. Podziękowałem więc za tą informację i grzecznie poprosiłem o recenzję - od razu zaznaczając, że jest mi potrzebna by tekst poprawić i wysłać tekst do innego czasopisma. Najpierw mnie ignorowano, a po ponagleniach sekretarz redakcji napisała mi że "moje żądania" (w domyśle: agresywne i niczym nieuzasadnione:) przekazała do redaktora naczelnego, wielkiego profesora z CK. I na tym sprawę zakończyłem.

    Ja miałem taką sytuację;

    mail od Redakcji nr 1: artykuł zostanie poddany standardowej procedurze recenzyjnej, o której wynikach zostanie Pan powiadomiony.
    mail od Redakcji nr 2: przesłany przez Pana artykuł nie zostały zakwalifikowany do publikacji na łamach naszego czasopisma.

    na mój mail z prośbą o możliwość zapoznania się z recenzjami mojego artykułu, co byłoby dla mnie przydatne w dalszej pracy nad problematyką (...) odpowiedziała mi cisza, która trwa już rok :).

    Zastanawiam się, czy jest jakiś organ, któremu można by zasugerować kontrolę procesu recenzyjnego w ww. czasopiśmie.
  • 09.08.17, 22:13
    Ja bym wysłał do Kulczyckiego, który jest w zespole do oceny czasopism.

    --
    But Yossarian knew he was right, because, to the best of his knowledge he had never been wrong.
  • 10.08.17, 00:21
    Ja bym nie wysyłał, bo to chyba jest polska norma, po co mu głowę na wakacjach zawracać. U mnie było tak, że dostałem wycięte z tekstu zdania, ale całości nigdy. Dowiedziałem się, że "recenzja jest do wyłącznej wiadomości redakcji". Jak odkryłem, że redaktor naczelna nigdy w życiu nie opublikowała nic poza Polską, przestałem się awanturować ;)
  • 10.08.17, 13:33
    Dzięki za informację - na wakacjach nikomu głowy zawracał nie będę, ale po wakacjach - kto wie ;).
  • 10.08.17, 00:55
    trudownik napisała:

    > Stąd mamy szalejącą na uczelniach punktozę

    Co rozumiesz przez punktozę?

    U mnie niewątpliwie spadła liczba niepublikujących, co wiąże się raczej z częstymi i czasem bolesnymi ocenami okresowymi. Jeśli ktoś opublikuje cokolwiek raz na 2 lata i przychodzi do pracy trzeźwy, to może się czuć dość bezpiecznie - o ile ma umowę na czas nieokreślony.

    > i nacisk na kolekcjonowanie punktó
    > w.

    nie zaobserwowałem tego zjawiska. Nie zaobserwowałem kolekcjonowania punktów. Zaobserwowałem za to wzrost zainteresowania czasopismami z dwóch górnych kwartyli.

    > Zaobserwowałem, że coraz częstszym skutkiem tego nacisku jest autoplagiat,

    Bardzo rzadkie zjawisko, w mojej branży trudne do zaobserwowania, co nie znaczy, że nieznane.

    > b
    > o przecież tak najłatwiej i najszybciej można zdobyć dużą ilość punktów; po
    > prostu pisać dużo o tym samym.
    .

    Mieszasz dwie rzeczy. Większość naukowców całe życie pisze o tym samym. Co nie znaczy, że to autoplagiat. Najbardziej wzruszające są prace, widziałem takie dwie, różnych autorów (PL), w których poprawiają swoje metody opracowane 10 lat wcześniej. Nie mając świadomości, że już 10 lat temu powinni zrobić *co najmniej* to, na co wpadli teraz. Ech, ale ich prawie nikt nie czyta.


    Przecież autoplagiatować można bez końca
    > , można n-razy pisać o tym samym i zbierać n razy pkt a jednostka otrzymuje za
    > te punkty n *r/t +24 PLN.


    W mojej jednostce do kategoryzacji liczą się tylko artykuły za co najmniej 35 pkt. W Warszawie w analogicznej jednostce - za 40 pkt. Nie widziałem jeszcze autoplagiatu czy nawet "pracy o tym samym przez całe życie" w czasopismach z tych półek. Próg 35 punktów powinien wpłynąć choćby na to, kto obejmuje zakłady, katedry etc., ale nie zauważyłem tej korelacji, chyba że dostaniemy po d...kategorią B. No, ale wtedy nic nas nie uratuje.

    > Ew. może jeszcze opłacają się jakieś machinacje z
    > e współautorstwem....

    te się robi dla osobistej kariery. Klasyka, z którą się spotkałem kilka razy, to danie współautorstwa komuś z zagranicy tylko po to, by móc się wykazać współpracą międzynarodową. O pompowaniu doktorantów to aż szkoda strzępić klawiatury. Wyobrażam sobie też pompowanie kadry wyższej dokonaniami kadry niższej - mechanizmy są gotowe i sprawdzona i dziwne by było, gdyby ktoś tego nie zauważył i nie wykorzystał.

    > Ale skoro za punktami "idą" pieniądze - czy nikt nie będzie tego weryfikował?

    Po co? Jeżeli te artykuły to nie są ordynarne plagiaty, nie zmyśla się danych, a jesli się zmyśla, to nie celuje się w 3 górne kwartyle, to kontrola środowiskowa prawdopodobnie nie zadziała, a innej na pewno nie będzie.

    > No właśnie, kto mógłby być zainteresowany weryfikacją "jakości" zgromadzo
    > nych przez jednostkę punktów? NIK? PAKA? Inne uczelnie, które dostały mniejszą
    > dotację, gdyż miały mniej punktów?[

    I dlatego te dane są tajne łamane przez poufne. NIK, PAKA - daj spokój, wyluzuj. Inne jednostki byłyby zainteresowane, bo teraz kategoryzacja dla wielu może być kwestią życia i śmierci (odkąd zaczęła wpływać także na dotację dydaktyczną), ale podejrzewam, że wszelkie dane "surowe" zostaną wojenno tajne. Inaczej KEJN-owi nie starczyłoby 4 lata, żeby dać sobie radę z wszelkimi odwołaniami, zwłaszcza że jak będą dane, to będą narzędzia do spotkania się w sądzie.

    > Czy to tak działa, że jednostki "konkurują" punktami o pieniądze?

    Większa konkurencja jednostek o pieniądze dotąd była w grantach. Których przyznawanie jest również mało transparentne, dzięki czemu nikt się nie procesuje :-) Z tym że możliwość wpływania władz jednostek na liczbę zdobywanych grantów wydaje się niewielka.

    > Pytam dlatego, że dla mnie ten system jest absurdalny;

    Raczej ma absurdalne efekty uboczne. Pytanie, czy więcej pożytku jest w efektach zakładanych, czy szkody w tych ubocznych. Ja uważam, że dobrze przeprowadzona parametryzacja ma większy potencjał w zakresie możliwości prowadzenia polityki naukowej na poziomie jednostki/dyscypliny/kraju niż dotychczasowy system habilitacyjno-profesorski. No, tylko czy ten potencjał jest właściwie wykorzystywany - to już inna bajka.

    > jednostkom najbardziej o
    > płaca się zatrudnić na 2-3 lata "nabijacza punktów".

    Wątpię, czy jest wiele jednostek, w których działania podejmuje się z horyzontem czasowym obejmującym kolejną kadencję. Zmiana władz następuje w środku okresu parametryzacyjnego.

    > Optymalnie jest chyba zat
    > rudnić albo inaczej zdobyć afiliację od "młodego" doktora, żeby "przerobił" swó
    > j doktorat na miliard punktów (broń Boże nie na monografię - tylko 25 punktów,
    > ale raczej na 25 artykułów z doktoratu) a następnie na jego miejsce zatrudnić/m
    > ieć afiliowanego następnego "młodego" doktora. Warto jeszcze tolerować pracowni
    > ka - "nabijacza punktów" - nic to, że np. autoplagiatując swój doktorat nie two
    > rzy swojego dorobku.

    Nie. Młody doktor ma umowę na czas określony. TO JEST CZYNNIK DECYDUJĄCY.

    > Nie opłaca się natomiast pracownik prowadzący badania, gdy
    > ż punkty będą później.

    Jak wyżej. Punkty w strategii władz wydziału to czynnik nie pierwszo- i nie drugorzędny. Piątorzędny. Czyli taki, którego nie ma. Chyba że jednostka dostanie po palcach kategorią B. Inna sprawa, że władze wydziału z progiem odcięcia na poziomie 35-40 punktów mają ograniczony wpływ na to, jak istniejącą kadrę zmotywować do zwiększenia wydajności.

    > Szczerze pisząc, to aż nie chce mi się wierzyć, że doprowadzono do takiego absu
    > rdu, więc może ja się mylę i czegoś nie rozumiem? (to nie jest sarkazm, to po
    > prostu :0).

    Ale pamiętaj, że ten absurd ma w swych szczytnych założenia doprowadzić do ograniczenia innych absurdów, o których na przykład napisał obok fla.
  • 10.08.17, 10:33
    Jak wyżej. Punkty w strategii władz wydziału to czynnik nie pierwszo- i nie drugorzędny. Piątorzędny.

    Skonfundowany zapytam: co jest (a powinno) zatem na pierwszym miejscu w strategii władz uczelni?
    Skoro punkty (będące funkcją jakości badań????) nie, dydaktyka raczej też nie bardzo w świetle współczynnika 1/13, zatem nie przyciągnięcie kandydatów na studia.
  • 10.08.17, 12:18
    Przeżycie/przetrwanie kolejnego roku.
  • 10.08.17, 13:04
    łatwe zadanie. Nie trzeba przecież nic robić.
  • 10.08.17, 13:35
    Jasne ;), z tym, że trzeba mieć umowę na czas nieokreślony :P
  • 10.08.17, 14:58
    p-tau napisał(a):

    > łatwe zadanie. Nie trzeba przecież nic robić.

    W większości przypadków właśnie tak jest. Jak to kiedyś ładnie określiła chario (cytuję z pamięci), system zarządzania polskimi uczelniami jest tak skonstruowany, żeby największy debil na kierowniczym stanowisku nie był w stanie niczego popsuć. Dlatego głównym zadaniem polskiej uczelni jest trwanie. Dryf. Ma to i swoje dobre strony, jak się pomyśli, że tak nierychliwą organizację mieliby przejąć Misiewicze Dobrej Zmiany. Z drugiej strony ta nierychliwość jest odziedziczona po PRL co oznacza, że chyba jednak przejęcie uczelni byłoby łatwiejsze i szybsze niż moglibyśmy się tego spodziewać. W końcu wszyscy jesteśmy na jednym garnuszku, który już jest przejęty, tylko jego obecny dysponent z tego faktu jescze nie korzysta, mając otwarte inne fronty

    Akurat mój dziekan ma jednak inny problem, każdy styczeń wita planowanym długiem w kwocie nakazującej natychmiastowe, radykalne kroki naprawcze. No i weź tu człowieku skonfrontuj nierychliwy system nastawiony na trwanie z kryzysem wymagającym śmiałych i bolesnych decyzji...
  • 10.08.17, 16:17
    Akurat mój dziekan ma jednak inny problem, każdy styczeń wita planowanym długiem w kwocie nakazującej natychmiastowe, radykalne kroki naprawcze. No i weź tu człowieku skonfrontuj nierychliwy system nastawiony na trwanie z kryzysem wymagającym śmiałych i bolesnych decyzji...
    O! Tak jak w mojej "firmie". Twój dziekan przemęczy się jeszcze 3 lata (koniec kadencji), a później to nie jego problem.
  • 10.08.17, 12:28
    "Jestem mało zorientowany w (co już jednak zauważyłem) skomplikowanych zasadach finansowania polskiej nauki"

    Zasady nie są wcale skomplikowane. Generalnie chodzi o to, żeby polski naukowiec klepał punkty publikując w czasopismach, których nikt nie czyta, zamiast robić cokolwiek pożytecznego. Najlepszą odpowiedzią jest nie przejmowanie się i robienie swojego do momentu, w którym Cię wyrzucą. W międzyczasie można nabywać kompetencji mających jakąś wartość poza uczelnią.
  • 10.08.17, 13:39
    Mam bardzo podobne przemyślenia - po 8-9 latach uczelnia może przecież zatrudnić kolejnego młodego doktora a taki młody doktor lepszy, bo "nowym" łatwiej manipulować.
  • 10.08.17, 15:28
    Doprawdy? Za 2 lata muszę zatrudnić młodego doktora, bo koleżanka pójdzie na emeryturę. Oczekuję: elastyczności, sumienności, umiejętności szybkiego uczenia się, zdolności analitycznych. To wszystko za całe 2700 na rękę.

    Niestety, kolejki kandydatów nie widzę:/

    --
    But Yossarian knew he was right, because, to the best of his knowledge he had never been wrong.
  • 10.08.17, 15:34
    Masz za wysokie i niczym nieuzasadnione wymagania . U mnie na uni pracuje wielu doktorów ekonomii, którzy nie nadają się do pracy na wolnym rynku, a trzaskają punktów, że hoho.
  • 10.08.17, 16:06
    WAIT! Właściwie po co Ci osoby, które będą trzaskać dużo punktów - stanowiłyby one przecież dla Ciebie konkurencję o środki z badań statutowych.
    Fla - po co Ci osoby, które szybko się uczą i mają zdolności analityczne? Wystarczy sumienność i elastyczność, czyli zaangażowanie w pracy. Czyli dobry bajer młodego doktora o czekającej go/ją świetlanej przyszłości na uczelni, jeżeli tylko się wykaże i na kilka lat masz pracownika. Później kolejny bajer i kolejny i kolejny.
  • 10.08.17, 15:43
    2700 na rękę to asystent? A ile adiunkt? - tak z ciekawości pytam?
  • 10.08.17, 16:25
    Jakie 2700 dla asystenta!? Asystent nie-głodny nie jest płodny!

    U nas asystenci (z doktoratem) zarabiają 1800 na rękę.
  • 10.08.17, 17:27
    Wierzę Ci, bo dlaczego miałabyś pisać nieprawdę, ale trudno w to uwierzyć ..... Skąd ci ludzie biorą pieniądze na życie? Wszyscy mają granty?
  • 10.08.17, 18:54
    Tu jest tabela wypłat na uczelniach: web.facebook.com/Apel-o-Podwy%C5%BCki-w-Szkolnictwie-Wy%C5%BCszym-115857611787960/?_rdc=1&_rdr
    "Starszyzna" dostaje nieco więcej (20% wysługi lat). Uczelnie prowincjonalne lub przymiotnikowe mogą dawać z tysiaka więcej (brutto), jeżeli je na to stać.

    Granty ma Centrala. Co więc ma prowincja? Mało czasu na naukę, skoro gdzieś musi dorobić :-)
  • 10.08.17, 19:07
    trudownik napisała:

    > Wierzę Ci, bo dlaczego miałabyś pisać nieprawdę, ale trudno w to uwierzyć .....
    > Skąd ci ludzie biorą pieniądze na życie? Wszyscy mają granty?

    A teraz zastanów się, ile zarabiają sekretarki, bibliotekarki, administratorzy sieci komputerowych, księgowe etc.
  • 10.08.17, 19:17
    trudownik napisała:

    > Wierzę Ci, bo dlaczego miałabyś pisać nieprawdę, ale trudno w to uwierzyć .....
    > Skąd ci ludzie biorą pieniądze na życie? Wszyscy mają granty?

    di.com.pl/nowy-system-rozliczania-uczelni-wyzszych-moze-negatywnie-wplynac-na-liczbe-specjalistow-w-branzy-it-57941
    Na uczelniach takich jak Politechnika Białostocka występują chroniczne braki kadrowe. Wynikają one z faktu, iż zarobki specjalistów branży IT pracujących w firmach są relatywnie wysokie, czego nie można niestety powiedzieć o pensjach nauczycieli akademickich. [...] Stąd właśnie luka kadrowa, w wyniku której ostatnie rekrutacje na stanowisko adiunkta Wydziału Informatyki Politechniki Białostockiej zakończyły się całkowitym brakiem zgłoszeń.
  • 10.08.17, 14:48
    loleklolek_pl napisał:

    > Generalnie chodzi o to, żeby polski naukowiec klepał punkty publikując w
    > czasopismach, których nikt nie czyta, zamiast robić cokolwiek pożytecznego.

    Na przykład co? I skąd płatnik ma wiedzieć, kiedy to "cokolwiek" jest pożyteczne z punktu widzenia interesu społecznego?
  • 10.08.17, 15:19
    To pierwsze to dobre pytanie jest. Niestety skierowane do niewłaściwego adresata, gdyż to raczej po stronie fascynatów parametryzacji leży przekonanie innych, że ta parametryzacja jest cokolwiek warta. Unikając odpowiedzi stwierdzę, że owe "co" na moje oko bardzo zależy od dyscypliny, a same uczelnie też mają różne inne cele niż nauka.

    Odpowiedź na drugie pytanie jest banalna. Pożyteczne z punktu widzenia interesu społecznego jest to, co zostało za takie uznane przez płatnika, tj. wystarczy, że mu wydaje się, że on wie. Obecnie w Polsce za pożyteczne uznaje się klepanie artykułów do czasopism, których nikt nie czyta. Za niepożyteczne prawdopodobnie można uznać wszystko co ma w nazwie "popularyzacja", poza jakimiś mega eventami pokroju "Noc Naukowców" czy innymi mega targami międzynarodowymi, dzięki którym płatnik może pokazać swoją wielkość - gdyż na to jednak trochę kasy leci. To tak na przykład.
  • 10.08.17, 18:03
    Mam chwilkę, to jeszcze rozwinę. Oczywiście są takie miejsca w nauce, gdzie jej celem jest klepanie paperów w liście A za 35-40 kudryków. Na moje oko to takie miejsca, gdzie przedmiot badań jest apolityczny, a na najlepiej jak da się go podłączyć pod jakiś buzzword, jak np. "Nanocząstki".

    Ale są też inne obszary badań, których przedmiot w większym stopniu wymaga politycznego błogosławieństwa. Jeśli go brakuje, to maks co można zrobić, to wypchnąć raz na jakiś czas artykuł "stan czegoś case study: kraj absurdowo". Są też jeszcze inne obszary, gdzie nie dość, że tego błogosławieństwa nie ma, to jest aktywna niechęć, na tyle jawna, że jakiś urzędnik może ją odczytać, jako rekomendację do nieujawnienia danych, w związku z czym nie da się nawet zrobić case study, bo nie ma ani za co, ani z czego.

    Śmiem twierdzić, że w tych przypadkach cele akademii są nawet trudniejsze, bo zakładają doprowadzenie do zmiany zdania przez płatnika na takie, które w ogóle rokuje na dojście do poziomu "światowego". Niestety w tym przypadku fascynaci parametryzacji robią za pożytecznych idiotów jeszcze bardziej utrudniając osiągnięcie celu. Kiedyś się to na nich zemści, możliwe, że już niedługo.
  • 10.08.17, 15:39
    Ciekawi mnie jeszcze, jak "wyceniane" jest zdobycie przez pracownika uczelni habilitacji/belwedera (czyli wyprodukowanie własnego, a nie przejęcie z zewnątrz), w szczególności w proporcji do punktów za publikacje.
  • 10.08.17, 18:36
    Generalnie wypisałem się ze środowiska naukowego, po doświadczeniach na uczelnia i w instytucie. Jednak kilka słów napiszę -
    Jeżeli swoją przyszłość zamierzasz wiązać z nauką to ne myśl zbyt wiele w tym temacie. Nowy człowiek radziecki obecnej nauki nie powinien zastanawiać się dlaczego.

    Nauka z zasady powinna opierać się na miarach trudnokwantyfikowalnych, ale dla dydaktyków i naukowców jasnych i prostych. Wszak każdy dydaktyk rzeczywiście pracujący ze studentami po kilku zajęciach wie którego na co stać (no chyba, ze grupy są zbyt liczne). Problem w tym, że w nauce mamy IMO do czynienia z negatywną selekcją. Dociekliwość, pracowitość , efektywność, poszukiwanie prawdy i pasja zostały zastąpione biurokratyzmem najgorszego rodzaju, efektownością, kunktatorstwem i działaniami stricte politycznymi. Moim zdaniem, w oparciu o doświadczenia z trzech jednostek w których pracowałem (2xpl, 1xGB) negatywna selekcja jest powszechna i porażkę odnoszą głównie naukowcy skupiający się na pracy naukowej. Krajowa nauka ma już niewiele wspólnego z nauką, a wiele z polityką . BO właśnie tym moim zdaniem różni się nauka od polityki, że w nauce osoba pracowita i "płodna" dostaje bonusy (np. awans w strukturze, możliwość nauczania własnej grupy badawczej, rozwój labu itd) , w polityce osoba pracowita i płodna staje się chłopcem do bicia (tzn. w nauce odbieranie zajęć i studentów, realizacja grantów i laboratoriów dla innych, brak posłuchu u kolegów i szefostwa, zwłaszcza w sytuacji, w której szefostwo nie ma kwalifikacji zawodowych w dziedzinie naukowej delikwenta – co i u nas staje się coraz powszechniejsze. Opieranie się punktozie nic nie daje. Większość znanych mi szybko awansujących luminarzy nauki to osoby charakteryzujące się świetną kombinacją braku zastanowienia, braku zasad etycznych i posiadania dobrego umocowania politycznego w macierzystej jednostce. Ot na przykład obecnie normą jest, że pomysłodawca publikacji to autor wstępu, -taka osoba jest również głównym autorem publikacji. Techników i wykonawców badań się już nie wpisuje lub wpisuje z rzadka, zaś główni autorzy badań i obliczeń to autorzy poboczni. Ok, z tym, że zwykle główny autor nie ma pojęcia o przedmiocie badań, nie zna zasad rachunku błędu, nie potrafi zaprojektować eksperymentu badawczego ani przeprowadzić pomiarów. Ot zna język i worda. Walka z tym faktem nic nie da. JA swego czasu projektowałem obieg termochemiczny współpracujący z reaktorem jądrowym (takie ćwiczenie teoretyczne) w ramach jednego z grantów, szefem był gość ni potrafiący uzgodnić bilansu spalania CH4 w tlenie. Nie przeszkodziło mu to użyć moich danych i opublikować art. W czasopiśmie z IF4 z hakiem. Moja obstrukcja tylko spowodowała brak mojej osoby w stopce autorskiej.

    Na pocieszenie napiszę, że po odbyciu stażu naukowego w jednym z wyspiarskich topowych zespołów badawczych spotkałem się z bardzo podobnymi sytuacjami. Ot nieobecni nie mają racji a w nauce obowiązuje prawo Kopernika (tzn. gorszy pieniądz wypiera lepszy).
  • 11.08.17, 00:13
    piotrek786 napisał(a):

    > Generalnie wypisałem się ze środowiska naukowego, po doświadczeniach na uczelni
    > a i w instytucie. Jednak kilka słów napiszę -
    > Jeżeli swoją przyszłość zamierzasz wiązać z nauką to ne myśl zbyt wiele w tym t
    > emacie. Nowy człowiek radziecki obecnej nauki nie powinien zastanawiać się dlac
    > zego.
    Powtórze, to co pisałem już wiele razy - jeżeli ktoś jest po studiach czy po doktoracie
    i zastanawia sie czy skoczyć na główkę do szamba (zostać w polskiej nauce) to o ile
    nie jest protegowanym kierownika zakładu czy dziekana, albo nie chce aby utrzymywali go rodzice
    bądź żona, to powinien jak najszybciej o tym zapomnieć. Brama do polskiej nauki
    specjalnie wyłożona jest cierniami w formie niskich pensji i feudalizmu, aby każdy miał
    czas na namysł. A kolejne wcielenia węża który kusił Ewę, podpowiadają że na początku tylko
    troche się trzeba pomęczyć bo potem będzie lepiej, np po habilitacji.

    > Większość znanych mi szybko awansujących luminarzy nauki
    > to osoby charakteryzujące się świetną kombinacją braku zastanowienia, braku za
    > sad etycznych i posiadania dobrego umocowania politycznego w macierzystej jedno
    > stce. Ot na przykład obecnie normą jest, że pomysłodawca publikacji to autor ws
    > tępu, -taka osoba jest również głównym autorem publikacji.
    Dokłanie tak -system promuje drobnych cwaniaków, którzy promują kolejnych cwaniaków


    > Na pocieszenie napiszę, że po odbyciu stażu naukowego w jednym z wyspiarskich t
    > opowych zespołów badawczych spotkałem się z bardzo podobnymi sytuacjami. Ot n
    > ieobecni nie mają racji a w nauce obowiązuje prawo Kopernika (tzn. gorszy pieni
    > ądz wypiera lepszy).

    Bo do trądu feudalizmu na który od lat chorowała polska nauka, z Zachodu (głownie UK i USA)
    przyszła do nas dżuma biurokratycznego patrzenia na naukę.
  • 11.08.17, 01:14
    Abiurokratycznie to se można było patrzeć za sanacji - było wtedy bodaj 5 uniwersytetów + prywatne KUL i Wolna Wszechnica + 2 politechniki + AG(jeszcze nie H - z jednym wydziałem). Jeszcze może 3 szkoły artystyczne. Academią mniejszą od dzisiejszego UAMu minister mógł ręcznie wszystkim sterować.
  • 11.08.17, 03:15
    Wiesz, jak zaczynałem to trafiłem do zespołu wykształconego za czasów późnego Gierka, zespół ten w czasach największego dziadostwa potrafił współpracować z ścisłym topem w tej dziedzinie na świecie (tzn. prowadzili w trakcie stanu wojennego prace badawcze wspólnie z jedną z instytucji z NRF, mało tego nawet w 82 roku udało im się na poczet obliczeń procesowych i projektowania zakupić komputer Krupp Atlas Microsystem i termowagę Setaram. Zresztą ta termowaga pracuje do dzisiaj i jest użytkowana codziennie (czego, już o wielu zakupionych obecnie „kombajnach publikacyjnych” rzec nie można). Piszę o tym bo ta silna jednostka miała przez prawie trzydzieści lat jedną osobę od spraw formalnych. I to właśnie dlatego ta jednostka miała masę wdrożeń , patentów, prac badawczych i jest / była znana na całym świecie. Fakt – szef nie wykształcił następcy i zraził sobie swoją naukową dociekliwością znaczną część otoczenia…
    Biurokracja jest jak rak, obecnie byle g.. jest otoczone masą zdegenerowanych speców od papierów. Ludzie ci nie mają pojęcia o celach badawczych. Kolejnych nowych sie zatrudnia, ewoluują, zdobywają szlify, jeżdżą na kolejne fajv han dred inowejtors po czym idą do korpo. My, naukowcy jesteśmy szczeblami do ich kariery. Dla mnie stało się to oczywiste jak w pewnym momencie już nie szło porozmawiać na tematy merytoryczne i z zewsząd słyszałem w pracy nowomowę korpo.. W apogeum tego wariactwa miałem sytuację, że kolejny specjalista od "dyfuzji noł hoł" krążył pod moim gabinetem, bo gdzieś tam się dowiedział, że mam mieć "spotkanie" (o spotkanie to magiczne pojęcie w tych czasach) z kimś z dużej firmy (pieniądze przeca piniundze!!). Polował - bo przecież w swoich notatkach, ocenach, opisach i informacjach oraz fiszkach musi się wykazać. Polował, bo tak mu kazał dyrektor, którego rola to jątrzenie i szpiegowanie co, kto robił.. Biurokracja nie jest koniecznością. Taka biurokracja jest jak rak i dżuma w jednym. Dochodzi do sytuacji, że zdegenerowane systemy „przez pomyłkę” zdobywają granty, których nie są w stanie realizować. W wyniku muszą zatrudnić fachowców ze zgoła innej dziedziny. Po czym struktura wykazująca wszystkie cechy opisane przez Murphy’ego i Parkinsona idąca jednocześnie siłą rozpędu do odwróconej piramidy dochodzi do tróżnych paradoksów. Np kolejny specjalista od innowacji oczytany w książki usiada przy jednym stole z byłym prezesem dużego koncernu, (któremu sekretarki napisały „doktorata” i po upadku musiał sobie znaleźć synekurę, więc jest doradcą od wszystkiego), oraz z politycznie mianowanym dyrektorem instytucji i decydują o pracy naukowej, o której nie mają zielonego pojęcia a którą jeden z drugim biedak naukowiec z wieloletnim stażem prowadził przez 30 lat. Ja np. dostałem kiedyś pytanie do zaleceń projektowych pn.: „co to za bzdury Pan pisze, jakie aparaty chce Pan rozmieszczać, fotograficzne?” . Ot kolesie rzucający kamieniami w szkołę zatrudnili inżyniera procesowa i móżdżą…
    Żeby to zmienić, należałoby wyciąć całą biurokrację i usunąć , jak raka.. Ale tego nie zrobi nikt.
  • 11.08.17, 16:41
    dobrycy napisał:


    > Powtórze, to co pisałem już wiele razy - jeżeli ktoś jest po studiach czy po do
    > ktoracie i zastanawia sie czy skoczyć na główkę do szamba (zostać w polskiej nauce) to o
    > ile nie jest protegowanym kierownika zakładu czy dziekana, albo nie chce aby utrzymywali go rodzice bądź żona, to powinien jak najszybciej o tym zapomnieć.

    Odwroc systuacje, to zone bedzie utrzymywal maz. Gdy jest taki gradient nastapi przeplyw. Poziom feminizacji nauki w PL jest szokiem pewnie nawet dla amerykanskich feministek. A feminizacja zawsze prowadzi do upadku dziedziny, ktorego pierwszym etapem jest upanstwowienie, ubiurokratyzowanie, w rezultacie socjalizm (ludowy badz sanacyjny).
  • 11.08.17, 21:20
    trudownik napisała:

    > Przecież autoplagiatować można bez końca,
    > można n-razy pisać o tym samym i zbierać n razy pkt

    Piszę z punktu widzenia wydziału ścisłego.

    Autoplagiaty powinny być wyłapywane przez recenzentów. Jasne, dobrze wiemy, że system peer review ma swoje poważne wady (patrz Mohamed El Naschie czy nasz Adam Janiak), ale na ogół w dobrych, wysoko punktowanych czasopismach autoplagiaty nie przechodzą. Prawie na pewno od czasu do czasu przechodzą w słabszych czasopismach, ale punkty tam uzyskane raczej niewiele wnoszą do kategoryzacji.

    > Nie opłaca się natomiast pracownik prowadzący badania, gdyż
    > punkty będą później.

    To nie jest takie proste.

    W naukach doświadczalnych przygotowanie eksperymentu może trwać całe lata - i nie mam na myśli wyłącznie gigantów typu CERN, ale nawet znacznie mniejsze, "desktopowe" eksperymenty. Gdy się eksperyment przygotowuje, publikacji, a więc i punktów, nie ma, ale gdy eksperyment wejdzie w "fazę produkcyjną", dobrych, wysoko punktowanych publikacji na ogół jest sporo - i znów, nie tylko w CERN (gdzie jest ich MNÓSTWO), ale w tych mniejszych eksperymentach też. I to się punktowo opłaca, nawet po uwzględnieniu, że grupy doświadczelne pochodzą z różnych instytucji, a polskiej jednostce przypada tylko jakaś część. Więc warto poczekać, a w tym czasie punkty zdobywa ktoś inny.

    Natomiast jeśli jakiś "samotny wilk", bez widocznej współpracy z innymi ośrodkami, przez kilka lat nie publikuje (prawie) niczego, za to sprawia wrażenie, że pracuje nad jakimś Problemem o Fundamentalnym Znaczeniu, Którego Rozwiązanie Zrewolucjonizuje Świat, to w 95% przypadków nic z tego nie wynika. W dodatku większość z pozostałych 5% przypada na wybitnych matematyków, gdzie pracować nad dowodem jednego twierdzenia można przez wiele lat (albo i setki lat). Niestety, na każdego, któremu Problem o Fundamentalnym Znaczeniu udaje się rozwiązać, przypada kilku, którzy uczciwie próbowali, ale im się nie udało.
    --
    inżynier przemysłu pogardy
  • 12.08.17, 19:53
    Jeśli dobrze rozumiem, przez "autoplagiat" rozumiemy starą polską tradycję odgrzewania kotleta, tak długo aż nie zostanie z niego mały wypalony skwarek? Jest to standard i moim zdaniem nie ma w tym nic złego, jeśli ma to swoje rozsądne granice.

    Uważa, że kwestie prowadzenia rzetelnych badań naukowych i publikowania trzeba rozdzielić, aby problem dobrze zrozumieć.
    Po pierwsze, jest masa lanserów, którzy nie robią nic sensownego, a dostają granty, gromadzą punkty i awansuję. Jak? Potrafią się sprzedać. Przykładowo, u mnie w instytucie ostatnio powołano zespół do opracowania perspektywicznych kierunków rozwoju Instytutu i kierunków badań naukowych, który ma radzie naukowej rekomendować w co warto inwestować część naszego budżetu przeznaczonego na naukę. Kto się znalazł w tym zespole? Jedna osoba, która zrobiła niedawno hab (tuż przed emeryturą) na podstawie nieswoich wyników badań. Druga, która zgłosiła jakiś jeden wniosek patentowy (niech żyje wdrożeniowość). Najlepsza jest trzecia osoba, która publikuje dość płodnie, lada chwila dostanie habilitację (dobrze mieć ciocię profesorkę na uczelni, żeby recenzje przeszły łatwo, szybko i przyjemnie), a od doktoratu pisze cały czas to samo, tylko do coraz to nowszych czasopism i tak mieląc kotleta, że przynajmniej robi wrażenie, że dotyczy choć minimalnie innego problemu.
    Z drugiej strony mamy tabun naukowców, którzy nie robią żadnych sensownych badań, a ich dorobek publikacyjny opiera się na opisywanie problemów z którymi się spotykają robiąc fuchy poza uczelnią (dyscyplina nauk technicznych). Teraz mamy masę nie naukowców, a naukowych celebrytów. Nie ważne co się o nich mówi i myśli, ważne dla nich, że się o nich mówi i myśli. Przy kolejnych awansach naukowych czy w szczebelkach drabinki administracyjnej, nikt nie będzie patrzył czy wnioski w którymś artykule trzymały się kupy.

    Druga strona medalu jest taka, że jeśli ktoś robi poważne badania naukowe i chce trafić z ich wynikami do jak największego grona odbiorców, musi publikować jak najwięcej, nie tylko dla punktów. Tak samo postępują naukowcy w wielu liczących się ośrodkach naukowych (przynajmniej w mojej dziedzinie) na świecie. Na przykład, przynajmniej 2-3 razy w roku widzę artykuły jednego znajomego z Lozanny, który ciągle mieli te same wyniki badań uzyskane kilka lat temu i ubiera je ciągle w nowe piórka i sprzedaje po raz kolejny. Robi to w artykułach z IF ok. 1-2, które u nas mają ok. 30 pkt.

    Prawda jest taka, że jeśli nie jest się z kimś liczącym w środowisku w konflikcie, a samemu ma się do tego jakieś plecy (najlepiej uznanego profesora za sobą), to odgrzewanie kotletów uchodzi na sucho. Już widziałem sytuację, gdy na konferencji za plecami takiej osoby się niektórzy śmieją, ale wprost nic nie powiedzą, bo najczęściej sami postępują podobnie. Jedyna opcja na odrzucenie to recenzja w systemie peer review. Tylko tu łatwo jest ograć system. Jeśli pisze się do czasopisma o innym profilu niż dotychczas, co jest łatwe przy tematach interdyscyplinarnych, trzeba naprawdę poszperać, żeby kogoś przyłapać, a większości recenzentów nie chce się tego robić. Druga opcja, popularna na świecie, to inteligentne odgrzewanie kotleta. Trzeba go parę razy odwrócić w trakcie odgrzewania i dorzucić świeżej panierki, żeby wyglądał na nowy, nawet jeśli w środku jest to samo stare mięso. Łatwo to osiągnąć poruszając na przykład inny aspekt lub problem związany z uzyskanymi wynikami lub ich konsekwencjami. Rekordziści potrafią w tym względzie naprawdę wiele. Znam publikacje ludzi nawet z Imperial College, którzy na tych samych wynikach sprzed kilkunastu lat piszą artykuły do dziś.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.