Dodaj do ulubionych

Jest pytanie, a właściwie prośba do Wszystkich

10.09.12, 21:25
Sprawa dotyczy "Niewiarygodnych przygód TW Wielgusa", zebranych przeze mnie do kupy.
W szczególności prośba ona skierowana jest właśnie do TW, jako iż jest on bohaterem opowieści, ale też i do wszystkich Współautorów owych "Przygód".
Otóż chciałbym przerobić naszą opowieść na historię do czytania wieczornego moim wnukom, gdyby inne próby spacyfikowania ich zawiodły.
Oczywiście musiałaby ona zostać nieco przerobiona, pozbawiona dwuznaczników i niezrozumiałych dla dzieci aluzji i co nieco uproszczona w narracji.
Nie ukrywam, że główny bohater też zostałby zmieniony (łatwo się domyśleć).
Zaznaczam, że chodzi o wyłącznie domowe wykorzystanie opowieści.
Nie wypada jednak, żebym zabrał się do tego pomysła bez Waszej zgody, jako współautorów.
Co Wy na to?
Obserwuj wątek
      • tojajurek Wielgusie!!! 11.09.12, 15:57
        Bez Twojej akceptacji - jako spirytusa mowensa i gławnego gieroja przesławnych peregrynacji - będzie kicha z grochem w omawianej kwestii.
        Le żur de gar et ariwe...!
        • tw_wielgus Re:Sorrry ale jeszcze po wypadzie na Mazury nie 11.09.12, 16:33
          doszedłem do siebie i reaguję z pewnym takim opóźnieniem.
          Oczywiście masz moje błogosławieństwo. Jak zapewne zauważyłeś nie starałem się wpłynąć na przebieg narracji chociaż niejednokrotnie świeżbiły mnie paluszki.
          --
          Dlaczego w morzu jest woda?

          Żeby statki nie kurzyły przy hamowaniu
            • dzidzia_bojowa Wielgusie 11.09.12, 16:51
              Wydaje mi się, że mógłbyś nieco wpływać na przebieg wydarzeń, na pewno ubarwiłoby to tę piękną opowieść.
              Jeszcze wczoraj wieczorem nie mogąc zasnąć wymyślałam różne przygody, które z rana miałam napisać ale przez noc zapomniałam. Pozostały tylko strzępy pomysłów. Mam nauczkę, żeby zapisywać od razu, nawet jeśli jest to druga w nocy.

              Co do audiobukowego pomysła- jestem za!
              • tw_wielgus Re: Wielgusie 11.09.12, 18:36
                W sumie ja jako bohater przez duże "B" tego epickiego rysu to nawet nie musiałbym specjalnie fantazjować, prawda?
                Ale nie wiem czy zgodę wyrażą pozostali autorzy tej opartej na faktach powieści.
                --
                Dlaczego w morzu jest woda?

                Żeby statki nie kurzyły przy hamowaniu
                • tojajurek Ruszyła maszyna... 11.09.12, 19:50
                  Proces twórczo-przetwórczy został rozpoczęty i rozpędza się.
                  Ewentualnie dobiegające hałasy to odgłosy wysiłku intelektualnego, połączonego ze zwalczaniem niemocy twórczej oraz zawziętej walki ze sklerozą.
                  • tw_wielgus Re: Jurku wybacz, ale będę marudził. 12.09.12, 18:55
                    Moim zdaniem główny bohater tej opowiści powinien nosić imię, z którego będziemy dumni. Wszyscy.
                    Proponowałbym: Nabudochonozor IV syn Ryśka ( bo wszystkie Ryśki...) Mężne serce z matki Zmyślonociekawskomiładżwiekonaśladowcz z domu Nadwiślańskierybooczki.

                    Na razie tyle uwag ale nie wykluczam następnych
                    --
                    Piorunochron na kościelnej wieży jest najlepszym dowodem na to, że wszyscy czasami miewamy wątpliwości.
                    • tojajurek Re: Jurku wybacz, ale będę marudził. 12.09.12, 19:08
                      tw_wielgus napisał:

                      > Moim zdaniem główny bohater tej opowiści powinien nosić imię, z którego będziem
                      > y dumni. Wszyscy.
                      > Proponowałbym: Nabudochonozor IV syn Ryśka ( bo wszystkie Ryśki...) Mężne serce
                      > z matki Zmyślonociekawskomiładżwiekonaśladowcz z domu Nadwiślańskierybooczki.
                      >
                      > Na razie tyle uwag ale nie wykluczam następnych

                      Dziękuję za powyższe (oraz ewentualne następne) uwagi.
                      Zapewniam, że wszystkie uwagi - przed ich nieuchronnym odrzuceniem - będą uważnie przeczytane.
                      Zaś w kwestii imienia głównego bohatera - tekst przeze mnie rekonstruowany jest budowany w ten sposób, aby każdy jego użytkownik mógł w łatwy sposób, używając odnośnej funkcji edytora tekstu, zamienić to imię na każde dowolne, quantum satis. Zaplanowany jest bowiem jako elastyczna opowieść wielokrotnego użytku dla dzieci, młodzieży, dorosłych i Dziadków.
        • ave.duce Hę? 13.09.12, 17:39
          Wielgus może i spirytus, ale movens to Trusiaa!
          --
          @ nie chce mi się @ <<< Michaił Bułhakow >>>
          „Prawdziwa dama pije tylko czysty spirytus i nigdy w małej ilości”
          > Forum ze Dworum/Freedom
    • tojajurek Póki co - jest tak... 11.09.12, 21:04
      Na razie wersja robocza.

      "Niewiarygodne przygody Dziadka Jurka"
      (relacja na podstawie zasłyszanych opowieści)


      PROLOG
      Wielu ludzi przeżywa ciekawe, a czasem wstrząsające przygody, ale te, które stały się udziałem znanego skądinąd Dziadka Jurka, przechodzą wszelkie wyobrażenie. Postaramy się je poniżej wiernie opisać.

      ROZDZIAŁ 1
      W swoich wędrówkach po świecie Dziadek Jurek od dłuższego już czasu przemierzał wytrwale Puszczę Piską na Pustyni Błędowskiej, wielce zadumany nad losem Narodu i podśpiewywał ścichapęk ... Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy! ..., a później pogwizdywał nosowo: ... Bim – bom, jak marzną mi paluszki ...
      Paluszki, choć słone i z sezamem - na nic nie przydały się w pustynnych warunkach - pośród suchorostów, kocanek i chrzęszczących kompotów z suszu na próżno było szukać choćby kropli czegoś nawilżającego. Już płuca wyplute, już zęby przeżarte szkorbutem, jak mawiali syberyjscy katorżnicy.
      - Wina, wina dajcie...! - wychrypiał sprytnie, choć ostatkiem sił.
      - Moja wina, moja bardzo wielka wina! - odpowiedziało Echo?
      - Co to za pies niewierny woła o wino? - zakrzyknął dowódca konnego patrolu Pustynnych Fundamentalistów Islamskich, który wyrósł nagle jak spod ziemi. - Na pustyni? Wszystkie pustynie należą do wyznawców jedynej prawdziwej wiary!
      Na szczęście Echo czuwało nad naszym biednym wędrowcem. Zręcznie wskoczyło na łęk siodła i wyszeptało wprost do ucha wojownika: "Błędowska... Błędowska... od błędu".
      - Op-pardąs - uznał się za pokonanego dowódca patrolu. Zapędzili my się ciutkę daleko. Kuruj pan sie zdrowo! Kurdystan z wami!
      Na dany znak oddział zawrócił w miejscu i oddalił się w tumanie kurzu, śpiewając przez pomyłkę Bogurodzicę.
      Tymczasem nasz bohater odprowadził niechętnym wzrokiem oddalających się Pustynnych Fundamentalistów, Islamskich zresztą. Splunąłby, ale nie mógł bo w ustach miał suchą skorupę. Ograniczył się do rzucenia ciężkim słowem ochrypłym głosem po czym już, już miał się pogrążyć w zwątpieniu gdy poczuł, że pogrąża się w miękkim podłożu.
      Grunt usunął mu się spod stóp. Spadał bezwładnie, a w ułamkach sekund podczas lotu w dół wśród piasków przez, głowę przelatywało mu przypomnienie filmu "Kosmiczne jaja". Pomieszawszy dokumentnie Yodę z Yogurtem uczepił się nadziei, że on na pewno pomoże. Yogurt bowiem skojarzył mu się z przyjemnym chłodnym napojem.
      Wciąż leciał w dół pomimo szaleńczego powiewania uszami ... a uszy miał ogromne, muskularne ... w przeciwieństwie do lewej - najwidoczniej kontuzjowanej - nogi.
      "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" - pomyślał optymistycznie, chowając trąbę w piasek, na który padł..
      Zbój Borowy – leśny samotnik, któren nadal we włochatą pierś się grzmocił pięścią, zawodząc śpiewnie - Moja wina, moja wina! - nachylił się nad Dziadkiem Jurkiem ciekawie.
      - Czego ta fatamorgana z ludźmi nie wyczynia, no, no: I kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate, te co skaczą i fruwają... Ooo: Co to? Trąbę ma! Dziecinnieję na starość - westchnął Zbój, a tak silnie, że fatamorganę Dziadkową Jurkową zdmuchnął mu z oczu.
      Dziadek Jurek oczami gwałtownie zamrugał, rzęsami zatrzepotał, a ujrzawszy nad sobą twarz nieznaną, wzrok na wpół dziki, suknię na Zbóju Borowym plugawą, jęknął cicho - Tylko zbójców mi tu brakowało.
      - Nie szata zdobi człowieka, ale człowiek szatę - rzucił Borowy, jednocześnie zarzucając sobie Dziadka Jurka na plecy. Czyżby oczy leśnego samotnika zajarzyły się niebezpiecznie? Czyżby ślinka pociekła mu po brodzie? Daaawno już nie jadł, fakt.
      Tu przerwał, lecz róg trzymał, wszystkim się zdawało, że Dziadek Jurek gra jeszcze, a to radio grało...
      Natenczas, ogary wraz z nauką właśnie poszły w las, a Dziadek Jurek, trąbę z piasku otrzepawszy, rzucił okiem tu i tam i szepnął: "Lubię lody"...
      Borowy wzruszył ramionami, ale Dziadka Jurka nie upuścił; nieskory on był do wzruszeń. Wolno, lecz nieubłaganie zbliżał się do swojej leśnej gawry.
      - Ucieszy się Gawrycha, nie ma co - uśmiechnął się Zbój pod wąsem i oblizał osobliwie. Gawrycha jej było. Gotowała nieźle i tanio, ze wszystkiego co w puszczy samo w ręce lazło.
      Zbój Borowy wszedłszy do gawry rzucił podduszonego nieco Dziadka Jurka pod piec, przy którym krzątała się Gawrycha - cudnej urody towarzyszka Zbója. To znaczy cudnej urody to ona była w oczach Zbója Borowego, bo obiektywnie rzecz biorąc powierzchowność Gawrycha miała alternatywną, a może nawet paskudniejszą.
      - Masz moja duszko prezent na dobry dzień! - huknął gromko Zbój podkręcając wąsa.
      - A co ty mi tu za ochłap zakurzony jakiś w piasku cały, dajesz?!- gderliwie zaskrzeczała Gawrycha - chudy on jakiś i żylasty...
      Fachowo obmacała potencjalne pożywienie po czym skrzywiła się raz jeszcze i mamrocząc coś pod nosem postawiła na piecu ogromny sagan z wodą, po czym zaczęła metodycznie obierać marchewki.
      - Mar...chewki? - szarawy królik, siedzący dotąd cicho pod miotłą, wzdrygnął się cały, jego bródka niebezpiecznie zadrżała:
      - Marchewki dusić będzie - wyszeptał, a jego oczka się zaszkliły - Biedne marchewki, biedne..
      Nagle w chytrych, choć z pozoru łagodnych, króliczych oczkach zamigotał czerwony błysk.
      I z miejsca królik - jak wszystkie gryzonie, z królikami na czele - począł mnożyć się jak szalony w postępie geometrycznym, a nawet wykładniczo-sinusoidalnym. Przy 144 sztukach chytrusy wyhamowały z niewielkim poślizgiem dalsze czynności mnożenia. Dysponując tak zwielokrotnioną króliczą mocą stworzonka bez trudu wywlekły w trawę pod gawrą wypatrzone uprzednio solidne grabie. Teraz wystarczyło tylko ostentacyjnie zachrobotać, aby Zbój wybiegł przez otwór wejściowo-wyjściowy gawry i nadepnąwszy na grabie padł z łomotem bez przytomności. Ten sam los spotkał też wredną Gawrychę, gdy poszła sprawdzić źródło podejrzanych hałasów.
      Dziadek Jurek był wolny...
      • tojajurek Re: Póki co - jest tak... (2) 11.09.12, 21:20
        ROZDZIAŁ 2
        Dziadek Jurek był wolny i w te pędy zaczął ze swej wolności korzystać. Rzucił się galopem przed siebie nie zauważając jednak, że gawra w której tak niecnie był więziony, znajdowała się na wysokiej skarpie. Pędząc zauważył po niewczasie, że grunt się skończył, a on przebiera trampeczkami w powietrzu bez żadnego podparcia. Ale miał przecież solidne uszy którymi zatrzepotał, załopotał niczym Dumbo i dzięki temu wylądował miękko na przecudnej polanie. Braw mu nie bito, bo nie było na podorędziu polskich turystów, ale natknął się na jelonka lekko już podrośniętego. Ukłonił się grzecznie i przedstawił.
        Jelonek zmierzył go wzrokiem, peta z kącika pyska wypluł i powiedział
        - Mów mi Bambek...
        Szczęśliwy, wolny Dziadek Jurek pomachał przyjaźnie jelonkowi i poczłapał radośnie przed siebie zbierając orzeszki i ciesząc się majem..
        Dreptał więc sobie beztrosko Dziadek Jurek brzegiem rzeczki, rad że umknął w ostatniej chwili z patelni Zbójowej Gawrychy, nie wpadając przy tym w ogień. Nucił wesołą piosnkę, wspominając z rozrzewnieniem króliczą zwielokrotnioną pomoc w ciężkiej godzinie. Idzie sobie, idzie, gdy nagle usłyszał w oddali podejrzane chlupanie i mlaskanie. Wyszedł ostrożnie zza zakrętu rzeczki i zatrzymał się w miejscu osłupiały. Pośrodku nurtu stało sobie bowiem ogromne bydlę, większe od największego słonia, superwielgaśne wręcz i chłeptało w najlepsze wodę długimi łykami. Całe ono zielone było, bezwłose i paskudne, na grzbiecie wyrastały mu dziwne wypustki, oczka maleńkie, a pysk miało wielkości bramy więziennej.
        - Ki, czort! - Zasyczał bezgłośnie Dziadek Jurek, nie chcąc nieopatrznie podrażnić stwora.
        - Czy to jakiś żabi mutant, żeby nie rzec - paskudeus - z uwagi na wredny wygląd?
        Aliści Stwór musiał posiadać wyborny słuch, bo natychmiast popatrzył nieprzyjaźnie na Dziadka Jurka i zahuczał tubalnym głosem.
        - Czy ty, człowieku, opiłeś się wina, albo paliłeś jakieś zioła, że gadasz jak potłuczony?
        - Miałem ciężkie dzieciństwo - wyjąkał Dziadek Jurek znienacka, a sznurowadła różowych trampeczek zapętliły się na gordyjsko.
        - Bez Aleksandra nie da rady! – stwierdził z niepokojem, obejrzawszy stan obuwia.
        - Co też za głupoty gadacie! - dobiegł Dziadka Jurka i Stwora dziarski głos z pobliskich zarośli. W ślad za głosem z listowia wychynął Czerstwy Staruszek, którego małe i tylko trochę kaprawe oczka ciekawie wpatrywały się w Jurkowe trampeczki.
        - Bracie, cho no tu i pacz! - na zawołanie Czerstwego Staruszka z zarośli wyszedł drugi osobnik, równie wiekowy i pomarszczony. Podobni byli do siebie jak dwie gruszki z tej samej wierzby, drugi jednak wlókł za sobą pokaźnych rozmiarów miecz.
        - Damokles, do usług - odezwał się nowoprzybyły skrzekliwym głosem. - Pan wyciągnie te kończyne, się powiesi na drzewie i za jakiś czas będzie spokój.
        - Ale ile to potrwa? - z niepokojem zapytał właściciel trampeczek.
        - Potrwa, co ma potrwać. To poważny zabieg. Czasu pan nie pogonisz - odparł filozoficznie Damokles, podczas gdy jego bliźniak zabierał się do unieruchomienia Dziadkowej Jurkowej kończyny, która odruchowo zaczęła nagle stawiać opór.
        Powstał chwilowy zamęt i kurz wzbił się pod niebiosa.
        Na to tylko czekał Zielony Stwór, na którego od dłuższej chwili nikt nie zwracał uwagi. Teraz postanowił jednak włączyć się do akcji.
        - Ekhm - chrząknął znacząco.
        Dziadek Jurek zamarł - bladość jego cery dorównywać mogła wapiennym murom Jerycha.
        Stał jednak dzielnie, choć powietrze z wolna uchodziło mu z płuc, oczy zaś wyszły na wierzch.
        - Zgiń, przepadnij maro!!! - wychrypiał wreszcie znane zaklęcie.
        - Nic z tego. Bo do tanga trzeba dwojga - mlasnął Zielony Stwór.
        - Dziękuję, nie tańczę - odparował Dziadek Jurek i idąc za ciosem zapytał:
        - A masz coś do picia?
        Zielony zamrugał szybko.
        - A mam. Oranżadę w proszku.
        Dziadek Jurek z trudem przełknął resztkę śliny.
        - W czym?
        - W proszku, żeby płynem ognia w paszczy nie zgasić - to chyba jasne?
        Zielony Stwór wodził tymczasem pełnym niezrozumienia wzrokiem od Dziadka Jurka do Damoklesa, zahaczając po drodze o pierwszego bliźniaka. Nagle ocknął się z osłupienia i zaryczał:
        - Człowieku! Nie widzisz, że to Straszne Bliźniaki? Trza spierniczać co sił w łapach zanim nas zamęczą.
        I hycnął w gąszcz ze zwinnością wytrawnego polityka. Dziadek Jurek na wszelki wypadek dał nura w gąszcz po przeciwnej stronie. Gąszcz okazał się jednak marną kępą, w której wróbel uwił sobie gniazdko, a więc zamaskowanie się w niej nie wchodziło w rachubę.
        Dziadek Jurek jednakże postanowił, że się nie da. Wrzeszcząc, charcząc i miotając przekleństwa wyrywał się wściekle napastnikom, którzy nie wiedzieć czemu chcieli pozbawić go kończyny.
        - Łapy precz cudaki, przebierańcy paskudne - ryknął i ze straceńczą odwagą (wszak był osamotniony w swej walce) rzucił się z pięściami na Damoklesa bębniąc go w popiersie i gdzie popadnie. Udało mu się końcu jakimś cudem wyrwać zaczął chyżo umykać w stronę zarośli aż pogubił niedokładnie zawiązane obuwie.
        I ciągle cholernie chciało mu się pić.
        A za nim powlókł się Zielony Stwór.
        • tojajurek Re: Póki co - jest tak... (3) 12.09.12, 15:23
          ROZDZIAŁ 3
          Dziadkowi Jurkowi jedna myśl nie dawała spokoju: wszak sklerozy jeszcze u siebie nie stwierdził i pamiętał dobrze słowa, jakie wyśpiewał niegdyś mistrz estrady niejaki Rysio.
          Dziadek Jurek zacytował z głowy: „Bo do tanga trzeba trojga!!!” No tak, trójkąt... Ale jaki?!
          Trojka - zakrzyknął nagle wielkim głosem Zielony, wyłaniając się z chaszczy i na to zawołanie spłynął z niebios czarodziejski zaprząg. Dziadek Jurek ani się nie spostrzegł, jak już siedział w saniach spowity w błamy miękkich futer, a Zielony strzelał z bicza rycząc wesoło "Hajda, trojka, snieg puszystyj, nocz' maroznaja krugom". I ruszyły kłusem wszystkie trzy: ten od sufitu i ten od dębu dziarsko przeszły w krótki galop; niestety ten od marchwi opóźniał krok, jakby na coś czekał i tęsknie czegoś wypatrywał. Nagle na horyzoncie pojawił się Królik, trzymający w łapce pęczek czegoś zielono-pomarańczowego. Ten od marchwi zerwał się z uprzęży i pocwałował w kierunku uszastego gryzonia. Trojka stała się nagle dwojką, zdezorientowany Zielony rozglądał się wkoło, a Dziadek Jurek poczuł nagle, że drogocenne futra nie są najlepszym pomysłem na pustynny klimat. Pić chciało mu się coraz bardziej...
          W końcu uznał, że w sprawie napitku nie dojdzie ze szkapami do porozumienia, więc płynnym ruchem opuścił ów archaiczny pojazd i zgrabnie wturlał się do rowu. Rozejrzał się bacznie i pomimo mroku stwierdził łacno, że to nie rów jakowyś zwykły jest, a raczej wykop, nad którym wznosi się solidny nasyp. Wytężywszy wzrok ujrzał sterczącą z nasypu rurę wielgaśną, która po bliższym badaniu okazała się potężną kolubryną. Nad głową Dziadka Jurka rozległy się kroki, a jakiś zachrypnięty z przepicia głos zapytał w obcym języku:
          - Wer da?
          - Werda, werda vieja mierda - mruknął pod nosem Dziadek Jurek - Mam was, bezecne heretyki!
          To rzekłszy zaczął szperać po kieszeniach, a nic nie znalazłszy prócz zapalniczki gazowej, pogrzebał w plecaku i z radością wyciągnął zeń potężną kiszkę z prochem.
          - Udławisz się tą kiszką stara ruro - rzekł z ironią.
          Zgrabnym ruchem wsadził kiszkę w otwór kolubryny i podpalił zapalniczką zwisający z kiszki sznurek. Odpełzłszy na słuszny dystans zatkał oburącz uszy lecz nic sie nie stało. I wtedy zrozumiał straszną prawdę. To nie była kiszka z prochem, ale kiszka z grochem. I to ostatnia.
          Wielki rozgardiasz zapanował w myślach w Dziadka Jurka. "Ki diabli, czy ja jestem jakiś cholerny czarownik z Krainy Oz?" przemknęło mu na czwartym od dołu poziomie podświadomości, lecz Dziadek Jurek zdawał sobie sprawę, że to nie pora na introwertyczną introspekcję ani na egzamin ze znajomości amerykańskiego kina XX wieku. Ruszył więc w kierunku rysującego się nieopodal wzgórza, zwieńczonego księdzem Kordeckim nadnaturalnej wielkości. Już-już miał zaintonować pieśń "Kto się w opiekę", lecz nagle rozległ się znajomy świst w powietrzu, a Dziadka Jurka ucapiły potężne, zielone łapska.
          - Chodź ze mną, serdeńko - wyszeptał donośnie Stwór - Szopa niedaleko, kwacz już mam, będziemy przysmażać boczek. U-ha-ha! - zakończył z przytupem, zapominając o dyskrecji.
          - Boczek bez popitki ? - wyrwało się smętnie ze spieczonych warg Dziadka Jurka.
          - Nie lubisz boczku? Masz wybór: Szaszłyk Szefa! - mlasnął Zielony i pociągnął Dziadka Jurka za sobą.
          - Un na pal - ona Blanka - zanucił rozmarzony.
          Ckliwą melodyjkę zagłuszył donośny, a skoczny marsz dobywający się z głuchych czeluści.
          - Czyje to kiszki grają?! - oburzył się Zielony.
          - Twoje? - zajęczał Dziadek Jurek.
          - A! Faktycznie. Przydałoby się wrzucić coś na ząb.
          Tu porwał Dziadka Jurka i zakręcił w wirowym chocholim tańcu - raz dokoła, raz dokoła - po zakurzonym gościńcu, aż tuman gęsty zasłonił wszystko.
          Otumaniony Dziadek Jurek wyrwał się jednak i ostatkiem sił dał drapaka w pole, korzystając z faktu, iż Zielonemu pył dostał się do ślepiów. Parł przed siebie zaciskając zęby, a także kolana, gdyż nie tylko pić mu się chciało coraz bardziej, a wręcz przeciwnie. Wdrapawszy się na pagórek zobaczył w oddali dróg rozstaje, a przy nim domeczek maleńki, drewniany, z wyciętym w odrzwiach serduszkiem.
          - Nareszcie jakaś sławojka - wydyszał radośnie.
          Aliści, gdy dobiegł kłusem do owej budowli, okazała się ona być chatynką dziwaczną, a w otwartych drzwiach pojawiła się Babuleńka siwa z kosturkiem w dłoni.
          - Witaj, mój piękny nieznajomy! - wysepleniła starucha przez bezzębne usta - Dokąd tak wędrujesz?
          - Ja, ten tego... właśnie szukam takiego, hmmm, miejsca...
          - Wiem ci ja czego szukasz. Szczęścia szukasz, dzielny rycerzu. A ja ci powiem gdzie je znajdziesz. Jeśli pójdziesz na rozstajach w prawo - znajdziesz szczęście. Po prawej, bowiem stronie mojej chatki biegnie droga do ogromnego zamku, w zamku mieszka prześliczna księżniczka, fajna laska, przysięgam. Ona właśnie na ciebie czeka. Możesz się z nią ożenić. Jej ojciec – król - jest już starym piernikiem, niedługo odejdzie z tego świata, a jak wykituje, ty odziedziczysz jego majątek i całe królestwo. Mówię ci przystojniaku. Jak pójdziesz w prawo - będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
          Dziadek Jurek popatrzył z powątpiewaniem na staruchę. Za dobrze to jakoś brzmiało. Z daleka pachniało jakimś podstępem.
          - Co sie tak gapisz? – wrzasnęło nagle babsko - Znam ja was, łobuzów i chuliganów. Pewnie zaraz się na mnie rzucisz, pobijesz, zwiążesz, zrabujesz ostatni wdowi grosz i ukradniesz mojego ukochanego koziołeczka.
          - Ależ, Babuleńko, co mówisz? Nie będę! Na pewno!
          - Nie łżyj, podstępny gadzie, już ja cię nauczę rozumu! - zasyczała jadowicie Babuleńka.
          I łup kosturem w łeb Dziadka Jurka, aż mu w oczach pociemniało. I łup. I łup.
          - Ratunku! - wrzasnął Dziadek Jurek i padł bez czucia na glebę.
          Bo jak Babuleńka coś postanowi, to tak być musi. I basta. I bez kija ani przystąp (z kijem do Babuleńki? - w życiu! tak się nie godzi!).
          Toteż gdy Dziadek Jurek - na szczęście bez czucia, zaściełał glebę własnym sobą - całą swoją osobą, Babuleńka nie żałowała sobie przyjemności i dalej waliła Dziadka Jurka swoim kijaszkiem, aż się kurzyło.
          A koziołeczek Babuleńki przyglądał się zza płotu tej egzekucji, ze wzrastającym niepokojem o własną skórę.
          Na tę scenę litościwie opadła kurtyna milczenia.
          • tojajurek Re: Póki co - jest tak... (4) 12.09.12, 18:10
            ROZDZIAŁ 4
            Za kurtyną, na wielkiej stercie czegoś bardzo niewygodnego, leżał Dziadek Jurek na razie jeszcze bez czucia. Z każdą chwilą jednak czucie wracało, a wraz z nim niemiła świadomość poczucia zagrożenia.
            Kreator dziejów Dziadka Jurka nie ułatwiał mu życia co rusz wymyślając jakieś dziwactwa zamiast porządnej przygody z happy endem.
            Póki co Dziadek Jurek leżał, wprawdzie już z czuciem, ale bez ruchu, bo bolało go wszędzie, a najbardziej w środku Dziadka Jurka. Postarał się jednak zebrać w sobie i uczynić jakiś ruch kontrolny. Poruszył palcami lewej ręki. Całe. Poruszył prawą stopą, coś ukłuło ale to znaczy, że jest zespolona z resztą Dziadka Jurka, a to dobry znak. Gdy tak kontemplował swoje członki do uszu Dziadka Jurka dobiegł dziwny pomruk, który jako żywo przypominał porykiwanie głodnego dzikiego zwierza. Tak mu się skojarzyło, bo słyszał kiedyś coś podobnego w ZOO. Nagły atak odwagi pomieszanej z paniką pozwolił na bohaterskie zerwanie się na równe nogi, które jednak natychmiast się pod Dziadkiem Jurkiem ugięły.
            Zza zasłony, która w tej scenie robiła za teatralną kurtynę wyłonił się wielki jak szafa lew!
            Lew łypnął groźnie, ale chyba był w trakcie podejmowania decyzji o ataku, bo żadnych zdecydowanych działań nie podejmował. Dziadek Jurek nie poruszał się i zezując okropnie próbował namierzyć jakieś narzędzie, które nadawałoby się do obrony. Sterta, na której wcześniej leżał nieprzytomny nasz bohater okazała się być połamanym styropianem.
            - Chyba mu właduję palce do oczu - pomyślał Dziadek Jurek rozpaczliwie gdy zrozumiał, że styropianem wiele nie zwojuje.
            Tymczasem lew zaczął się powoli zbliżać stąpając miękko i powoli.
            - Kici, kici, kici - natychmiast wyrwało się Dziadkowi Jurkowi, który choć sparaliżowany ze strachu, lubił koty i miał do nich podejście.
            Po krótkim namyśle Dziadek Jurek postanowił jednak, nie czekając na wyniki przyjaznych gestów, dać drapaka, tak na wszelki wypadek. Zwłaszcza, że wciąż nie wiedział gdzie właściwie jest. Mogły tu na przykład buszować znacznie groźniejsze bestie, jak skolopendry, ropuchy czy wielgaśne oślizgłe ślimaki. Popędził więc Dziadek Jurek w górę stromego stoku, który wznosił się opodal. Wiedział bowiem, że wszystkie koty są z natury leniwe jak pierogi z serem i nie chce się im męczyć biegając pod górkę, gdy mogą z górki.
            Zziajany Dziadek Jurek ostatkiem sił wdrapał się na szczyt owego wierchu i klapnął na wielki kamień. Po chwili rozejrzał się dokoła i osłupiał. Gdzie nie popatrzył - rozciągał sie bezmiar wód. Był na wyspie.
            - O kurza twarz! - jęknął - Wyspa? Ja pierniczę!
            Straszna prawda docierała do niego powoli. Z wielkim trudem zaczął się zastanawiać.
            - Jeżeli w stanie pomroczności jasnej znalazłem się, samotny jak palec w zadku, na cholernej wyspie, to właściwie jak ja się nazywam? To chyba było coś na literę "R". Rob Roy? Nie. Robin Hood? Nie. Robin i Batman? Też nie. Syn Robina? Tak! Już wiem! Robin-son.
            Uświadomiwszy sobie tę porażającą prawdę, byłby sfajdał się w spodnie, ale było to niewykonalne, gdyż od początku swej epopei nasz biedny bohater nic nie jadł. Ani nie pił więc mokrość spodni nie groziła mu także. No, chyba że wlazłby do tego bezmiaru wód co się rozciągał wokół lecz nie miał na to najmniejszej ochoty, bo zgubił co prawda lwa, ale dojrzał wśród fal czarne trójkąty zdradzające obecność rekinów. Za dużo filmów oglądał o szczękach jeden i szczękach dwa, by ryzykować.
            Wstał więc i ledwo trzymając się na trzęsących wciąż nogach otrzepał spodnie, pogroził pięścią komuś niewidzialnemu i postanowił eksplorować wyspę.
            Rzut oka wystarczył by stwierdzić, że wyspa jest wielkości chustki do nosa. No, może ciut większa bo mieścił się na niej wspomniany pagórek oraz jedna palma z orzechem kokosowym na samym szczycie długiego pnia.
            - Kurde, jak w dowcipach rysunkowych o bezludnych wyspach - pomyślał sarkastycznie - Teraz jeszcze powinna podpłynąć jakaś cud blondyna na pustej beczce. A może lepiej sama beczka. Z piwem.
            A zastanowiwszy się, dodał jeszcze:
            - Ta wyspa znakomicie nadawałaby się na tajną bazę wypoczynkową dla piratów. Pewnikiem jest tu gdzieś zakopana skrzynia ze skarbami. Można by kiedyś poszukać. Czasu mi nie brak.
            Pomyślawszy to, położył się na ciepłym piasku plaży i zasnął.

            (Ciąg dalszy już jest poczęty i wkrótce nastąpi)
            • damakier1 Re: Póki co - jest tak... (4) 12.09.12, 19:11
              ZaiZde, przygód ma dziadek co niemiara! Wciungło mnie i czytałam z dechem zapartym, ale jak doszłam do tego fragmentu o uszach: Pędząc zauważył po niewczasie, że grunt się skończył, a on przebiera trampeczkami w powietrzu bez żadnego podparcia. Ale miał przecież solidne uszy którymi zatrzepotał, załopotał niczym Dumbo i dzięki temu wylądował miękko na przecudnej polanie - to straszne podejrzenie mnie walnęło, kim Ty naprawdę jesteś Panie Jurku - literacko uzdolniony, z jęzorem ciętym i na dodatek z wielkimi uszyma?
              --
              "Dama ma - jak zwykle rację. I nie może być inaczej, skoro jest Damą."
              (aut.: ToJaJurek)

              wwwtrembil.blox.pl/html
                • tojajurek Re: Póki co - jest tak... (5) 13.09.12, 09:21
                  A teraz następuje ciąg dalszy - by Tojajurek.
                  Brawa mile widziane.

                  ROZDZIAŁ 5
                  Gdy tak Dziadek Jurek smacznie sobie spał na plaży ukołysany szumem fal morskiej laguny i śmiertelnie zmęczony nieustanną bieganiną, przyśnił mu się dziwny sen. W tym sennym majaku uświadomił sobie, iż słyszał kiedyś, że są na świecie takie czarodziejskie miejsca, gdzie spełniają się najprzeróżniejsze życzenia. Przypomniało mu się, że istnieje ponoć morska laguna, do której biegnąc - gdy się wypowie jakieś słowo czy życzenie i wskoczy do wody - zamieni się ona w tę pomyślaną rzecz. Podobno trafiło kiedyś w takie miejsce kilku cudzoziemskich podróżników z różnych krajów. Gdy dowiedzieli się o tej cudownej tajemnicy, pierwszy pobiegł na próbę Rosjanin, skoczył, krzyknął "wodka" i laguna napełniła się wódką. Po nim pobiegł Francuz, skacząc krzyknął "vin" i morze zmieniło się w wino.
                  Brzeg morski, nad którym w swoim śnie stał Dziadek Jurek, wyglądał czarownie i wyjątkowo tajemniczo. A pić mu się chciało okropnie, nawet przez sen.
                  - Może to jest właśnie takie legendarne miejsce? - pomyślał - Skoczę na próbę i zażądam piwa. Mnóstwo piwa!
                  Więc pobiegł Dziadek Jurek we śnie co sił w stronę wysokiego morskiego brzegu. Biegnie, już ma skoczyć z okrzykiem "piwo", ale w ostatniej chwili potknął się i padając do wody wrzasnął, nie wiadomo czemu po angielsku, "O, shit!".
                  I z tym okrzykiem na ustach obudził się, mając obrzydliwe uczucie, że wpadł znowu jak śliwka w… kompot.
                  Nie było to jednak złudzenie. Ciszę poranka zakłóciło podejrzane skrzypienie, chlupotanie i łomoty oraz zbliżający się groźnie tupot licznych nóg. W rozjaśniającym się powoli mroku zamajaczyły uzbrojone półnagie postacie w pióropuszach na głowie.
                  - Ja pierniczę! – szepnął do siebie Dziadek Jurek, zupełnie już rozbudzony – Indianie??? Bo chyba nie zespół taneczny z paryskiej rewii? Mają łuki i dzidy, zupełnie jak w kinie. Może będą tu kręcić jakiś western, w który i mnie uda się wkręcić?
                  Nie byli to jednak Komancze, ani nawet Czarne Stopy, choć biegali na bosaka. Na wyspie wylądował oddział półdzikich karaibskich tubylców, a sądząc po ich zachowaniu, nie mieli przyjaznych zamiarów, ani nawet cywilizowanych manier.
                  Na wszelki wypadek Dziadek Jurek, korzystając z nieuwagi dzikusów i porannej mgiełki, zręcznymi ruchami zagrzebał się cały w piasku u stóp wzgórza, tak że tylko oczy mu wystawały z niewielkiej wydmy usypanej nad głową, na której szczycie umieścił dla niepoznaki kępę trawy.
                  Obawiając się najgorszego, gdyby miało się okazać, że przybysze są dzikim szczepem nieokrzesanych ludożerców, Dziadek Jurek obserwował bacznie okolicę. Gdy pojaśniało, odkrył ze zdziwieniem, że czółna Indian nie są żadnymi prymitywnymi dłubankami, tylko porządnymi łodziami z napędem motorowym. W jeszcze większe osłupienie wprawił go fakt, że to, co brał za pióropusze na głowach owych dzikusów, było czapkami przyozdobionymi na szczycie parą wielkich, sztucznych króliczych uszu. Reszta wyglądała z pozoru normalnie – byli czarni i mieli dzidy, łuki, noże z kościanymi rękojeściami, naszyjniki z muszli i skórzane przepaski na biodrach. Po chwili jednak zauważył, że na szyi niektórych osobników dynda na sznurku telefon komórkowy, a jeden z nich najwyraźniej czyta wyciągniętą z torby gazetę. Co dziwniejsze, gadali ze sobą po francusku. Dziadek Jurek znał ten język i o mały włos nie zdradził swojej pozycji chichotaniem, gdy któryś z przybyszów opowiedział pieprzny dowcip.
                  Było to wszystko razem co najmniej zastanawiające.
                  Postanowił na wszelki wypadek chwilowo nie ujawniać swojej obecności, ale to postanowienie na niewiele się zdało.
                  Jeden z dzikusów, starszawy na oko ciemnoskóry osobnik, oddalił się od reszty i z westchnieniem ulgi klapnął na piasek. Sęk w tym, że wybrał sobie w tym celu akurat kępę trawy umieszczoną na głowie zanurzonego w piasku Dziadka Jurka.
                  - Auuu!!! – stęknął odruchowo – Spieprzaj dziadu gdzie indziej z twoim kościstym zadkiem!
                  Tubylec zdębiał, skołowaciał i osłupiał na dłuższą chwilę.
                  Korzystając z tego Dziadek Jurek zwinnym ruchem wygrzebał się ze swojego grajdołka. W tej sytuacji nie było co się dłużej kryć Nie chcąc jednak rzucać się zbytnio w oczy zebranej opodal zgrai, nie otrzepywał się z piasku, tylko usiadł jakby nigdy nic. Na wszelki wypadek lewą ręką wymacał pod sobą spory kamień, prawą jednak wyciągnął przyjaźnie do przybysza, mówiąc po francusku:
                  - Cześć, Stary! Jestem Robin-son, hmmm… to znaczy Dziadek Jurek. Podróżnik.
                  - Van jestem – odpowiedział dzikus uprzejmie – Miło mi cię poznać.
                  - Ciekawe nazwisko – zauważył Dziadek Jurek – Robisz w motoryzacji?
                  - To nie nazwisko tylko imię – wyjaśnił tubylec – A właściwie skrót imienia Vendredi, co po francusku oznacza piątek.
                  - Piętaszek??? – mruknął do siebie Dziadek Jurek – Niesamowite! Ja pierniczę!
                  A głośno spytał:
                  - Skąd takie dziwne imię?
                  - To smutne dzieje – odrzekł Van – Moi przybrani rodzice w pewien piątkowy poranek znaleźli mnie, gdy byłem dzieckiem, nagiego na plaży. Na szyi miałem kartkę z napisem: „To kretyn. Ten kto go weźmie, uczyni to na własną odpowiedzialność. Gwarancja wygasła”. No i wychowali mnie, jak umieli.
                  - Rzeczywiście przejmująca historia – odparł Dziadek Jurek – A czym się zajmujesz?
                  - Jestem najwyższym kapłanem mojego Kościoła – rzekł z dumą Van – A ta grupa, to moi współwyznawcy.
                  To mówiąc wydostał z chlebaka czapkę z przytwierdzonymi wielkimi uszami i naciągnął ją sobie na głowę. Jego czapka była biała, w przeciwieństwie do szarych czapek reszty tubylców.
                  - To jakiś czubek – mruknął do siebie Dziadek Jurek, odsuwając się dyskretnie na większy dystans – chyba kartka znaleziona ja jego szyi mówiła prawdę. Nie powiedział jednak tego głośno, tylko spytał uprzejmie, aby nie drażnić rozmówcy:
                  - Czy możesz opowiedzieć mi więcej o twoim Kościele i o zasadach waszej wiary?
                  - Ależ z najwyższą chęcią – odpowiedział Van sadowiąc się wygodniej – Więc posłuchaj.
                  - Najpierw jeszcze maleńkie pytanie – wybełkotał nieśmiało Dziadek Jurek, któremu wciąż okropnie chciało się pić – Czy nie masz czegoś do picia? Najlepiej piwko – dorzucił.
                  - Ależ oczywiście! – powiedział Van, po czym wyciągnął z chlebaka dwie flaszki piwa Desperados – Proszę! Zdrówko! A teraz opowiadam.
                  Więc Dziadek Jurek nastawił uszu, z lubością opróżniając równocześnie butelkę.

                  cdn. - być może
        • gat45 Baaaaaaaaaaaaaaaardzo mi się spodobało 14.09.12, 14:51
          a szczególnie moje własne kawałki. Chociaż czytając jednym ciągiem i na jednym oddechu nie od razu żem je rozpoznawała. Ale będę podtrzymywać, że to moje mi się najbardziej podobały, bo to mi pochlebia.

          On n'est jamais si bien servi que par soi-même :)

          Brawo, ToTyJurku, i dzięki ! Dzięki Tobie tyle osób może sobie poprawić samopoczucie i się odpowiednio dowartościować...
        • dupetek Re: Póki co - jest tak... 14.09.12, 23:21
          Brawo TotyJurku! Bardzo mi się podoba chociaż nie uczestniczyłem przy tworzeniu:( Najbardziej spodobał mi się fragment z zaklęciem "lubię lody":)
          Chcę więcej! Opowieści, nie lodów oczywiście.
          --
          kaczka, jak to kaczka
          --
          Lubię lody!
          • tojajurek Re: Póki co - jest tak... 15.09.12, 00:04
            Dzięki za dzięki. Cd będzie - na razie jest troszkę w kompie, a reszta w głowie.
            Na razie chyba przerwa, bo pojutrze wyjeżdżamy z Kiciusiem do Zakopnego, jak co roku w okolicach 17 września. Kompa nigdy nie zabieram, musi trochę ostygnąć. Może na wyjeździe naszkicuję sobie kilka następnych ciągów dalszych. Dość to trudne, bo mam ambitny zamiar, aby to było zajmujące dla 8-10 -latków, ale także dowcipne dla dorosłych. Jak się nie uda, to będzie jak zwykle. A jak coś wyjdzie - to tu wrzucę.
            Pzdr
            Dziadek Jurek
            • tojajurek On następuje... 26.09.12, 20:00
              Znaczy się Ciąg Dalszy. Jak obiecałem. Proszę o szczerą pozytywna krytykę.

              ROZDZIAŁ 6
              Van pociągnął tęgi łyk piwa ze swojej flaszki i rozpoczął wyjaśnienia.
              - Fundamentem naszego Kościoła jest wiara, iż stwórcą wszechświata jest Przedwieczny i Wszechmocny Biały Królik, dla uproszczenia zwany z szacunkiem Wielkim Królem. Źródłem naszych przekonań są prastare prawdy przekazywane z pokolenia na pokolenie w naszym plemieniu. Wszyscy tu zebrani tubylcy są wyznawcami i krzewicielami Starej Wiary. Nie są też, wbrew pozorom, prymitywnymi dzikusami, a w większości wykształconymi i szacownymi mieszkańcami naszej wyspiarskiej stolicy, gdzie językiem urzędowym jest francuski. A na tę opuszczoną wysepkę przypływamy raz do roku, aby odbyć uroczyste obrzędy święta Króliczego Daru.
              - To nadzwyczaj interesujące – powiedział z lekka ogłupiały Dziadek Jurek – Mów dalej.
              - Według naszej wiary – kontynuował Kapłan – Wszechmocny Biały Królik jednym ruchem uszu stworzył ziemię według wcześniejszego zamysłu, z jej wodami, górami, wyspami, zwierzętami i roślinnością. Tak przygotowaną krainę zamieszkali pierwsi ludzie, którzy od razu w wielkiej liczbie wyskoczyli z Króliczej Sierści.
              - Jak pchły ze starego psa – bąknął cicho pod nosem Dziadek Jurek – Kompletny odlot.
              - Wszechmocny Biały Królik – mówił dalej Van – czuwa stale nad ziemią i ludźmi. Jego otwarte oko daje nam światło w dzień, a przymknięte w nocy, jego oddech daje nam życie, ruch jego uszu zsyła nam wiatr i deszcz, a jego łapa nas chroni przed złem, zaś po śmierci znajdziemy wszyscy ciepłe miejsce i wieczny odpoczynek w zakamarkach jego futra.
              - Całe szczęście – burknął do siebie złośliwie Dziadek Jurek – że nie zrzuca nam bobków na głowy, na dowód łaskawości. Moglibyśmy nie przeżyć bombardowania.
              W tym momencie Dziadek Jurek zauważył kątem oka, że kilku dzikusów (jak się okazało z wyjaśnień Vana – fałszywych) zbliża się do nich tanecznym krokiem, wyraźnie przyzywając do siebie gestami swojego kapłana.
              - Muszę iść – powiedział Van – Beze mnie rytuał ofiarny nie może się odbyć.
              I poszedł otoczony ciasno przez podrygujących bez przerwy tubylców.
              - Ciekawe – mruknął do siebie Dziadek Jurek – Co ma być tą ich ofiarą? Może zamierzają uroczyście zjeść tego biedaka upieczonego nad ogniskiem i posypanego majerankiem?
              Na wszelki wypadek zamaskował się bezpiecznie z powrotem w piasku, obserwując bacznie wydarzenia. Tymczasem tubylcy, cały czas ozdobieni na głowach wielkimi króliczymi uszami z plastiku i sztucznego futra, utworzyli krąg dokoła swojego kapłana. Następnie, podkuliwszy przed sobą ręce, zaczęli rytmicznie kicać w koło śpiewając uroczystą pieśń. Dziadek Jurek, nadstawiwszy swoich dwoje niewielkich, choć nad podziw muskularnych ludzkich uszu, usłyszał powtarzany przez nich dziwaczny refren:
              Dobry Królu, Biały Panie,
              Daj nam marchew na śniadanie,
              Gdy wieczorem brzuch nasz pusty,
              Nie pożałuj nam kapusty.
              Hrrrum!
              Po chwili każdy z tancerzy wyciągnął zza pasa solidny nóż i wszyscy zaczęli nimi wymachiwać do taktu śpiewanej pieśni.
              - Teraz się zacznie jatka – uradował się ni z gruszki ni z pietruszki Dziadek Jurek, wkręcając się głębiej w piasek – Będzie na co popatrzeć.
              Jednak mylił się całkowicie. Zamiast siekać kogokolwiek na plasterki, każdy z tubylców wyciągnął z chlebaka dorodną marchewkę i zaczął ją demonstracyjnie strugać. Dziadek Jurek osłupiał. Zdziwił się jednak jeszcze bardziej, gdy piasek obok niego zaszeleścił i z powstałej nagle dziury wyłonił się łeb szarego królika. Od razu też rozpoznał gryzonia, którego pomysłowa interwencja wybawiła go wcześniej z plugawych łap Zbója Borowego.
              - Cześć – powiedział Szary Królik – Znowu się spotykamy.
              Mówiąc to nie spuszczał jednak z oczu korowodu tubylców, a wzrok miał coraz bardziej nieprzyjazny.
              - Marchewkę skrobią łobuzy, ścierwojady! Hańba! Świństwo! Już my im damy popalić. - To powiedziawszy zazgrzytał jakoś tak specjalnie zębami. Na ten znak wyskoczyły nagle spod ziemi setki rozwścieczonych królików.
              - Na nich! – wrzasnął Szary Królik – Skończymy z tym bezeceństwem!
              Na to hasło falanga królików rzuciła się galopem na tubylców gryząc, kopiąc i drapiąc gdzie popadnie. Zaskoczone dzikusy uciekały w popłochu, gubiąc noże, dzidy, dziwaczne uszate czapki i naszyjniki z muszli. W te pędy dobiegli do łodzi, uruchomili silniki i odpłynęli. W jednej tylko łodzi silnik nie odpalił, więc ją w pośpiechu zostawili na plaży. Pozostały po nich na piasku jedynie marchewki, które jednak natychmiast zostały przez królicza armię skonsumowane.
              - To było prawdziwe Waterloo, gratuluję! – powiedział Dziadek Jurek, gdy Szary Królik wrócił z frontu bitwy, lekko tylko zdyszany – Ale skąd wiedziałeś co się tutaj dzieje?
              - My, króliki, dużo wiemy. – odparł Szary Królik – powinieneś się domyśleć, że nasze podziemne nory i korytarze opasują całą ziemię. Nic nie umknie naszej uwadze. Wszystko widzimy, wszystko słyszymy. Ale teraz kicaj stąd w podskokach, póki masz czym – to mówiąc wskazał łapą porzuconą łódź – Mam wieści, że zbliża się tutaj Zielony Stwór, a z południa nadpływa pirat Jack Sparrow, z ekipą swoich zabijaków. Więc lepiej zwiewaj.
              Dziadek Jurek posłuchał dobrej rady. Pomachawszy Szaremu Królikowi na pożegnanie, wskoczył do łodzi, złapał za pozostawione tam wiosła i odbił od brzegu. Gdy zmęczył się wiosłowaniem, przeszukał łódź. Niewiele tam było przydatnych do żeglugi rzeczy, samo badziewie, ale znalazł skrzynkę piwa oraz schowane na dziobie 32 koszule hawajskie w kwiaty. Pomyślawszy chwilę powiązał je za rękawy i pospinał guzikami, a tak uzyskany prowizoryczny żagiel uwiązał do postawionych na sztorc wioseł. Wiatr popchnął łódź do przodu. Wyspa po chwili zniknęła z oczu Dziadka Jurka. Był sam na oceanie. Popijając niespiesznie z flaszki piwo „Desperados” płynął radośnie w nieznane. Znów był wolny.

              Na tym chwilowo urywa się opowieść, złożona z relacji zbieranych długo i w niemałym trudzie.
              • ave.duce Re: On następuje... 26.09.12, 21:57
                To trzeba znowu wziąć się do roboty - ale już nie dziś, nie dziś.
                --
                @ nie chce mi się @ <<< Michaił Bułhakow >>>
                „Prawdziwa dama pije tylko czysty spirytus i nigdy w małej ilości”
                > Forum ze Dworum/Freedom
              • trusiaa Jaaaaj... ale to było! 27.09.12, 08:45
                Tojajurku: zachwyconam!.
                Jaki piękny miałeś pomysł, żeby stworzyć kosmogonię całą z jedynym słusznym bóstwem.
                Moim skromnym zdaniem rozdział szósty jest najlepszym z dotychczas napisanych rozdziałów. Liczę, że nie ostatnim, który zalud... zajęczą tacy fajni bohaterowie.
                • damakier1 Re: Jaaaaj... ale to było! 27.09.12, 11:34
                  Ha! Jak tylko przeczytałam słowa, że stwórcą wszechświata jest Przedwieczny i Wszechmocny Biały Królik, dla uproszczenia zwany z szacunkiem Wielkim Królem., od razu wiedziałam, że się to Trusieńcee najbardziej podoba.
                  A Tobie, Jurku, tak powiem: czyta się!

                  --
                  "Dama ma - jak zwykle rację. I nie może być inaczej, skoro jest Damą."
                  (aut.: ToJaJurek)

                  wwwtrembil.blox.pl/html

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka