Dodaj do ulubionych

Morskie opowieści

06.08.13, 10:36
w zwiążku z Tall Ships Races
Popełniłem parę tekstów.
W wątku Damy jest parę. oto następne:

Praktykant pokładowy na "Dare Pomorza"

Po gzaminach wstępnych (11 kandydatów na 1 miejsce) na początku lipca przjechałem do Gdyni na kandydatkę, czyli ostateczną weryfikację przydatności.
Idąc z dworca kolejowego ok godziny 5 rano, bo wtedy przyjechał pociąg z Warszawy, już z daleka widziałe strzeliste maszty "Daru"
Pomyślałem sobie "Boże czy ja tam kiedykowiek wejdę?" Czekaliśmy z innymi na zaokrętowanie.
Wyszedł marsowo wyglądający mężczyzna w mundurze. Sądziliśmy, że to ktoś bardzo ważny. Okazło się, ze to był zaledwie asystent pokładowy, czyli kandydat na oficera.
"W dwuszergu zbiórka!" stanęliśmy jak kazał. "Do 3 odlicz!". Wykonano. "Jedynki wystąp!", "W prawo zwrot", "Naprzód marsz!"
"To jest pierwsza wachta". I tak podzielono nas na 3 wachty. Ja trafiłem do drugiej. Przydzielono nam numery alarmowe, haki na hamak na międzypokładzie danej wachty, hamak i stalowe szafki na graty. Bardzo małe, a niczego nie wolno było mieć gdzie indziej.
Hamak zwinięty razem z betami miał miejsce na półce w hamakowni. Wydano drelichy. Ubrania cywilne powędrowały do magazynu.
Dostałem numer 60 i w ten sposób na jakiś czas straciłem nazwisko.
Potem usłyszlismy przemowę naszego instruktora: "Najważniejszy na statku jest Komendant, potem długo nic i Starszy oficer długo, długo nic. Potem jest Starszy Oficer, Chief
którego macie tytułować kapitanem. Potem sa oficerowie i znów długo nic. Nastepnie jest starszy bosman i bosmani wachtowi,
potem instruktorzy i znów dłuigo nic. potem jest pies Misiek i długo, długo nic i są wreszcie kandydaci", czyli my. I zero praw.
I się zaczęło! Statek przejeliśmy od starszego rocznika, ktopry wrócił z rejsu szkloleniowego na Morze śródziemne'
Musieliśmy się nauczyć każdej liny, każdej czynności i nabrać malpiej wprawy. Pierwszy raz wchodziłem na maszy z duszą na ramieniu. Grotmaszt mierzy, bagatelka 45 metrów.
Wtedy nie mielismy zabespieczeń, żadnych szelek bezpieczeństwa podcza pracy na rejach. Z tego co wiem, w czasie całej słuzby "Daru" był tylko 1 wypadek odpadnięcia z rei.
Po opanowaniu lęku wysokości, musiano hamować nasza brawurę.
Położenia lin musieliśmy sie nauczyć tak, aby nawet po ciemku trafic na własciwą. Instruktorzy stosowali tzw "metody Makarenki", stalinowskioego "pedagoga" z lat 30, jak nam mówili.
Stał szereg kandydatów. Pierwszy w szeregu słuszał na przykład: "lewy nok gording górnego grot bramsla!". Trzeba było bieiem
chwcić właściwą linę. Kto popełnił błąd, biegł "po dużej orbicie", czyli wokół statku i stawał na końcu szeregu. I tak do skutku.
Czas był wypełniony do końca. Wiosłowanie, żagle, prace bosmańskie i porządkowe. Kary polegały głownie na "godzinkach" czyli godziny [pracy dodatkowej. Żeby wyjść na ląd trzeba było mioeć wszystkie odpracowane.
Ale to potem, bo na kandydatce nie było wyjścia na ląd.
Bałem się choroby morskiej, gdyż od dziecka nie tolerowałem hustawek, karuzel itp. O dziwo kołysanie morskie znosiłem dobrze. Huśtawek nie znoszę do dzisiaj.
Traktowano nas różnie. Od sadysty, oficer Damiana D., czy Andrzeja O. do ludzi, których wspominam z sentymentem. Jak bosman Paweł Kotopwski, którego odwiedzałem przez lata kidy tylko miałem okazję.
Wychowaywał także mojego syna już na "Darze Młodzieży". Niestety ju z nie zyje.
Mała dygresja. Po latach mój syn poszedł na kandydatkę na nowy "Dar". Miał zamustrować w poniedziałek. W nioedzielę wróciliśmy do Szczecina na naszym jachcie. W drodze powrotnej odwioedziliśmy stijący na Wałach "Dar".
Weszliśmy na pokład. Podeszliśmy do bosmana. Powiedziałem: "Paweł, to jwest mówj syn. Jutro będzie tu na kandydatce.
Powierzam Ci chłopca a za 2 miesiące przyjjdę po męzczyznę!" Pawł dokładnie to wykonał.
Gonił nas do pracy niemiłosiernie, W przeciwieństwie do innych sam z nami pracował nadajac trudne do sprostania tempo pracy.Nie ubliżał nam i nie przeklinał. Od innych instruktorów dowiadywałm się co kro, im była moja mamusia....
Bylismy mocno jednak zmotywowani, a wylecieć można było za byle co. Paweł miał ksywe "Osmiornica", i gdyby miał 8 rąk, to by nimi pracował.
Pawełku, mam nadzieję, że jest Ci dobrze za smugą cienia...
M.
Obserwuj wątek
    • ave.duce Re: Morskie opowieści 06.08.13, 15:00
      Gdybyś tak w wolnej chwili dodał w tym wątku linki do wszystkich swoich dotychczasowych "Morskich opowieści" - byłoby ekstra :)

      A potem ten link powędruje w górę i zawiśnie obok "Reportaży Olgi". Co Ty na to?
      --
      @ nie chce mi się @ <<< Michaił Bułhakow >>>
      „Prawdziwa dama pije tylko czysty spirytus i nigdy w małej ilości”
      > Forum ze Dworum/Freedom
      • 1agfa Re: Morskie opowieści 06.08.13, 16:16
        Dzień dobry :) Wczoraj tutaj byłem, czytałem z zajęciem na wątku Damy opowieści Marinera.
        Dziekuję, Marinerze :) Gdyby tak te opowieści zebranymi się stały! Przechodzień byłby mocno uradowany.
        Proszę, Marinerze i Forum ze Dworum :)

        ave.duce napisała:

        > Gdybyś tak w wolnej chwili dodał w tym wątku linki do wszystkich swoich dotychc
        > zasowych "Morskich opowieści" - byłoby ekstra :)
        >
        > A potem ten link powędruje w górę i zawiśnie obok "Reportaży Olgi". Co Ty na to
        > ?

        --
        http://i43.tinypic.com/2ahbjuw.jpg
    • mariner4 Pipa racza 07.08.13, 03:15
      Starszy oficer. Zastępca komendanta. Nasz główny "prześladowca". To jest dobry człowiek. Widuję go czasem. Nazywaliśmy go "Pipa racza", bo jago najcięższą obelgą pod adresem
      któregoś z nas było: "Ty pipo racza!" Zgroza!
      Związana z tym jest zabawna historia. Uczono nas położenia najważniejszych portów świata. W sali wykładowej wisiała ogromna mapa świata i trzeba było na wyrywki wskazywać ich położenie na mapie.
      Najpierw nam je pokazywano. Chief miał wykład, Drewnianym wskaźnikiem pokazywał kolejno porty. Nasz kolega Zdzisiek miał zdolności rysunkowe. Ołówkiem narysował symbol miasta portowego i pęknie napisał drukowanymi literami, jakie były
      na tej mapie, na kontynencie Płd Ameryki "Pipa Racza"
      Chief pokazywał nam porty. Tu jest Rio de Janeiro, a tu Recife, a tu Buenos Aires, a to z kolei Pipa Racza. Ryknęliśmy śmiechem. W końcu i on uśmiał się do łez.
      Kiedy spotkałem go na poprzednim zlocie żaglowców, przypomniałem mu to wydarzenie.
      Był wzruszony.
      M.
    • mariner4 Rejs kandydacki 07.08.13, 19:52
      Po postoju w Gdyni i 3 tygodniach na redzie Gdyni, gdzie ostro ćwiczyliśmy, uznano, że jesteśmy w miarę gotowi. Popłynęliśmy do Świnoujścia odwiedzając Kołobrzeg, Ustkę. Tylko do Świnoujścia statek wszedł. Do pozostałych docieraliśmy szlupami motorowymi.
      W Kołobrzegu wypuszczono nasz wreszcie na ląd. W białych tropikach stanowiliśmy atrakcję dla urlopowiczów, przy czym my oczywiście głównie interesowaliśmy się wczasowiczkami.
      Puszczeni ze smyczy żelaznej dyscypliny przeholowaliśmy trochę z piwem.
      Pogoda się pogorszyła wracaliśmy podczas silnego wiatru i dużej fali. Żegnali nas ludzi na falochronie. Było groźnie. Ale my popisując się przed panienkami, machającymi do nas z falochronu strugaliśmy bohaterów i popisywaliśmy się
      Na drugi dzień rano, na apelu między innymi ja, usłyszałem: "Numer 60. Za brak powagi w obliczu niebezpieczeństwa, 15 godzin pracy dodatkowej!"
      Zaczęła się proza życia na "Darze"
      M.
    • mariner4 Kandydacki rejs próbny 12.08.13, 16:52
      Po postoju w Gdyni i 3 tygodniach na redzie Gdyni, gdzie ostro ćwiczyliśmy, uznano, że jesteśmy w miarę gotowi. Popłynęliśmu do Świnoujścia odwiedzajć kołobrzeg, Ustkę. Tylko do Świnoujścia statej wszedł. Do pozostałych docieraliśmy szlupami motorowymi.
      W Kołobrzegu wypuszczono naz wreszcie na ląd. W białych tropikach stanowiliśmy atrakcję dla urlopowiczów, przy czym my oczywiście głównie interesowaliśmy się wczasowiczkami.
      Puszczeni ze smyczy żelaznej dyscypliny przeholowaliśmy odrobinkę z piwem.
      Pogoda się pogorszyła. Wezwano nas syreną okrętową do portu Wracaliśmy łodziami na statek podczas złej już pogody. Ludzie na falochronie żegnali nas pełni obaw. Było już groźnie. Ale my popisując się przed panienkami strugaliśmy bohaterów.
      Na drogi dzień rano, na apelu, między innymi ja, usłyszałem: "Numer 60. Za brak powagi w obliczu niebezpieczeństwa, 15 godzin pracy dodatkowej!"

      M.
      • ewa9717 Re: Kandydacki rejs próbny 12.08.13, 18:36
        Na przyszłych oficerów marynarki patrzyłam zawsze jak na "chłopców" Karola Olgierda B. Już dobre kilka lat w pociągu oko moje z przyjemnością spoczęło na młodzianku w marynarskim mundurze. Ach, pomyślałam sobie, chłopię żywcem od K.O.B.! A potem do młodzianka przysiadł się drugi, też wymuskany, też w takim mundurze, i otworzyli dzioby...
        Zawstydzona, zmieniłam przedział...
        A jak było za Marinera młodu pod tym względem?
            • mariner4 Nigdy nioe była 13.08.13, 08:18
              A kloaka płynie nie tylko z ust marynarzy. Ostatnio zdarza się to również panienkom.
              Na przykład będąc w liceum, żaden z chłopaków nie odważyłby się zakląć przy dziewczynie. Między sobą nie mieliśmy takich skrupułów.
              A na "Darze"?
              Mały przykład. Przy brasowaniu miałem popuścić linę. Pomyliłem się i ona pękła. Zobaczyło tu oficer. Zawołał bosmana i wskazując mnie powiedział: "Paweł, zj.... go!". Nie nie był to Wersal, ale takie zachowanie w pociągu było nie do pomyślenia.
              M.
              • izydor88 Re: Nigdy nioe była 17.08.13, 20:49
                mariner4 napisał:

                > A kloaka płynie nie tylko z ust marynarzy. Ostatnio zdarza się to również pani
                > enkom.

                Fakt,kilka godzin temu obok mojego płotu przechodziły prześliczne 14-15 latki.Słowo na k. było przerywnikiem rozmowy...



                --
                Klara
    • mariner4 Nocny alarm manewrowy 17.08.13, 17:54
      Śpię sobie w hamaku, a tu nagle dźwięk dzwonków alarmowych wyrywa mnie ze snu. "Do want!", "Ma wanty!" Na dobre obudziłem się w połowie drogi na grot bram reje, gdzie miałem przydział. Praca automatyczna. :Przyszedł szkwał i trzeba było zredukować powierzchnię żagli.
      Stojąc na percie, brzuchem oparty o reję razem z kolegami opanowaliśmy wściekle łopocące płótno.
      Perty to liny pod reją na której się stoi. Ręce potrzebne do żagla więc odchylaliśmy perty żeby leżeć skośnie brzuchem opartym o reję. Godzina snu i moja wachta.
      Najbardziej dał mi się we znaki brak snu.
      Brasowanie żagli. Podczas zwrotów trzeba było przebrasować reje aby ustawić je pod właściwym katem do wiatru. Podczas halsowania była to robota bez końca.
      "Do brasów!", 2 wachta na lewe brasy grota!", "Luzować lewe!", "Wybierać prawe na bajdewind!" "I rrraz, i rraz, i rraz!" "Z krzyża!"
      Za godzinę znów to samo. I tak czasem całą noc. A w dzień, normalnie robota, nauka i praktyka nawigacyjna.
      M.
    • mariner4 Żaglomistrz 22.08.13, 15:42
      Fach wymarły.
      Moja ulubiona praca. Spokojne w kilka osób, na międzypokładzie szyliśmy nowe żagle. Międzypokład 2 wachty miał wystarczająca powierzchnię. Z brytów płótna konopnego.
      Płotno konopne jest najbardziej odporne na butwienie. Nici żeglarskie, igła żeglarska i tzw rękawica bosmańska, pełniąca rolę naparstka. Skórzana bez palców, w okolicach kciuka stalowy krążek z wybitym dziurkami aby się igła nie ześliznęła.
      Żaglomistrz, pod którego kierownictwem pracowaliśmy był spokojnym człowiekiem. Morskie opowieści umilały nam czas.
      To była relaksująca praca po tej na pokładzie. Żagle szyliśmy ręcznie. Teraz "Dar Młodzieży" ma żagle z dakronu szyte maszynowo w firmie żaglomistrzowskiej.
      M.
        • mariner4 Nie, ale jeżeli 01.09.13, 07:42
          chcesz wiedzieć koniecznie, to powiem.
          Już nie chowa się zmarłych w morzu.
          Opróżnia się komorę w chłodni, gdzie jest -40 i tam się przechowuje zwłoki do najbliższego portu. Raz miałem taki przypadek.
          Żaglomistrz, jak sama nazwa wskazuje......
          M.
          • tojajurek Re: Nie, ale jeżeli 01.09.13, 10:11
            Słyszałem innym rozwiązaniu z epoki wielkich żaglowców. Ważny zezwłok transportowano na długi dystans zatopiony w beczce rumu. Mogło to się jednak nie podobać załodze, która - po zakończeniu operacji - mogła wybrzydzać na jakość przydziałowego trunku.
            Chłodnia okrętowa jest lepszym rozwiązaniem, pod warunkiem, że kuk rumu nie używa i patrzy co wrzuca do gulaszu.
          • runen Re: Nie, ale jeżeli 01.09.13, 19:27
            koniecznie to muszę oddychać
            ale ciekawi mnie za to jak jest z kultem na statkach
            z duchowością - każdy zamyka za swoimi drzwiami, czy i na to wynaleziono chłodnię?

            --
            sydełkiem go dziabłam, i tak wysło, ze w oko
            • mariner4 Nigdy nie zauważyłem jakiś problemów 01.09.13, 19:56
              Natomiast często na statki w portach przychodzą z różnych morskich misji i zabierają marynarzy do siebie. Można tam posiedzieć, wypić piwo, zadzwonić do domu tanio i sympatyczne spędzić czas. Najczęściej nawet nie wiadomo, co to za wyznanie. Im zależy tylko na tym, żeby marynarz przyszedł do nich, a nie do burdelu. I jest fajnie, miło i sympatycznie.
              A jak to jest u nas?
              Byłem w Gdyni razem z moją filipińską załogą na niemieckim statku. Filipiny to głownie katolicy. Też z misji ich zabrali. Wrócili przerażeni. Opowiadali mi, że obsiadły ich stare baby i opowiadały im o nieszczęściu aborcji! Więcej tam nie poszli. Między sobą mówili, ze Polska to dziki kraj.
              Oni najczęściej między sobą mówią po angielsku, bo tam setki narzeczy, a angielski znają wszyscy.
              M.
              • runen Re: Nigdy nie zauważyłem jakiś problemów 01.09.13, 20:16
                pytam, bo nie znam
                pytam o różne, bo moja szefowa pływała i źle wspomina
                a jej przyjaciółce, teraz jako chief funkcjonującej babce z papierami kapitańskimi
                filipińczycy zhakowali konto
                i się zastanawiam, dlaczego ta moja szefowa, która mogłaby być indziej
                woli takie nieciekawe życie, od tamtego
                też nieciekawe?

                --
                sydełkiem go dziabłam, i tak wysło, ze w oko
                      • runen Re: Na statkach nadal dostęp do netu 04.09.13, 22:02
                        zatem będę musiała zweryfikować tamtą opowieść
                        może nie taki filipińczyk jak diabeł straszny.

                        czekam na Twoje dalsze wpisy
                        hms ulissesa ukradłam przyjaciółce z (o jej) 20 lat temu
                        okrutne morze - tytuł jakoś dzwoni - ale nic poza tym - poszukam
                        za to dobrze i ciepło, chociaż też sprzed dawien, wspominam Sześciu z Daru Pomorza

                        filmy - Biały Szkwał, Wiatr
                        życie - niespełniona przygoda, wspomnienie po dawnym żeglowaniu na małych szkoleniowych jachtach. jestem aspołeczna, a tam to się kiepsko sprawdza.

                        --
                        sydełkiem go dziabłam, i tak wysło, ze w oko
                        • mariner4 Tu jest link 05.09.13, 07:59
                          lubimyczytac.pl/ksiazka/71743/okrutne-morze
                          To jest wstrząsająca opowieść o załodze eskortowca, korwety klasy "Flower", "HMS "Compas Rose"
                          Film też był bardzo dobry
                          www.filmweb.pl/film/Okrutne+morze-1953-171083
                          "Sześciu z Daru pomorza" to typowy "produkcyjniak" z wczesnego PRL.
                          W Polsce nie ma dobrej marynistyki, może poza literaturą wspomnieniową.
                          M.
                          • runen Re: Tu jest link 07.09.13, 20:40
                            przyśniło mi się - niedokładnie pamiętam
                            ale okazuje, że tall ship races się nie skończyły
                            tylko statki popłynęły w dół odry
                            i między 4, a którymś września wizytowały miasto jakieś na śląsku, niewielkie
                            które we śnie miało swoją nazwę, taką z mapy, ale teraz nie pamiętam

                            i był cuauhtémoc i cisne branco
                            i przepłynął triumfalnie dar młodzieży, który skurczył się do rozmiarów fryderyka chopina

                            z cuauhtémokiem to ciekawa historia. mimo, że to wnętrze kontynentu, to okazało się, że to śląskie miasto było archipelagiem i kiedy przyszło tej wielkiej grupie ludzi iść na obiad (we śnie to miało sens), to ze statku - z dołu kadłuba - wyciągnięto sztywną barkę, a reszta - maszty, burty od pewnej wysokości, zostały przy nabrzeżu. został też gumowy - - gumowa oprawa barki, zwisała w bezwładnych płatach. ludzie tłoczyli się, tłoczyłam się i ja - ale wystarczyło zrobić dwa kroki do tyłu i było normalnie. siedziałam na trawie i czytałam książkę, znajomi byli jeszcze indziej. wstałam, żeby obejrzeć imprezę z innej perspektywy i przemieszczałam się po chaotycznych basenach portowych ogrodzonych siatką, i wisiało się nad wodą, żeby przejść dalej, a czasami się nie dawało dalej. nie dla ludzi poniżej akrobaty, albo powyżej nastolatka. i wtedy się zorientowałam, że nie mam książki. "okrutne morze". wkurzyłam się, bo z biblioteki, wiedziałam, że mogę odkupić, ale postanowiłam odszukać. i błąkałam się po terenie znajdując mnóstwo zagubionych książek. już miała być moja - a było "okrutne (coś)", potem "morze (czegoś)", a reszta w prawie identycznych, jak z linka, okładkach. zawędrowałam pod mury szkolnego gmachu. to była akademia? nie, raczej liceum morskie. na śląsku. taki gmach jak na starą - tą naprawdę starą - maturę. niedaleko siedział facet bez nóg, siedział na ziemi, był na regatach. starałam się patrzyć mu w oczy, ale głupio było mi minąć go w miejscu, gdzie drogę powinny zagradzać nogi. książki nie znalazłam. meksykanin okazał się gumową wydmuszką. a dziś, cały dzień, jakoś jestem obok świata. bardziej niż zwykle.

                            --
                            sydełkiem go dziabłam, i tak wysło, ze w oko
                              • ave.duce Re: Tu jest link 08.09.13, 12:38
                                Ależ sen, no, no. Rzadko coś mi się śnie tak wyraziście, żeby to pamiętać. A jeżeli już - to krótkie scenki, tak na 1/4 Twojej historii.
                                --
                                @ nie chce mi się @ <<< Michaił Bułhakow >>>
                                „Prawdziwa dama pije tylko czysty spirytus i nigdy w małej ilości”
                                > Forum ze Dworum/Freedom
    • mariner4 John T Pawilkowsky 24.08.13, 13:42
      "Dar Pomorza" zawinął do Las Palmas. Wyszliśmy na wytęskniony ląd. Zanim nas jednak wypuszczono statek pobrał wodę słodką. Pojemność zbiorników wynosiła ok 100 ton, co dla 140 ludzi na pokładzie, było ilością więcej niż skromną.
      Z higieną było więc krucho. W wodzie morskiej użycie mydła przypomina użycie do tego celu ziemniaka.
      Cuchnęło więc od nas mocno. Zarządzono kąpiel. Następnie po rutynowym egzaminie z olinowania statku (kto oblał, nie miał wyjścia) i wyeliminowania tych, co mieli nieodpracowane karne "godzinki", wysypaliśmy się na ląd.
      Idąc ulicami Las Palmas napotkaliśmy starszego człowieka. Wysoki, z jednym chorym, niewidzącym okiem.
      "Hallo", zaczepił nas. "Are you Polish?". "Yes!". "I'm Polish too!". "My name is John T Pawlikowsky, but I don't speak Polish. I am an American"
      Zabrał nas do siebie. Spędzał tam emeryturę. W dużym pokoju półki wzdłuż 4 ścian, a tam butelki chyba wszystkich trunków świata! Każdy z nas chciał spróbować te alkohole często nawet nie znanych nam z nazwy.
      Oczywiście była to mieszanka piorunująca. Ledwie dowlekliśmy się na "Dar".
      Rano usłyszałem (moi koledzy też) "Za niegodne zachowanie w porcie, 25 godzin pracy dodatkowej!" I trzeba to było odpracować przed kolejnym portem. Inaczej nici z wyjścia do miasta w Gibraltarze.
      M.
      • smutas13 Re: John T Pawilkowsky 24.08.13, 18:03
        John T Pawlikowski, na pewno był szczęśliwy, że mógł ugościć ludzi z dalekiego kraju.
        Takie przygody, pamięta się całe życie.
        A...że w głowie trochę szumiało i trzeba było odpracować dodatkowo 25 godzin?
        Dla młodego, to żadna kara.

        --
        ...i chodzi tylko o to jedynie, by Świat wyglądał tak, jak powinien - Piotr Bukartyk
    • mariner4 Istny 03.09.13, 08:31
      "Diadia" Kwiatkowski
      Radiooficer. W tej służbie nie można zostać kapitanem. Ale go tak tytułowaliśmy Miał dyplom honorowego Kpt. Ż.W.
      Za to, że jak "Dar" był internowany przez wojnę w Szwecji, on się statkiem opiekował.
      Był to kochany człowiek, a my mu psociliśmy bez przerwy. Kiedy uczył nas telegrafii Morse'a kawałkiem metalu zwieraliśmy kontakty kluczy telegraficznych co uniemożliwiało nadawanie
      "Diadia" cały czas szukał "Istnego". Rozindyczony (miał siedemdzeisiątkę z okładem) krzyczał: "Gdzie jest ten istny, istny.....!" I nie kończył. Mówiliśmy, że jak znajdzie tego Istnego to wreszcie pójdzie na emeryturę.
      W jago ustach najstraszliwsza groźbę było: "Jak będziecie tak niesubordynowani, to ja Wam na semestr postawię tróję!"
      Trzeba było przywdziać wystraszoną minę. i dziadek się uspokajał. W PRL obowiązywała forma "Wy", czyli rusycyzm. Diadia tego nie rozumiał i miał trudności ze stosowaniem tej formy. Na przykład pytał: "Skąd wyśta są?" Jak chciał się dowiedzieć skąd któryś z nas pochodził.
      M.

      • tojajurek Tak przy okazji... 04.09.13, 00:42
        Skończyłem czytać świetną - w mojej dyletanckiej opinii - trylogię marynistyczną. Autor John Stack: "Okręt Rzymu", "Kapitan Rzymu" i "Władca Rzymu". Akcja głównie koncentruje się na bitwach morskich w okresie drugiej Wojny Punickiej. W zasadzie beletrystyka, ale autor wchłonęł mnóstwo wiedzy o budowie okretów, taktyce morskiej, historii ważniejszych bitew oraz kulisach ówczesnej polityki. Bardzo ciekawe. Jeśli ktoś nie czytał, a interesuje go wszystko co pływa - z przyjemnością polecam.
        Obecnie Stack dał susa w czasie i przerzucił się na zbeletryzowaną historię Wielkiej Armady. Po angielsku już wyszła. Może będzie polskie tłumaczenie.
        Tak, czy owak - świetne czytadło, a i niejednego można się przy tym dowiedzieć z historii.
        • mariner4 Nie czytałem. 04.09.13, 10:37
          Co prawda nie jest to okres którym się specjalnie interesuję, ale skoro mówisz że dobre, to postaram się przeczytać.
          Unikam księgarni, bo bym z torbami poszedł i długów narobił.
          Moje ulubione to: "HMS Ulisses"< "Okrutne morze", Seria o adm. Hornblowerze, Wspomnienia Alana Viliersa i wszystko o złotym wieku żaglowców, czyli XiX wiek
          Podczas Tall Ships Races w Szczecinie była mała duńska fregata "Georg Stage". To drugi statek o tej nazwie. Pierwszy został kupiony od Danii przez kapitana Alana Viliersa i po zmianie nazwy jako "Joseph Conrad" odbył rejs dookoła świata z młodymi "trudnymi" chłopcami. Potem statek wrócił do starej nazwy.
          A. Viliers to ciekawy facet. Australijczyk. Uparł się zdobyć dyplom kapitański na żaglowcach. Dosłownie jeździł po świecie i szukał żaglowca na który mógł się zaciągnąć. Ale udało mu się.
          Był na "Herzogin Cecilie" kiedy ona osiągnęła pod żaglami 20,75 węzła. Tylko Amerykański kliper "James Baines" w 1856 roku był szybszy. Podobno płynął 21 w
          Nie każdy może sobie nawet wyobrazić taką jazdę. Ja na "Darze Pomorza" jechałem "tylko" 14.5 i to była szaleńcza jazda w sztormie na Biskaju.
          M.
    • ave.duce Re: Morskie opowieści 06.09.13, 18:44
      Szkoda, że Ci się nie chce podać linków do tych starszych tekstów...
      --
      ... pozdrów ode mnie św. Blidę jak będziesz do niej pielgrzymować z kwiatami, flaszką i ogórcem, damo za dychę... > Autor: mors22 11.07.11, 19:30 do mnie...
      Forum ze Dworum/Freedom
    • mariner4 "Jan Matejko" 06.09.13, 19:32
      Jan Matejko
      Po 3 roku nauki, który trwał tylko 1 semestr, razem z 15 kolegami zaokrętowałem na m.v. "Jan Matejko". Myślałem, że trafiłem do raju. Dużo jedzenia, brak drylu, wygodne 2 osobowe kabiny z klimatyzacją.
      Statek był z drugiej serii słynnych wówczas "dziesięciotysięczników". Spędziliśmy tam równo rok. Dwie podróże na linii dalekowschodniej. Miał pierwszy sinik "Cegielski Sulzer" wyprodukowany w Polsce
      Pierwsza podróa: Gdynia, Hamburg, Rotterdam, Antwerpia, Le Havre, Kanał Sueski, Aden, Singapur, Djakarta, Hong Kong, Bangkog, Yokohama, Nagoja, Kobe, Szanghaj Hai Phong, i
      I znów Singapur, Aden, Kanał, Triest, Antwerpia, Rotterdam, Brema, Hamburg i Gdynia. Razem 156 dni.
      Kapitanem był sławny w PLO Jan Wiśniakowski. Bardzo wymagaj acy, ale sprawiedliwy. Mieliśmy do niego ogromny szacunek. Rozpoczął Szkołę Morską tuż przed wojną. ! września 1939 zastał "Dar" w Szwecji, gdzie został internowany. (patrz post pt "Diadia") Uczniowie PSM przedostali się do UK. W Southampton powstała Szkoła Morska dla Polaków. Tam ją skończył i wojnę spędził w konwojach.
      Jeden z nas, praktykantów walczył jako junior w wadze półciężkiej w boksie. Na popdeku urządziliśmy ring. Mieliśmy rękawice i sobie boksowaliśmy. Jasio, jak go między sobą nazywaliśmy, obserwował to przez lornetkę ze skrzydła mostku.
      W pewnym momencie przyszedł. "Dajcie i mnie spróbować". Założył rękawice i zaczął boksować z naszym kolegą, tym który walczył jako junior. Zdzich oszczędzał Kapitana.
      Jasio powiedział do niego: "panie Zdzisławie, na ringu nie jestem kapitanem, tylko pańskim przeciwnikiem. Proszę walczyć serio". No top to Zdzich wyprowadził prawy sierpowy i kapitan runął na deski. Nokaut!
      Jasio się pozbierał, zdjął rękawice i poszedł. Byliśmy w strachu. Wieczorem przyszedł do nas steward kapitański i przyniósł na butelkę "Johny Walkera". To nagroda za uczciwą walkę, powiedział.
      To był cały Jasio.
      Innym razem. W Djakarcie poszliśmy we dwóch ( ja i nasz bokser) do baru. Nazywał się "Penang Bar". Spędzało tam czas międzynarodowe towarzystwo marynarskie.
      My, Norwedzy i Niemcy za statku Hapag Lloyda i inni To jest port rzeczny, Nabrzeże ciągnie się kilka kilometrów, wzdłuż brzegu rzeki. "Matejko był ostatni, a Niemiec stał tuż przed nami.
      Niemcy byli podpici i agresywni. To było dawno i na statkach pływali ludzie, którzy brali udział w wojnie.
      Niemców było z 10, a nas 2. Jeden z Niemców zaczął nam ubliżać. Wtedy jeden z Norwegów kiwnął na mnie. Podszedłem. Walnij go w mordę, a jak się zacznie, to my się przyłaczymy. Zdzisiek znokautował Szwaba i się zaczęło.
      Razem z Norwegami spuściliśmy im straszny łomot. Jeden z Niemców wyleciał przez okno wystawowe, a reszta uciekła.
      Przyjechała żandarmeria marynarki indonezyjskiej. Ale mieliśmy szczęście, bo dowodził nimi oficer, absolwent Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni. Mówił dobrze po polsku. Po uiszczeniu opłaty za stłuczki poszliśmy na statek.
      Kiedy zbliżyliśmy się do statku drogę zagrodził nam szereg Niemców pałających żądzą zemsty. Wróciliśmy po Norwegów. Jak to zobaczyli Niemcy, zrezygnowali z walki.
      Na drugi dzień ja i Zdzisiek zostaliśmy wezwani do kapitana. W kabinie był Jasio i niemiecki kapitan. Obaj panowie w białych tropikalnych mundurach i przy odznaczeniach wojennych.
      Jasio zapytał nas o przebieg wydarzeń. "Ilu was było?". "dwóch". "A ich ilu?" "Dziesięciu". "I daliście radę?". "Tak" bo nic o Norwegach nie powiedzieliśmy. Niemiec nie rozumiał po polsku. Jasio udzielił nam ostrej reprymendy, a steward kapitański przyniósł nam wieczorem butelkę whisky.
      W Indonezji panowała wtedy nieopisana nędza. Sprzedając stevedorom karton papierosów "Lucky Strike" kupionego w okrętowej kantynie za 1.28 USD, można było trzech balować całą noc! Dziewczyna kosztowała dolara! Ale jako praktykanci zarabialiśmy 10c dziennie z tytułu dodatku dewizowego. To około dzisiejszy 1 USD. Zawrotna suma.
      To już przeszłość. Mój ostatni pobyt w tamtych rejonach, to już inna piosenka.
      M.
      • magdolot Re: "Jan Matejko" 07.09.13, 22:53
        Jeszcze mi się Twoje morskie opowieści nie śnią, jak Ruen, ale lecz sporo zrelacjonowałam rodzinie. A z "Okrutnego morza", to zafsze miałam słabość do niejakiego Lockharta. Chyba przerobię na nowo, żeby popaczyć, co drania łączy z Hornblowerem?
        • tojajurek Re: "Jan Matejko" 08.09.13, 00:03
          A czytali trylogię C.N. Parkinsona (tego od Prawa Parkinsona) - Tajna misja, Pod płonącą banderą i Wyścig z czasem? Całkiem niezła proza marynistyczno-batalistyczna z okresu wojen napoleońskich. Bardzo "hornblowerowskie". Fajnie się czyta, choć przekład terminologii morskiej czasem odrobinę kuleje.
          Pewnie wszyscy czytali, bo to wydano ze ćwierć wieku temu, ale miło wspomnieć.
              • magdolot Re: Co ma postać z Lema do 20.09.13, 15:39
                > Czy każdy utwór literacki powinien dostać atest poprawności? Jeżeli tak, to od
                > kogo?

                A co ma sekstant do pluszowego misia?

                > "wybrakowanego ego"? doprawdy nie wiem.
                > a już tym bardziej Horatio Hornblower?

                Twardziele z wybrakowanym ego po prostu budzą moją sympatię, widać. W przeciwieństwie do Piotrusiów Panów.
                • mariner4 Na każdym zycie wyciska piętno 20.09.13, 16:29
                  Nie wiem co to jest wybrakowane ego. To chyba zależy bardzo od tego, kto ocenia.
                  Nobody is perfect!
                  Ja się łapie na tym, że widzę u siebie konsekwencje spędzenia większości życia wśród samych facetów.
                  Nie mówiąc już o nawyku wydawania poleceń.
                  M.


                  • magdolot Re: Na każdym zycie wyciska piętno 20.09.13, 17:10
                    Wybrakowane ego oznacza pewną skromność przejawianą przez twardziela w momencie, kiedy twardziel ma dość zasłużone prawo ponapawać się własnym twardzielstwem.

                    > Ja się łapie na tym, że widzę u siebie konsekwencje spędzenia większości życia
                    > wśród samych facetów.
                    > Nie mówiąc już o nawyku wydawania poleceń.

                    Oj, brak tegoż właśnie stawiam jako zarzut gównianej ekranizacji kawałka Hornblowera. Bo właśnie w ekranizacji takie realia znikają i oficerowie Royal Navy z czasów napoleońskich są na siłę "unowocześniani" na użytek współczesnego tępaka i ukazywani jako stado sentymentalnych ciot babrzących się we własnych emocjach publicznie i z dużym upodobaniem, wylewających bez żadnego umiaru swoje skomplikowane uczucia do innych oficerów w obecności zwyczajnych marynarzy... Oj, nienawidzę "przystępnych" ekranizacji.
                    • mariner4 Tam chodzi o system, który z młodego 20.09.13, 18:47
                      i wrażliwego chłopaka robi twardego (na zewnątrz) oficera realizującego bezwzględnie cele Royal Navy. Podobno taki był Nelson. Przez cała morską karierę chorował np na chorobę morską. To nie był twardziel. On był wytrenowany do bólu nie okazywać słabości. Jak objął dowództwo "Red Esign", dogadał się ze zbuntowanymi marynarzami bazy Speedhad i zakończył ich bunt. Wymógł na Admiralicji, że nie było normalnych w takich sprawach masowych egzekucji.
                      Nie jest sztuka być twardzielem jak się nim jest. Sztuka jest pokonać własną słabość.
                      Zginął głupio, bo kiedy dowódca "Victory" założył mu płaszcz na ramię, żeby ukryć złoto i diamenty jego szarży, on zrzucił ten płaszcz ze wzgardą i wtedy trafiła go kula strzelca wyborowego z marsa "Redoutable". Dostał w kręgosłup. Byłem w miejscu gdzie zmarł na HMS "VIctory". Nora na dnie okrętu. Tam wisi obraz przedstawiający jego śmierć. To robi wrażenie. Epopeja o Hornblowerze nieźle oddaje te sprawy.
                      M.
                        • mariner4 Może nie tchórz 20.09.13, 21:07
                          Chyba raczej ktoś normalny. Każdy odczuwa strach. Bohater potrafi strach opanować. A tchórz nie. Może się mylę. ale tak myślę. Kto nie odczuwa strachu, po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi. Czy to jest bohaterstwo?
                          M.
                          • 99venus Re: Może nie tchórz 19.10.13, 21:23
                            strach to jest moim zdaniem wyobraźnia,poczucie odpowiedzialności,rozwaga.
                            bohaterstwo,szczególnie a la polonaise kojarzy mi się raczej z bezmyslnością.
                            --
                            Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
                      • magdolot Re: Tam chodzi o system, który z młodego 20.09.13, 19:57
                        Epopeja - tak, jej ekranizacja - nie.

                        Rozwala mnię scena z piratów z Karaibów, bardzo widowiskowa, z wielkim wybuchem na okręcie, miliony fruwających drzazg za plecmi pana, co nienerwowo i zupełnie nie
                        zranion schodzi sobie ze schoduf. Bo właśnie ze Hornblowera wiem, jak się paskudnie konało we zęzowym smrodzie i że najczęściej od właśnie takich drzazg. Że kula armatnia urywająca komuś głowę, to istny horror dla świadków zdarzenia, lecz dla ofiary stosunkowy fart. Lecz się nie czepiam Piratów ja, bo z realizmem nie mają nic wspólnego, lecz "niby realistycznej" ekranizacji książki o Hornblowerze, która realistyczna jest.

                        I dlatego też cieszy mnie Twój wątek i go sobie cenię, bo to historie Wilka Morskiego są, co te realia światu przywracają. I bardzo mnie cieszy, że wyciągnęłam ja z Wilka tą wymianą zdań wydruk o twardzielstwie jedynym prawdziwym - właśnie tym wytrenowanym w bólu i często w strachu i pomimo obu. Tak, Wilku, TO robi wrażenie.
                        • mariner4 Cieszę się :-) 20.09.13, 20:48
                          Zwiedzałem HMS "Victory"
                          Oczywiście patrzyłem na ten okręt oczami zawodowca. Zbudowano go z 4200 wiekowych dębów. Mierzy 85 m długości i wypiera ok 4000 ton. W/g obecnych kryteriów jest okrętem niewielkim. Ale miał 1000 członków załogi, więc było to ludzkie mrowisko.
                          Jak ja miałem na statku z 25 osobową załogą 30 ton wody w zbiornikach, to czułem niepokój, że jej zabraknie. Ile było na "Victory" dokładnie nie wiem, ale była w beczkach. Nie mogło wiec być jej wiele i była tylko do picia. Co to oznaczało w tropiki? Można sobie wyobrazić.
                          Dobrze zauważyłaś. W czasie bitwy morskiej najwięcej okaleczeń czyniły drzazgi drewna wyrywane przez pociski. Każdy pocisk trafiał w ludzkie kłębowisko.
                          Przez cała wojnę, nawet jak trwała kilka lat załogi nie wypuszczano na ląd. Nie było ewidencji ludności, więc jak ktoś poszedł, to przepadał. To było piekło.
                          Na pokładzie bateryjnym dział 24 funtowych "Victory", w hamakach spało 650 chłopa. Wentylacji żadnej. Jak ktoś był skazany na areszt, to na międzypokładzie przykuwano go do masztu. Nie było pomieszczenia aresztu z powodu szczupłości miejsca. W czasie bitwy, a trzeba wiedzieć, ze sama walka stanowiła niewielką część czasu, cała sprawa polegała na odpowiednim manewrowaniu flotą, aby zająć pozycję na nawietrznej w stosunku do wroga. Trwało to więc długo zanim doszło do strzelaniny.
                          Nelson wy[prowadzał się ze swojego pomieszczenia na rufie i spał w hamaku razem z załogą. Był to hamak specjalnej konstrukcji, ale jednak hamak. A do jego zalony wtaczano dwie armaty 24 funtowe.
                          Marynarze kochali Nelsona. Poszli by za nim w ogień.
                          Patrząc na ten okręt widziałem co innego, niż przeciętny turysta. Wyobrażałem sobie bezmiar przeklętego losu załogi.
                          Na HMS "VIctory" ciągle powiewa bandera wojenna Royal Navy. Oficjalnie okręt jest nadal w czynnej służbie. Raz do roku odbywa się tam spotkanie Admiralicji Brytyjskiej.
                          Statek to u Anglików "ona" (she). Okręt to "on" - (man of war). Reszta martwych przedmiotów to "ono" (it).To świadczy też o morskości tego narodu.
                          M.

                        • mariner4 Armatni syn 21.09.13, 12:30
                          W związku z poprzednim postem w którym pokazałem jak wyglądało życie marynarzy.
                          Nie wypuszczano w ogóle załogi na ląd w obawie przed dezercjami. Chyba, że na jakąś niewielką wyspę gdzieś tam w świecie.
                          Oczywiście trzymanie w izolacji kilkuset facetów rodziło inne problemy. Toteż niektórzy dowódcy pozwalali na to że na okręt przyjeżdżały "gals" ( żargonowa nazwa "panienek") I były często miesiącami na okręcie. Więc zdarzały się ciąże i porody. Jak któraś rodziła to w najbardziej decydującym momencie porodu, odpalano armatę. Huk miał przestraszyć położnicę i ułatwić rozwiązanie. Jak to był chłopa, to nazywano go tak właśnie. O dziewczynkach nie wiem, bo sie nie doczytałem.
                          M.
                  • 99venus Re: Na każdym zycie wyciska piętno 19.10.13, 21:21
                    Nie mówiąc już o nawyku wydawania poleceń.
                    to jest trochę uciążliwe dla otoczenia-w każdym razie tak mówi moja żona.ale faktem jest,że zapewnia skuteczne,szybkie i zorganizowane działanie.
                    --
                    Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
          • widz102 Re: Opowieść o Hornblowerze oparta została 21.10.13, 09:12
            Jako człek rodem z Wybrzeża z Kaszebami w rodzie - miałem iść na morze. Ale rodzina zbyt wcześnie wyniosła się na w gląb kraju:(.
            I do dzisiaj ta moja miłość do morza jest niespełniona. A co do lektur - Hornblowera jeszcze nie czytałem. Za to uparcie kolekcjonuję serię o kpt Aubreyu Patricka O'Briana. Tylko się martwię, bo chyba przyjedzie w oryginale kupować - po 11 tomach wydawca coś opóźnia następne dziewięć.
            Bo tam akurat życie na morzu na przełomie XVIII/XIX wieku opisane jest po prostu.... no po prostu przekonująco :)
            --
            forum
            Kraj wkurzonych lemingów
        • 99venus Re: "Jan Matejko" 19.10.13, 21:19
          ach te kobiety,mylą epoki,kapitanów.
          kpt Lockhart to był kpt Lockhart ale kpt,potem komodor,potem admirał to był dopiero marynarz!
          --
          Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
          • magdolot Re: "Jan Matejko" 19.10.13, 21:48
            Nie mylą epok ani kapitanuf. Hornblower - par. Lockhart - porucznik. Pirx - pilot [i to fcale nie rzecny ani portowy, ha.].
            Ach, ci Kapitanowie, tacy męscy z tym sfoim rozkołysanym krokiem!
            • 99venus Re: "Jan Matejko" 19.10.13, 22:00
              ach te kobiety,par,porucznik,kapitan...co za różnica.Lockhart zaczynał jako porucznik-skończył jako kapitan.
              Okrutne morze bardzo mi się podobało ale nie zapominajmy,że oprócz morza był tam jeszcze fascynujący romans.
              a tak na poważnie;woda jest fascynyjąca,morskie opowieści tez.
              pozdrawiam.
              --
              Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
              • magdolot Re: "Jan Matejko" 19.10.13, 22:33
                >Lockhart zaczynał jako porucznik-skończył jako kapitan.

                Mężczyznępoznajesiępotymjakkończy! :)

                Glądałam dzisiaj statki w śluzie. Się nie lepiły, ino podnosiły. Inne zakręcowywały bez szyn, a jednemu takiemu omdłały żagielki przed mostem. Mewy latały nad Spree. Rzeczne opowieści też dają się wytrzymać.

                A Morse'a żal. Biegłości nabyłam w LO, komentując nauczycieli pod samymi nosmi ich Morse'em właśnie, bo fcale nie kumały co tam napisane.
                I misia Paddingtona pan Morse uratował, jak się zatapetował miś do cna, że drzwi zniknęły.
                I dotąd mnię chodzą dreszcze od Terminusa w "Pirxie" i jego M-o-m-m-s-e-n o-d-e-z-w-i-j s-i-ę!
                • man_sapiens Re: "Jan Matejko" 19.10.13, 22:58
                  SOS to już paleontologia. Czasy takie obrzydliwe, że nawet starofrancuskie "Mayday" zaczyna odchodzić w zapomnienie. Przyciskasz guzik na radio "Just lift or slide the safety latch and press the red Mayday DISTRESS button i w świat okoliczny idzie cyfrowy sygnał DSC włączający alarm u odbiorców. Niby trzeba dodać jeszcze ludzkim językiem, ale to zaniknie zapewne.
                  Lem pisał o robocie recyklowanym z rozbitego statku, który powtarzał rozmowy morsem pomiędzy odciętymi od siebie ludźmi ginącymi we wraku. No i więźniowie - grypserzy - też trzymają przy życiui tradycję.
                  --
                  Nie dziw się tym, którzy potrafią być dobrzy bez Boga, użalaj się raczej nad tymi, którzy potrzebują Boga, by być dobrymi.
            • mariner4 Re: "Jan Matejko" 20.10.13, 09:33
              > Ach, ci Kapitanowie, tacy męscy z tym sfoim rozkołysanym krokiem!

              Te czasy się skończyły. Kiedyś jak statek wyszedł z portu kapitan był panem siebie.dzisiaj w dobie satelitów jest pod permanentną kontrolą. Uczucie dobrze wszystkim znane z telefonii komórkowej. To rzecz pożyteczna, ale człowiek czuje się jak na smyczy.
              Nawet pogadać już sobie na mostku nie można, bo wszystko jest rejestrowane.
              W każdej chwili może zadzwonić telefon od armatora.
              Kiedyś zadzwonił do mnie armator i od razu pretensje, że nie odebrałem telefonu kilka minut wcześniej. Powiedziałem, że do toalety zwykle nie zabieram telefonu. Przeprosił.
              Właściwie to się czuję jak kierowca wielkiej ciężarówki.
              Załogi okrojone do granic możliwości. Ludzie albo pracują, albo śpią. Pamiętam czasy jak się w bridża grywało. To już przeszłość. Nie da się czwórki skompletować.
              W porcie młyn. Inspekcja goni inspekcję. Połazić po mieście? Niemożliwe. Jak chciałem pójść po jakieś zakupy, coś do golenia i inne potrzebne drobiazgi, najpierw dzwoniłem do firmy i mówiłem o tym. Gdyby zadzwonili na statek, a mnie nie było to zaraz byłby op...
              Nie mówiąc już o tym, że porty wyprowadzają się z miast i nowe terminale cą czasem kilkadziesiąt kilometrów od ośrodków miejskich. A postój w porcie? Liczy się w godzinach, a nie w dniach.
              M.
              Pośpiech jaki widziany jest w innych dziedzinach życia.
                • mariner4 To prawda. Znałem kapitanów, wspaniałych marynarzy 20.10.13, 13:06
                  których podziwiałem jako ich podwładny. Zupełnie nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości. To było bardzo smutne, jak ich obcy armatorzy z pracy wyrzucali. Nie czuli strony biznesowej pracy. U polskich armatorów na wszystko były instrukcje, u obcych trzeba czuć bluesa. Niektórzy byli po prostu słabi z angielskiego.
                  Teraz wielu padło na komputerach, na nowych systemach nawigacyjnych i wielu innych nowościach.
                  Ponadto poziom oficerów się obniżył. Kiedyś kapitan miał kompetentnych oficerów i niewiele do roboty. Teraz rozplenili się ludzie, jak to mawiamy po "warszawskiej szkole morskiej" czyli z jakimiś papierami nie wiadomo jakimi. Jakieś kursy, prywatne szkoły morskie, na poziomie tych wszystkich prywatnych "uczelni".
                  Opinia o polskich kadrach obniża się. Dziesiątki agencji pośredniczących, które biorą wynagrodzenie za wysłanie marynarza na statek. Nie dbają o poziom. Aby tylko zarobić.
                  M.
                      • 99venus Re: "Czerwonych" nie modne 20.10.13, 14:59
                        piękny gmach,co za wspomnienia..........
                        czerwono może nie są modni ale tak BYŁO.komu przeszkadzała pamięć o ludziach którzy walczyli o polską Gdynie.
                        ps.
                        WSM- w jakich latach?
                        --
                        Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
                        • mariner4 To niedokończona inwestycja 20.10.13, 15:33
                          Widziałem makietę, jak to miało wyglądać. To miał być cały zespół szkól technicznych związanych z gospodarką morska. Pomysłodawcy i projektanci to byli wizjonerzy. Moim zdaniem cofnęliśmy się bardzo. Sama budowa Gdyni, to był wyczyn. W ciągu 10 lat powstało nowoczesne miasto! To byli ludzie o mentalności hanzeatyckiej. Teraz rządzą ludzie o mentalności włościańskiej. Chłopstwo. I Kościół katolicki.
                          M.
    • mariner4 Kulminacja 20.09.13, 11:08
      W zamierzchłych czasach, sprzed wynalezienia GPS na statkach był taki rytuał.
      Wszyscy oficerowie nawigatorzy, z kapitanem na czele pojawiali się na mostku i "łapali" słonce w momencie kulminacji, czyli największej wysokości nad horyzontem w lokalne południe.
      Każdy brał do reki sekstant i stoper i czekał aż słońce przestanie się wznosić. To można łatwo zauważyć. Jedno z lusterek tego instrumentu jest podzielone pionowo na 2 części. Jedna to lusterko a druga to przezroczysta szybka, tak żeby można jednocześnie widzieć i słoneczko i linię widnokręgu. Słońce utrzymuje alidadą sekstantu się w styczności z linia widnokręgi i widać jak zaczyna "tonąć". Potem proste obliczenie i mamy szerokość geograficzną. Sumowani wyniki wszystkich obserwatorów i brano średnią arytmetyczną.
      To był prawdziwy rytuał. Steward kapitański powiadamiał nawigatorów: "panowie kulminacja, kapitan zaprasza na mostek!". Nawet nie wypadało przyjść na mostek inaczej niż w mundurze. Pięknie to wyglądało w tropikach. Białe szorty, białe koszule, naramienniki, czapka i białe podkolanówki.
      Dokładność tej metody to ułamek łuku minuty kątowej, czyli kilkaset metrów. A łuk 1 minuty na równiku, lub południku to 1 mila morska, czyli 1852 metry.
      To dlatego nie stosuje się miar metrycznych odległości i prędkości statku. Po prostu przykłada się cyrkiel nawigacyjny do skali szerokości na mapie (pionowy margines mapy)i odległość zmierzona.
      Mam w domu swój stary sekstant "C.Plath" z lat 50. Piękny, mosiężny. Na desce mahoniowej wisi sobie na ścianie w salonie. Pływał ze mną nawet jak już był niepotrzebny. Nie ruszałem się na statek bez niego.
      M
    • mariner4 Stare Video 08.10.13, 09:32
      Właśnie odebrałem ostatnie kasety "Sony 8mm" ze studia zajmującego siy przegrywaniem startych nagrań na DVD. Było tego ze 100 godzin.
      Teraz siedzę i montuję filmy, które się da oglądać bez znudzenia. Są z lat 1990-2000.
      Korzystam z "Microsoft Movie Maker". Może ktoś zna lepszy darmowy? Profesjonalne są b. drogie i przekraczają moje możliwości nie tylko finansowe.
      Wczoraj obrabiałem przejście kanału Veland na Wielkich Jeziorach. Pomiędzy Atlantykiem a Jeziorem Superior (Wielkim) jest różnica poziomów około 200 metrów. Statek musi przejść szereg śluz, najpierw St. Laurentl, a potem Veland. Najciekawsze jest, jak przez zespół kilku śluz statek jest windowany przez stopień Niagary. Niesamowicie wręcz wygląda jak widać z doliny statek na szczycie góry.
      Przy okazji można się przekonać jak działa konsekwentna polityka ochrony wód. W latach 60 woda w jeziorach kanadyjskich była brudna. Teraz można ją pić prosto z za burty statku.
      Kary za zrzucenie ścieków do wody są drakońskie. Za rozlanie ropopochodnych sięgają nawet milionów USD! Ale skutek jest.
      Nie tylko zresztą tam.
      M.
    • mariner4 Diadia Kwiatkowski 19.10.13, 17:27
      Radiooficer z "Daru Pomorza" W tej służbie nie można zostać kapitanem. Ale go tak tytułowaliśmy Miał tytuł honorowego Kpt. Ż.W. Za to, że jak "Dar" był internowany przez całą wojnę w Szwecji, to on się naszą fregatą opiekował.
      W jednym z poprzednich postów pisałem o kapitanie Wiśniakowskim. On był w rejsie szkoleniowym na "Darze" i byli 1 września w Szwecji. Kadeci przedostali się do Wk Brytanii i tam dokończyli edukacji. Nasz Jasio pływał w atlantyckich konwojach.
      Za moich czasów Diadia już nie pracował na statku. Miał około 70 lat. Wykładał nam jeszcze łączność morską.
      Był to kochany człowiek, a my mu psociliśmy bez przerwy. Kiedy uczył nas telegrafii Morse'a kawałkiem metalu zwieraliśmy kontakty kluczy telegraficznych co uniemożliwiało nadawanie
      "Diadia" cały czas szukał "Istnego". Rozindyczony krzyczał: "Gdize jest ten istny, istny....." I nie kończył. Mówiliśmy, że jak znajdzie tego "Istnego" to wreszcie pójdzie na zasłużoną emeryturę.
      W jago ustach najstraszliwsza groźbę było: "Jak będziecie tak niesubordynowani, to ja Wam na semestr postawię tróję!!!!"
      Trzeba było przywdziać wystraszoną minę. i dziadek się uspokajał.
      W PRL obowiązywała forma "Wy", czyli rusycyzm. Diadia tego nie rozumiał i miał trudności ze stosowaniem tej formy. Na przykład pytanie: Skąd wyśta są?" Jak chciał się dowiedzieć skąd któryś z nas pochodził.
      Dzisiaj już nie ma na statkach radiooficerów. Odeszli do historii w latach 90. Nowoczesne środki łączności wyparły telegrafię. alfabetu Morse'a nikt już nie stosuje. Nie ma już ... --- ... --- ... (SOS) Obowiązuje tzw GMDSS ( Global Maritime Distress and Safety System – Ogólnoświatowy system bezpieczeństwa i alarmowania).
      A propos likwidacji SOS. Pamiętam jak jeden biskup pomstował, że komuś przeszkadzało "ratujcie nasze dusze" i że siły antyreligijne usunęły ten sygnał wzywania pomocy! Matoł jeden.
      Otóż tak naprawdę SOS nic nie znaczy. Te "dusze" dorobiono później. Rzecz w tym, że seria 3 kropek i 3 kresek nadawana ciągle łatwo dała się wyróżnić w kakofonii sygnałów telegraficznych zwykłej łączności. Pierwszy sygnał był zresztą inny, nadawano CQD, ale rychło się okazało, że ginie on w powodzi innej łączności.
      Lokalizacja rozbitków na morzu teraz trwa dosłownie minuty. Satelity, radiopławy, GPS i sieć stacji nabrzeżnych. Koordynacja w skali całego świata. Ten klecha obraził ludzi, którzy całymi latami wdrażali ten system, przełamując opór armatorów i rządów, bo jest to bardzo kosztowny system. Poziom bezpieczeństwa znacznie wzrósł.
      M.


    • mariner4 Mało znana ciekawostka z budowy portu w Gdyni 20.10.13, 16:13
      Falochrony budowano z tak zwanych kesonów. Są to wielkie żelbetonowe skrzynie. Holowniki holowały je na miejsce i tak je zatapiano jeden za drugim tworząc linię falochronu. Do kesonów wsypywano kamienie i gruz. Całość nakrywano tzw koroną. Przerwa w falochronie to wejście do portu. W wielkiej tajemnicy kilka kesonów było tylko zatopionych, ale pustych i tylko nakrytych korona. Jak się udało to zachować w tajemnicy, trudno wręcz uwierzyć. Przez całą okupację Niemcy nie mieli o tym bladego pojęcia.
      O co chodzi?
      Niemcy wycofując się z Gdynio postanowili zablokować port. W tym celu u wejścia zatopili uszkodzony podczas nalotów pancernik "Gneisenau", to tego wypełniony cementem. Planowali dobrze. Wrak podniesiono dopiero w 1951 roku, a więc 6 lat po wojnie.
      I teraz sedno sprawy. Zaraz po wojnie zdjęto z tych pustych kesonów koronę, wypompowano wodę i je odholowano, otwierając zapasowe wejście do portu! Zajęło to niewiele czasu. Wejście to jest czynne nadal.
      Pomysł wręcz genialny. Budowniczowie przewidzieli, że być może ktoś będzie kiedyś chciał zablokować port i to uniemożliwili!
      Z tego co wiem, wysłano robotników na urlop i to robiło wojsko.
      Dzisiaj to by nie było możliwe. Politycy by to zaraz wypaplali robiąc na złość przeciwnikom.
      M.
    • mariner4 Kto nie ma zlota ani miedzi 03.11.13, 10:34
      Komandor Julian Ochman. Absolwent przedwojennej szkoły oficerskiej Marynarki Wojennej.
      Pełna kultura. Znajomość języków, jednym słowem panisko, jak to się mówi
      Już jako emeryt był kierownikiem praktyk, na "Janie Matejko" w rejsie do Indonezji i Australii.
      Wracaliśmy już do Europy. Mieliśmy dwie pasażerki z Sydney do Polski. Matkę i córkę. Na statkach PLO był bezwzględny zakaz zadawania się załogi z pasażerami, więc konatkt mieliśmy mocno ograniczony.
      Za to były surowe kary. PLO przegrało parę procesów, stąd zakaz.
      Dopiero w powrotnej drodze z półkuli południowej urządziliśmy chrzest równikowy. Kiedy przekraczaliśmy równik w przeciwnym kierunku nie było na to czasu.Duża częstotliwość portów między wyspami archipelagu indonezyjskiego. Więc i te pasażerki się załapały na chrzest morski.
      Po tej imprezie każdy ochrzczony dostawał piękny dyplom równikowy, który to akurat ja wypisywałem na starych mapach morskich.
      Załoga sama postanowiła za dyplom dawać mi karton amerykańskich papierosów, uniwersalną walutę w portach całego świata.
      Zostałem poproszony do kabiny komandora. Pan Julian siedział w fotelu i czytał jakąś gazetę. Przy stole młodsza pasażerka układała pasjansa.
      Zaczęła mówić o tym dyplomie, że nie pali i nie wie jak mi zapłacić itd. I wtedy znad gazety odezwał się nasz kierownik praktyk:
      "Kto nie ma złota ani miedzi, ten płaci tym na czym siedzi". Dziewczyna zrobiła się czerwona na twarzy i wybiegła z kabiny.
      Gdyby była bardziej oczytana, to wiedziałaby, że komandor użył staropolskiego zwrotu prawniczego. Oznaczał on, że dłużnik odpowiadał swoim majątkiem.
      Mówiło się: "Siedzi na majątku". Ale użył to wyjątkowo celnie.
      M.




        • mariner4 Nie wiem, ale sądzę, że tak 03.11.13, 10:56
          Mnie Borchardt nie uczył. Ow wykładał wtedy w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego.
          Ze Szkoły Morskiej odszedł po jakimś konflikcie z innym wykładowcą. Wieść gminna mówiła, ze z człowiekiem Opisanym w "Znaczy Kapitan" jako "Hrabia Birbante Roka". Facet tam był mocno ośmieszony. Nie wiem ile w tym prawdy. Jego adwersarz za to mnie uczył Astroniomii żeglarskiej.
          Tak. Borchardt to legenda. Przed wojną razem z kpt Jurkiewiczem, długoletnim komendantem "Daru Pomorza", będąc "w stanie" owinęli latarnię gazową wokół drzewa. Obaj byli znani z potwornej siły. "Cały statek pałamił!!!!!!" Macaja...
          M
                    • gat45 Tu masz : 03.11.13, 15:31
                      Wszyscy trzej kapitanowie w swej poprzedniej służbie musieli posługiwać się obcą mową i wszyscy po przyjściu do polskiej marynarki musieli walczyć z dużymi trudnościami językowymi. Z największymi jednak walczył kapitan K. z „Pułaskiego”, gdyż język, jakiego używał uprzednio, nie miał z mową polską ani wspólnej składni, ani pierwiastków językowych.
                      Kiedyś, gdy statek miał wyjść w morze, jeden z oficerów, który zjawił się w ostatniej chwili na pokładzie, wydał się kapitanowi zbyt „buchający” oparami w niczym nie przypominającymi zapachu kawy. Kapitan, ważąc przydatność takiego oficera w czasie manewrów wyjściowych, po długim namyśle zadał mu pytanie:
                      - Czy pan widzieć białe mszy?
                      Mówiąc to kapitan trzymał jak zwykle wyprostowane palce rąk złączone ze sobą czubkami. Wyglądało to, jak gdyby kapitan chciał się modlić lub za wszelką cenę trzymać ręce przy sobie.
                      Zapytany oficer z kościoła nie wracał, o mszy miał pojęcie, ale o białej mszy nie słyszał nigdy.
                      - Nie, panie kapitanie. Słyszałem o mszy czytanej, śpiewanej, żałobnej, ale o białej nigdy nie słyszałem - odpowiedział.
                      - Ja nie pytać, czy pan słyszeć, tylko czy pan teraz widzieć białe mszy?
                      Oficerowi wydało się, że role się odwróciły i że kapitan jest bardziej „zaawansowany” od niego. Spytał więc:
                      - A czy pan kapitan je widzi? Teraz pan kapitan je widzi?
                      - Ja słyszeć, że pan mnie nie rozumieć - odparł spokojnie kapitan.
                      Wyjął z kieszeni nieodłączny początkowo słownik, przerzucił kilka kartek i spytał ponownie:
                      - Pan widzieć białe myszy?
                      Od tego czasu kapitan K. nosił tajemnicze imię BIAŁE MSZY.
                      • mariner4 Akurat tej sceny nie pamiętam, ale przypomniało 03.11.13, 16:45
                        mi się inne zabawne zdarzenie związane z konsekwencjami zaborów.
                        Podczas uroczystości obchodów Konstytucji 3 maja w szkole morskiej, jeszcze w Tczewie, wobec zaproszonych gości przemawiał komandor Hryniewiecki. pochodzący z zaboru rosyjskiego:
                        "!30 lat temu nazad, naszą otczizne rozebrali trzy zaborcy. Jedną część wziali Germance, drugą Awstryjcy, a trzecią wzięlim my!"
                        Smutne jest to, że wtedy nikt nikomu nie wypominał skąd przyszedł, przynależności, służbby w armii zaborców i podobne. A podziały były o wiele silniejsze niż teraz.
                        Sorry nie zajarzyłem.
                        M.
                        • gat45 Znaczy Kapitana mam akurat pod ręką, 03.11.13, 16:53
                          zachomikowanego (zakindlowanego) w formacie .doc, a Word,jak wiadomo, świetnie wyszukuje. Więc uzupełniam passus :

                          Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą - Awstryjcy, a trzecią - my!” Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną”.
                          W jednej ze szkół, podczas kreśleń na mapie, najlepszy wykładowca i specjalista powiedział kiedyś: - Nu, a teraz naczertim na papieru! - co w dowolnym przekładzie na język polski miało oznaczać: - A teraz nakreślimy na papierze! - Ponieważ stosunki pomiędzy wykładowcą i uczniami były prawie koleżeńskie, ci ostatni pozwolili sobie zwrócić mu uwagę, że należało powiedzieć: - Nakreślimy na papierze!
                          Wykładowca zgodził się tylko połowicznie, mówiąc: - Nu, niech bendi nakreślim na papieru! - i dodał: - Papieżu jest w Rzymie. Mnie nie nabierzecie!

                          • mariner4 Ja mam pierwsze wydanie. 03.11.13, 17:10
                            Pamiętam jak czytałem to pierwszy raz. Jechałem elektrycznym z Rembertowa do Warszawy od kolegi. Śmiałem się tak, że współpasażerowie patrzyli na mnie jak na wariata.

                            Co do Macaja. Pod koniec życia był jeszcze honorowym przewodniczącym komisji egzaminacyjnej na dyplom Kapitana Żeglugi Wielkiej. Dziadek przeważnie drzemał podczas egzaminu. Podczas jednego egzaminu, kiedy prawdziwy przewodniczący zadał sakramentalne pytanie do komisji: "Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?" Macaj sia obudził i zapytał. "Nu a jak będziecie na fregacie w oku cyklonu a wiatr przed wejściem w to oko był z lewego bajdewindu, to jak przebrasujecie reje?" Oczywiście mówił to ze swoim charakterystycznym akcentem.
                            Prawdę mówiąc tego nikt nie wie. W oku jest kompletna cisza (tylko silny prąd wstępujący), tylko fakle gigantyczne. Podczas wychodzenia z oka wiatr może uderzyć z każdego kierunku. Dla żaglowca sytuacja wysoce niebezpieczna. Kiedy wiatr uderzy z siłą huraganu z przodu żagli. to może zwalić maszty. Olinowanie nastawione jest na wiatry z tyłu. No i już nie było żaglowców.
                            Ale macaj już był bardzo stary i ciągle żył żaglowcami.
    • mariner4 Wasyl - wspomnienie 03.11.13, 19:44
      Kpt Eugeniusz Wasilewski.
      Naukę zawodu rozpoczął jeszcze w Tczewie. Nie ukończył szkoły. Wywalili go za "niewinność"
      Udało mu się zdobyć kapitański dyplom.
      Przed wojną brukował ulicę Świętojańską w Gdyni, kiedy był na biczu.
      Miałem przyjemność być jego ostatnim I oficerem. Już był na emeryturze. Firma dała mu ten ostatni rejs. Już miałem wtedy dyplom kpt. ż w. i do niego mnie skierowano z zadaniem, aby ten rejs przeszedł mu miło. Faktycznie to ja wtedy rządziłem statkiem.
      W rejsie była z nami jego żona. Gienio, starszy elegancki pan, za młodu był niezłym rozrabiaką. Po raz pierwszy ożenił się w wieku 48 lat. Wychował syna, też kapitana. Mówił mi: Panie chiefie, ja chyba za wcześnie się ożeniłem. Syna wychowałem i żyję. Jeszcze mogłem trochę poskakać!
      Przyjaciel kpt Michała Leszczyńskiego, w prostej linii potomka króla Stanisława Leszczyńskiego. Wybitny malarz. W Polsce prawie nieznany. Po wojnie wylądował na Thaiti. Otworzył tam studio malarskie i wydał książkę "How to draw the sea" ABC malarzy usiłujących namalować morze. Moim zdaniem prawie nikomu to się nie udało!
      Jeszcze o Wasylu napiszę.....
      M.


      • ave.duce Michał 03.11.13, 20:17
        Leszczyński - Lester wylądował nie na Thaiti, ale na Jamajce.
        Niesamowicie mały jest świat - ale o tym dlaczego ta refleksja naszła mnie akurat w tym momencie - nie będę pisać, bo to sprawy prywatne mojej rodziny i przyjaciół.
        --
        @ nie chce mi się @ <<< Michaił Bułhakow >>>
        „Prawdziwa dama pije tylko czysty spirytus i nigdy w małej ilości”
        > Forum ze Dworum/Freedom
        • mariner4 Masz rację 04.11.13, 08:40
          Skleroza atakuje podstępnie.
          Wasyl się z nim bardzo przyjaźnił.
          Znam sporo anegdot z tym związanych. Kpt Wasilewski w Głosie Szczecińskim pisał felietony. Kiedy z nim pływałem mnie opowiadał wersje nie przeznaczone do druku. Czasem mocno pieprzne, ale ciekawsze.
          W Szkole Morskiej, w hallu wisiały wielkie płótna Leszczyńskiego. Są pewnie sporom warte.
          M.
        • mariner4 Było parę ciekawych postaci w PMH 04.11.13, 08:49
          Michał Leszczyński, potomek króla, książę i kapitan Puzyna, kapitan Felicjan Niegolewski. Potomek jednego z dowódców szwoleżerów spod Sommo Sierra. Widziałem oryginalną szablę jego pradziada użytą w tej sławnej szarży. Kpt Antoni Ledóchowski, jego syn to mój kolega. długoletni wykładowca astronawigacji i autor najlepszego podręcznika, aktualnego do dzisiaj.
          Wielu z tych ludzi miałem zaszczyt poznać osobiście.
          M.
          • mariner4 A kpt Puzyną związana jest anegdota. 05.11.13, 08:35
            On miał litewski tytuł książęcy. W Koronie nie było tytułów arystokratycznych, ale na Liwie były. Zresztą po odzyskaniu niepodległości wszystkie tytuły były ustawowo zniesione, jednak tradycja jest silna.
            Po ukończeniu Szkoły Morskiej absolwenci szkolili się w podchorążówce rezerwy, Jak to było przyjęte przed wojną.
            Puzyna pełnił służbę oficera dyżurnego. Niespodziewanie na inspekcję przyjechał generał Bortnowski, d-ca pomorskiego okręgu wojskowego. Puzyna zerwał się i zameldować: "Panie generale, oficer dyżurny, podchorąży książę, Puzyna, melduje się na służbie!"
            Generał przyjął meldunek, podał mu rękę i powiedział: "Bortnowski, generał, syn chłopa!"
            Prawdę mówiąc podanie w meldunku tytułu książęcego było nielegalne i zabronione.
            M.

    • mariner4 Zdigitalizowałem stare filmy video 06.11.13, 21:48
      z morskich podróży. Niestety część mi gdzieś wcięło podczas przeprowadzek.
      Ale sporo mam. Teraz siedzę i obrabiam to, aby dało się oglądac bez znudzenia.
      Dzisiaj pracowałem nad Kanałem Panamskim.
      To ze statku "Wartanes". Statek zbudowany w Szczecinie dla PŻM jako "Warta". Został oddany w time charter na 2 x po 5 lat norweskiej firmie żeglugowej "Jebsen". Armator zażyczył sobie swoje barwy statku. Przemalowano komin i zgodnie z tradycją Jebsena, gdzie wszystkie jego statki mają końcówki "nes" (jezioro) powstał "Warta-nes" I inne "Odranes", "Wislanes", "Nidanes".
      Patrzę sobie na ten film i wspominam. Pomiędzy Pacyfikiem a Atlantykiem jest różnica poziomów oceanów. Około 20 metrów. Bierze się to z tego, że na skutek ruchu wirowego Ziemi, dominują wiatry zachodnie. Wiatr napędza wodę na wybrzeża obu Ameryk i wywiera z zachodnich wybrzeży Atlantyku. W kanale są 3 zespoły śluz. Gatun. Pedro de San Miguel i Miraflores.
      Statek pochodzi do śluzy podaje stalowe liny na lokomotywy, które wciągają statek do śluzy. To jest bardzo ciekawe widowisko. Ale nie da się zapomnieć, ze podczas budowy kanału panamskiego życie straciło około 25 000 robotników. Głównie od malarii, bo to był bagnisty teren.
      M.
      • gat45 Ha ! 07.11.13, 07:03
        Panama. Był tam nie tak strasznie dawno jakiś paskudny dyktator, chyba mu było Maniek Noriega. Naraził się Bushowi-tatusiowi, więc - skracając do maximum - przegrał i musiał się schronić w nuncjaturze. Tak jakoś 1989 albo 1990, nie chce mi się sprawdzać.
        Zapamietałam tę historię, bo, żeby go z tej siedziby nuncjusza wykurzyć, Amerykanie zalali całą dzielnicę dziką ilością decybeli pod postacią haevy metal, czego Maniek nie zdrzierżył i oddał się w ręce US Army.
        Dyktator był miłośnikiem muzyki klasycznej, a wszczególności operowej.

        Jestem zdania, że są tortury, od których cywilizowanemu człowiekowi włos się jeży.
    • mariner4 Znam tego kapitana 15.11.13, 16:11
      www.tvn24.pl/zaloga-polskiego-statku-uratowala-rozbitka-okazalo-sie-ze-to-francuz-polskiego-pochodzenia,371929,s.html
      Był u mnie I kiedyś oficerem. Dobry marynarz.
      Tylko mu pogratulować.
      M.
      • man_sapiens Re: Znam tego kapitana 15.11.13, 18:50
        Podjęcie człowieka z jachtu na pokład statku w 8B - miał żeglarz szczęście że trafił na statek o stosunkowo niskiej burcie i z fachową załogą.
        --
        Nie dziw się tym, którzy potrafią być dobrzy bez Boga, użalaj się raczej nad tymi, którzy potrzebują Boga, by być dobrymi.
        • mariner4 Ratowanie życuia na morzu jest obowiązkowe 15.11.13, 21:26
          ratowanie mienia już nie.
          Sprawę "Chopina" pamiętasz. Wynagrodzenie określa się w zależności od wartości uratowanego mienia i jest bardzo kosztowne.
          W polskim Kodeksie Morski, jest napisane tak. Od wynagrodzenia odejmuje się koszty takie jak paliwo, czas utracony, pensje załogi i podobne. Pozostałą sumę dzieli się na pół. Jedną połowę zabiera armator statku ratującego, a drugą dostaje jego załoga. Z części załogi 25% dostaje kapitan a reszta dzielona jest w/g zasług.
          Czasem bywają to duże naprawdę pieniądze. Pamiętam jak media pisały głupoty o ratownictwie "Chopina". Apelowano aby armator tego trawlera odstąpił od wynagrodzenia. To niemożliwe, bo jago załoga zaskarżyła by go do sądu i by wygrała.
          Ja kiedyś niedaleko Majorki znalazłem dryfujący niewielki jacht motorowy. Łódka zerwała się z boi podczas sztormu w Palma de Majorka. Miałem dźwigi pokładowe, więc go podniosłem i zawiozłem do Gdańska. Właściciel, Niemiec tam odebrał motorówką. Pamiętam, po ro zliczeniu dostałem wtedy ok 500 USD premii, co w owych czasach nie było mało.
          Mam do dzisiaj pamiątkę, którą ukradłem z tej motorówki. Brelok - pływak do kluczy. Z napisem który mi się spodobał. "Right or wrong but I'm still the captain" Cale lata używałem go na swoim jachcie. Jachtu już nie mam a brelok mam nadal
          Raz na Morzu karaibskim ratowałem kuter rybacki. Nawalił im silnik i już brakowało im wody i prowiantu. Udało się moim mechanikom naprawić silnik. Dałem im wodę i jedzenie i popłynęli już sami. Jak jest dobra pogoda, to nie ma problemu na żadnym statku.
          M.
            • mariner4 Rozumiem że chodzi o ratowanie mienia. 16.11.13, 09:17
              Nie to nie jest pryzowe.
              Ratowanie innego statku jest zawsze związane z dużym ryzykiem i kosztami.
              Podanie holu na wzburzonym morzu jest czasem zajęciem karkołomnym.
              Holowanie uszkodzonego statku przez wiele dni, to ogromne straty eksploatacyjne.
              Statki, zależnie od wielkości i typu mają koszty stałe od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy USD dziennie. Musi to być pokrywane z nawiązką z tego co statek zarabia. Nie dostarczenie ładunku na czas z powodu akcji ratowniczej to są wysokie straty i tak dalej.
              W związku z tym za podstawę wynagrodzenia bierze się wartość ratowanego mienia.
              To są bardzo duże sumy.
              Ale weźmy na przykład zawodowego ratownika. W węzłowych punktach ruchu statków stoją w bazach ogromne holowniki ratownicze. Stoją w pogotowiu. Trzeba opłacić załogę, koszty stale, zmienne (np paliwo) i tak dalej. A ile takich akcji taki ratownik przeprowadza rocznie? Niewiele. Wynagrodzenie za uratowanie statku (nie załogi) musi te koszty pokryć. Największa firma ratownicza świata, holenderski "Smit", ma wiele takich holowników na całym świecie i one w sumie muszą dać dochód. Przy okazji polecam książkę na ten temat pt "Jan Vandalaar",
              www.biblionetka.pl/book.aspx?id=79805
              Ten kapitan holowników oceanicznych to holenderski bohater narodowy.
              Odbiegam.
              Jeżeli chodzi o ratowanie ludzi, to kapitan podejmuje sam decyzję i nikt inny nie ma nic do gadania. Taki obowiązek jest nawet podczas wojny wobec nieprzyjacielskich marynarzy z zatopionych statków i okrętów. Odmowa ratowania z innych powodów jak nienarażanie własnego okrętu to przestępstwo.
              Żeby ratować mienie, a jest to czasochłonne, trzeba mieć akceptację armatora.
              W przypadku wystąpienia strat eksploatacyjnych w akcji ratowania ludzi, ktoś musi zapłacić.
              Wtedy kapitan deklaruje tak zwaną "awarię wspólną". Oznacza to, ze koszty są pokrywane solidarnie przez wszystkich uczestników danego przewozu morskiego, Właściciel ładunku, armator, spedytorzy, i tak dalej. To są dosyć skomplikowane sprawy wchodzące w zakres prawa morskiego, ubezpieczeń morskich i tak dalej.
              M.

              • magdolot Re: Rozumiem że chodzi o ratowanie mienia. 16.11.13, 17:10
                Jasne, że mi chodziło o mienie, nie życie. I te przepisy bardzo słuszne są. Mnię jeno zaciekawiło, czy one wypączkowały jakoś z pryzowego, historycznie biorąc, czy powstały osobno.

                Solidarne ratowanie życia jest oczywiste i słuszne, jak się stawia czoła żywiołom. I git, że tu nie ma pola dla liczykrupstwa, bo go być nie powinno.
                    • 99venus Re: Rozumiem że chodzi o ratowanie mienia. 16.11.13, 21:03
                      niestety nie pamietam szczegółów.
                      część się należała znalazcom czy też ratowników,część do lokalnego właściciela terenu,część do Korony.tak było w we wczesnym średniowieczu.potem stopniowo to likwidowano.chyba było też nadane w formie przywileju.dzisiaj niestety już nie obowiazuje.ale bursztyn zbierać wolno.studiowałem te zagadnienia w ubiegłym wieku.potem zająłem się inną dziedziną prawa.
                      --
                      Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
                      • tojajurek Re: Rozumiem że chodzi o ratowanie mienia. 16.11.13, 22:00
                        Ciekawa kwestia. Z filmów można się dowiedzieć, że znaleziony na morzu uszkodzony statek należy do znalazcy, pod warunkiem, że na pokładzie nie ma ani jednego żywego członka załogi. Takie przypadki mogły się zdarzać, gdy na statku wybuchła zaraza, albo wszyscy uciekli w popłochu, uważając, że statek tonie. No i oczywiście nie znajduje się na wodach terytorialnych, bo to chyba zmienia kwalifikację.
                        Nie wiem jak to naprawdę wygląda, ale to interesująca kwestia. Nigdy nie wiadomo kiedy może się nam trafić znalezienie bezpańskiego liniowca pasażerskiego, albo przynajmniej luksusowego jachtu.
                        • mariner4 Nie nalezy się znalazcy 17.11.13, 08:55
                          Musi być ogłoszone oficjalne porzucenie. (tzw "abandon")
                          Fakt znalezienia mienie na morzu musi być ogłoszony zgodnie z prawem. Właściciel ma określony czas na zgłoszenie roszczenia. Tak było w opisywanym przeze mnie przypadku znalezienie motorówki koło Majorki
                          Ktoś powiedzmy odnajdzie opuszczony statek (nie oficjalnie porzucony) i odholuje go do bezpiecznego portu. Wtedy w przypadku kiedy zgłosi się właściciel obowiązuje procedura ratownictwa. Na podstawie wartości określa się premie.Potrąca koszty a resztę dzieli się tak jak to jest określone w prawie morskim państwa bandery statku, który uratował mienie.
                          Jeżeli właściciel uzna, że zabawa mu się nie opłaca i rezygnuje ze statku, to wtedy ratownik może nim dowolnie rozporządzać. Dotyczy to także wraków.
                          Jeżeli za wrak lub opuszczone mienie zostało wypłacone ubezpieczenie, to należą one do ubezpieczyciela. Okręty wojenne należą do państwa bandery. Poszukiwacze wraków muszą uzyskać odpowiednie zezwolenia.
                          W filmach jest dużo uproszczeń.
                          M.
    • mariner4 W innym wątku było o tym, jacy to faceci 19.11.13, 13:49
      są podli.
      Więc napiszę jak to w moim przypadku było.
      Mojego syna pierwszy raz zobaczyłem jak miał 3 miesiące.
      Byłem 3 oficerem na statku linii zachodnioafrykańskiej.
      wszyscy wiedzieli, że będę miał potomstwo i mi mocno kibicowali. Kiedy termin się zbliżał, niecierpliwie wyczekiwałem telegramu z wiadomością
      Po wachcie 2000 - 2400 poszedłem spać. Nagle raban pod kabiną. Otwieram drzwi, a tu tłumek zza którego "radio" wywija telegramem. Patrzę, chłopak! Wezwał mnie kapitan. "Daję Panu 24 godziny wolnego na celebrację" i mi pogratulował. No to poszedłem 'w długą".
      Rejs ciągnął się niemiłosiernie długo. Parę dni przed powrotem, co 48 godzin miałem napady gorączki. Malaria! Zamiast cieszyć się dzieciakiem, wylądowałem na oddziale zakaźnym w Szczecinie. Kiedy wydobrzałem nieco przez okno 2 piętra oglądałem pierworodnego...
      Razem zeszło mu 3 miesiące życia, zanim mogłem go przytulić...
      Ja wiem, dla niektórych pan faceci to kanalie.
      M.

    • mariner4 Huragan "Grace" 08.12.13, 11:31
      Piszę to w związku z "Ksawerym"
      We wrześniu 1992 moja "Ziemia Zamojska" płynęła z Francji do Nowego Orleanu.
      Na statku była ze mną moja żona. Razem spędziła na statku 5 miesięcy. Wtedy można było zabrać rodzinę za zwrot kosztów. Wyżywienie itp.
      Otrzymywałem ostrzeżenia z centrum huraganów w USA. Co 6 godzin nanosiliśmy na mapie o skali generalnej pozycję oka tej wściekłej panienki o wdzięcznym imieniu Grace. Z litery jej imienia wynikało, że to był 7 huragan tego sezonu. Staraliśmy się przewidzieć tor jakim się będzie posuwał. Całkiem uniknąć się huraganu nie da. Możne jednak zmniejszyć skutki.
      Trzeba tak manewrować żeby znaleźć się w tzw połówce "bezpiecznej". Wiatry wirują w wokół oka na półkuli północnej pod kątem około 10 - 30 stopni do izobar w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Im bliżej oka tym kąt jest mniejszy. W oku jest cisza kompletna. Tylko fale są gigantyczne. Powietrze unosi się gwałtownie do góry. Huragan ma ruch postępowy. W połówce "bezpiecznej" kierunek wiatru huraganu jest przeciwny do kierunku ruchu niżu i prędkości się odejmują. Jeżeli wiatr wieje np 160 węzłów a oko posuwań się 30 węzłów w kierunku przeciwnym, to wiatr wypadkowy wieje 130 węzłów, a w przeciwnej połówce nawet 190 w
      A to jest już różnica.
      Na pełnym oceanie jest szansa. Na wodach ograniczonych lądem, wyspami jest gorzej. Nowoczesny statek w dobrym stanie jest w zasadzie bezpieczny.
      W naszym przypadku wiatr osiągnął 11 B. Pusty statek tłukł niemiłosiernie dnem o fale. Potężne wibracje, wstrząsy i przechyły do 40 stopni. Moja ślubna zaklinowana w koi nie ruszała się z niej. Chorobę morską pokonał strach. Każdy niezabezpieczony przedmiot szalał po kabinie. Najgorsze są butelki.
      Pod koniec każdej wachty w Dzienniku Okrętowym" pojawiał się zapis. "Przez całą wachtę statek ciężko pracuje na fali. Silne przechyły boczne i wzdłużne. Silne wstrząsy i wibracje. Fale zalewają pokłady i pokrywy ładowni." Stan pogody i takie zapisy pozwalają złożyć w sądzie tzw "Protest Morski" na wypadek uszkodzeń statku i ładunku, który pozwoli rozłożyć odpowiedzialność pomiędzy wszystkich uczestników przewozu.
      Tego się nie da opisać. To trzeba przeżyć. Moja żona już też wie jak to wygląda.
      W pewnym momencie stanął silnik główny. Automatyka była pneumatyczna. Coś stało się z kompresorem i ciśnienie spadło poniżej pewnego minimum. Prawdopodobnie błąd obsługi.
      Przez pół godziny statek nie miał napędu. Kompresory musiały napompować butle do wymaganego ciśnienia. Wtedy to na statku była największa demolka.
      Skala Beauforta ma 12 stopni. Skąd to się wzięło?
      Wynalazca skali, admirał Beaufort na nitce zawiesił igłę. Wiatr odchylał igłę od pionu tym bardziej, im silniejszy wiał wiatr. Przy huraganie igła była zupełnie poziomo. Beaufort podzielił kąt prosty na 12 stopni. Od pewnej siły wiatru jest więc już zawsze tylko 12 stopni. Obecnie podaje się siłę wiatru raczej w metrach na sekundę lub węzłach co jest bardziej dokładne. 1 węzeł to jest dokładnie 0.514 m/sek.
      Huragany tropikalne mają inną naturę niż to co nas spotkało w ostatnich dniach.
      Czerpią energię z wody o wysokiej temperaturze. Na Karaibach sezon na huragany to koniec lata. Ciepły prąd morski płynie z Zatoki Gwinejskiej w kierunku Karaibów. Woda nagrzewa się latem do ponad 30 stopni. I to jest źródło energii tego żywiołu.
      Nad lądem huragan szybko traci energię, bo nie ma skąd jej czerpać, choć zdąży solidnie narozrabiać.
      Cyklon, huragan wschodnio indyjski, tajfun, sztorm tropikalny to rózne nazwy tego samego zjawiska meteorologicznego.





      • magdolot Re: Huragan "Grace" 08.12.13, 13:26
        > Nad lądem huragan szybko traci energię, bo nie ma skąd jej czerpać, choć zdąży
        > solidnie narozrabiać.

        No, z dziwnego cypelka w Pn. Karolinie, gdzie domy budują na palach, żeśmy spieprzali przed pewną taką panienką. Zdychanie jak to nadchodzi jest straszne. Na promie tylko roczny Szaciek funkcjonował, zajadle, bo musiał fszystko zwiedzić i prawie nas wykończył. Resztka panienki dorwała nas dwa stany dalej i nie było fajnie.
        Przed tornadem pakowałam bety na wakacje i ruszając się jak mucha w mazi z żywiołową nienawiścią myślałam o ubraniach z długimi rękawami, ale się mundrze przemogłam. Potem wyły syreny a ja pakowałam do piwnicy opierającą się rodzinę, za kanapę i daleko od szyb. Nie doszło do nas i starsze dzieci były bardzo rozczarowane, fszak choć dach mogło urwać, nie? A potem było tak zimno, że Szaciek miał na sobie fffszystko i wargi całkiem sine.

        Na morzu bym chyba umarła.
        Lubię nasz klimat za umiarkowanie i za to, że nie mamy bezkresnych prerii, na których taki cholerny twister się może rossspędzić. Choć i u nas bywa atrakcyjnie. Pamiętam sierpniową burzę na Orawie, co nas dorwała nocą. Leżałam na psie szczęśliwa że Szaciek już wyjechał, a na mnie co chfila kładło namiot. Duży. Się wygmeraliśmy rano i odkryliśmy, że 50 metrów od nas jest połom. W Alpach na 2000m z namiotem na ryju tesz nie było fajowo. Lubię dachy i piorunochrony.
        • 99venus Re: Huragan "Grace" 08.12.13, 14:24
          w chałupiem mam +22,na zewnątrz -2.wędzonki wiszą w spiżarni,goście się powoli rozjeżdżają a ja się zastanawiam czy sprzątać jeszcze dzisiaj czy jutro.
          o wszelkich zawiłosciach klimatycznych mogę czytać ale lepiej nie bo może się w nocy przyśnic.
          --
          Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
    • mariner4 Zima Pólnocny Atlantyk 17.12.13, 15:20
      Nie ma zimy, więc trzeba o niej napisać.
      Każdy statek ma na burcie naspawaną i pomalowaną tzw markę Plimsola. Kółko przekreślone poziomo, obok "drabinka" z poziomumi kreskami. Kreska kółka oznacza maksymalne dopuszczalne zanurzenie statku w wodzi morskiej o gęstości 1.025 latem. Kreski drabinki określają poprawkę na zanurzenie w zależności od okoliczności. Na przykład kreska dla wody słodkiej jest wyżej. Jak się do niej załaduje, to po wysciu na morze statek się do marki wynurzy.
      Tak jak kierowcy ciężarówek, tak armatorzy mieli tendencje do przeładowywania statków, co odbijało się na bezpieczeństwie. Weszła więc w życie międzynarodowa konwencja o liniach ładunkowych. Namalowany znak łatwo pozwala sprawdzić, czy statek nie jest przeładowany.
      Przeładowanie oznacza zmniejszenie zapasu pływalności, a więc zwiększa ryzyko zatonięcie w przypadku dziury w kadłubie.
      Linia ładunkowa zimowa i linia "Zima Atlantyk Północny" pozwalają jeszcze mniej załadować. Jest to dodatkowy margines bezpieczeństwa potrzebny na okoliczność zalodzenia statku.
      Na statku o nośności 13500 DWT płynąłem zimą przez Północny Atlantyk do Montrealu. Przez całą drogę wiał silny wiatr z północnego zachodu dochodzący do sztormowej 10. Temperatura powietrza była około -10C. Bryzgi fal i woda zamarzały na pokładach. Jak weszliśmy na St. Laurent River statek był potwornie zalodzony. W porcie, na podstawie przyrostu zanurzenia obliczyliśmy, że na pokładzie mamy 1200 ton lodu!
      3 doby trwało usuwanie lodu przez specjalistyczną firmę, żeby można było ładownie otworzyć!
      Kanadyjczycy przywieźli wytwornice pary i stary silnik odrzutowy, którego spaliny topiły lód. Koszmar.
      Dlatego zimą wolno ładować mniej.
      M.
    • mariner4 Święta na morzu 21.12.13, 10:26
      Smutne.
      Właściwie to tylko jedzenie przypomina dom. O ile jest gdzie kupić produkty.
      O karpiu trzeba raczej zapomnieć. Poza Europą kontynentalną nieosiągalny.
      Jakaś inna ryba udaje wiec karpia.
      W wigilię w messie zbiera się cała załoga wolna od wachty. Brak kobiet jest wtedy wyjątkowo dotkliwy. Składanie życzeń, dzielenie się opłatkiem i impreza kończy się szybko. Żadnego alkoholu.
      Internet powoli wchodzi na statki. Spotkania z rodziną on-line to jeszcze rzadkość. Cena jest zaporowa. koszt to ok 4 USD /minuta połączenia przy pomocy systemu INMARSAT. Na lądzie miliardy użytkowników utrzymują system. Na morzu najwyżej dziesiątki tysięcy. No i koszt urządzeń. Potrzebna jest stabilizowana żyroskopowo antena, Mało który armator wyposaża w to statki. Na pasażerach tal, ale dla zwykłych frachtowców to pieśń przyszłości. Ale kiedyś na pewno będzie można choć w ten sposób wziąć udział w wigilii z rodziną.
      Ja nigdy nie lubiłem świąt na morzu.
      M.
    • mariner4 Akt piractwa 29.12.13, 16:21
      Co o tym mówi prawo morza

      "1. wszelki nielegalny akt gwałtu, zatrzymania lub wszelki rabunek dokonany dla celów osobistych przez załogę lub pasażerów prywatnego statku lub samolotu i skierowany:

      a) na pełnym morzu przeciwko innemu statkowi lub samolotowi albo przeciwko osobom lub mieniu na pokładzie takiego statku lub samolotu,

      b) przeciwko statkowi, samolotowi, osobom lub mieniu w miejscu nie podlegającym jurysdykcji żadnego Państwa,

      2. wszelkie akty dobrowolnego uczestnictwa w korzystaniu ze statku lub samolotu, o ile ten, który ich dokonuje, ma świadomość faktów, nadających temu statkowi lub samolotowi charakter piracki,

      3. wszelka akcja mająca na celu podżeganie do popełnienia czynów określonych w ustępach 1 i 2 niniejszego artykułu albo świadomie podjęta w celu ich ułatwienia."

      Pan Dziemiańczuk robi za celebrytę w TVN24 przez cały dzień. Nie ważne są motywy. Napad na mirzy na wodach międzynarodowych to akt piractwa. Można dyskutować o motywach, ale Dziemiańczuk gada głupoty. Kierownik tej platformy wiertniczej miał prawo nawet zatopiść w obronie statek Greenpeace i nie popełniłby żadnego przestępstwa. Holandia może więc jedynie apelować o zwrot statku, ale nic ponadto.
      Pan Dziemiańczuk świetnie się widać czuje w roli celebryty.
      Wkurzyłem się....
      M.




            • mariner4 Podałem cytat z konwencji. Tam jest napisane 29.12.13, 18:03
              Statek atakujący inną jednostkę jest statkiem pirackim. Okręt wojenny pastwa, którego jest zaatakowana jednostka nosi banderę, ma prawo i obowiązek jej bronić.
              Oczywiście wiadomo, że w tym wypadku statek ekolodzy nie mieli zamiaru nikomu zrobić krzywdy, ale z punktu widzenia prawa Rosjanie nie musieli tego wiedzieć. Wtargnięcie na pokład jednostki na wodach międzynarodowych jest niedopuszczalne bez względu na motyw, Gdyby to się stało na wodach rosyjskich to byłby to już akt agresji i naruszenie suwerenności.
              Jednostka cywilna nie ma immunitetu. Okręt wojenny jest suwerenną częścią państwa bandery.
              W tym przypadku pada pytanie o granice prawa do protestu.
              M.