Dodaj do ulubionych

Morskie opowieści 2

01.06.14, 12:50
Marynarski biznes

Na FK jedna pani, także tutaj obecna postawiła min taki zarzut
więc trochę o tym

Narosło wiele legend na ten temat.
Czy marynarze handlowali w czasach PRL? Tak, ale oczywiście nie wszyscy.
Może najpierw realia. Był tzw dodatek dewizowy. 4 strefy o różnych stawkach zróżnicowanych także wedle stanowisk na statkach.
Było to od około 1 USD do około 4 USD dziennie, poza krajem. Jako praktykant pokładowy miałem 10 centów dziennie.
Nawet za najwyższa stawkę dzienną, w Europie Zachodniej nie można było pójść do kina. Bilet był droższy.
Jeżeli marynarz odłożył w miesiącu 30 USD ok 3000 zł w/g kursu czarnorynkowego, to sprzedając to na czarnym rynku miał drugą pensję.
Jako 3 oficer miałem 2600 zł pensji + nadgodziny i dodatki. Pokusa, aby to nieco rozmnożyć była więc silna..
Najpierw trzeba było się dostać na "garbaty" statek, czyli taki który pływał w b. krótkim zasięgu. Najlepiej na tzw "most węglowy", czyli mały masowiec wożacy polski węgiel do duńskich elektrowni.
"Sołdek" stojący teraz na Motławie w Gdańsku okrężny rejs robił w ok 30 godzin. Było to zwykle kilkanaście rejsów w miesiącu. Przywożąc tylko to co wolno można było dużo zarobić.
Ale tam się dostać? Trzeba było mieć tzw "garba", czyli znajomości, być mocno partyjnym, albo TW Urzędu Celnego, albo TW SB, dawni wojskowi, albo po prostu wżenić się z firmę, czyli panienkę z biura.
Najlepiej było zostać na takim statku sekretarzem OOP PZPR, delegatem związkowym, albo przewodniczącym organizacji młodzieżowej. To dawało 2letnią kadencję i z urzędu prawo do powrotu po urlopie.
Normalny marynarz po urlopie szedł zwykle na inny już statek. Mafie przemytnicze pływały na tych statkach latami. Porobione mieli skrytki, tzw "dziuple". Nie dało by się tego robić bez cichego przyzwolenia dyrekcji firmy i poprzednio wymienionych instytucji. Zasiedzenie sprzyjało układom z odbiorcami. Korzystali z tego także skorumpowani pracownicy administracji armatora.
Handlowano różnie, na różnych kierunkach. Do Danii wożono alkohol i papierosy, Za to kupowano tzw "grzbietówkę", czyli po jednej sztuce ciuchów wszystkich rodzajów. Marynarz wynosił to na sobie, co było wolno. Taki strój nazywano "cebulką", z racji warstw odzieży wszelakiej.
Do UK przemycano alkohol i papierosy. Do Włoch aparaty fotograficzne radzieckiej produkcji, gdzie kupowano złote wyroby. Pamiętam nawet relację "Zenit E" dawali 40-45 tych lirów. 1 gram złota w wyrobach ok 1600. Wożon0 tam też skóry lisów.
Pamietam aferę. Wtedy na rufie statku był śmietnik w kadłubie statku z zasuwą za burtę, którędy wywalano śmieci za burtę. (Teraz oczywiście tak nie wolno.) Po wyjściu z Gdyni bosman z marynarzami wypłukali odpady za burtę. Razem ze schowanymi tam skorkami lisów, które ktoś tam schował!
Powtarzam. Marynarz bez układów bujał się gdzieś daleko po świecie i szans na handel miał mały, albo wcale. jak coś dorobił to na bieżące wydatki.
W/w "Sołdek" był jednym ze statków przemytniczych. Zasiedziałe załogi i "zaplecze" lądowe sprzyjały zjawisku mafijności.
Bez układów było to zajęcie ryzykowane. W razie wpadki wylatywało się z pracy. chyba że ...."garb". Najlepsze było tzw "stado wielbłądów w ministerstwie"
Od czasu do czasu przy okazji jakiejś wpadki celnej statku i karami nałożonymi na statek, dyrekcja się budziła i wysyłała na statek okólniki straszące konsekwencjami przemytu i karami. Pamiętam jak to przyszło do nas telegraficznie na środek Oceanu Indyjskiego. Nie muszę chyba dodawać jakie joby poszły na dyrekcję za ich totalną hipokryzję.
Byliśmy wtedy w 6 miesięcznym rejsie i tam jakiekolwiek interesy nie miały miejsca. Nie ten statek i podróż ( na statku raczej używa się słowa podróż, niż rejs). Takie rejsy i takie statki traktowano niemal jak zesłanie
Za PRL był taki facet na statku, co był ochmistrzem. To taki intendent. W 1992 roku ostatecznie to zlikwidowano. O jego obciążeniu pracą najlepiej świadczy fakt, że po likwidacji tego etatu i przerzuceniu jego zadań na kapitana i trochę na kucharza, okazało się, że
zajmuje mi to ze 4 godziny w miesiącu! Płace, rozliczenie prowiantu, przygotowanie dokumentów na odprawy portowe itp, czyli papierkowa robota
Jednym słowem ochmistrz prawie nic nie robił! Był jednak liderem szmuglerów. Kim oni byli? Grupa bardzo zaśmiecona byłymi milicjantami, celnikami, pracownikami biura, którzy podpadli. Tylko czasem byli "normalni"
To stanowisko ma uzasadnienie na pasażerach, Ale na frachtowcu z 25 osobową załogą? W WSM w Gdyni otwarto nawet taki wydział. (Już nie istnieje). Niektórzy absolwenci znaleźli nawet niezłe zatrudnienie na wycieczkowcach.
Ale u polskich armatorów? Byli to najczęściej ludzie przypadkowi. A mieli rangę kierowników działu. Były 3. Dział pokładowy z kierownikiem, st. oficerem, maszynowy ze st. mechanikiem i hotelowy z właśnie ochmistrzem. Ja go nazywałem "kierownikiem załogi toaletowej" co wzbudzało jego furię i pisanie skarg na mnie do biura.
"Ostatni Ochmistrz Rzeczpospolitej", to słynna w PŻM postać. Teraz działacz panny "S". Ten to umiał się urządzić! Pensja, gratyfikacje. Premier to przy nim pestka! PiS do dziesiątej potęgi!
Jak ktos był obrotny, to mógł dorobić. Ale nie wszyscy do tego się nadawali.
Były rózne biznesowe "mody". Czas zegarków. Woziło się "Atlantiki" "Delbany". "Doxy". Były płaszcze ortalionowe i potem ortalion i laminaty ("papa"), peruki ("skalpy"), reklamówki plastikowe i wiele innych
Skończyło się to kiedy statki przestały pływać w oparciu o porty krajowe. Na statek leci się samolotem i samolotem się wraca a limit bagażu 40 kg ( nasze bilety mają wyższy, bo na przykład trzeba ciuchy na wszystkie strefy klimatyczne) i pory roku) i tak na wiele nie pozwala.
W 1989 roku dostaliśmy paszporty do ręki. Na zawsze! i to był przełom. Marynarz to prawdziwy wolny zawód w skali świata. Pracę było łatwo znaleźć. Polska flota prawie stanęła z powodu uciec. Podniesiono 2 razy płace, w końcu do niższego poziomu światowego. Na to trochę niższe wynagrodzenie mozna było sobie pozwolić z powodu znacznie wyższego komfortu pracy.
Zmieniły się relacje. Jako młody oficer zarabiałem około 5000 zł, czyli w/g kursu rynkowego USD około 50 USD + ok 40 USD dodatku dewizowego.
Najtańsza brandy w Kanale Kilońskim "Chevalier"("Porucznik"- bo***, "śmierć marynarza") kosztowała 29c. W UK dawali kilka funtów. To była pokusa. Dzisiaj to nic nie znaczy. Teraz albo kontener przemytu, albo nic. Poza tym porty w związku z terroryzmem są mocno strzeżone. No najważniejsze nie ma już motywów ekonomicznych tego procederu.
Koszty załogowe dramatycznie wzrosły polskim armatorom. Organizacja pracy pozostała znacznie w tyle. Groziło bankructwo. Prawo pracy było wykańczające dla armatorów. No to przerejestrowano statki pod obce bandery. Pod polską nie mają szans się utrzymać.
Pod obca banderą marynarz sam musi zapłacić sobie np ZUS (jak chce). Pod polską płaci armator. Żeby więc tyle samo dostać na rękę, pod polską banderą musiałoby być dużo więcej.
Chronią nas konwencje o unikaniu podwójnego opodatkowania. Marynarz płaci podatek dochodowy (a właściwie armator w jego imieniu) gdzieś na Bahama i jest spokój.
W Polsce wchodzi to tylko do podstawy opodatkowania i na przykład zarabiając dodatkowo w kraju wchodzi się do wyższego stopnia skali podatkowej.
Tak jest na całym świecie.
Permanentna izolacja od domu ma swoją cenę.
Jak mi się będzie chciało to napiszę jeszcze o tych w końcu mało znanych sprawach.
Aha! Związany z tym "zawód" cinkciarza. Skąd ta nazwa? Kiedyś słyszałem w TV, że to od dawania "cynku" (uprzedzania np o milicji)). Nieprawda. Za obcymi marynarzami ("bojkami") biegali handlarze walutami i po cichu oferowali swoje usługi: "cińć many" (od "change money"). To jest źródło tej nazwy. Najpierw nazywano ich "cińciarzami" a potem zamiennie"cinkciarzami"
M.
Obserwuj wątek
    • man_sapiens Re: Morskie opowieści 2 01.06.14, 13:06
      Słyszałem kiedyś opowieść o niemieckim handlarzu, który zbierał zamówienia z polskich statków wchodzących do Kanału Kilońskiego w śluzie w Brunsbüttel albo Holtenau, przekazywał to telefonicznie na drugi koniec i kiedy statek tam dopływał towar już czekał i w czasie śluzowania lądował na pokładzie. Czy to prawda?
      --
      Niewolnicy niech będą poddani swoim panom we wszystkim, niech się starają im przypodobać, niech się im nie sprzeciwiająNowy Testament Tt2
      • mariner4 Prawda. Nazywał się 01.06.14, 13:36
        (firma) Zoersen. I nie on jeden.
        W cieśninach Duńskich operował Shierbeck. Z portu wysyłało się zamówienie i on przywoził w Sundzie, luk Kalundborgu pilotówką. To było o tyle dobre, bo kapitan miał kontrolę nad ilością.
        M.
    • man_sapiens Re: Morskie opowieści 2 01.06.14, 13:10
      Słyszałem kiedyś opowieść o niemieckim handlarzu, który zbierał zamówienia z polskich statków wchodzących do Kanału Kilońskiego w śluzie w Brunsbüttel albo Holtenau pobierając jednocześnie towar na wymianę, rzadziej pieniądze. Przekazywał zamówienie telefonicznie na drugi koniec i kiedy statek tam dopływał towar już czekał i w czasie śluzowania lądował na pokładzie. Czy to prawda?
      --
      Tam, gdzie palą książki, będą później palić ludziHeine
    • gat45 Re: Morskie opowieści 2 03.06.14, 12:36
      Dawno-dawno temu słyszałam historyjkę ponoć bardzo znaną w marynarce handlowej, ale tylko Ty, Marinerze, możesz mi to ewentualnie potwierdzić. Otóż był taki rok, kiedy wystąpił pomór na cebulę, a Polska była jednym z nielicznych producentów, gdzie zbiory się udały. Jakiś polski statek wiózł ten delikates do Hong-Kongu czy może Singapuru, w tamte okoliczności przyrody w każdym razie. Niestety po zawinięciu do portu okazało się, że ładunek prawie w całości wykiełkował i cebula jako taka była do wyrzucenia. Znalazł się jednak w załodze ktoś wyjątkowo obrotny - pokręcił się wśród miejscowych restauratorów i sprzedał im świeżutki szczypior. Cała załoga zainwestowała w nożyczki do manicure i chłopaki przez ponad tydzień obcinali cebulom te małe zielone, które bardzo w cenie były. Następnie cebulę komisyjnie zniszczono w obecności ubezpieczyciela towaru, ale to, co chłopaki zainkasowały do prywatnej kieszeni za szczypiorek, przerastało ponoć ich najśmielsze marzenia i oczekiwania.
      Słyszałeś o czymś takim, czy to taka morska legenda miejska ?
    • mariner4 Biznes 2 03.06.14, 13:06
      Przemyt jest tak stary jak granice państwowe. Nie na darmo mówi się, że 2 najstarsze zawody świata. Celnik i prostytutka. To chyba prawda. Żadne inne metody nie są skuteczne, jak tylko podcięcie podstaw ekonomicznych.
      Jeżeli sprzedaż kartona Marlboro dawała dodatkową dniówkę, toi nie było sposobu, żeby to zwalczyć.
      W "eksporcie" też były sukcesy. W krajach arabskich Północnej Afryki takim eksportowym hitem była woda kolońska "Prastara", krem Nivea, mydło baltonowskie, a także ciuchy robocze, żelazka i inne. Na statek przychodzili handlarze i zaczynały się targi. Nawet znali trochę potrzebnych polskich słów Po 1989 roku interes umarł, bo zmieniły się relacje cenowe.
      Byłem w Casablance już za IIIRP. Po korytarzach chodził stary Arab w burnusie, pamiętający stare, dobre czasy i klął: "Waleza ch...., no biznes, no prastara, no kamiza (ciuchy), nic nima . Waleza ch....". Tak ocenił naszą transformację.
      M.

      • damakier1 Re: Biznes 2 03.06.14, 14:22
        Jako szczecinianka, niby sporo o tych marynarskich biznesach wiedziałam, ale piszesz tak interesująco, że czytałam z wielką przyjemnością i wołam o jeszcze.
        --
        "Dama ma - jak zwykle rację. I nie może być inaczej, skoro jest Damą."
        (aut.: ToJaJurek)

        Wrona i inne zwierzaki
        • mariner4 Naopiszę jeszcze. Zmieniłem też metodę 03.06.14, 15:28
          Ponieważ pisząc te teksty zapominam co już pisałem, a co nie, to najpierw piszę w Word Padzie, a potem kopiuję do forum, zaznaczając, że poszło. Inaczej wyjdę na starego zgreda opowiadającego te same historie powtarza. Ponadto mogę wtedy weryfikować pisownię. Zwykle piszę szybko i nie czytam tego przed wysłaniem, stąd liczne błędy klawiaturowe.
          znacznie gorzej idzie mi opowiadanie tego. Rodzina nawet ma o to do mnie pretensje, że nigdy nie opowiadam swoich morskich przeżyć. Nie wiem dlaczego tak jest, ale jest.
          Może po prostu obecność innych mi przeszkadza?
          Temat niewątpliwie jest ciekawy. Marynarze niechętnie o tym pisali. Teraz straciło to już aktualność z powodów o których pisałem. Z dystansu łatwiej o tym mówić. Jeżeli o mnie chodzi, to zawsze miałem do tego biznesu "dwie lewe ręce". Wolałem też pływać daleko, bo szybciej się awansowało. Do wyższych dyplomów potrzebna była tzw "żegluga wielka" nie osiągalna na "biznesowych" statkach. Więc albo, albo. Za to dowództwo pierwszego statku objąłem w wieku niespełna 34 lat. (O właśnie! Nowy temat mi się przypomniał!)
          Ech! Był to stary parowiec s/s "Sławno". Tzw B-32 zbudowany już po wojnie na podstawie "trofiejnej" niemieckiej dokumentacji.
          M.

      • gat45 Przemyt 03.06.14, 20:24
        mariner4 napisał:

        > Przemyt jest tak stary jak granice państwowe. [...]

        No właśnie. Przemyt polega na tym, żeby towar z jednej strony granicy znalazł się po drugiej stronie i w tym celu przewozi się go różnymi-różnistymi sposobami. Ale nie należy zapominać, że istnieje także - rzadziej, ale zawsze - druga możliwość.
        Kiedy Izrael oddawał Synaj Egiptowi zrobiono ponoć kokosowe interesy na przemycie amerykańskich aut - w Izraelu miały one preferencyjne ceny, prawie trzykrotnie niższe niż u sąsiada. Za porozumieniem stron (jakiego wzajemnego zaufania trzeba było do tego procederu !) panowie sprzedający zakopali dobrze zabezpieczone pojazdy w pustynnym piasku i obe umawiające się strony spokojnie poczekały, aż granica się przesunie. Wtedy auta odkopano, odwinięto z ochronnych płacht folii, otrzepano - i gotowe.
        Więc albo przewozimy towar przez granicę, albo granicą przeskakujemy na drugą stronę towaru. Proste.
    • mariner4 Skoro o przemycie, to i o celnikach 03.06.14, 18:46
      Celnicy obok panienek to nieodłączni towarzysze marynarzy.
      Byli zawsze. Od początku kiedy to ludzie zauważyli, że: "Navigare necesse est". Im granice pilniej strzeżone i szczelne, tym przemyt większy, bo to zwiększa opłacalność. W tej chwili ten tradycyjny przemyt marynarski już praktycznie nie istnieje, a ten co pozostał to inna półka. Narkotyki, broń i podobne. W tym przypadku solidaryzuję się z celnikami. Można więc o tym pisać z dystansu.
      Celnicy są różni. Najwyżej ceniłem zawsze brytyjski "Royal Customs", Skandynawów, Amerykanów. Za profesjonalizm i zawodową uczciwość. Niemcy profesjonalnie dobrzy, ale często zachowywali się po chamsku. Za bardzo traktowali pracę osobiście. Zawodowiec nie kieruje się osobistymi uprzedzeniami.'
      Na drugim biegunie cały trzeci świat. I dno dna, rynsztok świata, czyli Lagos w Nigerii. Źle jest w całej Ameryce Łacińskiej, za wyjątkiem Chile, dawnych kolonii holenderskich. Kraje arabskie to rozpacz czarna. Nie dość, ze przekupni, to aroganccy i z muchami w nosie.
      Mój kolega opowiadał mi jak do niego przyszli celnicy w UK ze szkoły celników. Taka grupa operacyjna celników w marynarskim języku nazywa się "czarną brygadą". Szkoła to "czarna" do kwadratu. Procedury przestrzegane do bólu.
      Szef celników starszy już oficer celny powiedział kapitanowi, że to grup[a początkujących kadetów, ktorym chce pokazac statek. Że to nie jest kontrola celna, tylko wstępna prezentacja. Po jakimś czasie w messie załogowej celni mówił różne rzeczy ze swojej praktyki.
      Powiedział. Często marynarze chowają kontrabandę w obudowie okna, które jest wyjmowalne. Wskazał młodego adepta i kazał mu wziąć narzędzia i zdemontować szalunek okna. Młodzian to uczynił i kiedy wyjmował obudowę posypały się kartony papierosów. Konfuzja była totalna! Kierownik grupy celników [powiedział kapitanowi. "Ja Ci powiedziałem, że to nie jest kontrola celna, tylko wstępne szkolenie. Weź to do siebie i zgłoś dyżurnemu celnikowi." Gdyby to znaleziono podczas kontroli celnej, to kara poszła by w tysiące funtów. A tak się upiekło.
      Kiedyś w wigilie w Szkocji przyszedł do mnie celnik z "czarnej" na rewizję. W związku ze Świętami zaproponowałem mu drinka. Po chwili wahania zgodził się i wypił szklaneczkę whisky. Potem założył czapkę i skierował się do wyjścia z kabiny. Zapytałem czy nie będzie przeszukiwał. Odpowiedział, że przyjecie poczęstunku wyklucza pobyt służbowy i już mu nie wypada. Polski celnik rewidowałby moja kabinę pomiędzy kolejnymi drinkami.
      Skandynawowie nie znają żartów. Zasadniczy aż do bólu.
      Kiedy statek wchodzi do portu przychodzi tzw "boarding party", czyli odprawa. Immigration, celnicy, agent. władze sanitarne itp. Im dzikszy kraj, tym ich więcej. W Lagos przyszło do mnioe ze 40 osób. W krajach 3 świata każdemu należy dać prezent. Zwykle domagają się papierosów i alkoholu. W Lagos kosztowały mojego armatora te przymusowe prezenty około 700 USD.
      Nie dać? To na przykład Port Health (sanepid portowy) znajdzie w kuchni insekta i kara na statek 5000 USD! Jakiekolwiek prawdziwe, lub wydumane uchybienie i srogie kary, Nie ma wyjścia. Trzeba ich dobrze do statku nastawić.
      Fatalnie jest w Kanale Sueskim. "Marlboro Canal", tak go nazywają marynarze. W jedną stronę idą ze dwie kostki (po 50 kartonów) papierosów. Armatorzy to wiedzą i godzą się z tym. Nie ma wyboru. W Europie, USA, w niektórych krajach dalekowschodnich, Australii i Nowej Zelandii tego zjawiska nie ma.
      W Polsce jest coraz lepiej. Jeszcze stara gwardia celników ma takie ciągoty z przyzwyczajenia, ale młodzi już nie. Jest to zrozumiałe. Kiedyś jak taki uprzednim zaniósł do "Skupu towarów pochodzenia zagranicznego" "sztangę" (karton) Marlboro, to z uzyskanie pieniądze mógł tydzień przeżyć z rodziną. A teraz? Motyw ekonomiczny upadł bezpowrotnie.
      Młoda generacja coraz lepiej zna język angielski, jest coraz bardziej profesjonalna i kompetentna.
      W Ameryce Łacińskiej Pinochet tak ustawił sprawy, ze to już prawie Europa. A kiedyś było tam jak wszędzie w tym rejonie.
      Generalnie jest tak. Największy porządek panuje w dawnych koloniach holenderskich, potem brytyjskich, dalej francuskich. Najgorzej jest z dawnych koloniach hiszpańskich i portugalskich.
      Bardzo złe jest zestawienie Czarnej Afryki z Islamem. Oni sa gorsi od Arabów. Afrykanin bardzo często bywa ortodoksyjnie religijny. (Patrz Godson - dla mnie normalka). Fanatyzm czarnych muzułmanów jest niebywały. Łatwo zrozumieć ich ekscesy w Nigerii Afryce Środkowej i innych krajach o dominacji muzułmańskiej.
      Kurczę, zjeżdżam z tematu! Ale to sa takie sobie luźne wspominki.
      Młodzież pewnie nie wie, co to był ten "Skup towarów pochodzenia zagranicznego". W wielu Delikatesach był. Tam sie sprzedawało takie rzeczy i potem kupowało w sklepie z marżą. Kiedyś pracownice takiego skupu zaznaczyły dyskretnie butelkę koniaku. Wracała do nich jak bumerang. Ktoś sprzedał, kto inny kupił na prezent. Obdarowany sprzedał i tak dalej.
      Ci co przemycali tam nie sprzedawali. Towar i sprzedający byli ewidencjonowani.
      Za PRL celnicy i służby graniczne pełniły jeszcze funkcje dodatkowe. Pilnowali prawomyślności marynarskiej. U mojego kolegi znaleźli jeden egzemplarz paryskiej "Kultury"; Wyrzucili go z pracy dyscyplinarnie z zakazem pracy na statkach. To do tych co głosują na SLD.....
      Oficer GPK (Graniczny Punkt Kontrolny) pytał mnie konfidencjonalnie, czy nie zauważyłem wrogiej działalności na statku. Nie, "tu wszyscy kochają władzę ludową", odpowiadałem równie konfidencjonalnie.
      Tak to było proszę Państwa.
      M.
      • chateau Re: Skoro o przemycie, to i o celnikach 04.06.14, 11:48
        > Młodzież pewnie nie wie, co to był ten "Skup towarów pochodzenia zagranicznego"
        Czyli już nie jestem młodzieżą. Cholera.
        W mieście, w którym już nie mieszkam, w budynku, którego już nie ma był taki właśnie skup.
        Jako naiwny i szczery gówniarz zachodziłem w głowę o co chodzi. Dopiero jakiś kumpel z podwórka mnie oświecił. To był zresztą mocny dysonans, bo w przyległych delikatesach można było kupić jakieś badziewie na kartki (m.in. kawę Extra Select, jeśli była), a obok był taki Pewex w jedną stronę. Piękne czasy.

        --
        Are you heaven on Earth or the gloom of the grave.
        • gat45 Przemyt i dzisiejsza data 04.06.14, 12:37
          Możecie się ze mnie śmiać, ale dla mnie symbolem powracającej do Polski normalności było opublikowanie przez któryś dziennik - GW czy Rzeczpospolita ? - zwykłej, najzwyczajniejszej taryfy celnej. Bo przedtem był to tekst prawny właściwie nie rozpowszechniany, wieści o tym, co można i ile można rozchodziły się w społeczeństwie na zasadzie "jedna pani drugiej pani", no i oczywiście celnik mógł powiedzieć, co tylko chciał i jego było na wierzchu ex definitione. Pamiętam, jak wzrosło mi poczucie obywatelskości, kiedy pierwszy raz wylatywałam z Okęcia z plikiem kartek, wktórym czarno na białym stało, co mi wolno wozić i w jakiej ilości. Głupoty tam były dość przykre - typu : wartość prezentów przywożonych mogła sześciokrotnie przekraczać wartość wywożonych, takie to zebracze było conieco - ale BYŁO. Człowiek wiedział. Z zastraszonego "przemytnika" bo miał dwie flaszki wódki stawał się obywatelem świadomym, że tyle właśnie mu wolno i że żaden celnik mu nie podskoczy. No cóż, prozaiczne to bardzo, ale ja dostępność przepisów celnych uznaję za jeden z wielkich symboli Polskich Przemian :).
          • 99venus Re: Przemyt i dzisiejsza data 04.06.14, 13:12
            mnie się wydaje,że jednak stawki celne były publikowane -już nie pamietam-czy w Monitorze czy też w Dzienniku ustaw.
            natomiast nie moge się powstrzymać od opowieści o moim przemycie lądowym.
            w czasach dawno minionych dostałem się listę przydziału dewiz i otrzymałem mozliwość zakupu 150$ co wprawiło mnie w taką euforię,że postanowiłem z żoną podbić Paryż.był to mój pierwszy indywidualny wyjazd na Zachód wię czyniłem odpowiednie przygotowania teoretyczne i praktyczne.poradzono mi żeby zdobyć puszkę kawioru bo zapewni mi to szczęście finansowe na 2 tygodnie pobytu.po wielu trudach i długich stałem się posiadaczem 1 kg puszki oryginalnego kawioru astrachańskiego co miało stanowić równowartość 100-120$.w złotówkach też nie było tanie.
            kawior trzymałem w lodówce aż do pewnej nocy kiedy mój konsultant kawiorowy obudził mnie
            o 4 rano i domagał się natychmiastowego wydania puszki ponieważ ma ważnych gości zagranicznych a oni zażyczyli sobie cygar i kawioru.cygara dostał w od kelnera w hotelu,kawioru nigdzie nie mieli.zaskoczony oddałem puszkę w stanie sennej nieswiadomości.
            po kilku dniach konsultant pojawił się zmęczony,nieświeży i powiedział,ze goście już pojechali ale zostawili 200$ za kawior.uważałem transakcję za wyjątkowo udaną.
            żona odzyskała spokojny sen i przestała się podniecać niezdrowo wizją przemytu kawioru na poszczególnych granicach.
            wreszcie jedziemy,dojechaliśmy do Kołbaskowa,podjeżdżamy do celniczki,ona soe pyta co wieziemy,typowa odpowiedź-nic,tylko rzeczy osobiste.następne pytanie:a przypadkiem kawiory państwo nie macie?żona robi się czerwoniutka,celniczka każe zjeżdżać na bok,odprawa trwa 2 godziny,wszystko zostaje szczegółowo przeszukane,wreszcie jedziemy dalej.żona:a nie mówiłam??
            potem jeszcze kontrolowali mnie na granicy NRD-RFN i to była ostatnia kontrola aż do powrotu.
            kiedy oddawałem paszporty po powrocie pan w ciemnym garniturku obejrzał je i powiedział:we wniosku było napisane Francja a pieczątek brak.DLACZEGO został pan w Niemczech i potem pisałem długie wyjaśnienie.
            to były piekne dni i piekne lata.
            --
            Paranoja i Schizofrenia siłą przewodnią motłochu.
          • man_sapiens Re: Przemyt i dzisiejsza data 04.06.14, 13:33
            Taryfy celne wcześniej nie były tajemnicą, tyle ze trudne do odszukania (Dziennik Ustaw...). To cenzura nie pozwoliłaby czegoś takiego pisać i odwracać uwagę ludu pracującego miast i wsi od tez VI Zjazdu Partii. No i ta oficjalna taryfa była kompletnie bez znaczenia...
            Kiedś wjeżdżałem do Polski przez Boboszów (Międzylesie). Celnik pyta z nadzieją w głosie: co pan przywozi? elektronikę? - nie - (teraz trochę zbity z tropu) Jakieś wideo albo wieżę? - nie (ostatnia szansa): Zegarki? - Mam tylko ten na ręce - (teraz rozpacz) Banany? - Nie - (z oburzeniem): to po jaką cholerę pan, k..., przyjeżdża?
            --
            Nie ma też etycznego ani prawnego uzasadnienia dla finansowania przez państwo nauczania religii. Z etycznego punktu widzenia nie można zaakceptować sytuacji, gdy podatnicy będący przeciwnikami Kościoła i doktryn katolickich zmuszeni są łożyć na ich krzewienie w szkołachHartman
      • gat45 Re: Skoro o przemycie, to i o celnikach 04.06.14, 13:13
        Okecie, druga połowa lat siedemdziesiątych, niedługo po wprowadzeniu do rozkładu pierwszych lotów transatlantyckich przez PLL LOT ("śniadanie w warszawie, lunch w Londynie, kolacja w Nowym Jorku", jak głosił plakat reklamowy - w paryskim biurze Lotu ręka dziecięcia niewinnego dopisała grubym flamastrem "a bagaże w Tokio" i nikt z obsługi tego przez ponad rok nie zauważył).
        Wracam na Okęcie. Na taśmach transportowych czekały na odprawę bagaże, a przypisany do nich człowiek musiał stać obok i czekać na celnika, bo dopiero wtedy pakunek wrzucany był do transportera właściwego. Koło mnie silna grupa włościan, po akcencie sądząc - z Lubelszczyzny, pogranicze Roztocza. No, nadbużanie, których moje ucho zawsze i wszędzie wyśledzi :).
        Tu wtręcik : nikt wpradzie wtedy nie znał prawdziwych przepisów celnych - o czym w poście obok - ale dwie rzeczy każdy wiedział : celnicy bardzo pilnują wódki i są uczuleni na pierze-puch, jeden z wielkich polskich towarów eksportowych z monopolem państwowym oczywiście. Moja najbliższa sąsiadka, zażywna pięćdziesięciolatka, przyznała się panu celnikowi do dwóch pakunków : wielgaśnego toboła oraz sporej walizki. Oczywiście pierwsze pytanie było na temat zawartości tego potwornego tobołka. "A cztery pierzyny tu mam" - powiada właścicielka. Celnik przybladł i zapytał, czy damie nie wiadomo, że pierza nie wolno wywozić. "Jak - nie wolno ? Z moich kur, sama darłam ! Tam w tych Stanach to ja u rodziny po kilka tygodni na garnuszku będę i co, mam pierzyny porządnej każdemu nie przywieźć ? Jak zebraczka jaka ?" oburzyła się zdroworozsądkowo włościanka. Celnik miał dobry dzień, machnął ręką, wrzucił tobół na transporter a potem walizkę damy. I już zwyczajnie, towarzysko zauważył "o, jakie to ciężkie". "Jak ma być lekkie, jak ja tam dwanaście butelek spirytusu wiozę" -roześmiała się dama dobrodusznie. Celnikowi nie było jednak do śmiechu. Wyszeptał tylko "niech już pani sobie stąd idzie", otarł pot z czoła i chyba udał się na zaplecze. Podobnych włościan płci obojga stało jeszcze sporo, a on najwyraźniej nie chciał już tej prawdomównej grupy odprawiać.
    • mariner4 Inwigilacja 05.06.14, 09:56
      Inwigilacja.
      To w związku z świętem 4 czerwca

      Przez cały okres PRL marynarze podlegali specjalnej uwadze władzy. Podlegaliśmy stałej inwigilacji. Zawsze traktowano nas podejrzliwie.
      Do 1956 roku na statkach pływał etatowy "oficer kulturalno oświatowy" potocznie zwany "kaoszczakiem" miał rangę zastępcy kapitana d/s politycznych na wzór radzieckich politruków. Zwykle były to kanalie. Ale czasem zdarzali się przyzwoici.
      Opowiadał mi stary kapitan, jak przed powrotem do kraju w kabinie kapitana zbierało sie "naczalstwo" z kaoszczakiem i uzgadniali przy butelce whisky donos jaki miał napisać. Musiał napisać, żeby nie podpaść samemu. Ale musiało to być tak napisane, żeby zaszkodzić minimalnie.
      Na ogół byli to ledwie piśmienni faceci, co im się gdzie indziej nie udało.
      Po 1956 roku zniknęli z pokładów statków. Potem częściowo tym się zajmował sekretarz OOP PZPR. Też donosił do komitetu zakładowego partii. Bardzo często próbował ingerować w uprawnienia kapitana. Niektórzy ulegali. Ja nie.
      Po 1989 roku ich role czasem przejmowali tzw "delegaci załogowi" czyli przedstawiciele związkowi załogi, zwykle z "Solidarności". Bardzo łatwo przejęli metody PZPR. Ich rola spadła po przeflagowaniu floty. Obowiązują przepisy państwa bandery. Z zakładową "S" też miałem na pieńku, ale to inna historia
      Przedsiębiorstwa armatorskie to były tzw Wielkie Organizacje Gospodarcze i miały własna tzw "nomenklaturę", czyli zatwierdzanie awansów na wysokie stanowiska. W innych firmach dyrektora zatwierdzał komitet wojewódzki PZPR. W PŻM kapitana komitet zakładowy PZPR. Nawet jak kapitan nie był członkiem partii.
      Kiedy dostawało się awans na kapitana, trzeba było iść na "egzekutywę" i poddać się dosyć upokarzającemu przesłuchaniu przez tępych facetów.
      Kiedy statek wracał do kraju, to po odprawie granicznej oficer WOP przepytywał kapitana o nieprawomyślne sprawy wśród załogi.
      Kapitan i jego zastępca byli szkoleni w tajnej korespondencji. Były to szyfry, przechowywane w kasie pancernej w kabinie kapitana. Na przykład jak marynarz zwiał ze statku za granicą, to nie wolno tego było wysyłać przez radio otwartym tekstem, tylko wiadomość zaszyfrowaną.
      Problem w tym, ze to było dosyć skomplikowane i łatwo się zapominało. W firmie był wydział wojskowy, gdzie siedzieli oficerowie z wojska, przeważnie byli często wzywali na "rozmowy" Najlepiej było im flachę podrzucić i był spokój.
      Na statkach byli TW. Z SB, Urzędu Celnego. Im statek pływał w bardziej atrakcyjnej biznesowo relacji, tym szansa na ich spotykanie była większa. Większość z nich robiła to aby handlować.
      Jak kogoś chcieli wsadzić na statek, to wzywali kadrowców i wydawali im polecenie. Ich melina (komenda) była vis a vis gmachu PŻM.
      Oczywiście nie wiedzieliśmy kto to był, choć czasem mozna się było domyśleć. Panowała więc zasada. Jak najmniej mówić.
      Kiedyś jako młody oficer miałem z takim na pieńku. Groził mi, że załatwi mi zakaz pływania. Nawet kapitan się jego bał. Był nie do ruszenia ze statku, choć nie wiadomo było czy istotnie był TW. Kiedyś zgniewał mnie totalnie. Założyłem mundur i po słuzbie poszedłem na Małopolską w Szczecinie do ich siedziby i u dyżurnego funkcjonariusza zażądałem widzenia z kimś ważnym "w sprawie państwowej".
      Przyjął mnie facet w mundurze kapitana MO. Już w drzwiach go zaatakowałem mówiąc, ze jestem uczciwym obywatelem i stanowczo protestuję, żeby wasz pracownik mnie szantażował.
      "Zaraz, zaraz, jaki nasz pracownik?", zapytał. Odpowiedziałem, ze facet chodzi po statku i się na Was ciągle powołuje.
      Podziękował m, zapytał o nazwisko i na tym się skończyło. Kiedy poszedłem na następną służbę portową, już go na statku nie było. Opowiedziałem to kapitanowi. "Pan oszalał?" zapytał.
      "Wcale nie", odpowiedziałem. Jeżeli się pod nich tylko podszywał, to oberwie za to. Jak istotnie był ich człowiekiem, to oberwie za to, że się zdekonspirował. I tak źle i tak niedobrze.
      Kiedyś wlazłem na niego na ulicy. Przeszedł na drugą strone...
      Kiedy nadeszła "Solidarność" coś pękło. Mieli do mnie w dyrekcji pretensję, że byłem na początku listy akcesyjnej do "S", ale to było już powszechne.
      Potem stan wojenny. Jeden z naszych statków wchodził nocą 13 grudnia do Szczecina. Ponad 200 metrów długości i zanurzenie 9.20 m. Czyli max w Szczecinie. Stocznie były obstawione z lądu i wody. Kapitan statku dostał polecenie zawrócenia na morze. Odpowiedział, że to niemożliwe, bo długość statku jest większa niż szerokość toru wodnego i można to zrobić dopiero w porcie na tzw obrotnicy.
      Powiedział, że staranuje barki desantowe jak mu nie zejdą z drogi. Statek zatrzymać się na kanale też nie może. to nie samochód.
      Po zacumowaniu aresztowano kapitana. Puścili go, ale co przeżył to przeżył. I takich historii było wiele.
      A potem? Dali nam paszporty i wreszcie poczułem się wolny. Mogłem pójść do dowolnego biura rekrutacyjnego na świecie. Oczywiście w PŻM się zmieniło. Ale ostatecznie poszedłem na obce statki.
      M.


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka