Dodaj do ulubionych

Takie morskie wspominki

31.05.16, 17:51

Wspomnienie o kapitanie Janie Wiśniakowskim.

Szkołę Morską rozpoczął tuż przed wojną. 1 września 1939 był na praktyce na "Darze Pomorza" . Zawinęli do Stockholmu. Jako statek rządowy został internowany. Uczniowie w większości przedostało się do UK. W Southampton kontynuowano naukę i nasi chłopcy rozpoczęli służbę konwojową.
Jako praktykant pokładowy zamustrowaliśmy na liniowiec towarowy "Jan Matejko" jeden ze słynnych wówczas "dziesięcio tysięcznków". Byłem tam 2 podróże na Daleki Wschód i Australii. Jedna podróż to 6 miesięcy
"Jasiu", bo tak go nazywaliśmy, to był prawdziwy twardziel. Samym wyglądem budził ogromny respekt. Wymagał, ale był uczciwy i sprawiedliwy. Wszyscy go szanowali i lubili.
Kilka hstoryjek, które go znakomicie opisywały.
W Gdyni część załogi się wymieniła. Przy trapie wachtę pełnił nowy. Był ranek, Jasio w jakimś dresie poszedł do kuchni się rozejrzeć. Wyszedł w pobliżu trapu z drzwi kuchennych. Zauważył, ze trap niebezpiecznie wszedł pomiędzy burtę a keję. Kazał marynarzowi to poprawić. Ten spojrzał na faceta w stroju raczej niedbały i warknął
Wyp..... do kuczni gary myć. Jasio się pohamował i wszedł do kuchni. Po chwili przeszdł ponownie w pełnej kapitańskiej gali, przy orderach i w złocie.
Powtórzył spokojnie polecenie. Marynarz mało nie zemdlał z wrażenia. Myślał, że ma przechlapane w długim półrocznym rejsie.
Nie, Jasio nie był taki. Powiedział. "Wyglądałem jak łachudra i tak zostałem potraktowany.

Było nas 15 praktykantów pokładowych ze Szkoły. Jeden z kolegów, Zdzisiek K, chłopisko 188 cm i 92 kg wagi, boksował jako junior.
Za rufowym spardecku urządziliśmy sobie ring i Zdzisiek uczył nas boksu. Jasio to zobaczył i przybiegł. Dajcie mio spróbować. Dostał rękawice i rozpoczął sparring ze Zdziśkiem.
wiadomo, że praktykant oszczędzał kapitana. Wtedy Jasio powiedział. Panie K. W boksie nie ma kapitana, proszę walczyć serio. Po chwili leżał znokautowany na deskach.
Wstał, kazał sobie zdjąć rękawice i poszedł. Wieczorem, kiedy odpoczywaliśmy w messie, steward kapitański przyniósł Zdzichowi butelkę Johnie Walkera.

Djakarta.
"Matejko" stał zacumowany na samym końcu kei. To jest port na rzece i keja ciągnie się kilometrami. Przed nami stał liniowiec niemiecki z "Hapag Lloyda". Poszliśmy 3 praktykantów do miasta i weszliśmy do "Bandung Baru".
W barze było z 10 marynarzy z tego Niemca, duża grupa Norwegów i trochę marynarzy różnych baner. Było gwarno.
To były lata 60, więc w załodze niemieckiej byli jeszcze uczestnicy wojny, marynarze z U-botów, a nasze stosunki dalekie były, nawet od tolerancji. Niemcy się zorientowali, że nas 3 to Polacy. Jeden rudy tłuścioch zaczął nas zaczepiać, a "Polnische Schwein" rozumieliśmy.
W toalecie jeden rosły Norweg powiedział mi, żebym go uderzył w zęby. Ale nas jest trzech, odpowiedziałem. Nie martw się, my się przyłączymy. Zdzisiek był lepszy ode mnie, więc on wyprowadził lewy sierpowy i Niemiec spadł ze stołka.
Zaczęła się bijatyka. Niemcy ponieśli totalną klęskę. Wtedy na własne oczy widziałem scenę, którą potem widziałem tylko w kinie. 2 Norwegów, za ręce i nogo rozkołysało Niemcza i facet wyleciał przy brzęku szkła przez okno wystawowe na ulicę.
Przyjechała żandarmeria indonezyjskiej Marynarki wojennej. Na nasze szczczęście dowodził nimi oficer, który kończył Wyższą Szkołę Marynarki Wojennej w Gdyni ( Wtedy ich wielu tam studiowało)
Mówił świetnie po polsku. Sprawa się rozeszła po kościach. Norwedzy zapłacili za stłuczki i sobie poszli.
Kiedy wracaliśmy na statek w poprzek kei przy niemieckim statku stało ze 20 Niemców czekając wyraźnie na nas. Wróciliśmy na Norwega. Cała ich załoga z odpowiednim sprzętem bojowym ruszyła z pomocą. Niemcy pierzchli na statek
Na drugi dzień wezwano nas trzech do kapitana.
Wchodzimy do jego salonu a tam Jasio i niemiecki kapitan w pełnej tropikalnej gali przy orderach i przy szklankach whisky.
Jasio zagrzmiał; "jak to było?". My z minami niewiniątek, opowiedzieliśmy wydarzenie. "Ilu Was było?"."Trzech". "A ich?", "chyba 10"
Jasiu przetłumaczył szkopowi. Niemiec miał odznaczenia wojenne, więc z całą pewnością brał udział w wojnie.
Wychodząc od kapitana byliśmy pełni złych obaw. Tymczasem pan Zbyszek, steward kapitański przyniósł nam butelkę zacnej whisky od Jasia.

I wiele takich historyjek z naszego prawie rocznego pobytu na "Matejce".


Słyszałem później wiele legend o nim. Żelazna dyscyplina i wyraźnie odczuwalna przez nas jego sympatia do nas i całej załogi. W ogień byśmy za nim poszli.
Wiem, że nie żyje. Po latach, sam jako kapitan, spotkałem jego syna w Houston, w Texasie.

M.
Obserwuj wątek
    • ave.duce Morskie opowieści 31.05.16, 18:00
      forum.gazeta.pl/forum/w,89075,146239485,146239485,Morskie_opowiesci.html
      forum.gazeta.pl/forum/w,89075,151283812,151283812,Morskie_opowiesci_2.html
      --
      "najgorsza część społeczeństwa /.../ element najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny"
      > K. Jarosław

      Forum ze Dworum/Freedom
    • man_sapiens Re: Takie morskie wspominki 31.05.16, 23:19
      Jak to pięknie napisał Joseph Conrad Morze, zapewne wskutek zawartej w nim soli, nadaje szorstkość zewnętrznej powłoce swych sług, lecz zachowuje słodycz ich ducha.

      Są teraz jakieś jełopy, które mówią, że trzeba budować statki całkiem bez załogi, sterowane przez komputer. Nie życzę im nic złego, tylko tyle, żeby za każdym razem, kiedy chcą o tym powiedzieć dostawali nagłej a bardzo intensywnej biegunki.
      • mariner4 Re: Takie morskie wspominki 01.06.16, 09:38
        To jest niestety przyszłość.
        Widziałem eksperymentalny Ro-Ro, który sam wchodził do śluzy. utrzymywał w niej pozycję mimo sztormowego wiatru,. potem obracał się w basenie i rufą cumował do terminala.
        Kapitan z pilotem tylko obserwowali. To jeszcze przyszłość. Ale ten statek firmy Mersk był w ramach programu badawczego rządu Danii był sponsorowany. Na razie to za drogie rozwiązanie, ale kto wie?
        Myślę, że na pełnym morzu to jest możliwe, ale właśnie porty.
        M.
    • magdolot Re: Takie morskie wspominki 01.06.16, 00:00
      Pisz, Marineru, pisz. Tęskniłam za Twoimi Morskimi Opowieściami i bardzo się cieszę, że sobie o nich przypomniałeś. :-)

      --
      bomba termoidiotyczna - obezwładnia załogę w locie, prostując jej zwoje mózgowe. By Zapijaczony Ryj.
      • mariner4 Re: Takie morskie wspominki 01.06.16, 11:26
        Bo FK coraz bardziej mnie nudzi. Kiedyś pisałem raczej merytorycznie, ale ile razy można pisać to samo?
        Groch o ścianę.
        Tutaj jest spokój. Co prawda nie mogę realizować natury fightera, ale przynajmniej odpoczywa.
        Mam Polik w Wordzie, gdzie spisuję swoje wspomnienia na własny użytek.
        Potem kopiuj-wklej na FzD.
        Mam parę interesujących rzeczy.
        Wkrótce.
        M.
        • 99venus Re: Takie morskie wspominki 01.06.16, 20:04
          FK to jest dzisiaj szambo.Szaleje tam pisuarowa wataha szczująca i agresywna a w dodatku zakłamana.Korzystają z wzorców swojego idola i dla nich czarne nigdy nie jest czarne a białe nie jest białe.Nie wiem czy kłamią z nieuctwa czy też celowo ale umysły mają odporne na fakty.
          To dziwne plemię mowiące innym językiem i żyjące w innym świecie bez mozliwości prowadzenia rozmowy ponieważ tylko oni zyskali przywilej posiadania prawdy.
          Dyskusje stały się pyskówkami i coraz mnie ludzi tam zagląda.Moderator to toleruje i obrzydliwe teksty wiszą tam w nieskończoność.
          Nie wiem czy wyjściem nie będzie otworzenie nowego forum selekcjonującego uczestników.

          --
          Paranoja i Schizofrenia zalały kraj......
        • magdolot Re: Takie morskie wspominki 02.06.16, 02:22
          I mnie FK coraz bardziej brzydnie. Rok temu mieliśmy podobny paroksyzm. Czy one są cykliczne? Prawie się nie wpisuję, raczej czytam wątki/posty sensownych osób i czasem te tragiczne, jak akurat mam smaka na dno i pięć metrów muła[rzadko]. Czytałam Twój wątek o przekopywaniu Mierzei i sobie zakarbowałam co trzeba.
          Kretyńsko agresywne wojny plemion kretynów na kubły plwociny to nie jest towarzystwo dla samca alfa. :-)

          Moje fajterstwo ostatnio realizuję na stronie agarioonline.net gdzie dają fajne gry biologiczne - się żreje i rośnie, przetrywa i pożera tudzież ewoluuje i opanowuje taktyki. Dużo fajniej niż skakać po Marze, Czkającym, czy innej koszmarze.
          I tylko pisanie mi nijak nie idzie. Może się boję, że jak w końcu bluzgnę na tę nawarstwiającą się i spiętrzającą na wyprzódki na wszystkich możliwych frontach paranoję, to się wybluzgnę na ament? Albo zażądam natychmiastowego wieszania co bardziej opętanych kretynów, by się przestali dwoić, troić i roić w nadpobudliwych podrygach fffffszędzie? Łgać, pleść bzdury, nabzdyczać i pierdzieć? Może bo nie wiem czy spuszcza się para i trzeba poczekać aż w paroksyzmach zejdzie, czy ciśnienie rośnie i gówno dopiero walnie w wentylator?

          Zdolność pisania z sensem i nie o dupie kaczyni - może to właśnie w obecnych czasach jest objaw prawdziwego fighterstwa? I rzeczywistej wygranej samca alfa.
          Zdolność zapisywania rzeczy ważnych i fajnych i... wartych zapisania.

          --
          "Naród wypranych" - by Pies_na_czarnych
    • mariner4 Wasyl 01.06.16, 06:48

      Kapitan Eugeniusz Wasilewski.
      Byłem Starszym Oficerem podczas jego ostatniego rejsu w życiu.
      Był już emerytem i firma dała mu honorowy rejs. Miałem już dyplom kapitański i czekałem na awans na samodzielne dowództwo. Wezwano mnie do dyrekcji i polecono mi abym mu maksymalnie pomagał.
      W podróż zabrał swoja żonę. Wywiązałem się z zadania.
      Był historią PMH i Gdyni, którą budował będąc na "beachu" czyli na plaży, jak to określano bezrobotnych marynarzy.
      W młodości bon vivant, kobieciarz i facet mocno rozrywkowy.
      W "Głosie Szczecińskim" publikował, felietony z dawnych czasów, które potem wydał w 2 książkach. Były juz nieci "uczesnane", ale mnie opowiadał prawdziwe wydarzenia, bez cenzury.
      Więc po raz pierwszy ożenił się w wieku 48 lat. Wychował dzieci i był przykładnym mężem znacznie młodszej od siebie pani.
      Kiedyś powiedział mi, że chyba ożenił się za młodo. Jak to? zapytałem. Widzisz, moje dzieci są dorosła a ja jeszcze jakoś żyję. Mogłem jeszcze pobalować parę lat i też bym zdążył, żartował.
      Brukował ulice Gdyni i różnie mu się wiodło. Ze Szkoły Morskiej wywalono go za "niewinność".
      Kiedy go poznałem był statecznym, kulturalnym starszym panem.
      Poleciłem oficerom zabranie w rejs mundurów, co już było niezbyt stosowane. Czasy się zmieniały.
      Przed powrotem do kraju urządziliśmy pożegnalne przyjęcie. W moim salonie zebrała się oficerka. Szampan, ludzie w uniformach. Pani Wasilewska się uchyliła, mówiąc że to męskie święto.
      Zadzwoniłem do kapitana mówiąc, że mam ważną sprawę. Przyszedł i popatrzył na nas zdumiony. Był w podomce. Pójdę się przebrać w mundur, powiedział.
      Nie ma potrzeby, zaoponowałem. Kochani, ja już nie będę miał okazji nosić tego munduru. Z oczu ciekły mu łzy.
      Odwiedzałem go w domu, kiedy juz definitywnie skończył z morzem. Zawsze bardzo się cieszył. Przynosiłem butelkę jego ulubionej brandy. Pani Wasilewska zostawiała nas zawsze samych
      Miał przyjaciela Starszego Mechanika. Papa Stępniewski to też historia PMH.
      Byli rówieśnikami. Papa był o kilka dni starszy. Wiele razy słyszałem ten dialog.
      - Gienek, który jesteś rocznik? 1909
      - Ja też.
      - Który miesiąc
      - Kwiecień
      - Ja też.
      - A który dzień?
      - 19
      - A ja 10, czyli jestem starszy, więc gówniarzu masz tu pienądze i zap,,,,, do kiosku po papierosy dla mnie bo zapomniałem kupić
      - Gienek wstawał bez słowa i posłusznie realizował polecenie.
      Papa wypijał tylko jedną szklaneczkę. Nalej na jeden palec. Nie tak! Palec ma być pionowo!

      A propos historyjek, które opisywał w gazecie. Już nie pamiętam co w nich było, ale to wersja dla mnie:
      Razem z nim w szkole był Michał Leszczyński, wybitny malarz marynista, szkoda, ze w Polsce prawie nieznany. Jego obrazy wiszą w Buckingham.
      Potomek króla Stanisława Leszczyńskiego. Podczas wojny jako kapitan pływał w konwojach. Z racji pochodzenia pałac królewski w Londynie stał dla niego otworem.
      Po wojnie przeniósł się na wyspy Pacyfiku, otworzył studio malarskie, i wydał przełomowy podręcznik pt "How to draw the sea"
      W Szkole miął już dużo pieniędzy. Mama dawała mu 2000 przedwojennych PLN na "drobne wydatki", a ponadto dobrze sprzedawał sprzedawał swoje malunki. Był więc krezusem
      Wynajmował mieszkanie na Świętojańskiej w Gdyni, reprezentacyjnej ulicy nad sklepem kolonialnym jednego bogatego Żyda.
      Gienek był akurat na beachu. Spotkali się i Leszczyński zaproponował mu posadę.A co będę robił ? Będziesz burgrabią.Ale na czym to ma polegać?
      Masz pilnować żeby nie zabrakło panienek i napitków!
      To oczywiście była pomoc dla Wasyla, bo on by nie przyjął po prostu pieniędzy ot tak.
      Jak im zabrakło pieniędzy, bo żyli na szerokiej stopie, a żyd na dole odmawiał dalszego kredytu to odstraszali mu klientów rzucając butelkami i krzycząc. Żyd przychodził i prosił: "Panie Michale, to ja już Panu przedłużę kredyt, tyko niech mi Pan nie psuje interesu!"

      Arystokratyczna rodzina Leszczyńskiego koniecznie chciała go ożenić. Znaleźli odpowiednią partię. Ale on się do tego nie palił.
      W końcu uległ. Musiał wracać do Warszawy. Wynajął knajpę w Gdyni i zaprosił swoich przyjaciół, no gdyńskie "panienki"
      Upił się i zwyczajnie narobił w portki smokingu. Pociąg odchodził rano. Zapłacili jakiejś kobiecie za doprowadzenie spodni do porządku. Rano wsadzili go do taksówki i zawieźli na stację.
      Później zauważyli, że spodnie zostały z nimi, a on pojechał pociągiem bez nich tylko owinięty w koc, odsypiający balangę.
      Po paru dniach wrócił do Gdyni. Nie muszę jusz się żenić, oświadczył i wszytko potoczyło się po staremu.
      Jak było?
      Otóż Michał miał 2 m wzrostu. Kiedy się obudził, powstał problem. Góra od smokingu i tylko gatki.
      Nikt z współpasażerów nie miał wolnych spodni tego rozmiaru. W końcu pomocnik maszynisty dał mu swój drelich.
      Pociąg zajechał do Warszawy, a na peronie komitet powitalny. Rodzina, narzeczona i jej rodzina. Michał nie chciał wyjść na peron w takich spodniach.
      Koniec końców narzeczona i jej rodzina się obrazili i zaręczyny zostały zerwana.
      Balowali dalej.
      Potem wojna, służba konwojowa i śmierć....
      M
      • magdolot Re: Wasyl 01.06.16, 11:37
        Dygresja pociągowa.
        Leszczyński, smoking, pociąg. Leszczyk, koszula i buty, pociąg. Tak mi się skojarzyło. Jest taka piosenka Maleńczuka: Edek Leszczyk. Prawdziwa. Znam dalszy ciąg. Edek niedługo potem dojechał [pociągiem] do Krakowa, gdzie 30 lat temu skutecznie poślubił moją przyjaciółkę i żyje z nią długo i szczęśliwie fciąż. :-)
        Rola pociąguf w życiu małżeńskim jest nie do precenienia. Pociąg prawdę ci powie lepiej niż Cyganka.

        Żeby nie paprać wątku Marinera wrzucam jeno linek do klipu z piosenką:
        www.youtube.com/watch?v=IFB7Z_jun_o

        --
        "Naród wypranych" - by Pies_na_czarnych
      • az43 Re: Wasyl 01.06.16, 18:06
        Drogi Marinerze,przy całym szacunku dla tego co robisz(piszesz) i co jest dla mnie znakomite mam jrdnś wątpliwość związano z leszczyńskim-to chyba nie były wyspy na Pacyfiku tylko Jamajka?

        --
        jestem gorszy sort,resortowy,z mediow,z zagranicy,z bandy kolesiów i mam Jarosława k. w dupie a TVPiS kłamie!
    • gat45 Re: Takie morskie wspominki 01.06.16, 07:35
      O !
      Gatu ulżyło troszeczkę, dzięki Marinerze.
      Jak się obudzę ze snu terapeutycznego (bo wobec kłopotów i zmartwień Gat ucieka w sen), to sobie zrobię stateczki papierowe i pójdę się bawić na dół. Albo i wyjdę na ulicę. Albo spuszczę flotę na trawnik przed domem...
    • mariner4 Łut szczęścia 01.06.16, 09:17
      Na "Ziemi Wielkopolskiej" - masowiec 26000 ton wracamy do Europy z ładunkiem paszy sojowej.
      Gęsta mgła. Noe widać dziobu. Główny radar padł. Pomocniczy, słabiutki, produkcji RAWARu.
      Ekran czysty, nie licząc zakłóceń. Idziemy ze zmniejszoną prędkością. Nagle ściana mgły się kończy. Podczas ciszy w wyżu takie zjawiska występują. Po prostu widać ścianę mgły.
      I nagle po wyjściu z mgły na kursie, w odległości pół mili widzę trawler w dryfie ustawiony burtą do naszego dziobu. Gdyby to jeszcze było w mgle doszło by do kolizji. Skóra mi ścierpła.
      M.
    • mariner4 Wacia 01.06.16, 11:44
      Wacia (Wacława) była woźną w Szkole morskiej. Groźna i można było od niej oberwać ścierką. Do różnych prac porządkowych przydzielano nas do personelu [pomocniczego. Sprzątaliśmy, wiórkowaliśmy parkiety i tak dalej.
      Była to już leciwa jejmość. Wymalowana jak nie przymierzając pani Staniszkis, albo i bardziej.
      Lubiliśmy ją. Jak ktoś się w nocy spóźnił, a internat zamykano o godzinie końca przepustek, to wystarczyło kawałkiem koksu rzucić w jej okno i ona schodziła i przez kotłownię wpuszczała delikwenta.
      Jak się weszło do baru, gdzie ona siedziała przed kuflem piwa to często stawiała chłopakom.
      Pamiętam jak podczas olimpiady (bodaj w Tokio) nasi bokserzy, Grudzień, Kulej i Kasprzyk zdobyli złoto. Weszliśmy we 3 kiedy przez radio była transmisja. Kasprzyk walczyło złoto. Wygrał a Wacia postawiła nam "półela"
      Prawda że to egzotycznie brzmiąca nazwa 0.5 siwuchy?
      Mówiono, że była kiedyś prostytutką w Gdyni.
      Po latach, na statku, stary Wasyl opowiedział mi o niej. Istotnie była "biznes girl"
      Przed wojną była królową Gdyńskich "panienek". Była rewelacyjnie piękna. Miała ogromne powodzenia i wiele fantastycznych propozycji małżeńskich. Nawet o nią się pojedynkowali.
      Rządziła tym półświatkiem żelazną ręką. Te dziewczyny miały swój kodeks honorowy i nawet swój sąd. Jak któraś podpadła środowisku, to musiała się wynosić z Gdyni
      Za prawie największą zbrodnie uchodził o okradzenie marynarza. O ile innego klienta nie, to marynarz był nietykalny.
      Wacia kochała swoje życie i nie tęsnko było jej za luksusami i stabilizację. Cóż. Jej wybór.
      Kończyła jako woźna w Szkole Morskiej.
      Wspominam ją z rozrzewnieniem.
      M.











    • mariner4 Re: Takie morskie wspominki 02.06.16, 09:31

      Bangkok

      "Matejko" zawinął do Bangkoku.
      Staliśmy tam 3 tygodnie. Oczywiście przybyło "Mazowsze" czyli zestaw "panienek"
      I tu wyjaśnienie. W tradycji tajskiej zarabianie w ten sposób nie jst grzechem, ani nie budzi sprzeciwu. Po prostu normalka.
      Jeden polski kapitan ich nie wpuścił na pokład. Rezultat? Strajk dokerów. Te dziewczyny to były ich córki, znajome a czasem i żony.
      Kapitan pękł. Prawie każdy załogant miał taką w kabinie. Poza wiadomymi usługami, dziewczyny sprzątały, prały i wykonywały różne usługi.
      Wszystko w ramach jednego "kontraktu". Nie słyszałem o ekscesach, kradzieżach i innych złych przypadkach. Były czyste, grzeczne i usłużne.
      Europejczykowi to trudno zrozumieć. Ale wyobraźmy sobie jak może wyglądać życie bez zazdrości, kontroli drugiej strony i związanego z tym stresu?
      My praktykanci z tymi naszymi 10 centami dziennie diety, nie mieliśmy szans. Panienka kosztowała 1 USD dziennie, czyli cenę 1 zielonego jabłka. Załoga zbierała jabłka cały rejs.
      Niezła cena. Jedno jabłko 1 USD. Ale to inne dolary. Wtedy karton, 10 paczek papierosów kosztował w kantynie na statku 1.28 USD
      Jedna dziewczyna mówiła mi, że tą drogą zbiera pieniądze na studia, co było prawdą. Miała na statku podręczniki i notatki
      Bo to był wtedy bardzo biedny kraj. Takie były ceny. W Tajlandii my nie mieliśmy prawa zejścia na ląd. Wiadomo komuniści. Raz nas zabrano na wycieczkę i wtedy widziałem złotego Buddę.
      Nigdy już później tam nie byłem. Na sex turystyką do Tajlandii patrzę jednak nieco innym okiem niż inni.
      M.
    • mariner4 Kapitan Allan Vilers 02.06.16, 10:48
      Ostatni prawdziwy kapitan żaglowców.
      Przed wojną za wszelką cenę chciał wypływać dyplom kapitański na żaglowcach. Było coraz trudniej, Gonił więc po świecie aby zamustrować na żaglowiec.
      Wtedy armatorzy wycofywali już te statki. Ale w końcu mu sie udało.
      Był oficerem na stalowym windjammerze, barku "Hezogin Cecile". Statek ten pobił rekord prędkości żaglowców (Chyba, bo nie było to zapisywane) Osiągnął w Skageracku prędkość 23.75 węzła.
      Statek o napędzie mechanicznym, przy jego wyporności musiałby mieć maszyny około 20000 KM.
      Pływał u Ericsona i na ostatnioch wielkich żaglowcach gdzie się dało.
      Przed wojną kupił od rządu dunskiego małą fregatę, 250 BRT, "George Stage", zmienił nazwę na "Joseph Conrad" i z trudną młodzieża odby rejs dookoła świata. Opisał to w książce: "Rejs na Conradzie".
      Statek ten ostatecznie powrócił do Danii i do starej nazwy.
      Istnieje do dzisiaj, jako statek szkolny.
      "Windjammer" - połykacz wiatru. To określenie wielkich stalowych żaglowców, ostatnich Mohikanów tych statków. Pływały po zboże do Ausrtalii i pod koniec po saletrę (guano) do Chile.
      "Kruzenstern" ex "Padua" to ich przedstawiciel
      M.






      • magdolot Re: Kapitan Allan Vilers 02.06.16, 12:32
        Poczytałam sobie z lubością o windjammerach w wiki pl.wikipedia.org/wiki/Windjammer i coś mi do nich skuczy. Rozumiem, że zrobiły się mało opłacalne jeszcze na długo przed erą kontenerowców, ale może jednak jeszcze kiedyś wrócą?
        Twój post powywracał mi do góry nogami wyobrażenia o żaglowcach, że je parowce dość szybko wyparły, zaś nieliczne szkoleniowe żaglowce pływały raczej z powodów estetycznych i nostalgicznych... A te skubane żaglowce radziły sobie dłużej i dzielniej niż myślałam. I mi wyrosła taka mała nadzieja na kolejny come back. Trudno to sobie wyobrazić, szczególnie z postem Sapiensa w tle o komputerowych kontenerowcach. Ale jeszcze niedawno wiatraki wydawały się romantycznym idiotyzmem prosto z Don Kichota w obliczu nowoczesnej elektrowni atomowej, a jednak...

        --
        "Naród wypranych" - by Pies_na_czarnych
        • 99venus Re: Kapitan Allan Vilers 02.06.16, 13:31
          polecam lekturę:
          www.gwardak.com/aland_6.htm
          marynistyka.pl/slawne-zaglowce/541-zaglowiec-pommern.html
          ale jeszcze bardziej zachęcam do zwiedzenia i wysp i całej zatoki Botnickiej.naprawdę warto.

          --
          Paranoja i Schizofrenia zalały kraj......
          • mariner4 Dar Pomorza miał ok 22 km róznych lin. 03.06.16, 05:22
            Olinowanie stałe, wanty, sztagi i paduny. To są stalowe liny utrzymujące maszty,
            Olinowanie ruchome, fały gordingi, niderholery itd. Mocowane były na pokładzie i w większości do nagielbanków, czyli kołkownic. Było tego po obu burtach pokładu bardzo gęsto. Podczas praktyki kandydackiej tego trzeba było się nauczyć, tak aby w rejsie szkoleniowym mieć już pełne rozeznanie. Trzeba było zgodnie z komendą bezbłędnie trafić do właściwej nawet po ciemku.
            Mieliśmy szkice z omasztowaniem i trzeba było kolorowymi kredkami wypełniać je, rysując przebieg poszczególnych lin. Mam tą swoją pracę kandydacką do dzisiaj.
            Egzaminowano i ćwiczono nas często. Do rytuału należał egzamin z linek, przed każdym wyjściem do miasta w portach. Kto nie zdał, nie wychodził.
            Ćwiczenia polegały na "Metodzie Makarenki" jak to mówili bosmani. (Makarenko słynny stalinowski "pedagog" z lat 30)
            Ustawiano nas w szeregu i bosman krzyczał np "prawy grot bombram nokgordning". Pierwszy w szeregu biegł do nagielbanku i łapał linę ręką. Jak dobrze to odchodził na koniec szeregu. Jak nie to padała komenda. "Biegiem na dużą orbitę", co oznaczało bieg dookoła statku. Po rundzie stawało sie na końcu szeregu.
            Metoda skuteczna, bo ja prawie wszystko pamiętam do dzisiaj.
            Na zdjęciach Venus widać między innymi pracę na rejach. Stało się na tzw percie czyli podwieszonej pod reją liną. Wymagane były trzewiki na skórzanej zelówce z twardym obcasem. Chodziło o zaczepienie obcasem perty aby stopa się ne zsunęła. Był nas rządek na rei
            Trzeba było odchylić nogi do tyłu, aby leżeć brzuchem na rei. wtedy rece były wolne do pracy. My nie mieliśmy żadnych zabezpieczeń jak obecnie na "Darze Młodzieży". Najwyższa reja jest na wysokości ponad 40 m. A statkiem kołysze.
            Można się przyzwyczaić.
            Gimnastyka poranna polegała na biegu przez wanty. Trzy wachty i 3 maszty. Każda wachta miała przypisany maszt za którego stan także odpowiadała. Padała komenda: "Do want!". wskakiwaliśmy na wanty. Pomiędzy wantami rozpięte były tzw "wyblinki", tworząc znane drabinki sznurowe. Potem "Na wanty!". No i wspinaliśmy się jak najszybciej najpierw na platformę marsa a potem salingu i schodziliśmy po drugiej stronie masztu. I tak codziennie. Chodziło bowiem o uzyskanie małpiej sprawności.
            Początki to był prawdziwy horror. Ale po przełamaniu lęku wysokości była to nawet przyjemność.
            M
        • mariner4 Re: Kapitan Allan Vilers 02.06.16, 14:21
          Niestety w dzisiejszej żegludze liczy się regularność, a żaglowce zależą od kaprysów wiatru.
          W okresie międzywojennym Windjammery należały do największych statków. Ich spadkobiercami w prostej linii są wielkie masowce. Nie da się zbudować żaglowca o nośności np 150 tys ton. Tamte osiągały 10 tys. Ponadto żaglowce nie mogły pokonać kanałów, pływać pod mostami (miały po 50 m wysokości. Automatyzacja obsługi żagli wymaga mocy, czyli elektrowni.
          Aby zredukować załogi te wielkie żaglowce miały windy parowe do manewrowania żaglami.
          Taki 5 masztowy bark miał ok 30 ludzi na pokładzie. Pływali 12 na 12, co jest mordęgą niebywałą.'To się już nie wróci, poza sportowymi i turystycznymi statkami.
          Zostanie tylko legenda.
          M.
          • magdolot Re: Kapitan Allan Vilers 02.06.16, 15:45
            Szkoda. Znaczy cza iść za radą Venusa z sentymentalną pielgrzymką na Pommern, chlip, śląp. Ale miło było pomarzyć...

            --
            "Dziecko Wyklęte" - to dziecko w rodzinie które zostało pozbawione obiecanego pińcet. Dawniej: pierworodny. By Larsek.
            • 99venus Re: Kapitan Allan Vilers 03.06.16, 07:44
              Stare statki mają swoje dusze i zapachy.Warto zajrzeć na Alandy.Bliżej zacumowany jest Dar Pomorza.Ciekawy statek mają/mieli w Szczecinie(Mariner,jak się to skończyło?)-www.google.pl/webhp?sourceid=chrome-instant&ion=1&espv=2&ie=UTF-8#q=szczecin-statek+muzeum

              --
              Paranoja i Schizofrenia zalały kraj......
    • mariner4 Kilka słów o morskim nazewnictwie 03.06.16, 06:18
      Terminologia morska pochodzi od zaborców, głównie z floty niemieckiej, trochę rosyjskiej.
      Te z kolei zaczerpnęły od Anglików, Holendrów, bo zawsze był zawód wysoce umiędzynarodowiony.
      Po Po zaborach powstała nawet specjalna komisja rządowa mająca na celu wprowadzenie polskiej terminologii, ale nic z tego nie wyszło/
      O ile na statkach handlowych powoli przebijała się terminologia polska, o tyle w tak zamkniętej enklawie jaką jest żaglowy statek szkolny, używane są nadal stare nazwy.
      Na statku handlowym nikt już nie powie "kambuz", tylko zwyczajnie, kuchnia. Nie ma kajut, sa kabiny i tak dalej. Starą nomenklaturę kultywują nadal żeglarze.
      Kiedyś przed laty w miejscowości wypoczynkowej byłem z obecną żoną na dancingu. Obok przy stoliku siedziało 2 panów w mundurach kapitańskich, w samym sobie wydało mi się podejrzane, bo praktycznie nie zdarzało sie aby prawdziwy oficer na urlop zabierał ż, byli atrakcją wieczoru Ostatecznie upewniłam się po używaniu przez nich terminologii nie używanej już na statkach handlowych.
      W toalecie powiedziałem jednemu z nich o tym. Prosił mnie abym ich nie wydał. Nie wydałem.
      M.
      panowie brylowali, Otoczeni wianuszkiem pan
      • man_sapiens Re: Kilka słów o morskim nazewnictwie 03.06.16, 20:50
        Kiedyś spędziłem miły wieczór z kilkoma żeglującymi Holendrami - lało się piwo i dymiły inne holenderskie specjały no i nasłuchałem się o tym, że to Holendrzy nauczyli Anglików żeglowania, dlatego prawie cała angielska terminologia morska wywodzi się z holenderskiego. Żagiel czyli "Sail" to holenderski "zijl", kambuz czyli "caboose" to "kombuis" itd. Pewnie mają rację.

        Z kolei od portugalskich przyjaciół nasłuchałem się o tym , że oni byli pierwszymi Europejczykami, którzy żeglowali przez oceany dalej niż Morze Północne i Morze Śródziemne. Fakt, że to Vasco da Gama był pierwszym, który dopłynął z Europy wokół Afryki do Indii, Krzysztof Kolumb uczył się nawigacji w szkole nawigatorów na Przylądku św. Wincentego (po polsku podobno "Przylądek Ciepłych Gaci") i to nie przypadek, że w Brazylii mówi się po portugalsku a także samba jest tak podobna do fado. No i podobno Holendrzy ukradli Portugalczykom mapy pozwalające żeglować wokół Afryki, a potem ich szlakiem ruszyli Anglicy.

        --
        Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, ale nie odkryli jeszcze zasady, że miłosierdzie nie jest zarezerwowane jedynie dla swoich Gauck podczas Zjazdu Katolików w Lipsku
        • mariner4 Re: Kilka słów o morskim nazewnictwie 04.06.16, 04:23
          "Przylądek ciepłych gaci" to nasza polska nazwa. To szerokość geograficzna gdzie płynąc na południe zdejmowało się je, a na północ zakładało. Wyraźna zmiana klimatu.
          Na St Vincent jest latarnia morska i zabudowania w których była pierwsza w Europie szkoła morska założona przez księcia Henryka Żeglarza.
          W europejskich językach jest wiele podobnych słów. Nie tylko w terminologii marynistycznej.
          I jak już wspomniałem to zawód wysoce umiędzynarodowiony. W załogach było czasem wiele nacji i ludzie od siebie przejmowali wiele. Także terminologię.
          Co do Holendrów to z całą pewnością wynaleźli holownictwo, doki pływające, i byli pionierami w budownictwie hydrotechnicznym.
          Kiedy w 16 wieku toczyli wojny z Brytyjczykami (Adm. De Ruyter) początkowo wygrywali, ale Anglicy budowali coraz większe okręty i zaczęli zyskiwać przewagę. Holendrzy nie mogli bo byli ograniczeni płyciznami przybrzeżnymi . Budowali więc drewniane doki pływające, wprowadzali
          do nich okręty, wypomopowywali z doków wodę, zmniejszając zanurzenia i holowali okręty na głęboką wodę. Ale to działało do pewnego stopnia. Ostatecznie Anglicy wygrali.
          Holowniki to ich hobby narodowe, a kapitan holowników oceanicznych, Jan Vandaalar to ich bohater narodowy. Kompania "Smit" to nadal największa firma holowników ratowniczych na świecie. Moim zdaniem Holendrzy to najlepsze na świecie holowniki portowe.
          W tym zawodzie ludzie pracują od pokoleń. Zawód przechodzi z ojca na syna.
          Po prostu warunki w jakich żyją od wieków. Nauczyli się.
          To był wyjątkowo dzielny naród. A teraz? Dobrobyt rozleniwia.
          M.



    • mariner4 Ciekowostka o "Darze" 03.06.16, 07:39
      Został zwodowany w hamburskiej stoczni "Blohm Voss" w 1909 jako "Princess Eithel Fiiedrich".
      W tej stoczni zbudowano kilka siostrzanych statków. Budowane były od razu jako statki szkolne.
      Zostało ich Kilka. Nasz "Dar", obecnie rosyjski "Towariszcz", amerykanski "Eagle", i jeszcze inne, ale nie pamiętam.
      Na "Darze" jest jeszcze miejsce, gdzie można zobaczyć pierwotne imie statku.
      Ba rufie jest sterowe urządzenie awaryjne. Tzw "maszynka Davisa". Obudowana jest dużą skrzynią z drewna teakowego. Po obu stronach jest wyryta nazwa "Dar Pomorza". Litery są złocone. Po zakupie statku odwrócono deski na "lewą stronę" i wryto napisy. Wewnątrz skrzyni można przeczytać nazwę "Princess Eithel Firedrich"
      Mało kto o tym wie.
      M.
    • mariner4 Koniec wyprawy 03.06.16, 07:47
      www.tvn24.pl/koniec-wyprawy-aleksandra-doby,649216,s.html
      Kiedy pływałem na swoim ostatnim statku, m/v "Senya", miałem takie spotkanie.
      W nocy oficer wachtowy zawołał mnie na mostek. Przez UKF z kimś rozmawiał.
      Był to środek Atlantyku. Były to 2 dziewczyny płynące kajakiem z Wysp Kanaryjskich na Karaiby.
      Zapytałem czy czegoś nie potrzebują. Wody, prowiantu i innych rzeeczy. Nie chciały, bo jak mówiły każdy kilogram zwiększa trudność wiosłowanie. Powiadomiłem US Coast Guard o ich aktualnej pozycji.
      M.
      • mariner4 Re: Koniec wyprawy 03.06.16, 08:15
        Na zdjęciu kajaka widać napis. "Poland Police"
        Cudzoziemiec może to odebrać jako "Polska policja"
        Police to miejscowość pod szczecińska. To wiadomo.
        W porcie jest wiele barek. Cała seria barek nosi nazwy ""Ponice + numer"
        Kiedyś jeden Niemiec spytał mnie, czy w Polsce ;policja ma braki?
        Jeszcze śmieszniej dla cudzoziemca wygląda drogowskaz: "Police 20 km"
        To chyba daleko?
        M.
    • mariner4 Statki które wygrały Bitwę o Atlanyk. 04.06.16, 07:37

      "Liberty".
      !0000 ton, prosta budowa. Budowano je masowo tak, że Niemcy nie nadążali z ich zatapianiem. maszyna parowa 2500KM opalane paliwem płynnym. Pierwszy budowano 6 miesięcy. Potem około 1 miesiąca. Był to przewrót w budownictwie okrętowym. Pierwsze statki o konstrukcji całkowicie spawanej. Przed tym były nitowane. Montaż z gotowych sekcji i tak dalej.
      Anglicy budowali serynie statki "Empire", ale nadal opalane węglem. Nie mieli ropy.
      PŻM w latach 60 kupił całą serie tych statków w ramach tzw "akcji antycharterowej" i wtedy wyszedł na oceany.
      Pływałem jako A/B (Able Body seaman) czyli st. marynarza s/s "Kopalnia Miechowice".
      Byłem w 7 miesięcznym rejsie z koksem do Karaczi. W tamtą stronę przez Kanał Sueski. Wybuchła wojna i kanał zamknięto. wracaliśmy dookoła Afryki.
      Ciężka praca. Dzisiaj ładownie zamyka się pokrywami hydraulicznymi. Na "Liberciakach" trzeba było wstawić w luki stalowe rozpornice, wrzucić około 1600 desek lukowych, założyć 3 brezenty i odpowiednio zabezpieczyć. To było około 16 godzin ciężkiej pracy.
      Dzisiaj to minuty pracy sterowania manetkami.
      Ostatniego Liberciaka widziałem na morzu w latach 70.
      To historia Floty handlowej.
      • man_sapiens Re: Statki które wygrały Bitwę o Atlanyk. 04.06.16, 12:52
        "Able Body", "Hand" (all hands on deck) - bardzo bezosobowe nazwy dla ludzi. Czy to dlatego, że żegluga była bardzo niebezpieczna i często okrutna dla marynarzy a oficer nie powinien tłumić racjonalizmu swoich decyzji humanitarnymi wątpliwościami?
        --
        PiS jest najbardziej mściwym gangiem w EuropieNorman Davies
        • mariner4 Re: Statki które wygrały Bitwę o Atlanyk. 04.06.16, 13:16
          Pamiętaj o tym, że marynarze z żaglowców to byli ludzie bardzo prymitywni, często analfabeci.
          Sami byli brutalni i rozumieli tylko takie traktowanie. Często byli z łapanek.
          Wiesz co to np znaczy "zaszanghajiować"? W knajpach portowych krążyli werbownicy. Upijali ludzi i po prostu ich porywali. Do dzisiaj w S. Francisco można zwiedzić bar knajpę gdzie przed barem była zapadnia. Barman przesuwał dźwignię i pijany potencjalny marynarz spadał do piwnicy, gdzie na niego już czekali werbownicy. którzy za ten proceder byli opłacani przez kapitanów Delikwent trzeźwiał już na morzu i już podlegał temu surowemu prawu. Dopiero w połowie 19 wieku kapitanowie stracili prawo karania śmiercią.
          Znakomicie opisał to amerykański prawnik, Henry Richard Dana. Miało problemy z oczami i lekarze poradzili mu aby na jakiś czas porzucił zawód i zajął się fizyczną pracę. Ponieważ interesował sie losem marynarzy, zaciągnął się na żaglowiec jako prosty marynarz. Podróż z Bostonu do San Francisco i z powrotem trwała 2 lata. Było to w połowie 19 wieku. Popłynęli po bydlęce skóry surowe. Marynarze sami ładowali towar w nieopisanym wręcz smrodzie, przesypując solą i ubijając je, aby jak najwięcej załadować. Opisał to w książce "Two years before the mast" (kubryk, czyli tam gdzie marynarze spali, był zwykle przed fokmasztem. Oficerka spała na rufie z dla od smrodu niedomytych ludzi. Woda była ściśle racjonowana)
          Książka ta wstrząsnęła opinią publiczną i wydano nowe przepisy, między innymi zakaz stosowania kary śmierci przez kapitanów.
          Nawet na "Darze Pomorza", na rufie w pomieszczeniach oficerskich był stojak z "Winchesterami", które na dawnych żaglowcach służyły do uśmierzania buntów załogi, oczywiście atrapy i tylko tradycja.
          Żaglowiec nie mógł pływać bez żelaznej dyscypliny. Od tego zależało życie.
          M.
    • mariner4 Anegdota z s/s "Bałtyk" 04.06.16, 08:04
      Brytyjska klasa "Empire". Parowiec opalany węglem. Palił 45 ton węgla na dobę. # wachty po 2 ludzi. Palacz i pomocnik palacza. Doba to 6 wacht 4 godzinnych. $5/6 daje wynik. Tyle węgla trzeba było wrzucić do palenisk pod kotły. Katorżnicza robota.
      "Bałtyk" był w swoim czasie największym statkiem PŻM. Stał na Wałach Chrobrego w Szczecinie na postoju.
      Z Warszawy przyjechała delegacja ministerialna i zwiedzali statek. Weszli do kotłowni.
      Ale tu gorąco, zauważyli. Fakt, było z 50 stopni C.
      E tam, powiedział palacz. Otworzył palenisko, wrzucił kilka łopat węgla, po czym wziął wszystkie narzędzia wrzucił do paleniska i krzyknął w głąb: "Franek porozgarniaj węgiel" i zatrzasnął drzwiczki paleniska.
      "To tam ktoś pracuje? Zapytała jedna z ministerialnych urzędniczek. " A co Pani myśli" odpowiedział palacz. Goście uwierzyli!
      Stare dzieje.
      M.
    • mariner4 Kapitan Julisz Bilewicz 07.06.16, 15:49
      Statek "Zagłębie Dąbrowskie". Byłem 3 oficerem.
      Kapitan, 6 języków, wielka klasa. Właściwie powinie być kapitanem wielkiego pasażera.
      Dyscyplina, porządek i wymagania.
      To były czasy noszenia mundurów. Moja wachta to 0800 - 1200. Rano dzwoniłem do stewarda kapitańskiego i pytałem jak kapitan jest ubrany. Czy mundur, czy "battle dres", czy khaki, czy tropik. Nie odważyłbym się wejść do messy inaczej ubrany. To już przeszłość. Teraz nikt już nawet nie ma na statku munduru.
      Miał niesamowity węch. Alkohol wyczuwał natychmiast. Kiedy jego steward pow2idział nam, że "stary" po kolacji poprosił o lampką koniaku, to wtedy sobie wypijaliśmy drinka, bo nie mógł już wyczuć.
      Krótko był dyrektorem PŻM. Zrezygnował, bo jak mówił na statku może utrzymywać swoje porządki, a w biurze nie. Za dużo nacisków z "góry".
      Miałem w rejsie swoją mamę. Można było wozić rodziny o ile na statku były miejsca pasażerskie. Moja mama nabrała przekonania, że wszyscy kapitanowie tacy byli. Niestety nie. On był wyjątkiem.
      Umarł na statku, Tym statku. Rok po moim zejściu na urlop. Padł ofiarą własnego poczucia obowiązku. W Wenecji zachorował i lekarze postanowili zabrać go do szpitala. Odmówił chcżc statek doprowadzić do kraju. Umarł na morzu.
      M.


    • mariner4 Kaszebe 10.06.16, 10:12
      Kaszubi. Marynarskie plemię. Od setek lat tym się zajmują. Moim zdaniem najlepsi marynarze w Polsce. Od stuleci wykonują ten i rybacki zawód. W 19 wieku zdarzało się, że Kaszub widział swoją rodzinę kilka razy w ciągu życia. jak się zaciągał na żaglowiec.
      Mechanizm był taki. Powiedzmy zaciągał się na "windjammera" i płynął do Australii. Tam go zwalniano, bo do załadunku cała załoga nie była potrzebna. Szukał innej roboty, a nowy zaciąg kierował go np do Chin. I tak dalej. Po latach wracał do domu, a tu dzieci już duże.
      To byli twardziele. Piszę w czasie przeszłym, bo czasy już są inne, a zwód marynarski podupadł. Dobrobyt nie sprzyja takiemu życiu.
      Pamiętam bosmanów Kaszubów. Nie byli specjalnie lubiani przez załogi, bo byli wymagający, zasadniczy i pomiawiano ich o niemieckość. Ja ich zawsze szanowałem. Można było na nich polegać.
      A propos najlepszych marynarzy. Podczas epoki żaglowców za takich uchodzili Anglicy z hrabstwa Yorkshire, tzw "bluenoses" ( wiadomo dlaczego!), Norwedzy, Niemcy ze Schleswigu
      Dzisiaj to przeszłość. Norwedzy zmiękli w dobrobycie, Anglikom nie chce się pływać, Kaszubi wolą zajmować się turystyką. Świat się zmienia.
      M.


    • mariner4 Przyznaję się do popełnionego przestępstwa, 11.06.16, 08:15
      choć już dawno uległo przedawnieniu.
      Dawno temu do PŻM przyszła seria tzw "neo liberty". To były statki uniwersalne budowane w Danii.
      Zamustrowałem jako 2 oficer na jeden z nich. Z racji stanowiska podlegały mi sprawy medyczne, ambulatorium i apteka. W ambulatorium był elektryczny destylator do wody. Mnie i mojemu koledze, asystentowi pokładowemu, Jurkowi działało to urządzenie na wyobraźnię. Na statku wydawano nam syrop (Chyba sorbowit) gęsty i mocno słodzony. Miałem tego kilkanaście butelek w kabinie. Jurek też. Postanowiliśmy to przepędzić. Drożdże, fermentacja. Po wachcie wieczorem wlaliśmy zacier do destylatora i rozpoczęliśmy produkcję. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że po korytarzach statku unosił się zapach gorzelni. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i wszedł kapitan i zaczął krzyczeć:
      "To jest kryminał, co Wy robicie? Dajcie spróbować, dobre, natychmiast z tym skończyć!"I tak skończyła się nasza bimbrownicza przygoda.
      Jeszcze potem hodowaliśmy z Jurkiem kilka trawek "maryśk"i, ale zapomniałem podlewać i nic z narkobiznesu w rezultacie nie wyszło.
      Ot grzechy młodości.
      M.
      • man_sapiens Re: Hej! jest tu kto? 11.06.16, 12:06
        Czytamy z czerwonymi uszami. Nie piszemy, żeby psuć całości wątku.

        Wydaj to kiedyś jako książkę - nie jakąś powieść ale właśnie zbiór takich króciutkich historii, każda na maks. pół strony.

        --
        PRL II - Pisowska Rzeczpospolita Ludowa
      • tojajurek Re: Hej! jest tu kto? 11.06.16, 18:50
        Oj, jest, jest. Czytam z wielkim zainteresowaniem i bardzo powoli, starając się uruchomić wyobraźnię morską, na ile mi jej wystarcza. Zawsze byłem zafascynowany sprawami morza, choć zawsze pozostałem szczurem lądowym. Ale od dzieciństwa musiałem znać się na terminologii żeglarskiej, bo moja śp. Mamuśka była przed wojną sternikiem jachtowym (absolwentka CIWF), a brat cioteczny nie widział świata poza pływaniem po morzach i oceanach (co w końcu osiągnął i co go w rezultacie zabiło). Kiedyś pisałem już o tym, więc nie będę nikogo tym tematem zamęczał, a moje morskie fascynacje oscylują od japońskich pancerników z bitwy pod Cuszimą po rzymskie triremy z wojen punickich. Ale Twoje, Marinerze, wspomnienia i morskie opisy chętnie bym czytał w nieskończoność.
        Dziękuję Ci Kapitanie (już ktoś to przede mną też tak napisał).
        Tojajurek
        • mariner4 Ziemia żywi, morze bogaci. 11.06.16, 22:17
          Nie znam ani jednego bogatego kraju bez rozwiniętej gospodarki morskiej.
          Mała Holandia. Wielkie porty, tranzyt na całą Europe. Wielkie składowiska wegla determinujące ceny tego surowca, także w Polsce. Porty znacznie przewyższające potrzeby tego kraju, Rotterdam, największy port na świecie. W Holandii ta świadomość jest wszech obecna.
          Europort powstał na ziemi wydartej morzu. Usypywano groble, zamykano akwen nimi i wypompowywano wodę. Potem sypano urobek z pogłębiarek i wybudowano sztuczne wyspy, nabrzeża, keje i instalowano urządzenia przeładunkowe. Powstał nowy Rotterdam dostępny dla statków ponad 300 tysięcy ton.
          Oni się tym zajmują od setek lat. Budowali takie konstrukcje i wodę pompowali wiatrakami.
          To jedyny kraj na świecie, który powiększył swoje terytorium bez wojen.
          Zawsze budzili mój ogromny szacunek.
          M.

    • mariner4 Kiedyś się topiłem 11.06.16, 14:38
      Statek bandery Arabii Saudyjskiej. Stary trup. Dzisiaj taki nie miałby szansy pływać. Armator bandyta bez skrupułów. Ale płacił dobrze. Na początku lat 80 miałem 3500 USD/miesięcznie,
      Ale strach było pływać. Właściciel dorobiła się podobno topiąc statki z pielgrzymami i zgarniając ubezpieczenie.
      Podczas sztormu na M. Śródziemnym u wybrzeża Algierii, pękł kompensator na rurociągu dolotu wody morskiej chłodzenia silnika. Statek miał 2000 ton tarcicy jako ładunek pokładowy. Był bardzo miękki i miał stateczność początkowa bliską zera. To nie jest niebezpieczne i jest dopuszczalne. Tzw ramię prostujące szybko rośne w miarę kąta przechyłu.
      Ten element to był gumowy pierścień o średnicy 600 mm. Chodzi o to ze statki ulegają ugięciom sprężystym na fali i gdyby nie było kompensatorów, to rurociągi by pękały. Dzisiaj stosuje się inne rozwiązania.
      Woda runęła do siłowni, statek przechylił się mocno. Tylko zakręcenie zaworu dolotu mogło uratować sytuację, ale pokrętło zaworu nalazło się pod wodą. Także generatory prądotwórcze.
      Kompletny "black out". Oczywiście nikt nie chciał nurkować w ciemnościach i zaolejonej wodzie. Wkrótce siłownia została zalana do wysokości głowic silnika.
      Ale grodzie wytrzymały. Przyszły holowniki ratownicze, które asekurowały nas przed wjechaniem na skalisty brzeg. Pogoda się uspokoiła a firma przysłała duży holownik, który zawlókł nas do Pireusu.
      Armator miał do mnie wielkie pretensje. Głownie o to, że nie utopiłem statu, czyli jego zdaniem miałbym otworzyć kingstony i plum. Nie interesowało go ilu ludzi by się przy tym utopiło. Powiedziałem mu, że mnie uczono za wszelką cenę ratować statek, a nie topić dla uzyskania ubezpieczenia.
      W Pireusie chciano nas zwolnić bez zapłaty. Ale w Grecji to normalka. Poszedłem na policję i założyłem areszt na statek w związku z odmową zapłaty wynagrodzenia. Statek miał ładunek wielomilionowej wartości między innymi 300MW turbo generator dla elektrowni. Pod aresztem nie wolno niczego ruszyć ze statku.
      Lokalna firma adwokacka wygrała a nas proces i odzyskaliśmy nasze pieniądze. Takie sprawy to wtedy była normalka i były tam wyspecjalizowane firmy prawnicze w tych sprawach.
      To była najgorsza przygoda marynistyczna w moim życiu. O stresie już nawet nie wspomną.
      Brrr.
      Ta firma miał zwyczaj nie płacić ostatnich poborów. Obiecywali transfer do banku i z tego się nie wywiązywali zwykle.
      Mój kolega kapitan z jednego z ich statków, też w Holandii nie mógł dostać pieniędzy. Zrobił tak. Wziął teczkę z wszystkimi certyfikatami do walizki i dał się agentowi zawieźć do hotelu, bo lot miał następnego dnia. Kiedy agent armatora odjechał, zmienił hotel, a dokumenty (bez nich statek jest nielegalny) zamknął w skrytce na dworcu autobusowym, o którym wiedział tylko on. Wsiadł do taksówki i pojechał na lotnisko. Zadzwonił do firmy i powiedział im o wszystkim. Jak będzie kasa, to będą dokumenty. Przywieźli pieniądze, on dał im kluczyk do skrytki. W trosce o swoje bezpieczeństwo, zadzwonił do nich i podał im o jaki dworzec chodzi tuż przed wejściem na pokład samolotu.
      Dzisiaj standardy pływania znacznie wzrosły. Tzw "Tanie bandery" nazywają się "dogodnymi" IMO (Międzynarodowa Organizacja Morska( pilnuje tego. Częste inspekcje, PSC (Port State Control" uniemożliwiają stosowanie bandyckich standardów. Oni mogą nawet zatrzymać statek w porcie do czasu usunięcia uchybień. Na portalu PSC można przeczytać o wszystkich uchybieniach, terminach ich usunięcia itd. Spedytorzy to czytają i statek substandardowy nie ma szans na ładunek. A w USA? US Coast Guard dowala kary armatorom nie dotrzymujących standardów, aż miło. Jak statek płynie do USA pierwszy raz, to kasa armatora się otwiera i w pośpiechu uzupełniane są wszystkie braki.
      Postęp w standardach bezpieczeństwa wzrósł niepomiernie w ostatnich latach.
      Dzisiaj lewe dokumenty uprawniające do zajmowania określonego stanowiska, ki9edyś normalka, są nie do pomyślenia. Mój dyplom zawodowy na całym świecie jest taki sam. Forma. klauzule itd.
      M.
    • mariner4 Palacze. 11.06.16, 17:34
      Nie papierosów. Z parowców.
      Zaczynałem na parowcu. "Gliwice" Zbudowany w 1938 roku w sławnej brytyjskiej stoczni "Swan Hunter & Wigham, Newcastle on Tyne". Budowali między innymi klipry herbaciane. Już nie istnieje. Padła jak większość stoczni europejskich.
      Statek klasy "Empire" palił 45 ton węgla na dobę. Wachty po 4 godziny. Razem 6 na dobę. 45/6 = 7.5 tony węgla na wachtę. W kotłowni było 2 ludzi. Palacz i pomocnik palacza. Kocioł i 3 paleniska. Jedno dosyć nisko, 2 po bokach wyżej. Temperatura w kotłowni grubo powyżej 40 stopni. Magazyny węgla nazywały się bunkrami. Do dzisiaj pobieranie paliwa na statku nazywa się bunkrowaniem. Na początku, kiedy bunkry były pełne, była to robota łopatami. Kiedy węgla ubywało trzeba było podwozić węgiel taczkami. W czasie kołysania zajęcie było raczej karkołomne. Palacze byli ludźmi o ogromnej sile. 7.5 tony na wachtę we dwóch, to trening atletów. A trzeba jeszcze było wywalić popiół z palenisk do morza, parę pokładów wyżej.
      Załoga pokładowa też nie miała lekko. Wrzucić na "Liberciaku" 1600 desek lukowych po 25 kg, każda na zrębnicę lukową wysokości 2 m to tez nie byle co.
      Wiąże się z tym sprawa wyżywienia.
      Przed wojną na statkach były 2 kuchnie. Oficerska i dla manszaftu. Oficerowie jadali elegancko, z załoga byle co. W efekcie strajków lat 30 zrównano wyżywienie. Ustalono normy ilościowe produktów, aby uniezależnić jedzenie od cen. Tyle mięsa, tyle wędlin, jarzyn i tak dalej. Była to końska dawka ponad 6000 kalorii. Przy pracy opisanej wyżej było to uzasadnione.
      Ale czasy się zmieniły. Praca nadal jest ciężka, ale już nie taka katorżnicza. W latach 80 zmniejszono normy, bo stan zdrowia marynarzy stał się katastrofalny. Na początku ludzie protestowali, ale w końcu wyszło to na dobre. Obecnie stosuje się stawką maksymalną osobo dnia. Zwykle 6-8 USD na łeb dziennie. W zbiorowym żywieniu to zupełnie wystarcza.
      M.

    • mariner4 Na uwięzi. 11.06.16, 22:58

      Kiedyś statek wypływał i kapitan był sam. Telegramy Morse'a były krótkie i zwięzłe. Armator miał ograniczone środki łączności. Dzisiaj telex i coraz częściej e-mail oraz telefony SAT, ścigają kapitana po całym świecie. Armator wie wszystko.
      Codzienne w południe "Z" (GMT) trzeba do firmy wysłać wiadomość. Na przykład.
      SQRS 1200z Lat 4512,3N lon 01207.2W, wind sw 7B, sea 6, spd 14,2 BOB HFO 340, MDO 35. ETA 12/2300 LT.
      Co po polsku oznacza: statek (sygnał rozpoznawczy) 1200 GMT pozycja, szerokość 45 stopni 12 minut i 3 dziesiąte North, długość 012 stopni 07 minut i 2 dziesiąte West. Wiatr SW 7 beauoforta, stan morza 6, prędkość 14.2 węzła. Estimated Time of Arrival- przewidywany czas dotarcia do portu przeznaczenia 12 o godzinie 2300 czasu lokalnego. I tak co dzień.
      Armator ocenia postępowanie kapitana. Mają tam fachowców w biurze. Zwykle operatorami w porządnych firmach są byli kapitanowie.
      Jak tylko coś to zaraz reprymenda, albo pytania o wyjaśnienia. Nanoszą pozycje i parametry ruchu na mapę, obecnie w komputerze. Pełna kontrola.
      Pływałem głównie na dużych masowcach. Statki te były czarterowane. Na jedną podróż albo na czas. W umowie czarterowej jest klauzula o gwarantowanej prędkości. Czarterujący płaci za dobę, Na przykład 15000 USD/doba. Jeżeli statek nie dotrzymuje prędkości.to cena rośnie. Ze spadków prędkości trzeba się tłumaczyć, ale jest klauzula pogodowa.
      A propos czarteru. Wszyscy wiedza co to jest. A skąd to się wzięło? To pochodzi od włoskiego zwrotu "Carta partita" (ang Charter Party) Dawno temu nie było łączności, jak obecnie. Spisywano umowę na karcie papieru, po czym przedzierano umowę na 2 części. Jedną zabierał spedytor, a drugą kapitan. Statek ruszał w podróż, kurier wiózł drugi kawałek do portu przeznaczenia lądem. Po dotarciu do poru przeznaczenia, odbiorca przychodził na statek ze swoim kawałkiem umowy. Kapitan przykładał to do swojej części i identyfikował legalnego odbiorcę.
      Do tego telefony sat. Ale to droga łączność. To nie komórki, gdzie miliardy abonentów zbiły ceny do minimum. Statki na świecie można liczyć w tysiącach i muszą one utrzymać kosztowny system INMARSAT. Ale w razie czego dryń, dryń. "Panie kapitanie, jest Pan spóźniony!".
      Komfort kapitana odszedł bezpowrotnie. Dawniej mogłem polecić radiooficerowi, żeby zamarkował utratę łączności. Rozstrajał radio i po krzyku. Teraz się nie da.
      Tak to jest.
      M.

    • mariner4 Zwykła podróż morska na trampie. 12.06.16, 10:57
      Zwykła podróż morska na trampie.
      Nawigacja stała się raczej drugorzędnym zajęciem. Robi to teraz elektronika, choć oczywiście na zasadzie ograniczonego zaufania.
      Oczywiście interpretacja wskazań instrumentów, wnioski, uwzględianie pogody prądów morskich i tak dalej jest bardzo ważne i wymaga praktyki.
      Główny ciężar zajęć kapitana to tzw "ships busines".Tego nie da się nauczyć na uczelni. Ogólne zasady tak, ale to wymaga lat praktyki.

      Każda podróż ma swój numer. Liczy się od zakończenia wyładunku do zakończenia kolejnego.
      Już przed kapitan dostaje instrukcje na następną. Zawiera ona rodzaj kolejnego ładunku, warunki czarteru, klauzule dodatkowe, nominowanego agenta armatora, notyfikację statku, wymagania dotyczące czystości ładowni, Złożenie Noty Gotowości (Notice of readiness),
      Dobowa rata przeładunkowa, bunkrowanie statku, port bunkrowania. ( z tym, że za ilość paliwa odpowiada kapitan.Liczy się dobowe zużycie, czas podróży + rezerwa paliwowa)
      Dopuszczalne zanurzenia w porcie za i wyładunkowym i wiele innych potrzebnych informacji.
      Po wyjściu z portu nalezy wysłać wiadomość, tzw "sailing" do armatora czarterujących, agenta w porcie docelowym, podając ETA ( przewidywany czas przybycia.)
      Potem zwykle ETA 48, 24,12 godzinna. Powiedzmy jest kolejka w porcie i statek idzie na kotwicę. Kapitan składa Notę Gotowości środkami łączności.
      Nota zostaje przyjęta po inspekcji statku pod kątem gotowości do następnego. Masowce wożą raz rudę, czy węgiel, a innym razem np ziarno luzem.
      Jeżeli statek zostaje przyjęty, to czas dozwolony liczy się od złożenia Noty Gotowości nie,to armator ma w plecy (kapitan też)
      Wtedy czas liczy się od przyjęcia ładowni. Dzieli się ilość ładunku przez ratę przeładunkową i tyle statek ma stać w porcie.
      Jeżeli jest to dłużej to statek otrzymuje tzw "demurrage money", czyli ma płacone za przestój normalną stawkę dobowa czarteru. I tzw "Dispatch", kasuje czarterujący za skrócenie postoju. Porty zwykle zaniżają raty, asekurując się przed karami.
      Innym trikiem portu o odrzucenie gotowości ładowni. Na przykład czas dozwolony to 3 doby., w porcie jest kongestia.
      Zdarzało mi się stać na redach tygodniami. Armatorowi to wisi, jeżeli statek nie zostanie odrzucony po wejściu pod przeładunek. Ma płacone. Ale jeżeli statek zostanie odrzucony, to nie ma pieniędzy.
      W krajach afrykańskich, Ameryki łacińskiej takie bandyckie zwyczaje panują. W eurtopie, i USA jest uczciwie.
      Armator o tym wie i się z tym liczy, ale jeżeli to sie zdarzy w cywilizowanym porcie, to jest awantura. Oczywiście winien jest kapitan.
      Najlepiej jest w USA. Tam eksperci to pracownicy rzadowej angencji NCB. Są surowi, ale uczciwi. Bo to jest praca marzeń. Pracuje tam wielu Polaków, dawnych kapitanów.
      Na wejście statku przychodzi tzw "Boarding party", czyli odprawa graniczna, celna, sanitarna. W "cywilizacji" to rutyna. W USA
      W krajach "dzikich" bywa to czasem horror. Tam bez "prezentów" w postaci whisky, Marlboro sie nie obędzie. W Lagos przychodziło po 40 urzędników i każdy chciał wziątkę. Raz wydałem na ten cel 1000 USD.
      Armator to akceptuje, bo nie ma wyjścia. Jak się nie da, tu sypią się kontrole i srogie kary, za byle co.
      Kiedyś w Lagos 2 oficer złapał złodzieja w swojej kabinie. Zatrzymaliśmy go i wezwaliśmy policję. Zabrali go.
      Na drugi dzień przyszła policja z propozycją nie do odrzucenia. mam zapłacić 1000 USD, żeby zakończyć sprawę. Jak to, zawołałem.
      Widzisz Captain, rozprawa będzie za miesiąc i statek będzie zatrzymany w porcie, aby twoi świadkowie mogli zeznawać. Po konsultacji z firmą, zapłaciłem.
      Takie pułapki czyhają tam wszędzie.
      Różnych inspekcji bywa w portach bez liku. A to sanitarna, a to Port State Controll, a to BHP, A to Związki zawodowe, a nawet "Green Peace", z tym że tych ostatnich goniłem ze statku, bo nie mają praw.
      Szukali np kukurydzy GMO, za co zresztą ja nie odpowiadam.
      W rezul;tacie zamiast odpocząć przed podróżą, byłam zaorany.
      Załadunek. W instrukcji stoi: "maksymalne zanurzenia w porcie wyładunkowym to 10.20 m równy kil"
      Oznacza to, że trzeba dokładnie policzyć zużycie zapasów, ich rozmieszczenie i załadować tak i tyle żeby ten warunek spełnić. Za mało ładunku, awantura, za dużo tez.
      Zbiorniki paliwa kiedy się opróżniają powodują, że inaczej wynurza się dziób, inaczej rufa. Zmienia sie trym, czyli przegłębienie. A trzeba wyjść na równą stępkę.
      Koszty odładowania statku na redzie, na batki dźwigami pływającymi są gigantyczne.
      Wszystko co zwiedziłam, zobaczyłem to dawne czasy. Postoje były długie i był czas dla siebie. teraz już nie.
      M.





      • mariner4 A propos wyłudzeń "prezentów" w portach 12.06.16, 11:48
        W Polsce też tak było.
        Za PRL dawano różne deficytowe towary, Kawa, papierosy, alkohole. to była plaga.
        I to się skończyło. Bo wszystko można kupić bez trudu, Poziom pograniczników, celników i innych urzędników niepomiernie wzrósł. Znajomość angielskiego też jest już niezła.
        Czasem tylko jakiś celnik, prawie emeryt o coś poprosi, ale to już odchodzi do przeszłości.
        M.
    • mariner4 Mam do Was pytanie. Porosze o radę. 12.06.16, 12:36
      Może warto poblogować na te tematy? Co tym sądzicie?
      Będę wdzięczny za radę.
      Problem w tym, że blog wymaga regularności, z czym u mnie bywa różnie.
      Może jak napiszę więcej kawałków, żeby mieć zapas na czas braku venny.
      wiele takich wspominków krąży w sieci. jak mojego kolegi ze Szkoły Morskiej Wojtka Pyszkowskiego. Rzucił morze i został nawigatorem w liniach lotniczych i paru innych kolegów.
      M.
        • tojajurek Re: Mam do Was pytanie. Porosze o radę. 22.06.16, 00:24
          Jestem jaknajbardziej ZA. I z wielką ciekawością pochłaniałbym rózniste ciekawostki i barwne szczegóły owych morskich eskapad - dla naprzykładu - ci i gdzie się jadło, co się piło i z kim, czy były bójki portowe, kolizje, tajfuny u brzegów Japonii, przeciąganie pod kilem, piraci, szczury okrętowe, przaśne dowcipy koleżeńskie, wieloryby za burtą i temuż podobne smaczne dygresje.
          Jak mawiało na Zaporożu - Towarzystwo prosi, a jak nie...
    • mariner4 Kiełbasie poświęcam. 12.06.16, 12:43
      Zaworówa. Udawała się tylko na parowcach. Zawijało się kawałek kiełbasy zwyczajnej w pergamin (prawdziwy) i idąc na wachtę, kładło się to na zaworze parowym. Para była przegrzana i miała około 150 stopni C. Po wachcie się ją jadło przy butelce "Żywca". Niezapomniany smak. Dochodziła 4 godziny. Tyle ile trzeba. Była lekko spieczona. Na motorowcach się nie udaje.
      Ale to była kiełbasa. Prawdziwa! To dziw, że na współczesnych wędlinach nie ma napisu 50% poliester. Smażyć się na jajówę dają z trudem, bo chcą wyskoczyć z patelni pryskając wodą po całej kuchni.
      Mniam mniam.
      M,

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka