Dodaj do ulubionych

Takie morskie wspominki 2

27.12.16, 12:04
Pokład - Maszyna.

Żyjemy w świecie pełnym konfliktów. Opowiem więc o jednym z pokładów statków.
Odwieczny konflikt pokład - maszyna. Oczywiście dzisiaj dzieje się to w sferze żartów, ale coś w tym jest.
Historycznie wzięło się to stąd, że kiedy parowce zaczęły wypierać żaglowce, wykwalifikowane załogi z tych drugich, zaczęły tracić pracę na rzecz tańszych i mniej licznych załóg parowców.
Teraz to już tylko relikt i w zasadzie przedmiot żartów, ale nie zawsze tak jest.
Kapitanem może zostać tylko oficer pokładowy, nigdy mechanik. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jest kapitan i starszy mechanik, który podlega kapitanowi. Mechanik widzi, jak młodzi nawigatorzy awansują i zostają jego przełożonymi. I tak do końca kariery. Zawsze podwładny. Może stresować? Może.
Kiedyś pewien głośny mechanik próbował zakwestionować ten porządek rzeczy. Udowadniał, że statki są coraz bardziej skomplikowane i dowodzenie powinno przejść w ręce służb technicznych. Trochę jego działalność tłumaczy fakt, że sam starał się dostać do szkoły morskiej na nawigację, ale z powodu braku miejsc zaoferowano mu wydział mechaniczny. Sprawa ostatecznie upadła, bo nikt by na przykład nie ubezpieczył statku dowodzonego przez mechanika. Po prostu zawsze dowodzi ten co kieruje całością, kto manewruje całym statkiem. Podczas wojny na przykład bombowcem dowodził pilot który często miał niższy stopień od nawigatora.
Czytałem kiedyś, ze na lotniskowcu atomowym „America” dowódcą był pełen komandor, a reaktorem kierował naukowiec w stopniu kontradmirała. Podlegał on na okręcie niższemu stopniem dowódcy
Trochę historii. Okrętami dowodzili zawsze oficerowie pokładowi, którzy kierowali w walce, wybierali cel podróży i tak dalej. Do dłuższych rejsów angażowani byli nawigatorzy, którzy umieli określać pozycję, wytyczać kursy i podobnie. Początkowo nie mieli nawet statusu oficerskiego. Po pewnym czasie co inteligentniejsi oficerowie pokładowi zaczęli się uczyć sztuki nawigacji. W końcu nawigacja stała się składnikiem wiedzy każdego oficera służby pokładowej.
Dzisiaj mamy GPS, zautomatyzowane systemy i tak dalej. Nawigacja w znaczeniu odnajdywania położenia statku na morzu stała się zajęciem marginalnym. Co inne ma największy ciężar gatunkowy w dowodzeniu statkiem.
A słowo nawigacja w gruncie rzeczy oznacza żeglugę, a nie odnajdywanie pozycji.
Inną sprawą jest fakt, że elektronika może zawieźć, a ciała niebieskie są zawsze i po prostu trzeba to umieć.
No więc jak to jest z tym „konfliktem”?
Żarty, docinki, dowcipy i tak dalej. O prawdziwej niechęci nie ma już mowy.
Pokład to „dzięcioły” (od stukania rdzy). Maszyna to śruboj…….., maja zaolejone mózgi, i tak dalej. Ale faktem jest, że załoga maszynowa jest solidarna i prawie nic stamtąd nie wychodzi.
Kapitan kapitanów, słynny Macaj, czyli Konstanty Maciejewicz miał syna, który został mechanikiem. Kiedy ktoś go pytał czy jego syn także został marynarzem, chmurzył się i mówił. „jakim tam marynarzem, jest mechanikiem”.
Było nawet na ten temat szereg dowcipów.
Ja osobiście zawsze szanowałem prace mechaników. Jest wyjątkowo ciężka. Wysokie temperatury, hałas i wysiłek fizyczny. Nawet szef maszyny, starszy mechanik musi zasuwać jak inni.
Każdy układ cylindra ma około 4 – 6 tys. godzin pracy do przeglądu. Zwykle jest ich 6 i więcej. Kiedy minie czas, trzeba wyciągnąć tłok, zrobić pomiary, z czasem wymienić zużytą tuleję cylindra. A tłok ma np. średnicę 900 mm trzon ma bagatelka, kilka metrów długości. Trzeba wymienić pierścienie posprawdzać wszystko. A to w temperaturze czasem 50 stopni, jeżeli zabawa odbywa się w tropiku. Przechyły statku w dryfie też nie pomagają. Załoga maszynowa liczy obecnie tylko kilka osób.
Za żadne pieniądze nie chciałbym wykonywać tej pracy.

M.
Obserwuj wątek
      • mariner4 Re: Takie morskie wspominki 2 27.12.16, 13:00
        Kiedyś byli na statkach elektrycy. Podlegali st. mechanikowi. Za zwykłych frachtowcach ich teraz nie ma. Na pasażerach statkach przemysłowych są i wchodzą w skład załogi maszynowej.
        Każdy oficer mechanik zna się na tym w stopniu pozwalającym na prawidłowa eksploatację.
        Elektronika jest na tyle skomplikowana, że na statku nikt w tym i tak nie będzie grzebał.
        urządzenia szczególnie ważne są zdublowane. Wszystko co pracuje na statku ma atesty towarzystw klasyfikacyjnych i podlega wymogom jakościowym znacznie wyższym niż na lądzie. W portach są serwisy.
        M.
      • mariner4 Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 13:44
        Odkąd wprowadzono globalny zautomatyzowany system wzywania pomocy (GMDSS). Każdy oficer pokładowy ma przeszkolenie i odpowiedni certyfikat. Alfabet Morse'a, a z nim SOS odszedł do lamusa.
        A tak nawiasem mówiąc SOS nie oznacza ratowania żadnych dusz.
        Pierwszy sygnał radiowy był o ile pamiętam CQD czyli: _._. _ _._ _. Na początku to działało, ale kiedy wzrósł ruch w eterze, sygnał ten gubił się w kakofonii dźwięków. SOS, czyli ... ___ ..., ...___..., ...___... ma melodię, którą zawsze da się rozróżnić.
        Dusze wymyślono potem.
        Kiedy zlikwidowano telegrafię Morse'a a z nim SOS, w jakimś katolickim piśmie ukazał się artykuł, gdzie potraktowano likwidację SOS jako antyreligijną działalność wiadomych sił. Dusze im się nie podobają antychrystom jednym! Zamiast chrześcijańskiego "Ratujcie nasze dusze", ateistyczne "May Day". Tak było sam to czytałem. Tymczasem May Day też łatwo się przebija przez gadanie na fonii w eterze. Jest też znacznie starsze niż ów idiota, co to pisał, bo pochodzi z czasów wojny, kiedy wprowadzono radiotelefony do komunikowania się na fonii.
        Dla marynarzy sprawa pozornie błaha miała inny wymiar. Otóż od początku dziejów żeglugi od katastrofy na morzu, do lokalizacji rozbitków mijają zaledwie minuty. Ma to oczywisty wpływ na bezpieczeństwo. Aby zorganizować GMDSS (Global Maritime Distress ans Safety System) trzeba było lat walki i pracy ludzi dobrej woli. To jest kosztowny system i zmuszenie do tego armatorów całego świata musiało potrwać. Konwencja ta weszła w życie z ogromnymi oporami. Konwencja staje się obowiązująca kiedy państwa reprezentujące 2/3 tonażu światowej floty ja ratyfikują. Nie jest tak, że jeno państwo to jeden głos. Czyli głos Bahama liczy się więcej niż głos Polski, bo bandera polska właściwie nie istnieje.
        Ataki na GMDSS były więc napluciem w twarz tym wszystkim, co pracowali nad tym systemem przez lata, przełamując opory.
        M.
          • gat45 Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 14:00
            Kiedy mój Tubylec odbywał służbę wojskową (w tubylczym wojsku, dopóki istniał pobór, na studia dostawało się tylko odroczenie), to wcielono go do pułku taborów po uprzednim przeszkoleniu na radiotelegrafistę. Dzięki temu dotąd potrafię wypiszczeć Morse'm nasze nazwisko oraz literuję nie imionami czy miastami, ale kodem fonetycznym NATO alfa - bravo - charlie - itd. Bardzo dobry system, każdy go rozumie od pierwszego rzutu uchem.
            podpisano :
            golf - alfa - tango

            PS Marinerze, Ty te wszystkie odcinki masz jakoś pozbierane do kupy, mam nadzieję ? I robisz regularnie aktualizowane kopie takiego zbiorczego pliku ? Bo szkoda by było....
            • damakier1 Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 14:22
              PS Marinerze, Ty te wszystkie odcinki masz jakoś pozbierane do kupy, mam nadzieję ? I robisz regularnie aktualizowane kopie takiego zbiorczego pliku ? Bo szkoda by było....

              Marinrze, powinieneś z tych zapisków zrobić bloga tak, jak ja zrobiłam z Wrony.
              Coś mi się po głowie kołacze, że kiedyś się do tego przymierzałeś. Bardzo zachęcam.
              --
              "Dama ma - jak zwykle rację. I nie może być inaczej, skoro jest Damą."
              (aut.: ToJaJurek)

              Wrona i inne zwierzaki
            • mariner4 Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 14:33
              Mam wszystko w komputerze plus kopie zapasowe na paluchu (taką nazwę lansuję dla pen drive)
              Kod fonetyczny jest używany wszędzie. Ni9e tylko w NATO. Musiał być spełniony warunek wymawialności dla każdego. Dotyczy także cyfr, ale się nie przyjął i cyfry mówi się otwarcie.
              M.
              • gat45 Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 16:08
                Wiem, zresztą we Francji potocznie określa się go jako "kod lotnictwa cywilnego". I rzeczywiście dobrze wykoncypowali - nie tylko wszystkie "litery" są wymawialne, ale nawet w miarę możliwości zrozumiałe dla każdej nacji, więc łatwiej zapamiętywalne. Ktoś może nie wiedzieć, że sierra to hiszpańskie góry, ale Sierra Leone każdemu się o ucho otarła.

                A na pen drive'a moja znajoma polska młodzież mówi "pędrak" i bardzo mi się to podoba :) Opiekuj się dobrze swoim pędrakiem z "Opowieściami", bardzo Cię wszyscy prosimy.
        • gat45 Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 16:33
          Coś o radiowcach, ale z innej beczki, czyli naziemnych.
          Bawiący się w żołnierza zasadniczej służby Tubylec uczestniczył w manewrach gdzieś w okolicach Bourges. Jako radiotelegrafista przy sztabie polowym, a więc pod czujnym okiem zawodowych oficerów i pod-. W środku nocy panowie oficerowie postanowili sprawdzić stopień przygotowania rekrutów do prawdziwych działań wojennych. Ćwiczenie alarmowe polegało na takim oto oryginalnym scenariuszu : wojska Układu Warszawskiego zaatakowały Francję (??? ot tak ? nie przechodząc przez Niemcy ?), a pułk Tubylca, jako tabory, miał przygotować drogi na ewakuację władz cywilnych (tradycyjnie : z Paryża w kierunku Bordeaux). Biedny Tubylec miał się bezzwłocznie połączyć z kimś tam na drugim końcu poligonu. Stukał więc i stukał hasło wywoławcze tego kogoś, o kim skądinąd towarzysko wiedział, że nadużył wieczorem napojów wyskokowych (ziąb był) i z całą pewnością śpi smacznie w swoim wozie transmisyjnym, czy jak to tam się zwało. Sztab patrzył mu na ręce, więc nie mógł dać sobie spokoju albo uczciwie powiedzieć, że do tamtych to lepiej umyślnego pchnąć, a i to nie wiadomo, czy chłopaków dobudzą. Wreszcie ktoś odpowiedział morsem na Tubylcze wołanie, ale zgłaszając międzynarodowe hasło krótkofalowców-amatorów. Tubylec wystukał kod oznaczający "skąd nadajesz" i otrzymał w odpowiedzi "bravo - romeo - india - alfa - sierra - kilo". Uznał, że tego akurat faceta nie musi informować o ataku na Francję i chciał się jakoś grzecznie rozłączyć, nie budząc jednocześnie podejrzeń sztabowców, którzy morsa nie znali, ale za to tupali telegrafistom nad głowami. Trudno było, bo amator z drugiej strony też chciał wiedzieć, z kim rozmawia i domagał się przysłania quebec - sierra - lima, czyli pocztówki z potwierdzeniem połączenia i koniecznie chciał przeliterować adres pocztowy :)
          No i od tego czasu wiedzieliśmy, że gdyby nie daj pan Bóg ktoś rzeczywiście zaatakował po nocy Francję, to pierwszy powiadomiony o tym fakcie będzie Briansk.
          A po manewrach wszystkim obcięto przepustki na tydzień. Co nas mało dotknęło, gdyż albowiem Tubylec i tak robił za żołnierza dochodzącego i wieczorami wracał do domu nie zawracając głowy panom podoficerom jakimiś tam przepustkami.
        • man_sapiens Re: Także rodiooficerowie przeszli do historii 27.12.16, 22:18
          Jakby ktoś nie wiedział: "May Day" nie ma nic wspólnego z piątym miesiącem - to zangliczone francuskie m'aider. Podobnie jak inne ważne "prowords": "seelance" to silence wymawiane z francuska, "pan-pan" to panne - panne (dawniej to i po polsku mówiło się "auto ma panę"), "seelonce feenee" zachowało brzmienie silence fini.
          --
          Morze, zapewne wskutek zawartej w nim soli, nadaje szorstkość zewnętrznej powłoce swych sług, lecz zachowuje słodycz ich ducha. Joseph Conrad
    • mariner4 Stopnie wojskowe w Marynarce Wojennej 27.12.16, 12:54
      W Polsce jest to pomylone.
      Pewnie dlatego, że nasz kraj po odzyskaniu niepodległości w 1918 nie miał praktycznie żadnych tradycji.
      We wszystkich flotach świata kapitan (Captain) to odpowiednik pełnego komandora w naszej
      flocie. W Polsce kapitana marynarki zrównano z kapitanem wojsk lądowych. W US Navy, czy Royal Navy Captain (nasz komandor) nosi 4 paski wąskie. Nasze dystynkcje komandorów odpowiadają tamtym admiralskim. Polski komandor nosi takie same dystynkcje jak np brytyjski admirał. Powodowało to oczywiście różne śmieszne nieporozumienia w czasie wojny.
      Marynarka Wojenna to po prostu tzw "Senior Service".
      I tak we flocie rosyjskiej stopnie komandorskie to kapitan, pierwszej, drugiej i trzeciej rangi. W niemieckiej Korvetten Kapiten, Fregaten Kapiten, i Kapiten.
      W Polsce jest jak zwykle, odwrotnie niż w samolocie......
      Kiedy wykładałem w Szkole Morskiej rektorem był mój dobry kolega, Miał od dyplom Kpt. Ż. W. ale także habilitacje i tytuł profesorski. Kiedy wydano zarządzenie ministerialne o mundurach w administracji morskiej docentom, dziekanom profesorem dano złotych galonów prawie po pachy. Tymczasem kapitan nosił skromne 4 paski tyle że ponad nimi była kotwiczka szturmańska. 4 takie paski, tyle że z tzw "winklem" zamiast kotwiczki, nosiła np sekretarka rektora, czy dziekana. Na daszku czapka kapitana ma złote liście dębowe, które tylko jemu przysługują. W administracji takich galonów na czapce nie ma.
      Mój przyjaciel miał prawo do rektorskich dystynkcji, ale ostentacyjnie nosił dystynkcje kapitańskie, co nie podobało się kadrze, która nie miała dyplomów morskich. On zresztą mówił otwarcie, że nosi to, co sobie bardziej ceni. I nie zwracał uwagi na protesty, petycje i donosy do ministerstwa.
      Tak jak sobie nie wyobrażam, żeby w Akademii Medycznej studentów medycyny nie kształcili lekarza, tak analogiczne w Akademii Morskiej marynarzy powinni szkolić przede wszystkim marynarza. A był okres, że to kwestionowano.
      M.
      • man_sapiens Re: Stopnie wojskowe w Marynarce Wojennej 27.12.16, 22:42
        Nasza armia i administracja po I wojnie dużo przejęła z austriackiej tradycji - bo w austrowęgierskim imperium Polacy robili kariery - w armii, w tym marynarce wojennej, w administracji. A to z Austrii pochodzi Donaudampfschiffahrtsgesellschaftskapitän.
        --
        Wyłaź, tchórzu!Polacy pod Sejmem do Kaczyńskiego
        • gat45 Re: Stopnie wojskowe w Marynarce Wojennej 27.12.16, 23:00
          Donaudampfschiffahrtsgesellschaftskapitän brzmi dumnie i świadczy o potędze morskiej K und K Monarchie. W którym to filmie przyjaciółka Marylin Monroe mówi o niej "żeby zdobyć jej cnotę trzeba większej potęgi niż żeby pokonać całą flotę szwajcarską", a paradygmatyczna blondynka zachwyca się lojalnością tejże przyjaciółki ?
        • mariner4 Re: Stopnie wojskowe w Marynarce Wojennej 28.12.16, 06:52
          Nie tylko. Dużo Polaków służyło w carskiej marynarce. Na przykład "Kapitan kapitanów", Konstanty Maciejewicz. "Znaczy kapitan" Mamert Stankiewicz, Kontradmirał Porębski i wielu innych, a także w niemieckiej jak Unrug, dowódca Mar Woj w 1939.
          Zawód marynarza zawsze był międzynarodowy, więc słownictwo jest typowo "multi kulti".
          M.
    • mariner4 Kaszebe. 28.12.16, 07:21
      Z niech wywodzą się najlepsi marynarze. Tak jak w UK "blue noses".
      Są trudni we współżyciu, ale nie ma lepszych.
      Oni od setek lat żyją z morza.
      Miałem 16 lat. Chałupy, wakacje. Sztorm na Bałtyku. I nie zapomnę pewnego widoku.
      Mężczyźni, popłynęli na połów i zaskoczyła ich pogoda. Na wydmach stały kobiety w różnym wieku. Ubrane na czarno stały niczym posagi i patrzyły w morze. Wypatrywały swoich synów, mężów i ojców. Jak pamiętam jedna łódź nie wróciła......
      M.
      • mariner4 Mimo dowcipów i docienek. 28.12.16, 09:17

        Mawiano, że Kaszubi mają czarne podniebienia, że włosy im między zębami rosną.
        Albo jak kaszubski szyper wydaje komendę sternikowi, że ma sterować 145 stopni?
        "Hundred kopa, mendel weg" I tak dalej.
        Opowiadał mi kaszubski bosman, że jego dziadek bywał w domu raz na parę lat.
        Zaciągał się na żaglowiec i płynął w świat. W porcie statki stały długo. Dla oszczędności zwalniano część załogi. Chłopaki szukali sobie roboty. Zaciągali się na statek, który gdzieś tam płynął. Trafić w pobliże Kaszub, było losem na loterię.
        Jak w dowcipie: Pewien kapitan wrócił do domu po kilku latach. Pyta służącego: "Janie, jak wyjeżdżałem, pani była w odmiennym stanie i co?". "Pani nadal w nim jest", odpowiedział Jan. Ja miałem lepiej, bo syna zobaczyłem pierwszy raz jak miał 3 miesiące.
        Często po prostu porywano ludzi na statki. W morzu delikwent podlegał nawet karze śmierci za odmowę pracy - gdzieś do około połowy 19 wieku. Takie porwania nazywano "zaszangchajowaniem". Jak w tej szanty, co dziewczyna w porcie mówiła marynarzowi. "Braciszka miałam, co w Szanghaju jest za nie wiadomo co."
        W San Francisco ew jednym barze była nawet zapadnia. Spity marynarz wpadał do piwnicy i trzeźwiał dopiero na morzu. Za późno
        Jeszcze gorzej było na okrętach wojennych. Kiedy ubywało ludzi, ze zrozumiałych powodów, bo wojna.
        Zatrzymywano na morzu statki handlowe i "konfiskowano" ludzi, nie bardzo bacząc na narodowość.
        Młodszy kolega, nadal w służbie, opowiadał mi, że w czasie wigilii, po złożeniu sobie życzeń załoga znika w swoich kabinach i uczestniczy w domowej imprezie, on line. ale to nadal lizanie cukierka przez szybę, choć lepsze niż nic.
        M.
    • mariner4 Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 08:36
      Dziś napiszę coś mniej przyjemnego. Napiszę o takim stanowisku na statku, które odeszło na szczęście w przeszłość. Był to ochmistrz, czyli inaczej mówiąc intendent. Zawsze wyglądał na zapracowanego. Zajmował się biurokracją, prowiantem, mydłem i powidłem, i kierował tak zwaną załogą hotelową. (złośliwi mówili „załoga toaletową”) Miał pod sobą personel hotelowy i był na prawach kierownika działu. Miał pod sobą kucharza, i jego pomocników i stewardów. Razem 6-7 osób.
      Przez całe lata dawałem się na to nabierać. Kiedy na statkach innych bander zrobiono z tym wreszcie porządek, w PMH nadal to działało. Chyba w 1992 roku zlikwidowano to stanowisko u nas. Robotę rozdzielono pomiędzy kapitana – odpowiedzialność materialna, finanse i biurokracja, Prowiantem obciążono kucharza. Kiedy mi to na łeb zrzucono, początkowo miałem problemy. Ale szybko się wdrożyłem. Porobiłem sobie odpowiednie aplikacje w Excelu i było OK. Kiedy nabrałem wprawy, zauważyłem, ze zajmuje mi to kilka godzin w miesiącu. I wtedy zapytałem siebie, co ci faceci tak naprawdę robili na statkach?
      Kim byli?. Była to fucha dla różnych mniej znaczących pieszczochów słusznie upadłego systemu, urzędników firmy, którzy chcieli zarobić, pośledniejszego wymiaru „towarzyszy” i podobnych indywiduów. Praca łatwa, lekka i przyjemna. I dochodowa. Od shipchandlerow dostawali dolę za zamówienia prowiantowe. Zwykle 5-10% wartości zamówienia. Ale byli i tacy, co „negocjowali” ceny w górę i dzielili się z dostawcami. W praktyce zarabiali więcej od kapitanów. W Polsce monopolistą dostaw była „Baltona”. Układy ochmistrzów z tą firmą były wręcz legendarne.
      Był nawet taki dowcip. Do USC przyszedł taki ochmistrz i złożył wniosek o zmianę nazwiska. A jak się Pan chce nazywać? Zapytał urzędnik. Baltona. A dlaczego? Bo mam wszystko tak opisane, Sztućce, porcelanę, bieliznę pościelowa.
      Dopiero jak to musiałem robić, dotarło to wszystko do mnie.
      Na moim ostatnim statku było 23 osób załogi. Żadnej tam załogi hotelowej. Tylko jeden kucharz. Zamiast stewardów, szło się do okienka po danie samemu. Nikt nie sprzątał nikomu kabin i nie zmieniał pościeli. Pełna samoobsługa. Od kapitana w dół.
      Nie wszyscy ex ochmistrzowie z tym się łatwo pogodzili. Część dała się zredukować do stewardów, bo przez parę lat jeszcze byli, a część musiała sobie poszukać innej pracy. Załogi rozstały się z nimi bez żalu.
      W Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni uruchomiono nawet wydział hotelarski. Kształcono tam intendentów okrętowych. Na frachtowiec mieli kwalifikacje dużo za duże. Przerost formy nad treścią, po prostu. Ale pewna część absolwentów odnalazła się na statkach pasażerskich, promach, a nawet w hotelach na lądzie. I byli dobrzy!
      Miałem paru takich na statku. Masowiec, 25 osób załogi. Nudzili się jak mopsy. Szybko odchodzili i szukali sobie rpacy odpowiadającej ich kwalifikacjom. Oczywiście nie dotyczyło to „ex towarzyszy”.
      Ciekawe, że najcwańsi z nich znaleźli sobie miejsce w „S”. Tej nowej, rzecz jasna.
      W mojej macierzystej firmie tą strukturą rządzi (nie wiem czy jeszcze, bo pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego trzymał się zębami i pazurami tej intratnej fuchy) facet nazywany „Białą Damą” (od siwych włosów). Były ochmistrz właśnie. Złośliwi nazywali go „Ostatnim Ochmistrzem Rzeczypospolitej” Nieciekawa postać. Szybko wszedł w buty dawnego sekretarza KZ PZPR i z różnym skutkiem starał się mieszać do zarządzania firmą.
      Jeździł po Polsce, spotykał się między innymi ze szkolną dziatwą snując „morskie opowieści”. W kapitańskim mundurze, a jakże, choć nie miał prawa tego robić. Opowiadał dzieciakom, że tak naprawdę to ochmistrz jest ważniejszy od kapitana. I takie tam bzdety.
      M.
      • gat45 Re: Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 10:34
        Morskie podróże od strony zaplecza : kilka lat temu miałam okazję zwiedzić Fabrykę Mebli Okrętowych. To znaczy dawny moloch obsługujący polskie stocznie miał kogoś mądrego na górze, bo kiedy tylko stocznie zaczęły padać, oni stworzyli u siebie "dywizję lądową" i żyją dzięki produkcji mebli hotelarskich, świetnych zresztą. Ale dywizja morska to ich oczko w głowie. Ludzie, jakie to strasznie było ciekawe! I jakie zmyślne! Iluż rzeczy ja się dowiedziałam o statkach i życiu na statkach dzięki tej fabryce! Obejrzałam wszystko, od biura konstruktorów-konceptorów po jacht jakiegoś szejka w końcowej fazie wyposażenia (nawet grodzie maskowane były drewnem z czeczotki, żebym tak zdrowa była). Na miejscu montują oczywiście meble tylko do takich małych sztuczek, prawdziwe duże statki stoją sobie w stoczni urodzenia, a oni tam wysyłają wyposażenie i ekipę, która instaluje toto na miejscu. Zwiedzałam toto cały dzień i mało mi było, na drugi wróciłam, żeby jeszcze zobaczyć sekcję metalową. I pakownię.
        Z wiekiem siadają mi romantyczne porywy, a doceniam i wielbię pozytywizm. Każdemu, kto ma problemy z oglądem naszego rozedrganego świata polecam terapię w postaci obejrzenia porządnej fabryki. Takiej co to z jednej strony wchodzi surowiec, a z drugiej wychodzi coś gotowego. Jaki w tym łańcuchu musi być porządek, jak jedna czynność warunkuje drugą, zazębia się o nią i jakie to jest oczywiste i bezlitosne : żadne naciski polityczne nie pomogą, jak się jedną fazę spieprzy, to całość będzie spieprzona - a nie ma prawa. No i podziw dla ludzi, którzy to wszystko obejmują w głowie swojej. Po kilku działach oprowadzał mnie taki starszawy majster. Podszedł do nas młody człowiek z jakimś papierem w ręku, odwołał mojego majstra na chwilkę. I usłyszałam : oj, panie inżynier! Toż to się nie da! - Że gdzie się nie da ? - A o tu o! - i majster pokazał paluchem jakieś miejsce na ogromnym i strasznie skomplikowanym planie. Inżynier był bystry, od razu pojął niemożność konstrukcyjną, więc ja nie usłyszałam wyjaśnień, których zresztą pewnie bym nie pojęła dlaczego np "jak tu sfazujem, to jak pan będziesz na wkręty łączył?"
        Lubię fabryki, one dają nadzieję, że jest jakiś porządek, że nie tylko natura potrafi zawsze rosnąć zielonem do góry, że ludzie jak chcą to też potrafią coś zrobić od początku do końca i po porządku.
        Amen.
        • yoma Re: Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 13:55
          >nie tylko natura potrafi zawsze rosnąć zielonem do góry,

          Łoj... a opowiadałam, jak było z moim ślubem i rozsadą dyni? :)

          --
          Poczucie szczęścia to kwestia dobrze dobranych leków antydepresyjnych.
            • yoma Re: Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 16:27
              Narzeczony sobie zażyczył ślub kościelny. Niech ma. Przyszło pokazać mnie księdzu, ksiądz pyta, czy jestem wierząca. Ściemniać nie mam zamiaru, no to mówię uczciwie: - Proszę księdza, wierzę w tę siłę, która sprawia, że nasionko kiełkuje zielonym do góry...
              Ksiądz się ucieszył: - Św. Franciszek też tak kazał...
              Ślub się odbył, a następnej wiosny robiłam rozsadę dyń i jedno nasionko wykiełkowało zielonym do dołu. Liścienie w ziemi, korzenie w górze, a co. Sie mi zdupcyło gniazdko od zasilacza w laptoku i nie mogę pokazać zdjęcia, uwierzcie na słowo, tak było :)

              Ten na górze ma swoiste poczucie humoru, bo i mąż już były :)

              --
              Oszołomy z Greenpeace i tym podobnych organizacji, proszę natychmiast przywrócić globalne ocieplenie, bo w ryja.
              • gat45 Re: Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 17:17
                Ładne.
                Ale ja żem tylko mówiła, że roślina wyrasta zielonem do góry, bo так природа захотела. Почему? Не наше дело. Для чего? Не нам судить. A nie, że nie zdarza się jej wykiełkować niezgodnie z kierunkiem partii i rządu.

                No to teraz się nie mogę powstrzymać, żeby nie wkleić
                www.youtube.com/watch?v=3cfB19GVMV0

          • gat45 Re: Moje raczej złe wspomnienia 29.12.16, 17:22
            mariner4 napisał:

            > Trafiłaś w sedno. Meble okrętowe to mistrzostwo świata w wykorzystywaniu skromn
            > ej przestrzeni.
            > M.

            A może byś któryś odcinek poświęcił opisowi tych dziwnych a przemyślnych rozwiązań stosowanych w kabinowych meblach ?
            • mariner4 Dlaczego nie. 29.12.16, 19:05
              Pomieszczenia mieszkalne na statkach ewoluowały. Żeglarze Kolumba spali po prostu na workach, belach i innych częściach ładunku, które się jakoś do tego nadawały. Potem pojawił się hamak. Na "Darze Pomorza" moje były 2 haki z moim numerem alarmowym, gdzie zawieszałem swój hamak. To dobre rozwiązanie, szczególnie podczas przechyłów bocznych. Statek kiwa, a spanie prawie nie. Potem pojawiły się koje. Dosyć wąskie z deską nie pozwalającą na wypadnięcie. Ponieważ na statkach zawsze było niewiele miejsc, to legowisko koi było wysoko, a po0d nim szereg szuflad na graty marynarskie.
              Koja powinna być wzdłuż statku, a nie w poprzek, bo inaczej nie da się spać podczas przechyłów. Meble ruchome, mają zaczepy służące do mocowania ich do podłogi. Z wiadomych powodów. a cześć, jak np stoły na stałe przymocowane do podłoża.
              Każdy skrawek przestrzeni jest wykorzystany. Meble sa wkomponowane, jako srtała zabudowa. Drzwi, drzwiczki, szuflady mają blokady, aby nie trzaskały. Jak na [przechyle drzwi polecą, specjalne urządzenie je łapie nie pozwalając na trzaskanie. Jeżeli ktoś ma w kabinie lodówkę, to samodzielnie robi się haczyki i inne patenty, bo zamek magnetyczny jest za słaby.
              Wszelkie inne sprzęty jak telewizory, radia itp muszą być przymocowane.
              Półki do książek mają specjalne listwy uniemożliwiające wypadnięcie literatury podczas przechyłów. To samo w pentrach. Talerze mają specjalne półki i też nie mogą wylecieć. Kubki wiszą za ucha na haczykach i tak dalej. ale podczas sztormu i tak wszystko lata jak wściekłe.
              Szczególne upodobania do niekontrolowanych ruchów ma "biurokracja". Jak jest spokojnie to się o tym zapomina, ale jak zacznie kiwać to potem trzeba papierzyska segregować i układać.
              Dawniej kabiny nie były szalowane. Goła blacha posypana przyklejonym korkiem i pomalowana. Zimą skropliny, w tropiku gorąca jak...... Potem zaczęto szalować gołe ściany. Sklejka, pod nią jakiś materiał izolacyjny. Raj dla karaluchów! "Morskich biedronek, jak na nie czasem mówiliśmy. To była plaga. Na starych statkach było ich mrowie. Jak już nie dało się wytrzymać statek szedł na fumigację. Załoga na ląd i puszczało się Cyklon, taki jak Niemcy stosowali w obozach. Potem wietrzenie i tak dalej. Pomagało na krótko. Rzecz w tym, ze gaz zabijał owady, ale nie jajeczka. Czas wylęgania to 2 - 3 tygodnie i po takim czasie trzeba by było powtórzyć operację, ale nikt się nie zgodzi odstawiać statek na tak długi czas.
              Dzisiaj problemu juz nie ma. Po pierwsze nowoczesna chemia io tworzywa izolacyjne. W nowych plastikach, wełnach syntetycznych i podobnych wynalazkach karaluchy nie chcą przebywać. Ale marynarze muszą!. Co jest lepsze?. Ale zmiana materiałów to nie tylko ten problem. To sprawy bezpieczeństwa p-poż. Drewno i pochodne stało się be.
              Ostatnio modne są cienkie blachy stalowe, laminowane czymś, co udaje fornir. Pod nią jakieś izolatory. Ja to lubiłem. Dlaczego? A no w porcie kupowałem sobie kolorowe magnesiki, którymi przyczepiałem do szotu (ściana na statku) papiery. Kilka kolorów i każdy przypisany grupie tematycznej. Do czasu rozpatrzenia i wsadzenia do segregatorów.
              Kiedyś miałem swój jacht żaglowy, który wybudowałem własnymi ręcami. Pracowałem wtedy kilka lat la lądzie i miałem czas. Kiedy wyniosłem się w góry, nie dało się tego pogodzić i łódkę sprzedałem. Jeszcze pływa w dobrych rękach. Tam dopiero były problemy z rozmieszczeniem różnych rzeczy. Teraz sprzedam Wam patent z mojej łódki, który zastosowałem w swojej kuchni. Mam nad blatem kuchennym półkę na przyprawy. Jakieś 50 cm nad blatem.
              Do spodniej części blatu na 2 wkręty przymocowałem wieczka od słoików "twist off" (żeby sie nie kręciły.) Przedtem nazbierałem parę słoików po musztardzie, dżemie, byle były ładne i jednakowe. Służą do przypraw. Jednym ruchem ręki odczepiam, lub zawieszam słoiczek pod półkę. Oszczędność miejsca i nawet ładnie się prezentuje. Wisi sobie pod półką rządek 8 słoiczków, z ładnymi etykietkami z kompa. Zawsze pod ręką.
              Lepsza połowa mnie woła.
              Na razie.
              M.


    • mariner4 Marynarski biznes 31.12.16, 10:02
      Krążyło wiele legend na ten temat. Marynarze się o tuym nie wypowiadali, bo było to "kalanie własnego gniazda"
      No więc jak to było?
      Marynarze od zawsze handlowani i przemycali. Tak było od początku żeglugi. Byli nędznie opłacani i dorabiali.
      W czasach PRL marynarz dostawał około 1.5 USD dziennie tzw dodatku dewizowego. To były inne dolary, ale i tak prawie nic. Jako praktykant pokładowy na „Darze” i „Matejce” miałem zawrotną sumę 10 centów dziennie. Trzeba było kombinować. Pomimo niskich zarobków (na lądzie ludzie mieli jeszcze mniej), co obrotniejsi pobudowali wille, mieli niezłe auta i sobie radzili.
      Były różne okresy tego biznesu. Lata 50/60 to zegarki. Delbany, Doxy, Atlantyki i inne. Powstały niezłe fortuny na tym przemycie. Słynna była tzw Braila. To port w Rumunii. Detaszowano kilka niewielkich coasterów i pływały one pomiędzy portami Lewantu. W Bejrucie kupowało się te zegarki, niemal na wagę i sprzedawało w Braili. Trzeba było mieć niezłego „garba” (znajomości w firmie i jeszcze gdzieś tam), a najlepiej, jak mawiano „stado wielbłądów w ministerstwie” , aby się tam dostać. Więc znam to z opowieści tylko.
      Ha! Beirut to była Genewa Lewantu. Na jednej ulicy koło siebie sąsiadowały sklepy i stragany Arabów, Zydów, Chrześcijan i wszyscy żyli w zgodzie, wręcz w symbiozie. Potem przyszła wojna. Uchodźcy palestyńscy zdestabilizowali ten piękny i bogaty kraj. To inny temat.
      Do polski woziło się wszystko. Był czas płaszczy ortalionowych, szczyt szpanu lat 60, potem ortalion z metra, czyli „papa”, Potem okropny laminat jakiś plastik we wzorki na cienkiej gąbce. Był nawet taki co udawał karakuły.
      Potem szał na reklamówki i inne towary, bo wymieniłem najważniejsze. Oczywiście marynarze toczyli nieustającą wojnę z celnikami. Część dało się skorumpować, ale były wyjątkowe „psy”.
      Powstało wtedy pojęcie „grzbietówki”. Wolno było mieć na własny użytek po jednej sztuce. Sweterek, polo, inny sweterek, bluzka, Wynosiło się to na grzbiecie, stąd nazwa. Ubrany w to marynarz wyglądał jak cebulka. Jeżeli ktoś pływał na tzw „moście węglowym” do Danii, do Kopenhagi 5-6 podróży miesięcznie to tylko na grzbietówkach można było nieźle zarobić. Ale tam pływali w zasadzie tylko odpowiednio „umocowani” ludzie.
      Z Polski wywoziło się alkohol. Polska wódka była śmiesznie tania, jak na warunki zachodnie.
      Na przykład linie do UK. Z Kraju brało się wódę, w Kanale Kilońskim kupowało się tanie brandy (Chevalier kosztował 0.30 USD) i opylało się to wszystko w Anglii. Tam brało się towary „bławatne” chodliwe w Polsce. Bardzo opłacało się kupować u cinkciarza waluty i je wywozić. Ale to było bardzo zwalczane przez celników. Na terenie portu można było być zatrzymanym i poddanym rewizji osobistej.
      Może nie wszyscy wiedzą skąd nazwa „cinkciarz”. Kiedy1) w TV jakiś dziennikarz mówił, ze to od nawania „cynku”, ale to nieprawda. Słowo to pochodzi, że handlarze walutami łazili za obcymi marynarzami i namawiali ich do sprzedaży walut, kulawa angielszczyzną „cinć many” („change money”) Takioe były poczatki polskiej bankowości.
      Reasumując, im krótszy rejs, tym lepszy zarobek.
      Armator miał spokój, bo płacił mało, a ludzi pchali się drzwiami i oknami do tej roboty. Gdyby nie ten biznes, to kto by się zgodził na takie warunki pracy.
      Celnicy brytyjscy to byli mistrzowie w tym fachu. Kto zna historię przemytu przez kanał La Manche ten wie dlaczego.
      Z nimi nie było żartów, choć byli uczciwi, w przeciwieństwie do naszych dziadów, co tylko rozglądali się aby coś od marynarza wyłudzić.
      Przygody z angielskimi celnikami opisze kiedy indziej, a także sporo anegdotycznych historyjek z tej dziedziny.
      Teraz taki przemyt nie istnieje. Po pierwsze ceny. Rynek też ma znacznie. Wszystkiego pełno. Przemyt narkotyków? To robota wyspecjalizowanych gangów, a nie detalistów. Marynarz leci na statek i wraca samolotem. Butelka whisky ze strefy wolnocłowej, karton papierosów? To się skończyło. No i zarobki. Marynarz zarabia mniej więcej tyle ile jego zagraniczny kolega. Co znaczy dolar? W szczytowym okresie za dolara możne było w Polsce z biedą przeżyć dzień.
      Pensja wynosiła w czarnorynkowym przeliczniku około 30 USD. A teraz. Sami wiecie.

      I tyle na dzisiaj.
      M.


    • mariner4 Właśnie na wieczną wachte odszedł 02.01.17, 05:20
      Kapitan żeglugi wielkiej Tadeusz Olechnowicz.
      Pierwszy komendant "Daru Młodzieży".
      Człowiek o wielkiej klasie.
      Był moim oficerem drugiej wachty na "Darze Pomorza". To było wtedy prawdziwe szczęście trafić do jego wachty. Pozostałymi, pierwszą i trzecią kierowali oficerowie o sadystycznych skłonnościach. Z upodobaniem znęcali się nad kandydatami. On był inny. Lubiliśmy go bardzo. Tamtych nienawidziliśmy całą duszą.
      Pamiętam moje pierwsze wejście na maszt, a konkretnie na saling. Maszt składa się z 3 części. Kolumny, stengi i bramstengi. Na połączeniu tych części są 2 platformy. Mars i saling. Są one potrzebne, do usztywnienia konstrukcji razem z olinowaniem stałym. Bieg przez saling był naszą codzienną poranną gimnastyką. No i poszliśmy. Ponad 30 metrów nad pokładem. To ponad 10 piętrowy dom! Lęk przestrzeni, bałem się bardzo. Najgorszy był drugi raz, bo pamiętałem ten pierwszy raz.
      I wtedy do nas przyszedł Tadeusz Olechnowicz i powiedział. Kto się boi i ma z tym problemy niech się do mnie zgłosi. Ja i paru kolegów zgłosiliśmy się. Pochodziliśmy sobie z nim po masztach. Jego spokój i to co wtedy mówił, podziałało na nas pozytywnie. Opanowaliśmy strach. Później śmigaliśmy po rejach niczym małpy po drzewach.
      Kiedy odszedł wieloletni komendant "Daru Pomorza", Kazimierz Jurkiewicz otworem stanęła sprawa sukcesji po nim. Tradycyjnie funkcje tą obejmował starszy oficer. Ten który wtedy był nie bardzo do tego pasował. Poza kwalifikacjami zawodowymi potrzebny był styl, klasa, znajomość języków, reprezentacyjność i tak dalej. "Dar" był naszą wizytówka, odwiedzali go możni tego świata. Tadeusz Olechnowicz, do tego lepiej pasował.
      Oficerowie po zakończeniu kampanii "Daru" wracali do PLO i pływali w żegludze handlowej. Tadeusz Olechnowicz więc wypływał sobie dyplom Kapitana Żeglugi Wielkiej. Na "Darze" był 2 oficerem ale to on objął dowództwo statku.
      To przykra sprawa, bo starszy oficer, był znakomitym fachowcem, ale niestety był za mało reprezentacyjny.
      T. Olechnowicz ostatecznie wyemigrował do Niemiec. Nie pasował tamtej władzy za bardzo.
      Niech pływa sobie w spokoju po niebiańskim oceanie....
      Kiedy dzisiaj dostałem maila, zrobiło mi się smutno.
      M.

    • mariner4 Jeszcze o kapitanie Olechnowiczu. 03.01.17, 12:03
      Podczas podróży na "Darze Pomorza" miałem ze sobą książkę pt "Pamiętnik żeglarza" ("Two Years before the Mast") autorstwa Richarda H. Dana'y.
      Pisałem gdzieś na tym forum o tej książce.
      Autor, amerykański prawnik miał jakieś problemy zdrowotne i lekarze, zgodnie z ówczesną wiedzą zalecili mu przerwę w zawodzie i popracowania jakiś czas fizycznie. Miał coś z oczami. Ponieważ interesował się tragicznym wówczas losem marynarzy, zaciągnął się na żaglowiec który popłynął z Bostonu wokół C.Horn do S.Francisco, po skóry bydlęce. Cała ta podróż trwała 2 lata, stąd tytuł książki. Przed masztem oznaczało szeregowego marynarza, bo przed fokmasztem był zlokalizowany kubryk. Oficerowie mieszkali na rufie. Na starym "Darze" też tak było. Załoga szeregowa i bosmańska mieszkała przed masztem w kubryku. My mieszkaliśmy na międzypokładzie w hamakach, tam, gdzie na żaglowcach handlowych były ładownie.
      Książka jest dosyć nudna dla kogoś, kto się tym szczególnie nie interesuje. To jest drobiazgowy opis życia na statku i co jest szczególnie wartościowe z punktu widzenia historii żeglugi, zawiera szczegółowe i precyzyjne opisy czynności i prac jakie wykonywali marynarze.
      Książka dla koneserów. Pożyczyłem ją mojemu oficerowi wachtowemu, właśnie T. Olechnowiczowi. Miałem potem dobrze! Podczas wacht, szczególnie nocnych wołał mnie na mostek i dyskutowaliśmy zapamiętale o jej treści, o życiu marynarzy w połowie 19 wieku.
      Ta książka wstrząsnęła opinią publiczną w USA i powstało prawo znacznie poprawiające warunki pracy na statkach. Zniesiono wtedy prawo karania śmiercią przez kapitanów za odmowę pracy. Tzw "bunt na morzu."
      W dzisiejszych czasach marynarzom też nie wolno strajkować na morzu. Nadal jest to karany bunt, bo zagraża bezpieczeństwu statku, ale to już jest sprawa sądów. W porcie mogą strajkować. Na morzu nie.
      M.



      • 99venus Re: THE END 07.01.17, 10:29
        No Kapitanie,ładną nam niespodziankę zrobiłeś na początek roku.
        Podejrzewam,że zyskasz aprobaty.
        Co się stało??

        --
        Paranoja i Schizofrenia zalały kraj......
        • gat45 Re: THE END 07.01.17, 10:37
          Właśnie ! Żadne the endy ! Pisz dalej.
          Jak chcesz, to będziemy Ci zadawać pytania, a one niechybnie przywiodą Ci na pamięć inne sprawy, o których wartałoby napisać. Popatrz, jak ładnie wyszło z meblami....
        • 99venus Re: THE END 07.01.17, 13:29
          oczywiście powinno być NIE ZYSKASZ...
          ZE ZDENERWOWANIA I ZŁOSCI TRZĘSĄ MI SIĘ PALUCHY.

          --
          Paranoja i Schizofrenia zalały kraj......
      • man_sapiens Re: THE END 07.01.17, 11:34
        Zbyt długie watki kiepsko się czyta. Słusznie, kapitanie, zamykasz ten wątek.
        Wierzymy, ze przerwa przed założeniem kolejnego nie będzie długa.
        --
        Dojna zmiana PiS

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka