Wczoraj byłam znienacka na wsi mojej. Taka Dama, to ma dobrze, przyroda w zasięgu progu. A ja mam całe 50 kilosów pokonać i jeszcze wrócić, to i poza sezonem jakiś poważny pretekst znaleźć muszę, bo benzyna znacznie podrożała.
Pretekst się znalazł: zamknąć wodę, korzystając ze słonka i jakże miło dodatnich temperatur, co to mają być ostatnimi.
A też żebym podziwnęła z wielkim trudem naprawionych ze sto stopni w ogrodzie (znaczy byłym ogrodzie, obecnie chaszczach, których to dotąd nie widziałam i otwarcia ze wstęgą nie wykonałam.
No i ten znienacek tak mi dobrze zrobił, że aż nie wiem jak go opisać. Rzeka się odsłoniła, bo sporo liści won poszło, bobry za wielkie, najgrubsze drzewo nad Narwią się zabrały, jakby nie było tuż obok łatwiejszych do przerobu - na szczęście już za naszym płotem.
Wiewiórka o mało nie spadła z ogołoconej gałęzi.
Orzeł latał nisko, pierwszy jakiego zobaczyłam na wolności. Łabądki wcale nie pouciekały. Kot bandyta polny też wpadł sprawdzić co słychać. Kun jeszcze pod okapem nie ma, widać jesień długa będzie. I te kolory, miliony razy opisywane i realistycznie odmalowywane, co i tak są lepsze na żywca, wśród zapachu rześkiego powietrza, i to słoneczko, niby blade, ale grzejące lepiej niż mój zgrzybiały kaloryfer, choć ono miliardy lat starsze.
Dziwy zwyczajne sobie wczoraj miałam tylko dla nas dwojga.