• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

Osoby toksyczne oraz DDD. Pytania i odpowiedzi

  • 18.09.12, 14:18
    Zuzi.1 zadała kilka pytań dotyczących mojego doświadczenia odnośnie toksycznych osób oraz bycia DDD. Pomyślałam, że odpowiedzi umieszczę w osobnym temacie, by więcej osób mogło skorzystać i podzielić się swoimi spostrzeżeniami, a może i pani ekspert coś dodać czy sprostować.

    Dlaczego przyciągałaś do siebie osoby toksyczne?

    Przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałam, że mogę żyć/budować relacje inaczej. Nie wierzyłam, że mogę być szanowana i kochana od tak, za to, że jestem. Wśród ludzi toksycznych czułam się z jednej strony źle, z drugiej swojsko. Widziałam jaką rolę mam grać. Starałam się walczyć o miłość, szacunek, wierząc, że TYM RAZEM, z TĄ OSOBĄ mi się uda. Ale wychodziło to co zawsze. Poza tym przyzwyczajona do zachowań naruszających moje granice, nie protestowałam, ani nie uciekałam, bo przecież „nie działo się nic niezwykłego”. Nie chodzi o to, że w pełni świadomie zgadzałam się na stosowanie wobec mnie przemocy. Raczej nie uznawałam tego co się dzieje za przemoc, bo uczono mnie nazywać to troską, usprawiedliwioną reakcją na moje zachowanie itp. Dodatkowo mając zamrożone uczucia, tylko w sytuacjach silnych przeżyć czułam, że żyłam, więc takie relacje były dla mnie atrakcyjne.

    Jaki zestaw cech osobowości/charakteru posiadają wg Ciebie typowe osoby toksyczne?

    Wg mnie osoba toksyczna to taka, która, robi sobie dobrze cudzym kosztem i uczyniła z tego sposób na życie i zaspokajanie swoich potrzeb. Jest w dużym stopniu pozbawiona empatii, często cierpi na niedorozwój uczuć wyższych. Stosuje głównie niedojrzałe sposoby radzenia sobie z trudnymi sytuacjami emocjonalnymi np. wyparcie, projekcja, podejście czarno-białe itp. co prowadzi do tego, że przerzuca odpowiedzialność za swoje zachowanie na innych (to może być nieświadome), albo po prostu nie przejmuje się krzywdą wyrządzaną innym a nawet do niej dąży (przemoc świadoma) lub jej świadomość wypiera. Często ma niską samoocenę i buduje ją nie w oparciu o docenienie siebie, ale np. w porównaniu z innymi – więc musi otoczenie poniżać by czuć się lepiej; pielęgnując zewnętrzny wizerunek – typowo narcystyczne zachowania; domagając się ciągłego doceniania i głaskania po główce, usprawiedliwiania.

    Każdemu mogą zdarzyć się toksyczne zachowania, natomiast osobiście tą nazwę rezerwuję dla osób, dla których to stały sposób postępowania.

    Zdrowa relacja w jakiś sposób wzbogaca obie strony. Oczywiście czasem jedna osoba więcej daje, czasem druga, wymiana następuje na różnych płaszczyznach i niektórzy doceniają wszystkie, inni nie, ale w ostatecznym rozrachunku obie strony są na plusie. Nawet jeśli relacja jest raczej jednostronnie korzystna np. matka zajmuje się upośledzonym dzieckiem, to wchodzi w to świadomie – wiedząc w co się pakuje, że zwrotu w tej samej formie nie dostanie, ale wysiłek jest głównie fizyczny, a psychicznie można się z sytuacją oswoić i nawet nauczyć cieszyć relacją taką jaką jest. W relacji z toksyczną osobą nie ma grania w otwarte karty, choć sytuacja jest dla jednej strony niekorzystna. Toksyk bierze co chce i kiedy chce, nie oglądając się na innych. Wykorzystuje innych na swoich zasadach, a oni tak traktowani tracą siły.

    Osobiście nie spotkałam toksyka – radosnego optymisty. Za to generatory negatywnej energii – wielu. Czasem toksyk nawet nie poniża, ale samą swoją obecnością obdziera człowieka z sił i wiary w to, że będzie dobrze. Jest to też forma manipulacji – biadoląc zyskuje uwagę, próbę przekonania go, że wcale nie jest tak źle, zachęcanie go by coś zrobił ze swoim życiem – z czego oczywiście nie skorzysta, ale my wyjdziemy od niego na czworakach przekonani, że jest kryzys, pewnie zaraz nas wyleją (choć przyszliśmy się np. pochwalić o podwyżce), mąż pewnie zdradza, bo wszyscy zdradzają, przyjaciółki to harpie itp. itd.. Z dystansu widać, że tacy ludzie podkopują siły otoczenia, by nie osiągnęli oni zbyt wiele i by toksyk na ich tle nie wyglądał gorzej. Albo nie wierzą, że mogą dostać miłość/zainteresowanie od tak, samoocena im na to nie pozwoli zresztą takiej bezinteresownej miłości przyjąć, więc manipulują tak by dostać to czego chcą – konkretną pomoc, poczucie bezpieczeństwa przez świadomość kontroli bliskich i inne.

    Jak należy postępować z takimi osobami?

    Zależy od intensywności toksyczności i naszych sił oraz podatności na toksyczne działanie danej osoby.

    Osobiście rozróżniam dwa typy osób toksycznych: rokujące – krzywdzące nieświadomie, lub świadomie pracujące nad tym, oraz beznadziejne przypadki, gdzie bez kija nie podchodź, bo jak dasz szansę to ugryzie, a nawet i z kijem nie ma po co i to się raczej nie zmieni. Do obu typów stosuję odmienną strategię.

    Do pierwszego jestem w stanie wykazać wiele wyrozumiałości POD WARUNKIEM, że nad sobą pracują, a nawet jeśli jeszcze do tego nie dojrzali, to ogólnie są życzliwi i starają się tak jak potrafią. Sama wiem, że przyjęcie do świadomości, że się kogoś krzywdzi i praca nad zmianą tego trwa, że nie jest łatwo, ale można. Nie mam tolerancji dla toksyków, którzy usłyszeli, że bardzo krzywdzą, dostali informacje gdzie szukać pomocy, ale latami nic z tym nie robią.
    Mogę porozmawiać np. z toksyczną teściową, ale na zdrowych warunkach (kiedyś o tym pisałam, nie daje się wciągać w opowieści jak to jest źle), bo ogólnie to życzliwa kobieta, która swoje ograniczenia ma i pewnie ich nie przeskoczy. Ale mnie jej zachowanie za bardzo nie boli, bo to nie moja matka. Mojemu partnerowi niszczy samoocenę, więc on musi ograniczać kontakt i trzymać dystans. Natomiast na każde dziwne teksty jest natychmiastowa reakcja i wie, że zerwałam kontakt ze swoimi rodzicami i jeśli będzie kozaczyć to więcej nas nie zobaczy. Więc się stara, ja to doceniam i pewnie rzeczy puszczam mimo uszu.

    Natomiast jeśli druga osoba zupełnie nie szanuje stawiania granic. Koszt psychiczny i czasem zdrowotny utrzymywania takiej znajomości jest duży, a ona nie widzi problemu – jej jest dobrze jak jest, więc nic nie wskazuje na to, by miało kiedyś być lepiej, to moim zdaniem lepiej darować sobie taką znajomość. Być może widmo utraty bliskich skłoni toksyczną osobę do zastanowienia się nad sobą, natomiast niekonieczne. Nie mamy większego wpływu na jej decyzję, za to mamy możliwość i obowiązek chronić siebie. Uleganie toksycznej osobie nie daje nic dobrego. Ona i tak jest nieszczęśliwa, bo to co od nas dostaje działa chwilowo, a my opadamy z sił.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
    Edytor zaawansowany
    • 18.09.12, 14:19
      Jakie są typowe cechy DDD?

      Takie same jak DDA (bez dziwnego stosunku do używek), a o nich jest sporo w sieci, choćby tutaj: flandra.wordpress.com/2009/12/22/czy-masz-syndrom-dda-zrob-sobie-test/

      Ogólnie Dorosłe Dzieci to dorośli, których potrzeby rozwojowe z czasu dzieciństwa nie zostały zaspokojone, bo dla rodziców coś innego było ważniejsze niż dzieci, w efekcie czego nie rozwinęły się dojrzałe metody radzenia sobie i w trudniejszych sytuacjach zachowują się jak dzieci. W zależności od tego w jakim okresie były największe zaniedbania, konsekwencje mogą się różnić. Dotyczą wszystkich sfer życia: od zaspokajania potrzeb fizycznych i emocjonalnych; braku umiejętności budowania relacji z ludźmi; konsekwentnego działania, planowania, realizowania marzeń (a czasem nawet ich posiadania); nie radzenia sobie z emocjami, a zwłaszcza permanentny lęk i napięcie; bardzo niska samoocena (dotycząca siebie jako człowieka, może być wysoka w temacie zawodowym); stosunku do zasad i przełożonych; radzenia sobie z odmową i porażką, kwestii czułości i przytulania itp..

      DDA/DDD przystosował się do przetrwania w chorej sytuacji, której nie potrafił zmienić. Nie była przez niego zawiniona, nie wiedział co się dzieje, ale musiał jakoś nauczyć się w niej żyć. Natomiast sposoby przetrwania w patologicznej rodzinie nie sprawdzając się do budowania dorosłego życia wśród normalnych ludzi. Dlatego DDD wielu rzeczy/sposobów działania musi uczyć się na nowo. A nawet nie wie często, na czym polega problem. Nie wie co jest normalne (bo u niego w domu normalne były rzeczy patologiczne), ale często panicznie boi się otworzyć, przyznać do problemów i poprosić o pomoc.

      Czy każde DDD powinno uczestniczyć w terapii?

      Jeśli zachowuje się dojrzale to nie jest DDD, wydoroślał gdzieś po drodze i nie potrzebuje terapii. Jeśli we własnym zakresie za pomocą literatury, różnych technik pracy z emocjami do stosowania samodzielnego oraz mentalną analizę, praktyki religijne itp. przerobi swoje dzieciństwo na tyle, że zacznie sobie dobrze radzić i nie będzie zachowywał się jak DDD – nie potrzebuje terapii. Osobiście znane mi osoby, w pewnym momencie jednak sięgały po pomoc i potem były z tego zadowolone. Jedną z cech DDD jest brak dystansu do siebie i umiejętności rozpoznania własnych zaburzonych zachowań. Bo dla nas było to normalne, zawsze tak żyliśmy. Terapeuta ma wiedzę oraz dystans, może zwrócić nam uwagę na absurdalność czy fałsz naszych przekonań, założeń na temat nas, świata i innych ludzi. Dodatkowo człowiek ma tendencje do omijania nieprzyjemnych tematów szerokim łukiem, przy dobrym terapeucie takie numery nie przejdą ;) Osobiście doceniam też to, że terapeuta pomaga mi się nie pogubić w setkach teorii, metod, tym co w danym momencie jest najważniejsze do przepracowania. Pod czyimś czujnym okiem jest łatwiej i szybciej.

      Osobiście uważam też, że DDD za głęboko siedzi w emocjach, by sama mentalna analiza na podstawie wiedzy z książek wystarczyła. Przy bardziej traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa trzeba korzystać z odpowiednich – mocnych metod – wyciągających wspomnienia, emocje i pozwalających się z nimi uporać, jak na przykład niehipnotyczna terapia regresywna, a do tego potrzeba terapeuty, który poprowadzi nas przez ten proces. Mnie osobiście nie wychodzi jednocześnie wchodzenie w silne emocje np. odtrąconej 3latki i zachowanie dystansu i zwrócenie sobie uwagi na coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. Albo wchodzę głęboko, albo jestem obserwatorem.

      Natomiast dojrzenie do terapii czasem trwa. Ja miałam łatwiej, bo zawsze uznawałam, że w domu jest coś nie tak i szukałam sposobów by sobie pomóc. Mój brat miał w domu milszą pozornie rolę maskotki, więc przez długi czas uważał, że wszystko jest ok, tylko ja coś wymyślam i mamy nie rozumiem. Ocknął się gdy pod wpływem kumulowanego napięcia nie wytrzymał i w czasie jednej awantury rzucił się dusić ojca. A babcia wyzywając jego ukochaną doprowadziła do zerwania ich relacji. Wtedy skorzystał z namiarów na terapeutkę i terapia bardzo mu pomogła.
    • 18.09.12, 14:20
      W jaki sposób partner w związku może pomóc osobie DDD?

      Dwojako: z jednej strony nazywając po imieniu szkodliwe/nienormalne zachowania i bezwzględnie nie tolerując ich. Dając wyraźny komunikat, że kochamy, szanujemy, wspieramy go jako człowieka, ale w ten sposób bawić się nie będziemy i albo coś z tym zrobi (tu można podpowiedzieć gdzie szukać pomocy jeśli taką wiedzę mamy), albo niech szuka kogoś, kto się na takie traktowanie zgodzi.

      Wiele lat temu napisałam taki wiersz:
      chciałabym umieć rozróżnić
      dobro od zła
      by rzeczy dobre były wyraźnie podpisane
      dużymi literami
      a prawda (była) jasna i oczywista

      Zło mogłoby być mniej wyraźne, ale niemożliwe do pomylenia
      naznaczone etykietą
      niestosowności...

      Tak byłoby łatwiej
      zapewne
      Ale jest jak jest
      dlatego znów
      popełniłam błąd.


      To taka refleksja nad brakiem umiejętności rozróżniania co jest zdrowe a co nie, a czasem totalnego pomieszania w tym temacie. Z jednej strony np. nie chce skrzywdzić partnera, jak to zrobię to coś mnie skręca, z drugiej strony gdy ja byłam krzywdzona to słyszałam, że to wyraz miłości i troski, że to normalne. I mogę sama nie wiedzieć, że pewne zachowania są przekraczaniem jego granic. DDD stara się bardzo dużo zgadywać jak normalnie funkcjonować, czasem ma rację, a czasem nie. Do tego przyzwyczajony jest do braku konsekwencji. To samo zachowanie raz było piętnowane, innym razem olewane, a kolejnego dnia chwalone. Wszystko zależało od humoru rodzica. Więc nie było pewnych i nienaruszalnych zasad, nic nie zależało od jego zachowania ale od interpretacji rodzica. Jako dorosła osoba DDD może wysłuchać informacji, że coś rani partnera i traktować to jako tyrada, którą trzeba przeczekać, bo minie. Nie trzeba nic z tym robić, ba – pewnie nic się nie da z tym zrobić. Dlatego moim zdaniem żelazna konsekwencja i spójność zasad jest wobec takiej osoby bardzo ważna.

      Z drugiej taki partner potrzebuje więcej wsparcia, zwiększonej tolerancji w czasie terapii na możliwe wychodzenie na wierzch emocji, które nas nie dotyczą, ale partner będzie przez jakiś czas pod ich wpływem (przy jednoczesnym nie pozwalaniu by radził sobie z tymi emocjami w sposób dla nas przykry, ale rozumiejąc, że np. będzie potrzebował więcej czasu dla siebie by to sobie poukładać). Przyda się więcej pozytywnego feedbacku, zwłaszcza w momentach zmian, bo partner będzie czuł się niepewnie. Może czuć, że kwestionuje cały swój światopogląd, a nie wie czy na pewno idzie w dobrą stronę, warto go w tym upewniać, ale z wyczuciem, by nie brać na siebie terapeutyzowania partnera. Ja nauczyłam się mówić wprost, że potrzebuję przez jakiś czas więcej psychicznych głasków, bo coś zmieniam w swoim myśleniu/postępowaniu i odzywa mi się w głowie tyrada głosów rodzinnych – jak możesz, ty taka i owaka. Potrzebuję wtedy więcej sygnałów, że jednak realny świat zewnętrzny uważa, że jestem ok. Oczywiście pracuję też nad tym innymi metodami, ale takie wsparcie ze strony osoby bliskiej bardzo pomaga.

      Przyda się partnerowi DDD wiedza w temacie, także z zakresu manipulacji, prowokacji itp – bo ich może być wiele (automatycznie odtwarzane sposoby komunikacji z domu), by im nie ulegać i nazywać po imieniu, że partner robi to i to.

      Uważać na swój sposób komunikowania – metody wyrażania krytyki – bo DDD może mieć tendencję do nadmiernego przeżywania, wpadanie w poczucie winy, lub też odwrotnie – wypierania tej winy. Bo samoocena krucha i chroni się ją jak się da. Natomiast nie może to przypominać chodzenia na paluszkach by go nie urazić. Trzeba tylko uważać by krytykować zachowanie, a nie osobę i równoważyć to docenianiem fajnych rzeczy.

      Czasem DDD to taki duży dzieciak potrzebujący czułości i przytulania jak kilkulatek, bardzo się uspokaja i otwiera gdy bliska osoba tą potrzebę zaspokoi.

      Natomiast najlepsze co może zrobić partner DDD to zastanowić się nad swoimi intencjami do wejścia w relację z popaprańcem. Bo nawet jeśli pewne rzeczy wyszły dopiero po jakimś czasie, to inne było widać od razu i z jakiegoś powodu właśnie taki człowiek wydał nam się atrakcyjny. Oczyszczenie własnego nastawienia, zwłaszcza przerobienie elementów współuzależnienia pomoże obu stronom.
    • 18.09.12, 14:20
      Czy Twój partner odczuwa to, że jesteś DDD, w jakiś negatywny sposób, co sama o tym sądzisz?

      Mój partner też jest DDD, natomiast byliśmy najbardziej zaburzeni w innych dziedzinach, dzięki czemu widzieliśmy swoje pomerdanie, mogliśmy stawiać zdrowe granice szaleństwu drugiej osoby i bardzo się wspierać w terapii (którą każde z nas przechodzi oddzielnie, choć wg tych samym metod).
      Błogosławię to, że najczęściej mam świadomość, że mi odpala i mogę zminimalizować negatywny wpływ tego na partnera. Ostrzegam go, że np. mam nastrój kastracyjny bo mi wychodzi wściekłość na ojca. Wszystko co powie zostanie użyte przeciwko niemu i najlepiej by mi schodził z drogi, bo pomimo najszczerszych chęci mogę nie zdążyć ugryźć się w język. Ja sama minimalizuję kontakt do czasu gdy nie ochłonę na tyle by zacząć nad sobą panować. Mam opracowany zestaw metod pracy z emocjami, który pozwala mi uporać się z silnymi emocjami w ciągu max kilku godzin. Jak przeginam to z drugiej strony jest jasny asertywny komunikat, że mam jazdy i cierpliwość drugiej strony się kończy. Wtedy czasem kozaczę, że skądże znowu, ale partner nie odpuszcza, więc potulnie udaję się na terapię i wracam ze moralniakiem, że jednak miał rację. Staram się mu to potem jakoś zadośćuczynić. Czasem ja widzę, że np. wywala mu niska samoocena i prowokuje by go kopnąć. Wtedy zwracam uwagę na te prowokacje i manipulacje, informuję, że nie zamierzam nim ulec, ale zaczyna mnie to irytować i chce mojego fajnego faceta z powrotem. Wtedy on siada i coś z tym robi.
      U każdego DDD będzie objawiać się w nieco innych dziedzinach życia. Pewne tematy będzie łatwiej uzdrowić, inne trudniej. U mnie na przykład niska samoocena najbardziej odbijała się w sferze zawodowo-finansowej. Nie wierzyłam, że potrafię coś wystarczająco dobrze, że na tym co potrafię mogę zarabiać, że zasługuję na to by cokolwiek materialnego dostawać (miałam taką fazę, że najchętniej bym pracowała za darmo, bo jakim prawem chcę od innych kasy za takie nic... efekt – nie potrafiłam negocjować i robiłam zlecenia za psie pieniądze). Także gdy czuję się winna, w pierwszej kolejności karzę się w sferze finansowej, sabotując swoją pracę (można się zmusić by usiąść do komputera, ale nie by efektywnie pracować) z tym bywały okresy, gdy to partner brał na siebie całe koszty utrzymania nas, co nie jest komfortowe. Natomiast postawił sprawę jasno – rozumie, że nie robię tego specjalnie, po prostu nie radzę sobie czasem sama ze sobą, że nad tym pracuję, ale nie wyobraża sobie by to trwało długo.

      Natomiast jego piętą achillesową są relacje, wręcz samo przebywanie wśród ludzi. Potrafi przeżywać każdy zwykły dzień w pracy. W nieskończoność roztrząsa co ktoś powiedział/zrobił, próbuje się domyślić intencji. Przyzwyczajony do odrzucania go, nie miał łatwości szukania rozwiązań naprawiających i pielęgnujących relacje. Tutaj ja mogłam pomóc udzielając więcej psychicznego wsparcia, proponując pewne rozwiązania. Natomiast przez długi czas był skryty i nieufny. Wolał sobie radzić sam, nawet jeśli wyraźnie potrzebował pomocy. Dopiero z czasem uwierzył, że nikt go nie kopnie jak się odsłoni. Ja ćwiczyłam otwieranie się i mówienie o sobie na terapii grupowej, rozumiałam, jakie to jest dla DDD ciężkie, ale też jak ważne jest szanowanie jego granic, zachęcanie do ich przekroczenia, ale nie forsowanie ich samemu.

      Dla dojrzałej, zdrowej osoby relacja z silnym DDD to droga przez mękę i warto się naprawdę zastanowić czy korzyści z tej relacji są na tyle duże by przez to przechodzić. Warto uczciwie ze sobą ustalić – co możemy tolerować, co zniesiemy w jakimś zakresie, a co wcale. Ile możemy dać taryfy ulgowej partnerowi, jak długo czekać aż coś z sobą zrobi. Życie z DDD to jazda kolejką górską bez trzymanki. Nagle wyskakujące emocje, irracjonalne zachowania, brak spójności i konsekwencji działania, czasem niecierpliwość i chęć by zyskać gratyfikację teraz zaraz. Przemoc psychiczna, manipulacje – niemożność rozmawiania otwarcie. Na partnerze odbijają się problemy DDD wyniesione z dzieciństwa, które dla DDD są ciągle żywe, choć minęło wiele lat. Tak jak zwracaliście mi uwagę na to, czemu ciągle przejmuję się mamą i babcią, przecież jestem dorosła... ano nie do końca.

      Natomiast przerobione DDD to niezwykle świadoma, wrażliwa osoba, pełna zrozumienia ale i asertywna. To człowiek, który sam stworzył się na nowo i dzięki temu osiągnął nową jakość. Ja nie zamieniłabym mojego partnera i przyjaciół DDA/DDD na nikogo innego, nawet jeśli czasem dają w kość. Wspólne życie to podróż w głąb drugiego człowieka, wiele wnosząca i dla mnie.

      Ja kilka lat temu postawiłam sprawę jasno – widzę, że masz tragicznie niską samoocenę i z niej wypływają pewne przykre dla mnie zachowania m.in. silna zazdrość, czasem też nie panujesz nad emocjami. Nie chcę w ten sposób funkcjonować w związku i być tak traktowana. Rozumiem, że nie robisz tego z premedytacją, ale możesz z tym coś zrobić. Jeśli chcesz ze mną być – musisz to przerobić. Zrób to też dla siebie, po co się masz tak męczyć. Ja pomogłam sobie tak i tak, tu masz namiary. Czas na twoją decyzję. Byłam gotowa odejść, jeśli by nie podjął terapii, choć to cudowny człowiek i bardzo go kocham. Po prostu zamęczyłabym się. Na szczęście podjął terapię z olbrzymią determinacją i osiągnął wspaniałe efekty.

      Nikomu nie polecam budować relacji z DDD, który nie widzi problemu w swoim zachowaniu i nie zamierza nic z nim robić. Ja zerwałam kontakt ze znajomym DDD, który kiedyś się we mnie zakochał, nie było to odwzajemnione, ale chciałam być jego przyjacielem. Numery jakie odwalał, łącznie z próbą samobójczą, jazdami emocjonalnymi, robionymi draństwami przy jednoczesnym posiadaniu serca na dłoni, sprawiły, że doprowadził mnie do jedynego w moim życiu ataku histerii. Stwierdziłam, że to nie na moje nerwy.
      --
      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
    • 18.09.12, 17:22
      Masz ogromny talent do wykładania rzeczy w jasny, zrozumiały i powiązany logicznie sposób.
      To co napisałaś jest dla mnie bardzo cenne, dziękuję.
      • 18.09.12, 17:54
        I dla mnie też, świetnie się Ciebie czyta, może napisałabyś na ten temak książkę. Myślałaś o ty? Jeśli nie, to może pomyśl ;-)
        Jeszcze jedno pytanie mam, dlaczego często osoby toksyczne wiążą sie z osobami tzw. wydawałoby się "normalnymi"ciepłymi, życzliwymi z natury, i dlaczego ci normalni, z natury dobrzy ludzie potrafią się od takich złych osób toksycznych tak silnie uzaleznic i wręcz zmienic swoje zapatrywania na różne sprawy i swoje zachowania, oczywiście na te gorsze. Tu mam na myśli teścia, dobrego człowieka, który pod wpływem swojej żony przestaje byc sobą i zaczyna zachoowywac się podobnie do żony, chociaż widac, że z natury jest naprawdę ciepłym i dobrym człowiekiem. Skad taka moc z tych osobach toksycznych, dlaczego z taką łatwością i siłą uzalezniają i manipulują wydawałoby się "normalnymi" ludźmi?
        • 18.09.12, 18:54
          zuzi.1 napisała:

          > I dla mnie też, świetnie się Ciebie czyta, może napisałabyś na ten temak książkę.
          > Myślałaś o ty? Jeśli nie, to może pomyśl ;-)

          komentarz obrazkowy

          Szczerze mówiąc to tak się rozkręciłam pisząc o DDD, że kto wie... Jeśli kompilacja wiedzy, którą zebrałam i moich doświadczeń oraz uwag praktycznych może komuś pomóc, to będzie to przekucie wszystkich tych przykrych doświadczeń w coś pozytywnego. Chyba warto.

          Nad pytaniem się zastanowię, bo jest trudne.

          --
          Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
          • 18.09.12, 19:09
            Komentarz obrazkowy powalający ;-)
            Sorvina, jeśli nie książka, to może chociaż jakiś blog na ten temat. Świetnie piszesz, mnóstwo ludzi ma tego typu problemy, może warto pomyślec nad zebraniem swoich myśli i ułożeniem ich w jakiś sposób np. w formie bloga na ten temat. Gdzieś czytałam b. dobrego bloga nt. przemocy psych. i życia z psychofagiem, tytuł uciekamdoprzodu, świetny blog, świetnie napisany przez b. mądrą, ułożoną dziewczynę, która wiele w życiu przeszła z z niezłym psycholem...
            • 18.09.12, 20:21
              Kiedyś w formie autoterapii pisałam bloga. Długo i namiętnie. Straciłam wenę, gdy podałam adres niewłaściwym osobom i przestałam się czuć komfortowo wiedząc, że to czytają. Czas się przełamać..

              Blog o którym piszesz znam, rzeczywiście kopalnia wiedzy w temacie.

              Ok, blog założony na bloxie. Trzeba tylko zacząć go wypełniać. Dam znać jak będzie już coś.
              --
              Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
              • 18.09.12, 20:28
                Super !!! czekamy na cd. Pozdrawiam ciepło
                • 21.09.12, 11:04
                  Skopiowałam teksty z tego wątku i dodałam nowy wpis: zyciezddd.blox.pl/2012/09/Kiedy-toksyczna-osoba-zmienia-zycie-w-pieklo.html
                  --
                  Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                  • 21.09.12, 14:47
                    Sorvina, b. dziękuję ;) i czekam na więcej informacji na blogu, oczywiście w miarę mozliwosci czasowych. Pozdrawiam, zuzi.1
      • 18.09.12, 19:57
        Mam podobne spostrzeżenia, to niezwykle cenna umiejetność, podziwiam i chciałabym tak jasno i zwięźle się wyrażać. Poza tym wiele rzeczy z tego co piszesz jest nie do przecenienia, ze względu na to, że opisałaś nie garsc suchych naukowych faktów tylko takie " z życia wzięte", ale przepracowane i przemyslane. Widać że odrabiasz swoje lekcje:) Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
    • 18.09.12, 22:48
      "Uleganie toksycznej osobie nie daje nic dobrego. Ona i tak jest nieszczęśliwa, bo to co od nas dostaje działa chwilowo, a my opadamy z sił."

      Dlaczego to co dostaje toksyk dziala na niego tylko chwilowo, a nie na dłużej?
      • 18.09.12, 23:16
        Próbowałaś kiedyś nabrać wody sitem albo dziurawym garnkiem? To mniej więcej tak działa. Bez względu na to ile wlejesz, to i tak za chwilę wypłynie, bo nie ma na czym się zatrzymać. Aby się zatrzymało i dana osoba mogła z tego korzystać musi być w stanie tą np. miłość przyjąć. Opiszę na swoim przykładzie: jakiś czas temu odpaliło mi, że nikt mnie naprawdę nie kocha, nawet partner nie kocha mnie wystarczająco, choć na każdym kroku okazywał czułość, wsparcie, namiętność itp. nie było realnie do czego się przyczepić. Ale ja NIE CZUŁAM SIĘ KOCHANA. Tzn, to co on robił sprawiało, że owszem, było fajnie, ale w środku nadal czułam zimno i pustkę. Jakbyś przytulała się w zimny dzień do ledwo letniego grzejnika.

        Wydawało mi się, że gdy ktoś prawdziwie mnie pokocha to ja będę taka szczęśliwa! Miłość mnie wypełni i ja pozytywnie spojrzę na samą siebie i cały świat. Ale tak się nie działo. Więc zaczęłam oceniać, że to co mi daje to nie jest prawdziwa miłość, że powinien się bardziej starać.Tworzyłam teorie, że prawdziwą miłość można rozpoznać po poświęceniu, więc on powinien to i tamto... krótko mówiąc podnosiłam wymagania i poprzeczkę. Ale jak partner im sprostał to nadal nie było dobrze. Kwestionowałam zaangażowanie, intencje. Dobrze, że się szybko połapałam, jakie to chore i doszłam do tego, że tak naprawdę wymagałam od partnera by zrobił coś co sprawi, że ja poczuję się godna miłości. Wydawało mi się, że gdy doświadczę jej w jakiejś takiej wspaniałej formie, to to nastąpi, ale tak się nie działo. Bo zawsze znajdowałam inne wytłumaczenie niż to, że ktoś mnie kocha i mogę się tym cieszyć. Moja samoocena nie pozwalała mi przyjąć miłości. Nie uważałam, że mam do niej prawo - w końcu ciągle słyszałam, że nie zasługuję na nic. Dlatego bagatelizowałam to co dostawałam. I nie ważne ile by tego było, ciągle czułam się niekochana, nie szanowana i głęboko nieszczęśliwa. Dopiero praca nad pokochaniem samej siebie sprawiła, że zaczęłam przyjmować i cieszyć się tym. Wtedy okazało się, że wystarcza mi gdy dostaję znacznie mniej, bo potrafię to dostrzec i docenić.

        Moja mama miała tak samo, uważał, że jej nie kocham i nie doceniam. Bez względu na to jak bardzo się starałam jej to okazać. Ale ja nie mogę za nią zmienić jej sposobu myślenia ani uzdrowić emocji i dać jej coś, co tylko ona może dać samej sobie.
        --
        Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
        • 19.09.12, 09:19
          sorvino ja również chciałabym podziękować ci za ten wątek , podzielić się moimi wątpliwościami oraz zadać kilka pytań.Stosunkowo niedawno odkryłam, że przez lata byłam ofiarą manipulacji mojej teściowej, kobiety prostej, całe życie mieszkającej na wsi , bez wykształcenia. moje pierwsze pytanie brzmi , gdzie uczą takiego zachowanie, skoro często słyszałam jakiej łaski dostąpiłam wżeniajac się w tak szlachetną familię. Twierdziła, że jest to rodzina z zasadami, szlachetna, jednak jej zachowanie o tym przeczy.Brak empatii i postrzeganie świata w barwach białych i czarnych pasują do zachowania toksyka. Sen z oczu ( dosłownie) spędza mi zaprzeczanie. Mąż twierdzi, że to może zaniki pamięci( 76 l.), jednak takie zachowanie zaobserwowałam 15 lat temu. Nie sądzę, żeby już wtedy pamięć szwankowała. Otóż moja teściowa zaprzecza wszystkiemu co miała rzekomo do mnie, lub o mnie powiedzieć. Ja słyszałam np; co o mnie mówi, lub jeżeli obraźliwie do mnie się zwracała, a kobieta zawzięcie zaprzecza, że omawiana sytuacja nie miała miejsca. Dopiero wczoraj zaznałam oświecenia czytając twój wpis, że może problem zaprzeczanie jej dotyczy. Jest mi z tym bardzo ciężko , bo nie wiem jak takie zachowanie klasyfikować, czy to notoryczna kłamczucha, czy osoba wypierająca wszystko?????. Kolejny problem to obarczanie mnie winą za jej choroby, aktualnie przeze mnie dostała nerwicy, która zaatakowała jej oczy i traci wzrok. Będę wdzięczna za przeanalizowanie tego co napisałam i odpowiedź w czym tkwi problem, bo ja rzeczywiście czuję się winna.
          • 19.09.12, 10:32
            Sorbeta
            Opis twojej teściowej bardzo podobny jest w niektórych aspektach do mojej babci. Podejrzewam, że ukształtowała je podobna mentalność. Spędziłam trochę czasu próbując rozpracować czemu moja staruszka zachowuje się tak a nie inaczej, dowiadywałam się jak wyglądało jej dzieciństwo, analizowałam jej przekonania i choć obecnie nie wiem, czy jak idzie w zaparte, że mnie nie wyzywała to już demenecja (82 lata), czy robi to bo zawsze tak robiła, to mniej więcej rozumiem na jakich zasadach działa.

            Dzieciństwo i młodość obu pań przypadły na bardzo trudny okres międzywojenny i powojenny. Zwłaszcza na wsi to był często czas biedy i wszech obecnej śmierci. Dziecko było problemem, kolejną gębą do wykarmienia. Nikt się nim nie przejmował. Powinno się cieszyć, że dostało jeść przecież i z tym były problemy. O jego uczuciach nikt nie myślał. Dziecko zaczynało się liczyć, gdy stawało się użyteczne – mogło pomóc w polu, albo zaopiekować się rodzicami. Wartość człowieka wyznaczała jego użyteczność i stan posiadania – takie były założenia, które pewnie obydwie panie wyniosły. Głowa rodziny – rodzic, który posiadał ziemię i klucz do spiżarni mógł terroryzować rodzinę i dowartościowywać się władzą jaką miał. Teraz musieli się z nim liczyć. Każdemu nowemu członkowi rodziny trzeba było pokazać jego miejsce, niech czeka na swoją kolej. A najlepiej by ona nigdy nie nadeszła i być zawsze na górze hierarchii. Moja babcia w wieku 80 lat nadal JEŹDZIŁA do pracy... samochodem 1h w jedną stronę. Odpuściła po spowodowaniu 2-go wypadku, który mocno ją poturbował. Ale jeszcze miała plany by robić jakiś kurs i jeszcze trochę popracować (jako specjalistka w swoim zawodzie mogła). Myśl, że straci źródło dużych dochodów przerażała ją. Nie po to wmawiała córce i próbowała mnie całkowitą niezaradność życiową i utrzymując córkę do dziś dnia, by nagle nie móc kontynuować manipulacji i wymuszania różnych rzeczy szantażem finansowym.

            Bez względu na to jak bardzo ją zapewnialiśmy, żeby sobie odpoczęła, że się nią zajmiemy, ją ta wizja przerażała. Bo dla niej ktoś niepotrzebny i uzależniony od innych to NIKT i bała się, że będziemy ją traktować, tak jak ona nas. W jej mentalności nie było miejsca na jakiekolwiek bezinteresowne zachowania wobec drugiego człowieka. Gdy rozmawiałam z nią o miłości to drwiła, że jakieś głupoty opowiadam. A ponieważ w ten mentalności człowiek jest nikim/niczym, to ona nie miała prawa dbać o siebie. Zarabiając grube pieniądze, mieszkała w ruderze. Remontowała tylko fragmenty domu związane z pracą, bo to dało się uzasadnić – było potrzebne. Zrobienie czegoś dla siebie było zakazane. Manipulując czy nie, miała wkodowane, że ma służyć rodzinie i nie wolno jej robić nic dla siebie. Natomiast wiadomo – prawo wyznacza ten kto rządzi, więc będąc na górze, mogła obchodzić to i zmuszać innych członków rodziny by robili coś dla niej zaspokajając jej potrzeby. Nie mogła o to prosić, bo nie wierzyła ani, że ma do tego prawo, ani, że cokolwiek dostanie. Ale wymuszanie było dopuszczalne.

            Z powodu zaniedbań w dzieciństwie miała bardzo ubogi wachlarz zachowań społecznych i sposobów zaspokajania swoich potrzeb. Nie mówiła tylko wydawała polecenia, płaszczyła się przez większymi od siebie, przechwalała się tym co ma każdemu kto się nawinął, resztę zachowań też miała dość prymitywną. Przy różnicy zdań błyskawicznie przechodziła do wyzwisk, by za 2 min obiecywać góry złota za ustąpienie. Nie ważna strategia, ważne by efekt był odpowiedni.
            Także nie tyle uczyli takich zachowań, ile nie uczyli lepszych. Wypieranie, czarno-białe widzenie świata (jest ich znacznie więcej) to też niedojrzałe sposoby radzenia sobie z przykrymi sytuacjami. Jeśli ktoś zatrzymał się rozwojowo na etapie dziecka, to nie ma innych.

            Odkąd pamiętam nie potrafiła przyznać się do JAKIEGOKOLWIEK błędu. Jedną taką scenkę opowiadam jako anegdotkę: Babcia każe ugotować mleko. Ja – babciu mleko się zsiadło, wyjdzie ser. Babcia- nie gadaj głupot świeżutkie mleczko jest... Oczywiście się zważyło, na co usłyszałam – źle gotowałaś!. Zabawne przy takiej pierdzie, ale nie gdy w grę wchodziło coś co krzywdziło innych.

            Dlaczego tak robi zrozumiałam dopiero gdy zaczęłam czytać o narcystycznych osobowościach. Można na ten temat poczytać, w skrócie narcyz to osoba, która w dzieciństwie dostała przekaz – taki jaki jesteś naprawdę, jesteś beznadziejny i nikt cię nie pokocha. Masz być taki a taki. Narcyz szybko odkrywa, że musi odgrywać pewną rolę i pielęgnować swój wizerunek. Z czasem już nie wie jaki jest naprawdę i przywiązuje się do swojego wizerunku. Będzie go bronił za wszelką cenę, bo każda rysa na nim to ryzyko, że ktoś się dowie jaki beznadziejny jest naprawdę. Dlatego narcyz nigdy nie przyzna się do błędu lub zachowania niezgodnego z jego wizerunkiem. Nie ważne jak jego realne zachowanie odbiega od wizerunku. Moja babcia odgrywała rolę wspaniałej, zaradnej, dobrej pomagającej nieporadnej rodzinie i wszystkim wokół. Twoja teściowa budowała wizerunek całej rodziny wspaniałej i szlachetnej, a może tak naprawdę bardzo wstydziła się tego co jest naprawdę.

            Narcyz, któremu wytykamy błędy (lub chociaż nie gloryfikujemy wizerunku), staje się agresywny. Traktuje to jako zamach na swoje poczucie własnej wartości, więc broni się wszelkimi sposobami często całkowicie pozbawionymi empatii. Próba wbicia w poczucie winy i odpowiedzialności to świetna manipulacja. Odwraca uwagę od zachowania narcyza i kieruje ją na ciebie. A mało kto nie zacznie się zastanawiać „a może jednak mogłam postąpić inaczej?” Manipulując poczuciem winy, można na drugiej osobie bardzo dużo wymusić, właściwie w nieskończoność. Poza tym skoro ona jest doskonała, a okazuje się, że coś jej nie wychodzi, traci zdrowie, to ktoś musi być temu winien. Ale przecież nie ona, bo jest doskonała. Miała by się przyznać, że zaniedbała zdrowie? Że jej życie psychiczne odbiło się na organizmie, ciągłe napięcie i stres związany z kontrolowaniem otoczenia by wierzyło w wizerunek, spowodowało skutki uboczne? Pewnie nie jest świadoma tych konsekwencji, ale mechanizm przerzucania winy i odpowiedzialności na innych ma, więc z niego korzysta. Poza tym tak łatwiej radzić sobie z bólem i frustracją, jest kogo za to skopać.

            Obecnie rzeczywiście możliwe jest, że obie mają problemy z pamięcią. A nawet i bez nich przyznania się do tego co robiły nie uzyskamy. Warto przestać na nie czekać, samemu uznać swoją prawdę, poradzić sobie z emocjami i żyć dalej. Nie dawać się manipulacjom. Jeśli wpływ takiej osoby jest na nas zbyt silny i szkodliwy zarazem – odciąć się. One przez 80 lat swojego życia tak żyły i funkcjonowały i tak dalej będzie. Inaczej nie potrafią, co nie znaczy, że miały prawo krzywdzić innych. Kiedyś mogły z tym coś zrobić, ale nie znalazły siły i odwagi. W jakimś stopniu ich rozumiem, bo wiem jak piekielnie boli zetknięcie się ze swoją realną samooceną. To taki ból, że człowiek chce od tego uciec jak najdalej. Gdybym nie miała świadomość, jak bardzo jej nieuzdrowienie niszczy mi życie, że naprawdę dalej nie da rady, bo ukochany partner odejdzie, finanse się zawalą i dopiero będzie żal i upokorzenie, to nie wiem czy bym miała motywację by się tym zajmować.

            Mnie jest mojej babci bardzo żal, bo w życiu nie chciałabym żyć w świecie tak pozbawionym uczuć wyższych, elementarnego szacunku do drugiego człowieka. Ale ona nie tylko czyniła piekło innym, ona sama w nim żyła. I w nim umrze, pozostaje cieszyć się, że my nie.
            --
            Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
            • 19.09.12, 10:38
              Jeszcze jedno. Moja mama jest już chora z nienawiści i uczyniła z zemsty sens życia, rządzi się swoimi prawami, natomiast co do babci to nie sądzę by krzywdziła z premedytacją by krzywdzić. Nawet kiedyś powiedziała coś takiego, że po prostu dokonała wyboru, musiała wybrać między mną i mamą i wybrała mamę. Dla "dobra" rodziny była gotowa mnie poświęcić. Robiła to raczej bezrefleksyjnie, bo taki był świat w którym się wychowała, życie i dobro jednostki się nie liczyły. Więc może nie rozumieć oskarżeń - dlaczego mnie skrzywdziłaś, bo ona nie rozumowała tymi kategoriami. To nie zmniejsza bólu, ale sprawia, że człowiek staje się bardziej ofiarą systemu niż człowieka. Mnie osobiście jest łatwiej to znieść.
              --
              Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
              • 19.09.12, 11:39
                Sorvina, bardzo dziękuję za zaangażowanie i twoja wypowiedź. Mi mojej teściowej też mimo wszystko żal . Wiele lat słyszałam; " ja to robiłam tak i tak ", ja nigdy jej nie dorównywałam, gdyż robiłam inaczej, a tylko ona miała rację, tylko wszystko robione pod jej dyktando było dobre. Mój teść kiedyś powiedział; " człowiek bez roboty nic jest nie wart" , dla nich wyznacznikiem wartości człowieka był stan posiadania, a że ja pochodzę ze skromnej rodziny, zawsze byłam dla nich nikim. Jeszcze raz ci dziękuję, bo mimo wszystko ciężko jest żyć ze świadomością , że się kogoś krzywdzi ( ja krzywdzę, bo mimo iż mieszkamy w jednym domu nie odzywam się 3 lata, wyjątkami są jakieś " wyskoki " )
                • 19.09.12, 11:52
                  sorbeta napisała:

                  > mimo wszystko ciężko jest żyć ze świado
                  > mością , że się kogoś krzywdzi ( ja krzywdzę, bo mimo iż mieszkamy w jednym dom
                  > u nie odzywam się 3 lata, wyjątkami są jakieś " wyskoki " )

                  Nie myśl, że ich krzywdzisz. Zachowaj to słowo dla prawdziwej krzywdy. Tego, że ktoś wchodzi z butami do czyjegoś życia, jego przestrzeni psychicznej i coś mu robi. A co ty robisz? Nie spełniasz ich oczekiwać? Nie jesteś za nie odpowiedzialna, mogą je zmienić i zaakceptować Cię taką jaką jesteś. Nie chcesz się podkładać by oni dalej mogli być toksyczni twoim kosztem, nie ponosząc za to odpowiedzialności? Tak naprawdę to przestałaś brać na siebie konsekwencji ich toksyczności. Teraz muszą się z tym mierzyć samo. Pewnie, że to nie jest przyjemne, ale oni sobie naważyli tego piwa, a nie ty.

                  Pogardzanie osobami w gorszej sytuacji finansowej znam aż za dobrze. Jeden z ulubionych sposobów poprawiania sobie samopoczucia. Ale moja mama wybrała właśnie takiego męża. Widać coś jej w tym było potrzebne. Może "słabszy" był bezpieczniejszy, nie bała się, że ją zdominuje.

                  Podważaniem wartości tego co robimy po swojemu też nie warto się przejmować. Osoba o tragicznie niskiej samoocenie będzie twierdzić, że to co robi jest najlepsze, bo gdyby przyznała, że ktoś robi coś równie dobrze lub nawet lepiej, poczuła by się mniej wartościowa. Najlepiej więc niech wszyscy uznają, że to jedyny idealny sposób i trzeba go powielać. Poza tym tak jest prościej - nikt nie kwestionuje naszego sposobu życia, nie musimy tracić czasu i nerwów na zastanawianie się czy dobrze robimy, a może jednak dobre jest coś innego. Zamyka to drogę rozwoju, ale psychicznie jest bardzo wygodne. Wie to każdy, którego wątpliwości potrafią zamęczyć.

                  Twoi teściowe nie dostrzegają życia na innych niż materialna płaszczyzna, ale Ty możesz. A także doceniać siebie i innych za rzeczy, które dla teściów są abstrakcją. A oni niech sobie żyją w swoim świecie. On Ci nie zagraża, jeśli jesteś pewna siebie i swoich wartości oraz potrafisz stawiać granice.

                  --
                  Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                  • 19.09.12, 12:12
                    Lżej mi na sercu po twoich wpisach, bo jak się słyszy przez lata, ze im się świat przeze mnie zawalił, ze się do nich pchałam na siłę, że mój mąż mnie nigdy nie kochał , to człowiek w końcu w te brednie wierzy. Ja mimo , iż od 3 lat wiem , że oni są mega toksyczni , to bardzo się przejmuję ich tekstami, analizuję, dociekam, chociaż wiem, że nie mają racji. Przez te lata krok po kroku odarli mnie z poczucia własnej wartości, którą odbudowuję. Ja bardzo kocham moje dzieci, okazywałam to zawsze, czym doprowadzałam teściów do wściekłości, bo na kogo ja ich wychowam, okazując tyle serca.Robili mi awantury, kiedy niosłam dziecko na rękach, bo przecież ma nogi, a sami w miejscach publicznych dzieciaka mi wyrywali, żeby ludzie widzieli , jacy kochający z nich dziadkowie. W tematyce dzieci popełniłam wiele błędów, będąc ciągle zdenerwowana przez teściów, a dzieci zawsze były pod ręką. Bardzo tego żałuję i przepraszam je za to.
                    • 19.09.12, 15:53
                      Z ich punktu widzenia świat im się zawalił. Pojawiłaś się ty, zaczęłaś męża i dzieci traktować z miłością, system rodzinny oparty na kontroli i manipulacji zaczął się sypać. No po prostu skandal, jeszcze zaczniesz dzieciom mówić, że mają prawo spełniać marzenia, a nie realizować oczekiwania rodziny, do czego to doszło ;) Ale to, że zaczęłaś rozsadzać patologię od środka to nic złego, natomiast oni z tego powodu najszczęśliwsi nie są.

                      Ogólnie jak się patrzy z boku to te zarzuty nawet zabawnie brzmią - zgwałciłaś męża i zmusiłaś do śluby? bo tak to mniej więcej brzmi ;) Moja rada - nie roztrząsaj oskarżeń zastanawiając się nad każdym zdaniem - spójrz na to szerzej - jaki mają cel. Nie ufaj nieżyczliwej krytyce - nigdy. Tylko mąż może Ci powiedzieć czemu cię chciał, a założyłaś rodzinę z nim, a nie teściami. To, że oni nie potrafili otworzyć serca na nowego członka rodziny to ich problem. Nie chodzi o to czy nosisz i przytulasz małe dziecko 5 min za długo, ale ideologiczny sprzeciw wobec kochaniu i okazywaniu uczuć. Ty i teściowie macie zupełnie inny model wychowawczy i sposób życia. Nie chcą i nie potrafią zaakceptować twojego, bo podważa ich wartości i działania samym swoim istnieniem, wytrąca im władzę z rąk. Dlatego atakują. Szkoda tracić energii na przejmowanie się tym.

                      Tacy ludzie nie potrafią kochać, więc pewnie im nie przychodzi do głowy, że twój mąż mógł kochać Ciebie. Zresztą jak chcą zranić to walą tam gdzie boli najbardziej, widzą ile miłość dla ciebie znaczy, więc tam uderzają.

                      Uważaj, żeby nie przedobrzyć z tym przepraszaniem dzieci. Robiłaś najlepiej jak potrafiłaś, wyciągnęłaś wnioski - czas żyć dalej. Wybacz sobie, że tak wątpiłaś w swoje wartości i ustępowałaś teściom. Pokaż dzieciom, że można popełniać błędy, przyznać się do tego, ale nadal się jest wartościowym człowiekiem, wyciąga się wnioski i idzie dalej.

                      --
                      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                      • 19.09.12, 22:50
                        Sorvino kochana, dziękuję za słowa skierowane do mnie, znaczą dla mnie bardzo dużo, zdjęłaś mi ciężar z serca i wyjaśniłaś wszystkie mechanizmy toksyków w przystępny sposób. Bardzo cię ściskam i życzę wszystkiego co najlepsze, bardzo mi pomogłaś :-))))
                  • 19.09.12, 12:29
                    Jak uwolnić się od toksyka? Wiem, że są całe tomiska napisane, ale rzeczywistość mocno brutalna. Wiem, że powinnam, wiem ze wtedy ruszę do przodu także zawodowo ale jak to zrobić po 20 latach? no jak? Nie oczekuję cudownych recept, ale nie bardzo mam gdzie tę frustrację z siebie wyrzucić. Może to też "tresura" domowego przemocowca, że o trudnych sytuacjach domowych nie rozmawiamy "na zewnątrz". Wybaczcie jesli przynudzam. Podziwiam osoby takie jak Ty, Sorvino, za siłę, determinację, asertywność i wiele innych cech. Chciałabym je kiedyś w sobie wskrzesić
                    • 19.09.12, 12:54
                      Gotowa, zajrzyj w to miejsce:
                      terapiaprzezpisanie.blogspot.com/
                      blog prowadzi kilka kobiet, które uwolniły się lub właśnie się uwalniają z toksycznych związków.
                      Opisują swoje historie, doradzają, podtrzymują na duchu i są otwarte.
                      • 09.04.13, 03:16
                        Podbijam. Walkiria, jedna z dziewczyn z bloga zadała sobie pytanie czy jest gotowa wymaszerować z niczym - zdaje się, że na szczęście córka była już (niemal) dorosła. Wzięła i wymaszerowała.
                        --
                        Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
                        Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
          • 13.04.13, 21:22
            Brak empatii, zaprzeczanie, albo wręcz obarczanie innych winą za własne zachowania to działania osoby psychopatycznej. Wcale nie takie rzadkie wśród ludzi. Taka osoba może nam dosyć skutecznie zatruć życie i nie ma w zasadzie szans na rozwiązanie problemu.
        • 13.04.13, 21:48
          Byłaś w domu krytykowana, surowo oceniana? Poczucie własnej wartości wynosi się z domu.
    • 20.09.12, 07:44
      I ja dziekuje, Sevino.
      Moj ojciec jest osoba toksyczna co do dzis powoduje moje problemy. Odcielam sie od niego ale nadal czuje do niego nienawisc.
      Dziekuje za Twoje posty.
      --
      Jak za posiadanie penisa będą przyznawać rentę, to ja będę wtedy honorować wyjaśnienia "czego ty oczekujesz, to przecież facet".by falka32
    • 20.09.12, 23:46
      Zuzi.1 spytała:
      Dlaczego często osoby toksyczne wiążą sie z osobami tzw. wydawałoby się "normalnymi"ciepłymi, życzliwymi z natury, i dlaczego ci normalni, z natury dobrzy ludzie potrafią się od takich złych osób toksycznych tak silnie uzaleznic i wręcz zmienic swoje zapatrywania na różne sprawy i swoje zachowania, oczywiście na te gorsze. Tu mam na myśli teścia, dobrego człowieka, który pod wpływem swojej żony przestaje byc sobą i zaczyna zachowywac się podobnie do żony, chociaż widac, że z natury jest naprawdę ciepłym i dobrym człowiekiem. Skad taka moc z tych osobach toksycznych, dlaczego z taką łatwością i siłą uzalezniają i manipulują wydawałoby się "normalnymi" ludźmi?

      Trudne pytanie. Odpiszę jak ja to widzę.
      Nie ma chyba ludzi całkiem dobrych lub całkiem złych, każdy ma różne strony swojego charakteru, swój cień. Przy pewnych ludziach, w pewnych sytuacjach jedne strony naszej osobowości dochodzą do głosu, przy innych – inne – człowiek się czasem zupełnie bezmyślnie dopasowuje, by zostać zaakceptowanym przez otoczenie. Natomiast to nie jest dobry człowiek, robiący złe rzeczy, tylko człowiek, który czasem zachowuje się dobrze, a czasem źle. Z jakiegoś względu mu to pasuje, inaczej by to zmienił. Jeśli ktoś jest miły i sympatyczny na osobności, a przy małżonku się zmienia, tzn., że priorytetem jest dla niego relacja z małżonkiem, a nie z nami, również nie jest dla niego nadrzędną wartością bycie dobrym Tzn. że jest dobry dla nas tylko pod warunkiem, że nie koliduje to z jego innymi potrzebami i planami. Pokazywanie lepszej twarzy na osobności jest wygodne, można robić za dobrego policjanta, coś ugrać, w kontraście z tym złym małżonkiem wyjść na dobrego. Jeszcze załapać się na współczucie i troskę.

      Osoba o narcystycznej osobowości (a takie cechy widzę u mojej mamy), potrafią być fascynujące. Mają w sobie pewną aurę niezwykłości. Owszem, jest to odtwarzana rolą, ale one w nią wierzą i wiele osób znajduje się pod ich urokiem. Dowartościowują się, tym, że ktoś tak niezwykły zwrócił na nich uwagę i zrobią wszystko by tą uwagę i jej względy utrzymać. A jeśli narcyz z czasem przestanie być czarujący i miły, to jego wielbiciel zrobi wiele, by to tego stanu powrócić. Nie ważne, że latami taki facet robi za podnóżek jaśnie pani, lekceważy potrzeby dzieci i ustawia je tak, by tylko pani matki nie drażniły, bo oberwie za to tatuś. Na boku może od czasu do czasu być miły dla dzieci, bo nie chodzi o to, że je z premedytacją chce krzywdzić, ale potrzeby pani żony są najważniejsze. Nie ważne jakim kosztem dzieci są osiągane.

      Choć doskonale zdaję sobie sprawę z siły manipulacji i perswazji takiej toksycznej osoby, to jednak bym jej nie przeceniała. Aby ulec trzeba być podatnym, z jakiegoś powodu bardzo pragnąć tego co taka osoba może nam dać, myślimy, że może nam dać lub też tylko udaje. Np. ja przez jakiś czas miałam wielką słabość do facetów w typie mojego ojca, równie popapranych i z wadą postawy w postaci dupy na boku. Roiło mi się, że jak mnie taki pokocha i się dla mnie zmieni, wybierze mnie a nie tą trzecią (tak jak w dzieciństwie chciałam by tatuś choć raz stanął po mojej stronie), to to będzie prawdziwa i wielka miłość i da mi tyle szczęścia, że wszelkie poświęcenie jest tego warte. A wyszła patologia, bo odtwarzają znane scenariusze nie zrealizujemy innego zakończenia. Ciężko odpuścić zauroczenie taką osobą, bo to jak przyznać się, że tatuś nigdy nie pokocha. Sporo pracy i nad samooceną by uwierzyć, że zasługuję na coś lepszego – na miłość, o którą nie muszę walczyć, nad wyobrażeniami o miłości, nad przerobieniem relacji z ojcem. Gdy się to w sobie poukłada, to takie osoby tracą nad nami władzę. Bo mają jej tyle ile sami im dajemy.

      Bardzo Ci dziękuję za wyjaśnienia, jest to wszystko dosyc zawiłe, ale powoli zaczynam rozumiec jak tacy ludzie funkcjonują... A dlaczego Twoja matka nie była w stanie postawic się babce, tylko się jej podporządkowała pomimo cierpienia, a potem jeszcze w komitywie z babką krzywdziła ojca i Ciebie. Skad ta siła w babce, dlaczego udało jej się Twoją matkę zmanipulowac, psych. uzaleznic i pogrążyc plus jeszcze namowic do gnębienia Ciebie i ojca?
      I
      dalej nie za bardzo rozumiem dlaczego tak robiła, że obwiniała Was o jej cierpienie spowodowane przez babkę?


      Babcia przed długi czas budowała siatkę manipulacji wokół mojej mamy, uzależniając ją od siebie materialnie coraz bardziej, przekonując, że nie poradzi sobie bez niej i kto jej pomoże jak nie matka. Niszczyła mojej mamie samoocenę, wybijała z głowy wszystko co sprawiało jej radość. W przypadku jakiegokolwiek sprzeciwu babcia odstawiała piekło – wyzywając, grożąc, obrażając od najgorszych. Być może moja mama miała słabszą psychikę ode mnie, co czyniło ją bardziej podatną. Może chroniąc swój narcystyczny wizerunek doskonałej matki, nie mogła negować obrazu babci – tak bardzo podobnej w swoim matkowaniu do niej. Poza tym teoria – matka ZAWSZE zasługuje na miłość i szacunek, jaka by nie była, była wygodna i dla niej. Wiem, że gdy raz podjęła terapię i od razu wyszedł temat babci ucięła go stwierdzając, że ma wspaniałą mamę – tyle jej zawdzięcza i to był koniec tematu. Jej siostra potrafiła się postawić i zachować dystans, wiem, że ma żal, że to mama była ukochanym dzieckiem (co oznacza, że więcej dostawała od babci), może profity były na tyle istotne, że mama nie zdecydowała się zbuntować ryzykując ich utratę? Może pozostając psychicznie dużym nieukochanym dzieckiem broni wyobrażenia, że matka ją na swój sposób kocha i nie chce tego zakwestionować, bo tak czuje się bezpieczniej? Myślę, że nie było jednego powodu, po prostu wiele rzeczy się nałożyło.

      Nie twierdzę, że wiem i rozumiem jak to było i co przeważyło. Zdaję sobie tylko sprawę z tego, że z jakiegoś powodu nie odważyła się powiedzieć matce jak ta ją skrzywdziła, w związku z tym nigdy nie mogła wyrazić wobec niej emocji, które temu cierpieniu towarzyszyły. Nawet jeśli babcia dyrygowała nią gdy ta miała 50 lat i więcej i rządziła się w jej własnym domu. Ale taka ilość emocji nie może pozostawać bez ujścia, gdzieś trzeba je przelać. Ona nie dawała sobie już z nimi rady. Skoro mama oficjalnie nie cierpiała przez babcię, to musiała cierpieć przez kogoś innego – i tutaj rolę kozła ofiarnego zaczął pełnić mój ojciec i ja. Oczywiście nakładały się na to jakieś realne pretensje, ale nieadekwatne do ilości nienawiści z jakimi je wypowiadała. Np. to, że ojciec pokroił do zupy jajko w kostkę, a ona chciała w ćwiartki, tylko nie raczyła o tym nikogo poinformować, nie oznaczało, że jej nie szanuje, ma ją gdzieś, zawsze miał, robi jej na złość, chce jej zepsuć dzień, nie przejmuje się jej zdrowiem itp. A to, że ja wysprzątałam 300 metrowy dom, ale zostawiłam brudny kubek na stole, nie oznacza, że traktuje dom jak hotel, jestem niewdzięczna, chce tylko brać, nic nie potrafię szanować itp. itd.

      Przykre było to znosić, bo ona wyżywała się za prawdziwe krzywdy, tylko wobec niewłaściwych osób, ale emocje były autentyczne. Naprawdę wyglądała jakby wierzyła, że całe cierpienie w jej życiu spowodowałam ja czy ojciec. Dlatego tak łatwo wbijała w poczucie winy, bo przy takiej ilości oskarżeń, człowiek wierzy, że choć część jest prawdą, wątpi w swoje intencje i czuje się jak ostatnia kanalia.

      Czy Twoja matka gnębiła Ciebie i ojca, żeby przypodobac się babce, żeby ta mniej niszczyła ją samą w efekcie?
      Raczej matka nasyłała na mnie babcię by ta „zrobiła ze mną porządek”. Ole to ostatnio, gdy zawarły wspólny front przy okazji rozwodu. Wcześniej mama chciała po prostu mieć święty spokój i pozwalała babci robić to jej się chciało. A dręczyła mnie sama, z osobistych powodów. Gdy była silniejsza, zdarzało jej się powiedzieć babci, by dała mi spokój, gdy czepiała się naprawdę głupot. Ale gdy matka zaczęła być stale pod wpływem silnych emocji to rozsądek się ulotnił i praktycznie przy każdym spotkaniu chciała mi dowalić, więc z przyjemnością p
      • 20.09.12, 23:53
        *więc z przyjemnością patrzyła jak babcia to też robi. (urwało)
        --
        Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
    • 26.09.12, 22:17
      Witaj, Sorvina!

      Czy można do Ciebie napisać na priva? Mam pewną sytuację, rozumiem ją doskonale, wiem, skąd się bierze, ale nie wiem co z nią robić. Nie chciałabym publicznie, a Twoje posty wydają mi się sensowne... i tak jakoś, na zasadzie może "wspólnych fal" do mnie przemawiają.

      Pozdrawiam :)
      • 26.09.12, 23:05
        pisz => sorvina@gazeta.pl
        --
        Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
        • 26.01.13, 20:50
          rob tak dalej, izoluj sie od najblizszych i ani sie obejrzysz kiedy zostaniesz sama.
          a moze wiecej empatii? a moze inni wlasnie ciebie uwazaja za toksyczna? i w ogole co to za okreslenie
          czlowieka? jakis nowoslow na okreslenie kogos, kto jest po prostu inny niz my.



          --
          "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
          • 26.01.13, 21:20
            bez_przekazu napisał(a):

            > i w ogo le co to za okreslenie
            > czlowieka? jakis nowoslow na okreslenie kogos, kto jest po prostu inny niz my

            Pozostaje mi pogratulować, że nie miałaś do czynienia z takimi osobami i prosić byś nie wypowiadała się w temacie, o którym nie masz zielonego pojęcia.

            --
            Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
            • 31.01.13, 18:16
              a moze to ty jestes toksyczna?
              straszna ta twoja wypowiedz. boje sie takich ludzi, jak ty. sa bezwzgledni.

              sorvina napisała:

              > bez_przekazu napisał(a):
              >
              > > i w ogo le co to za okreslenie
              > > czlowieka? jakis nowoslow na okreslenie kogos, kto jest po prostu inny
              > niz my
              >
              > Pozostaje mi pogratulować, że nie miałaś do czynienia z takimi osobami i prosić
              > byś nie wypowiadała się w temacie, o którym nie masz zielonego pojęcia.
              >


              --
              "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
            • 08.04.13, 19:28
              sorvina napisała:

              > Pozostaje mi pogratulować, że nie miałaś do czynienia z takimi osobami i prosić
              > byś nie wypowiadała się w temacie, o którym nie masz zielonego pojęcia.
              >

              dla mnie jestes toksyczna, bo odbierasz mi prawo do dyskusji:)
              --
              "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
              • 14.04.13, 23:32
                bez_przekazu napisał(a):

                > dla mnie jestes toksyczna, bo odbierasz mi prawo do dyskusji:)

                Chciałabym by znane mi osoby toksyczne wyrażały swoją toksyczność prosząc mnie raz bym nie wypowiadała się w temacie, na którym się najwyraźniej nie znam. Ach... rozmarzyłam się ;)
                Oczywiście masz prawo do własnych definicji, rozumiesz chyba jednak, że wprowadza to zamieszanie w temacie, gdzie stosuje się definicję inną.

                --
                Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
    • 25.01.13, 23:43
      Pozwole sobie odpowiedziec na pierwsze pytanie:

      Dlaczego przyciągałaś do siebie osoby toksyczne?

      To jest pytanie dlaczego kraje trzeciego swiata przyciągnely kolonizatorów?

      Bo były łatwym łupem. Co prawda tubylcy mieli broń ktora odstraszylaby osoby nieuzbrojone, ale w starciu z kolonizatorami byla bezuzyteczna.

      Kolonizatorzy zauwazyli ze tubylcy nie znaja wartosci posiadanych przez siebie bogactw naturalnych i wymienia je na bezwartosciowe paciorki.

      Oczywiscie gdyby tubylcy sprzedali swe dobra uczciwym ludziom mogliby dostac w zamian o wiele wiecej ale raz, ze nawet nie przyszlo im to do głowy, dwa kolonizatorzy byli na miejscu a przeprawa przez morza byla trudna i pelna niebezpieczenstw realnych czy urojonych, trzy zyli w izolacji i nie bylo nikogo kto by im powiedzial jak zly robią interes.
      Kolonizatorzy przekonali ich ze paciorki to wszystko na co kiedykolwiek moga liczyc.

      ...
      • 26.01.13, 10:49
        Pieknie piszesz Shukrio.

        --
        [img]http://s4.tinypic.com/2z40pdi_th.jpg[/img]po prostu, prosto z mostu..
        • 30.01.13, 20:45
          Dzięki :)

          Własnie myślę nad napisaniem ksiązki na temat mojego zycia.

          Tylko bardzo sie boje zeby nie zamieniło sie to w uzalanie sie nad sobą tylko bylo czyms pozytywnym.

          Bardzo sie tez boje tego ze byc moze to pamiec płata mi figle i kogos skrzywdze- tzw. syndrom fałszywych wspomnien...
          • 30.01.13, 22:40
            Czekaj skopiuje do twojego watku Shukrio, tutaj juz nie robimy zamieszania :D
            --
            po prostu, prosto z mostu..
    • 08.04.13, 14:49
      Również należę do osób, które mają za sobą niemało doświadczenia związanego z byciem wykorzystywaną. W pewnym momencie po prostu musiałam przewartościować niektóre sprawy, bo żyło mi się bardzo trudno, a za jaką cenę? Marną.
      Szczególnie interesuje mnie wątek wampiryzmu energetycznego i manipulacji. Postanowiłam założyć więc bloga, który co prawda jest na początkowym etapie, ale może ktoś znajdzie w nim coś dla siebie.

      www.tropieniewampirow.blogspot.com/
      Pozdrawiam :)
    • 08.04.13, 16:05
      Skoro już ktoś odgrzebał wątek, to zadam pytanie. Jak sobie z takimi osobami radzić. Czytam np. Toksyczne słowa Evans i jakoś rada by mówić za każdym razem "Przestań" na toksyczne słowa, do mnie nie przemawia. Poza tym jest bardzo niepraktyczna w codziennym życiu. Musiałabym co któreś zdanie męża w ten sposób przerywać, co oznaczać będzie eskalację jego zachowań, podobne "przestań" z jego strony na moje jakieś słowa, w ramach pokazania mi jako to jest, a w końcu do pewnie jego odejścia. Zwłaszcza gdy w życiu codziennym jednak masę drobiazgów trzeba codziennie organizować, ustalać itp. I jakoś nie widzi mi się by to w czymś pomogło.
      Inna rada to zignorować. Ok, tylko jak zignorować czyjeś ignorowanie? Poza tym będzie przecież coś takiego powodowało oddalenie się partnerów - jedno siedzi obrażone, a drugie w ramach ignorowania focha, też się w zasadzie nie odzywa.
      Inne rady to zadbać o siebie, znaleźć przestrzeń w życiu, własne hobby itp. co zawsze jakoś będzie oznaczać rozluźnienie związku z partnerem. Zatem znowu to rozwiązanie jednak zmierza do zakończenia związku.
      Mnie te rady wydają się bardziej zmierzać w kierunku spowolnienia rozstania niż rozwiązania problemu, czy też się mylę.
      Czy to jednak działa, tj. te rady z książek jak ta Evans, tylko to kwestia konsekwencji i czasu.
      Ma ktoś jakieś doświadczenie w tej kwestii.
      • 08.04.13, 19:24
        wlasciwie juz sobie odpowiedzialas pytaniami.
        podtrzymuje swoja teze,ze wszyscy ludzie sie w mniejszym lub wiekszym stopniu, jak sie teraz modnie okresla, toksyczni. kiedys to sie nazywalo,ze ma humory, trudny charakter,czepialski/ska, marudny/a itp. a od paru lat wszystko wrzuca sie do worka z napisem "toksyczny".
        ja sie tez dalam poniesc modzie i zaczelam czytac o "toksycznych" zwiazkach, osobach.
        wiedza,jak zdobylam na ten temat sprawila ,ze zdiagnozowalam siebie jako osobe toksyczna, maz tez jest toksyczny, moj brat tez toksyczny, matka toksyczna, tesciowa tez toksyczna, ludzie w pracy toksyczni, no, wszyscy w okolo prawie! tylko wlasne dziecko oszczedzila, pewnie z matczynej milosci.
        moja rada: albo sie kogos kocha i go toleruje,albo juz nie i trzeba sie rozstac , a nie walkowac czy on jest juz toksyczny czy jeszcze. dla ciebie juz jest, dla innej jeszcze nie:)

        yna777 napisał(a):

        > Skoro już ktoś odgrzebał wątek, to zadam pytanie. Jak sobie z takimi osobami ra
        > dzić. Czytam np. Toksyczne słowa Evans i jakoś rada by mówić za każdym razem "P
        > rzestań" na toksyczne słowa, do mnie nie przemawia. Poza tym jest bardzo niepra
        > ktyczna w codziennym życiu. Musiałabym co któreś zdanie męża w ten sposób przer
        > ywać, co oznaczać będzie eskalację jego zachowań, podobne "przestań" z jego str
        > ony na moje jakieś słowa, w ramach pokazania mi jako to jest, a w końcu do pew
        > nie jego odejścia. Zwłaszcza gdy w życiu codziennym jednak masę drobiazgów trze
        > ba codziennie organizować, ustalać itp. I jakoś nie widzi mi się by to w czymś
        > pomogło.
        > Inna rada to zignorować. Ok, tylko jak zignorować czyjeś ignorowanie? Poza tym
        > będzie przecież coś takiego powodowało oddalenie się partnerów - jedno siedzi o
        > brażone, a drugie w ramach ignorowania focha, też się w zasadzie nie odzywa.
        > Inne rady to zadbać o siebie, znaleźć przestrzeń w życiu, własne hobby itp. co
        > zawsze jakoś będzie oznaczać rozluźnienie związku z partnerem. Zatem znowu to r
        > ozwiązanie jednak zmierza do zakończenia związku.
        > Mnie te rady wydają się bardziej zmierzać w kierunku spowolnienia rozstania niż
        > rozwiązania problemu, czy też się mylę.
        > Czy to jednak działa, tj. te rady z książek jak ta Evans, tylko to kwestia kons
        > ekwencji i czasu.
        > Ma ktoś jakieś doświadczenie w tej kwestii.


        --
        "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
        • 09.04.13, 02:29
          A może jest tak, że o "toksycznych" relacjach sobie poczytałaś, a nigdy tak naprawdę nie miałaś z nimi do czynienia, przynajmniej w najbliższym otoczeniu i dlatego wszyscy wydają Ci się toksyczni i jednocześnie nikt w szczególności - zwykłe pomieszanie pojęć?

          Do mnie bardzo późno dotarło przez co przeszłam, zbieram sobie puzzle do układanki i dopiero teraz, gdy zaczynam się w tym jakoś orientować widzę, że w życiu spotkałam wszystkie kategorie ludzi.

          --
          Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
          Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
          • 09.04.13, 08:45
            Dokładnie. Ktoś kto nie miał do czynienia z prawdziwą przemocą psychiczną, może wpierw w szale zauroczenia teorią toksycznych ludzi wszelkie nie_koniecznie_idealne zachowania ludzi, także jednostkowe i mało istotne, traktować jako dowód toksyczności. Z czasem uznając to za absurd i odrzucając całą teorię o toksycznych ludziach i po prostu ucząc się żyć z ludzkimi przywarami (jak najbardziej słusznie). Jednak takie podejście zupełnie nie działa do prawdziwie toksycznych ludzi, a nie każdy na takich trafia.
            Nie ma ideałów, każdy z nas ma mniej lub bardziej dojrzałe zachowania, jednak większość ludzi nie buduje swojego życia i dobrego samopoczucia na czyjejś krzywdzie. Ludzi, którzy tak postępują nie wystarczy tolerować, gdyż ich zachowanie skupione na niszczeniu naszej samooceny, podkopywaniu sił, uzależnianiu od siebie, obciążaniu odpowiedzialnością za ich zmarnowane życie i wszelkie emocje, odbija się na nas i tak, a możliwości porozumienia i współpracy nie ma, bo drugiej stronie jest tak wygodnie, a poziom wyparcia jest olbrzymi. Czasem nie pozostaje nic innego jak odejść, albo dać się zniszczyć.
            --
            Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
            • 09.04.13, 09:39
              Tak jest jak mówisz. Nie każdy trafia na prawdziwie toksycznych ludzi. Trzeba umieć odróżnić ludzi po prostu męczących, złośliwych, zawistnych itp (sami tacy przecież czasem potrafimy być) od prawdziwych manipulatorów. Z nimi nie ma wygranej. Albo jest nieustanna walka, z nierzadko nierównymi siłami (manipulator to specjalista w swojej dziedzinie) albo uwolnienie się całkowiite. Tu nie ma półśrodków. To jest jak nałóg, pytanie tylko na ile pozwolimy mu się zniszczyć. Sprawa jest skomplikowana i przypadek każdego z nas może być odmienny jednak są pewne mechanizmy działające w większości toksycznych związków na podobnych zasadach.
          • 09.04.13, 19:00
            nie, raczej jest na odwrot. do tej pory przyjmowalam ludzi takimi, jacy sa. jesli ktos mi nie odpowiadal to nie utrzymywalam z nim dluzej kontaktow, ew. oslabialam. dzieki temu zrobilo sie wokol mnie dosc pusto,ale widocznie ludzie do szczescia mi niepotrzebni. ktos by moze napisal,ze to jestem toksyczna,dlatego tak sie dzieje,ale ja sie z tym nie mam zamiaru zgodzic. ja nie zmuszam nikogo do kontaktow ze mna, ani nikt nie jest w stanie mnie zmusic.
            po prostu ludzie sa rozni. i trzeba to uszanowac.

            danaide napisała:

            > A może jest tak, że o "toksycznych" relacjach sobie poczytałaś, a nigdy tak nap
            > rawdę nie miałaś z nimi do czynienia, przynajmniej w najbliższym otoczeniu i dl
            > atego wszyscy wydają Ci się toksyczni i jednocześnie nikt w szczególności - zwy
            > kłe pomieszanie pojęć?
            >
            > Do mnie bardzo późno dotarło przez co przeszłam, zbieram sobie puzzle do układa
            > nki i dopiero teraz, gdy zaczynam się w tym jakoś orientować widzę, że w życiu
            > spotkałam wszystkie kategorie ludzi.
            >


            --
            "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
            • 09.04.13, 19:02
              zapomnialam dopisac:
              wlasnie kiedy zaczelam czytac o toksycznych ludziach to zaczelam tak postrzegac bliskich wokol siebie i stwierdzilam ,ze to jest chore i sama nie chcialabym byc tak oceniana.


              --
              "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
              • 09.04.13, 22:53
                Większość osób mających kontakt z tego typu osobami zaczęła od własnych rodziców. Spróbuj tak nie utrzymywać kontaktu jako dziecko. Nie dość, że utrzymujesz to jeszcze się nie buntujesz. Ja planowałam ostatnią ucieczkę z domu mając 6 lat. Jako nastolatka - już nie. Zero buntu. Raczej trwanie. Dlaczego?

                Sorvina napisała, że nie chodzi o ludzi, którzy czasem przejawiają zachowania toksyczne, ale o stały trend osobowości.

                --
                Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
                Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
                • 10.04.13, 09:51
                  Jasne, rozumiem o co chodzi. Sama byłam takim właśnie dzieckiem, pozostawionym bez możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu. Trudno jest się buntować skoro od niemal urodzenia zabrano nam wszystkie narzędzia obrony. W miarę wieku dojrzewania problemy narastają bo trzeba stanąc oko w oko z dorosłością, a jak można to zrobić skoro jest się właśnie bezbronnym, słabym, bez świadomości własnej wartości. Dlaczego trwanie? może ono jest lepsze niż efektowny skok np w używki, trwanie to jakby oczekiwanie, może jakaś taka podświadoma otwartość , że może kiedyś nadejdzie pozytywny bodziec, który w pewnym momencie budzi do życia i zmusi do pracy nad sobą i własnym uzdrawianiem. Wiesz nie wiem tego do końca, to takie moje przemyślenia. Jestem skłonna wierzyć, że osoba, która nie przepracowała swojej traumy nie musi nawet trafiac na wampira (choć jest on objawem jej choroby), ona cały czas walczy z wampirem w sobie, że tak powiem.
            • 09.04.13, 23:37
              To chyba nie ma związku. Sama zawsze miałam problem z podtrzymywaniem relacji, bo nie dość, że byłam dziwna jakaś, to jeszcze ludzie mnie nudzili i prędzej podtrzymałabym kontakt z interesującym toksykiem niż nieinteresującym nietoksykiem=). Choć pewnie gdybyście spytali o kryterium tego co jest interesujące wyłożyłabym się, bo wyszłoby, że chodzi nie tylko o kwestie tzw. kultury ogólnej, ale i pewien rys osobowościowy.

              Nie wiem czy kryterium lubienia czy nielubienia towarzystwa ludzi ma tu jakieś znaczenie.

              Wiem, że zmiana myślenia zmienia jakościowo życie. Ale ta zmiana bierze się ze zrozumienia mechanizmów, które nami kierują. Ja na przykład często, gdy ktoś dążył do kontaktu ze mną, podejrzewałam chęć wykorzystania mnie, działania na moją szkodę. Za diabła nie wiem skąd to wytrzasnęłam.

              --
              Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
              Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
      • 09.04.13, 08:41
        Jeżeli mogę coś powiedzieć to osobiście uważam, że słowo przestań nie wnosi nic nowego. Na wampirów emocjonalnych zdecydowanie działają raczej pytania otwarte. W niektórych momentach najprostsze z nich "czego oczekujesz?" może zdziałać cuda. Sprawa jest do skomplikowana jak się nie zna konkretnie sytyacji. Ignorowanie nic nie da, od się nie da zdystansować, albo jest się w relacji, która całkowicie pochłania albo tej interakcji w ogóle nie ma.

        Pozdrawiam
        • 09.04.13, 11:26
          4olizz napisał(a):
          > Jeżeli mogę coś powiedzieć to osobiście uważam, że słowo przestań nie wnosi nic nowego. Na wampirów emocjonalnych zdecydowanie działają raczej pytania otwarte. W niektórych momentach najprostsze z nich "czego oczekujesz?" może zdziałać cuda.>

          I tu właśnie mija mi się teoria z praktyką, z tych wszystkich poradników. Np. sobota, luźny dzień. Dziecko położone na drzemkę, on przy kompie. Idę do kuchni, sprzątam. Potem sobie czytam książkę. Stwierdzam, że zaraz dziecko się będzie budzić, to idę robić mu obiad. On ciągle przy kompie. Nagle wchodzi do kuchni i z pretensją do mnie, kiedy ja skończę, ile mogę w kuchni siedzieć, że on sobie przez to nic do jedzenia nie może zrobić. Odpowiadam, że po 1) gotuję obiad też jego dziecku, a po 2) nie siedzę w tej kuchni cały czas, a po 3) nie wiedziałam, bo skąd, że on chce coś gotować. On kontynuuje pretensje i wychodzi, że jednak winna jestem ja, i oczywiście foch. Mówię spokojnie, że już kończę i wychodzę. Wydaje mi się, że moja odpowiedź i zachowanie jest zgodne z poradnikami. No ale nie działa. Jak dziecko wstało musiałam wejść znowu do kuchni po obiad dla niego, to znowu słyszę pretensje, że ja zawsze muszę wchodzić do kuchni kiedy on jest. Potem niestety dziecko chciało jeszcze pić. Poszłam do tej kuchni po wodę. To z niej wyszedł z nabzdyczoną miną, posiedział chwilę i tonem urażonego sama nie wiem kogo wysyczał mi czy już może iść do tej kuchni czy jeszcze będę mu tam przeszkadzać. Potem był obrażony do końca dania. Zgodnie z radami, udaję, że nie widzę. To następnego zrobił pewną rzecz mi bardzo na złość, w ramach odegrania się za, jak się domyślam, utrudnienie mu gotowania tego obiadu albo za brak przepraszania za zachowanie, sama nie wiem za co.
          I co mi tu da pytanie go czego on oczekuje czy podobne. Przecież cała ta sytuacja to jakiś absurd i zachowanie takich ludzi to właśnie na pewien absurd zakrawa, gdyż niezależnie co się zrobi i powie, oni i tak nie zobaczą, że to ich zachowanie jest nie ok.
          Stosowanie metod typu mówię "przestań" czy "czego oczekujesz", ignor, może jak mniemam zadziałać na kogoś kto podejmie się jakieś refleksji czyli na osoby o trudnych charakterach, a nie toksyków przez duże T.
          Czy może jednak to działa, tylko trzeba czasu. Czy jednak nic nie pomoże o ile on sam nie zechce coś zrobić ze swoim zachowaniem? Pytam się, bo wygląda mi, że macie w tej kwestii doświadczenie?
          • 09.04.13, 11:37
            Droga Yna777,

            Sytuacja jest trudna, bo opisujesz jedynie fragment swojego życia, a pewnych kwestii nie da się tak jednoznacznie opisać. Nie znam też jego. Powiem Ci tylko, że im bardzo często może nie chodzić o nic więcej niż po prostu zwyczajnie wzbudzić w Tobie negatywne emocje. Nieważne, że RACJONALNIE rzecz ujmując wszystko robisz w porządku. Na tym polega często cały problem, że on jakby wyrzuca projektuje swoje neg.emocje na Ciebie, wzbudzając poczucie winy i dezorientację. On się tym w końcu żywi. Jemu może starczyc ze widzi w Tobie jak się niepokoisz. Nie znam tego człowieka, ale możesz wziąć pod rozwagę jedną rzecz, szukanie winy w Twoim działaniu jest bezcelowe, bo teoretycznie rzecz ujmując nie ma Tobie nic formalnie do zarzucenia. Pytania czego chcesz dot.konkretnych sytuacji i naprawdę bycia świadomym trochę jak oni działają. Uwierz, przeszłam niejedno i też nie było mi łatwo. Wiem co oznacza depresja itp. Jeżeli masz ochotę zajrzyj na mój blog; rozwijam go ciągle i wkrótce będę pisać co nieco o strategiach rozmów z wampirami. www.tropieniewampirow.blogspot.com

            Pozdrawiam ciepło
          • 09.04.13, 11:43
            Opisane przez Ciebie twoje odpowiedzi brzmią raczej jak tłumaczenie się, a to jest przyjęcie narracji osoby stosującej agresję słowną i manipulacje. Kategoryczne stwierdzenie PRZESTAŃ, nie będę z tobą rozmawiać w ten sposób, bez żadnego tłumaczenia się, rozwijania dyskusji . Można co najwyżej dodać, że możecie wrócić do rozmowy jak się uspokoi i zacznie zachowywać jak dorosły człowiek a nie sfochowane dziecko. W ten sposób jednoznacznie pokazujesz, że zachowanie takiej osoby jest
            a) absurdalne, chore, dziecinne
            b) nietolerowane przez ciebie - nic nim nie ugra.

            >On kontynuuje pretensje i wychodzi, że jednak winna jestem ja, i oczywiście foch.
            Jeśli do czucia się w porządku potrzebujesz jego potwierdzenia, zmiany jego zachowania i myślenia, to będzie ci jeździł po głowie równo. Jeśli czujesz się pewnie, to nie musisz o szacunek do siebie walczyć, ty go masz w sobie i na takie zachowania po prostu nie pozwalasz. To co on myśli i mówi o tobie nie świadczy o tobie ale o nim. Wszelkie techniki, o których wspominałaś właśnie służą odwróceniu sytuacji. On idzie do ciebie twierdząc, że ty coś źle robisz i jesteś taka i owaka. Ty bez tłumaczenia się zwracasz uwagę na to, że to on, a nie ty odpowiada za jego zachowanie - zadając pytania o co mu chodzi, mówiąc przestań i odmawiając tłumaczenia się z bzdurnych zarzutów, ignorując go z podniesionym czołem pokazując, że jego zarzuty są tak absurdalne, że nie zamierzasz nawet na nie reagować.
            Czyli przerzucasz piłeczkę na jego boisko, co on z tym zrobi to jego sprawa.

            A ty skupiasz się na tym by go zmienić - takie osoby bez dłuższej psychoterapii się nie zmienią, jedyne co możesz to przerwać sytuacje przemocowe. Jeśli za każdym razem będziesz starała się mu uzasadnić dlaczego wg ciebie on nie ma racji, to już grasz w jego grę, na jego zasadach, traktujesz jego fochy i pretensje z księżyca jako ważne stwierdzenia z którymi musisz dyskutować. A to tylko narzędzia, którymi w danej chwili się posługuje by dać upust frustracji czy coś osiągnąć. Postaraj się spojrzeć na to z dystansu i wtedy rozmowa nie jest o tym czy coś ty masz powiedzieć/zrobić tak czy siak, ale o JEGO zachowaniu i jego przyczynach.

            --
            Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
            • 09.04.13, 13:49
              sorvina napisała:
              > Opisane przez Ciebie twoje odpowiedzi brzmią raczej jak tłumaczenie się, a to jest przyjęcie narracji osoby stosującej agresję słowną i manipulacje.>
              > Jeśli do czucia się w porządku potrzebujesz jego potwierdzenia, zmiany jego zachowania i myślenia, to będzie ci jeździł po głowie równo>

              Zwrócę na to uwagę, chociaż z mojej strony to i tak był pokaz asertywności :) Jeszcze pół roku wcześniej, to bym go przepraszała za to, że w tej kuchni byłam albo prosiła pół dnia by się odbraził.
              Doprowadził mnie do takiego stanu, że poszłam do psychologa pytać się co ja takiego robię źle i co powinnam zmienić w moim zachowaniu by go tak nie irytować i by bardziej mnie szanował i lubił. Dzięki czemu odbyłam terapię, co mi bardzo dobrze zrobiło. Zatem kwestię pracy nad sobą mam już trochę przerobioną na moje szczęście :)

              > A ty skupiasz się na tym by go zmienić - takie osoby bez dłuższej psychoterapii się nie zmienią, jedyne co możesz to przerwać sytuacje przemocowe. .... >
              <Wszelkie techniki, o których wspominałaś właśnie służą odwróceniu sytuacji. On idzie do ciebie twierdząc, że ty coś źle robisz i jesteś taka i owaka.....>

              I właśnie trochę o to chciałam zapytać, czy te techniki odwracania sytuacji jak napisałaś, czy one są skuteczne. Ja oczywiście rozumiem, że nie zmieni to niejako charakteru czy stosunku do mnie i do związku, ale czy rzeczywiście zmieniają zachowanie. Czy jak właśnie będę tak konsekwentnie odcinała się od takich sytuacji jak przeze mnie opisana, to coś się w końcu zmieni czy nic. Czy te techniki, o których piszą w książkach jaj Evans czy ta pani od kochać za bardzo, czy to faktycznie działa?
              • 09.04.13, 14:48
                W takim razie gratuluję postępów :) Wiesz na co warto dalej zwrócić uwagę - na uniezależnianie swojego samopoczucia, czucia się wartościową i w porządku - od opinii innych osób. Stwórz swój własny system wartości i na podstawie jego przestrzegania oceniaj siebie, a nie widzimisię otoczenia.

                Moim zdaniem te techniki działają w przypadku osób o umiarkowanym stopniu toksyczności. Takich, które nie są świadome tego co robią, ani, że jest to złe (bo na przykład nie określiły jako złe analogicznych zachowań swoich rodziców i nie zbuntowały się przeciw temu), ale nie mają tak silnych mechanizmów wyparcia i mają też jakąś empatię, która im się tylko czasem wyłącza nawykowo. Dzięki temu toksycznych zachowań może być mniej, jednak bez własnej terapii osoby stosującej agresję i manipulacje, raczej nie znikną zupełnie. Może w przypadku osób, którym mechanizmy przemocy psychicznej włączają się tylko gdy wyczuwają dużą słabość drugiej osoby, świadomość siły partnera sprawi, że będą go traktować inaczej, ale osoba silnie toksyczna nie wytrzyma bez możliwości pasożytowania na partnerze, więc sama w takiej sytuacji wyjdzie ze związku i poszuka podatnej ofiary.
                We wszystkich przypadkach pomagają tobie, bo nie bierzesz na siebie syfu, który chce ci sprzedać osoba toksyczna. Dajesz do zrozumienia - to twój syf, ty się nim baw.

                Osobiście uważam, że na dłuższą metę w bliskiej relacji takie metody są niewystarczające, bo nie chodzi tylko o to, by toksyk się ugryzł w język bo boi się, że zamiast poczuć się lepiej, dostanie po łapach bo obnażysz to co robi. Żadna metoda nie sprawi, że on stanie się czułym i godnym zaufania człowiekiem, tu musiałby wykonać dużą pracę nad sobą i mieć własną motywację ku temu. Stawianie granic - m.in. za pomocą właśnie takich metod - może sprawić, że zrozumie, że sobie nie radzi, albo będzie bał się straty tego co ma. Ale nie gwarantuje tego.

                Natomiast stawiając granice dbamy o własne poczucie własnej wartości, nie dajemy się krzywdzić, warto to robić dla siebie samych.
                --
                Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                • 14.04.13, 17:38
                  sorvina napisała:
                  > W takim razie gratuluję postępów :) Wiesz na co warto dalej zwrócić uwagę - na uniezależnianie swojego samopoczucia, czucia się wartościową i w porządku - od opinii innych osób. Stwórz swój własny system wartości i na podstawie jego przestrzegania oceniaj siebie, a nie widzimisię otoczenia.>

                  Dziękuję bardzo za odpowiedź.
                  I miałabym jeszcze jedno pytanie :) Może wiesz jaki rodzaj terapii byłby najodpowiedniejszy dla kogoś z problemem przemocy psychicznej w związku. Mój mąż to DDA i może stąd te jego zachowania albo może taki już jest. Ja byłam na terapii i jak pisałam jest już dużo lepiej, ale widzę, że ciągle nie radzę sobie z tym stawianiem granic. Nie podkładam się już tak bardzo, ale z całą tą sytuacją chyba nie do końca sobie radzę. Jakbym miała to opisać jakąś metaforą, to powiedziałabym, że topiłam się, udało mi się jakąś prowizoryczną tratwę zbudować, która co chwila gdzieś przecieka, a ja mam siły by niektóre przecieki zwalczyć, ale inne już nie i tak tkwię w tej prowizorce nie mogąc ruszyć dalej. Ta terapia to było kilkanaście spotkań, na których nacisk terapeuta kładł na dzieciństwo. I kilka rzeczy mi rzeczywiście tym uświadomił, ale mam wrażenie, że coś jeszcze powinnam przepracować. Tylko jaka terapia? Wiem że są różne: systemowa, behawioralna, psychodynamiczna, itp. Co byłoby najbardziej wskazane?
                  • 14.04.13, 23:10
                    Jeśli w czasie terapii wyszło dużo rzeczy z dzieciństwa, to warto byś odpowiedziała sobie czy może jesteś DDD - dorosłym dzieckiem z dysfunkcyjnego domu, to coś bardzo podobnego do DDA, tylko bez uzależnienia od alkoholu w tle. Wtedy warto poszukać terapii DDD, często jest w ośrodkach gdzie są spotkania DDA, albo nawet połączone grupy DDA/DDD.

                    A tak to raczej psychodynamiczna. Choć osobiście wolę eklektyzm i wspieranie się też metodami mniej klasycznymi jak niehipnotyczna terapia regresywna - regresing, bardzo mocna, dużo uświadamia, pomaga znacznie szybciej uporać się z trudnymi emocjami, mnie wiele dała (tylko upewnij się, że terapeuta ma licencję i zna się na danym temacie).
                    Do tego praca samodzielna - z afirmacjami, poukładanie sobie samooceny jako takiej i nauczenie kilku zdrowych nawyków działania (podawany przeze mnie wielokrotnie Branden: www.dobreksiazki.pl/b392-6-filarow-poczucia-wlasnej-wartosci.htm i Covey: www.empik.com/7-nawykow-skutecznego-dzialania-covey-stephen-r,369187,ksiazka-p)

                    --
                    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
          • 10.04.13, 08:54
            > Np. s
            > obota, luźny dzień. Dziecko położone na drzemkę, on przy kompie. Idę do kuchni,
            > sprzątam. Potem sobie czytam książkę. Stwierdzam, że zaraz dziecko się będzie
            > budzić, to idę robić mu obiad. On ciągle przy kompie. Nagle wchodzi do kuchni i
            > z pretensją do mnie, kiedy ja skończę, ile mogę w kuchni siedzieć, że on sobie
            > przez to nic do jedzenia nie może zrobić. Odpowiadam, że po 1) gotuję obiad te
            > ż jego dziecku, a po 2) nie siedzę w tej kuchni cały czas, a po 3) nie wiedział
            > am, bo skąd, że on chce coś gotować.

            no rzeczwiscie luzny, rodzinny weekend;)
            pierwsza rzecz- macie tak mala kuchnie, ze dwie osoby sie nie zmieszcza? czy po prostu tak sie nie znosicie ze nie mozecie przebywac w jednym pokoju i robic czegos wspolnie?
            po drugie- Twoje racjonalne odpowiedzi sa chyba bez sensu bo tez niesympatyczne wejscie meza ma chyba inne powody niz to, ze gotujesz dziecku obiad; wyglada na to, ze Ty go po prostu irytujesz, cokolwiek bys zrobila czy nie zrobila budzisz jego irytacje i niechec
            pytanie dlaczego tak sie dzieje wymaga zaglebienia sie w Wasza relacje a nie slizgania sie po powierzchni bo dyskusje czy jestes "winna" gotowania obiadu i obrazania sie o to na caly dzien sa przeciez kompletnie absurdalne
            • 14.04.13, 17:15
              differentview napisała:
              > pierwsza rzecz- macie tak mala kuchnie, ze dwie osoby sie nie zmieszcza? czy poprostu tak sie nie znosicie ze nie mozecie przebywac w jednym pokoju i robic czegos wspolnie?
              >bo dyskusje czy jestes "winna" gotowania obiadu i obrazania sie o to na caly dzien sa przeciez kompletnie absurdalne>
              Kuchnia rzeczywiście mała, ale bez przesady. I zwykle mu tam nie przeszkadzam. I własnie o to chodzi, że to są takie absurdalne i niespodziewane akcje z jego strony, że albo się obrazi na kilka dni nie wiadomo o co albo zrobi awanturę o coś takiego jak opisana przeze mnie scena i też się obrazi. Względnie bez żadnego powodu lub z takiego powodu jak opisany wyżej, zachowuje się wobec mnie dość przykro i eufemistycznie mówiąc niezbyt kulturalnie. Skąd to niego się bierze nie wiem. Po lekturze wielu polecanych tu książek i wpisów mogę się tylko domyślać, że pewnie to częściowo efekt DDA, ale niestety wydaje mi się, że tez ma po prostu trochę taki niefajny charakter.
              • 15.04.13, 08:14
                Chciałam tylko zaznaczyć, że określenie, że ktoś może czuć winny gotowania obiadu jest absurdalne nie jest do końca trafne. Cały absurd i paradoks relacji toksycznej polega na tym, że "ofiara" może czuć się winna ABSOLUTNIE wszystkiemu. Wydaję się to nielogiczne, ale powiedzcie mi, chyba nie istniała by psychologia, terapeuci czy w ogóle ten wątek gdyby tak się wszystko dało wziąć na rozum i było takie proste. Poczucie winy to ogromna siła, którą można wykorzystać przeciwko poszkodowanemu i toksyczni partnerzy baardzo często m.in tym grają. Ja przepraszam, że jeszcze raz podam swój link, ale konkretnie w nim przedstawiam kilka sytuacji, które mogą mieć miejsce w relacji toksycznej. www.tropieniewampirow.blogspot.com/2013/04/3-krok-wampira-prowadz-ofiare-w.html
      • 09.04.13, 11:51
        Niestety najczęściej Nieszczęścia, czyli osoby toksyczne, chodzą parami. Dlatego najlepszym chyba sposobem na kontakt z osobą toksyczną w domu jest zacząć od siebie. Zastanowić się, co powoduje kłótnie, jak my się w trakcie nich czujemy, jak odpowiadamy na tę drugą osobę toksyczną, czy nie eskalujemy konfliktu, czy nieświadomie sami nie wywołujemy kłótni itd. Zauważyłem, że moje reakcję na moją Ż powodują zwiększenie kłopotów: więcej nerwów, większy foch mojej Ż, poczucie stawania się ofiarą przez moją Ż, zrzucenie winy za kłótnię na mnie. Ostatnio zmieniłem sposób reagowania (do tego potrzebne jest jednak najpierw popracowanie nad sobą poprzez wzmocnienie poczucia własnej wartości i wiedzy o sobie i o toksycznych związkach) tzn. reaguję spokojniej, mniej się obrażam, jak poczuję że sam chlapnąłem coś niepotrzebnego to natychmiast przepraszam, patrzę na Ż, myślę sobie że jej współczuję jak męczy ją życie ze sobą, staram się chłodniej reagować, mniej oceniać, mniej brać do siebie. Efekt jest taki, że złość Ż wypala się bardzo szybko, zrobiła się milsza. Co nie znaczy, że problem toksyczności zniknął. O nie: ja na swoje problemy ze światem radzę sobie zawsze poprzez czytanie, dowiadywanie się, uczenie się siebie, jak wiem dlaczego coś się dzieje to jest mi lżej. Moja Ż na swoje problemy ze światem radzi sobie porządkowaniem, sprzątaniem, zrzędzeniem i kontrolowaniem otoczenia. Kontrolowanie otoczenia pozwala jej zwiększyć swoje poczucie bezpieczeństwa. Rozumiem tę potrzebę, ale nie do końca chcę być w ten sposób kontrolowany i rządzony. I tem problem nie zniknął. I na razie nie wiem, jak żyć z osobą, która chce kontrolować mnie w każdej drobnej rzeczy w ciągu dnia. Zobaczymy co będzie dalej.
        Innym proponuję:
        1) zastanowić się, czy nie jest się również toksycznym, przepracować dzieciństwo, naprawdę dużo się wyjaśni w głowie
        2) ćwiczyć nawyk "proaktywności" (bądź częścią rozwiązania a nie problemu, nie szukaj problemów w innych, ale zacznij naprawianie od siebie, innych trudniej zmienić niż siebie) wyczytane z książki "7 nawyków skutecznego działania" Covey'a.
        3) zmniejszyć oczekiwania i nacisk od/na partnera, partner nie jest naszą matką, sami musimy o siebie zadbać, więcej dawać od siebie i cieszyć się, że dajemy to dobrowolnie
        4) nauczyć się regowania bez oceniania, empatii o której mowa w poniższym wywiadzie:
        pracowniadialogu.eu/?tag=gniew
        Tyle mogę się wypowiedzieć na dziś. Ale zamierzam pracować dalej.
        A-ha. Czytam teraz najwyższego z montypythonówz terapeutą "Żyć w rodzinie i przetrwać". Genialne i szokująco uniwersalne.
        • 09.04.13, 11:55
          Amen

          PS. Książka świetna :)
          --
          Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
        • 09.04.13, 18:50
          kurcze , wreszcie jakas sensowna wypowiedz. gdzies juz podobnie napisalam w tym stylu,ale zostalam wysmiana (oczywiscie przez ludzi, w ich mniemaniu, nietoksycznych).
          mozna sobie rozne rady brac do serca, pracowac nad soba,ale jesli druga strona nie robi tego samego (nawet, jesli uwaza sie za nietoksyczna,a moim zdaniem kazdy jest na swoj sposob toksyczny) to zwiazek nie ma szans wyjscia na prosta.
          szkoda,ze niewielu mezczyzn tak postepuje.
          te rady sa swietne:
          > Innym proponuję:
          > 1) zastanowić się, czy nie jest się również toksycznym, przepracować dzieciństw
          > o, naprawdę dużo się wyjaśni w głowie
          > 2) ćwiczyć nawyk "proaktywności" (bądź częścią rozwiązania a nie problemu, nie
          > szukaj problemów w innych, ale zacznij naprawianie od siebie, innych trudniej z
          > mienić niż siebie) wyczytane z książki "7 nawyków skutecznego działania" Covey'
          > a.
          > 3) zmniejszyć oczekiwania i nacisk od/na partnera, partner nie jest naszą matką
          > , sami musimy o siebie zadbać, więcej dawać od siebie i cieszyć się, że dajemy
          > to dobrowolnie
          > 4) nauczyć się regowania bez oceniania, empatii o której mowa w poniższym wywia
          > dzie:

          --
          "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
          • 09.04.13, 19:07
            No to na pewno, zawsze należałoby wyjść od siebie i pracować nad sobą. Wtedy jesteśmy górą, osoby takie jak wampiry energetyczne nie uczą się zbytnio i nie rozwijają, nie modyfikują w gruncie rzeczy swoich strategii. Własny rozwój pomaga właśnie dostrzec szybciej osoby nam zagrażające, a także dbać o prawdziwe relacje, przyjaciół czy rodzinę. Same plusy. Wcześniejsze posty nawiązywały jednak do sytuacji co się dzieje kiedy osoba już jest pod wpływem działania manipulatora. W tym przypadku nie jest łatwo oddalić się na moment z pola bitwy i zacząć dbać o siebie bo zwyczajnie trzeba ciągle walczyć. Jedyne wyjście to odcięcie się od źródła, czyli manipulatora, ale to nie takie proste.
        • 09.04.13, 23:22
          Mam nadzieję, że nie upraszczam, ale mam wrażenie, że starasz się po prostu podchodzić do żony w sposób empatyczny. I myślę, że to jest jeden z kluczy, Sorvina chyba też wspomniała o braku empatii. Ciągle nie wiem czy wychowałam się w rodzinie toksycznej, ale w ciągu ostatniego roku doszłam do tego, że jedną z najgorszych rzeczy z jaką żyłam i z jaką weszłam w życie to totalny brak empatii. W rodzinie było tak jakby każdy miał gdzieś uczucia każdej innej osoby. Zero prób postawienia się na czyimś miejscu, spojrzenia z czyjejś perspektywy.

          Nie wiem czy tak jest, bo naprawdę niewiele czytałam na ten temat. Czytam tu o wampirach energetycznych, ludzi chcących krzywdzić innych. Chciałabym spytać czy u podstaw takiego zachowania może stać zwykłe myślenie tylko o sobie, myślenie przez pryzmat własnego "ja/ego" oraz wymuszanie określonych działań na innej osobie, mające za jedyny cel zapewnienie integralności tego "ja", a przyczyną tego wszystkiego jest zwykły brak poczucia własnej wartości i skumulowane lęki? Bo sporo tu się pisze o blogach terapiaprzezpisanie i uciekamdoprzodu, przejrzałam te blogi i tam są pomieszane (mówię o oprawcach, nie o autorkach=) osoby psychopatyczne, toksyczne i współuzależnione. A nie każdy toksyk jest psychopatą.

          --
          Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
          Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
          • 10.04.13, 14:55
            > Nie wiem czy tak jest, bo naprawdę niewiele czytałam na ten temat. Czytam tu o
            > wampirach energetycznych, ludzi chcących krzywdzić innych. Chciałabym spytać cz
            > y u podstaw takiego zachowania może stać zwykłe myślenie tylko o sobie, myśleni
            > e przez pryzmat własnego "ja/ego" oraz wymuszanie określonych działań na innej
            > osobie, mające za jedyny cel zapewnienie integralności tego "ja", a przyczyną t
            > ego wszystkiego jest zwykły brak poczucia własnej wartości i skumulowane lęki?
            > Bo sporo tu się pisze o blogach terapiaprzezpisanie i uciekamdoprzodu, przejrza
            > łam te blogi i tam są pomieszane (mówię o oprawcach, nie o autorkach=) osoby ps
            > ychopatyczne, toksyczne i współuzależnione. A nie każdy toksyk jest psychopatą.
            >
            Chyba jest tak jak piszesz, albo w innym ujęciu: podobno we wszystkich ludziach jest takie tzw. "wewnętrzne dziecko", które zbudowane jest z krzywd, żalów, cierpnień oraz różnych emocji schowanych/wypartych w dzieciństwie, bo nie zostały zaspkojone lub przećwiczone). I jeśli człowiek w dzieciństwie mocno ucierpiał emocjonalnie to w dorosłym życiu jego "wewnętrzne dziecko" często się budzi w sytuacjach napięcia emocjonalnego. I wtedy taki dorosły człowiek zachowuje się niefajnie dla innych, bo albo za coś (z dzieciństwa?) się odgrywa, albo nie potrafi inaczej (bo wyparł pewne emocje i zwyczajnie nie potrafi sobie z nimi radzić). I wtedy ktoś, kto wewnętrznie czuje się ofiarą, w rzeczywistości jest agresorem. Chyba jakoś tak. Dlatego podobno zadanie do wykonania to rozpoznać to nasze "wewnętrzne dziecko" i zadbać o nie.
            • 12.04.13, 23:19
              Tego jeszcze nie wiedziałam - ale pasowałoby - dzięki=)

              Jest coś czego nie potrafię ubrać w słowa. Zależności (nie wiem jakie) pomiędzy świadomością własnych praw, nienaruszalnością granic własnego świata a poczuciem własnej wartości i poczuciem bezpieczeństwa. Ktoś wie o czym mówię?

              --
              Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
              Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
          • 10.04.13, 15:12
            To prawda, że nie każdy toksyk jest psychopatą, bo aby nim być muszą być jeszcze spełnione inne czynniki osobowościowe, a niekiedy nawet biologiczne. Zakładając, że przez słowo psychopata rozumiemy osobę np. krzywdzącą innych w sposób widoczny np fizyczny, osobę niebezpieczną w sposób widoczny. Osoba toksyczna nie musi być psychopatą, bo nie spełnia pozostałych cech, które w pewien sposób chronią ją przed staniem się nim. Np. wampir to osoba, która może mieć paranoję, że np wszyscy go obgadują, ale jego poziom myślenia krytycznego pozwala mu pozostawić to jedynie w sferze własnych urojeń i lęków, a nie zmusza do fizycznej ucieczki lub rzucenia się na kogoś z nożem. To tak bardzo ogólnie :)
          • 10.04.13, 15:29
            Aaa i dodam jeszcze,że pomieszanie z kolei osoby współuzależnionej i toksyka to rzecz normalna. Po 1 dlatego, że ich rolę w pewnym momencie mogą się przemieszać a nawet zamienić. Tu jest bardzo cienka granica. Zazwyczaj (to co mówiliśmy wcześniej) toksyk dobiera też odpowiednią osobę (współuzależnioną), zazwyczaj jest to jeszcze osoba, która sama do końca nie jest uleczona. Nie przepracowała swoich problemów i podświadomie szuka tego co zna lepiej, złego traktowania. Jedyna między nimi różnica moim zdaniem jest taka, że toksyk to osoba raczej grająca ciemną stroną psychiki i niechcąca odmiany , a współuzależniony to osoba w gruncie rzeczy "dobra" tylko nie odnalazła jeszcze siebie. Ich role nie mogą występować oddzielnie. Dlatego problematyka jest bardzo skomplikowana.
            • 12.04.13, 14:19
              Chciałam wszystkim podziękować za cenne pytania na tym forum ,przyczyniły się one do powstania nowego posta na moim blogu pt FAQ wampira emocjonalnego :) Dzięki i pozdrawiam!
        • 10.04.13, 09:33
          Pamiętam Twój wątek.
          Widzę, że wziąłeś sobie rady i sugestie do serca:)
          To dobrze, tylko nie popadnij w pychę, jak to Ty się rozwijasz i rozumiesz mechanizmy a żona -nieszczęście (jak można tak pisać o żonie?), jak była toksyczna (skąd ten wniosek???) tak została.

          O nie: ja na swoje problemy ze światem radzę sobie zawsze poprzez cz
          > ytanie, dowiadywanie się, uczenie się siebie, jak wiem dlaczego coś się dzieje
          > to jest mi lżej. Moja Ż na swoje problemy ze światem radzi sobie porządkowaniem
          > , sprzątaniem, zrzędzeniem i kontrolowaniem otoczenia.

          niezbyt dobrze świadczy o Tobie ten fragment...

          Kontrolowanie otoczenia
          > pozwala jej zwiększyć swoje poczucie bezpieczeństwa. Rozumiem tę potrzebę, ale
          > nie do końca chcę być w ten sposób kontrolowany i rządzony. I tem problem nie z
          > niknął. I na razie nie wiem, jak żyć z osobą, która chce kontrolować mnie w każ
          > dej drobnej rzeczy w ciągu dnia.

          Zrozumiałeś, że żonie brakuje poczucia bezpieczeństwa (wielokrotnie o tym mówiono w Twoim wątku), ale czy coś z tym zrobiłeś? Ty, jako mąż, partner, kochanek? Możesz wzmocnić poczucie bezpieczeństwa u żony przy naprawdę niewielkim wysiłku, ba, powinieneć to zrobić.
          Skoro nie chcesz by Tobą rządzono i Cię kontrolowano po prostu stawiaj granice. To nie jest tak, że żona sama z siebie przestanie. Nie, Ty musisz postawić granice, a jednocześnie uświadomić ją, co robi i jaki to ma wpływ na Ciebie i na Wasz związek. Samo się nic nie zrobi.
          • 10.04.13, 13:40
            Rady na tym forum są bezcenne, bez nich bym nie ruszył z miejsca. Ale jestem dopiero na początku drogi: dwa kroki do przodu, jeden do tyłu.
            1. Na razie uniezależniam swoje poczucie własnej wartości od oceny żony, daje to efekty. Straram się uczyć empatii bez oceniania żony i pomagać jej (o czym pisałem jako o proaktywności) - myślę że może to być odebrane jako zwiększanie jej poczucia bezpieczeństwa i wspieranie jej.
            2. Stawianie granic. Tu będzie czekało mnie więcej pracy. Bo będzie wiązało się pewnie z ponowną walką, kłótniami. Na razie nie mam pomysłu na to, szczególnie ze względu na dziecko, któremu bym wolał oszczędzić stresów. Niestety zauważyłem nową rzecz w relacjach domowych: żona mnie lepiej traktuje, ale widzę jakby zwiększoną dawkę jej złości na dziecko. Mówi, że dziecko jest toksyczne! Są epitety, kłócą się jak stare małżeństwo. Dziwnie się czuję, jakbym sam zszedł z linii strzału i odsłonił dziecko, które jest przecież bezbronne. Może stało się tak dlatego, że zrobiłem się bardziej miękki i empatyczny dla dziecka, a żona automatycznie wypełnia lukę po zniknięciu surowszego rodzica? Strasznie to wszystko pogmatwane. Ale jest też w domu dużo miłości, każdy wydaje się, że chce dobra innych.
            • 12.04.13, 23:29
              Jak wyżej, nie potrafię tego ująć. Ale: stawianie granic wg Juula, poprzez... komunikowanie własnych potrzeb w pierwszej osobie. Najprościej: chcę, czuję, potrzebuję.

              Uświadomienie potrzeb, uznanie praw, ustanowienie granic, (od)budowa poczucia bezpieczeństwa, (od)budowa poczucia własnej wartości. Coś upraszczam?

              --
              Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
              Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
        • 13.04.13, 12:49
          jestem.dobry napisał:
          "Niestety najczęściej Nieszczęścia, czyli osoby toksyczne, chodzą parami. Dlatego najlepszym chyba sposobem na kontakt z osobą toksyczną w domu jest zacząć od siebie. Zastanowić się, co powoduje kłótnie, jak my się w trakcie nich czujemy, jak odpowiadamy na tę drugą osobę toksyczną, czy nie eskalujemy konfliktu, czy nieświadomie sami nie wywołujemy kłótni itd."

          Mi się wydaje, ze najczęsciej łączą się ze sobą osoby z różnymi deficytami, niekoniecznie od razu toksyczne, bo toksyczne osoby to takie osoby, które świadomie bądź nie, niszczą innych czerpiąc z tego siłę i przyjemnosc. Nie zawsze osoby z deficytami są osobami toksycznymi. Dlatego mam wątpliwosci, czy w Waszym przypadku jestem.dobry (pamiętam Twój wątek) słowo toksyczni w stosunku do Was obojga nie jest przypadkiem użyte na wyrost.
    • 09.04.13, 02:31
      Dzięki.
      Przesyłam dalej.

      --
      Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
      Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
      • 09.04.13, 12:49
        Sorvina, czy mogę napisać na priv?
        --
        może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
        • 09.04.13, 14:49
          ->sorvina@gazeta.pl Zapraszam.
          --
          Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
          • 09.04.13, 15:31
            napisałam... dzięki
            --
            może dla świata byłeś tylko człowiekiem, dla mnie byłeś całym światem...
            • 10.04.13, 01:26
              Witam!
              Tez jestem DDA , własnie zaczęłam terapię(chociaż cienko ją widzę, ze względu na to, że wizyty trwają pół godziny i są średnio raz w miesiącu.

              Mam narastający ostatnio mętlik w głowie. Miewam lepsze i gorsze okresy, w zależności od problemów, z którymi się zmagam, a od lat jest ich sporo, niestety.

              sorvina czytam Cię z przyjemnością , dzięki Tobie w pewnych kwestiach "rozjaśniło" mi się w głowie.
              Wiem, że przede mną jeszcze daleka droga, choć sporo spraw przepracowałam sama, w pewnym momencie wydawało mi sie nawet, że wyszłam na prostą, to kolejne problemy uświadomiły mi, że dalej sobie w wielu (bardzo wielu) kwestiach nie radzę. Co gorsza coraz częściej mam wrażenie, że wróciłam do punktu wyjścia.

              Mam do Ciebie pytanie; mianowicie pisałaś wcześniej o problemach Twojego męża. Konkretnie chodzi mi o to, że potrafił godzinami przeżywać sytuacje z pracy, rozkładać na czynniki pierwsze; kto, co, po co itd.

              Czy mogłabyś mi napisać czy udało mu się z tym poradzić, a jeśli tak w jaki sposób?

              Pytam, ponieważ mam podobny problem.
              Obecnie jestem na urlopie wychowawczym, ale zbliża się czas powrotu do pracy (za rok), a ja jestem tym przerażona.
              Po powrocie z pracy, opowiadałam co kto powiedział, analizowałam dlaczego tak zrobił, jak mógł się w stosunku do mnie w ten sposób zachować itd.
              Sprawy nie ułatwia fakt, że mam naprawdę nie fajną szefową, nie wiem czy można ją nazwać toksyczną, ale moim zdaniem nie nadaje się na to stanowisko ponieważ;
              1.Nie potrafi panować nad swoim zachowaniem (wrzeszczy, a nawet gdy tego nie robi, mówi zazwyczaj podniesionym, nie znoszącym sprzeciwu tonem).
              2. Gdy ma zły humor wyżywa się na podwładnych
              3.Jest niesprawiedliwa (lubi tych, którzy jej się "podlizują", a nie tych, którzy są dobrymi pracownikami).
              4.Nie ma szacunku dla pracowników niższego szczebla i pozwala, aby ci stojący wyżej, ich wykorzystywali.
              5.Uważa, że zawsze ma rację i nie daje nikomu dojść do słowa, podnosząc głos, jeśli tylko coś idzie nie po jej myśli.

              Nie chodzi mi tu o szkalowanie szefowej(choć pewnie tak to wygląda), chcę tylko naświetlić jak bardzo utrudnia mi taka sytuacja funkcjonowanie.
              Dodam tylko, że zdarzyło mi się pracować w miejscach, gdzie była fajna atmosfera i przyjaźni ludzie i wtedy problemu nie miałam.

              Zdaję sobie sprawę z tego, że wszędzie możemy spotkać takie osoby, z którymi ciężko się pracuje i nie można się dogadać.
              Problem w tym jak nauczyć się z tym żyć?
              Jak nabrać dystansu i nie przejmować się wszystkim co jest skierowane pod naszym adresem, a co odbieramy jak czepianie się i niesprawiedliwość.
              Jak nie przejmować się krytyką, a przede wszystkim jak powiem dosadnie "olać" to, ze ktoś (w tym przypadku- szef) nas nie szanuje?

              Moje bardzo zaniżone poczucie własnej wartości, w zderzeniu z taka postawą wobec mnie leci w zastraszającym tempie w dół.

              Wiem, że najlepiej poszukać innej pracy, ale w dobie bezrobocia nie jest to takie proste, mając do tego tylko średnie wykształcenie.
              Plusem pracy jest to, że wiem, iż raczej jej nie stracę.

              Do powrotu został rok, a ja potrafię godzinami przerabiać w głowie sytuacje sprzed kilku lat, oraz te hipotetyczne, które mogą się wydarzyć. To jest chore, tak nie da się żyć :-(.
              Pozdrawiam serdecznie.


              • 14.04.13, 12:21
                mimo,ze pytania nie do mnie to jednak nikt mi nie zabroni Tobie odpowiedziec:)
                mam taka sama przelozona,jak wymienllas w punktach. jednak kazda przelozona ma nad soba tez przelozonych,wiec nie jest to tak,ze pozostajemy bezbronni.
                jesli jestes dobrym pracownikiem, to jest to sila i argument, ktorego zadna wrzaskliwa baba nie jest w stanie podwazyc.
                ja musialam kilka lat tolerowac "jazdy" starej,grubej,nieszczesliwej starej panny, ale tylko dlatego,ze bylam "nowa".kiedy okrzeplam i umocnilam swoja pozycje w firmie zaczelam stawiac tej kobiecie granice. kiedy ona probowala mowic do mnie podniesionym tonem natychmiast reagowalam mowic:"prosze na mnie nie krzyczec", a mowilam to nie cicho,ale tez podniesionym glosem,zeby wiedziala ,jak to jest kiedy ktos na ciebie krzyczy.
                kiedy 6 lat temu zaczynalam prace w obecnej firmie ona miala wysoka pozycje i wiekszoac ludzi sie jej bala i tolerowala jej zachowanie. ja temu postawilam kres. okazalo sie,ze to wcale nie jest trudne. i mimo,ze ze schemtau organizacyjnego wynika,ze ja jej podlegam sluzbowo to w praktyce daje jej do zrozumienia,ze jej sie nie boje i nie musze robic wszystkiego, co mi kaze:)
                Ps. dodam,ze bardziej zatrutej osoby nie spotkalam w swoim dlugim zyciu.

                > 1.Nie potrafi panować nad swoim zachowaniem (wrzeszczy, a nawet gdy tego nie ro
                > bi, mówi zazwyczaj podniesionym, nie znoszącym sprzeciwu tonem).
                > 2. Gdy ma zły humor wyżywa się na podwładnych
                > 3.Jest niesprawiedliwa (lubi tych, którzy jej się "podlizują", a nie tych, któr
                > zy są dobrymi pracownikami).
                > 4.Nie ma szacunku dla pracowników niższego szczebla i pozwala, aby ci stojący w
                > yżej, ich wykorzystywali.
                > 5.Uważa, że zawsze ma rację i nie daje nikomu dojść do słowa, podnosząc głos, j
                > eśli tylko coś idzie nie po jej myśli.
                >
                > > Zdaję sobie sprawę z tego, że wszędzie możemy spotkać takie osoby, z którymi ci
                > ężko się pracuje i nie można się dogadać.
                > Problem w tym jak nauczyć się z tym żyć?
                >
                >


                --
                "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
              • 14.04.13, 22:54
                Witaj mwiktorianko

                Mój Najdroższy jeszcze jest w trakcie terapii nie można powiedzieć by uporał się z tematem do końca, jednak ma postępy i mogę podzielić się jego spostrzeżeniami i tym co mu pomogło do tej pory.

                - Przede wszystkim podniesienie samooceny – jeszcze nie jest ugruntowana i wyraźnie widać, że gdy ma „gorszy dzień”, to więcej rzeczy bierze sobie do serca i trudniej mu stawiać granice – bardziej zależy mu wtedy na akceptacji innych. Coraz częściej jedna skupia się nie na roztrząsaniu, ale na szukaniu i realizowaniu rozwiązań. Pomógł mu to Covey (7 nawyków skutecznego działania - polecam, tak jak i 6 filarów poczucia własnej wartości Brandona) i nauka proaktywności, planowanie sobie celów oraz ich weryfikacja wg strategii Disneya (patrzenie na plan z perspektywy marzyciela, realisty i krytyka).

                - Uwolnienie od lęków przed odrzuceniem, karą – gorszą niż to co się dzieje, gdyby się postawił – to wymaga uzdrowienia dzieciństwa, nad czym jeszcze pracuje.

                Przedefiniowanie sobie, że to co inni mówią o nas, nie świadczy tyle on nas, co o nich – ich przekonaniach, filtrach itp. To jest zwłaszcza ważne, gdy miało się autorytarnych rodziców, którzy każde swoje zdanie kazali traktować jako prawdę objawioną, a to tylko ICH OPINIA. Ty masz prawo do własnej, opartej na własnych definicjach tego co jest dobre a co złe.

                Osoby z bardzo niską samooceną nie potrafią postawić granic nie tylko dlatego, że nie czują się pewnie w sytuacji zależności – bo to jest jeszcze racjonalne, ale tylko dlatego, że ktoś ich krytykuje i nie jest na tyle dobrze wychowany by się zamknąć jak damy mu do zrozumienia, że nas rani. Wynika to z przeniesienia odpowiedzialności za nasze dobre samopoczucie na zewnątrz – możemy czuć się dobrze tylko JEŚLI:
                - inni będą ciągle nam mówić, że jesteśmy super, a przynajmniej dość dobrzy
                - wszystko będzie nam dobrze wychodziło, przynajmniej w dziedzinach, na których opieramy swoje poczucie własnej wartości, w rolach życiowych, jakie są dla nas najważniejsze.
                Wystarczy, że jedna rzecz się nam posypie, a samoocena sięga zera. Jedynym rozwiązaniem jest zbudować ją wewnątrz siebie, niezależnie od czyjejś opinii. Samemu przyznać, że jesteśmy dość dobrzy, wystarczająco wartościowi – opierając się na własnych wartościach i samodzielnej weryfikacji czy je realizujemy.

                Jest też takie fajne ćwiczenie, które pomaga pozbyć się nawyku tworzenia opinii o sobie na podstawie oceny innych (traktowanie tego co inni mówią o nas jako prawdy)

                Podziel kartkę na pół i po jednej stronie zapisz: "To co chcę by inni myśleli o mnie" - komplementy, a po drugiej "To czego nie chcę by myśleli o mnie" – obelgi. Zapisz w każdej linii jak w danym temacie chcesz być postrzeganą a jak nie.

                Zastanów się co naprawdę o sobie myślisz skoro chcesz być postrzegany w jakiś sposób, np. czy naprawdę jesteś/czujesz się atrakcyjny/pracowita/odpowiedzialna/uczciwa itp? Jeśli JESTEŚ jakaś, nie potrzebujesz dowodu, bo jesteś o tym przekonana, że taka jesteś.

                Zadaj sobie pytania:
                - kiedy nie uważałam siebie za .... (atrakcyjną/pracowitą/odpowiedzialną/uczciwą osobę itp.) i czułam się ... (brzydka/leniwa/nieodpowiedzialna/nie w porządku)?
                znajdź kilka dowodów, przykładów
                - kiedy uważałam się siebie za... ( atrakcyjną/pracowitą/odpowiedzialną/uczciwą osobę) - znajdź kilka dowodów, przykładów

                Roztrząsamy dawne sprawy najczęściej chcą uzyskać jednoznaczną odpowiedź – czy jesteśmy dobrzy czy źli, czy oni czy ja mieliśmy rację. A prawda jest często pośrodku, czego czarno-białe myślenie nie przyjmuje, bo wierzymy, że albo jesteśmy beznadziejni albo wartościowi – innej opcji nie ma, jeśli wychowaliśmy się w atmosferze, że błędy nas dyskwalifikują, a porażki udowadniają brak naszej wartości.
                Gdy masz własne dowody na to, że czasem jesteś taka, ale zdarza ci się być zupełnie inna i w sumie jesteś po prostu ludzka , nie musisz się tak przejmować zarzutami innych. Przyjęłaś, że owszem – czasem tak bywa, ale masz też swoje dowody, że bywa i inaczej. Nie musisz więc bronić swojego wizerunku. Sukcesy dopisujesz do jednej listy, błędy do drugiej. To sprawia, że czujesz się lepiej sama ze sobą i łatwiej jest skupić się na formie krytyki np. zwrócić uwagę drugiej osobie by na ciebie nie krzyczała, albo prosić o konkretne zarzuty gdy stosuje ogólną krytykę by zdewaluować całą osobę. Łatwiej jest być po prostu asertywnym.

                Ja odkryłam też skuteczność pracy z różnymi, czasem wypartymi aspektami siebie. Jest taka metoda Voice Dialoque, tej samej pary autorów co książka o wewnętrznym krytyku. Pozwala dobrze zrozumieć jak działa proces dostosowywania się do wymogów otoczenia przez np. wypieranie własnej agresji i stawanie się potulnym i uległym i odzyskać możliwość wyboru, czy w danej sytuacji działamy w ten czy inny sposób, zamiast utożsamiać się tylko z „potulną” częścią siebie. Ja już wcześniej pracowałam z archetypami, korzystając z połączenia różnych wizualizacji, także szamańskich, więc dobrze mi się pracuje tą metodą. Warto sobie uświadomić, że umiejętność stawiania granic w tobie jest, ale wyparłaś ją, obawiając się konsekwencji. Możesz uszanować i tą i potulną część siebie, bo obie pełnią ważną rolę w twoim życiu, traktować je nie jak rodzaj osobowości (a wtedy asertywność jako coś czym nie jesteśmy), ale raczej jako narzędzie, które wybieramy w danym momencie. Do tej pory wybierałaś głównie jedno – potulne bycie ofiarą, możesz wybrać inaczej. Choć na początek najczęściej trzeba pozbawić wewnętrzną agresję jej destrukcyjnego aspektu związanego z wieloletnim wypieraniem (np. „detonować” ją dając ujście złości w listach, które palisz po napisaniu) inaczej dając jej wolne, można nawciskać szefowej za cały świat, zamiast asertywnie zwrócić uwagę. Masz czas, dasz radę się przygotować. Powodzenia!
                --
                Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                • 15.04.13, 00:51
                  Bardzo dziękuję za odpowiedź sorvina.I Tobie bez_przekazu również.

                  Masz rację, że moje zachowanie wynika właśnie z obaw o konsekwencje.
                  W prywatnych relacjach boję się tego, że ktoś przestanie mnie lubić, uzna, że jestem głupia, wredna itd. Natomiast w pracy boję się tego, że pogorszę swoją sytuację.

                  Ze mną to jest tak, że doprowadzona do ostateczności, potrafię powiedzieć kilka słów prawdy (choć zdarza się to niezwykle rzadko).
                  W pracy też mi się to zdarzyło, w obronie własnej. I choć bitwę wygrałam to przegrałam wojnę.
                  Szefowa musiała uznać moją rację bo jasno dowiodłam, że znam swoje prawa, ale od tej pory mam przechlapane, delikatnie mówiąc.
                  Czytam to co napisałaś i widzę jak niewiele jeszcze osiągnęłam w pracy nad sobą.
                  Są pewne aspekty, które uległy poprawie, mam świadomość co jeszcze jest nie tak, ale kompletnie nie wiem jak się za to zabrać.
                  Jedynie co mi pozostaje to terapia, spróbuję grupową, bo sama indywidualna (pół godziny, raz w miesiącu) nie wiele pomoże.
                  Pozdrawiam serdecznie.
                  • 15.04.13, 08:38
                    Czyli dużo w Tobie małego, przerażonego dziecka, które boi się kary i odrzucenia, ze strony dużych dorosłych. Jak człowiek ugrzęźnie na tym etapie, to nie dostrzega, że okoliczności się zmieniły, że jest dorosły i nie tak zależny od innych jak kiedyś. A ludzie - przemocowcy , wyczuwają takie bezbronne dzieci i robią z nimi co chcą, bo czują, że poza sporadycznym buntem, one się nie przeciwstawią.

                    Grupowa terapia to dobre rozwiązania. Polecam Ci jeszcze do tego samodzielną pracę z wewnętrznym dzieckiem. Są na ten temat książki : John Bradshow - "Powrót do wewnętrznego domu", "Jestem tutaj - rozmowa z moim wewn.dzieckiem" - Tanha Luvaas. Tutaj masz też troszkę teorii w pliku o wewn.dziecku: www.akademialiderow.pl/ponad_prace.php . Możesz robić wizualizacje, rozmawiać z tą częścią siebie zapisując pytania dominującą ręką, a odpowiedzi drugą. Pracując nad wewn.dzieckiem mamy możliwość nadrobić zaległości z dzieciństwa - wyjść z etapu uzależnienia emocjonalnego od innych, to etapu niezależności, a potem współzależności - współpracy. Czyli po prostu dojrzeć.
                    --
                    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
    • 07.05.13, 16:50
      W majowych "Charakterach" jest seria artykułów o "trudnych" matkach i wampirach emocjonalnych (definiowanych jako kilka typów osobowości zaburzonych). Polecam.
      --
      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
      • 10.05.13, 16:59
        sorvina dziękuję bardzo, na pewno kupię, kiedyś czytałam kilka numerów "Charakterów i uważam, ze są świetne.Pozdrawiam.
      • 13.05.13, 18:24
        poczytac mozna,ale nie brac wszystkiego do siebie.

        sorvina napisała:

        > W majowych "Charakterach" jest seria artykułów o "trudnych" matkach i wampirach
        > emocjonalnych (definiowanych jako kilka typów osobowości zaburzonych). Polecam
        > .


        --
        "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
    • 13.05.13, 18:23
      www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,13897097,_W_psychologii_jest_mnostwo_szarlatanerii__wrozenia.html#Cuk
      --
      "Gdyby nie internet nie wiedziałbym,że na świecie jest tylu idiotów" - Stanisław Lem
    • 27.07.13, 00:23
      Dla znających język angielski www.youtube.com/watch?v=HMnu6QH1NIE
      Kilka cennych uwag i porad odnośnie życia z narcyzem w związku/rodzinie. Z praktyki nie teorii. Jest więcej filmików tego autora.
      --
      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
      • 27.07.13, 00:57
        Dodam jeszcze 'w temacie', ze problemem osob DDD i takich, ktore ulegaja toksycznym relacjom jest automatyczne, podsiadome wrecz zalozenie, ze wszyscy inni sa zawsze 'normalni' i zawsze maja racje. Z tego rodzi sie olbrzymi probem radzenia sobie w relacjach z ludzmi nie do konca normalnymi. Poniekad to naturalne, ze w relacji z dojrzalymi, uczciwymi ludzmi nawet osoba z syndromem ofiary/DDD nie ma wiekszych problemow, ale wlasnie wyzwanie pojawia sie relacjach konfliktu czy w ogole interakcji z osoba, ktora jest przemocowa, agresywna, egoistyczna itp.
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.