Mąż bez prawa jazdy... Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Mój mąż jest lekko po czterdziestce i nie ma prawa jazdy. Nie przeszkadzałoby mi to chyba, ale bywają takie sytuacje jak np. jutro- niedziela, mogłabym się wyspać, ale muszę wstać przed 6, zawieźć męża do pracy, a po południu po niego pojechać. On pracuje 5 km od domu, gdzie nie dojeżdża żadna komunikacja miejska. W sezonie jeździ rowerem, ale zimą z tym gorzej. Wtedy bywa, że w tygodniu zrywam się przed 4 (w weekendy zaczyna pracę później) i odwożę go, wieczorem przywożę. Zdarza się to sporadycznie, zwykle zimą, w weekendy.
    Od kilku lat (tzn. odkąd sama zdałam na prawo jazdy i kupiłam auto) nalegam, żeby i on zrobił prawko, ale jakoś nie może się do tego zabrać i w ogóle nie bardzo go ciągnie. Ja z kolei niezbyt mam ochotę robić po 2 kursy w tę i z powrotem- gdyby miał prawko, mógłby po prostu pojechać i wrócić sam. Dziś, gdy zaczęłam utyskiwać na to i dopytywać się, czemu właściwie nie może się zapisać na kurs, najpierw mnie zbywał ze zniecierpliwieniem, że nie wie, nie zastanawiał się nad tym, a gdy nalegałam, żeby się jednak zastanowił i spróbował mi odpowiedzieć, w końcu zdenerwował się i wykrzyczał, że za darmo prawka nie dają, a zresztą jak nie to nie, bez łaski, pojedzie rowerem. Ok, nie zbywa nam na kasie, ale mi przecież też nikt prawka za darmo nie dał, a zarabiamy mniej więcej tak samo. Ja na kurs odkładałam ze sprzedaży różnych drobiazgów na Allegro. Samochód- stary, bo stary, ale jeździ- kupiłam z pomocą znajomych, bo mąż się na tym nie zna. Z każdą pierdołą jeżdżę do warsztatu. Debet, który zaciągnęłam na kupno auta, pomalutku też spłacam sama i do domowego budżetu wkładam co miesiąc tyle samo, co mąż. Wszelkie wydatki związane z samochodem (OC, naprawy, paliwo) ponoszę ja.
    Nie chodzi mi o to, że żałuję mu "mojego" auta, ale o to, że prawo jazdy nie jest przecież tylko dla wybrańców losu i bogaczy, a byłoby wygodniej, gdyby je miał, wtedy nie musiałabym chociażby poświęcać swojego wolnego dnia, żeby robić za kierowcę, gdy on ma chęć wybrać się do ojca (70 km od domu). Kiedy pracuję, bez problemu jeździ tam pociągiem.
    Wożę go czasem do tej pracy, bo głupio mi odmawiać i spać w ciepłym łóżku, gdy on ma rowerem po ciemku w mrozie jechać, ale czasem mi się po prostu nie chce zrywać w środku nocy... i odczuwam jakiś taki wewnętrzny bunt- auto jest, proszę bardzo, niech robi prawko i jeździ.
    Czy Waszym zdaniem przegięłam, mówiąc mu dzisiaj, że jutro ma zejść wcześniej, oskrobać szyby i zawiozę go ostatni raz, bo inaczej nigdy się nie zmotywuje?
    • Jak byś była mężczyzną, to bym uważała, że baaaaardzo przegięłaś;)))) Ale jak jesteś kobietą, to mi osobiście ciężko orzec..., bo dla mnie faceci bez pewnych sprawności technicznych, jak np. jazda samochodem, są mało męscy;)))) Ale to tylko moje zdanie, kogoś tacy faceci mogą zwyczajnie rozczulać:)
      Wydaje mi się, że kurs na prawo jazdy i egzaminy, nie mają aż takiej ceny, żeby nie można było sobie tego opłacić przy jakimś przeciętnym poziomie zarobków/życia. Ale może mąż ma jakąś ukrytą przed Tobą inną jeszcze motywację; np. wstydzi się, zapisać jako dojrzały facet na taki kurs (tam sa przecież zazwyczaj młodziutkie osoby, z których część już świetnie jeździ, uczyć by go pewnie jakiś facet w jego wieku, albo i młodszy- to może być jakaś bariera), albo może kiedyś robił taki kurs i mu zupełnie to nie szło, albo i nie robił, ale wie, że jest "nogą" jesli chodzi o tego typu umiejętności... Jeśli macie stary samochód, albo nawet gdyby był on najnowszy i najnowocześniejszy, trzeba mieć też zazwyczaj jakieś pojęcie o funkcjonowaniu tego samochodu i nie "bać" się tego. Może jakoś udałoby Ci się dowiedzieć, czy na pewno powód finansowy jest glówny. Jeśli rzeczywiście tak, to dla własnego komfortu mogłabyś mu jakoś w zgromadzeniu potrzebnych pieniędzy pomóc, bo z tego co rozumiem, to macie odrębne finanse. Wtedy i Ciebie mógłby wozić, a Ty miałabyś czasem taki komfort, jak on teraz (np. wyjazdy na wakacje, powroty z imprez, etc.).
      • Mąż nigdy nie podchodził do kursu, ani tym bardziej do egzaminu na prawko- jesteśmy małżeństwem od 20 lat, więc wiem to na pewno. :) Ja sama zdobyłam prawo jazdy w wieku 37 lat- ot tak, bo chciałam sobie udowodnić, że potrafię, samochód nie był mi absolutnie niezbędny. Zdałam egzamin za pierwszym razem- może mąż obawia się wysoko ustawionej poprzeczki? ;) Proponowałam mu wiele razy, że pojedziemy gdzieś za miasto i pokażę mu, co i jak- zresztą jeździ ze mną i widzi, że nie trzeba być geniuszem, żeby opanować kilka pedałów, kierownicę i drążek. Zawsze mówi: może innym razem. Niby chce, ale mu nie zależy.

        Z mojej pensji po spłacie raty debetu i wszystkich opłatach, o których wspominałam oraz "składce" na dom nie zostaje mi nic, mąż co miesiąc zostawia sobie 200-300 zł kieszonkowego. Uważam, że z tego mógłby spokojnie sobie odłożyć na kurs, bo moim zdaniem jak na kieszonkowe to całkiem sporo, zwłaszcza, że nie mamy żadnych oszczędności.
        Żeby być w porządku, muszę dodać, że on nie jest technologicznym analfabetą, wręcz przeciwnie, tylko akurat motoryzacja go w ogóle nie interesuje. Są pewne czynności przy aucie, które pewnie umiałabym zrobić sama, ale pół żartem, pół serio mówię, że nie chcę robić mężowi obciachu pod blokiem (bo garażu nie mamy), po co sąsiedzi mają sobie robić z niego polewkę, że żona sam w aucie musi grzebać... Może to się wydać komuś dziwne, ale żadne z naszych rodziców prawa jazdy nie miało- może dlatego i my przez wiele lat nie czuliśmy takiej konieczności. Ja w końcu poczułam, mąż nie. Czasem mówię wprost: widzisz, gdybyś miał prawo jazdy, nie musiałbyś wozić tego czy owego ze sklepu autobusem, gdy mnie nie ma. Mówi: no tak, muszę w końcu zrobić. Ale jakoś nie robi...
        • Proponowałam mu wiele razy, że pojedziemy gdzieś za miasto i pokażę mu, co i jak- zresztą jeździ ze mną i widzi, że nie trzeba być geniuszem, żeby opanować kilka pedałów, kierownicę i drążek.

          Nigdy tego nie rób. Nauka jazdy przez współmałżonka to najgorszy pomysł na świecie...
          --
          -------------------------------------------------------------
          "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
        • masz zdecydowanie racje, jesli mu sie nie chce isc na kurs prawa jazdy, to niech sobie kupi spodnie ocieplane z kieszonkowego i jezdzi rowerem. Ja tym nie wstawala o 6 rano z powodu jego lenistwa. Poza tym jezdzenie dwa razy tej samej trasy jest nieekonomiczne, benzyna tez kosztuje.

    • Może być też tak, maż boi się, że skoro jest u Was krucho z pieniędzmi, to dodatkowe wydatki w postaci kursu czy samochodu to zbyt duże obciążenie. Dlatego nie był chętny kupowaniu samochodu i w ogóle się nie angażuje w zajmowanie się nim. Po prostu branie sobie na kark dodatkowego obciążenia finansowego powoduje u niego jeszcze większy brak poczucia bezpieczeństwa. W takiej sytuacji rozwiązaniem byłoby polepszenie swojej sytuacji finansowej. Jeśli uda wam się zgromadzić pewne oszczędności, mąż poczuje się bezpieczniej i chętniej będzie podwyższał standard życia.



      • Akurat z nas dwojga to ja jestem osobą, która bardziej troszczy się o bezpieczeństwo finansowe i w ogóle ma potrzebę posiadania oszczędności oraz myśli o polepszaniu sytuacji finansowej- mąż jest w tym zakresie niefrasobliwy. Z tego powodu po pewnych życiowych przejściach, gdy straciłam poczucie bezpieczeństwa, zdecydowałam się na dwa osobne konta i jedno wspólne. Ale to byłby temat na duży, osobny wątek.
    • Może mąż czuje, że nie ma predyspozycji do prowadzenia samochodu? Wtedy nie ma sensu robić prawa jazdy, bo tacy ludzie zawsze będą stwarzać problemy na jezdni. Znam kilka przypadków, że mąż nie prowadzi a wszędzie wozi go żona, nie jest to wielkie kuriozum.
    • > Czy Waszym zdaniem przegięłam, mówiąc mu dzisiaj, że jutro ma zejść wcześniej,
      > oskrobać szyby i zawiozę go ostatni raz, bo inaczej nigdy się nie zmotywuje?


      Tak , przegielas , sa osoby ktore nie maja predyspozycji do kierowania autem , namawianie czy wrecz zmuszanie do tego jest nieodpowiedzialnoscia , taki czlowiek kierujac autem jest w ciaglym napieciu , w stresie ktory w trudniejszej sytuacji na drodze latwo zamienia sie w panike a wtedy ... dopowiedz sobie sama .
      • Ten pan jeszcze nie wie, czy ma predyspozycje czy nie, bo jeszcze nie próbował.

        Poza tym te predyspozycje to bzdura. Każdy nieupośledzony człowiek jest w stanie nauczyć się prowadzić samochód, to nie jest rocket science.
        --
        "Słyszeliście może o kolesiach, którzy wyskakują z krzaków w parku na Jasnej Górze i pokazują pindola? (...) To teraz pomnóżcie to przez tysiąc. Tym właśnie jest blogosfera."
        • Nauczyć się jeździć a mieć predyspozycje to dwie różne rzeczy.
          Są kierowcy, którzy jeżdżą ale ciagle mają wypadki, kasuja samochody, na jezdni nie koncentrują się, zachowują się nieodpowiedzialnie, przykład: przechodzę przez jezdnię z dzieckiem w wózku na pasach, kobieta w aucie wypada zza zakrętu bez włączenia migacza, na mój widok rzuca kierownicę i zakrywa oczy rękami. Cudem nic się nie stało.
          • Są kierowcy, którzy jeżdżą ale ciagle mają wypadki, kasuja samochody, na jezd
            > ni nie koncentrują się, zachowują się nieodpowiedzialnie, przykład: przechodzę
            > przez jezdnię z dzieckiem w wózku na pasach, kobieta w aucie wypada zza zakręt
            > u bez włączenia migacza, na mój widok rzuca kierownicę i zakrywa oczy rękami.

            Rozumiem, że ją znałaś osobiście i masz wiedzę o wszystkich wypadkach i skasowanych samochodach, tudzież o jej długoletnim stażu jako kierowcy? Ludzie, którzy ciągle mają wypadki i kasują samochody, w końcu przestają jeździć, bo nie mają czym...
            A poza tym do przejechania 10 km dziennie, z tego 5 km przy ruchu praktycznie zerowym, to nie trzeba mieć predyspozycji Roberta Kubicy...Z drugiej strony 5 km to jest chwila rowerem, zaś przy opadach śniegu można spróbować na biegówkach ;-)... Nawet na piechotę to godzina.
            Być może nie ma potrzeby robienia prawa jazdy, skoro ma szofera do dyspozycji całą dobę...Może ma jakieś opory psychiczne - np. że inni pomyślą, ' co to za facet bez prawa jazdy' - sądząc po tym wątku - całkiem uzasadnione.
            --
            -------------------------------------------------------------
            "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
          • Ludzie, którzy uważają się za kiepskich kierowców, kompensują to tym, że jeżdżą powoli i ostrożnie.

            Nikt nie sugeruje, żeby pana od razu wysyłać za kierownicą do centrum Rzymu albo na amerykańskie autostrady. Jedna prosta trasa do pracy i nazad jest do opanowania nawet dla kompletnego beztalencia.
            --
            "Słyszeliście może o kolesiach, którzy wyskakują z krzaków w parku na Jasnej Górze i pokazują pindola? (...) To teraz pomnóżcie to przez tysiąc. Tym właśnie jest blogosfera."
      • a z czego wyciagasz wnioski, ze nie ma predyspozycji? forumowy wrozbita

        do autorki - nie nie przegielas, i tak dlugo cierpliwa jestes, ja sobie sen cenie na tyle, ze zabilabym smiechem na propozycje podwozek o 6 rano, poza ekstremalnymi sytuacjami
        jak nie bylo auta, jakos sobie maz radzil, wiec niech sobie radzi dalej, skoro jak widac mu malo zalezy
        bo jak rozumiem, ty z dojezdzaniem do pracy problemu nie masz, a jednak to ty prawko zrobilas i auto kupilas ze swoich pieniedzy (pomijam przedziwne finansowe uklady wasze)

        nie woz, skoro prawka nie robi, to widac mu dojazdy az tak nie doskwieraja, swinstwem z jego strony jest takie wykorzystywanie ciebie

        i zeby nie bylo - ja jestem w domu kierowca, bo jezdze lepiej, tez dlugo moj maz do auta nie wsiadal, mimo ze prawko mial, bo sie bal i wprawy nie mial - a ja jak ty w roznych bardzo nedogodnych sytuacjach musialam sie napinac i robic za szofera
        az sie zbuntowalam, wreczylam kluczyki i wygonilam po cos, zakupy bodajze
        i sie osmielil, dzis jezdzi i skonczyly sie problemy z organizacja logistyki, bo jedno z nas nie prowadzi, w dlugie trasy nadal jezdze ja, ale wlasnie takie drobne wypady kiedy ja nie moge,przestaly byc problemem
        i moj maz jest raczej z gatunku rozkojarzonych, co to o stol sie regularnie potyka, ale krotkie trasy do pobliskich miast ogarnia
        jak sie chce to mozna, twoj maz widac nie chce, moze mu kasy szkoda, moze go ambicja uwiera, ze mu gorzej pojdzie itd twoje propozycje, ze mu pokazesz i nauczysz - bardzo zly pomysl

        --
        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by prababcia Luśki
        • Nie wiem na pewno, czy nie ma predyspozycji, wysnuwam przypuszczenia. Mąż może wolno reagować, może gubić się w sytuacjach podbramkowych, co na jezdni się zdarza, nie mieć orientacji w terenie. Są osoby, które nigdy nie powinny prowadzić samochodu, a prowadzą, zagrażają sobie i innym. Mialam znajomego, który po 25 latach prowadzenia potrafił wjechać na rondo pod prąd i nie potrafił stamtąd wyjechać przez pół godziny, sama w tym samochodzie siedzialam.
          • nie mieć orientacji w terenie.
            W dobie GPS to najmniejszy problem. Poza tym, nikt nie każe zapuszczać mu się w nieznany teren. 10-km trasa dom-praca-dom jest do opanowania dla każdego, nawet dla kogoś, kto dopiero co zrobił prawo jazdy i nie ma zamiaru skręcać w lewo.

            Mialam znajomego, który po
            > 25 latach prowadzenia potrafił wjechać na rondo pod prąd i nie potrafił stamtąd
            > wyjechać przez pół godziny, sama w tym samochodzie siedzialam.
            Skoro przeżył 25 lat prowadzenia przez siebie samochodu w ten sposób, to oznacza to, że nie był jednak aż tak niebezpieczny, jak się tobie wydaje... ;-)
            Albo po prostu miał prawo zrobione 25 lat wcześniej i nie jeździł. Albo jeździł w ruchu lewostronnym (np. w Wielkiej Brytanii)
            --
            -------------------------------------------------------------
            "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
            • Jesteśmy aktywnymi turystami i to raczej ja gubię się po dwóch zakrętach w prawo i jednym w lewo, zawsze zdaję się na niego. :D Mąż ma świetną orientację w terenie, pracuje również w zawodzie, który wymaga dobrego zdrowia, badań okresowych i psychotestów, umiejętności organizacyjnych i zdolności szybkiego reagowania na nagłe sytuacje. Ja po prostu nie widzę przyczyny, dla której on nie jest w stanie zabrać się za kurs. Czy to faktycznie lenistwo i poczucie, że jest żona, która w potrzebie zawiezie? Mąż czasem płaci za paliwo ze swoich oszczędności- rzadko, ale jednak.
              Dla pełnego obrazu muszę dodać, że nie jest leniwcem- dba o dom w sensie zakupy, pranie, gotowanie, sprzątanie (pracuje na zmiany i kiedy ja wracam z pracy, mam zawsze ciepły obiad. Stąd moje rozterki, czy może faktycznie wymagam od niego za dużo i może raz na jakiś czas powinnam się poświęcić i wstać o tej 3.30 i zawieźć go do pracy.
              Po dłuższym rozmyślaniu dochodzę do wniosku, że chyba drażni mnie ta "zamiana ról", że to mąż jest gosposią i przez to stał się dla mnie mało męski, a brak prawa jazdy i co gorsza, brak jakiegokolwiek zainteresowania tym tematem powoduje we mnie pogłębienie tego uczucia.
            • Przeżył 25 lat prowadzenia bo jeździł cały czas znaną trasą z pracy i do pracy. W przypadku wyjazdów poza znane 3 ulice robił się horror.
      • Uwierz, droga do jego pracy (5 km przez kilka wsi) jest prosta jak drut, zero "trudnych skrzyżowań", a zna tę drogę jak własną kieszeń. Zaryzykowałabym twierdzenie, że nie trzeba mieć kursu, żeby pojechać tam samochodem- wystarczy umieć prowadzić i znać dwa-trzy znaki, które mąż jako rowerzysta zna. Co nie znaczy, że popieram jeżdżenie bez prawka- żeby nie wyciągano błędnych wniosków.
    • Pomijając przypadki niemożności zrobienia prawka z powodów zdrowotnych, dla mnie facet bez prawka to nie facet, tylko jakiś mięczak.

      Może pokaż mężowi tego posta. ;-)
      --
      "Słyszeliście może o kolesiach, którzy wyskakują z krzaków w parku na Jasnej Górze i pokazują pindola? (...) To teraz pomnóżcie to przez tysiąc. Tym właśnie jest blogosfera."
    • Jesteś zbyt cierpliwa. Nie znam żadnego mężczyzny który wstawałby w niedzielę przed 6 tylko po to, żeby zawieźć żonę do pracy.
      Niech się pan zmobilizuje, facet bez prawka to jakiś niedorobiony jest.
      • triss_merigold6 napisała: > Jesteś zbyt cierpliwa. Nie znam żadnego mężczyzny który wstawałby w niedzielę p
        > rzed 6 tylko po to, żeby zawieźć żonę do pracy.
        > Niech się pan zmobilizuje, facet bez prawka to jakiś niedorobiony jest.
        To, że nie znasz, nie znaczy, że nie ma. Często w małżeństwach zdarza się, że ktoś podwozi małżonka/kę.
        Facet bez prawka, niedorobiony jest rzeczywiście, ale to samo dotyczy kobiet. Żyjemy już w czasach, gdy kierowanie samochodem nie jest przypisanie mężczyźnie, zresztą masa małżeństw ma po dwa samochody. Więc słowo "facet" zamieniłbym na "człowiek", bo kobieta bez prawa jazdy, którą mąż wszędzie musi wozić to takie samo kuriozum.
    • Ja jeszcze dorzuciłabym jeden argument: przecież odwożąc go, a potem odbierając z pracy, robisz podwójną trasę, więc jest i podwójne zużycie benzyny. A te dodatkowe koszty, kumulujące się, można by przeznaczyć na kurs prawka.
      • Ja z drugiej strony - nie mam prawa jazdy, nie zdałam egzaminu 2 x wiele lat temu i odechciało mi się, i naciski wywierane przez męża są na nic... Tyle że nie każę się nigdzie wozić, mam nogi (5 km to pikuś!), rower, no i komunikację. Moja rada - nie naciskać, przedstawić rachunki za benzynę...
    • Zrobienie prawa jazdy to naprawdę nie profesura z fizyki kwantowej i w obecnych czasach oboje małżonkowie powinni je mieć choćby ze względów bezpieczeństwa - jeśli jedno nie może prowadzić, prowadzi drugie. Druga kwestia to oczywiście wygoda, czyli to, o czym sama wspominałaś, choćby brak konieczności służenia za szofera, kiedy jest nam to nie na rękę.
      Większość szkół jazdy rozkłada koszt kursu na raty. Wówczas nie trzeba na dzień dobry płacić tysiąc zł, tylko np. po 200 zł przez pięć miesięcy. To już nie jest takie obciążenie dla budżetu.
    • Dla mnie facet bez prawka, to niedorajda.
      Nie piszesz o dzieciach, więc pewnie nie macie?
      Przy dziecku prawo jazdy i samochód jest niezbędny.

      Znam kogoś, kto stracił prawko. Kupił skuter i dojeżdża do pracy kilkanaście km.
      Zdarzyło mi się, że męża gdzie podwoziłam lub on mnie, o jakiejś nieprzytomnej porze, ale to wyjątkowo.
      Nie wstałabym w wolną niedzielę o 6,00, żeby męża zawieźć do pracy. Nie wymagamy od siebie takiego poświęcenia;)
      Z tego co piszesz wynika, że to ty proponujesz, że męża podwieziesz? Po co? Przecież jemu pasuje jeździć rowerem, gdyby było inaczej, zrobiłby prawo jazdy.
      Czy mąż w analogicznej sytuacji zerwie się o 6.00 żeby cię zawieźć do pracy?
      Za dobra jesteś, a mąż to wykorzystuje.

      • Nie naciskaj w sprawie prawa jazdy, nie podwoz do pracy i bądz w tym konsekwentna, jak panu jezdzenie rowerem czy komunikacją w zimie da się we znaki sam zacznie myslec o zrobieniu prawka, a jeśli nie, to widocznie mu tak wygodnie, jest minimalistą i nic więcej do życia nie potrzebuje, dla mnie facet bez prawka to dupa wołowa, a nie facet ;)
    • Moim zdaniem masz racje. Twoj maz moglby zrobic to prawko, ale podejrzewam, ze tak jak jest mu wygodnie; zona sie zerwie i zawiezie, cos tam pomarudzi i pobrzeczy nad uchem, do przezycia. A on komfortowo jako pasazer sie przejedzie. Gdyby mial prawko , mialby tez wiecej obowiazkow, bo doszlyby wieksze zakupy i ich dowoz do domu, zajmowanie sie samochodem (przeglady, serwisy itp), a tak , jest w komfortowej sytuacji- NIE MUSI.
      i dopoki nie przestaniesz go wozic, nie bedzie musial. Bo jesli tak sie boi, to sa skutery, mniejsze i wieksze motocykle...ale po co..

      Przypomina mi to postawe mojego ojca, kiedy bylam poczatkujaca studentka, a on mial prace na drugim koncu miasteczka, jakies 2 km od domu. Oszczedzalam ze stypendium dobre pol roku i kupilam sobie moje marzenie-rower gorski. Ojciec natychmiast zaczal go uzywac, reagujac oburzeniem kiedy przypominalam ze to moj rower i ja tez chcialabym go uzywac. Szczytem bylo powiedzenie mi, ze jesli chce go uzywac, mam przyjsc do niego do pracy, pojechac tam gdzie chcialam, po powrocie mu odstawic i wrocic pieszo do domu.
      Widzisz analogie? To jest myslenie wylacznie o wlasnej d... i wygodzie, a nie o Tobie. I moim zdaniem powinnas przestac ulegac szantazowi emocjonalnego (biedaczek dojezdzajacy rowerem) i uciac podwozenie-i rezygnowanie z odpoczynku w weekend bo pan chce byc podwieziony.
      --
      Jak za posiadanie penisa będą przyznawać rentę, to ja będę wtedy honorować wyjaśnienia "czego ty oczekujesz, to przecież facet".by falka32
      • Nie prowadzę samochodu. Nie prowadzę, bo się boję. Boję się panicznie, organicznie wręcz. Jestem ogólnie mało kumata w tego typu sprawach, gubię się wszędzie, nawet w okolicznym, znamy lesie:) Nie mam podzielnej uwagi. Typowy mól książkowy i gapa;) Wiem, że byłabym zagrożeniem dla zdrowia i życia innych użytkowników dróg, gdybym się uparła być kierowcą.
        Z drugiej strony nie wieszam się, jeśli nie ma podbramkowej sytuacji na mężu, choć mieszkamy 25 km od miasta, codziennie dojeżdżam do pracy 3 autobusami w jedną stronę, zima nie zima, śnieg nie śnieg.
        Może mąż też ma takie lęki, nawet nieuzasadnione. Przecież on się za Boga do tego nie przyzna. Może ma jakiś uraz? To niemęskie, ale ja nie lubię takiego podejścia do ludzi. Wolałabym takiego niemęskiego, który pomaga ofiarnie w domu, niż macho, ktory nie tknie palcem brudnego talerza. Ale to ja, inne kobiety mogą mieć inne podejście.
        Na Twoim miejscu bym nie naciskała, ale też nie woziła męża. Może go to zmotywuje, a jeśli nie, to nie będziesz musiała się poświęcać. Takie wstawanie w sobotę też by mnie doprowadziło do szału.
        • Też nie mam prawa jazdy. Na kursie wytrzymałam do pierwszego wyjazdu na miasto. Zrozumiałam, że stanowię zagrożenie dla siebie i innych. To nie dla mnie. Mama ma tak samo. Babcia się przełamała i ma kilka wypadków na koncie, na szczęście bardziej ucierpiał samochód niż ludzie. Jak jechałam z nią, to modliłam się by dojechać w 1 kawałku ;) Niektórzy tak mają. Akurat mieszkając w dużym mieście brak samochodu odczuwam 1-2 razy do roku, na co dzień wcale. Podejrzewam, że jak naprawdę poczuje, że muszę, to skorzystam z dodatkowych lekcji na takiej maszynie treningowej. Czy jednak będę chciała po tym jeździć - nie wiem.
          Mój partner też nie ma prawa jazdy, nigdy nie potrzebował, nie interesowało go to. Może kiedyś zrobi. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Każde sobie radzi. Natomiast nie wyobrażam sobie regularnego robienia za szofera gdybym prawko i samochód miała... to już wykorzystywanie.
          --
          Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
          • > Też nie mam prawa jazdy. Na kursie wytrzymałam do pierwszego wyjazdu na miasto.
            > Zrozumiałam, że stanowię zagrożenie dla siebie i innych.

            Wybacz, ale jak po JEDNEJ jeździe mogłaś to "zrozumieć"? Przecież pierwszy wyjazd na miasto to w większości przypadków pykanie na dwójeczce 30 km/h z kierownicą podtrzymywaną przez instruktora. I każdy kursant jest wtedy zagrożeniem. Po to instruktor ma hamulce ;) Ja pierwszą jazdą byłam przerażona - instruktor wziął mnie na parking, nauczył ruszać i kazał jechać. To był mój pierwszy raz za kółkiem i od razu wyjechałam na ulicę ;)

            Może jestem młoda, ale już się nauczyłam, że w wielu przypadków myślenie "to nie dla mnie" szybko zostaje zweryfikowane, jeśli musimy coś zrobić. Znam kilka przypadków osób, które też sądziły, że prawko nie dla nich, a potem musiały i robiły.

            Natom
            > iast nie wyobrażam sobie regularnego robienia za szofera gdybym prawko i samoch
            > ód miała... to już wykorzystywanie.

            Otóż to. Ktoś nie chce, nie robi, nie ma potrzeby, boi się. Ale mąż autorki wyraźnie się wykręca i ją wykorzystuje. A nawet nie próbował.
            • Chodziło mi o wyjazd na duże miasto. Jeżdżąc pod miastem, do miasteczka podmiejskiego miałam duży stres, ale jeszcze nie panikowałam. Przy centrum miasta, ruchliwych ulicach i skrzyżowaniach 2 pasmówek przerażała mnie ilość bodźców, nie byłam w stanie tego ogarnąć. Zdecydować co mam robić. A wiem, że przy moim przyzwyczajeniu, że czasem odpływam myślami, samo utrzymanie takiej uwagi jest trudne.

              Mój instruktor raczej nie stosował się do założeń "Przecież pierwszy wyjazd na miasto to w większości przypadków pykanie na dwójeczce 30 km/h z kierownicą podtrzymywaną przez instruktora." Czułam się pozostawiona sama sobie i to pewnie potęgowało stres. Wiem, że gdybym miała próbować jeszcze raz, to ze sprawdzonym instruktorem. Natomiast w moim mieście egzamin zawiera przejazd przez centrum, więc tu i tak nie zdam.

              --
              Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
              • No wybacz, ale każdy normalny kursant na paru pierwszych zajęciach (albo i dłużej) ma pełne gacie i nie stanowisz żadnego ewenementu. Tyle, że to uczucie ustępuje w miarę nabywania doświadczenia po prostu - tak jak w każdej innej dziedzinie.

                Swoją drogą - jak ten gość dostawał się do pracy zanim żona kupiła samochód?
                • > No wybacz, ale każdy normalny kursant na paru pierwszych zajęciach (albo i dłuż
                  > ej) ma pełne gacie i nie stanowisz żadnego ewenementu. Tyle, że to uczucie ustę
                  > puje w miarę nabywania doświadczenia po prostu - tak jak w każdej innej dziedzi
                  > nie.
                  Trzeba jeszcze kurs zdać, ja bym do tego potrzebowała wieeelu lekcji i egzaminu w mniejszym miasteczku. Na szczęście nie ma obowiązku posiadania prawa jazdy i zmuszania się do czegoś, co nam nie wchodzi. Aczkolwiek jak wspominałam rozglądałam się za opcjami kursów "dla opornych" i wiem, że są takie. Natomiast nic mnie teraz nie ciśnie, więc po co się męczyć?

                  Pomiędzy uczuciem, że ma się pełne gacie i radzeniem sobie, a paniką wyłączającą myślenie jest spora różnica. Tak jak sprawy komputerowe rozumiem bez problemu - "łapię je" z łatwością. To na wiedzę samochodową czuję jakbym była impregnowana. Nie rozróżniam marek i modeli, mój mózg nie przyjmuje informacji dotyczących budowy i działania samochodu. Nie chcę, nie lubię. Tysiąc razy bardziej wolę poczytać książkę w tramwaju czy po prostu podumać, nawet jeśli mam czekać na przystanku.
                  Natomiast to oczywiście pikuś, bo mogę każdorazowo płacić fachowcom za pomoc i korzystać z porad zmotoryzowanego brata. Kosztowne, ale wykonalne. Jednak bardziej mnie martwi kwestia nieogarniania tego co się dzieje na drodze. Tak samo mam w innych sytuacjach - gdy na raz dzieje się dużo rzeczy, gubię się i nie potrafię podjąć decyzji. Nie nadaję się przez to do sportowych gier grupowych, potrzebuję mniejszą ilość elementów na których mam się skupić. Droga podmiejska -ok, duże wielkomiejskie skrzyżowanie - odpada.

                  To jest kwestia indywidualnych predyspozycji. Jak widzę kogoś, kto nie potrafi zrobić najprostszej rzeczy na komputerze to też nie rozumiem jak to możliwe, przecież to takie łatwe... ale mam dość pokory by przyznać, że może nie dla każdego. I dlatego informatycy i taksówkarze mają pracę i tak świat się kręci.
                  --
                  Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
                  • sorvina napisała:
                    > Pomiędzy uczuciem, że ma się pełne gacie i radzeniem sobie, a paniką wyłączając
                    > ą myślenie jest spora różnica.

                    Sorvina, a umiesz jeździć na rowerze? Ja w dzieciństwie się uczyłam i się nie udało. Próbowałam, mialam kilku zagorzałych nauczycieli, starałam się i nie udało mi się nigdy utrzymać równowagi:( Problemy z błędnikiem? Znam tylko jedną osobę, ktora nie umie jeździć na rowerze, a przecież to umiejętność absolutnie dla każdego, jakby się wydawało:( Ta osoba też nie prowadzi samochodu, nawet nie próbowała. Ja próbowałam, nie skończyło się to dobrze dla samochodu, gdy miałam wjechać w bramę.
                    Nie umiem tez pływać, mam problemy z koordynacją ruchów:(
                    I też wolę poczytać książkę w autobusie, niż narażać siebie i innych na śmiertelne niebezpieczeństwo:P
                    • Na rowerze umiem, choć też preferuję bezpieczne trasy. Natomiast np. z nart zrezygnowałam po pierwszej górce, która nie była oślą łączką. Nie czuję się dobrze wszędzie tam gdzie wymagana dobra orientacja 3d, zwłaszcza połączona z prędkością. Jakoś tego nie ogarniam, wolę 2d . Duża ilość obiektów zbliżających się z różnych kierunków, do których muszę się dostosować , jest dla mnie nie do przetworzenia. Nie mam za bardzo wyczucia szybkość/odległość w przestrzeni. Tak samo będąc grafikiem wolę 2d od 3d. Łyżwy - ok, ale na pustym lodowisku. Jak się mogę patrzeć tylko w jednym kierunku - jest ok, ogarnianie wszystkiego dookoła odpada.

                      --
                      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
        • Ja tez sie panicznie boje jezdzic samochodem. Mimo, ze i podzielnosc uwagi mam i orientacje terenie tez. Nie mam prawa jazdy i nigdy nie zrobie. Maz tez mnie namawia odkad sie poznalismy. Ale nic z tego. Nie ma szans. Z tym, ze u nas jest odwrotnie - czesciej on mnie namawia, zebym dala sie podwiezc, niz ja go o to prosze. A kazda jazde (jako pasazer) odchorowuje potem kilka godzin...
      • Nie wiem, czy mąż mógłby zrobić prawo jazdy - być może boi się jeździć, albo wie, ze nie ma refleksu. OK. Nie każdy musi mieć prawo jazdy.
        Ale to absolutnie nie oznacza, że wtedy kto inny ma go odwozić/przywozić z pracy. Są rowery, są własne nogi. Jeśli facet podjął decyzję, że prawa jazdy nie robi - OK, rozumiem. Tylko niech nie liczy, ze będziesz go podwozić.
        --
        zpopk.blox.pl
    • a ja rozumiem Twojego męża - mam prawo jazdy od kilkunastu lat, jeździłam bezproblemowo przez 10 lat dużym samochodem, po czym po zmianie samochodu przyblokowałam się, przez rok nie jeździłam, a i teraz wolę, aby mnie mąż zawiózł, bo po prostu nie lubię prowadzić
      i czasami, chociaż wynika to bardziej z posiadania tylko jednego samochodu, mój mąż w dni wolne odwozi mnie do pracy na jakąś wczesną porę, pomimo tego, że jest wielkim śpiochem
    • Jestes niezwykle cierpliwa osoba - ja przy probie obudzenia mnie przed szosta rano w weekend z powodu wygodnictwa lamanego przez fanaberie zrobilabym ukochanemu z dupy jesien Sredniowiecza.

      --
      "Namawiałbym moją żonę, żeby to dziecko urodziła. Życie ludzkie zawsze pozostaje życiem ludzkim, a to jest wartość najwyższa. Mówię to bez zawahania." poseł Artur Górski
    • Nie przegielas. Słusznie go wypedzasz na kurs.
    • i tak wstaniesz sama wczesniej, odskrobiesz szyby jutro, pojutrze i popojutrze i będziesz go wozic do konca swiata

      Raz na czas sobie pofukasz ale pozniej wyrzuty sumienia Cię zjedzą i tyle

      A pan jest wygodny
      W sumie po co robic prawo jazdy jak sie ma wlasnego szofera
      i nie trzeba się dorzucac do OC i benzyny
      • annb napisała:
        W sumie po co robic prawo jazdy jak sie ma wlasnego szofera i nie trzeba się dorzucac do OC i benzyny


        Nieprawda, z tego co pamiętam mąż łaskawca się od święta na paliwo zrzuci;)
        A tak serio, piszesz że mąż jest niefrasobliwy w kwestii finansów, wyciął Ci kiedyś jakiś numer i masz na niego oko.
        Czyli intuicja mnie nie myliła, facet jest typem "do zaopiekowania" na całe życie;)
        Jego niechęć do zdobycia prawka nie wyklucza opcji wożenia się cudzym i za cudze;)

        Nie bądź matką Teresą, nikt Ci za poświęcenie nie podziękuje. A za jakiś czas Twój mąż uzna, że to będzie kolejny z Twoich obowiązków. Skoro nie protestujesz...
      • Wczoraj wstałam, zawiozłam.
        Jeśli jest mróz, wychodzimy razem i razem odskrobujemy czy odśnieżamy auto.
        Mąż wrócił z pracy pieszo- chyba "nie śmiał" prosić mnie o przyjazd, a ja po jego powrocie nie poruszałam tego tematu.
    • Uważam, że masz całkowitą rację. Ja nie wytrzymałabym dłużej niż kilka tygodni jako szofer współmałżonka, kiedy on sam nie podaje racjonalnych powodów do tego, aby nie robić kursu. Znam takich facetów, którzy sami namawiają żony na prawo jazdy, aby spokojnie móc pić na imprezach ;)

      Ja jestem dobrym przykładem na to, że nawet zahamowania psychiczne można pokonać.
      W dzieciństwie przeżyłam wypadek samochodowy, wyszłam z niego praktycznie bez szwanku, ale zmarło dziecko siedzące koło mnie. Tak utkwiło mi to w pamięci, że bałam się jeździć jako pasażer i nie wyobrażałam sobie, że kiedyś usiądę za kierownicą. Do prawa jazdy zostałam praktycznie zmuszona przez rodziców, zmieniali samochód na nowy, ja właśnie kończyłam 4. rok studiów i dostałam ultimatum: jeżeli zrobię kurs prawa jazdy i dostanę uprawnienia w ciągu pół roku, to stary samochód zostaje dla mnie, jeżeli nie, to na kolejny muszę zarobić sama. Podczas wakacji zarabiałam na kurs, a w listopadzie miałam już w ręce prawo jazdy. I co z tego, skoro panicznie bałam się jeździć. Przez pierwszy miesiąc dojeżdżałam 5 km do centrum, a pot lał mi się ciurkiem po plecach. ;) Ale wygoda wzięła jednak górę. Po roku, gdy już bez stresu przejeżdżałam odcinki ok. 100 km, jakiś małolat bez prawa jazdy wjechał mi mocno w tyłek. Mnie nic się nie stało, ale stres wrócił. Znajomy policjant powiedział mi wtedy, żebym nie rezygnowała z kierowania, naprawiła jak najszybciej samochód i zaczęła znowu jeździć, bo z każdym tygodniem po zderzeniach jest coraz ciężej. Posłuchałam go i nie żałuję.
      Teraz mija jakieś 10 lat odkąd jeżdżę autem. I uwielbiam to - naprawdę! Zdaniem kolegów - nawet tych wrednych, którzy uważają, że baba za kółkiem= nieszczęście - bardzo dobrze prowadzę. A dowodem jest chociażby to, że bez problemu dają mi się przejechać swoimi nowymi samochodami i mogę wtedy nawet zniknąć na z ich pola widzenia albo wymienić się samochodem na dzień lub weekend. :)
    • Dziś, gdy zaczęłam
      > utyskiwać na to i dopytywać się, czemu właściwie nie może się zapisać na kurs,
      > najpierw mnie zbywał ze zniecierpliwieniem, że nie wie, nie zastanawiał się na
      > d tym, a gdy nalegałam, żeby się jednak zastanowił i spróbował mi odpowiedzieć,
      > w końcu zdenerwował się i wykrzyczał, że za darmo prawka nie dają, a zresztą j
      > ak nie to nie, bez łaski, pojedzie rowerem.

      Wydaje mi się, że on się boi i wstydzi się do tego przyznać. No bo prawka nie dają za darmo, ale i benzyny nie. A jak Ty jeździsz, odwozisz, przywozisz, to zużywacie więcej. Jeśli oboje pracujecie, to nie wierzę, że nie jest w stanie na kurs i te nawet 2, 3 ewentualne egzaminy odłożyć.

      Naprawdę, każdy człowiek jest w stanie ogarnąć prowadzenie. Kwestia wprawy nie żadnych tam predyspozycji. Predyspozycje to mogą pomóc załapać na 1 jeździe albo ich brak może spowodować potrzebę dokupienia 10 godzin kursu. Ale trzeba spróbować! Też sądziłam, że to nie dla mnie, poszłam na kurs, bo to był ostatni dzwonek (ostatnie studenckie wakacje) i załapałam, jak tylko zaczęłam prosto jeździć ;) bardzo polubiłam prowadzenie samochodu.

      Zagrożeniem na drodze nie są ludzie bez "predyspozycji". Są nim kierowcy zbyt pewni siebie i przeceniający swoje umiejętności. Słaby kierowca będzie po prostu jeździł ostrożnie, aż się w końcu nauczy - bo jak mówili u nas na kursie, dopiero po otrzymaniu prawka człowiek tak naprawdę uczy się jeździć ;) Więc pogadaj z mężem. Bez gróźb, krzyków - po prostu spytaj o co mu tak naprawdę chodzi.
      • Ira, podpisuje sie pod tym, co napisałeś rękoma i nogami. Tez tak uważam.
        Największe zagrożenie stwarzają nie Ci "bez predyspozycji", ale królowie szos, którym wydaje sie, ze są nieśmiertelni...
        A jazdy autem człowiek uczy sie tak samo, jak chodzenia, czy jazdy na rowerze. Jeden nauczy sie szybciej, a drugiemu zajmie to wiecej czasu, ale każdy jest w stanie.
        Aby przejechać 5km przez wieś, nie trzeba być żadnym mistrzem. Nikt nikomu nie każe szarzowac. Może sobie jechać 40 km na godzinę i dojechać... Mówienie o braku predyspozycji to robienie z niego jakiegoś kaleki, który nie jest w stanie opanować dwóch pedalów i kółka.
        Nie mówię, ze musi gość od razu jeździć na długie trasy, czy nawet po mieście, ale powinien być w stanie zadbać o swoje potrzeby komunikacyjne w podstawowym zakresie.
        • który nie jest w stanie opanować dwóch pedalów i kółka.
          Trzech pedałów chyba...
          --
          -------------------------------------------------------------
          "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
          • > który nie jest w stanie opanować dwóch pedalów i kółka.
            > Trzech pedałów chyba...

            Zależy od samochodu ;-)
            • W takich starych, bez automatu to raczej trzy są.
              --
              -------------------------------------------------------------
              "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
              • nowe samochody nie wszystkie mają automat, bo i mieć nie powinny. Więcej - samochód z automatem nadaje się przede wszystkim na amerykańskie drogi, gdzie wsiadasz, wrzucasz tempomat i jedziesz, jedziesz, jedziesz. Dlatego automatyczne skrzynie biegów są montowane przede wszystkim w wozach wysyłanych do USA.
                • >Dlatego automatyczne skrzynie biegów są montowane przede wszystkim w wozach wysyłanych do USA.

                  Dlatego, że w USA mało kto potrafiłby jeździc z manualną skrzynią biegów.
                  Tam po prostu wszyscy mają automaty. Słyszałam, że jesli Amerykanin chce jeździć manualem, to musi zdać osobny egzamin na prawo jazdy.

                  Samochód z automatem nadaje sie na każde drogi. Także terenówki i ciężarówki mają automaty. Sama jeździłam terenówką z automatem.
                  W Europie jesteśmy po prostu przyzwyczajeni do manulanych skrzyń i tyle.
                  W dobie obecnej komputeryzacji samochodów nie mają one chyba większego uzasadnienia. Może automaty spalają więcej paliwa, ale to też zależy, jak kto jeździ.
                  • Słyszałam, że jesli Amerykanin chce jeździ
                    > ć manualem, to musi zdać osobny egzamin na prawo jazdy.


                    nic podobnego , w Ameryce i Kanadzie nikogo nie obchodzi z jaka skrzynia biegow ktos bedzie jezdzil .

                    Może automaty spalają więcej paliwa, ale to też zależy, jak kto jeździ.

                    automat spala wiecej paliwa ale jest przedewszystkim drozszy np. przy tanich autach to okolo $1500 wiecej , drozszych nawet $5000 wiecej ale tym sie tutaj nikt nie przejmuje ( nie wszystkie modele produkowane sa w obu wersjach ) .
                    P.S. Auta z manualem nie trzeba zamykac i tak nikt go nie ukradnie :
                    www.youtube.com/watch?v=PeMNXniQRn4
                • > nowe samochody nie wszystkie mają automat, bo i mieć nie powinny. Więcej - samo
                  > chód z automatem nadaje się przede wszystkim na amerykańskie drogi, gdzie wsiad
                  > asz, wrzucasz tempomat i jedziesz, jedziesz, jedziesz.

                  automat jest pszczegolnie przydatny wlasnie w jezdzie po miescie, wcale nie na autostradzie.
    • superruda napisała:

      > Mój mąż jest lekko po czterdziestce i nie ma prawa jazdy. Nie przeszkadzałoby m
      > i to chyba, ale bywają takie sytuacje jak np. jutro- niedziela, mogłabym się wy
      > spać, ale muszę wstać przed 6, zawieźć męża do pracy, a po południu po niego po
      > jechać.

      Jestem w szoku, autentycznie. Wstałabym, żeby męża odwieźć, tylko w przypadku, gdyby był tak chory, że trzeba by było jechać z nim do szpitala. Żadna inna okoliczność nie wchodzi w grę (chociaż zdarzyło się raz, że mąż złamał nogę i sam z tą złamaną nogą pojechał na ostry dyżur :))
      Chce się wopzić autem - nie robi prawo jazdy, koniec, kropka. Zresztą facet bez prawa jazdy.... Jak dla mnie od razu rodzi się podejrzenie, że coś z nim nie tak ;-)
      • Jak dla mnie od razu rodzi się podejrzenie, że coś z nim nie t
        > ak ;-)
        A dla mnie jak kobieta nie umie upiec strudla, wyluzować indyka, wyhaftować obrusa haftem richelieu i wychować dziecka na geniusza gry na fortepianie, to nie jest prawdziwą kobieta:P
        Są kobiety, które mają predyspozycje do bycia doskonałymi paniami domu, a inne są genialnymi naukowcami, ale nie potrafią zrobić jajecznicy. Są mężczyźni, którzy spełniają się w sportach ekstremalnych i lekceważeniu bliskich, a inni najlepiej się czują w domu z dziećmi, lubią gotować i prasować.
        Cóż to za idiotyczne klasyfikowanie ludzi???
        • Zauważ, że napisałam "jak dla mnie" - co oznacza, że ja osobiście gustuję w facetach, którzy mają akurat takie predyspozycje, że m.in. nie stanowi dla nich problemu prowadzenie auta. Bo to się wiąże z cechami charakteru.
          Idiotyczne klasyfikowanie ? Każdy klasyfikuje ludzi wg swojego upodobania - Ty nie zaprzyjaźnisz się z uprawiającym sport ekstremalny, ja - z misiowatym "nianiem" domowym :)

          A czemu sporty ekstremalne (i w domyśle - jak sądzę - prowadzenie auta ;-) ) wiążesz od razu z "lekceważeniem bliskich" ?
          • Jak byś napisała, że Ciebie taki facet nie kręci, to spoko, napisałaś jednak, że coś z nim nie tak i to mnie trochę ruszyło:) Coś nie tak, znaczy co? Ułomny, niemęski, zapóźniony w rozwoju?
            Masz oczywiście rację, że wszystko jest kwestią gustu. Mnie odrzuca od facetów typu macho, bo to mi się kojarzy z chęcią dominacji, chęć dominacji kojarzy mi się ze stosowaniem form nacisku, często w postaci przemocy i dalej już wiadomo. I taki ciąg myślowy: macho, sporty ekstremalne, dominacja:))) Ale wiadomo, mi się wszystko kojarzy:)))
            Wszystkie "męskie" umiejętności i atrybuty oddałabym za misiowatego "niania" domowego:) Bo z reguły pragniemy tego, czego nie mamy. Jak masz proste włosy, chcesz mieć kręcone, i na odwrót. Rozumiem upodobanie do facetów, którzy radzą sobie w każdej sytuacji, męskich i silnych, ale nie podoba mi się ocenianie ich na podstawie takich czy innych umiejętności, bo często tacy faceci mają za to do zaoferowania inne, ważniejsze i lepsze przymioty:)
            • > często tacy faceci mają za to do
              > zaoferowania inne, ważniejsze i lepsze przymioty:)

              Zależy dla kogo lepsze i ważniejsze ;-) Jak zwykle - kwestia gustu!
              A wracając do problemu z tego wątku - dla mnie mimo wszystko o tym panu gorzej świadczy to, że nie ma skrupułów w wykorzystywaniu żony do podwózek niż to, że nie umie prowadzić. Gdyby nie umiał, ale za to radził sobie sam z kwestią dojazdów do pracy - to OK, posiadanie prawa jazdy nie jest obowiązkowe. Ale jeśli dodamy niechęć do zrobienia prawka + bezwstydne wykorzystywanie + brak skrupułów - to jednak coś z nim nie halo. Dla mnie.
              • dla mnie mimo wszystko o tym panu gorzej
                > świadczy to, że nie ma skrupułów w wykorzystywaniu żony do podwózek niż to, że
                > nie umie prowadzić.

                Zrozumiałe jest podwożenie 'przy okazji' - ale nie w środku nocy...
                --
                -------------------------------------------------------------
                "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
              • Ale jeśli do
                > damy niechęć do zrobienia prawka + bezwstydne wykorzystywanie + brak skrupułów
                > - to jednak coś z nim nie halo. Dla mnie.

                Tu pełna zgoda. Tak jak pisałam: panicznie boję się prowadzić, ale nie wykorzystuję męża do podwózek, mimo utrudnień, radzę sobie sama.
                Ja wzięłam trochę faceta w obronę, bo autorka pisała o jego ogólnej pożyteczności w domu w innych sferach domowych.
            • Jesso, panuj trochę nad swoimi skojarzeniami.:/ Misio domowy często wymaga obsługi, jest ogólnie nieudaczny, trzeba go bronić przed złym światem i nie nadaje się do pracy.
              Zwyczajnie, pewne umiejętności znakomicie ułatwiają życie, prowadzenie samochodu i wykonywanie podstawowych napraw w domu do nich należy.
        • Nie umiem upiec strudla, ale do głowy by mi nie przyszło budzić kogoś w niedzielę o 6, zeby mi koniecznie teraz już natychmiast tego strudla upiekł.


          --
          "Bardzo proszę coś przedsięwziąć. A nie może być tak, że ja wchodzę do domu, a tu się nic nie przedsięwziwia. Nic się nie przedsięwziwia, wszyscy coś wezmą; jeden przedsięwzi, drugi przedsięwzi, trzeci przedsięwzi. Oni wszyscy wziują, oni wszyscy wziują. Ten nie, ten się uparł i nie. Bardzo proszę wziąć kabel od żelazka i dokonać szeregu przedsięwzięć."
          Joanna Kołaczkowska,
    • > Czy Waszym zdaniem przegięłam, mówiąc mu dzisiaj, że jutro ma zejść wcześniej,
      > oskrobać szyby

      Chwila - czy należy to rozumieć tak, że do tej pory to Ty wstawałaś pierwsza, gnałaś skrobać szyby i rozgrzać silnik, a pan łaskawie schodził, sadzał tyłek i pozwalał się odwieźć ???? Jeśli tak, to mnie się to w ogóle nigdzie nie mieści.
      Poza tym:
      >> zdenerwował się i wykrzyczał, że za darmo prawka nie dają
      Tak, za to paliwo na puste przejazdy ( 2 kursy w tę i z powrotem)
      rozdają na każdej stacji ;-(

      A takie rozterki:
      > Wożę go czasem do tej pracy, bo głupio mi odmawiać i spać w ciepłym łóżku, gdy
      > on ma rowerem po ciemku w mrozie jechać

      to możesz sobie spokojnie darować - on jakoś nie przejmuje się zupełnie, że Cię wyciąga z łóżka w środku nocy.
      • nie mam prawa jazdy, gdyz jestenm tepa jak mlot i kurs to byla beznadzieja i dno
        bardzo mi to przeszkadza
        do pracy chodze o 6 rano,mam ok 4 km
        maz wozi mnie codziennie
        gdybymmiala nadgodziny,fuchy w weekend, tez by mnie wozil
        nie wyobrazam sobie isc w listopadzie w deszczu albo mrozie o 5.30 tyle kilometrow
        ja tez robie rzeczy,ktore jemu ulatwiaja zycie, chociaz cholerniemi sie nie chce

        no, ale my pojmujemy malzenstwo m.in jako zwiazek ludzi, ktorzy wykonuja w swoja strone takie gesty, jakich nie wykonaliby w strone nikogoinnego na swiecie

        podwozilabym o 6 meza
        robimy dla siebie duzo takich rzeczy,ktorych inni moga nie pojmowac
        rovbimy jako cos zupelnie normalnego
        a poza ttym posypujemy truskawki cukrem...
        --
        po-ranna.bloog.pl/


        -Jak odwieść hołotę od czegoś dowodami, jeśli uwierzyła w to bez dowodów.
        • podwozilabym o 6 meza
          O 3.30 też?
          --
          -------------------------------------------------------------
          "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
          • o 3,30 zwlaszcza
            gdyby ta godzina byla stala i mocno kolidowala z moim wstawaniem do pracy to pewnie cos bysmy wymyslili
            on tez mnie wozi o ktorej i gdzie trzeba
            takie uklony, czasem bardzo meczace, u nas sa po prostu normalne
            od poczatku zwiazku tak bylo i trwa kilkanascie lat
            --
            po-ranna.bloog.pl/


            -Jak odwieść hołotę od czegoś dowodami, jeśli uwierzyła w to bez dowodów.
            • gdyby ta godzina byla stala i mocno kolidowala z moim wstawaniem do pracy to pewnie cos bysmy wymyslili
              on tez mnie wozi o ktorej i gdzie trzeba
              No to żona wymyśliła - ma zrobić prawo jazdy i jeździć, a nie ona ma go wozić.
              To zasadniczo jest stała godzina, tylko w weekendy jest później, o szóstej... I podejrzewan, że akurat nie w każdy weekend jest praca, więc akurat weekendy byłyby pewnie do ogarnięcia. Ale wstawać zimą w środku nocy przez ileś dni w tygodniu - to można się fizycznie wykończyć...
              --
              -------------------------------------------------------------
              "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
        • konwalka napisała:

          > nie mam prawa jazdy, gdyz jestenm tepa jak mlot i kurs to byla beznadzieja i dn
          > o
          > bardzo mi to przeszkadza

          Jak dobrze rozumiem, ty przynajmniej robiłaś kurs, więc usprawiedliwienie masz. ;-)

          Znam osoby, które zdawały kilkanaście razy i po prostu sobie nie radzą. Ale to jakieś wyjątki od reguły. ;) Moja siostra do dzisiaj po dwóch latach po egzaminie nie wjedzie tyłem do garażu i zamiast parkować "na kopertę" szuka innego miejsca, ale poza tym radzi sobie całkiem nieźle.
          Zrozumiałabym chłopa, gdyby ukończył kurs i kilka razy podchodził do egzaminu. Ale skoro nawet nie próbuje, to coś dla mnie nie tak.
          Znam dziewczynę, która od zawsze myliła sobie stronę lewą z prawą i nie chciała robić prawa jazdy. W końcu okazało się, że ma szansę na awans w pracy i znaczną podwyżkę, ale prawo jazdy jest niezbędne. I ta podwyżka była taką motywacją, że w końcu prawo jazdy zrobiła, chociaż do dzisiaj śmiejemy się z tego, że trzęsła się ze strachu, jak instruktor kazał jej skręcać w lewo lub prawo. :D Zdała bodajże za trzecim razem, a od kilku lat śmiga w podróże służbowe do Niemiec i Austrii.
          • Znam dziewczynę, która od zawsze myliła sobie stronę lewą z prawą

            Hehe, ja mam tak do dzisiaj. Tzn - mylę, jak mówię albo słyszę, nie jak pokazuję czy robię. Czyli praktyka wychodzi dobrze, a w wersji językowej - tragedia. Z mapą też się nie gubię...
            --
            -------------------------------------------------------------
            "a przecież można pozostać człowiekiem nawet jeśli jest się nauczycielem" by Grave_digger
        • Konwalko, dobrze to napisałaś :-)

          Nie mam prawa jazdy, pewnie nigdy nie zrobię, nie mam predyspozycji, nie chcę stwarzać zagrożenia na drodze. Mąż na mnie presji zadnej nie wywiera, bo mnie zna :-)
          Jak źle się czuję (a niestety zdarza się to ostatnio często, bo choruję), to mąż specjalnie o mnie przyjeżdża.

          Mój tata codziennie jedzie wieczorem po mamę do pracy, choć ma ona stosunkowo blisko, ale nie chce, żeby szła po ciemku.

          To są niby drobne gesty, ale z nich tka się miłość...
          --
          My oraz Starsza i
          Młody
          • w dobie "wystaw mu walizki za drzwi" jakiekolwiek dzialania na rzecz drugiej osoby sa postrzegane jako zaprzedawanie siebie

            a to troche na ttym polega
            zeby powiedziec, czasami bez slow: jestes wazniejszy niz reszta swiata

            i chociaz NIENAWIDZE prasowac koszul, to jak widze jak ten moj pajac z wywalonym ozorem, znowu za pozno walczy z zelazkiem trzy sekundy przed wyjsciem do pracy, to po prostu mowie mezowi, ze kiedys wyrwe mu nabial przy samej szyi, biore spryskiwacz o zapachu lawendy i w dwie minuty mam wyprasowNA TE CHOLERNA KOSZULE

            a on jak wsiada o 6 do samochodu, ciemnosci kryja ziemie, termometr pokazuje radosne minus 9, to mowi mi, ze fajnie ze jutro weekend, to bedziemy sie wylegiwac do siodmej
            i jeszcze mowi, ze mnie zabije za to ze mam prace na taka godzine

            i jest jakos inaczej o tej durnej godzinie
            jakos tak, jak zawsze chcialam, zeby bylo

            no,tka sie :)

            --
            po-ranna.bloog.pl/


            -Jak odwieść hołotę od czegoś dowodami, jeśli uwierzyła w to bez dowodów.
            • Konwalka,
              zgadzam sie, że wyrazem miłości mogą być różne przysługi. Zauważ jednak, że Twój mąż bierze się sam za tą koszulę, a Ty - z własnej woli - go wyręczasz.

              Jestem jednak bardzo ciekawa, czy gdyby Twój mąż musiał regularnie gdzies jeździć bladym świtem, to czy oczekiwałby od Ciebie, że będziesz zrywać sie w nocy i go odwozić, czy może właśnie z miłości pomyślałby o Tobie i starałby się radzić sobie sam, abyś Ty mogła się wyspać?

              Zaznaczam, że nie mówię o sytuacjach wyjątkowych, jak np. odwiezienie na lotnisko, czy pociąg.
        • Konwalko, podoba mi się bardzo to, co napisałaś. Tak być powinno zawsze i wszędzie- gdyby wszyscy tak myśleli, nie byłoby rozwodów.
          Niestety, nie w każdym małżeństwie układa się tak dobrze, że żadna ze stron nie czuje się w żadnym aspekcie wykorzystywana.
          • superruda, na wstepie mojego listu z kolejna porcja wywodow, jak uroczo okreslila to jedna z rozmowczyn, chce powiedziuec, ze nire znam wielu osob, ktore sa takie plastyczne i slyuchajace jak ty
            wlasciwie to wiekszosc trzyma sie swoich idei jak pijany plotu
            ty sluchasz, analizujesz, dyskutujesz
            fajnie- od razu budzi sympatie
            i do wywodu (juz ostatni)- uwazam, ze zyjemy w dobie, gdzie najwazniejszym gadzetem jest kalkulator, a najwazniejszym slowem swiata zaimek JA, odmieniany przez wszytskie przypadki
            dlatego pierdylion odpowiedzi na post glowny, utrzymanych w tonie: dobrze robisz, nie daj sie, niech lazi po zaspach jak gupi nie wywolalo emocji takich jak jeden, jedyniutki moj post, gdzie rzezbilam sie nt gestow i uklonow
            no, tak mamy
            klopoty, dyskusje, klotnie w malzenstwie- sa
            ale jest jeszcze niewidoczne dla oczu- najwazniejsze
            --
            po-ranna.bloog.pl/


            -Jak odwieść hołotę od czegoś dowodami, jeśli uwierzyła w to bez dowodów.
            • Dziękuję, Konwalko, za miłe słowa- ja tylko staram się zawsze spojrzeć na sprawę z różnych stron, zanim podejmę decyzję.
              Nie mogę powiedzieć, że mąż o mnie nie dba, stąd poczucie, że należy mu się ode mnie coś w zamian... Łamię się nadal i obawiam się, że tak pozostanie- on nie zrobi prawa jazdy, a ja, żeby nie mieć wyrzutów, będę go wozić od czasu do czasu, przy ulewnym deszczu czy śnieżycy.
              :)
        • konwalka napisała:


          > robimy dla siebie duzo takich rzeczy, ktorych inni moga nie pojmowac
          > rovbimy jako cos zupelnie normalnego

          No my też. Między innymi staramy się drugiej osoby nie wykorzystywać...

          --
          Naucz się śmiać z samego siebie.
          Będziesz miał ubaw na całe życie...
          • konwalka napisała:


            > robimy dla siebie duzo takich rzeczy, ktorych inni moga nie pojmowac
            > rovbimy jako cos zupelnie normalnego

            No my też. Między innymi staramy się drugiej osoby nie wykorzystywać...

            --
            no i tys piknie
            --
            po-ranna.bloog.pl/


            -Jak odwieść hołotę od czegoś dowodami, jeśli uwierzyła w to bez dowodów.
    • Hm... amoże sie wstydzi, że nie zda za tym pierwszym, jak Ty razem? Może sądzi, że prawko prawkiem, ale wyda fortunę na jazdy dodatkowe?
      A może się boi jeździć, ot po prostu?
      Ja np boję się nadal jeździć, staram się samej zawsze bezpiecznie jeździć, ale nie odpowiadam za innych i jest we mnie mnóstwo lęku, obawy i zabobonnego bania się się gdy jadę, a musze jeździć przede wszystkim z dzieckiem....
      A z drugiej strony-to Cię wyniosę pod niebiosy-jak Ty możesz go wozić do tej pracy o tej 3.30? To jakieś chore jest :(
      jeśli on tego prawka nie chce zrobić i Ci o tym mówi, to do licha niech się sam troszczy o zrobienie czegoś, by się dostać do pracy ....To nie ejst Twoja rola, to już jego działka!
      --
      P.I.O.-moje natchnienie :) :* :) :*
      [img]http://gify.magazynek.org/pictures/Kreskówki/Krecik/006.gif[/img]
      [url=http://straznik.dieta.pl/][img]http://straznik.dieta.pl/zobacz/straznik/?pokaz=878150a9e024af358.png[/img][/url]
      • Hehe, kochana, bywało i tak, że wiozłam go o tej 3.30, wracałam do domu, dosypiałam albo i nie, bo jak się rozbudzę, to trudno mi z powrotem zasnąć, wstawałam o 7 i jechałam do pracy...
        Pomijam już fakt, że wielokrotnie dopytywałam się, jak to możliwe, że firma "zsyła" pracownika w takie miejsce i nie zapewnia żadnego dojazdu? Ano, tak po prostu jest. Wszyscy dojeżdżają tam własnym środkiem transportu. Jak nie było samochodu, to oczywiste było, że jedynie rower i nie było, że boli. A teraz właśnie miewam skrupuły, bo myślę sobie, że on zajmuje się domem, więc mogłabym od czasu do czasu i ja coś dla niego zrobić. Choć z drugiej strony... przecież domem nie zajmuje się DLA MNIE, ale jednak mam z tego jakąś korzyść...
        • Jesli wszystcy dojezdzaja wlasnymi samochodami, to co dla niego za problem umowic sie z jednym czy drugim kumplem, zeby zboczyl troche i go podrzucil? Zamiast zrywac zone w srodku nocy?
          No, ale kumplowi trzeba by zrobic zrzutke na paliwo...


          --
          Jak za posiadanie penisa będą przyznawać rentę, to ja będę wtedy honorować wyjaśnienia "czego ty oczekujesz, to przecież facet".by falka32
          • hamerykanka napisała:

            > Jesli wszystcy dojezdzaja wlasnymi samochodami, to co dla niego za problem umow
            > ic sie z jednym czy drugim kumplem, zeby zboczyl troche i go podrzucil?

            Sęk w tym, że to praca na zmiany i każdy pracuje na inną zmianę. :)
    • A może za tym wszystkim kryją się jednak słabe finanse? Macie bardzo stary samochód kupiony za debet, który nie jest jeszcze spłacony, samochód ten ciągle wymaga napraw na stacji obsługi, to może mąż realnie ocenia waszą sytuację finansową i nie chce do tego wszystkiego dokladać kolejnego wydatku.
      • Jakby chodziło o finanse, to by jeździł rowerem (jeszcze spokojnie się da!), a nie oczekiwał, że żona będzie robić podwójne kursy w te i i we wte.

        Mój mąż jak ma jechać sam, tak do odległości 5 km mniej więcej, to w większości przypadków, o ile nie pada i nie ma śniegu, jedzie własnie rowerem (mimo że może samochodem). Zdarza mu się to nawet zimą, o ile nie ma śniegu za bardzo.
        Także tym bardziej nie rozumiem, czemu mąż autorki każe się w środku nocy wozić w listopadzie.
    • Jestescie malzenstwem od 20 lat a to zobowiazuje - na nowszy model go nie wymienisz :D
      Skoro maz nie planuje zrobic prawa jazdy - niezaleznie od powodow - nie i juz, musisz sie z tym pogodzic. Troche nieludzkie jest "skazywanie" go na brak mozliwosci dojazdu do pracy. Z drugiej strony, jest dorosly i teoretycznie powinien sam sobie zorganizowac przejazdy. Wychodze z zalozenia, ze jestescie zgodnym malzenstwem i ze sobie wzajemnie pomagacie a nie sie zwalczacie :D Dlatego, w ramach kompromisu, zaproponowalabym mezowi jakis rodzaj rekompensacji Twojego zaangazowania w jego dojazdy - moze moglby przejac jakies Twoje obowiazki w domu? Moze moglby Ci czasem zrobic dodatkowy upominek - nie mowie o tym, zeby ci placil za dowozenie do pracy - w sumie wychodzi na to samo ale upominek jednak lepiej brzmi, niz zwrot kosztow paliwa, amortyzacji auta i Twojego wisilku ;-) Oczywiscie niech skrobie szyby o poranku, dlaczego ty masz to robic?, dodatkowo moglby towarzyszyc Ci od czasu do czasu w wyprawie do warsztatu, no i oczywiscie obowiazkowo powinien myc samochod o odkurzyc go od srodka :-) Najwazniejsze, zebys pomagajac mu - bo to oczywisty gest w malzenstwie, nie czula sie wykorzystana i nie doceniona.
      --
      Byloby fajnie, jakby wypalilo:
      forum.gazeta.pl/forum/f,161662,metabolic_balance.html
      • Zaraz, zaraz. Ona go nie skazuje na brak dojazdu do pracy-bo pan ma rowerek. Ona po prostu domaga sie zeby pan przestal strzelac focha i cos zrobil w kierunku usamodzilnienia sie. Pan moglby kupic skuter-no ale to nie taki komfort jak bycie podwiezionym cieplym samochodem. A jak widac w nosie ma to, ze zona, ktora tez pracuje, musi sie zrywac i w weekendy, zeby bo zawiezc/przywiezc, strzela focha na jakiekolwiek sugestie, ma swoje kieszonkowe (200-300 zl ) ale nie chce sie dokladac do kosztow samochodu, ktorym go zona wozi.
        Ja jednak widze cwaniaka, nie biedaka.
        --
        Jak za posiadanie penisa będą przyznawać rentę, to ja będę wtedy honorować wyjaśnienia "czego ty oczekujesz, to przecież facet".by falka32
      • > Skoro maz nie planuje zrobic prawa jazdy - niezaleznie od powodow - nie i juz,
        > musisz sie z tym pogodzic. Troche nieludzkie jest "skazywanie" go na brak mozli
        > wosci dojazdu do pracy.

        Przepraszam bardzo, ale to on sam sie skazuje, a nie ona go skazuje.

        Autorko wątku, wygoń go na to prawo jazdy, a jeśli nie ma kasy, to nawet mu dołóż, a jak już gość zacznie jeździć, to zobaczysz, że jeszcze sam Ci za to podziękuje! :-)

        A co do skrobania szyb, to mam nadzieję, że jeśli np. Ty idziesz na 6:00, a on ma wolne, to i tak wyskakuje z ciepłego łóżeczka i Ci skrobie? :-)
        • O nie, nie, gdyby w końcu się zdecydował, to nie zamierzam się dokładać- on do mojego prawka się nie dokładał, do spłaty debetu też się nie dokłada. Powinien chyba zrozumieć, że posiadanie prawa jazdy to niejako wymóg cywilizacyjny, zwłaszcza gdy auto już w rodzinie jest. Skuter nie rozwiązuje tu problemu- sama bym sobie takowy nabyła, gdyby było go gdzie trzymać. :D
    • Masz się zrywać o świcie, bo jemu się nie chce kursu zrobić?

      Zapowiedz, że np. do końca listopada ma się zapisać na kurs, bo jak nie, to przestajesz go wozić. "Za darmo nie dają"? Dobre sobie, ty mogłaś za kurs płacić, to i on może.

      A skoro rozliczacie się oddzielnie, to niech ci oddaje za benzynę, codzienne dojazdy to niezła sumka. Nie będziesz musiała sprzedawać na allegro chcą sobie kupić cos ekstra :)
      • Te podwózki nie są codzienne, lecz sporadyczne, kiedy mąż jest w delegacji (tak się składa, że delegacja jest o 5 km od domu:D ). Stąd moje rozterki, że może jednak powinnam zacisnąć zęby, wstać w środku nocy i jechać. Gdyby miało to być codziennie, w życiu bym się na to nie zgodziła.
        • Wydaje mi się, że problem masz ty, nie twój mąż. Nie chcę absolutnie twojego męża usprawiedliwiać, ale to dla ciebie ta sytuacja jest z jakiegoś powodu niewygodna. Więc ją zmień. Facet jeździ na rowerze. Ja jeżdżę prawie okrągły rok. Więc pewnie twój mąż też może. Pięć km marszu to dla człowieka z odrobiną wprawy rzut beretem. Niech chodzi, jak rowerem już się nie da. Sama zrobiłaś prawo jazdy po to, żeby sobie coś udowodnić. To nie jest całkiem czysta motywacja typu: żeby móc dojeżdżać do pracy, bo tak będzie wygodniej/taniej/lepiej. Może cię boli, że twój mąż nie chce sobie albo tobie czegoś udowodnić? Może on właśnie tego się boi, że spróbuje sobie udowodnić i się okaże że jest do niczego? Chociaż myślę, że raczej czuje, że się do tego nie nadaje. Znam wielu takich, co nie powinni jeździć. Reasumując: nie chce ci się wstawać, nie wstawaj. Wstań jeśli akurat jest burza z gradobiciem. Jeśli nie ma, mąż da radę.
        • jesli sporadycznie to wozilabym, ale tylko w przypadku zasp po kolana albo ulewnego deszczu i to tez na zasadzie - maz skrobie auto, odpala zeby sie zagrzalo, ja w pizamie zawoze i wracam do wyrka (przy zalozeniu ze sporadycznie to byloby maks ze 3 razy w roku przy tych warunkach)
          przy kazdej suchej pogodzie - rower


          co do wywodow konwalki - wiesz, u nas w malzenstwie sa wlasnie cieple uklady, kanapki do pracy, podwozka jak sie zaspalo, czy odbior o pozniej porze z dworca, bo autobus dopiero za kwadrans, kawa do lozka czy zagarnianie dzieci bo mama/tata chce pospac
          ale jest rownowaga, obie strony czuja sie zaopiekowane i zasady sa fair, czego o podejsciu meza superrudej powiedziec sie nie da, w dodatku gosc nie jest w stanie wyartykulowac sensownych powodow da ktorych prawka nie zrobic
          pewnie gdyby powiedzial bezposrednio - nie nadaje sie, wybacz, nie przemoge strachu przed jazda,ale tez nie bede sie domagal wozenia, chyba ze pogoda nie dopisze - pewnie wtedy superrdua nie mialaby takich watpliowsci
          a tak czuje sie wykorzystywana i imo slusznie
          --
          "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by prababcia Luśki
        • hmmm... jak delegacje sa sporadycznie i niedaleko, to moze niech jedzie taksowka? ale przyznam: czesto podrozuje i moj partner wstaje ze mna o 4,5 czy 6 am i schodzi na ulice gwizdnac na taksowke ( tu gdzie mieszkam nie oplaca sie dzwonic po takse, o wiele taniej jest ja zlapac). robi to sam, z nieprzymuszonej woli i nie ukrywam, ze to b. mile, zwlaszcza ze wiem, jak wielkim jest spiochem..
          pewnie byk nie odwozila faceta z czystego lenistwa, ale jesli te wykazdy sa bardzo rzadko, to why not?
    • Ciężki temat :D

      Jeżeli nie chce zrobić prawka to niech chodzi na piechotę. Prosta sprawa. Jak będziesz miała ochotę to raz na miesiąc go zawieź. Jak postawisz sprawę jasno to na pewno się nie obrazi.

      Mój mąż też nie miał prawka i bardzo ciężko było go zmotywować do zrobienia prawa jazdy. Bardzo ciężko, bardzo się na mnie denerwował jak mu o to suszyłam głowę ... więc może lepiej nie przesadzać z naciskaniem? On musi znaleźć własną motywację.

      Ja miałam prawko ale bałam się jeździć samochodem. Dopiero jak strasznie zmarzłam to odważyłam się myśleć o kupnie samochodu, ale i tak kosztowało to mnie wiele łez i stresu.

      a w ogóle w Polsce są setki kobiet, które są wożone wszędzie przez męża ... bo pomimo tego że mają prawko to się boją ... ciekawe czy kiedyś był tutaj wpis męża co się żali na żonę że nie chce jeździć samochodem ...

      przykład 1. Dwójka dzieci (przedszkole), ona w domu, miasto, on ciężko pracuje, oboje mają prawko, ale tylko on jeździ ... wszystkie zakupy muszę robić w weekend jak jest mega spęd lub on wieczorami po pracy... Spokojnie mogłaby sobie poćwiczyć trasę do najbliższego supermarketu i zrobić zakupy ... nie, bo ona się boi ...

      przykład 2. Koleżanka dojeżdża ponad godzinę pociągiem do wawy (a z centrum to pewnie jeszcze z 20 min żeby dojechać do pracy) do pracy (pół etatu). W odległości 10 km od miasteczka, gdzie mieszka mogła dostać pracę na cały etat ... niestety brak komunikacji publicznej i brak prawka spowodował, że musi się tłuc do tej warszawy na te pół etatu ...

      Niech się wypowie jakiś Pan, którego żona nie chce zrobić prawka ...
      • A w ogóle koleżanka z pierwszego przykładu prawie się na mnie obraziła jak mówiłam, że fajnie jest z samochodem i że warto trochę się pomęczyć żeby jeździć ... obraziła się głównie za to, że mówiłam to przy jej mężu ... mina męża bezcenna ... Dopiero po się zorientowałam, że chyba on ją trochę męczy, żeby zaczęła jeździć ...
    • Moj maz niby mial kiedys prawo jazdy, ale nie widzialam tego na oczy. Prawo jazdy zrobione w Australii, wieki temu, juz przterminowane i nigdy nie odnowione.

      Mieszkajac w Polsce sprawdzilam opcje wymiany tego prawa jazdy na polskie, trzeba bylo tylko zdac egzaminz teorii. W Uk jest jeszcze latwiej, moglby wymienic sztuka za sztuke.

      Maz jezdzic nie chce, nie chce zrobic/odnowic prawa jazdy, porusza sie transportem publicznym. W zwiazku z tym wszystkie samochody w naszym gospodarstwie domowym sa kupowane wedlug mojego widzimisie i tylko ja nimi jezdze.

      Na pewno nie wozilabym meza do pracy o 6 rano, tylko dlatego, ze on nie chce zrobic prawa jazdy. Nie ma mowy. Chce jezdzic samochodem, to robi prawo jazdy. Teraz mozemy okazyjnie razem gdzies pojechac lub bardzo rzadko moge go podrzucic na lotnisko czy gdzies indziej. Ale nic wiecej. Nie jestem osobistym szoferem.

      Wiele razy mowilam mezowi, ze powinien odnowic swoje prawo jazdy i pocwiczyc jezdzenie, bo jak cos mi sie stanie czy bede chora, to moze byc problem. To samo zreszta jak gdzies wyjezdzam, wtedy nic co wymaga samochodu, nie jest zalatwione. Zwierzeta sa brane do weterynarza tylko przez mnie, bo maz przeciez nie bedzie nosil ciezkiej klatki na piechote. I tak ze wszystkim.

      Ja temat olalam, bo nie bede mu truc o tym co chwila. A jak nagle bedzie potrzebowal transportu samochodowego, to bedzie musial zrobic prawo jazdy i koniec. Ja nie bede go wozic.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.