Mam problem z siostrą męża Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Problem narasta, czuję że sobie z nim nie radzę, nie mam z kim szczerze o tym pogadać, bo mam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. Siostra mojego M. jest niepełnosprawna w stopniu znacznym mieszka z rodzicami. Ma około 30, ale wszyscy traktują ją jak małe dziecko. Mąż jest jedynym rodzeństwem, starszy o cztery lata, od dzieciństwa opiekował się siostrą. Jest bardzo dojrzały, odpowiedzialny, co widać w kontakcie z naszymi dziećmi. Nie potrafię określić na ile jest z nią związany. Nigdy nie widziała żeby okazywał zniecierpliwienie wobec niej (wobec naszych dzieci bywa zniecierpliwiony), jest na każde jej zawołanie i toleruje każde, nawet najbardziej absurdalne czy niebezpieczne jej zachowanie. Wypowiada się o niej wyłącznie bardzo ciepło. Z drugiej strony zauważyłam, że ucieka, jeżeli musi z nią spędzić kilka godzin i unika opieki, ale nigdy się do tego nie przyzna. Ze mną nie chce rozmawiać na jej temat, gdy usiłuję (delikatnie) powiedzieć, że jej zachowanie jest dla mnie problemem, jest oburzony i zamyka rozmowę.
    Ja nigdy nie miałam do czynienia z osobami upośledzonymi. Jego siostra jeszcze do niedawna była osobą niezwykle agresywną: potrafiła napaść na ulicy na osobę, która ją czymś zdenerwowała (ma nadwrażliwość słuchową, więc wystarczyła głośna rozmowa) i pobić. Jest bardzo silna. Bardzo często bije swojego ojca, na oczach całego miasta. Ma kuzyna, którego pobiła wielokrotnie gdy byli dziećmi, jedyne na co zdobyli się rodzice to izolacja tamtego dziecka. Mamy troje małych dzieci, gdy Ania zaczęła je atakować, wymusiłam wizytę u dobrego psychiatry, teraz jest na lekach, jest znacznie lepiej, ale zdarza jej się atakować swego ojca - co dla jej rodziców i mojego męża nie jest problem... Ania nic nie potrafi: trzeba ją obrać, umyć, uczesać włosy, zmienić podpaskę, przykryć kocem. Z drugiej strony jeżeli coś ją zainteresuje potrafi wykonać to perfekcyjnie - np. nakładać koraliki, czy układać puzzle. Ale rodzice i brat wykonują za nią wszystkie czynności z uśmiechem na ustach. Moi teściowie uwielbiają swoje wnuki i często są naszymi gośćmi. Wpadają na kilka dni, czasem tydzień. Starają się być bardzo pomocni: gotują, sprzątają, zajmują się dziećmi. Przy trójce maluchów to nieoceniona pomoc. Dzieci ich uwielbiają. Zawsze przyjeżdżają we dwoje i zawsze z Anią. Wszyscy (poza mną) spełniają jej zachcianki: placki ziemiaczane pięć minut po obiedzie, lody o 12 w nocy i tak cały dzień. Ania jest bardzo głośna, często krzyczy, zabiera moim dzieciom zabawki, włącza sobie bardzo głośno telewizję, tańczy kładzie się w salonie na kanapie, tak, że reszta domowników siedzi na krzesłach, albo zasypia o 18 i wszyscy chodzi ma palcach. Wchodzi bez pozwolenia wszędzie: do naszej sypialni, łazienki, grzebie nam w szafkach. Slini się, mlaszcze, piszczy. Załatwia swoje potrzeby przy otwartych drzwiach łazienki. Zdejmuje majtki na środku salonu. Nikt nigdy nie zwraca jej uwagi. Ja jestem wykończona po tych wizytach. Ania drażni mnie do tego stopnia, że mam problem, aby normalnie się do niej odzywać. Źle się czuję we własnym domu, zostawiam dzieci i uciekam. Z drugiej strony widzę, że tylko ja mam z nią problem, dla męża i teściów jest tak samą słodką i zabawną dziewczynką jak moja dwuletnia córka. Mąż nie chce ze mną rozmawiać, obawiam się, że coraz trudniej będzie mi zaakceptować tą sytuację. Co robić> Pomóżcie, proszę....
    • 7monika75 napisał(a):

      > Wpadają na kilka dni, czasem tydzień. Starają się być bardzo
      > pomocni: gotują, sprzątają, zajmują się dziećmi.

      No cóż albo bierzesz teściów w pakiecie z córką, i masz darmową pomoc, ale i niewygodę albo ograniczasz wizyty do paru godzin - jednego dnia. Chyba nie ma tu innego wyjścia.
    • sytuacja, ktora opisujesz to male miki w porownaniu do tego co czeka ciebie po smierci rodzicow, oj jeszcze wczesniej - gdy twoi tescie beda niedolezni i nie beda w stanie opiekowac sie 40, 50 letnim dzieckiem

      rodzina twojego meza (wraz z mezem) zyje w mydlanej bance, nikt z nich nie chce przyznac sie do tego, ze spieprzyli sprawe i wyhodowali sobie 30 letnie dziecko tyrana ktoremu trzeba wymieniac podpaski, jest jeden plsik twoje dzieci beda BARDZO tolerancyjne ;)

      wyobraz sobie jaka bedzie reakcja twojego meza i jego rodzicow gdy okarze sie, ze na sekunde zawahasz sie przed zgodzeniem sie na zamieszkanie z ich kochana siostrzyczka
      • wyhodowali sobie? A co mieli zrobić z chorym dzieckiem, zabrać na polowanie i odstrzelić zamiast zająca?
        • edw-ina napisała:

          > wyhodowali sobie? A co mieli zrobić z chorym dzieckiem, zabrać na polowanie i o
          > dstrzelić zamiast zająca?

          Nie wyręczać we wszystkim, tylko uczyć samoobsługi nawet w ograniczonym zakresie, usamodzielniać na tyle na ile to możliwe i uczyć granic, ograniczać agresję - bicie ludzi niedopuszczalne. Wszystko pod kątem przyszłości tej siostry. Czy ci rodzice myślą, że są nieśmiertelni? Że syn na przykład choćby w razie ich poważniejszej choroby weźmie agresywną osobę do własnego domu z małymi dziećmi, a jego żona zajmie się natychmiastowym spełnianiem zachcianek siostry i chodzeniem wokół niej na paluszkach? To nierealne.
          • Nie wiemy, czy tego nie zrobili. Nie wiemy, jakie postępy poczynili, z czego wyprowadzali córkę. To nie jest rozmowa o źle wychowanym dziecku, tylko o osobie niepełnosprawnej umysłowo.
            • edw-ina napisała:

              > Nie wiemy, czy tego nie zrobili. Nie wiemy, jakie postępy poczynili, z czego wy
              > prowadzali córkę. To nie jest rozmowa o źle wychowanym dziecku, tylko o osobie
              > niepełnosprawnej umysłowo.

              To prawda, ale nie wolno zachowań takiej osoby NARZUCAĆ innym. Czy coś można zrobić nie wiem, z postu autorki wynika, że wszyscy rzucają się spełniać zachcianki dziewczyny, nie próbując stawiać jej żadnych ograniczeń, nawet co do agresji czynnej.

              Znam rodzinę w której jest podobny problem, żadnych granic, bo jest przecież "chore", a na moje pytanie co będzie jak nie będziecie się mogli opiekować niepełnosprawnym umyslowo i nieobliczalnym "dzieckiem" rodzice z westchnieniem oświadczają, że wtedy siostra się nim zajmie. W domyśle - poświęci swoje życie i swoją rodzinę, żeby być do dyspozycji. Dla mnie horror.
              • Rozumiem, że nie są w stanie odwiedzić syna i wnuków nie zabierając ze sobą chorego dziecka. W jaki sposób inny mają się w takim razie kontaktować z rodziną syna? Bo ja zakładam, że jednak zdają sobie sprawę z tego, że zachowanie ich chorego dziecka jest mało komfortowe dla otoczenia, ale mają małą możliwość wpłynięcia na nie.
                • edw-ina napisała:

                  > Rozumiem, że nie są w stanie odwiedzić syna i wnuków nie zabierając ze sobą cho
                  > rego dziecka. W jaki sposób inny mają się w takim razie kontaktować z rodziną s
                  > yna? Bo ja zakładam, że jednak zdają sobie sprawę z tego, że zachowanie ich cho
                  > rego dziecka jest mało komfortowe dla otoczenia, ale mają małą możliwość wpłyni
                  > ęcia na nie.
                  Pewnie tak jest, ale Autorka ma pełne prawo czuć się niekomfortowo(delikatnie mówiąc) w obecności siostry męża. Najbardziej niepokojąca jest jej agresja. Nie wiem czy wszystkie osoby niepełnosprawne intelektualnie mają taką siłę, ale mam 13 letniego syna, który bardzo lubi okazywać i miłość poprzez przyciaganie mnie za szyje do siebie , przytulanie i całowanie we włosy. Miło , prawda? Ja tylko wiem ile razy walczyłam , jeżeli nie o życie to o oddech.
                  To nieprawda, ze osoby uposledzonej umysłowo nie można wychować. Pewnych rzeczy , owszem, się nie przeskoczy, ale tom nie znaczy, że ma wyrosnąć zupełna dzicz. Najprawdopodobniej teściowie Autorki popełnili błędy na najbardziej podstawowym poziomie. Być może praca nad niwelowaniem złych nawyków ma jeszcze szanse przynieść efekty, ale trzeba się nastawić, ze to nie będzie spacer po zielonej łace tylko ciężka i długofalowa orka na ugorze. No, ale najpierw należałoby bardzo, bardzo taktownie i delikatnie, bez osądzania porozmawiać o tym z teściami, bo tu nawet nie chodzi o dbro Autorki, które dla nich z pewnością nie jest ważniejsze od dobra ich córki i tego argumentu należy użyć.
                  • Ja nie twierdzę, że autorka nie powinna mieć obaw. Ja również bym miała. I pewnie szukałabym sposobu na to, by jednak ochronić dzieci przed skutkami ewentualnych agresywnych zachowań kuzynki. Jedyne, na co próbuję zwrócić uwagę to fakt, że być może teściowie nie mają innego wyjścia jak godzić się na takie zachowanie, gdyż np. może być mimo wszystko lepsze od regresu, jaki może wywołać definitywny zakaz tego czy tamtego. Nie znamy sytuacji, nie znamy sposobu i stopnia niepełnosprawności danej osoby, więc trudno jest mówić o tym co i jak powinni zrobić opiekunowie kuzynki.
                    Przypuszczam, że w takiej sytuacji powiedziałabym po prostu teściom, że boję się o bezpieczeństwo dzieci. I choć rozumiem ich potrzebę bycia blisko wnuków, jak również konieczność zajmowania się córką, to czy mają może jakiś pomysł, jak można by było to przeprowadzić, bez narażania dzieci na agresję ciotki.
                    • edw-ina napisała:

                      > Przypuszczam, że w takiej sytuacji powiedziałabym po prostu teściom, że boję si
                      > ę o bezpieczeństwo dzieci. I choć rozumiem ich potrzebę bycia blisko wnuków, ja
                      > k również konieczność zajmowania się córką, to czy mają może jakiś pomysł, jak
                      > można by było to przeprowadzić, bez narażania dzieci na agresję ciotki.

                      Wystarczyłyby wizyty na zmianę - jedno zostaje z córką w domu drugie przyjeżdża do syna i wnuków, a następnym razem na odwrót. Albo mocne skrócenie czasu trwania tych wizyt. Albo przyzwyczajanie niepełnosprawnej córki do zostawania z pod opieką innej osoby.
                      • > jedno zostaje z córką w domu drugie przyjeżdża
                        > do syna i wnuków, a następnym razem na odwrót
                        Może i chcieli by tak zrobić, ale dziewczyna się nie zgodziła.
                        --
                        Najtrudniej przyznać, że nosi się w sobie diabła i umieć chwycić go za gardło w momencie, gdy tylko się ruszy.
                        Ryszard Kapuściński
            • Umówmy się - dziewczyna potrafi ułożyć puzzle, a nie potrafi się ubrać? to nie jest kwestia zdolności - a ZANIEDBAŃ rodziców. W naszym kraju pokutuje chore myslenie, które sprawia, że ludzie upośledzeni są jeszcze dodatkowo upośledzani przez najbliższą rodzinę w imię źle pojętej troski.

              W UK osoby upośledzone mają normalną edukację, są przygotowywane do tego, żeby potrafić jak najwięcej zrobić koło siebie. U nas zamyka się je w domu i izoluje, wyręczając we wszystkim.

      • Tak może napisać tylko człowiek, który nigdy nie miał do czynienia z osobą niepełnosprawną intelektualnie.
        • Wzięłaś męza z pakietem .
          Prawdopodobnie po śmierci teściów na Was spadnie opieka , może dom opieki .
          W obecnej sytuacji tylko ograniczenie wizyt, jeżeli nie jesteś w stanie znieść jej zachowania.
          • Ciężko może być w takim przypadku orzec, co jest zachowaniem wpisanym w niepełnosprawność siostry Twojego męża, a co ewentualnymi konsekwencjami błędów wychowawczych, które pewnie można popełniać i przy chorych dzieciach. Ja jednak na Twoim miejscu stawiałabym takie granice jak prośba o niegrzebanie w szafkach, niewchodzenie do sypialni lub jakiejś strefy, do której zwyczajowo nie wpuszczasz osób spoza domu. Dla własnego komfortu może założyć sobie jakiś zamek z kluczem w drzwiach, czy wybranych szafkach, na których najbardziej Ci zależy. Może jeżeli grzecznie a konsekwentnie zaczniesz prosić siostrę męża o nierobienie pewnych rzeczy, to po jakimś czasie jej rodzice jako opiekunowie też będą widzieć, że musza starać się by pewne granice nie były przekraczane.
            Kiedyś byłam wolontariuszem w pewnym ośrodku dla osób z problemami psychiatrycznymi - od lekkiego niedorozwoju (też raz w twarz dostałam za uśmiech od jakiegoś chłopaka z paranoją) po osoby z ciężkim niedorozwojem - rozbieranie, bieganie, wyrywanie rzeczy, wykradanie jedzenia to była codzienność. Jak ich wspominam, to nie sądzę, by coś dało sie skorygować...
        • Droga ado16 zapewniam Cie ze tak moze rowniez napisac osoba ktora ma bardzo duzo doczynienia z osobami niepelnosprawnymi intelektualnie :-)
          Od wielu lat pracuje z takimi osobami. I tak jak napisal twoj przedmowca osoby uposledzone tez mozna wiele nauczyc, tylko trzeba chciec...
          Osoba z IQ 50 ( przecietne IQ to 100) funkcjonuje na poziomie dziecka 5- letniego i zapewniam cie ze znam osoby z takim IQ ktore mieszkaja samodzielnie, robia zakupy, potrafia ugotowac prosty posilek i ... same zmieniaja sobie podpaski jak rowniez zamykaja drzwi od kibla kiedy za przeproszeniem ida sie wysrac!
          To ze ktos jest uposledzony nie znaczy ze nie moze sie niczego nauczyc. Dziecko ktore ma 3 latka tez mozna nauczyc zeby sie nie rozkladalo na kanapie kiedy inni ludzie tez chca usiasc. Tak samo mozna tego nauczyc osobe ktora funkcjonuje na poziomie dziecka 3- letniego.
          Jednak jezeli tesciowie dziewczyny ktora napisala watek nigdy nie uczyli swojej corki ze to co robi nie jest akceptowane to teraz widac skutki...
          Dla normalnej osoby ktora rodzice nie beda uczyc ze sa ogolnie obowiazujace normy tez bedzie normalne przyslowiowe sranie przy otwartych dzwiach...
          Oczywiscie sa pewne rzeczy ktorych osoba uposledzona nigdy sie nie nauczy, tak jak na przyklad samodzielne zalatwianie spraw finansowych czy czytanie korespondencji ze zrozumieniem...
          Nie wiem w jakim stopniu kobieta opisywana w watku jest uposledzona i czy na przyklad mowi i rozumie proste rzeczy ktore sie do niej mowi?
          Jednak nie zgadzam sie absolutnie z tym ze sprawe trzeba zaakceptowac i "modlic"sie o to zeby ona umarla wczesniej niz rodzice ktorzy sie nia opiekuja.
    • Sprobuje moze cos napisac/poradzic, gdyz sama znajduje sie po tej stronie "barykady" co autorka watku. Sytuacja wyglada nastepujaco: moj maz ma niepelnosprawne dziecko z poprzedniego malzenstwa. To juz nie jest dziecko tylko dorosly 26-letni mezczyzna. Mieszka z matka i pozostalym rodzentwem czyli starszym bratem ( jeszcze niezonatym) i mlodsza nastoletnia siostra. Zazwyczaj wpadaja co weekend (bez matki oczywiscie ;) ) z taka roznica, ze siedza kilka godzin a nie kilka dni. Chlopak ma "tylko" ZD ale nie takie jakie ma wspominany w wielu watkach Macius z Klanu tylko on jest na poziomie 3-latka. Potrafi zalatwoc swoje potrzeby fizjologiczne, ubrac sie, umyc czy najesc, ale to wszystko. Bardzo zle mowi, wlasciwie nikt oprocz osob z nim mieszkajacych go nie rozumie, poza tym i tak zazwyczaj opowiada jakies tam historie ze "swojego" swiata lub wyraza swoje potrzeby typu jesc, pic, siusiu itp.
      Sam w sobie nie jest agresywny, ale tez na poczatku zalatwial swoje potrzeby przy otwartych drzwiach, podkradal jedzenie i chowal po kieszeniach (nie chodzi mi o samo jedzenie, bo jest go pod dostatkiem, ale o to, ze on chowal np. owoce takie jak mandarynki, truskawki, winogorna do kieszeni od spodni, a potem w tym usiadl i sie wszystko rozlazlo). Kladl sie w ubraniach do lozka, wcodzil ludziom do lazienki/toalety. Potrafil jesc dopoki mu ktos stop nie powiedzial i nie zabral talerza (te osoby tak potrafia gdyz nie maja uczucia sytosci) a potem zwymiotowac, albo prawie duszkiem wypic 3 butelki jakiegos slodkiego soku. Do tego chodzil caly czas za mna (tez se akurat znalazl ;) ) i cos tam gadal i gadal a ja nawet jakbym chciala nie moglam odpowiedziec, bo mu tysiac razy powtarzalam, ze nie rozumiem a on dalej swoje...
      Niby nie robil nic strasznego, ale to tez bylo irytujace dla mnie - osoby, ktora z czyms takim nie miala nigdy do czynienia. Osobom, ktore z tym "faktem" dorosly to nie przeszkadza, one tego tak nie widza, dla nich to normalne, a kazdy inny jest nietolerancyjny...

      Rozmawialam o tym z mezem, bo on tez zauwazyl, ze mi to na nerwy dziala i go bronil, ze on jest jak male dziecko. No wiec ja mu poslalam kontre, ze ok super ale od naszego malego dziecka wymagamy i go uczymy co wolno a czego nie itp. itd.
      Jak widzialam, ze nikt nie reaguje podczas wizyt to sama to robilam: mowilam glosno jak widzialam ze jest w toalecie ze drzwi sie zamyka, ze jedzenie moze wziac, ale ma je zjesc od razu albo odlozyc a nie wpychac do kieszeni, ze wypija i zjada sie troche i odstawia talerz.... grzecznie, ale az do skutku na zasadzie zdartej plyty. Staralam sie zeby nie byl obslugiwany tylko czynnie bral udzial w zyciu domowym i "zaciagalam" go do np. szykowania stolu, sprzatania po jedzeniu, nawet kiedys kroil ze mna salatke :) Widzialam ze sprawia mu to frajde i czuje sie doceniony i potrzebny.
      Nie trwalo to dlugo i zalapal, co wazniejsze zalapali to tez inni i zaczeli szanowac moje "wymagania".

      Ja uwazam, ze tez musisz zaczac sama wprowadzac pewne rzeczy i mowic o nich glosno. Do tego mozesz sprobowac delikatnie porozmawiac z tesciami skor z mezem sie nie da... swoja droga to dla mnie nieodpowiedzialne, ze on tak unika tych rozmow... moze powinnas go uswiadomic, bo faktycznie bedzie niespodzianka jak nagle ciezar opieki spadnie na Was...
    • Moja znajoma, osoba o niezwykle dobrym sercu, opiekowała się latami siostrą męża, niepełnosprawną umysłowo od urodzenia. Tego rodzaju osoby powinny mieć terapię zajęciową, inaczej cofają się w rozwoju jeszcze bardziej. Najchętniej jednak wielu rzeczy nie robią, są bardzo sprytne w unikaniu prac.
      Niepełnosprawna siostra męża kompletnie zrujnowała jej zdowie i mieszkanie, w końcu została oddana do domu opieki, gdzie było jej chyba znacznie lepiej, bo dom opieki organizował dużo wydarzeń towarzyskich, zajęć kuchennych, prac w ogrodzie itp.
      Często rodzina nie chce oddać chorego do domu opieki (co ludzie powiedzą?) działając paradoksalnie na jego szkodę.
      W tej sprawie nie podoba mi się agresja i nadużywanie siły przez chorą, oznacza to, że nie jest ustawiona lekowo, a może być niebezpieczna.
      Mąż chowa głowę w piasek, a sprawa wymaga ustaleń, żeby potem nie było zaskoczenia. W życiu bym takiej osoby nie brała sobie do domu.
    • z tego co piszesz tesciowie wydaja sie rozsadnymi ludzmi? Delikatnie, ale jednak zasygnalizuj im swoj problem. Dobrze by bylo w rozmowie cos konkretnego im zaproponowac, posprawdzaj np jak wyglada mozliwosc zapewnienia Ani terapii zajeciowej. Jezeli zaproponujesz pomoc i okazesz troske w stosunku do bratowej, to twoje uwagi beda mniej przykre dla rodzicow uposledzonego dziecka.
    • Dziękuję bardzo wszystkim za wypowiedzi, dzięki Wam, spojrzałam na problem nieco szerzej, a przede wszystkim przestałam się obwiniać, że nie potrafię zaakceptować w pełni niepełnosprawnego "dziecka"...

      O różnych spojrzeniach
      Baszysta pisała o bańce mydlanej w której żyją moi teściowie i brat, Pani Łyżeczka, o tym, że dla osoby, która nie miała do czynienia z osobą niepełnosprawną, niektóre zachowania mogą być wybitnie irytujące, choć dla tych, którzy z taką osobą dorastali, wydają się zupełnie zwyczajne. Dokładnie tak jest. Obserwuję osoby, które trafiają do nas przypadkiem w czasie wizyty testów. Może to być jakaś moja daleka kuzynka, ale równie dobrze inkasent z Energii, czy listonosz. Nagle wyrasta przed nimi osoba o posturze nastolatki, długich siwych włosach i twarzy staruszki i oznajmia piskliwym głosem: "przytul mnie do siebie". To co obserwuję w oczach gości to popłoch i przerażanie. Dla rodziny takie zachowanie jest słodkie i rozbrajające. Co ciekawe, Ania nigdy nie wygłasza tego typu próśb do rodziny czy przyjaciół, a zazwyczaj do osób, które widzi pierwszy raz w życiu. Jakby świadomie chciała sprawdzić ich reakcję.
      Mój mąż bardzo duży nacisk kładzie na zachowanie dzieci przy stole. Jest w tym bardzo wymagający i konsekwentny. Kiedyś na jakiejś rodzinnej uroczystości mieliśmy okazję jeść w towarzystwie sześciolatka z mojej rodziny, którego zachowanie, pozostawiało, oględnie mówiąc wiele do życzenia. Mój mąż gdy zostaliśmy sami: - Może ja się czepiam naszych dzieci, ale ten mały zachowywał się koszmarnie, jadł rękami, rzucał jedzenie, mlaskał, bekał, a rodzice nic...Zupełnie straciłem przez niego apetyt...
      - Ja tak mam w towarzystwie Ani - odpowiedziałam. Spojrzał na mnie zdziwiony: - Żartujesz chyba, Ania zachowuje się przy stole zupełnie zwyczajnie...
      Ja nie znam dziecka, które zachowywałoby się gorzej od Ani.
      Innym razem planujemy krótki wyjazd w czasie niedyspozycji teścia. Ja: - Ale Twoja mama nie ogranie rano sama całej naszej trójki plus Ani...
      Mąż: No co Ty, z Anią akurat nie ma żadnych problemów.
      Dziewczyna sprawia wrażenie osoby mniej samodzielnej niż najmłodsze z naszych dzieci...
      O agresji
      Z agresją to jest tak, że siostra męża była bardzo agresywna wcześniej. Zdaniem rodziców zawsze winien był ktoś, kto ją prowokował nie ona sama. Mogło to być dziecko na zbyt głośnym rowerku, pani w markecie, która źle ustawiał puszki, ojciec, który zbyt wolno podał ją cukier. Albo niekompetentni nauczyciele w szkole życia, którzy usunęli ją stamtąd, bo stanowiła zagrożenie dla innych uczniów.
      Pytałam mamy męża, dlaczego nie podawali jej żadnych leków. Odpowiadała tak: - To nie sztuka naćpać dziecko lekami, aby spało i mieć je z głowy, chodzi o to, aby stworzyć mu znośne życie...
      Uparłam się na psychiatrę gdy przychodziły na świat nasze dzieci i bałam się o nie. O dziwo, nie musiałam bardzo naciskać, mąż wziął sprawy w swoje ręce, znalazł dobrego lekarza, zawiózł tam Anię i mamę, opowiedział o agresji, bo teściowej podejrzewam nie przeszłoby to przez gardło, jest w stałym kontakcie z lekarzem, omawia postępy leczenia, sam kupuje leki. Zmiana zachowania Ani jest kolosalna, nie tylko w aspekcie agresji, ale w ogóle jest spokojniejsza, wyciszona, znacznie chętniej współpracuje, częściej się uśmiecha, choć również więcej śpi. Akty agresji bywają wyłącznie w stronę ojca i właściwie nie nazwałabym tego do końca agresją, ale jakimś, przez lata wyuczonym sposobem odreagowania.
      Zmianę zauważają wszyscy. Komentarze dalszej rodziny do mojego M.: - Ania zmieniła się bardzo, to zupełnie inna osoba, rodzice wreszcie odpoczęli, co?
      I jego odpowiedź: - Zrobiliśmy to dla niej, otoczenie jest mniej ważne, istotne to, że jej jest teraz lepiej z samą sobą...
      Tak jakby troska o kogoś innego poza nią była czymś złym....
      • 7monika75 napisał(a):


        Na
        > gle wyrasta przed nimi osoba o posturze nastolatki, długich siwych włosach i tw
        > arzy staruszki i oznajmia piskliwym głosem: "przytul mnie do siebie".

        Tak, zapomnialam o tym napisac, ze mam dokladnie takie odczucia. Stoi przede mna wielki dorosly facet o wadze prawie 100 kg, a jest na poziomie mojej corki, a teraz nawet daaaaaaaaaaaaaaaleko za nia.
        To ciezkie do zaakceptowania.

        Musisz dac do zrozumienia tesciom, ze dalsze otoczenie tez tak to widzi. Poruszaj tez czesto temat "rehabilitacji" i pracy nad dziewczyna. Sama widze jak taka osoba bez odpowiedniej opieki moze sie uwsteczniac. Syn mojego meza kiedys (jako nastolatek) byl szczuply, sprawny, potrafil buty zawiazac, swietnie mowi i kazdy go rozumial. Chodzil do szkoly specjalnej, mial sporo zajec i swietna opieke. Potem to wszystko zostalo zaniedbane. Oni sie rozwiedli i maz sie wyprowadzil, u matki ujawnila sie (wczesniej tez ukrywana) choroba psychiczna. Ona dostala leki, po ktorych spi po 18-20 h na dobe i chlopakiem zajmowalo sie rodzenstwo. Wiadomo jednak jak to jest, kazdy chce miec swoje zycie. Ten dorosly starszy brat tez kilka tygodni temu sie wyprowadzil, bo dostal prace poza miejscem zamieszkania, w domu zostala siostra, ktora wlasnie ma mature i raczej nauka jej teraz w glowie anizeli wszystko inne. Nikt sie chlopakiem wlasciwie nie zajmuje, codziennie zawozony jest do pracy (szkola sie skonczyla ze wzgledu na wiek) i z niej popoludniu przywozony, reszte dnia spedza przed tv.
        Ma jakies zajecia z logopeda, ale na to juz chyba za pozno bo efektow nistety nie widac.

        Dzialaj w delikatny sposob, ale walcz zebys potem nie zostala z tym wszystkim sama.

        • Syn mojego meza kiedys (ja
          > ko nastolatek) byl szczuply, sprawny, potrafil buty zawiazac, swietnie mowi i k
          > azdy go rozumial. Chodzil do szkoly specjalnej, mial sporo zajec i swietna opie
          > ke. Potem to wszystko zostalo zaniedbane. Oni sie rozwiedli i maz sie wyprowadz
          > il, u matki ujawnila sie (wczesniej tez ukrywana) choroba psychiczna. Ona dosta
          > la leki, po ktorych spi po 18-20 h na dobe i chlopakiem zajmowalo sie rodzenstw
          > o. Wiadomo jednak jak to jest, kazdy chce miec swoje zycie. Ten dorosly starszy
          > brat tez kilka tygodni temu sie wyprowadzil, bo dostal prace poza miejscem zam
          > ieszkania, w domu zostala siostra, ktora wlasnie ma mature i raczej nauka jej t
          > eraz w glowie anizeli wszystko inne. Nikt sie chlopakiem wlasciwie nie zajmuje,

          Nie wiem, czy ja na jakims innym swiecie zyje? Ojciec zostawil 3 dzieci, z tego jedno niepelnosprawne, pod opieka psychocznie chorej matki, ktora spi 18 - 20 godzin na dobe, a naiepelnosprawnym dzieckiem zajmuja sie w tym czasie inne dzieci.

          I co? i nic? jakby wszystko bylo Ok, a ojciec byl jakims panem, ktory przyszedl, poszedl i generalnie zadnych obowiazkow wobec dzieci ani rodziny nie mial. Na to wszysytko patrzy radosnie kolejna zona, i ani w glowie jej nie zadrga refleksja, ze z misia to raczej kowal skoooorwysyna jest.


          --
          W końcu do czego to podobne, żeby inkubator zaniedbał zawartość.
          Wiedzmowo
        • A tatulo tych dzieci z nową panią nowe dzieci robi bo obowiązków wobec tych pierwszych zadnych nie ma???

          Dlaczego nie wieźmiecie tego chłopca do siebie? Co, niewygodny?
    • Jeszcze słów kilka i prośba o radę.

      Edw-ina napisała, że rodzice mają chyba świadomość, że Ania może być uciążliwa dla otoczenia. Otóż moim zdaniem chyba nie. I właśnie ich beztroska w tym temacie najbardziej mnie przeraża. Kiedyś czytałam teściowej opowieści rodziców nastolatków z deficytami podobnymi do Ani. Wszystkie były znacznie bardziej samodzielne niż moja bratowa. Zapytałam mamy, czy nie można by z Anią potrenować choćby zakładania spodni.
      - Może by i się nauczyła, kochanie, ale co my mielibyśmy wtedy do roboty? - odparła. Ona jest sensem ich życia i nie chcą chyba w ogóle przyjąć do wiadomości, że świat może nie podzielać ich zachwytu. Ja już przy pierwszym dziecku doszłam do tego...
      Fakt, nie mają jej z kim zostawić, dlatego zawsze zabierają ją ze sobą. Kiedyś, kilka lat temu, gdy jeszcze nie byliśmy razem z M., wyjechali na ślub swego bratanka, na drugi koniec Polski. Ania został z opiekunką, jedną z sąsiadek, która dobrze znała, a która na ten czas przeniosła się do ich mieszkania. Teściowa, która nie jest osobą absolutnie skąpą, nie może zrozumieć, jakim cudem ta kobieta wzięła od nich za opiekę aż tyle pieniędzy: - Przecież nie musiała kompletnie nic robić, nawet obiady im przygotowałam, miała tylko siedzieć a Anią... - wspomina.
      Gdy mieliśmy poprzednią opiekunkę do dzieci, teściowie przyjeżdżali z wizytą, zdarzało im się wyskoczyć na kilka godzin, na przykład od sklepu, a niania chętnie zostawała z Anią. Nowa opiekunka kategorycznie zastrzegła sobie, że to nie wchodzi w grę. Tłumaczę to teściowej: - Ale dlaczego, nie rozumiem jej, z dziećmi ma dużo pracy, ale przecież a Anią nie miałaby nic do roboty... - dziwiła się.
      I tak jest ze wszystkim. Mąż do dzieciństwa wdrażany był w opiekę nad siostrą i przekonany, że jego obowiązkiem będzie opieka na nią, gdy oni odejdą. Dla niego innej opcji nie ma. Ja nie protestowałam. Ale spokojnie wyjaśniłam mu: - Ja się nie bardzo nadaję do opieki nad dziećmi. Nawet z własnymi radzę sobie gorzej od Ciebie, nie mogę się doczekać, aż dorosną. To na Ciebie spadnie opieka nad siostrą. Oczywiście będziesz musiał zrezygnować z pracy (kocha to co robi), ale przecież z Jaśkiem (nasz synek) też siedziałeś w domu. Będziesz musiał zrezygnować z życia towarzyskiego, bo Ani nie zabierzesz i z wyjazdów, bo Ania nie lubi i źle reaguje. Będzie się musiał jej poświęcić, ale ja postaram się to zrozumieć...
      Widziałam przerażenie w jego oczach, więcej co tematu nie wracał. Znamienne jest jeszcze jedno - stale powtarza, że Ania jest największym szczęściem, które spotkało jego rodzinę. Ale w każdej mojej ciąży bardzo naciskał na badania prenetalne miał raczej gotową receptę na temat działań, gdy coś poszłoby nie tak....
      Nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, jak przygotować się na to, co przyniesie przyszłość....
      • 7monika75 napisał(a):

        > Nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, jak przygotować się na to, co przyniesie
        > przyszłość...

        Na razie zostaw temat, na czas kiedy problem powstanie. Mąż wydaje się całkiem rozsądnie podchodzić do sprawy jeśli jest do tego zmuszony sytuacją.
        Zajmij się stawianiem granic na czas wizyt teściów z córką. Nie oddawaj im całego domu walkowerem.
      • Myślę, że w rodzinie męża wokół siostry rozwinął się system postaw i zachowań podobny jak w przypadku rodzin, gdzie ktoś pije czy ma inny problem. To są wzorce współuzależnienia. Całe życie rodziny kręci się wokół Ani, fakty - realna konieczność aż takich poświęceń i robienia wszystkiego za nią i potrzeby innych członków rodziny są nieistotne. Co jest absurdalne w takich systemach - wszyscy starają się go utrzymać a nie zmienić. On trzyma rodzinę w kupie, rodzice mają sens życia, brat Ani został nauczony jak ma myśleć i może być mu trudno wyjść poza te kody.
        I tak jak żona alkoholika swoim poświęcaniem wspiera go w alkoholizmie a nie w wyleczeniu, choć oczywiście deklaruje coś innego, to rodzice wspierają status quo. Ty myślisz racjonalnie - co zrobić by było dobrze, by Ania się ile się da usamodzielniła - bo jesteś z poza systemu i masz dystans, im jest dobrze jak jest. Oczywiście system działa dopóki wszyscy członkowie chcą go wspierać - dopóki mąż nie otrząśnie się i nie zaprotestuje, to sądzę, że do samych rodziców nic nie trafi.
        Mąż może mieć rację, że Ania jest największym dobrem jakie trafiło się im, ale raczej rodzicom - mają czym się zająć, powód do radości, być może dowartościowywania się przy okazji, ale inaczej będzie z nim. Bo on ma swoje plany, pracę, rodzinę - za dużo do poświęcenia, za mało do wygrania. Dla niego kwestionowanie zasady - opiekujemy się Anią bezdyskusyjnie pozwalając jej na wszystko i robiąc za nią wszystko, to może być cholernie trudne zadanie - niczym naruszanie fundamentu jego tożsamości, zasady określającej co oznacza być dobrą osobą itp. bo w takich rodzinach tak się stawia sprawę.
        Ale musi przez to przejść by dojść do etapu dojrzałości - zrozumieć, że decyzja o opiekowaniu się siostrą to jedno, a brak stawiania granic i powielanie zaślepień i błędów wychowawczych rodziców, to nie to samo. On może być mądrzejszy. Niech też sobie zda sprawę, że to, że on "kupił" bez problemów zasadę - Ani wolno wszystko, nie znaczy, że wasze dzieci też tak będą miały i będą wdzięczne za obecność rozrabiającej Ani w domu. Teraz tylko ciebie wkurza grzebanie po szafkach, wchodzi bez pukania, wyobrażasz sobie wściekłość nastolatków? Mąż chyba nie zdaje sobie sprawę, że rodzice robią mu dużą krzywdę , wrabiając w opiekę nad Anią, traktując ją tak jak im jest wygodniej, nie myśląc o tym by jemu życie ułatwić. On najwidoczniej nie dostrzega i nie kwestionuje "oficjalnych" przekonań na temat Ani.

        Trudno mi doradzać co może pomóc (poza lekturami w temacie współuzależnienia dla męża). Jeśli opiekowanie się najbliższymi i odpowiedzialność za nich jest dużą wartością, to może właśnie przedstawianie jak niezmienione zachowanie Ani wpłynie na dzieci, ciebie (gdyby się zdarzyło, że rodzice szybko stracą siły i Ania wyląduje u Was) no i jego.

        Próba zmiany sytuacji wywoła duży opór wszystkich członków rodziny, masz jednak prawo walczyć o siebie i nie chcieć powielać schematu, którego szkodliwość doświadczasz.

        --
        Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
      • Być może nie powinnam tego pisać na forum, pewnie jestem politycznie niepoprawna, ale...dla mnie wymuszanie, w taki czy inny sposób, na dziecku zgody na ponoszenie konsekwencji naszych - rodziców, wyborów jest najzwyklejszym egoizmem; bo jak inaczej nazwać poświęcanie szczęścia i prawa do życia na własnych warunkach jednego dziecka dla wygody drugiego? Mam dwóch synów, młodszy(2 lata różnicy) jest upośledzony w stopniu znacznym. Serce mi pęka na myśl, że kiedyś sama zawiozę go do odpowiedniego, mam nadzieję najlepszego, domu opieki, że wyjdę stamtąd bez niego. Płaczę(teraz) kiedy myślę o tym jak będzie zdezorientowany, samotny, że nikt nie będzie go kochał tak jak ja, przytulał, cieszył się z tego co robi dobrze itp. bo jest dla mnie - podobnie jak dla Twoich teściów, najlepszym co mnie w życiu spotkało. Dla mnie, ale dla mojego męża już nie, a z całą pewnością nie dla jego brata, bo to nie tak miało być - mieli być braćmi - kumplami, a rzeczywistość jest taka jak jest, praktycznie trudno o jakąś wspólną płaszczyznę porozumienia. Tak jak pisałam, serce mnie boli na myśl o tym, że kiedyś będę musiała go zostawić(wiek,śmierć), ale nie wyobrażam sobie, że sceduję całodobową opiekę nad młodszym na starszego, a tym samym na jego żonę. Młodszy jest ze mną od urodzenia, kocham go , rozczula mnie itp.i pewnie nawet za dwadzieścia lat będę w nim widzieść moje ukochane, bezbronne maleństwo, ale nie mam złudzeń - dla wszystkich innych będzie stosownie do wieku 40/50/60 letnim trudnym facetem/przypadkiem - jak zwał tak zwał. I dlatego tak ważne jest dla mnie przyuczanie go do jak największej sprawności w zakresie samoobsługi, dlatego od razu wyrażam sprzeciw wobec jego zachowań , które mogą fizycznie dotykać innych. Im więcej będzie umiał w zakresie saomoobsługi i im bardziej będzie społecznie przystosowany tym lepiej mu będzie kiedy mnie zabraknie. A co do starszego syna to owszem, mam oczekiwania, które sprowadzają się do kontrolowania przy okazji wizyt
        (1 raz w tygodniu, 1 raz na dwa tygodnie - w zależności od warunków) warunków w jakich żyje jego brat i interweniowania w przypadku zaniedbań.
        • joanna35 napisała:

          > Być może nie powinnam tego pisać na forum, pewnie jestem politycznie niepoprawn
          > a, ale...dla mnie wymuszanie, w taki czy inny sposób, na dziecku zgody na ponos
          > zenie konsekwencji naszych - rodziców, wyborów jest najzwyklejszym egoizmem; bo
          > jak inaczej nazwać poświęcanie szczęścia i prawa do życia na własnych warunkac
          > h jednego dziecka dla wygody drugiego? Mam dwóch synów, młodszy(2 lata różnicy)
          > jest upośledzony w stopniu znacznym. Serce mi pęka na myśl, że kiedyś sama zaw
          > iozę go do odpowiedniego, mam nadzieję najlepszego, domu opieki, że wyjdę stamt
          > ąd bez niego. Płaczę(teraz) kiedy myślę o tym jak będzie zdezorientowany, samot
          > ny, że nikt nie będzie go kochał tak jak ja, przytulał, cieszył się z tego co r
          > obi dobrze itp.

          Może cię pocieszy to, że moim bliscy przyjaciele mieli ten sam dylemat. Tyle, że zdecydowali się na dom opieki widząc, jak ich dziecko uwstecznia się w domu, bo żadna miłość nie zrekompensuje braku perspektyw.

          Znaleźli córce dobry dom opieki z mnóstwem zajęć - i odwiedzają ją systematycznie, choć nieczęsto. Ona bardzo szybko się tam zaklimatyzowała - sądzę, że głównie dlatego, że miała wypełniony czas - i towarzystwo sobie podobnych. Wiele osób zakłada, że upośledzone osoby potrzebują tylko bliskich, tak jakby ich inne potrzeby socjalnie nie istniały. Przesadzasz z tą samotnością - w dobrych ośrodkach takie osoby budują swoje relacje z innymi, podobnie jak przedszkolaki.

          >bo jest dla mnie - podobnie jak dla Twoich teściów, najlepszym co mnie w życiu spotkało.

          Wiesz, nie mnie oceniać twoje odczucia, jednak dziwnie się poczułam czytając coś takiego. Bo to stwierdzenie deprecjonuje starsze dziecko. Młodsze bardziej cię potrzebuje - czy to chęć bycia potrzebnym sprawia, że czujesz się bardziej spełniona? tylko jak się ma z tym czuć to zdrowe dziecko? bo zabrzmiało to tak, jakby mimowolnie było spychane na gorszą pozycję.
          • Przesadzasz z tą samotnością - w dobrych ośrodk
            > ach takie osoby budują swoje relacje z innymi, podobnie jak przedszkolaki.
            >
            Empatia to chyba nie jest Twoja najmocniejsza strona, prawda?

            > Wiesz, nie mnie oceniać twoje odczucia, jednak dziwnie się poczułam czytając co
            > ś takiego. Bo to stwierdzenie deprecjonuje starsze dziecko. Młodsze bardziej ci
            > ę potrzebuje - czy to chęć bycia potrzebnym sprawia, że czujesz się bardziej sp
            > ełniona? tylko jak się ma z tym czuć to zdrowe dziecko? bo zabrzmiało to tak, j
            > akby mimowolnie było spychane na gorszą pozycję.

            Odkąd urodził się młodszy syn robiliśmy z mężem wszystko , zeby nie poczuł się zepchnięty na boczny tor. Samopoczucie mojego starszego syna było niejednokrotnie tematem rozmów z psychologiem podczas terapii, bo ciągle mi się wydawało, ze jestem złą matką , ciągle mi się wydawało, ze za mało z siebie daję. Po roku terapii psycholożka stwierdziła, ze nie mam realnych podstaw do takiego biczowania się, ale ponieważ moja matka faworyzowała mojego brata jestem przewrażliwiona na punkcie sprawiedliwego traktowania dzieci.

            Tak, to doświadczenie jest najlepszym co mnie w życiu spotkało, co nie znaczy, ze jest najlepszym co spotkało mojego syna.
    • Pragne napisac, ze najwieksza ofiara nie jest tu Ania (jej wlasnie rodzicie wymoscili w rodzinie tak uprzywilejowana pozycje, ze bardziej sie nie da. Tekst o tym co innego mieli by do roboty gdyby nie dane im bylo zdejmowac jej spodni powala ignorancja i nieuzasadnionym zadowoleniem z wlasnej heroicznosci). Kozlem ofiarnym w calej tej sytuacji jest Twoj maz - od dziecka przeznaczony na dozywotniego opiekuna swojej siostry. Nie rozumiem czemu zalozyl rodzine skoro zyje tylko dla Ani (piekne slowa i gesty).

      W umyslach rodziny twojego meza oraz jego samego uposledzenie objawia sie poczuciem, ze Ania rodzac sie ze swoja choroba zostala oszukana i że sluzac jej rodzina wynagrodzi jej to uposledzenie/oszustwo. Tymczasem Ania jest jaka jest i rodzina meza spelniajac kazda jej zachcianke tak naprawde nie chce przyznac ze Ania jest tylko uposledzona osoba, ktora przystosowala sie do korzystania z pozycji w rodzinie.

      Podejscie twojego meza do sytuacji z zachowaniem sie przy stole jest przygnebiajace, tak jak i z jego zainteresowaniem badaniami prenatalnymi. Z jednej strony kocha Anie i uwaza , ze jest wspaniala, z drugiej upewnia sie, ze jego potomstwo nie urodzi sie "inne".

      Najwidoczniej w rodzinie istnieje temat tabu. Rodzice Ani wola traktowac ja jak ksiezniczke zakleta w niepelnosprawna zabe, tematem tabu jest zwykle przyznanie sie, ze Ania jest po prostu osoba niepelnosprawna i warto by bylo nauczyc ja samodzielnego nakladania spodni i ze nie ma to nic wspolnego z wystawieniem na probe jej matki i ojca niczym Hioba na mekach.

      Te spodnie nie sa nakladane dla samozadowolenia i poczucia potrzebnosci rodzicow meza ale po to aby Ania potrafila choc w niewielkim stopniu wyjsc z roli biednej ksiezniczki i zaczela byc pelnoprawnym czlonkiem rodziny. (pelnoprawnym czlonkiem twojej rodziny zalozycielko tematu)

      Twoj maz ucieka od rozmow z toba na temat tego "co dalej" poniewaz dzialania, ktore chcialabys wdrozyc w celu przystosowania Ani do twojej rodziny godza w obraz malutkiej ksiezniczki jego rodzicow. Co musi dziac sie w jego glowie skoro od malego przystosowywany byl na opiekuna siostry a tu nagle pojawia sie zona i dzieci, ktore nie podzielaja idealow wpojonych mu przez jego rodzicow, BA MAJA WLASNE ZYCIE.

      Ps jesli twoj maz uznaje tradycyjny podzial obowiazkow a Ty nie spieszysz sie do przejecia roli tesciowej w zyciu Ani, istnej Matki Teresy to nie wiem czy nie odbije sie na jeszcze glebszym chowaniu glowy w paiasek przez twojego meza.

      Czy maz opowiadal ci jak wygladalo jego dziecinstwo, dorastanie? Czy byl szczesliwym dzieckiem, jak wygladaly jego rezlacje z ojcem i matka przez pryzmat Ani?
      • Dziękuję Wam, dziewczyny na mądre słowa, szczególnie Tobie, Joanno. Właśnie dlatego, w każdej ciąży bardzo poważnie brałam pod uwagę aborcję w razie wad genetycznych płodu, żeby nie robić moim dzieciom tego, co rodzice zrobili mojemu M...
        W naszym otoczeniu i wśród rodziny uchodzą oni, szczególnie teściowa prawie za świętych... Ja zaczęłam trochę inaczej patrzeć na nich.

        Baszysta to nie teściowa na co dzień zajmuje się Anią, ale teść. Mama pracuje jeszcze zawodowo, ma auto, zdarza jej się wyrwać z domu i wyskoczyć choćby z koleżanką na kawę. Teść jest cały czas z córką.

        Pytałaś jak wyglądało dzieciństwo mojego męża. Myślę, że było trudne. On sam opowiada, że pierwsze pięć lat życia Ani to była walka rodziców o jej życie, miała żyć rok, najwyżej dwa, każdego miesiąca walczyli o nią, nie było mowy o wychowaniu, diagnozach, najważniejsze było utrzymanie jej przy życiu. On chyba był na dalszym planie.
        Opowiada, że pamięta jak siedział w oknie i zazdrościł kolegom, którzy grają w piłkę. On nie mógł iść na boisko, musiał pilnować siostry, aby mama mogła odpocząć. Zawsze podkreśla, że nie ma im tego za złe, i że wie, że nie mogło być inaczej.

        Teściowa opowiadała mi kiedyś pewną historię. M. miał 13, może 14 lat i szedł na pierwszą w życiu dyskotekę. Zatrzymał się w drzwiach i zapytał: mamo, może wezmę Anię? Teściowa zgodziła się z radością, dumna, że ma syna, który nie wstydzi się siostry. Ania została królową balu. Problem był z tym, że żaden z chłopców nie chciał zostać królem, bo nikt nie chciał pocałować królowej...

        Aby być obiektywna muszę napisać, że moim zdaniem takiemu a nie innemu dzieciństwu męża zawdzięczam to, że dziś jest bardzo dobrym i odpowiedzialnym ojcem dla naszych dzieci.

        • Właśnie dla
          > tego, w każdej ciąży bardzo poważnie brałam pod uwagę aborcję w razie wad genet
          > ycznych płodu, żeby nie robić moim dzieciom tego, co rodzice zrobili mojemu M..


          To straszne jak trzeba byc "urobionym" czlowiekiem aby z jednej strony powtarzac, ze Ania to najwieksze szczescie a z drugiej miec przewidziany sposob dzialania (niczym ostateczna eliminacja) na przypuszczalnie uposledzony plod w twoim lonie.

          Na koniec piszesz, ze Aby być obiektywna muszę napisać, że moim zdaniem takiemu a nie innemu dziecińs
          > twu męża zawdzięczam to, że dziś jest bardzo dobrym i odpowiedzialnym ojcem dla
          > naszych dzieci.


          Sama piszesz, ze takie a nie inne dziecinstwo, wplywnelo jakosciowo na postawe twojego M. wobec ojcostwa i ogolnie, ze jest dobry i odpowiedzialny. Dlaczego ten sam ojciec interesuje sie badaniami prenatalnymi a nawet sama bierzesz pod uwage aborcje w razie nienarodzonego uposledzonego dziecka?
          Czemu nie chcesz aby cieszylo sie zyciem jak Ania?

          Aby dzieki wyjatkowosci tego dziecka reszta rodzenstwa uczyla sie dobra i odpowiedzialnosci tak jak dane bylo doswiadczyc tego twojemu M.? Przeciez sama nam piszesz, ze to dzieki Ani twoj maz jest tak dobry i odpowiedzialny (no moze oprocz zabijania uposledzonych plodow w twojej macicy).

          Ten dysonans poznawczy jawiacy sie w stosunku twojego meza do Ani (Ania jest uposledzona, dzieki niej nabralem pokory i jestem lepszym czlowiekiem, Ania to najlepsze co nam sie przydazylo) a stosunkiem do ewentualnego uposledzonego syna lub corki (ABORCJA, elo, nie chcemy cie tu, mozesz dla nas nie istniec bo masz wady genetyczne, twoje narodzenie nie wplynie na nas pozytywnie, widzimy tylko same negatywy zatem przeprowadzimy aborcje).

          Reszta jest powazna rozmowa na burzliwe czasy miedzy toba a twoim mezem.
          • Chyba pomylilas adresy ;)

            Do kosza
          • baszysta napisała:

            > To straszne jak trzeba byc "urobionym" czlowiekiem aby z jednej strony powtarza
            > c, ze Ania to najwieksze szczescie a z drugiej miec przewidziany sposob dzialan
            > ia (niczym ostateczna eliminacja) na przypuszczalnie uposledzony plod

            Na szczęście to nie jest temat podlegający tej dyskusji.
            A co do "urobienia" to mąż autorki najwyraźniej powtarza za swymi rodzicami, że Ania jest "najlepszym co im się przydarzyło" i nie jest w stanie zaprzeczyć, być może aby nie zburzyć im kruchych podstaw sensu takiego życia, sam jednak najwyraźniej tak nie uważa, odrzucając możliwość posiadania dziecka z głębokim upośledzeniem...Nie jest to żaden "dysonans poznawczy" tylko po prostu bolesne zderzenie szczytnych idei z rzeczywistością, która w codziennej praktyce opieki nad upośledzoną osobą może wymagać heroizmu. A wszak nie każdy jest herosem.

            • Mąż wychował się w atmosferze, gdzie jedyną dopuszczalną i pochwalaną postawą było "Ania to najlepsze co nam się wydarzyło" i akceptowanie metod rodziców jako jedyne i najlepsze. Nie wierzę, że bez względu na dobre serce, nie odczuwał innych emocji jak żalu za tym co umknęło mu w dzieciństwie, poczucie bycia mniej ważnym dla rodziców itp. Ale może tego nie potrafić wyartykułować. Być może nikogo to nigdy nie interesowało i byłby "pierwszym złym" gdyby się odważył - toż to zamach na świętość. Jednak swoje wie i koszt takiego życia zna. Wizja opiekowania się siostrą, starzejącymi rodzicami i własnym niepełnosprawnym dzieckiem, może przerażać i najtroskliwszego.

              --
              Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
            • Baszysta świetnie napisała o swoistym dysonansie poznawczym czy bardziej może rozszczepieniu postawy męża w stosunku do upośledzenia.
              Co do pro-life czy anty-life nie ma to nic do rzeczy, bo nie chodzi o promocję jakiejkolwiek postawy, ale jej opis na przykładzie męża, który co innego deklaruje jako najwyższe dobro, szczęście itd., a co innego faktycznie chciałby "mieć" - czyli własne zdrowe dzieci.
              • paris-texas-warsaw napisała:

                a co innego faktycznie chciałby "mieć
                > " - czyli własne zdrowe dzieci.

                - no chyba oczywiste jest, ze kazdy z nas pstawiony przed wyborem wolalby jednak miec zdrowe dzieci a nie uposledzone.
                - maz watkotworczyni siostry sobie nie wybral, tylko sytuacja ta na niego spadla. Rodzice w tej sytuacji zachowali sie najlepiej jak umieli, ale to jeszcze nie powod, aby teraz od meza wymagac, aby chcial miec chore dzieci. Ja sie dychotomicznej postawie meza nie dziwie - realia opieki nad niepelnosprawnym dzieckiem zna z autopsji i chcialby tego uniknac - ze wzgledu na siebie, swoja rodzine, w przyszlosci pewnie tez rodziny swoich dzieci.
                • chodzi o to aby zyc zgodnie z samym soba

                  a nie zakladac maske kochajacego brata Ani a w rzeczywistosci miec na temat osob uposledzonych zgola inne zdanie co swiadczy meza podejscie do aborcji z powodu wad genetycznych

                  tu nie chodzi o wolnosc pogladow czy prawo do aborcji ale o zjechana psychike meza latami poswiecajacego sie dla siostry

                  ciekawe czy podzielil sie z mamusia i tatusia swoim zdaniem na temat urodzenia niepelnosprawnego dziecka przez autorke watku, napewno byli by zachwyceni podejsciem syna do tematu uposledzenia,

                  to co mnie razi to hipokryzja meza i rownoczesnie wieloletnie zaszczuwanie go przez rodzicow bo przeciez jak to nie kocha siostrzyczki? nie zaopiekuje sie nia? itp.

                  maz autorki watku rozwazajac ewentualna aborcje z przyczyny wystapienia wad genetycznych rownoczesnie neguje swoja wg mnie udawana milosc do siostry,

                  on raczej kocha siostre bo za to kochaja go rodzice, mozna tu za przyklad podac chocby wzruszajaca historie wyjscia na dyskoteke, ktora podzielila sie z nami autorka watku

                  • Bardzo kategorycznie oceniasz... Nie powiedziałbym, że on jej nie kocha. Ma wobec siostry niewyczerpane pokłady cierpliwości. Nigdy nie słyszałam, aby podniósł na nią głos. Opiekuje się nią jakoś tak z uśmiechem na twarzy, widać, że nie jest to dla niego problem, ale na krótko, widzę, że w odróżnieniu od rodziców musi odreagować. Pamięta o urodzinach, wizytach u lekarza, myśli o niej, dzwoni, dopytuje... Kiedyś mi powiedział, że w dzieciństwie była najważniejszą osobą w jego życiu. Ale też, że jako chłopiec złościł się, że musi z nią być, zamiast ganiać z kolegami i bywał niemiły. Że żałuje tego.
                    Fakt, pokazałyście mi, że relację w tej rodzinie zdrowe jednak nie są...
                    Ale martwię się, że największy problem mam ja - w czasach, gdy tyle mówi się o tolerancji, ja boję się przyznać do swoich uczuć: że mnie Ania męczy, drażni, że nie mogę patrzeć jak je, że mi niedobrze, jak widzę te otwarte drzwi do ubikacji, że po ich wizycie obsesyjnie piorę poślinioną, albo jeszcze gorzej pościel. Nie mogę się przełamać. Jest coraz gorzej i trudniej. I że to ja muszę coś z tym zrobić.
                    • Wiesz co, 7monika75, myślę, ze jesteście fajną rodziną. Myślę, ze Twoi teściowie to wspaniali ludzie, pal sześć w jakiej bajce żyją - czy jak to ktoś określił- 30 lat temu ludzie mieli inną świadomość, inaczej postrzegali życie z niepełnosprawnym dzieckiem, inne były możliwości, a i szkoły życia prezentowały inny poziom. Oczywiście, można traktować Anię jak dopust Boży, ale pomyśl (Ty nie musisz, sama już na to zwróciłaś uwagę:-)- może gdyby nie byłoby jej w życiu Twojego męża nie byłby tak wspaniałym człowiekiem, może byłby egoistą skoncentrowanym tylko na sobie? Nie mam moralnej odwagi komplikować życia mojego starszego syna i jego rodziny w przyszłości, ale może na tym polega bycie rodziną?
                      I jeszcze jedno - to akurat kieruję nie tylko do Ciebie - niepełnosprawne dziecko może być dla swoich rodziców największym szczęściem w życiu, choć pewnie nie dla wszystkich. Niestety, jak widać po niektórych komentarzach w tym wątku ludziom mającym zdrowe dzieci cięzko przyjąć takie oświadczenie za pewnik, cięzko zroumieć i pewnie dlatego muszą dobudować sobie odpowiednią ideologię. Tymczasem wszystko sprowadza się do miłości, bezwarunkowej, niczego nie oczekującej miłości. Każdego dnia dziękuję Bogu, losowi, ze dane jest mi tej miłości doświadczyć, bo dzięki niej życie z moim synem nie kojarzy mi sie z drogą przez mękę.
                      • joanna35 napisała:

                        > Nie mam moralnej odwagi komplikować życia mojego starszego
                        > syna i jego rodziny w przyszłości, ale może na tym polega bycie rodziną?

                        Z pewnością nie na oczekiwaniu że dziecko poświęci własną rodzinę w imię wpojonego poczucia obowiązku. Nawet jeśli ta presja jest wyrażona "między wierszami" - to istnieje.

                        Są inne - wcale nie gorsze rozwiązania niż domowa opieka. Mam w otoczeniu 2 pary w podobnej sytuacji - jedno zdrowe dziecko, drugie upośledzone - i obie rodziny od początku zakładały, że w jakimś momencie to chore trafi do placówki. Żeby nie obciążać tego zdrowego poczuciem winy, jeśli będzie przedkładał własne dzieci i rodzinę ponad dożywotnią opiekę.
                        Dzięki temu te starsze, zdrowe nie czuły presji układania swojego życia pod kątem przyszłej konieczności opieki.

                        Czy ma się prawo ryzykować rozwalenie rodziny tego zdrowego? bo mało jest "obcych", którzy z pieśnią na ustach pogodzą się ze skazaniem na dożywotnią opiekę nad kimś, do kogo żadnych uczuć nie żywią. Żony/mężowie nie mają w sobie bezwarunkowej miłości.
                    • Bo osoby jego pokroju są wyczulone na potrzeby słabszych. I to chyba dobrze, dopóki nie jest to mechanizm wyparcia - a na to wygląda w tym przypadku.
                      Tylko jedna uwaga - ciebie jako słabszej nie postrzega...

                      > Ale martwię się, że największy problem mam ja - w czasach, gdy tyle mówi się o
                      > tolerancji, ja boję się przyznać do swoich uczuć: że mnie Ania męczy, drażni, ż
                      > e nie mogę patrzeć jak je, że mi niedobrze, jak widzę te otwarte drzwi do ubika
                      > cji, że po ich wizycie obsesyjnie piorę poślinioną, albo jeszcze gorzej pościel
                      > . Nie mogę się przełamać. Jest coraz gorzej i trudniej. I że to ja muszę coś z
                      > tym zrobić.

                      Najwyższa pora zacząć sygnalizować swoje potrzeby. Nie wyobrażam sobie dobrego związku, gdzie unika się tak ważnych tematów. I tak źle, że dotąd nie zasygnalizowałaś delikatnie zachowań, które są dla ciebie problemem. Kiedyś po prostu wybuchniesz i wtedy będzie znacznie gorzej.

                      Ty przecież nie wyobrażasz sobie żeby Ania z wami mieszkała, prawda? przy kolejnej okazji spytałabym męża jak on to sobie technicznie wyobraża, bo na 100% jestem przekonana, że widzi to tak, że wy opłacicie opiekunkę na czas pracy (bo cóż to za problem), a wieczorami będziecie się nią zajmować - tzn. ty...

                      Ja w twojej sytuacji rozwiałabym złudzenia już na początku relacji, bo wizja tego, że do końca życia jestem ubezwłasnowolniona i zamknięta w domu jest z gatunku "after my dead body"

                      • A ja sie boję, ze maż któregoś dnia po prostu sie załamie. Przecież on żyje w nieistniejącej rzeczywistości - gdzie upośledzona siostra nie jest problemem, gdzie trzeba się w dorosłym życiu wstydzić za to, że jako dziecko nie dość się dla siostry poświęcało, ze siostra zachowuje się w miare normalnie... Obawiam się,z ę gdy któregoś dnia zobaczy rzeczywistość - siostrę, dla której powinien poświęcić resztę życia, starzejących się rodziców, którzy będą wymagali opieki i własną rodzinę, to tego ciężaru nie udźwignie.
                        I może to się skończyć nerwowym załamaniem, a moze się też skończyć tak, zę Ania okaże się najwazniejsza - a przecież nie ma cudów - maż nie zajmie sie na pełen etat siostrą, rodzicami i Wami.
                        Chyba trzeba zacząć rozmawiać o przyszłości, pokazując jej realistyczną, a nie wyidealizowaną wizję.
                        --
                        zpopk.blox.pl
                      • Opiekuje się nią jakoś tak z uśmiechem na twarzy, widać, że nie jest to dla niego problem
                        ale na krotko

                        a co zrobi kiedy trzeba bedzie na dluzej?
                        • baszysta napisała:

                          > Opiekuje się nią jakoś tak z uśmiechem na twarzy, widać, że nie jest to dla
                          > niego problem

                          > ale na krotko
                          >
                          > a co zrobi kiedy trzeba bedzie na dluzej?

                          Moim skromnym zdaniem toksyczni (nie bojmy sie tego slowa) w swoim heroizmie rodzice meza autorki bardzo skutecznie wyprali mu przez cale dziecinstwo mozg i zdusili wszelkie przejawy jakiejkolwiek zdrowej asertywnosci. Odebrali mu danie sobie prawa do wlasnych uczuc, innych niz te "jedynie sluszne" w rodzinie. Wyglada mi na to, ze rodzice wszystkie swoje uczucia, afirmacje, milosc, czulosc i troske przelali niemal w calosci na chore dziecko, natomiast stosunku do starszego, zdrowego syna rozwineli bardzo subtelna i dosc niszczaca forme tyranii : "kochamy cie wtedy kiedy jestes dobry dla siostry". To byl rodzaj emocjonalnego szantazu, ktory on przez cale dziecinstwo doskonale wyczuwal, w stylu "zaslugujesz na nasza milosc tylko wtedy, kiedy opiekujesz sie naszym najwiekszym skarbem", i ktory zrobil z niego nadopowiedzialnego robota, zasuwajacego przy siostrze z wiecznie przyklejonym usmiechem. Jak w ogole rodzice DWOJGA DZIECI moga mowic, ze tylko jedno z nich jest ich najwiekszym szczesciem ??? Juz samo to jest toksyczne - bo nie wazne, ze rzeczywiscie chore dziecko wymaga na codzien wiekszej troski, to jednak takie faworyzowanie czy wartosciowanie dzieci nie jest zdrowe ani dobre. I na pewno nie wychodzi na zdrowie zadnemu z nich.

                          Maz nauczyl sie zyc wedlug tego schematu i wypierac z siebie wszelkie zdrowe odruchy. Przeciez kazdy ma prawo przyznac czasem ze jakas sytuacja jest niefajna, czy ze czasem ma dosc. Tu zas jest miejsce tylko na pelna hipokryzji polityczna poprawnosc - facet ma wdrukowane, ze tylko w takim wydaniu (opiekunczosc, poswiecanie sie, niesienie swojego rodzinnego krzyza z usmiechem) zasluguje na uczucia innych. Rowniez wlasnej zony i dzieci.
                          Rzeczywiscie, ze indoktrynacja ktorej doswiadczyl w dziecinstwie rozwinela u niego postawe wybitnie altruistyczna, co jest w dzisiejszych czasach o tyle rzadkie co cenne i chwalebne. To jest oczywiscie swietne dla otoczenia, ale nie dla samych zainteresowanych. Wydaje mi sie tacy ludzie potem wszystko w sobie dusza, nie daja sobie prawa do najmniejszych negatywnych emocji, oklamuja samych siebie ze wszystko zawsze jest OK - a potem nagle eksploduja i laduja w szpitalu z zalamaniem nerwowym, zawalem, albo czyms w tym stylu.

                          Ja na miejscu autorki wyslalabym meza profilaktycznie do psychologa, niech sobie troche pouklada i ponazywa wlasne emocje oraz przyzna sam przed soba do tego czy owego. Tak dla zdrowotnosci - wyjdzie mu to pewnie na dobre.

                          ----
                          Przez dlugosc jednego przystanku, para cyckow obmacywala moja dlon z kazdej mozliwej strony w rytm wszystkich zakretow i wybojow. Tramwajowy taniec macaniec w wersji luksusowej.
                          (by Gomory)
                          • Moja koleżanka miała brata niepełnosprawnego umysłowo od urodzenia. Rodzice wprost jej powiedzieli że zdecydowali się na drugie dziecko czyli na nią po to, żeby bratem miał się kto zając, gdy rodzice się zestarzeją.. Koleżanka z jednej strony brata kochała ale z drugiej nie była gotowa poświęcić życie na jego pielęgnację. Uciekła na kraj świata i ja się jej wcale nie dziwię.
                        • baszysta napisała:

                          > Opiekuje się nią jakoś tak z uśmiechem na twarzy, widać, że nie jest to dla
                          > niego problem

                          > ale na krotko
                          >
                          > a co zrobi kiedy trzeba bedzie na dluzej?

                          Dokladnie, a pamietajmy ze scenariusze moga byc dwa: moze zabraknac rodzicow...to jednak jeszcze nie najgorsza sytuacja, bo meza byc moze uda sie przekonac do oddania siostry do osrodka. Gorzej, jak rodzice zaniemoga, zachoruja, po prostu nie bedzie mozliwa dalsza opieka nad corka... Tu moze zaczac sie spory problem, bo nie sadze, ze oni zgodza sie na oddanie corki, dla nich bedzie LOGICZNE i OCZYWISTE ze to Wy (TY) zaopiejujecie sie dziewczyna...
                          • dla nich bedzie LOGICZNE i
                            > OCZYWISTE ze to Wy (TY) zaopiejujecie sie dziewczyna...


                            I rodzicami również...

                            moim zdaniem oboje z mężem powinniście popracować z dobrym psychologiem aby psychicznie przygotować się na różne scenariusze przyszłości.
                      • Over.
                    • 7monika75 napisał(a):

                      > Ale martwię się, że największy problem mam ja - w czasach, gdy tyle mówi się o
                      > tolerancji, ja boję się przyznać do swoich uczuć: że mnie Ania męczy, drażni, ż
                      > e nie mogę patrzeć jak je, że mi niedobrze, jak widzę te otwarte drzwi do ubika
                      > cji, że po ich wizycie obsesyjnie piorę poślinioną, albo jeszcze gorzej pościel
                      > . Nie mogę się przełamać. Jest coraz gorzej i trudniej. I że to ja muszę coś z
                      > tym zrobić.

                      A dlaczego nie chcesz się otwarcie pogodzić ze swoimi uczuciami? I zacząć je wypowiadać? Mężowi nie było wolno tego robić, bo rodzice skutecznie narzucili mu swój punkt widzenia jako jedyny słuszny. Przypuszczam, że robił to żeby nie pozbawić się ich miłości, czy Ty obawiasz się, że mówiąc o swoich odczuciach pozbawisz się miłości męża?
                      Masz prawo stawiać granice we własnym domu i życiu, masz prawo stwierdzić, że dłuższa obecność i zachowanie niepełnosprawnej osoby w Twoim domu przekracza Twoje osobiste granice intymności, dobrego smaku i czego tam jeszcze. Mąż nie mieszka już z rodzicami, musi brać Twoje zdanie jak najbardziej pod uwagę i liczyć się z nim nawet jeśli jest całkowicie odmienne od jego punktu widzenia.
                      Masz także prawo do rozmów z nim jak widzi sytuację siostry kiedy rodzice będą sami wymagali opieki. oraz na co może w takiej sytuacji liczyć z Twojej strony, a na co absolutnie nie.
                      • Zgadzam sie z przedmówczynią. Dla dobra własnego małżeństwa musisz rozmawiać z mężem i to nie raz - kropla drąży skałę. Dobra jest też rada o terapii.
                        • Trzeba zacząć o tym mówić już teraz. Nawet za cenę kłótni i potępienia ze strony teściów. Trzeba rozbić szklaną wieżę i uwolnić z niej męża. Jak to ma wyglądac dalej. I też stawiać w swoim domu granice temu co inni uwazaja za nieprzeszkadzajace. Bo akceptując milcząco to co jest skończy się tym, że gdy zabraknie pełnosprawnych rodzicow to małżeństwo autorki moze się rozpaść, albo ona nie zdzierży jesli Ania zamieszka z nimi, albo mąż w poczuciu winy wyprowadzi się by mieszkać z Anią jako tą bardziej go potrzebującą. Stawianie Ani cały czas na piedestale przez rodziców i męża czyni jej szkodę. Bo w przyszłości poczuje się podwójnie odepchnięta. Ania już teraz powinna być wdrażana w zajęcia terapeutyczne w placówkach dla osób niepełnosprawnych, by oprócz rodziny miała też swoje życie.
    • Myślę, że Twojemu mężowi nie wolno było odczuwać żadnych negatywnych emocji związanych z siostrą. Zmuszono go do wyparcia żalu, zazdrości, złości. Kiedy próbujesz z nim porozmawiać, odbijasz się od tabu. Jest na Ciebie oburzony, bo na niego się kiedyś oburzano. Wdrukowano mu, że tylko zachwyt nad siostrą jest właściwy. Wszystko inne- złe. Powiem Ci, jak to jest od strony Twojego męża (choć u nas była choroba rodzeństwa, a nie upośledzenie) - na poziomie świadomym nie ma "wiedzy", że się jest - przez sytuację - dzieckiem gorzej traktowanym, "usługowym". Jest wyparcie - bo bez wyparcia trzeba by przeżyć żal do rodziców za zrobienie z dziecka służącego, za smutne dzieciństwo, za samotne dni, za poczucie odrzucenia. Za niewypowiedziany szantaż emocjonalny- dostosujesz się, odetniesz się od swoich naturalnych w tej sytuacji uczuć, albo... nie będziemy Cię kochać/ okazywać miłości (co wychodzi dla dziecka na jedno). Nie wolno czuć swoich prawdziwych emocji, nie wolno zobaczyć sytuacji, jaką jest. Wtedy jest miłość, rodzina, pochwały. Próby protestu są karane niechęcią, złością, odrzuceniem. Wymusza się na dziecku poczucie bycia "złym" gdy reaguje naturalnie, gdy posiada również negatywne emocje- w efekcie dziecko jest tresowane w byciu "dobrym". Nie wolno mu być sobą. Bardzo trudno wyrwać się z takiego schematu. Kiedy ja po wielu latach, jako zupełnie dorosła osoba, dostrzegłam nasz rodzinny problem i zaczęłam stawiać opór przed wciskaniem mnie w rolę usługową (zwłaszcza, że obiektywnie "służąca" nie była już potrzebna) - zostałam czarną owcą rodziny. Przeszłam przez naciski, szantaże, odrzucenia. Jestem zła, najgorsza, potwór. Nie da się zrozumieć, jak mogę nie chcieć być dalej w systemie w roli mi przeznaczonej- jak mogę być tak "zła", że nie chcę służyć aniołkowi (w kwestiach, w których aniołek sam sobie świetnie poradzi, jeśli tylko będzie mu dana szansa). Bo aniołek jest rzekomo maleństwem potrzebującym pomocy. Co najgorsze, rodzice mają zysk w takim ustawianiu rodziny- jest nią poczucie bycia heroicznymi rodzicami, bohaterami niezbędnymi dziecku. Po co uczyć dziecko samodzielności (w zakresie, jakie jest dla dziecka możliwy)? Przecież przyjemniej czuć się absolutnie niezbędnym. A że to nie altruizm a egoizm...? Nigdy Ci nie uwierzą, że w ten sposób krzywdzą. Uważam, że wywołanie zmiany w mężu będzie bardzo trudne bez pomocy psychologa. Ktoś musi mu pozwolić na odczarowanie samego siebie, na emocje negatywne do siostry i rodziców, na żal itd. Musisz zrozumieć, że jemu "nie wolno" wymagać nic od siostry ani jej krytykować. To jest rodzinny zakaz od wczesnego dzieciństwa. On z siebie tego nie zdejmie jak czapki.
    • Czytając Wasze wypowiedzi dotyczące mojego męża nagle zupełnie inaczej spojrzałam na jego stosunek do naszych dzieci. To było jak skok do zimnej wody.
      Jak już pisałam, w rodzinie męża wspólną cechą wszystkich jest niekończąca się cierpliwość i empatia. Nikt nigdy nie podnosi głosu w kontakcie z dziećmi. Nigdy nie widziałam, żeby teściowie byli dziećmi zmęczeni, nawet po nieprzespanej nocy, chorobach czy bolesnym ząbkowaniu. Zawsze patrzą na dzieci z zachwytem w oczach. Nawet, jeżeli dziecko trzeba ukarać, robi się to tak, aby było to dla niego jak najmniej bolesne. Kontakty z dziadkami są dla moich dzieci nieustanną, fascynującą zabawą i na pewno mają one poczucie, że są przez nich bezgranicznie kochane.
      Gdy ja w krótkim czasie zostałam mamą trójki bywało, że byłam bezgranicznie zmęczona i zasypiałam na stojąco. Bywało, że miałam wszystkiego dość i potrzebowałam godziny, aby wyjść i iść przed siebie. Miałam chwilę, gdy małego wyjca musiałam oddać w czyjeś bezpieczne ręce, bo czułam, że za chwilę zwariuję. Dużo czytałam, miałam przyjaciółki, wiedziałam, że te uczucia są normalne i chwilowe.
      Próbowałam mówić o tym, co czuję mężowi (od początku był bardzo zaangażowany w opiekę nad dziećmi), ale on nie chciał tego słuchać i był przerażony. Gdy pierwszy raz powiedziałam mu, że muszę wyskoczyć na kawę i odpocząć od niemowlaka został z nim chętnie, al błagał mnie bym poszła do psychiatry, bo jego zdaniem nie kocham naszych dzieci wystarczająco mocno. Długo trwało, zanim odważył się powiedzieć, że jest dziećmi zmęczony i potrzebuje chwili dla siebie. Ja bardzo muszę uważać co mówię, bo za teksty "jak on nie przestanie płakać, to ja go chyba położę do łóżeczka i sobie pójdę w świat" gotów mnie zapakować w kaftan bezpieczeństwa. Czasem mam nawet wrażenie, że specjalnie wpada do domu nieoczekiwanie, żeby poobserwować mnie w kontakcie z dziećmi oraz, że tak do końca nie ufa mi, że jestem myślę, niezłą mamą.
      Dopiero pod wpływem Waszych tekstów zobaczyłam to bardzo wyraźnie.
      • A jak myślicie - czy jak osoba wychowująca dziecko niepełnosprawne/chore mówi, że to najlepsze, co je w życiu spotkało, to faktycznie tak myśli, bo np. było to dla niej niesamowite wyzwanie/nauczyło empatii/pozwoliło przekroczyć niewyobrażalne dotychczas granice wewnętrznych ograniczeń/uwolniło od banalnych trosk itd. czy też jest to jakaś racjonalizacja, żeby nie zwariować? Czy też sprawa jest tak ekstremalna a ludzie tak różni, że nie można generalizować?
      • 7monika75 napisał(a):


        > Gdy ja w krótkim czasie zostałam mamą trójki bywało, że byłam bezgranicznie zmę
        > czona i zasypiałam na stojąco. Bywało, że miałam wszystkiego dość i potrzebował
        > am godziny, aby wyjść i iść przed siebie. Miałam chwilę, gdy małego wyjca musia
        > łam oddać w czyjeś bezpieczne ręce, bo czułam, że za chwilę zwariuję.
        > Próbowałam mówić o tym, co czuję mężowi , ale on nie chciał tego słuchać i był przerażony.

        Wcale się nie dziwię skoro za przyznanie się do tego typu odczuć i takie teksty w domu rodzinnym zapewne czekało by go potępienie.

        > Długo trwało, zanim odważył się powiedzieć, że jest dziećmi zmęczony i potrzebuje chwili dla siebie.

        Bazuj na tym i innych doświadczeniach męża (ta sytuacja kiedy zachowanie innych dzieci było dla niego obrzydliwe to świetny punkt wyjścia, żebyś mogła przedstawić swoje uczucia), tłumacz, że Ty tak masz w kontakcie z siostrą męża. I że są sprawy, których nie dasz rady przeskoczyć ze względu na jej upośledzenie i zachowania. Ty nie jesteś nie tylko jej bliską krewną, ale w ogóle krewną jego siostry, patrzysz na nią nie jak na swoje rodzone dziecko tylko jak na obcą osobę dorosłą, choć z problemem.
      • wypowiadasz sie o pobocznych pie...ch

        jakie sa plany meza w razie smierci/niedoleznosci rodzicow?
        • Rozmawialiśmy o tym ze dwa razy, z jego inicjatywy. Dla mnie to było jakość odległe, bo teściowie są dość młodzi i w pełni sprawni.
          Na samym początku naszej znajomości powiedział: "Mam nadzieję, że masz świadomość, że kiedyś Ania zamieszka z nami i że będę się nią opiekował do końca życia? Po pierwsze dlatego, że sam chcę, po drugie, że obiecałem to mamie".
          Wtedy zupełnie mnie to nie obeszło. Wiem, mój błąd, ale na tym etapie ta perspektywa była dla mnie tak odległa, Anię widywałam u niego w domu podczas rodzinnych obiadów pięknie ubraną, uczesaną i uśmiechniętą. Równie dobrze mógłby powiedzieć: wiesz, gdy będziemy starzy może będę jeździł na wózku i będziesz musiała mnie pchać. Pewnie tyle samo by mnie to obeszło.
          Później był ślub, dzieci, teściowie zaczęli przyjeżdżać do nas, a do mnie dotarło, że sobie z sytuacją nie radzę. Druga rozmowa była tuż po narodzinach Karolci, gdy sytuacja była na tyle napięta, że Anię zaczęto leczyć u psychiatry.
          "Od początku wiedziałaś, że Ania jest częścią mojego życia i zawsze będzie. Zacznij się więc przyzwyczajać do myśli, że kiedyś zamieszka z nami. Jeżeli mama odejdzie wcześniej, będziemy musieli zaopiekować się Anią i tatą, bo on sam sobie nie poradzi"
          Wtedy powiedziałam mu, bardzo szczerze, że ja sobie siebie w roli opiekunki jego siostry nie wyobrażam, i że jeżeli będzie chciał aby z nami zamieszkała, wszystko spadnie wyłącznie na niego - o czym pisałam wyżej. Starał się mu wyjaśnić, że taka opieka polega na całkowitej rezygnacji z siebie, bo on tego chyba nie widzi.
          Moim zdaniem się przestraszył. Więcej do rozmowy nie wracaliśmy. Dopiero teraz zastanawiam się jak to rozegrać. Będę wdzięczna za Waszą pomoc.
          • troche po ptokach

            - sama piszesz, ze na poczatku znajomosci maz Ci zakomunikowal, ze Ania bedzie mieszkac z wami, ze maz bedzie sie nia opiekowal
            -> jesli to on sie nia opiekuje to czemu ty pierzesz zasyfione przescieradla po Ani, wrecz je mezowi
            -> uwidocznij wszystkie konsekwencje goszczenia Ani u Was w domu
            -> nie pozwol, zeby UCIEKAL od opieki nad Ania

            Nie mozna miec ciasta i jesc ciasta. Jesli sam sie bedzie opiekowal Ania to niech trenuje do tego juz teraz, a Ty nie wchodz w role cierpietnicy piotacej brudne przescieradla po Ani bo po pierwsze to WASZ DOM i na PIERWSZYM MIEJSCU POWINIEN MIESCIC SIE KOMFORT I POCZUCIE BEZPIECZENSTWA TWOJE I TWOICH DZIECI.

            Na meza czeka terapia, trzeba go ponownie "uczlowieczyc" bo nie jest swietym herosem od Ani. Jest twoim mezem i ojcem waszych dzieci i to wasze dobro i bezpieczenstwo powinien przedkladac nad Ania, niestety taka jest prawda i taka jest rzeczywistosc (ktora powinna zagoscic w waszym domu i w umysle meza).

            Idz pierwsza do psychologa i przedstaw sytuacje tak jak tu na forum. W mojej magicznej kuli przewiduje, ze proba podjecia rozmowy z mezem, ktory juz i tak przejawia podwojne standardy (co do wspanialosci Ani i podejscia do urodzenia ewentualnie uposledzonego dziecka) bedzie conajmniej nie udana (sama piszesz, ze ucieka, ze przeraza go to a rownoczesnie rodzice uwazaja go za pewniaka, swietego meza od Ani).

            Byc moze po wysluchaniu twoich argumentow na temat hierarchii potrzeb twoich i dzieci maz uzna Cie za Szatana wiec naprawde polecam rozmowe z osoba spoza waszego domowego srodowiska, ktora rownoczesnie bedzie znac sie na specyficznosci rodziny z osoba niepelnosprawna.
          • no coz, jezeli maz czuje sie na silach opiekowac siostra i robi to nie tylko z poczucia obowiazku ale dlatego ze ja kocha to trudno radzic takiej osobie by tego nie robila.
            Maz nie moze wymagac od ciebie bys byla opiekunka jego siostry ale ty nie mozesz by on nie byl, skoro tego pragnie.
            • Baszysta napisała: "Byc moze po wysluchaniu twoich argumentow na temat hierarchii potrzeb twoich i dzieci maz uzna Cie za Szatana wiec naprawde polecam rozmowe z osoba spoza waszego domowego srodowiska, ktora rownoczesnie bedzie znac sie na specyficznosci rodziny z osoba niepelnosprawna."

              To jest wg mnie bardzo trudna sytuacja, bo jak sama Autorka wątku pisze, że przed ślubem mąż jej przedstawiał swoje stanowisko na temat tego, że chce opiekować się siostrą, ewentualnie ojcem i siostrą i wtedy Autorka wątku się na to zgodziła. To było coś jak "intercyza przedmałżeńska" - zresztą tu wg mnie uczciwie mąż postąpił, nie ukrywał swojego podejścia do tematu opieki, swojego przekonania i swojej obietnicy danej matce. To trochę jak w bajce o królewnie, która obiecała pocałować żabę, wziąć ją do stolika i łóżeczka, a jak przyszło co do czego, to odraza ją zaczęła brać... Ja osobiście nie jestem za żadnym heroizmem, jak ktoś na coś nie ma ochoty (i stąd podzielam zdanie, że Autorka wątku nie ma żądnych zobowiązan wobec siostry mężą - nie musi nic wokół niej robić...), ale pewne ustalenia/obietnice/zgody uważam za ważne, i wycofywanie się z nich nie jest fair. Tez nie wiadomo, czy mąż w ogóle decydowałby się na zakładanie rodziny z kimś, kto byłby przeciwnikiem jego opieki nad siostrą...
              A kto będzie żył dłużej, kto kim się będzie opiekował, to już inna bajka...
    • Myślę, że macie jeszcze czas i nie musicie stawiać spraw na ostrzu noża. Natomiast warto powtarzać mężowi komunikat, że to on będzie się zajmował siostrą. Wydaje mi się, że jeśli zaczniesz mówić mu, co myślisz, możesz się stać w jego oczach bardzo złą osobą. Bo jemu wdrukowano, że tak myśleć nie wolno. Nie bierz jego zmiany na siebie, możesz zostać wrogiem.
      W rodzinie mojej znajomej jest upośledzona "dziewczynka" lat ponad 50. Mimo, że od niej wiele wymagano i się z nią nie cackano, mimo, że chodziła na rozmaite zajęcia, a jej brat całkowicie poświęcił jej swoje życie, dziś jest w znacznie gorszym stanie intelektualnym niż była. Tej rodzinie powiedziano, że to normalne- z wiekiem pogarszają się funkcje intelektualne, również u upośledzonych. Tak że też nie wiecie, w jakim stanie będzie Ania, gdy przyjdzie czas się nią zająć.
      Wg mnie jest ważne, że Twój mąż Cię uprzedzał, że kiedyś będzie się chciał zająć Anią. Ale też jest ważne, że Ty nie miałaś przecież świadomości, jak to wygląda- a to ważny argument- on wiedział, o czym mówi, a nie powiedział Ci, jakie są realia (m.in. dlatego, że je wypiera). Czyli nie do końca można mówić o zawartej przez Was umowie- bo jedna ze stron nie wiedziała, na co się "umawia".
      Kiedy zawieraliście małżeństwo, nie wiedzieliście pewnie, ile będziecie mieli dzieci i jak będzie wyglądała Wasza rzeczywistość przy opiece nad nimi. To też jest argument- obowiązek opieki nie ma spaść na parę radosnych singli, tylko na ludzi, którzy muszą podołać obowiązkom rodzicielskim. I musicie dobro Waszych dzieci postawić na 1 miejscu. Mieć dla nich czas, zapewnić im swoją uwagę i bezpieczy dom. Bo od tego zależy ich przyszłość. Twój mąż może z czasem Wasze dzieci ustawiać w roli, jaka była dla niego przeznaczona- dzieci "wspomagających, usługowych". Bo przecież od tego zdrowe dzieci są... Tak było "ustawione" jego dzieciństwo.
      Trudne rozmowy przed Tobą. Trzymam kciuki.
      • Problem w etym, ze nigdy nie waidomo, czy jest czas. Rodzice mogą mieć jutro wypadek i warto wiedzieć, co dalej.
        Mąż, jak już pisałam, żyje w matrixie. On nie wiedzi pewnych problemów, bo nie nauczono go ich dostrzegać. Dlatego też obiecał rodzicom coś, co było nierealne. Nie widzi, zę mógł obiecać zajęcie się Anią tylko pod waruniem nie założenia rodziny. Nie wiedzi, że jeśli bedzie się nią musiał zająć niedługo, to zagraza ona jego dzieciom. Nie widzi, zę jeśli jest to kwestia odległej przysszłości, to on nie będzie miał na to siły. Nie widzi też, jak mi się wydaje, kwestii finansowych. Bedzie musiał zrezygnować z pracy - czy Ty masz utrzymywać wszystkich?
        Zobowiązania wobec siostry nie mogą byc takie, żeby wykluczały zobowiązania wobec swoich własnych dzieci.
        --
        zpopk.blox.pl
        • Wydaje mi się, że zajęcie się osobą niepełnosprawna nie wyklucza zajmowania się swoimi dziećmi/swoją rodziną. Też taka opieka może być tak ustawiona by nie zagrażała bezpieczeństwo rodziny - np. agresja. Konkretne rozwiązania mogą przecież ulegać zmianie w trakcie ewentualnej opieki. To normalna kolej rzeczy. To wszystko jest kwestia ustawienia takiej opieki, nie trzeba z góry wykluczać pomocy osób trzecich, jakichś rozwiązań logistycznych w domu, tez wiele zależy od sytuacji finansowej. Nie jest wg mnie tak, że jedynym rozwiązaniem jest oddawanie chorych/starych osób do ośrodków opiekuńczych, zwłaszcza jak jest ktoś, kto chce się nimi w domu opiekować... Ludzie maja oczywiście zobowiązania do opieki nad własnymi dziećmi, ale mogą sobie narzucać tez inne obowiązki - lub nawet być do nich przymuszeni prawnie np. poprzez alimenty na bliskich członków rodziny...
          • Pewnie, ze nie wyklucza, ale jest to bardzo trudne zadanie niejednokrotnie przekraczające siły rodziców, więc trudno wymagać od obcej ,niezaangażowaniej pozytywnie uczuciowo osoby by brała na siebie taki ciężar.
      • Wg mnie jest ważne, że Twój mąż Cię uprzedzał, że kiedyś będzie się chciał zająć Anią. Ale też jest ważne, że Ty nie miałaś przecież świadomości, jak to wygląda- a to ważny argument- on wiedział, o czym mówi, a nie powiedział Ci, jakie są realia (m.in. dlatego, że je wypiera). Czyli nie do końca można mówić o zawartej przez Was umowie- bo jedna ze stron nie wiedziała, na co się "umawia".

        Chwila, ale to chyba nie tak. My z mężem umawialiśmy się na dwójkę zdrowych dzieci czy to znaczy, ze ponieważ nie byliśmy świadomi życia z chorymi dziećmi mamy prawo wykręcić kota ogonem i wymiksować się z układu? Dalej nie twierdzę, ze obowiązkiem Autorki jest zajmowanie się szwagierką, ale jeżeli przyjmiemy, ze ślub bierze się na dobre i złe to ona o tym złu została przez męża UCZCIWIE uprzedzona. I nie jest winą męża, ze sprawę zbagatelizowała, że zakochana i skupiona na narzeczonym nie chciałą dostrzec rzeczywistego problemu. Uważam,ze przerzucanie w tym konkretnym przypadku sytuacji na męża jest najzwyklejszym kopaniem leżącego.

        • Ma być:
          Uważam,ze przerzu
          > canie w tym konkretnym przypadku winy na męża jest najzwyklejszym kopaniem
          > leżącego.
        • No właśnie nie została UCZCIWIE uprzedzona, ponieważ mąż z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jego ukochana nie zdaje sobie sprawy, jaka ją czeka przyszłość. Sama pisze, że widziała grzeczną dziewczynkę. Chyba widzisz różnicę między zdarzeniem losowym, kiedy małżeństwu rodzi się własne niepełnosprawne dziecko- a decyzją matki trójki dzieci, by wziąć sobie na głowę silną agresywną niepełnosprawną dorosłą, której nie można na sekundę zostawić samej? To są dwie kompletnie różne sprawy. Oczywiste jest, że matka powinna się zająć swoim chorym dzieckiem. A autorka postu powinna móc się dobrze zajmować trójką swoich dzieci!
          W mojej opinii decyzja matki, by się zająć swoim chorym dzieckiem to nie jest "decyzja", dla mnie nie byłby to temat do rozważań- to oczywistość. Ale dla autorki postu to jest decyzja. I to bardzo trudna, bo jej dzieci poniosą tej decyzji koszt. I ona sama. Dla obcej dla niej osoby. Ty to nazywasz wymiksowaniem się z układu. Ja bym to nazwała zadbaniem o własne dzieci.
          Sytuacja jest po stronie męża, bo to on żyje w mitologicznej bańce. Gdyby można z nim było rozmawiać racjonalnie, byliby w stanie we dwoje wypracować rozwiązanie sytuacji. Ale on się upiera przy fikcji, więc dopóki się upiera- tak, to jest po jego stronie. Nie daje żonie szansy.
          • Ludzie rozwodzili się już z błahszych powodów, prawda? Mąz również może poczuć się oszukany - przecież ci mówilem przed ślubem, prawda?
          • Nie zgadzam się z Tobą. Dziesięć lat temu mąz Autorki był tak samo młody jak ona i , tak jak pisała Aqua, postrzegał siębie jako szlachetnego rycerza, który pomaga w opiekowaniu się chorą siostrą. Słowo POMAGA jest tu bardzo istotne, bo ma się nijak do codziennej, całodobowej opieki nad osobą chorą. Tak jak pisałam wyżej - nikt nie bronił Autorce zainteresowania się rodzinną sytuacją męża, zwłaszcza po tym jak mąz przedstawił jej swój udział w przyszłosci Ani. To dziesięć lat temu dał jej szansę na wycofanie się ze związku, z której ona nie skorzystała.

            Teraz, dziesięć lat później, dotarło wreszcie do niej, zresztą przez przypadek, że przyszłośc może wyglądac bardzo róznie, bo możliwych scenariuszy naprawdę jest kilka , z rozwodem włacznie. Jedno jest pewne - zarówno ona, jak i jej mąż mają prawo dokonywać swoich wyborów i obowiązek ponosić ich konsekwencje.
            • Weż pod uwagę, zę młodzi ludzie, biorący ślub nie do końca zdają sobie sprawę, ze niepełnosprawna dziewczynka, a niepełnosprawny dorosły to dwie różne sprawy. Nie zdają sobie sprawy równiez z tego, że ich przyszłym dzieciom dorosła, agresywna osoba może zagrażać. Sytuacja się zmieniła - teraz Ania jest zagrozeniem dla dzieci, co chyba nie było do przewidzenia wczesniej.
              Nie mówiąc już o tym, ze jak pisała Autorka, przewidywana długość zycia z tą niepełnosprawnością jest raczej krótka. A wiec "zajecie" sie siostrą raczej nie przewidywało zajęcia sie nią, gdy rodzice umrą, a ona będzie zupełnie dorosła.
              --
              zpopk.blox.pl
              • Ale ja właśnie o tym piszę
                młodzi ludzie, biorący ślub nie do końca zdają sobie sprawę,
                > ze niepełnosprawna dziewczynka, a niepełnosprawny dorosły to dwie różne sprawy.
                Młodzi ludzie - on i ona. Zresztą , większości mężczyzn, jakich znam,na czele z moim, w głowie się nie mieści, ze można swoich rodziców "oddać" do domu opieki. Najczęsciej prezentowana wizja przyszłości brzmi - rodzice zamieszkają z nami i ja, tzn. moja zona się nimi zajmie.
            • "Nie zgadzam się z Tobą. Dziesięć lat temu mąz Autorki był tak samo młody jak ona..."
              I mimo to wiedział na czym polega życie z osobą upośledzoną, ponieważ żył z nią kilkanaście lat. Wiedział do tego stopnia, że zakładał- jeśli dobrze zrozumiałam- aborcję, gdyby ich dzieci miały być również upośledzone. Czyli tego ciężaru po raz drugi nie chciał. Byli młodzi, ale ich wiedza była różna.
              Przedstawiasz autorce sytuację manipulacyjnie- z jednej strony niby jej przyznajesz prawo do nie zajęcia się Anią, z drugiej- dajesz do zrozumienia, że wycofać to się mogła 10 lat temu, a teraz to by nie była uczciwa itd. Szachujesz ją emocjonalnie. Oczywiście, że uczciwe będzie nie zająć się Anią. Ty masz perspektywę matki dziecka szczególnej troski. Ona powinna być uczciwa wobec swoich dzieci i siebie i mieć perspektywę swoją a nie Twoją. Jak sobie wyobrażasz ją za kilka lat, gdyby dziś Ania z nimi zamieszkała i była tylko pod ich opieką? Autorka postu byłaby ludzkim wrakiem a nie matką. Nie strasz jej rozwodem. Obecność Ani w ich domu równie szybko może doprowadzić do kryzysu w małżeństwie i rodzinie. To mąż powinien się zastanowić, czy chce zaryzykować, że jego rodzina nie przetrwa. Gdyby mąż nie żył w szklanej bańce, miałby większą szansę na realną pomoc ze strony żony. Uniemożliwia rozmowę i znalezienie wspólnych, możliwych dla wszystkich do zaakceptowania rozwiązań. Teraz Anią zajmują się dwie osoby dorosłe, w tym jedna- jeśli dobrze zapamiętałam- nie pracuje. To jest zupełnie co innego niż matka trójki dzieci, co? Mąż autorki chce obciążyć cztery osoby (oprócz siebie) ogromnym ciężarem (nie udawajmy, dzieci miałyby wykończoną sfrustrowaną matkę i rodziców w konflikcie), nie dając szansy wymiany argumentów. Ja rozumiem, że nie umie, że mu "nie wolno". Ale właśnie dlatego, właśnie z tego powodu, że w tej rodzinie Ania jest w roli cudu, daru i nietykalnej świętości- uważam, że autorka powinna stawiać veto.
              • Twój post jest klasycznym przykładem na to jak mozna przeczytać nie to co jest napisane tylko to co będzie Ci pasowało do Twojej wizji. Pomijam już , ze czytanie ze zrozumieniem jest sztuką. Ja nie wiem jak mam wyraźniej napisać, zebyś zrozumiała i przestała do kazdego mojego słowa dorabiać ideologię, ale spróbuję jeszcze raz:
                Mąż , dziesięć lat temu zachował się uczciwie( i jestem przekonana, ze on sam tak uważa), bo UPRZEDZIŁ swoją przyszłą żonę, że zamierza zaopiekować się siostrą po śmierci rodziców. Autorkę namawiam do uczciwości teraz - jest przekonana, ze nie chce, nie może zajmować się chorą szwagierką, ma to uczciwie zakomunkować mężowi, tyle razy ile będzie potrzeba, zeby do niego dotarło i trwać konsekwentnie przy swoim stanowisku.
                Zrozumiałaś czy jeszcze mam Ci coś wyjaśnić?
                • Czytam co jest napisane, najwyraźniej Ty piszesz niejasno. Nie dorabiam ideologii- czytam Twoje sugestie, odbieram negatywny przekaz tam, gdzie on jest. Słowo w"wymiksować się" ma nacechowanie negatywne. Chcesz udawać, że tak nie jest? Mocno zgrzyta z: "masz prawo nie brać tego na siebie". Jest dla mnie niejasne nadużywanie przez Ciebie słowa "uczciwość" w kontekście tej sprawy. Skoro wszyscy są uczciwi, to po co te prośby i apele o uczciwość? Autorka jest uczciwa, bo- jak sama mówi- powiedziała mężowi wprost, że będzie się siostrą zajmował sam. Jeśli wiedząc to prosisz ją o uczciwość, to trudno zrozumieć, o co Ci tak naprawdę chodzi. Prosząc kogoś, kto się zachowuje uczciwie o uczciwość, sugerujesz mu niedostatek uczciwości. Nie wiem, czy się jasno wyraziłam.
                  Uważasz, że uczciwość ze strony męża wymagała powiedzenia od niego 10 lat temu info o siostrze raz. Ale żony uczciwość jest inna- ma powtarzać swój komunikat, aż się upewni, że do męża dotarło. Mąż zaś nie musiał powtarzać i się upewniać, bo to autorka- jak piszesz "mogła się zainteresować". Ciekawe, co? Autorka? A nie mąż? Bo może to on powinien zainteresować autorkę, żeby miała pełną jasność, w jaki związek wchodzi? Żeby jej dać szansę w niego nie wejść? To, co piszesz, można odwrócić- właśnie tak. Bo to jest siostra męża a nie autorki i to on powinien dbać o jasność tej sytuacji. Piszesz o autorki "wymiksowaniu się" z rzekomej umowy, o rzekomym kuble pomyj wylanym tu na głowę męża. Twoje wypowiedzi niosą ze sobą pewne mniej lub bardziej zakamuflowane nieprzyjemne sugestie. Żona UPRZEDZIŁA męża, że będzie się zajmował siostrą sam. Mam nadzieję, że wg Ciebie poziomy uczciwości są wyrównane.
                  • Ja nie ponoszę winy za to jak ty interpretujesz słowo pisane. najwyraźniej jesteś mistrzynią odwracania kota ogonem. Wiesz dlaczego mnie to uraziło, bo nie dosyć, ze nie napisałam nic złego to nawet nie pomyślalam o Autorce watku. Zresztą o nikim. Każda z tych osób ma swoje racje, ale rozumiem, ze tobie jest najwygodniej patrzeć tylko z jednej strony. Gdybyś to Ty była na miejscu teściowej lub męża Autorki a Ania była Twoim ukochanym dzieckiem też sytuacja byłaby dla Ciebie taka jednoznaczna? Zresztą nie tylko dla Ciebie. Zastanawiające jak mało jest empatii w matkach dla matek chorych dzieci. A wystarczy tylko wyobrazić sobie, ze ukochane , dotąd zdrowe dziecko zostanie kaleką do końca życia. Nie chciałabyś dla niego jak najlepiej?
                    Oczywiście, mam nadzieję, ze nigdy żadna z was nie będzie musiała się z tym mierzyć z rzeczywistości, a Wasze dzieci będą żyły w zdrowiu.




                    Jessuuu już się boję jak to będzie zinterpretowane
                    • Jesuuuu skąd ja wiedziałam, że zaraz padnie ten argument? Rzekomego braku empatii matek zdrowych dzieci itd... To nie jest dyskusja, tylko ślepy narożnik. Szantaż emocjonalny. Właśnie z tym zetknie się autorka, gdy zacznie rozmowy.
                      Ponosisz "winę" za własne słowa, które mówią, co mówią, choćbyś potem zaprzeczała. Ja rozumiem Twoją perspektywę- Ty piszesz do autorki jak matka dziecka niepełnosprawnego, która chce, żeby ta się nim kiedyś zajęła. I to, co myślisz, wyłazi wszelkimi porami. Nie rozumiem, czemu się upierasz, że nie piszesz tego, co piszesz. A za chwilę: A gdybyś była na miejscu... A gdybyś Ty była na miejscu matki trójki dzieci?
                      Byłam w sytuacji, gdy dziecko upośledzone (wysokości 180cm) złapało moje wówczas dwuletnie dziecko za gardło i zaczęło je z całych sił dusić. W panice z trudem oderwałam palce owego "dziecka" od szyi mojego. Moje dziecko - po uwolnieniu- dostało histerii. I dostawało histerii ze strachu na sam widok agresora. Rodzice dziecka upośledzonego gdy usłyszeli o tym co się stało, powiedzieli: on jest łagodny jak baranek, muchy by nie skrzywdził. I to był koniec tematu! W ogóle nie przyjęli do wiadomości, że ich dziecko może innemu zrobić krzywdę! Czy Ty rozumiesz, że przy wyparciu męża, autorka postu może mieć problem z jakimkolwiek wyjściem z domu, jeśli zamieszka tam Ania?
                      "Nie chciałabyś dla niego jak najlepiej?"
                      Tak, chciałabym. Ale autorka postu nie jest matką Ani. Jest matką trójki dzieci i im jest winna najlepszą opiekę.




                      • > Jesuuuu skąd ja wiedziałam, że zaraz padnie ten argument? Rzekomego braku empat
                        > ii matek zdrowych dzieci itd... To nie jest dyskusja, tylko ślepy narożnik. Sza
                        > ntaż emocjonalny. Właśnie z tym zetknie się autorka, gdy zacznie rozmowy.
                        > Ponosisz "winę" za własne słowa, które mówią, co mówią, choćbyś potem zaprzecza
                        > ła. Ja rozumiem Twoją perspektywę- Ty piszesz do autorki jak matka dziecka niep
                        > ełnosprawnego, która chce, żeby ta się nim kiedyś zajęła. I to, co myślisz, wył
                        > azi wszelkimi porami. Nie rozumiem, czemu się upierasz, że nie piszesz tego, co
                        > piszesz.

                        JESSSUUU skąd ja wiedziałam, ze to właśnie chodzi o to, zeby za wszelką cenę wpasować mnie w stereotyp oszalałej z nieszczęścia matki niepełnosprawnego dziecka, biednego stachanowca, który nikomu nie odpuści nikomu kto ma lżej, ktora jest bezkrytycznie zakochana w swoim dziecku i szuka kogo by tu udupić opieką nad nim i, oczywiście jej wybór, pada na jej własne niekochane zdowe dziecko. A ponieważ osobiście tak nie uważam, dziecko wychowuję a nie pozwalam rosnąc jak dzicz, drugie kocham i nie zamierzam załatwić na resztę życia to nalezy mnie na siłę wpasować w ten stereotyp tylko dlatego, ze Ty i ktoś inny jest na tyle ograniczony, żeby wyjśc poza stereotyp,.

                        > Byłam w sytuacji, gdy dziecko upośledzone (wysokości 180cm) złapało moje wówcza
                        > s dwuletnie dziecko za gardło i zaczęło je z całych sił dusić. W panice z trude
                        > m oderwałam palce owego "dziecka" od szyi mojego. Moje dziecko - po uwolnieniu-
                        > dostało histerii. I dostawało histerii ze strachu na sam widok agresora. Rodzi
                        > ce dziecka upośledzonego gdy usłyszeli o tym co się stało, powiedzieli: on jest
                        > łagodny jak baranek, muchy by nie skrzywdził. I to był koniec tematu! W ogóle
                        > nie przyjęli do wiadomości, że ich dziecko może innemu zrobić krzywdę! C

                        No i prosze nie pomyliłam sie, tylko dlaczego swoje uprzedzenia przenosisz na mnie i na siłę doszukujesz się złych intencji? Nie miałaś nigdy kontaktu ani ze mną ani tym bardziej z moim dzieckiem więc bądź łaskawa nie wrzucać nas do jednego worka i nie przypisywać i czegoś czego nie myślę. I może wreszcie zaczęłabyś mnie cytować, żebym wreszcie mogła ustosunkować się do konkretnych zarzutów zamiast obrywać za tamtych ludzi. Naprawdę ciężko się dyskujtuje z wyobrażeniami. I, szczerze mowiąc, mam dość udawadniania, ze nie jestem wielbładem. Od Twojej pierwszej odpowiedzi czułam taką agresję, ze od razu pomyślałam sobie, że coś jest na rzeczy. I miałam rację. Naprawdę mi przykro, że tak traumatyczna sytuacja była udziałem Twojego dziecka. Jestem w stanie sobie wyobrazić przerażenie Twojego dziecka i Twoje, także Twój wkurw(przepraszam, ale myślę, ze do dzisiaj go czujesz) i wierzę, że taka sytuacja może uprzedzić na reszte zycia do wszystkich rodziców chorych dzieci, ale krzywdzisz mnie swoimi opiniami. Ochłoń trochę i podejmij ze mną rzeczową, konkretną dyskusję, tylko spróbuj choć trochę zmienić do mnie nastawienie, bo w innym przypadku to nie ma sensu.

                        Czy Ty
                        > rozumiesz, że przy wyparciu męża, autorka postu może mieć problem z jakimkolwie
                        > k wyjściem z domu, jeśli zamieszka tam Ania?
                        Gdzie, w którym miejscu napisałam, że Ania ma z nimi zamieszkać? Zacytuj mnie.


                        > "Nie chciałabyś dla niego jak najlepiej?"
                        > Tak, chciałabym. Ale autorka postu nie jest matką Ani.
                        I znowu odracasz kota ogonem i udajesz, że nie wiesz o co chodzi, bo to Ci pasuje do wizerunku mojej osoby jaki sobie stworzyłas. Dlaczego nie zacytowałaś całości - tam nic nie było co tym, że obce osoby mają chcieć dobra dla naszych dzieci, tam było tylko o rodzicach.

                        Wiesz co, to się chyba mija z celem. Ty wiesz lepiej i niech tak zostanie. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się do tego stopnia wyzuta z emocji po dyskusji na forum.
                        • Tak. Teraz jestem osobą uprzedzoną, która Cię w dodatku wpasowuje w jakieś stereotypy. Że reszty ocennych nieprzyjemnych zdań nie zacytuję. Dość dużo tu "dowymyślałaś", co? Nie jestem w stanie dyskutować z Twoimi emocjami. Podałam przykład wypierania, który ma znaczenie w sytuacji autorki wątku. Nie wrzucałam Cię do żadnego worka. Nie mam "wkurwu".(bardzo niefajnie się do mnie odnosisz). W tej dyskusji chodzi m.in. o takie właśnie sytuacje, prawda? O to, że Ania bywa agresywna.
                          Natomiast Ty masz skłonność do nieprzyjemnego oceniania innych i używania słów nacechowanych negatywnie w rozmowie. Nie mam ochoty być ustawiana po przeciwnej stronie barykady niż dzieci niepełnosprawne i ich matki. Stoję (w tej dyskusji) po stronie matki trójki dzieci, która ma prawo uznać, że nie uniesie dodatkowo opieki nad dorosłą obcą upośledzoną osobą. I uważam, że nikt nie ma prawa robić jej za to poczucia winy.
                          "skąd ja wiedziałam, ze to właśnie chodzi o to, zeby za wszelką cenę wp
                          > asować mnie w stereotyp oszalałej z nieszczęścia matki "
                          No o to nie chodzi... Ale czemu to "wiedziałaś" z góry i czemu uznałaś, że "właśnie o to chodzi"?
                          Warto rozważyć. Bo to z mojego punktu widzenia zarzut absurdalny.
                          • Biedna jesteś. Naprawdę szczerze Ci wspólczuję. Każdym porem wychodzi twoja niechęć, żeby nie powiedzieć nienawiśc do niepełnosprawnych, ale upieraj się dalej, że to ja mam problem. Daj mi już spokój, dobrze. Wygrałaś. Jest dokładnie tak jak piszesz. Masz rację w każdym słowie. Czego jeszcze chcesz? Co mam Ci napisać, zebyś wreszcie się ode mnie odczepiła?
                            • Tak, tak. Zjadam niepełnosprawnych rano do kawki :D
                              • Przyznałam Ci rację we wszystkim co piszesz i , jeśli pozwolisz, będę się tego nadal trzymać:-)
                                • Przyznałaś rację samej sobie w swoich wyobrażeniach o moich przekonaniach. Próbowałaś mnie emocjonalnie szantażować i obrażać. Zachowujesz się bardzo niefajnie, gdy ktoś się z Tobą nie zgadza. Zostań w pokoju zacięta iterlokutorko. Aloha.
                                  • Przypisujesz mi intencje , których nie miałam, wykładasz w moje palce słowa, których nie napisałam i dziwisz się, ze mnie poniosło?
                                    • Nie dało mi spokoju i poszukałam moich wpisów o uczciwości,bo to słowo przewija się przez większość Twoich odpowiedzi na moje posty. Możesz je przeczytać spokojnie i powiedzieć mi gdzie popełniłam to wszystko co mi zarzucasz?

                                      Mąż , 10LAT temu zachował się uczciwie( i jestem przekonana, ze on sam tak uważa), bo UPRZEDZIŁ swoją przyszłą żonę, że zamierza zaopiekować się siostrą po śmierci rodziców. Autorkę namawiam do uczciwości TERAZ- jest przekonana, ze nie chce, nie może zajmować się chorą szwagierką, ma to uczciwie zakomunikować mężowi, tyle razy ile będzie potrzeba, żeby do niego dotarło i trwać konsekwentnie przy swoim stanowisku.

                                      Aqua godne pochwały jest to, że UCZCIWIE poinformował swoją PRZYSZŁĄ żonę o swoich planach na przyszłość, tym samym dał jej możliwość ZAUWAŻENIA problemu i wycofania się ze związku.

                                      > Autorka jest uczciwa wobec męża i jego rodziny i uczciwie mu mówi: zajmiesz się
                                      > nią sam. Uczciwie chce opowiedzieć o swoich uczuciach do Ani.
                                      Kobieto cały czas o tym piszę i o taką uczciwość mi chodzi. Nikt nie ma prawa wymagać od niej zajęcia się siostrą męża. Nikt, z mężem na czele. Tyle, ze ona sama musi konsekwentnie trzymać się swojego zdania, choćby dlatego, zeby mogła powiedzieć "kochanie, przecież UCZCIWIE mówiłam Ci jakie jest moje stanowisko w tej sprawie, wiedziałes co ja o tym myślę." I dlatego, podobnie jak większość forumek namawiam do rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Jednorazowa rozmowa niczego nie załatwi, nawet do męża nie dotrze, uzna ją za chwilową fanaberię psm czy co tam chcecie.

                                      Być może jest jeszcze jakiś post o uczciwości, który Cię tak poruszył, ale go nie znalazłam.
    • W całej tej sytuacji najbardziej rzuca mi się w oczy to, jak bardzo rodzice "wyprali mózg" Twojemu mężowi. Przerażające jest, że dorosły mężczyzna mający rodzinę i dzieci powtarza jak mantrę, że siostra jest najlepszym, co jego rodzinę spotkało w życiu albo że zupełnie nieważne, że (po wprowadzeniu leków) otoczeniu jest lepiej. Zupełnie nie pojmuję, że ani on, ani rodzice, nie widzą (dosłownie), jak odbierana jest lub może być odbierana Ania.

      W tym aspekcie przypomina mi to jakąś sektę. Do problemów, które oczywiście realnie przy chorej osobie, rodzina dołożyła sobie stworzony przez siebie jakiś rodzaj religii (= koniecznych reakcji, zachowań, wypowiedzi, wyznawanych wartości, obietnic na przyszłość), których złamanie grozi potępieniem, a potem może nawet wykluczeniem. Sama to widzisz, że Twój mąż ma myśli i uczucia, które do tej religii nie pasują, ale zawsze je tłumi i nigdy o nich głośno nie mówi.
      Jednocześnie - o tym pisało tu wiele osób - za sprawą tej "religii" rodzice zrobili krzywdę córce, dopuszczając pozostawienie jej na poziomie niemowlaka. Zrobili również straszną krzywdę zdrowemu synowi, narzucając mu z góry swój system wartości.
      Co do wychowania Twojego męża w poczuciu odpowiedzialności dzięki niepełnosprawności siostry - tu mam wrażenie, autorko, że i Tobie zaczęło się coś udzielać z niezdrowej atmosfery: przecież jest mnóstwo odpowiedzialnych dorosłych ludzi, którzy takimi są, mimo że nie mieli takiego dzieciństwa, jak Twój mąż. Nie musisz więc za nim czy za nimi tej myśli powtarzać.
      Moim zdaniem on się nie "odpępowił" = nie wyszedł ze szklanej bańki, o której ktoś tu pisał. Tylko że zburzenie tego świata wyszłoby na dobre wszystkim, a głównie niepełnosprawnej, w której może wreszcie ktoś dostrzegłby człowieka, którego można ukształtować (co doskonale widać po tym, co Ania potrafi robić) - dla jego dobra.
      • Rubarom: "Jednocześnie - o tym pisało tu wiele osób - za sprawą tej "religii" rodzice zrobili krzywdę córce, dopuszczając pozostawienie jej na poziomie niemowlaka. Zrobili również straszną krzywdę zdrowemu synowi, narzucając mu z góry swój system wartości."

        Pewnie rodzice sporo błędów w opiece nad córka popełnili, który zresztą rodzic ich nie popełnia? Co by nie mówić, to postawa np. ojca Ani jest dość wyjątkowa. Jak się czyta o rodzinach niepełnosprawnych dzieci, to są to zazwyczaj rodziny rozbite, bo ojciec odszedł, nie wytrzymał presji niepełnosprawności.

        Też nazywanie straszną krzywdą narzucanie synowi "swojego systemu wartości", gdzie wartością rozumiem jest opieka nad niepełnosprawnym członkiem rodziny to chyba spore nadużycie. Wieloletnia opieka nad chorą osobą to ogromne obciążenie rodziny i może się zdarzyć, że pojawią się tam jakieś błędy czy wynaturzenia. Tez kwestia "odpępowienia" się w tym przypadku jest specyficzna. Rodzic od chorego dziecka nie może się "odpępowić" jeśli to dziecko całe życie pozostanie na poziomie umysłowym pięciolatka. Wg mnie jednak nazywanie postawy brata, który chce sie opiekować chora siostrą i o tym uczciwie mówił juz podczas narzeczeństwa jest raczej godna pochwały. To, że ten brat pewnie dużo stracił w dzieciństwie, że tak został wychowany, że tak go los ukształtował, to konsekwencja trudnej sytuacji bardziej niż jakichś wynaturzeń - wszak Autorka wątku wspomina, że pierwszy okres życia Ani to była walka o jej przeżycie, a nie jedynie "jakość" życia.
        • paris-texas-warsaw napisała:

          > Wg mnie jednak nazywanie postawy brata, który chc
          > e sie opiekować chora siostrą i o tym uczciwie mówił juz podczas narzeczeństwa
          > jest raczej godna pochwały.

          A według mnie nie, jest wyrazem kompletnego braku związku z rzeczywistością, bo ten brat założył własna rodzinę, ma dzieci i to nad nimi w pierwszym rzędzie powinien sprawować opiekę.
          Z postów autorki wynika, że raczej widzi on to tak, że tę opiekę na co dzień ma przejąć jego żona, w takim zakresie i na takich warunkach w jakim teraz sprawują ją rodzice, a on będzie pomagał jej tak jak dotychczas pomagał rodzicom. Najlepiej jeszcze przy wsparciu własnych dzieci. Czyli powielą model jego rodziny, a w centrum będzie Ania.
          • Aqua godne pochwały jest to, że UCZCIWIE poinformował swoją PRZYSZŁĄ żonę o swoich planach na przyszłość, tym samym dał jej możliwość ZAUWAŻENIA problemu i wycofania się ze związku.
            • joanna35 napisała:

              > Aqua godne pochwały jest to, że UCZCIWIE poinformował swoją PRZYSZŁĄ żonę o s
              > woich planach na przyszłość, tym samym dał jej możliwość ZAUWAŻENIA problemu i
              > wycofania się ze związku.

              No nie, to było raczej idealistyczne przedstawienie problemu. Jestem bohaterem - podziwiajcie mnie i moją odpowiedzialność.
              Uczciwe byłoby gdyby PRZED ślubem zaproponował narzeczonej wspólną opiekę nad siostrą ciurkiem przez dwa tygodnie wysyłając na przykład w tym czasie rodziców na wakacje, po to żeby przekonała się jak to wygląda w praktyce, wiedziała w co wchodzi i czy podoła.
              • Nie mógł jej tego zaproponować, bo sam z tego co czytam do tego stopnia się siostrą nie zajmował.
                Jestem bohaterem
                > - podziwiajcie mnie i moją odpowiedzialność. - No i ona się zachwyciła, bez wnikania w szczegóły . Przestańcie robić z autorki biedną ofiarę okoliczności a z męża wyrachowanego potwora. Nikt nie bronił jej zadawać pytania w powyższym temacie. W końcu sama też mogła zaproponować, ze spędzi JEDEN dzień z nim i z Anią sam na sam. Poza tym zakłąam, że Autorka na jakąś rodzinę, przyjacólkę i co, nikomu nie powiedziała, że jej przyszły mąż ma chorą siostrę. Wszyscy tak samo byli zachwyceni jego rycerskością? Wiesz, jestem w stanie zrozumieć ten brak zainteresowania u Autorki, młodej, zakochanej, niedoświadczonej dziewczyny, ale np. jej matka też była zachwycona sytuacją?
                • Joanno, to było 10 lat temu. Byłam bardzo zakochana i nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z osobą niepełnosprawną. Ania wyglądała na 13 lat, widywałam ją rzadko, nic o niej nie wiedziałam i szczerze mówiąc w ogóle mnie to nie interesowało. Fakt, moja rodzina dopytywała. Powiedziałam im to, co wiedziałam od M.: Ania ma bardzo rzadki syndrom genetyczny, dopiero od niedawna diagnozowany w Polsce. Podobnie jak w ZD może objawiać się umiarkowaną niepełnosprawnością, bądź bardzo ciężką. Ani przypadło to drugie, plus cały zespół wad: serca, nerek itd. Za granicą osoby z tą chorobą dożywają wczesnej młodości najwyżej. W Polsce nie ma badań, ale lekarze nie dają rodzicom dużych nadziei. Oni walczą.
                  Wszyscy bardzo podziwiali, współczuli, starali się być delikatni. Moja kuzynka i przyjaciółka cieszyła się, że trafił mi się taki mądry i dojrzały facet. I to by było na tyle.
                  • Moniko(będę się tak do Ciebie zwracać, ok?) Powiem Ci co ja myślę, jak to wygląda z mojego punktu widzenia.
                    Myślę, że bardzo dobrze się stało, że założyłaś ten wątek i nie jest to przypadek, bo, o ile dobrze zrozumiałam, po raz pierwszy masz okazję popatrzeć na swoje małżeństwo i resztę rodziny z innego niż dotychczas punktu widzenia. W tym wątku nie pozostawiono suchej nitki na Twoim mężu, na teściach, na Ani. Radzę Ci nie iść tym tropem - prawda jest taka, że większość ludzi wychodzi za mąż mniej lub bardziej świadomie; wzrastamy w różnych rodzinach, które na nas w rożny sposób oddziałowują . Czy o maminsynku nie powiemy, że przeszedł pranie mózgu? W pewien sposób Twój mąż jest również ofiarą tej sytuacji i tylko od niego zależy co z nią zrobi, bo owszem , został ukształtowany przez swoich rodziców, przyjął kiedyś ich sposób myślenia, ich poglądy za swoje, ale teraz jest dorosły i jest w stanie myśleć sam. Myślę, ze powinnaś działać w kręgu własnego wpływu czyli zrobić to co tak ładnie opisała Aqua – przedstawić swój punkt widzenia i konsekwentnie przy nim trwać. W delikatny sposób uzyskać od męża odpowiedź czy na pewno wie na co się porywa i przedstawiać mu podczas każdej rozmowy na ten temat jakim obowiązkom będzie musiał podołać – sam. Delikatnie zasugerować terapię, najpierw indywidualna, a gdyby zaszła taka potrzeba to i małżeńską. Moniko , Twój mąż jest w dużo gorszej sytuacji niż Ty, nawet jeżeli przejdzie przez cała terapię i uzna Twoje poglądy za swoje , przyzna Ci rację to i tak jakiegokolwiek wyboru dokona opłaci go poczuciem winy. I to poczucie winy będzie do niego wracać w najmniej oczekiwanych momentach.
                    Moniko, tak jak pisałam jestem matką dziecka z niepełnosprawnością sprzężoną(upośledzenie umysłowe i mózgowe porażenie), u mojego starszego syna w wieku dziewięciu lat wykryto chorobę autoimmunologiczną, pięć lat później taką samą chorobę wykryto, przez przypadek, u mnie; mój mąż miał raka, później przeszedł jeszcze jeden poważny zabieg i dlatego myślę, że niewiele osób wypowiadających się na forach wie na temat opieki nad chorym więcej ode mnie(zapomniałam, ze z wykształcenia jestem pielęgniarką). Zawsze buntuję się kiedy słyszę, ze muszę bardzo kochać mojego syna bo jest chory. Za chorobę nie można nikogo kochać, ale znienawidzić i owszem. Jestem ostatnia osobą, która może Cię potepić/skrytykować Twój wybór ( w ogóle nie zamierzam)– masz pełne prawo żyć po swojemu i nie ma powodu, zebyś czuła się winna. Proszę Cię tylko, zebyś była uczciwa wobec męża i jego rodziny, ale przede wszystkim wobec siebie i tym kierowała się w tej sprawie. Pozdrawiam
                    • "Jestem ostatnia osobą, która może Cię potepić/skrytykować Tw
                      > ój wybór ( w ogóle nie zamierzam)– masz pełne prawo żyć po swojemu i nie
                      > ma powodu, zebyś czuła się winna. Proszę Cię tylko, zebyś była uczciwa wobec mę
                      > ża i jego rodziny, ale przede wszystkim wobec siebie i tym kierowała się w tej
                      > sprawie. Pozdrawiam"
                      Znowu to samo: masz prawo, ale bądź uczciwa... Czyli nie wolno jej się wg Twoich słów "wymiksować z "umowy"...? Dobrze rozumiem czy już nic nie rozumiem? Autorka się nie powinna kierować "uczciwością" tylko dobrem swojej rodziny, swoim, dzieci. I nie rozumiem apeli o jej uczciwość. Niemiłe to. Czemu nieustająco sugerujesz, że odmawiając zajęcia się Anią będzie nieuczciwa? Zakładasz Nelsona i udajesz, że tego nie robisz. Sugerujesz nieuczciwość, próbujesz wzbudzić poczucie winy i piszesz, że nie ma powodu, żeby czuła się winna...
                      Autorka jest uczciwa wobec męża i jego rodziny i uczciwie mu mówi: zajmiesz się nią sam. Uczciwie chce opowiedzieć o swoich uczuciach do Ani. Problemem jest raczej to, że jej uczciwe postawienie sprawy jest bardzo źle widziane.
                      • > Autorka jest uczciwa wobec męża i jego rodziny i uczciwie mu mówi: zajmiesz się
                        > nią sam. Uczciwie chce opowiedzieć o swoich uczuciach do Ani.
                        Kobieto cały czas o tym piszę i o taką uczciwość mi chodzi. Nikt nie ma prawa wymagać od niej zajęcia się siostrą męża. Nikt, z mężem na czele.Tyle, ze ona sama musi konsekwentnie trzymać się swojego zdania, choćby dlatego, zeby mogła powiedzieć"kochanie, przecież UCZCIWIE mówiłam Ci jakie jest moje stanowisko w tej sprawie, wiedziałes co ja o tym myślę." I dlatego, podobnie jak większość forumek namawiam do rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Jednorazowa rozmowa niczego nie załatwi, nawet do męża nie dotrze, uzna ją za chwilową fanaberię psm czy co tam chcecie.
                        • joanna35 napisała:

                          Jednorazowa rozmowa n
                          > iczego nie załatwi, nawet do męża nie dotrze, uzna ją za chwilową fanaberię psm
                          > czy co tam chcecie.

                          Dokładnie. Stwierdzi, że skoro tylko raz poruszyła temat i do niego nie wraca, zmieniła zdanie.
                          Dlatego musisz zacząć z nim rozmawiać. Rozmowy mogą być niemiłe, ale temat trzeba podjąć teraz. Nie w sytuacji, jak opieka stanie się koniecznością. Komunikować jasno, że nie czujesz się na siłach zajmować Anią. Jak on dokładnie wyobraża sobie opiekę nad Anią. Co ze sprawami finansowymi, czy on przestanie pracować. Jak ma wyglądać opieka nad Waszymi dziećmi w przypadku konieczności zajęcia się Anią.
                          Pytaj się konkretne rozwiązania i nie dawaj się zbywać byle czym, albo że jeszcze macie na to czas, bo teściowe sprawni. Jedna z forumek trafnie napisała wcześniej, że nie wiadomo co się może wydarzyć, a lepiej żebyście mieli poczynione ustalenia w razie potrzeby.

                          --
                          fotoforum.gazeta.pl/72,2,631,55502810.html
      • Jest jeszcze jeden aspekt, nie poruszony wyżej. piszecie w większości o "przedślubnej umowie" między mężem a autorką dotyczącej JEGO opieki nad siostrą.
        Ale nawet jeśli autorka była tego świadoma to przecież ma prawo w toku tego co już doświadczyła stwierdzić, że taka opieka, czy współudział w niej ją przerasta. Wiele osób po jakimś czasie opieki domowej nad chorą czy niepełnosprawna osobą dochodzi do podobnego wniosku.
        A umieszczenie osoby upośledzonej w odpowiednim miejscu opieki i odwiedzanie jej regularne i kontrola czy pozostaje w dobrych warunkach TEŻ jest troską o nią. Opieka nie musi się odbywać koniecznie w domu, kosztem pracy zawodowej i rodziny, według "jedynie słusznego" modelu prezentowanego przez teściów autorki.
        Mąż też chyba nie przemyślał tego problemu, jak miałoby jego zobowiązanie wyglądać w praktyce - czy porzuciłby w takiej sytuacji prace zawodową, zostawił żonę i własne dzieci, przeprowadził się do siostry i ewentualnie jednego rodzica?
przejdź do: 1-100 101-137
(101-137)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.