Dodaj do ulubionych

Żyjemy obok siebie.... :(

12.11.13, 09:35
Witam wszystkich. Podczytuję Was czasem, do tej pory nie miałam powodów by pisać (w zeszłym tygodniu założyłam wątek na forum "Oszczędzamy"), ale czuję, że nie wytrzymuję i muszę się komuś wygadać. Według mnie - powinnam chyba podjąć jakąś terapię. Chodzi o mnie i o mojego partnera. Mieszkamy razem 3 lata, planujemy ślub, ale jest pewne ALE. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu żyjemy obok siebie. Nasz cel to tylko praca. Zaliczyć "dzień" i paść ze zmęczenia. Nie mogę powiedzieć, że jestem zmęczona pracą samą w sobie - prowadzę małą działalność gospodarczą (więcej nt problemu w moim wątku na forum Oszczędzamy). Robię to, co lubię. Problem leży w ciągłej niepewności. Moja działalność polega na uczeniu, douczaniu języków obcych (angielski i niemiecki). Taka działalność najbardziej mi odpowiada, gdyż zarobię w ten sposób więcej, niż zarobiłabym w firmie w moim mieście, przy tym jestem w domu, mam na oku córkę (lat 10), odrabiam z nią lekcje, wyprowadzam psa, ugotuję obiad i dopilnuję wszystkiego. To ja piorę, gotuję, prasuję, opiekuję się dzieckiem, psem, płacę rachunki (mieszkanie z kredytem są moje). Problem polega na tym, że partner w niektóre sprawy nie angażuje się wcale, lub angażuje się w bardzo małym stopniu. Nie wiem jak to ująć konkretnie, bo on nie pali, nie pije, nie wychodzi nigdzie z kolegami, nie ma tu swoich znajomych, przyprowadził się do mnie z innego województwa. To ja czuję "że trzeba więcej zarobić", to ja trzymam rękę na pulsie, to ja za wszystko płacę, partner zarabia tzw "najniższą" i chyba mu z tym dobrze. Aha, ta najniższa przelewana jest na moje konto i ja tym dysponuję. Mam wrażenie że "dwoję się i troję" by było dobrze. Jego pensja starcza na ratę kredytu + czynsz. Resztę opłat, jedzenie, sprawy dziecka, psa, samochodu (jest nasz wspólny) ja mam na głowie. Rozmawiamy dużo i często, nie wybuchają kłótnie, on się po prostu zamyka w sobie i słyszę "nie masz to idź i zarób, bo ja już więcej nie mogę". Aplikacje składa wszędzie, ale odzew znikomy, jeśli jest, to albo praca w innym mieście, gdzie pensja może i wyższa, ale po odliczeniu dojazdu wyszłoby na to samo. Zaczyna się dziać źle między nami, bo ja czuję się jak robot do zarabiania pieniędzy, nie jak kobieta. O sobie mogę powiedzieć tyle, że mam 34 lata, jedno dziecko..... (partner chciałby drugie ale skutecznie sprowadzam go do parteru argumentem że kto nas utrzyma), czuję się bardzo nieatrakcyjna - przed poznaniem partnera mogłam wziąć sobie 500 zł i wydać w centrum handlowym tylko na siebie, kupić buty, torebkę i płaszcz na zimę. Teraz mogę o tym pomarzyć. Zrobiłam się wredna, wybuchowa, sfrustrowana...nie wyglądam na kogoś, kto prowadzi dg, uczy 2 języków i zarabia dość sporo jak na kobietę. Wyglądam jak 7 nieszczęść. Jak rozmawiamy nt zakupów to on mówi "no oczywiście, kup sobie". Taaaaa, mam sobie kupić i potem martwić się bo nie ma??? Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo. Jestem wiecznie zalatana, nerwowa i nie mam dla siebie absolutnie ani czasu, ani pieniędzy. Nie mam czasu na zainteresowania. Ostatnio mi powiedział, żebym zrobiła coś ze sobą, żebym była bardziej kobieca. Ja stwierdziłam "daj mi na to". Czuję się jak robot do wszystkiego i zaczynam żałować tego związku. Nie że facet jest zły. Nie wyzywa, nie poniża, nie pije, w domu przy sprzątaniu pomaga, dobrze się dogaduje z moją córką. Tylko ja mam dosyć tego, że mam na karku absolutnie wszystko. Kiedyś, gdy z córką mieszkałyśmy jeszcze w mieszkaniu mojej mamy, a ja dorabiałam na boku poza firmą gdzie się dało, to wiedziałam, że te pieniądze będą moje, absolutnie moje (na ciuchy, kosmetyki, fryzjera). Teraz wszystko idzie "w domu" i dla mnie osobiście nie zostaje nic, albo kombinuję "z lumpa". Nie mogę się też od dłuższego czasu przekonać do uprawiania seksu. Do tego muszę się sama czuć atrakcyjna i kobieca. Chciałabym żeby partner mi powiedział coś miłego, na samym początku związku było cudownie w sprawach łóżkowych....potrafił sprawić że czułam się NAJ, jak ktoś absolutnie wyjątkowy, ale też muszę przyznać że dbałam o siebie o wiele więcej bo też i miałam dla siebie więcej kasy. Nie wiem jak sobie z tym poradzić i zakończyć to błędne koło. Zwariuję niedługo albo zacznę szukać potwierdzenia własnej atrakcyjności w Internecie. Czuję się bardzo niepewna siebie i jak przysłowiowa ścierka do podłogi. Do tego doszły problemy z włosami- wypadają na potęgę, mimo książkowych wyników badań lekarskich. Włosy obcięłam, i czuję się jeszcze gorzej - zawsze miałam piękne, długie i czarne. Teraz została tylko część. Coraz częściej płaczę, z byle powodu. Czuję, że muszę tak się zapracowywać, bo inaczej nie będzie co jeść, bo z jego pensji zapłacę czynsz z kredytem i ...co dalej??? Błędne koło.
Edytor zaawansowany
  • ad.a6 12.11.13, 09:44
    Chciałam jeszcze dopowiedzieć, że chciałabym mieć w partnerze wsparcie, a go nie mam. Żeby to on zaopiekował się mną, żeby to on poprowadził mnie za rączkę, gdy coś nie wyjdzie. Mam czasem ochotę rzucić dg i pójść na etat "za najniższą" i powiedzieć "taką pracę mam to mam, teraz ty kombinuj". Nie mam w nim żadnego wsparcia. To facet poprawny po prostu, ale, gdy jest kasa, to jest cudownie, nie ma kasy zarzuty są stawiane tylko mi "dlaczego nie ma? dlaczego sobie nie kupisz, przecież zarabiasz?" On nie potrafi zrozumieć, że chciałabym żeby on pomyślał, co zrobić by było więcej i żeby mi sprawić jakąś przyjemność...... Czuję się gorzej niż przed związkiem. Zawsze myślałam, że związku tworzy się po to by było łatwiej. Pomyliłam się.
  • ad.a6 12.11.13, 09:52
    I przypomniały mi się wczorajsze jego słowa: "słuchaj opony muszą być w samochodzie wymienione jak najszybciej, myślę że jutro lub pojutrze, umów nas do mechanika". Ja pomyślałam "a kasa na to? czy ty wiesz czy ja mam czy nie?"......a w ogóle, skąd pomysł, że wszystkie pieniądze, które zarobię, muszą być przeznaczane na dom/samochód? Ja z tych pieniędzy "dla siebie" nie zostawiam nic, odzież, buty i wszystko inne powoli zaczyna się kończyć, pracuję taką samą ilość godzin jak na etacie, ale wszystko wkładam w tzw "braki" spowodowane kiepską pensją męską. :(
  • tully.makker 12.11.13, 10:02
    Przede wszystkim - pilnuj zeby kredyt na TWOJE mieszkanie byl sprlacany wylacznie z twoich srodkow i bys mogla to w razie potrzeby udowodnic w sadzie. Bo za chwile okaze sie, zeby pan domaga sie udzialow w twoim mieszkaniu, bo on splacal razem z toba kredyt.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • ad.a6 12.11.13, 10:21
    Mówiąc szczerze - nie myślałam o tym. Poza tym JAK to zrobić, skoro jego zakład pracy przelewa pieniądze na moje konto? Taki układ był wygodny, ponieważ partner stwierdził, że nie ma głowy do pieniędzy i znając go już całkiem dobrze wiem, że rzeczywiście by tak było, on sprawy kasy traktuje bardzo lekką ręką - dostałby wypłatę i od razu wydał połowę i miałby "gest" kupując mi na przykład jakąś biżuterię, a potem "się zobaczy" :(
  • tully.makker 12.11.13, 10:28
    A nie mozesz zalozyc osobnego konta, na ktore bede splywaly tylko twoje dochody w ilosci odpowiedniej do pokrycia raty kredytu, i z tego konta splacac?

    Uwierz mi, to naprawde wazne. Wlasnie jestem po rozmowie z prawnikiem w tej sprawie, na szczescie zawsze pilnowalam rozdzialu.
    --
    W końcu do czego to podobne, żeby inkubator zaniedbał zawartość.
    Wiedzmowo
  • ad.a6 12.11.13, 10:39
    Założę takie konto, w sumie i tak myślałam nad założeniem firmowego. Ale nie o to tu chodzi. Ja nie chcę podziałów, rozstania. Facet jest potulny, nieagresywny, nie jest wredny, z dzieckiem się dogaduje bardzo dobrze, ma poczucie humoru, mała go lubi. Dba o pracę, którą wykonuje, nawet to mnie czasami denerwuje "nad czym ty się tak *rasz, przecież to TYLKO praca za najniższą" na co on: "a jak nawet i to stracę?"..... Facet żyje w moim mieście już sporo czasu, aplikacje składa, na rozmowy jeździ. Nie wiem, w czym jest problem.... Facet po studiach (niestety babski kierunek, słabo rokujący, wydaje mi się że on jest wygodny i z takim nastawieniem właśnie na studia poszedł, żeby się za wiele nie wysilać i do końca żywota za biurkiem siedzieć), biegły angielski.... wiem, że są lepsi, lepiej wykształceni, ale leniem nie jest, bo temu co robi, oddaje się namiętnie, dba o to stanowisko, przeżywa to, co dzieje się w pracy. I znowu JA usiłuję mu pomóc. Tylko dlaczego to ON nie pomaga mi?
  • pade 12.11.13, 10:42
    Czyli co?
    Szukasz rady jak zmienić faceta? Nie ma takiej. Nie da się zmienić drugiego człowieka.
    Zmienić możesz tylko siebie.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • pade 12.11.13, 10:36
    Zbierz się w końcu na odwagę, zamiast się nerwowo wykańczać, spisz wszystkie wpływy i wydatki i podsuń mu pod nos.
    Rozgranicz finanse na Twoje i jego.
    Wypisz ile każdy z Was ma się dokładać do wspólnego "worka", ile zostawiacie sobie na własne wydatki.
    Wtedy będziesz wiedziała ile musisz zarobić na swoje mieszkanie, córkę czy inne potrzeby, a ile ma zarobić partner by pokryć koszty własnego utrzymania.
    Odkładaj sobie co miesiąc jaką kwotę na "siebie", tylko i wyłacznie.
    Jesteś sfrustrowana, bo nie masz żadnej gratyfikacji w związku z pracą oraz żyjesz w układzie, który Ci nie odpowiada. Czas to zmienić. Jeśli Ty nie pomyslisz o sobie, nie zadbasz o siebie, nie uszanujesz siebie, nikt tego za Ciebie nie zrobi.
    Gratuluję tez odpowiedzialności i nie fundowania sobie dzidziusia:)
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • pade 12.11.13, 10:37
    W zakładzie podaje się po prostu inny numer konta.
    To żaden problem.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • pade 12.11.13, 10:41
    I jeszcze jedno. Dla niego bardzo wygodne jest to, że Ty zajmujesz się wszystkim. On tylko idzie do pracy, i przelewa pensję, a Ty się martw, czy starczy do pierwszego, płać rachunki, kombinuj.
    Dlatego warto całkowicie zmienić ten układ finansowy. To nauczy go odpowiedzialności. Jeśli nie, będziesz wiedziała na czym stoisz.
    Jesteś odpowiedzialna za siebie i swoje dziecko, a nie za dorosłego faceta.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • ad.a6 12.11.13, 10:49
    Może inaczej zatem - JAK nauczyć go odpowiedzialności nie robiąc przy tym wielkich przewrotów, wrzasku i kłótni?? Jak mu powiem że dużo kasy wydajemy na jedzenie to potrafi 2-3 dni nie jeść - strajkuje po prostu i robi z siebie ofiarę "dla mnie nie gotuj obiadu". To nie jest wyjście, bo on wie, że ja dla siebie i córki i tak obiad zrobię, a jak jadę do klienta i zostawiam przygotowany obiad, to on i tak zje, i jeszcze powie "ale ty robisz, ja o to nie prosiłem" :( Czuję się jak kretynka wtedy, cwane podejście, nie?
  • pade 12.11.13, 11:38
    Nie musisz ulegać takim zachowaniom, one są dziecinne. Udawaj, że tego nie widzisz i nie bierz do siebie.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • ad.a6 12.11.13, 10:45
    Tak, to wiem.... jak pisałam wyżej, i tak muszę założyć konto firmowe, z czym zwlekam jakoś.... Ale mi chodzi o uchwycenie tego sedna problemu. Nie chcę rozstania. Nie ma kłótni, żyjemy spokojnie, dziecko ma normalność, pełną rodzinę (tatuś mieszka w innym mieście i pojawia się raz na 2-3 miesiące, alimenty płaci regularnie), jak wspomniałam wcześniej, ja nie dążę do podziałów i rozstania, tylko do tego, by mój partner osiągnął jakiś poziom świadomości finansowej - że coś kosztuje tyle i tyle i coś zależy od niego. Żeby wziął się w garść. Pisałaś o odpowiedzialności i dzidziusiu - tak, masz rację to ja panuję nad tym. To ja chodzę do lekarza i pilnuję antykoncepcji, również za nią płacę. Partner tylko wie, że biorę pigułki. Nie wie, co, ile, za ile. Nic go nie interesuje. Szczerze mówiąc, zazdroszczę kobietom, które mogą świadomie zdecydować się na dziecko, poleżeć, poczytać, pojeść, zadbać o siebie i ktoś się o nie troszczy. Ja chyba umrę w biegu ....:(
  • zuzanna56 19.11.13, 15:08
    tully.makker napisała:

    > Przede wszystkim - pilnuj zeby kredyt na TWOJE mieszkanie byl sprlacany wylaczn
    > ie z twoich srodkow i bys mogla to w razie potrzeby udowodnic w sadzie. Bo za c
    > hwile okaze sie, zeby pan domaga sie udzialow w twoim mieszkaniu, bo on splacal
    > razem z toba kredyt.


    Tak miała moja koleżanka i została z niczym, do tego jest cięzko chora
  • blond_suflerka 12.11.13, 11:03
    Nie chcesz rozstania i nie chcesz kłotni. Czyli dobrze. Odpowiedzialnie próbujesz działać zamiast uciekać przy niepowodzeniach;)
    Na początek-spisz sobie na kartce czego potrzebujesz w związku i co teraz najbardziej Ci przeszkadza. Ustal to najpierw sama ze sobą.
    Jednocześnie -od dzis-zapisujcie wszystkie wydatki. Na co, kiedy, jaka kwota i róbcie tak przez miesiąc. Potem sobie usiądźcie i zobaczcie ile wydajacie na co, na czym można zaoszczędzić(dobrze jest tez zapisywać czy są jakieś rzeczy, które się marnują, ktore wyrzucacie, itd).
    Popros partnera o to samo-niech napisze czego potrzebuje w związku i co mu teraz najbardziej przeszkadza. Potem sobie usiądźcie i sprawdzcie czy macie podobną wizje związku a jeśli nie to czy jest możliwy kompromis.

    Na razie to masz partnera, który przyjął bardzo wygodną pozycję a Ty nie wiadomo dlaczego godzisz się na coś co Ci nie odpowiada. Pewnie nie wiesz ale dbanie o siebie w związku to inwestycja nie tylko w siebie ale i w związek. Więc jeśli cierpisz w milczeniu to przestajesz być szczęśliwa, taką też nieszczęsliwą 'dostaje Cię' partner w związku, i tutaj albo zaczyna uciekać albo atakować albo się wkurza a to jest dla związku destrukcyjne. Zadbajcie więc o to, żeby każdemu w Waszym związku było dobrze.

    Natomiast to co piszesz, że partner robi z siebie ofiarę, że nie potrafi w sposob dorosły rozmawiać o pieniądzach, ze się obraza, że jest roszczeniowy to są niepokojące sygnały i być moze to ktoś kto nie podda się tej próbie naprawy relacji o jakiej napisałam wyżej bo być może to taka niedojrzałość do przerobienia na terapii a nie w warunkach domowych. To też musisz wziąć pod uwagę.

    Kwestia priorytetow w związku jest ważna, żeby wiedzieć gdzie mozna odpuścic. Znam kobiety które utrzymują facetów ale za to oni ogarniają dom, dzieci, organizują jakieś rozrywki. I wtedy taka kobieta może sobie zrobić pewną 'kalkulacje'-co dla niej w związku jest ważne, z czego na pewno nei zrezygnuje a gdzie moze się nagiąć. I jeśli jej wychodzi, ze ona woli zarobić ale za to mieć wsparcie w facecie na innych polach, to ok. Natomiast to nagięcie to musi być prawdziwa Twoja decyzja, nie cierpienie w milczeniu.

    Mówisz, ze w związku powinno być łatwiej niż osobno. No ale to zależy w związku z kim. Nie ma takiej opcji, ze związek zawsze ułatwia. Ułatwia wtedy jak ludzie dogadają się na tyle, że jest im obojgu dobrze.
  • ad.a6 12.11.13, 11:18
    Dzięki Blond Suflerka :) spisywanie już przerabiałam kilka razy. Podobno dobrze i oszczędnie gotuję, aczkolwiek nie przesadzam z tym, bo wszyscy troje lubimy zjeść w miarę dobrze. Chodzi mi tylko o to, żeby w partnerze jakoś "obudzić" to co ja sama mam od dawna tzn strach przed biedą. Zawsze lubię mieć pewną kwotę odłożoną w ramach "poduszki finansowej" a on tego nie rozumie. "No przecież kupuj sobie" - mówi. Owszem, mogłabym teraz wyjść na miasto i za ciuszki zapłacić kartą np za kwotę 1tys czy 2. Ale nie o to chodzi, że sama wydaję to co sama zarobię. On nie czuje takiej potrzeby, niestety. Nie czuje potrzeby wydawania i potrzeby dorabiania, nie czuje stresu, nerwów, presji. Mówi, że jest minimalistą. Dostał ładną, zadbaną, atrakcyjną kobietę, która w zasadzie miała wszystko więc po co się dla niej starać. Tak to rozumiem z perspektywy czasu. Poza tym, po co związek skoro nie ma wspólnych celów? Dodam, że mieszkanie i to co w mieszkaniu jest moje. Samochód jest wspólny, tzn kupiony za czasów związku już. Blond Suflerka: ja bym właśnie chciała trochę wyluzować, zająć się bardziej domem, dzieckiem, mam 34 lata i 16 lat pracy w ciągłości, urlopu nie miałam chyba ze 3 lata bo ciągle było "coś". Kredyt również musiałam wziąć ja, bo gdy zamieszkał w moim mieście, nie miał umowy o pracę. Tzn zaczął pracę, ale na początek bez umowy. Ja mam po prostu dosyć bycia filarem wszystkiego i wszystkich.
  • pade 12.11.13, 11:36
    Nie będę tu pisać okrągłych zdań:)

    Nie chcesz nic zmieniać, ale chcesz zmiany. No tak się nie da:)
    Zacznij po prostu działać.

    Twoj partner nie zmieni się pod wpływem presji czy Twojego marudzenia. Może się zmienić, podkreślam, może, pod wpływem działania.
    Postaw wyraźne granice i określ swoją odpowiedzialność. On będzie się buntował, na pewno, ze strachu przed zmianą, przed wyjściem ze swojej strefy komfortu, ale przyzwyczai się. Spróbuj rozdzielności przez 2-3 miesiące, jesli obawiasz się na dłużej.

    Masz dwa wyjścia: nic nie robić i czuć się tak, jak się czujesz teraz. Albo działać i zobaczyć co będzie dalej.

    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • blond_suflerka 12.11.13, 11:39
    A co wyniknęło z tego spisywania, które przerabiałaś kilka razy? Co nie zagrało w tym sposobie?
    No niestety-ewidentnie widać, że wzięłaś na siebie za dużo i teraz to zajmie trochę pracy, żeby to odkręcić. Ze związkami jest tak, że granice ustala się właściwie od początku i na bieżąco. Ty najpierw wzięłaś na siebie, potem już czułaś, że Ci to przeszkadza ale w sumie dalej trwasz w tej roli. To nie dziwne, ze zaczynasz mieć problemy ze zdrowiem i samopoczuciem.
    Teraz po prostu musisz zrobić z tym porządek raz a dobrze;)
    Zamiast kwitnąć w związku to Ty wpadasz w depresję. Sama piszesz-kiepsko wyglądasz i kiepsko się czujesz. Zdecydowanie nie na tym polega związek no ale to oczywistość;)

    Nie ma chyba sensu budzić w nikim strachu przed biedą bo posiadanie takich lęków nikomu nie służy. Tutaj raczej należałoby po prostu podzielić się z nim odpowiedzialnością za finanse. Czyli nie, że on przelewa kase a Ty się martwisz. Tylko wspólnie zliczacie pieniądze i razem! ustalacie na co idzie kasa. Co jest konieczne, co trzeba zapłacić, co mozna odlozyć(jeśli to jest Twoja silna potrzeba to zadbaj o siebie i odkładaj nawet mała kwotę) i co można kupić dla siebie-Ty dla siebie i on dla siebie.
    Jego stosunek do pieniądzy jest niepokojący i najpewniej widać to było już wcześniej, tak? Popełniłas błąd jaki popełnia wielu ludzi sądząc, że jakoś to będzie.
    A teraz masz faceta, który mieszka u Ciebie, sprzęty Twoje, kredyt na Ciebie, on ma niską pensję i do tego podejrzewasz, że gdybyś dała mu kasę to wydałby w tydzień na głupoty.

    Masz tutaj dwie opcje. Rozmawiać i podzielić się tą odpowiedzialnością. Albo zaakceptować i docenić jakieś inne zalety tego faceta.
    Najłatwiej jest napisać-rozstań się i pewnie wiele takich rad dostaniesz. A będzie to wynikać z tego, że jednak większość osób chce mieć partnera odpowiedzialnego i dorosłego. A przecież to co opisujesz to bardziej zachowanie dziecka. To dziecko wydałoby(i to też nie kazde, są bardzo mądre i odpowiedzialne dzieci) pól pensji rodzica na głupoty.

    Ciekawe też, że w zaletach faceta wymieniłaś potulność. Ja bym nigdy tego za zaleta nie odczytała. Co to właściwie znaczy? Potulny? Robi co mu każesz, na wszystko się zgadza, wszystko mu jedno? Masz sprzeczne pragnienia-jak chcesz miec odpowiedzialnego, dorosłego faceta to on nigdy nie będzie potulny. On będzie rozmawiał, chodził na kompromisy, szanował siebie i Twoje potrzeby ale nie będzie potulny.

    I tu jest piłka po Twojej stronie. W związkach jest tak, że ludzie dobierają się po pewnych swoich deficytach czy schematach. Zazdroscisz innym kobietom,, że mogą lezec a ich faceci sa odpowiedzialni? Tylko z jakiegoś powodu wybrałaś własnie takiego faceta i właśnie tak godzisz się funkcjonowac z nim w związku trzeci rok. Tu jest też Twoja rola w podtrzymywaniu swojej sutuacji. Widzisz to? I rozumiesz? Najprawdoponiej te inne kobiety od początku nie pozwoliłyby na pewne rzeczy albo w ogóle się z takim facetem nie wiązaly. Być moze tu jest praca dla ciebie do wykonania-przedefniowac swoją rolę w związku, nauczyć się brać a nie tylko dawać. Może masz zakodowane, że na milosc trzeb zasluzyc? Ze dopiero jak się tak bardzo postarasz to ktoś z tobą bedzie? Że nie zasługujesz na troskę i opiekę?

  • nammkha 12.11.13, 11:39
    Kiedy kończy Ci się kredyt? Wtedy będzie łatwiej. Do tego czasu trzeba zmienić to co można. Uwierz, że na prawdę możesz małymi kroczkami osiągnąć ten cel.

    Po pierwsze, zwolnij. Tzn. Powiedz partnerowi, że jak tak dalej pójdzie to nie wyrobisz i może się to skończyć tragicznie dla waszego związku. Powinien zrozumieć. Potem zaplanuj urlop. Tak jak najbardziej byś chciała. Z nimi albo sama jak wolisz. W każdym miesiącu odłóż sobie jakąś kwotę tylko na twoje wydatki - kosmetyki, ciuchy cokolwiek. To nie musi być duża suma. dosłownie taka jak na jaką cię stać, ale musi być żelazna. Świat się wali, opony od samochodu pękają, ale ty musisz mieć te parę złotych na siebie.

    Kiedy wykonasz ten mały krok, kiedy troszkę odpoczniesz na urlopie powinien poprawić ci się humor. Wtedy trzeba porozmawiać z facetem. Nie teraz kiedy masz największe pretensje, kiedy czujesz się źle, bo to do niczego nie doprowadzi. Jak będziesz miała nieco lepszy nastrój, zobaczysz wszystko jaśniej.

    Twoje postępowanie wpłynie na pewno na twojego partnera. Jeśli dodatkowo przekażesz mu część obowiązków w domu, i zaangażujesz go w rozporządzanie finansami powinno się jeszcze bardziej poprawić twoje samopoczucie. wiadomo na początku może być trochę ciężko, ale stopniowo przyzwyczaicie się do nowego układu.

    Nie nastawiaj się na to co on powinien zmienić tylko nastaw się na zmieniania samej siebie:) A jego zmiana pójdzie za tobą.
    --
    „Ludzie idą do nieba nie za opanowanie i kontrolę nad swoimi żądzami, lub też za ich brak, lecz w nagrodę, że pracowali nad ich zrozumieniem” (William Blake, Wizja sądu ostatecznego).
  • rurek00 12.11.13, 11:40
    wg mnie to niczego w nim nie obudzisz, ani niczego nie zmienisz. Będzie już zawsze taki, jaki jest teraz. I albo go zaakceptujesz z jego wadami i zaletami, albo się rozstańcie. Brutalne, ale prawdziwe.
  • ssnn 12.11.13, 11:41
    Ile kosztuje utrzymanie partnera? Czy dużo więcej niż jego zarobki? A może wcale nie więcej? Zakładam, że kredyt i utrzymanie mieszkania to nie są koszty jego utrzymania, tylko media zwiększone można uznać, bo mieszkanie rozumiem i tak byś spłacała?
    Czy to ta ewentualna różnica jest powodem Twojego poczucia,
    że nie możesz wydać kasy na siebie?

    Czy to on się zmienił, czy to Ty chcesz go teraz wychować? Z jakim facetem się związałaś pod tym względem?

    Jak bardzo zbiegł się Wasz związek z Twoją zmianą sposobu zarabiania?

    Co bardziej Cię nakręca - obciążenie kredytem, zmiana źródła dochodów, powiązanie lęku przed biedą ze zwiększeniem liczebności stada?

    Co jest skutkiem, a co przyczyną? Coś z powyższej listy to przyczyna, a Twoje oczekiwania wobec partnera to skutek, czy odwrotnie?
  • pade 12.11.13, 11:51
    Jeszcze jedno.
    Wiem, że trudno to przyjąć (mnie samej było ciężko:)), ale Twój partner nie jest Tobą, co oznacza, że się różni. Myśli zupełnie inaczej niż Ty.
    Czyli ma zupełnie inne wymagania, oczekiwania i potrzeby niż Twoje.
    Nie ma wizji głodu przed oczami, nie lubi się szarpać, odkładać, widocznie woli zyć skromnie i chwilą obecną.
    Tego nie zmienisz.
    Nie dostosujesz go do swoich oczekiwań.
    Jedyne co możesz zrobić to dokładnie okreslic odpowiedzialność finansową w związku.
    Jeśli brakuje Ci "dopieszczenia" zadbaj o siebie. Po prostu. Sama.
    Wbrew pozorom, to wcale nie jest takie straszne samemu dbać o siebie:) We wszystkich aspektach, nie chodzi mi tylko o ciuch czy fryzjera.

    do poczytania (nie sugeruj się tytułem:)
    www.structum.pl/czytelnia/Wstretne-kobiety-Jak-nie-pozwolic-im-sie-dluzej-ranic-bez-znizania-sie-do-ich-poziomu.pdf
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • pogodoodporna 12.11.13, 11:53
    Doskonale Cie rozumiem. Tez zabezpieczenie finansowe rodziny spedza mi sen z powiek. Ciagle czuje niepokoj, czy bede w stanie pomoc dzieciom na studiach, czy ich usamodzielnienie nie zachwieje moja sytuacja finansowa itd. W sumie moglabym sie nie przejmowac, bo doroslosc to odpowiedzialnosc za siebie, ale wiesz- bardzo chcialabym im pomoc i martwilabym sie gdyby nie bylo mnie na to stac. Dlatego rozumiem Twoja troske o byt rodziny.
    Czytajac jednak Twoje slowa nie moglam oprzec sie wrazeniu, ze to jednak pieniadze sa na pierwszym miejscu w Waszym zwiazku, sa takim celem nadrzednym, to one determinuja Wasze zycie, ze bez nich po prostu nie mozesz byc szczesliwa. Nie zrozum mnie zle, ja Cie wcale nie krytykuje, ale takie same cechy widze u siebie i walcze z tym, bo jednak priorytetem powinien byc moj zwiazek, nasze uczucie, to, ze jestesmy razem, jestesmy zdrowi, mozemy spedzac razem czas i cieszyc sie soba.
    Podejrzewam, ze Twoj partner rzeczywiscie Cie nie rozumie, uwaza, ze skoro nie cierpicie glodu, na wszystko wystarcza, to tak jest ok i nie nalezy nic zmieniac. W jego pojeciu nic zlego sie nie dzieje, bo on nie potrzebuje pomnazania majatku, nie musi miec okraglej sumki na koncie, zeby poczuc sie szczesliwym. Znamienne jest to, ze nie lubi ani gromadzic, ani nadmiernie wydawac. To typowe zachowanie u rasowych minimalistow :-)
    Jakie widze wyjscie ? Podejscia do pieniedzy u partnera raczej nie zmienisz. Ale mozesz pokazac mu swoja slabosc, nie ukrywac sie z nia. Mysle, ze jesli Cie kocha, to nie bedzie obojetny, jesli mu powiesz, ze jestes zmeczona, zaparacowana i zrozumie, ze czasem musisz sobie odpuscic. Koniecznie powinnas robic cos dla siebie, koniecznie. Wciagaj go w sprawy domowe, porozmawiaj o antykoncepcji, to przeciez tez jego sprawa, jesli robi uniki, to zwyczajnie zlec mu jakas prace bez zbednego komentarza, bez pretenssji i negatywnych emocji. I o ile to mozliwe, to nigdy nie powtarzaj sobie, ze cos MUSISZ. Moze tu wlasnie lezy problem, ze nie umiesz zwolnic obrotow, wyluzowac sie, wciaz myslisz o ciazacej na Tobie odpowiedzialnosci za byt rodziny ?
    Zwiazek zawarlas dobrowolnie, tem mezczyna ma przeciez duzo zalet, sama to przyznajesz. Nie daje Ci tylko oaprcia finansowego, sama ocen, czy to najwazniejsza rzecz jaka moze nam dac drugi czlowiek. Ja mysle, ze sa inne, wazniejsze rzeczy w zwiazku. Pytanie tylko, czy te inne rekompensuja Tobie niedosyt finansowy ? Na to niestety musisz odpowiedziec sobie sama.
    Zycze Ci pozytywnego rozwiazania Twoich problemow.

  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 12:01
    W tym poście jest masa przekłamań, sprytnie wplecionych. Nie daj się im zwieść.
    Przede wszystkim:
    1. Nie wystarcza na wszystko.
    2. Ty masz dziecko, Twój facet nie. To Ty musisz myśleć o jego zabezpieczeniu.
    3. To nie minimalista, bo żeruje na Tobie.
    Nie mam czasu dalej prostować, sama się zastanów. Bo już i tak bardzo mrużysz oczy, żeby prawda Cię nie oślepiła.
  • pogodoodporna 12.11.13, 12:15
    > 1. Nie wystarcza na wszystko.

    Oczywiscie, ze wystarczy, tylko, ze autorka watku chcialaby wiecej. Nie nam to oceniac. Wiele osob ma taka wizje zwiazku, ze jesli pracuja dwie osoby, to powinny koniecznie majatek pomnazac, a w przypadku autorki watku, w chwili wejscia w zwiazek, nic nie zmienilo sie na lepsze w kwestiach finansowych. I o to, wedlug mnie, ma pretensje do partnera.

    > 2. Ty masz dziecko, Twój facet nie. To Ty musisz myśleć o jego zabezpieczeniu.

    To w sumie jasne i zrozumiale, ze musi dbac o dziecko, ktore jest jej. Poza tym, jako pomoc, dostaje alimenty od bylego meza.

    > 3. To nie minimalista, bo żeruje na Tobie.

    Zerowalby gdyby go utrzymywala, a on pracuje z tego co wiem i doklada sie do wspolnej kasy. W jakim procencie? To juz wie sama autorka watku. Wspominala cos , ze z tych pieniedzy pokrywa rate kredytu i czynsz. Nie wiemy czy to duzo czy malo. Ja jednak mam wrazenie, ze ile by nie bylo, to byloby dobrze, zeby bylo wiecej ;-)


  • triss_merigold6 12.11.13, 13:55
    Alimenty nie są pomocą, jałmużną czy wyrazem dobrej woli. To tak na marginesie.
  • t1ffany 12.11.13, 11:27
    Ciekawe jak byłby potraktowany facet gdyby założył taki wątek. Tzn. żona zarabia minimalną, przelewa na jego konto, szuka pracy ale nie może znaleźć a on czuje się niespełniony bo nie może wydać 500zł ot tak na siebie.
    Coś mi mówi że tully jednak nie pospieszyłaby z poradą "opłacaj kredyt ze swojej wypłaty żeby ona nie miała praw do mieszkania".

    Pade bardzo sensownie radzi. Określ swoje priorytety i wyznacz drogi do ich realizacji, rzeczy drugorzędne tymczasowo odpuść. Trochę mam wrażenie że masz z tym problem tzn. wymieniasz zalety faceta i na pierwszym miejscu piszesz że jest potulny i niekonfliktowy a w innym miejscu piszesz że marzysz o facecie który poprowadziłby Cie za rękę. Jesteś pewna że wiesz czego oczekujesz?

    Niezbyt fajne jest też czepianie się że mało zarabia; jeśli autentycznie wysyła te cv i jeździ na rozmowy to prawdopodobnie z czasem lepszą robotę znajdzie. Twoje niespełnione oczekiwania dotyczą zachowania partnera czy jego dochodu?

    muszę przyznać że dbałam o siebie o wiele więcej bo też i miałam dla siebie w
    > ięcej kasy.


    Tego też nie za bardzo rozumiem. Jak byłaś singielką zarabiałaś kwotę x, obecnie zarabiasz kwotę x plus 1500 (pensja faceta) minus jakieś koszty jego utrzymania i wychodzi mniej? Na jakiej zasadzie?

  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 11:40
    Kobieto, szukasz sedna problemów. Ja Ci napiszę co jest sednem - ten facet nie jest dla Ciebie i jest do nieczego.
    Nie wiem, co działo się w Twoim zakończonym już małżenstwie, że jak mantrę, co kilka zdań powtarzasz, że w sumie jest dobrze, jest spokojnie, jest dobrze... A potem cała litania jak jest źle.
    Wg mnie wcale nie jest dobrze. Kupiłaś sobie fasadę pojęć "dom" i "rodzina" z facetem, któremu wcale nie zależy na Tobie i Twoim dziecku, tylko spokojnym życiu.
    Czy Ty więcej na niego wydajesz, niż on Ci daje pieniędzy?
    Blond Suflerka pięknie prawi zazwyczaj, dzisiaj też, ale mało wg mnie realistycznie.
    Nie pisz sobie żadnych kartek, co chcesz w TYM związku, ani nie daj Boże nie pisz na czym masz zaoszczędzić.
    Napisz sobie kartkę, jakie masz marzenia.
    Czemu jeszcze nie macie ślubu, skoro tak jest dobrze? Bo może to TY musisz na obrączki zarobić, i masę spraw związanych ze ślubem (weselem?).
    Chcesz mieć więcej dzieci, ale wiesz, że ten facet nie utrzyma dziecka, że jak będziesz w ciąży/połogu i przestaniesz udzielać lekcji to głód Was zje?
    Chcesz ładnie się ubrać, bo zawsze tak się ubierałaś, ale musisz kupić więcej jedzenia, bo przecież ten facet musisz coś zjeść?
    Chcesz odpowcząć, ale przy tym facecie nie masz jak?
    Chcesz jechać na wakacje, bo od trzech lat nie byłaś na wakacjach, ale przy tym facecie nie masz jak?
    Czemu on nie ma przyjaciół? Czemu on nie ma pracy?
    Sedno problemu - OSZUKUJESZ się. Z próżnego i Salomon nie naleje. Przez tego nfaceta i dziecko ma niższy standard życia?
    Nie bądź cicha i potulna, bo nic nie osiągniesz. Lepsza byłaby właśnie awantura z tym gościem, to byś szybciej się może ocknęła. A takimi rozmowami-karteczkami, to się udręczysz i nic to nie da.
    Powodzenia w przebudzeniu:)
  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 11:45
    Pytanie, czemu on nie ma pracy za jaką faktycznie może się utrzymać? Dorabia sobie może, a Ty faktycznie go utrzymujesz.

    Ps. Przeczytaj sobioe jeszcze raz ten post "Karteczki juz kilka razy przerabiałam....". No widzisz, i możesz tak w nieskonczoność przerabiać. Przepraszam, za błędy, pisze w biegu, pa:)
  • blond_suflerka 12.11.13, 11:51
    No ale skąd ja mogłam wiedzieć, że Autorka kilka razy przerabiała karteczki?:P
    Karteczka jest bardzo dobra Bo pozwala uporządkować pewne kwestie. Co jest do przyjęcia a co nie jest. Karteczka pozwala też spojrzeć realistycznie na swój związek. Jak na karteczce Ci wychodzi, że priorytetem nie do odpuszczenia jest odpowiedzialność(również finansowa) faceta a w Twoim związku tego nie ma to już już jasność, ze jesteś w tym związku ze strachu przed samotnością albo dlatego, ze odtwarzasz jakiś schemat z dzieciństwa a nie dlatego, ze kochasz tego faceta i że ten związek Cię dopełnia i uszczęśliwia.
    I już po problemie. Wtedy wiadomo-trzeba iśc na terapię, przepracowac co trzeba i poszukać faceta świadomie;)
  • pade 12.11.13, 12:01
    Blond, litości:)
    tego nie uświadomi sobie ktoś, kto o psychologii ma zerowe pojęcie
    nie siądzie nad karteczką i nie wyjdzie mu, że przerabia wzorce z domu i musi iść na terapię
    to jest trudne, uświadomić sobie co nie gra i dlaczego


    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • blond_suflerka 12.11.13, 12:04
    pade napisała:

    > Blond, litości:)
    > tego nie uświadomi sobie ktoś, kto o psychologii ma zerowe pojęcie
    > nie siądzie nad karteczką i nie wyjdzie mu, że przerabia wzorce z domu i musi i
    > ść na terapię
    > to jest trudne, uświadomić sobie co nie gra i dlaczego

    No ale dziewczyna przyszła na forum, to tutaj się właśnie dowiaduje o tym o czym może nie wie. Więc właśnie się dowiedziala, że może być tak, ze coś tak odtwarza i już od niej zależy czy przyjmie tę możliwość, posłucha rad, zacznie czytać a może nawet pójdzie do terapeuty czy odrzuci bo nie będzie gotowa na tę prawdę. Jej wybór. No ale to o czym pisać na takim forum jak nie o psychologicznych mechanizmach?;)
  • blond_suflerka 12.11.13, 12:02
    A jeszcze jedna ciekawa kwestia. A może ten strach Autorki przed biedą to coś do przepracowania? Racjonalne i odpowiedzialne podejście do finansów to jedno ale takie lęki przed biedą to może coś zakodowane w dzieciństwie i zupełnie niepotrzebne. I akurat może też dobrze nauczyć się od partnera trochę luzu w tej kwestii. On od Ciebie a Ty od niego.
  • ad.a6 12.11.13, 13:25
    Może jednak jest do przepracowania a może nie, może to po prostu wygoda. Ojciec zmarł, gdy miałam 15 lat. Jako, że byłam późnym dzieckiem rodziców, mama miała 42 lata, ojciec 45, gdy się urodziłam, zawsze miałam w życiu dobrze. Jedyne co miałam robić, to dobrze się uczyć. Gdy tata zmarł, mama była już na emeryturze, pracowałam i dorabiałam gdzie się dało, by jej pomóc, sprzątałam klatki schodowe, chodziłam prasować i sprzątać do dzielnic willowych itp. Po maturze poszłam do pracy i na studia zaoczne. Mając 19 lat zaczęłam pracować w szkole jako nauczyciel. Skończyłam jedne studia, potem drugie. Tak, ciągle mam w pamięci lata biedy, gdy korepetycjami zarobiłam sobie na stanik za 5 zł mając 16 lat, bo mamy nie było stać po prostu. Tata zmarł nagle, na zawał, nie chorując przedtem.
  • ad.a6 12.11.13, 12:47
    T1ffany: przed wejściem w ten związek nie mieszkałam w tym mieszkaniu, tylko mieszkałyśmy we 3 wraz z moją mamą, poza tym jeszcze dg mam od roku, przed poznaniem mojego partnera i przez pierwszy rok tej znajomości pracowałam jako kierownik oddziału pewnej firmy w moim mieście. Moja mama po kilku miesiącach stwierdziła że mojego partnera nie znosi (między innymi z tego powodu, że przyjechał z jedną torbą z ciuchami i już został), więc wzięłam kredyt na mieszkanie, w momencie gdy brałam kredyt pracowałam tylko ja na umowę o pracę, i miałam sporo oszczędności na koncie z czasów sprzed związku.
  • mantis_after_dinner 12.11.13, 13:04
    ze on jest minimalista? ;)

    "Moja mama po kilku miesiącach stwierdziła że mojego partnera nie znosi (między innymi z tego powodu, że przyjechał z jedną torbą z ciuchami i już został)"
  • ad.a6 12.11.13, 13:13
    Nie...nie odkrywałam niczego po 3 latach. Mieszkał razem z rodzicami w dużym domu, 3 kondygnacje, przeszło 300m2, i z tego co wiem, nie zamierzał tam zostawać, brat ksiądz, matka ortodoksyjnie katolicka. Wiem, że od zawsze chciał stamtąd uciec. Facet po studiach, wcześniej pracował w swoim mieście, rzucił to bo planował zamieszkać ze mną. I mój kierownik obiecał dać mu pracę. Niestety obietnicy nie spełnił. Myślałam "facet po studiach, głupi nie jest, jakoś damy radę". Błąkał się po firmach, tu miesiąc tam trzy. Nie wiem, co w nim jest takiego, że szuka pracy w jakichś dziwnych dla mnie branżach: kredyty, pożyczki, finanse, ubezpieczenia. To rynek gdzie roi się od bajkopisarzy :), czyli różnej maści kłamców.
  • sebalda 12.11.13, 13:39
    Przepraszam, ale nie mam czasu czytać wszystkiego, napiszę, jak ja to rozumiem, bo chyba nie rozumiem. Facet oddaje całą pensję, to pokrywa ratę i czynsz, a Ty masz pretensję, że przez niego obniżył Ci się standard życiowy??? Myślisz, że on zjada za więcej niż wnosi??? On Cię kosztuje więcej niż ten kredyt i czynsz? Opłaca dwie najważniejsze rzeczy, a Ty masz pretensje, że to jeszcze mało? On ma jeszcze finansować resztę? On rzucił swoje dotychczasowe życie, pracę, wszystko dla Ciebie, w Twoim mieście ciężko z pracą, a Ty o wszystko, także o to, że Ci się nie chce dbać o siebie, obwiniasz jego??? Ja tego nie ogarniam, chyba naprawdę czegoś nie zrozumiałam. Proszę o sprostowanie.
  • triss_merigold6 12.11.13, 13:44
    Czego nie rozumiesz? Jak mieszkała z córką i z własną matką pod jednym dachem, to miała w sumie niższe koszty utrzymania, bo bez raty kredytu. Dlatego obniżył jej się standard.
  • sebalda 12.11.13, 14:08
    triss_merigold6 napisała:

    > Czego nie rozumiesz? Jak mieszkała z córką i z własną matką pod jednym dachem,
    > to miała w sumie niższe koszty utrzymania, bo bez raty kredytu. Dlatego obniżył
    > jej się standard.

    No ale to on płaci ten kredyt i on opłaca czynsz, czyli nadal ona nie ponosi kosztów swojego własnego kredytu! Czyli nadal ona nie ma wyższych kosztów utrzymania, tyle co on zje, ale matce chyba też się jakoś dokładała. On jej oddaje całą pensję, nie wiem, z czego kupuje sobie na przykład golarkę lub wodę po goleniu? Chyba sobie nie kupuje:P
    Cały zarzut jest o to, że on nie może sobie (jeszcze) znaleźć lepszej pracy, ale może takie są realia tego miasta, tutaj ciągle patrzymy przez pryzmat zaradnych, doświadczonych mieszkanek Warszawy. No kurcze, nie zawsze się udaje, facet i tak wiele poświęcił, nie wygląda na to, że on leży w domu i nic nie robi, dostał pracę, jakoś ją utrzymuje, oddaje całą pensję, tyle że ta jest w tej chwili niska, składa aplikacje, ale teraz takie czasy, że pracodawcy nie biją sie o pracowników, czemu on jest niby taki najgorszy? Co oprócz lepszych pieniędzy (i córki) autorka wnosi do tego związku poza wiecznymi pretensjami i obarczaniem winą faceta? Jakby ze mnie ktoś tak nieustannie był tak niezadowolony i okazywał mi to na każdym kroku, to w końcu też przestałoby mi się chcieć:P
  • ad.a6 12.11.13, 13:49
    Przecież piszę, że wyprowadziłam się od mamy ze względu na niego. Mało tego, wszystko do mieszkania kupiłam ze swoich oszczędności. Gdybyśmy się nie poznali nie podjęłabym tak szybko decyzji o kredycie. Mieszkałam z córką u mamy, mieszkanie 75m2, 3 pokoje, mały czynsz, ogrzewanie gazowe. Wtedy, bez działalności gospodarczej, byłam w stanie wykonać sama wszystkie opłaty, zjeść, i jeszcze odłożyć sporą sumkę.
  • hatsu33 12.11.13, 13:32
    Z jednej strony to Twoje życie i masz prawo do swoich decyzji i bycia z takim partnerem jakiego sobie wybierzesz, a pieniądze - rzecz względna. Z drugiej strony - jesteś też odpowiedzialna za swoja córkę..
    Jedno jest pewne - Twój partner się nie zmieni - musisz to przyjąć do wiadomości. Albo to zaakceptujesz (co na razie nie ma miejsca) albo będziecie się coraz bardziej oddalać i kłócić albo zakończysz ten związek. Nie patrz, "co ludzie powiedzą". Pomyśl, czy taki układ Ci odpowiada - bo w kwestiach, które opisujesz inaczej nie będzie. Typ minimalista.
    Z tego, co opisujesz - to Ty inwestujesz w ten związek. A co zainwestował partner? I nie chodzi mi tylko o pieniądze. Jak on dba o związek?
  • ad.a6 12.11.13, 13:35
    Co masz na myśli mówiąc o dbaniu o związek? :)
  • ad.a6 12.11.13, 13:40
    Pytanie, czemu on nie ma pracy za jaką faktycznie może się utrzymać? Dorabia sobie może, a Ty faktycznie go utrzymujesz.


    Pracę ma, na etat, tyle, że za najniższą, i to jeszcze na umowę na zastępstwo, co wyszło dopiero na jaw, gdy ją przeczytałam. Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać nieudacznikiem.
  • t1ffany 12.11.13, 14:27
    Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać nieudacznikiem.

    ...9 ...10
    Knock out!
    Chyba jednak to nie Ty jesteś w tym związku ofiarą. Takie teksty to jest podła przemoc w czystej formie.
    Facet dość konkretnie przemeblował swoje życie pod Ciebie. Przeprowadził się do nowego środowiska, pożegnał kumpli, znajomych, znalazł tu robotę. Oddaje pensje, jakoś się stara a Ty przelewasz na niego żal za to, że po wyprowadzce od mamy Ci się standard życia obniżył (?).

    Wg mnie on ma takie samo prawo czuć się rozczarowany Twoją postawą jak Ty nim. Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżeli po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co rokuje bardzo źle.
  • sebalda 12.11.13, 14:43
    > Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżel
    > i po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co r
    > okuje bardzo źle.

    Może jak autorka będzie musiała sama zapłacić ratę SWOJEGO kredytu i zapłacić czynsz za SWOJE mieszkanie, zorientuje się, że partner, który rzucil swoje dotychczasowe życie dla niej, nie jest takim darmozjadem i nieudacznikiem, jakiego ona usilnie próbuje z niego robić.
  • ad.a6 12.11.13, 14:48
    Cały czas chyba nie rozumiecie jednego. Tego, że gdyby nie on, nie musiałabym w ogóle podejmować tematu kredytu. Gdyby nie to, że mama pewnego dnia rzuciła tekstem: "nie chcę go tu widzieć, normalny facet nie przeprowadza się do kogoś z gołą d*pą" i musieliśmy się wyprowadzić, a on nie miał umowy o pracę a zdolność kredytową miałam tylko ja. Gdyby przedtem coś wniósł do tamtego mieszkania, nie byłoby problemu. Poza tym, co to za różnica za którą kasę spłacam kredyt, za którą kupuję jedzenie, kosmetyki damskie czy męskie, buty, ciuchy czy cokolwiek. I jeszcze jedno: on z lumpka nie korzysta, bo mu wstyd. ja muszę.

    Aha, z karteczek wyszło, że mamy dochodu 3:1. Czyli ciekawe kto kogo utrzymuje.
  • t1ffany 12.11.13, 14:55
    Czyli kupiłaś sobie mieszkanie "dla niego", gdyby nie ten obrzydliwy nieudacznik to mieszkałabyś szczęśliwa z mamusią po kres swoich dni?

    Chyba obie z matką macie wartościowanie ludzi przeliczalne bardzo mocno na złotówki. Chyba zbyt mocno by stworzyć związek z kimś kto takimi kategoriami nie myśli. Szkoda czasu, szkoda życia, Twojego i faceta.
  • triss_merigold6 12.11.13, 15:03
    Kupiła mieszkanie żeby móc z panem mieszkać niezależnie od sympatii i antypatii matki.
  • zuzi.1 12.11.13, 15:10
    Tak się jakoś dziwnie składa, że te mamusie ortodoksyjne katoliczki często wychowują synów na maminsynków albo/i na nieudaczników, a potem wchodzi taki człowiek w zycie goły i wesoły, bez żadnych umiejętnosci i bez chęci do ciężkiej pracy i wzięcia życia w swoje ręce, i nazywa siebie minimalistą....paradne...minimalista nie powinien zakładac rodziny tylko byc singlem i klepac biedę samodzielnie, bez obciążania nią osób trzecich z którymi się związał...niech spróbuje ten minimalista przeżyc na wynajmowanym za swoją najniższą krajową...ciekawe czy ta sztuka mu się uda...a jak nie do z powrotem pod skrzydła ortodoksyjnej mamusi... brrr ;(((
  • sebalda 12.11.13, 15:27
    Nie, nadal nie rozumiem. Przecież on opłaca ten kredyt i czynsz. Nie jest darmozjadem.
    Czy oni od razu musieli decydować się na kupno mieszkania, skoro on taki nieudacznik? Mieszkanie jest na nią, jak on się jej znudzi (co właściwie już się stało), to jego inwestycja w to mieszkanie pójdzie się gonić, a jeszcze on zostanie wyzwany od pasożyta.
    Nadal nie rozumiem, o ile pogorszyła się jej sytuacja materialna. Nie ponosi żadnych kosztów WŁASNEGO mieszkania, wcześniej dokładała się mamusi do utrzymania, zatem nic się nie zmieniło, bo teraz mamusi się dokładać nie musi, tyle że facet musi coś jeść, ale czy to generuje większe koszty niż dokładanie się do mamusi?
    Jakby ktoś spłacał moje mieszkanie, jakoś nie byłabym na niego obrażona, że muszę go karmić. Ona gdzieś pisała, że w jej mieście z pracą nie jest tak łatwo. Ale nie, on MUSI NATYCHMIAST zarabiać tyle, żeby jej standard znacznie sie podniósł. Bo że się nie pogorszył przez niego, już wykazałam. No i zostanie jej mieszkanie. A jeśli ona wolała do końca dni swoich mieszkać z mamusią, to po cholerę zawracała głowę facetowi??? To wyłącznie jego wina, że ona musiała brać kredyt? Który on nota bene jej sponsoruje? Większośc par musi zacisnąć pasa, gdy spłaca kredyt, nie ona jedna musi oszczędzać. A mieszkanie będzie jej.
  • t1ffany 12.11.13, 16:30
    > Kupiła mieszkanie żeby móc z panem mieszkać niezależnie od sympatii i antypatii
    > matki.


    Ok, ale uczynienie z decyzji o kredycie przewiny faceta jest absurdem.

    Matka wątkodajki skreśliła faceta za to że przyjechał tylko z torbą ubrań. Gdyby przyjechał z torbą pieniędzy to byłby ukochanym zięciem? Takie klimaty jakoś nieszczególnie zdrowo wyglądają. Oczywiście miała prawo nie chcieć go pod swoim dachem, ale uzasadnienie jakoś tak podjeżdża drobnomieszczańtwem.

    @zuzi
    znów nadinterpretujesz i nakładasz pewną kalkę. Być może facet jest nieporadny, ale nie wygląda na mamisynka. Pani go chciała bo był dobry seks i nagle nie chce, bo za mało cyferek na konto przynosi? Słabe to.

    @nammkha
    w sumie też mam takie wrażenie. Do tego w 90% przypadków pada hasło "uświadom sobie dziewczyno że ten podły gad to przemocowiec" or something w ten deseń.

    ALE... rzucanie do partnera tekstów w stylu "ty nieudaczniku" czy spory o to z czyich pieniędzy jest jedzenie w lodówce to jest faza terminalna. Pan pewnie jest do rehabilitacji po ortodoksyjnie katolickim domu, dla pani najważniejsze są jej lęki przed biedą (które będą takie same przy wspólnym budżecie 4k jak i 8k, nie oszukujmy się, to nie jest kwestia kwoty tylko podejścia do życia). Tu potrzebny jest facet z podobnym podejściem do pieniędzy, każdy z lżejszym będzie wcześniej czy później skreślony.
    Ergo: po co męczyć siebie i jego? Życie jest krótkie.
  • adorra0 12.11.13, 16:45
    Dla mnie absurdem jest obwinianie faceta za to, że jest inny niż Autorka sobie WYOBRAŻAŁA.
  • ad.a6 12.11.13, 17:47
    Niczego sobie nie wyobrażałam tylko mi naobiecywał, wiesz, przed zamieszkaniem razem był okres spotykania się w weekend a w czasie tygodnia skype/gg. I padły różne pytania. I odpowiedzi też. Z tego co widzę to były wypowiedzi nie do końca prawdziwe. Co do zamieszkania z mamą: miał być okres "poczekamy- zobaczymy". Można komuś pomagać, karmić ubierać, żywić, wspierać i wszystko inne, ALE przez pewien okres czasu, potem oczekuje się od dorosłego człowieka, że sam zacznie rozwijać skrzydła, a tu ZONK.
  • zuzi.1 12.11.13, 17:25
    ale ja nie napisałam, że to maminsynek jest, napisałam tak ogólnie o matkach...,
    dla mnie ten człowiek jest niedojrzały, znalazł sobie 2 mamusię w osobie autorki wątku i sobie żyje nie przejmując się za bardzo rzeczywistoscią, autorka powinna sama spłacac swój kredyt a pana rozliczac z kosztów utrzymania, adekwatnie do jego udziału, pan powinien miec swoje konto, autorka swoje i zastanowic się, czy z czlowiekiem mającym takie podejscie do życia chce dalej zyc...czy jej to odpowiada.. czy będzie w stanie byc z nim szczęsliwa,... a mama autorki wątku nie jest za ciekawa a właściwie jej podejscie
  • zuzi.1 12.11.13, 17:29
    tiffany napisała:
    "Pan pewnie jest do rehabilitacji po ortodoksyjnie katolickim domu, dla pani najważniejsze są jej lęki przed biedą (które będą takie same przy wspólnym budżecie 4k jak i 8k, nie oszukujmy się, to nie jest kwestia kwoty tylko podejścia do życia). Tu potrzebny jest facet z podobnym podejściem do pieniędzy, każdy z lżejszym będzie wcześniej czy później skreślony.
    Ergo: po co męczyć siebie i jego? Życie jest krótkie."

    A z tym się zgadzam w pełni. Ciężko jest życ z takim typem mężczyzny, całe życie ma się odpowiedzialnosc za wszystko na własnym grzbiecie, nie jest to sytuacja do pozazdroszczenia.
  • t1ffany 12.11.13, 18:10
    > A z tym się zgadzam w pełni. Ciężko jest życ z takim typem mężczyzny, całe życi
    > e ma się odpowiedzialnosc za wszystko na własnym grzbiecie, nie jest to sytuacj
    > a do pozazdroszczenia.


    Trochę ortodoksyjnie podchodzisz :) Ja uważam że tacy ludzie są do rewitalizacji, tak faceci jak i kobiety. Facet przejawia pozytywne zachowania, jeżeli rzucił wszystko i zmienił swoje życie dla rozwódki z dzieckiem to znaczy że mu zależy (zależało?). Jeśli nie przeznacza kasy na żadne własne rozrywki tylko 100% ładuje na konto pani to też pozytywny symptom. Tylko tu trzeba trochę czasu, wspólnej pracy i zaufania a mam wrażenie że tego wszystkiego brakuje. Tym gorzej to widzę, jeśli podejście do kasy wątkodajka odziedziczyła po matce.

    Mam wrażenie że dla takiego faceta najlepsza byłaby młoda laska z którą mogliby razem dorosnąć, sparzyć się parę razy, nauczyć odpowiedzialności i dotrzeć w podobnym tempie. Rozwódka z dzieckiem ma inne oczekiwania i tu raczej miodowo nie będzie.

  • zuzi.1 12.11.13, 17:33
    ten facet jest niedojrzały i niezaradny, to taki typ, którego autorka będzie musiała ciągnąc przez życie na własnym grzbiecie, próbowac go motywowac, żeby cokolwiek zrobił, a on się będzie przed wszelkim wysiłkiem, aktywnością i rozwojem zawodowym zapierał obiema rękoma i nogami, współczuję ;( kompletnie nierozwojowy typ, z takim depresja ciągła jest zapewniona w pakiecie ;)
  • adorra0 12.11.13, 19:13
    Każdy kto nie awansuje dwa razy do roku jest niedojrzały i niezaradny?
  • zuzi.1 13.11.13, 00:03
    Nie adorra. Ten pan podjął pracę na zastępstwo, bo go autorka do tego zmusiła swoim gderaniem, gdyby nie to, pewnie dalej by bezskutecznie szukał pracy. Od 3 lat pracuje za najnizszą krajową, szuka innej pracy, ale mu nie wychodzi, i nie widac, żeby go ta sytuacja stresowała. Typowy luzak drops, żyjący wygodnie z "mamusią", która ZAWSZE zapewni mu miękkie lądowanie i finansową poduszkę bezpieczeństwa, bo ona się do tego poczuwa, co on oczywiscie skwapliwie wykorzystuje...Na takiego pana to tylko terapia wstrząsowa i odcięcie od wodopoju, niech się poi i finansuje wszystkie swoje potrzeby sam, w tym wymianę opon. Typ nierokujący, może po 15 latach pracy uda mu sie podwoic obecną srednią krajową i to będzie wszystko na co go stac. A jaki ten człowiek ma problem? moim zdaniem cierpi na brak ambicji i jest zwyczajnie leniem, lubi wygodnie zyc u boku "mamusi" lękającej się biedy. On się biedy nie lęka, bo wie, że przy takie kobiecie, bieda mu nie straszna...
  • zuzi.1 13.11.13, 00:05
    mialo byc: podwoic obecną najniższą krajową, zamist średnią krajową
  • t1ffany 13.11.13, 00:50
    Ten pan podjął pracę na zastępstwo, bo go autorka do tego zmusiła s
    > woim gderaniem,


    Demonizujesz i pitolisz na podstawie własnych lęków. Dlaczego akurat 15 lat? Może od razu 80? A może gość jest pedofilem i wykorzystuje wątkodajkę aby zgwałcić ukradkiem jej córkę? Absurd? Tak samo jak niektóre teorie.
    Twarde fakty są takie że facet mało zarabia po 3 latach związku. Do jakich górnolotnych twierdzeń to jest podstawa?
  • zuzi.1 13.11.13, 12:14
    Po całokształcie opisanej sytuacji jest podstawa do tego, żeby napisac, że facet nie rokuje i życie z nim to będzie jedna wielka męka pańska i to dłuuuugo...i wyciąganie chłopaka z róznych kiepskich sytuacji zyciowych.
  • zuzi.1 13.11.13, 12:15
    a autorka już nie ma sił, a co będzie za kolejne 3 lata, będzie wrakiem samej siebie
  • adorra0 13.11.13, 13:25
    No dobrze zuzi, facet to samo zuo, ale dlaczego watkodawczyni nie wstawi mu walizek za drzwi? Tak jak napisała poniżej sebalda - nie szanuje partnera, krytykuje go niemal za wszystko, za chwile sie okaże, ze nawet oddycha nie tak jak ona by chciała, więc po co się męczyć? Wyżej napisałam, ze Autorka nie związala się z konkretnym facetem tylko ze swoim WYOBRAŻENIEM na jego temat i obwinia jego za ten stan rzeczy. Przd zamieszkaniem razem widziała to co chciała widzieć, a pole widzenia skutecznie zawęziła jej trzykondygnacyjna willa. To w oparciu o nią "zbudowała " sobie wizerunek partnera.
  • zuzi.1 13.11.13, 14:43
    Skoro autorka związała się z DDA to może to swiadczyc o tym, że sama też pochodzi z co najmniej dysfunkcyjnego domu... Ten facet nie przystaje do zachowania statystycznego faceta, jest inny, mało aktywny, mało zaradny, generalnie z problemami rodzinnymi. Nie daje autorce wsparcia, jest współuzalezniony od swojej rodziny pochodzenia. A autorka pewnie powiela jakiś dysfunkcyjny rodzinny schemat w ten sposób, chce go na siłę zmienic, zrobic z niego kogoś innego, aby ten związek w końcu okazał się taki, jaki sobie wymarzyła. W ten sposób, zajmując się facetem wszechstronnie zanidbuje siebie, swoje potrzeby i dziecka, zamiast sobie kupic niezbędne rzeczy i polepszyc codziennosc dziecku, Ona obkupuje faceta we wszystko, samej się zaniedbując...tego pana trzeba postawic przed faktem dokonanym, jestes DDA, niezbędna jest Ci terapia, czy chcesz na nią się wybrac i pracowac nad swoimi problemami czy nie, weź swoje sprawy fin. w swoje ręce, ja nie mogę zaniedbywac siebie i dziecka, aby Ciebie utrzymywac i wyposażac we wszystko czego nie posiadasz...te sprawy powinienes załatwic we własnym zakresie, gdy pan nie będzie miał ciepłych butów na zimę czy ciepłej kurtki, może wówczas zmotywuje się sam do tego aby w jakiś sposób dorobic np. udzielaniem korepetycji lub sprzątaniem po domach. Ale autorka musi się obudzic i otrząsnac i przestac robic za jego przybraną "mamusię"..
  • molly_wither 19.11.13, 20:05
    He he.Sugerujesz,ze to autorka powinna dostosowac sie do nieudacznika? Im wiecej czytam takich wpisow tym bardzie trzymam strone autorki watku,choc pierwszym postem,ktorym skomentowala byl ten o tytule "pustka".
    Ja jestem bardzo ciekawa, co bys napisala mądralo gdybys sama miala takiego partnera?

    t1ffany napisała:

    > Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać n
    > ieudacznikiem.

    >
    > ...9 ...10
    > Knock out!
    > Chyba jednak to nie Ty jesteś w tym związku ofiarą. Takie teksty to jest podła
    > przemoc w czystej formie.
    > Facet dość konkretnie przemeblował swoje życie pod Ciebie. Przeprowadził się do
    > nowego środowiska, pożegnał kumpli, znajomych, znalazł tu robotę. Oddaje pensj
    > e, jakoś się stara a Ty przelewasz na niego żal za to, że po wyprowadzce od mam
    > y Ci się standard życia obniżył (?).
    >
    > Wg mnie on ma takie samo prawo czuć się rozczarowany Twoją postawą jak Ty nim.
    > Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżel
    > i po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co r
    > okuje bardzo źle.


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • t1ffany 19.11.13, 20:30
    He he.Sugerujesz,ze to autorka powinna dostosowac sie do nieudacznika? (...) Ja jestem bardzo ciekawa, co bys napisala mądralo gdybys sama miala takiego par
    > tnera?


    To do mnie było?
    Albo starałabym się mu pomóc albo się z nim rozstała. Ludzi nie wolno lżyć, tak samo jak nie wolno ich bić. Bez "he he".

    Molly, Ty siadasz do tego forum po kielichu?
  • hatsu33 12.11.13, 13:42
    Przykład: Czy dba o Ciebie? Czy jest to "jedyny człowiek, który potrafi Cię rozbawić"? Czy jesteś dla niego najważniejsza i czujesz to? Czy potrafi, choć od czasu do czasu, zrobić coś wyjątkowego dla ciebie? Czy zajmuje się domem? Czy zrobi zakupy i ugotuje;)? Czy macie te same cele życiowe - choćby np.: zobaczyć Wenecję..? Czy - oprócz kwestii, które opisujesz - jesteś szczęśliwa w tym związku?
  • zuzi.1 12.11.13, 14:19
    Autorko zadaj sobie jedno podstawowe pytanie, czy przez kolejne 15 lat chcesz tak zyc? Jesli nie, to daj sobie rok na zmiany, wdroż w życie te porady które uzyskałaś w tym wątku a jeśli po roku dalej Wasza sytuacja będzie wyglądała identycznie, wówczas zmień tego faceta na b. zaradnego i się nie frustruj. Szkoda życia. Facet wygląda mi na niedojrzałego a rodzina z jakiej pochodzi: mamusia ortodoksyjna katoliczka a brat ksiądz wskazuje na to, że z tą rodziną nie wszystko jest w porządku... Na razie walczysz z wiatrakami i tracisz sily, młodosc, radosc i urodę, mam wrażenie że popadłaś nawet w depresję. Sorry ale zycie masz tylko jedno i powtórki z niego nie będzie, szkoda się tak męczyc, a wiadomo, że sama Waszej sytuacji diametralnie nie poprawisz, aby było lepiej muszą chcec dwie strony związku a nie tylko jedna...
  • nammkha 12.11.13, 15:57
    Hahaha, mam wrażenie, że nieważne o czym autor wątka napisze, wy macie jedną radę - nie zmieni się - trzeba się rozwieść, albo idź na terapię.
    Ludzie, którzy tu piszą potrzebują wsparcia, a co otrzymują? Drążenie przez was tematu w stronę tego, kto jest bardziej winny, jak bardzo zła jest to sytuacja, jak bardzo nic się nie da z tym zrobić bo przypadek jest beznadziejny i pozostaje tylko terapia, bo na pewno nic nie zrozumieją itp.
    Już któryś raz czytam wątek i nie wierzę w to co czytam. Nie każdy na tym świecie potrzebuje terapii, nie każdy zaraz musi się rozwodzić bo coś trudnego się dzieje.
    Kobieta jest w związku z facetem, z którym jest jej dobrze we wszystkich kwestiach oprócz finansowych, a ktoś tu pisze, że nie ma się co męczyć, że trzeba się rozstać.
    Ludzie - to jest na prawdę mały problem w związku. Autorka wątku tyra to fakt, ale oboje mają pracę, ona jest po prostu przepracowana. Wystarczyłoby, żeby odpoczęła i miłość zakwitnie na nowo. Więc opamiętajcie się trochę z tymi ocenami że nie ma szans.
    Swoją drogą jeśli facet zarabia najniższą krajową czyli jakieś 1200 zł a autorka 3 razy tyle czyli razem ok. 4800. Tragedii nie ma. Ale autorka jest niezadowolona i ma prawo. Dlatego jak już pisałam wyżej należałoby porządnie odpocząć a potem zapytać się siebie czy jestem z tym facetem mimo jego niskich zarobków czy wybieram kasę. Odpocznij sobie autorko to ci się polepszy.
    --
    „Ludzie idą do nieba nie za opanowanie i kontrolę nad swoimi żądzami, lub też za ich brak, lecz w nagrodę, że pracowali nad ich zrozumieniem” (William Blake, Wizja sądu ostatecznego).
  • sebalda 12.11.13, 16:15
    Podsumowując: czasy są trudne, z pracą nie jest lekko, można żyć z mamusią w jej mieszkaniu i nadal mieć pieniądze na swoje małe przyjemności (kto o nich nie marzy) albo spróbować żyć samodzielnie, inwestować w mieszkanie, które w przyszłości będzie własnością, inwestycją, będzie dla córki, ale w związku z tym zacisnąć pasa, umieć sobie odmówić tych przyjemności na jakiś czas, z myślą o lepszym jutrze. I zawszeć to lepiej wszystko robić we dwójkę, z kimś, kto dla Ciebie rzucił swoje wygodne życie, kto ma dobrą relację z Twoją córką, kto pomaga, dla kogo byłaś tą NAJ. I jak tak czytam, to myślę, że nadal byś nią była, gdybyś nie określała swojego faceta nieudacznikiem, nie naciskała dniem i nocą, nie wyżywała się na nim za to, że może przeceniłaś Wasze siły. Czasami powiedziałabyś mu dziękuję, że jesteś, że moja córka ma kogoś bliskiego, choć nam teraz ciężko, to może z czasem coś się poprawi. Przecież wielu facetów na jego miejscu nie oddawałoby całej pensji na nieswoje w końcu mieszkanie. Doceń to, przestań go wyłącznie krytykować, bo nikt nie jest w stanie tego stale znosić. Spróbuj do niego podejść pozytywnie, a może to go bardziej zmobilizuje niż wieczne pretensje. Po sobie, po swoich dzieciach widzę jak działają komunikaty pozytywne, a jak negatywne (od mojego męża). Pochwała uskrzydla, krytyka podcina skrzydła.
    Wolałabyś wrócić do mamy?
  • sebalda 12.11.13, 16:30
    Twój partner nie tylko rzucił pracę, wyjechał ze swojego miasta, zostawił przyjaciół. On zapewne zerwał z rodziną, stąd pewnie ta jedna walizka. Dla jego matki, jako katoliczki, nie było na pewno łatwe to, że syn wiąże się z kobietą z dzieckiem, żyje bez ślubu. Dlatego pewnie nic nie wziął z domu, wyszedł z niego, jak stał. Czy kiedykolwiek doceniłaś, że on dla Ciebie i Twojego dziecka jednak sporo poświęcił? Powiedziałaś mu o tym, że to dla Ciebie ważne? A Twoja mama pomyślała o tym? Oceniła go wyłącznie na podstawie stanu posiadania? Liczyła na bogatego zięcia?
  • 71tosia 12.11.13, 16:42
    Oczywiscie mozesz zrobic eksperyment i poprosic by parner przez jakis czas przejal odpowiedzialnosc za fiananse, placil rachunki, kontrolowal wydatki, dochody etc tylko czy starczy ci na to odpornosci newrowej i ciepliwosci? Moze to by czegos nauczylo druga strone?
    ps przyczyna wypadanie wlosow jest pewnie silny stres?
  • t1ffany 12.11.13, 16:48
    > Oczywiscie mozesz zrobic eksperyment i poprosic by parner przez jakis czas prz
    > ejal odpowiedzialnosc za fiananse, placil rachunki, kontrolowal wydatki, dochod
    > y etc tylko czy starczy ci na to odpornosci newrowej i ciepliwosci? Moze to by
    > czegos nauczylo druga strone?
    > ps przyczyna wypadanie wlosow jest pewnie silny stres?


    Pomysł świetny, ale skończy się wrzodami ze stresu niezależnie od wyniku eksperymentu.
  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 18:06
    Kobieto, słuchaj mnie i uciekaj:) Paris nie kłamie:)

    Jeszcze kilka moich przemyśleń. Zanim wszystkie piękne czarne włosy Ci wypadną.

    To co rzuca się w Twoich tekstach, to:
    1. Boisz się konfrontacji z facetem. Wybierasz pozory spokoju. Nie wiem z jakich względów - w poprzednim związku było na tyle źle, że cieszysz się, że jest lepiej, masz niskie poczucie wartości, boisz się o stan psychiczny dziecka, etc. W normalnym związku nikt nie boi się konfrontacji. Jedni spokojnie gadają, inni krzyczą, ale związek pozuwa się do przodu. Ty się boisz.

    2. "Trzy dni nie jadł obiadu".... Buahahaa:) Ale to nie o nim czytaliśmy newsy, że umarł z głodu? To zdarzenie już świadczy, że z nim/z Wami jako parą nie do konca jest ok. A co potem? Ubłagałaś, żeby zjadł obiad? Sam z siebie łaskawia zjadł? Ale nie wpadł, że można kupić coś i zrobić obiad, albo iść gdzieś i coś zjeść, a nawet Ciebie zaprosić? Aaaa, zapomniałam, nie miał kasy:)

    3. "Mama go nie lubiła, bo przyjechał z jedną walizką i został". Jak to ktoś, kiedyś tu napisał, że bodajże Freud powiedział, że wszystko widać od początku. I pewnie Twoja matka to już zobaczyła. I pewnie nie o kasę chodzi. O całokształt. Ludzie z różnych powodów zostaja z jedną walizką, ale umieją się dorobić, jak im zależy. Pewnie gdybyś była bogatsza, to mogłabyś ten związek ciągnąć i b yłabyś w lepszym stanie - za własną kasę opłacałabyś wakacje, kredyt, czynsz, jego stroje, Twoje stroje, kosmetyczki, fryzury, bajery dla córki. Ale może dobrze, że nie masz wiecej kasy, to wcześniej możesz przejrzeć na oczy.

    4. Twoje teksty są jak wprawka, jak case study dla studentów psychologii. Powtarzasz, że nie wiesz o co chodzi, że jest dobrze, etc. Ta ślepota jest znamienna. Może szerzej by cos napisała Ci np. Sorivina, albo Pani Agnieszka. To co mi rzuca się w oczy, to jedna znamienna sprawa. Ty pracowałaś, równolegle DG z nauka języków. I piszesz, że facet zna BIEGLE ANGIELSKI. Ale jakos on nie dorabia sobie w tej DG? No nic, po co, to Twoja DG:)

    Obudź się! Powodzenia jeszcze raz:)
  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 18:11
    A jak by nie było, to już z półtora wieku temu Dostojewski pisał, że dobrze mieć przed ślubem "mały kapitalik już":)
  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 21:03
    Jeszcze jedno sobie przypomniaam. Napisałaś, że facet powiedział, żebyś coś ze sobą zrobiła i była bardziej kobieca. Nigdy czegos takiego nie usłyszałam, bo to pewnie taka rzecz, że mój mąż dobrze wie, że nigdy bym tego nie zapomniała, a on jest wygodny;)

    Wklejam Ci link z wywiadem z psychoterapeutą, który "rozkodowuje" podobny komunikat "gdy Cię poznałem, ważyłaś 30 kg mniej". Nie przypuszczałam, że kiedyś tu na forum będę bronić ofiar przemocy, ale taki dzien nastał:) Ostatnio ciekawi mnie temat agresji słownej, chciałabym z moich wypowiedzi w domu sie jej pozbyć i takie odkrycie poczyniłam. Polecam wszystkim czujacym się źle i niekochanym w swoich związkach.
    Ps. Twój komunikat o nieudaczniku tez pewnie uderza w meskosc i jego kanon.
  • paris-texas-warsaw 12.11.13, 21:06
    skuteczna-psychoterapia.pl/a_dlaczego-ofiary-przemocy-nie-odchodza.php
  • sebalda 12.11.13, 23:26
    Nie przypuszczałam, że kiedyś tu
    > na forum będę bronić ofiar przemocy, ale taki dzien nastał:)

    Szczęka opadła mi do kolan. Paris, uważasz, że nie należy bronić ofiar przemocy??? To by była ujma na Twoim honorze? Twoja przekora zaczyna być obsesyjna.
    Tyle razy tłumaczyłaś przemocowców, a ofiarom próbowałaś wmawiać co najmniej współudział w przemocy, a teraz otwarcie bronisz kobiety, która wpędziła Bogu ducha winnego faceta w kompleksy, bo przeliczyła się z własnym kredytem??? Zrobiła z chłopa nieudacznika, bo nie zdążył w krótkim czasie zrobić zawrotnej kariery w całkiem dla siebie obcym środowisku??? Bo ona nieustannie zarzuca go pretensjami, więc i on się w końcu raz odciął, to już z niego przemocowiec??? Gdzie jest jeszcze ta jego przemoc? Że rzucił całe swoje dotychczasowe życie dla kobiety z dzieckiem i nawiązał z nim dobry kontakt? Że oddaje całą swoją pensję? Że opłaca JEJ kredyt na JEJ mieszkanie? Że nie ma niczego swojego, za to ma się bardziej i bardziej starać, bo ona tak sobie życzy? Że nie ma na to ochoty, bo ona wywiera na niego nacisk i go tylko krytykuje? Ja nie ogarniam, gdzie jest jego przemoc? Może jest niezaradny, może niesamodzielny, może mało przebojowy, ale agresywny? W czym to się konkretnie przejawia?
    Coraz bardziej zmieniam zdanie na Twój temat, Paris, nie łapię tych Twoich klimatów:P
  • 71tosia 13.11.13, 00:17
    tez nie rozumiem skad ta przemoc.
    Jedni probuja maksymalizowac zyski bo maja duze potrzeby inni minimalizowac potrzeby bo maja male dochody, pani preferuje pierwszy model pan drugi. I chyba trudno to bedzie zmienic.
  • ad.a6 13.11.13, 08:48
    To chyba muszę podać więcej szczegółów i kilka rzeczy sprostować, dla tych co to ze mnie robią cwaniarę i materialistkę. Poznaliśmy się wiosną, zamieszkaliśmy w listopadzie. Dość wcześnie podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu, tylko stwierdziliśmy że troszkę jeszcze poczekamy, bo jego poprzednia praca, i musi kilka rzeczy pozałatwiać zanim się do mnie przeprowadzi. I teraz sedno sprawy. Podczas naszych wieczornych rozmów zostawiał wszystko, bo musi przywieźć ojca z pracy, okazało się, że jest tak pijany, że sam nie dotrze. Sytuacja powtarzała się kilka razy. W końcu wkurzyłam się, a on przyparty do muru przyznał że ojciec jest alkoholikiem i on jako dobry syn ratuje go w każdej sytuacji. Zawozi i przywozi z pracy, płaci za niego długi w sklepach bo wstyd przed matką katoliczką, która z kolei udaje, że problemu nie ma. Stwierdziłam że wóz albo przewóz. Albo mieszka ze mną i odcina się od chorego domu gdzie robi za przysłowiowego jelenia, kup, zanieś, przynieś, kup opał, napal w piecach. I wszystko po to by nie narażać rodziny na wstyd bo przecież drugi brat jest księdzem i rodzinka wzorowa. Zagroziłam zakończeniem znajomości. Odciął się (przynajmniej tak mi się wydawało) i przyjechał do mnie. Wcześniej ustaliliśmy, że razem odkładamy pewną kwotę, którą przeznaczymy na zakup brakujących mebli, jakiś mały remoncik. Zgodził się bardzo chętnie, powiedział, że na ten cel ma pewną kwotę przygotowaną. Kolejne kłamstwo, jak się później okazało. Przyjechał z "całym swoim majątkiem" w jednym plecaku. Okazało się, że żadnych oszczędności nie ma. Ciuchów na zimę również nie. Pytam, co z kwotą, którą podobno miał odłożoną, stwierdził, że kolejny raz musiał ratować ojca, który któryś raz pod wpływem alkoholu wsiadł za kierownicę i trzeba było wpłacić kaucję by nie poszedł za kratki, i znowu "a mama by sobie nie poradziła sama", itp itd. Z wściekłością, ale jakoś to przełknęłam, bo powiedział, że będzie jeszcze jego wypłata z poprzedniej firmy. I nie doczekałam się tej wypłaty. Stwierdził że mu ją ukradli gdy szedł po mnie do pracy (szło się przez park, tylko dziwne, bo mi się tam nigdy nic nie stało, on również brak siniaków, zadrapań). Do tej pory nie wiem co z nią zrobił, prosiłam, błagałam by powiedział prawdę "przyznaj się, wysłałeś matce?, powiedz, że tak, tylko proszę nie kłam". Zima przyszła, trzeba było kupić mu całą wyprawkę ciuchową. Z tamtej pracy się zwolnił poniekąd dla mnie, więc musiałam kupić buty, płaszcz, i wszystkie ciepłe rzeczy. Powiem tylko, że ta sytuacja ciągnęła się przez kilka miesięcy, normalną pracę podjął dopiero w maju. Materialistką jestem, nie? :(
  • ad.a6 13.11.13, 08:59
    I nie chodzi mi o stan teraźniejszy, tylko o to, że nie znoszę kłamstwa, a do tej pory ponoszę konsekwencje tej decyzji o zamieszkaniu, mówiono mi "poczekaj trochę, jedź też tam do nich, poznaj rodzinę". On dzisiejszą sytuację odbiera jako stabilizację, bo jest gdzie mieszkać, jest co jeść, jest co ubrać, tylko nie rozumie, że większość rzeczy dostał ode mnie, zanim jeszcze podjął pracę, poza tym prawie wszystko musiałam do tego mieszkania kupić za własne pieniądze (on nie dołożył się na wstępie niczym, bo przecież do tej pory pomagał mamusi, która by sobie nie poradziła). Ale ja muszę sobie poradzić, tak? Mój komentarz: "to niech wyrzuci z domu pijaka"!
    Ja się pozbyłam - bo mój były mąż okazał się alkoholikiem i rozstaliśmy się gdy dziecko miało 2 tygodnie, przyczyną było kilkukrotne podniesienie na mnie ręki podczas ciąży i brak zmiany po przyjściu córki na świat. Nie miał ochoty ani zamiaru podjąć leczenia.
  • ad.a6 13.11.13, 09:04
    Żeby tego wszystkiego było mało, to słysząc jego wszystkie opowiadania na temat rodziny uważałam go za bardzo uczynnego, dobrego i szlachetnego - dba o tamtą rodzinę, będzie dbał potem o swoją. Ale tak nie jest. Dlaczego nie może być w drugą stronę (mama ratuj, bo teraz my nie dajemy sobie rady, tata ratuj, bo do tej pory cię wspierałem)? Nie jestem z żelaza i do diabła, nie muszę sobie w każdej sytuacji dawać rady, facet też jest od czegoś.
  • ad.a6 13.11.13, 09:25
    W ogóle to jakaś dziwna rodzina jest, nie wiem o co tam chodzi. Matka nauczycielka mianowana, 2 fakultety, ojciec elektromechanik bez pracy, wszystko przepijający, do tego matka nie przyznająca się do tego, ale byłam tam raz i widziałam że to prawda. Matka z kredytem hipotecznym na dom, z czasów, kiedy jeszcze ojciec pracował, kiedy było dobrze, a gdy z ojcem przestało być dobrze, coraz częściej pił i tracił pracę jedną za drugą, mój W. wziął sprawy w swoje ręce i ten kredyt spłacał. Czuję się oszukana. Uważam, że jeśli dorosły facet postanawia zamieszkać z kobietą, to powinien albo wnieść do tego pieniądze, albo coś ze sobą przywieźć z tamtego domu, coś co do niego należało. Nawet ostatnio jak mieliśmy problemy z komputerem, powiedziałam "jedź po swój, ja w tym czasie odłożę na coś lepszego". On na to "dobrze wiesz że nie zabiorę matce kompa, mam ją zostawić bez kompa, z ojcem pijakiem i z kredytem hipotecznym na karku?", i tego typu teksty. Czyli widać, że on się nie stara dla mnie tylko stara się być TAM dobrym synem. Z tego powodu przelew wypłaty na moje konto, bo boję się że mamuśka jęknie i cała kasa pójdzie tam. A tatuś?- tatuś hula z kolegami dalej.
  • pade 13.11.13, 10:37
    uhm, bohater DDA...
    Autorko, to, co napisałaś zmienia postać rzeczy. Twój partner powinien iść na terapię dla DDA.
    Inaczej oboje się zamęczycie. Ty jego - presją, on Ciebie - brakiem inicjatywy.
    Poczytaj w necie o DDA, o współuzależnieniu, wiele Ci sie wyjaśni.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • pade 13.11.13, 10:41
    I jeszcze jedno.
    Dla Ciebie do przerobienia: dlaczego na partnerów wybierasz osoby uzależnione bądź współuzaleznione? Jaką Twoją potrzebę mieli zaspokoić? Co Cię do nich przyciągnęło?
    Szczerze sobie odpowiedz, bez samooszukiwania. Będziesz miała jasność co do Twoich oczekiwań. Potem przyjdzie kwestia rozważenia, czy są one realistyczne.
    Fakt, że wcześnie straciłaś ojca i wzięłaś odpowiedzialność za rodzinę też nie pozostaje bez wpływu.
    Masz sporo do przerobienia.
    Ja bym proponowała terapię dla Was obojga. Dla partnera DDA, dla Ciebie psychodynamiczną.

    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 09:28
    Nie mam czasu tłumaczyć swoich wypowiedzi Sebaldzie, bierze je opacznie, podobnie jak nagina, że facet opłaca kredyt i mieszkanie - to jego pensja tylko na to stracza. Opłacałby, gdyby to było ponad jego utrzymanie.

    Twój watek bardzo mnie przykuł, nie umiem sobie jeszcze uświadomić czemu. Wczoraj wieczorem nawet przeczytałam go mężowi, żeby powiedział, co myśli. Najpierw mnie spytał, czy dobrze znasz dom chłopaka, ale wczoraj nie było tylu info. Powiedział, że jako facet widzi to tak, że on uciekł "od jednej mamusi do drugiej".

    Ja jako dziecko z rodziny alkoholika dodam od siebie, że być może masa działań, które podejmował w młodości zwyczajnie go juz zmeczyła. ja tak w pewnym momencie się poczułam. I stąd człowiek chce, żeby teraz inni już wszystko za niego zrobili. Ja osobiście z tego wychodzę, ale zawsze w dorosłości byłam na swoim utrzymaniu, stąd może nie ma u mnie tego aspektu finansowego żerowania. No współczuję Ci, jak współczuję czasem swojemu mężowi. Choć ma coraz łatwiej, bo zajęłam się terapią, teraz ją zaczynam kontynuować (dzięki przywołaniu do porządku przez Tully, bardzo jej jestem wdzięczna:)).
    Jak coś mi przyjdzie do głowy, to napiszę.

    Źle jednak, że kłamie. Długa droga przed takim człowiekiem pewno.
  • ad.a6 13.11.13, 09:39
    Bardzo dziękuję, że nie skreślasz od razu, tylko wnikliwie czytasz, analizujesz i próbujesz pomóc (nie sama, widzę :), ale to tylko lepiej). Nie wiem, co nim kieruje, kierowało dawniej.... zauważyłam, że drobne kłamstewka przychodzą mu z łatwością i wtedy jest tak, że jak rzeczywiście się coś dzieje to też uważam to za kłamstwo i lekceważę. Całe jego dotychczasowe życie, jego tamten dom uważam za chory, powinien odciąć się i rozpocząć terapię. Nie odciąć się - zostawić co moje żeby tatuś mógł spieniężyć, ja bym wzięła wszystko, co moje, choćbym miała ogołocić pół domu. Chcesz to pij, ale pij za swoje, a mamuśka, męcz się, jak ci tak dobrze, jak ci bieda do garnka zajrzy, sama go rzucisz. On tego nie umie powiedzieć. Jak to zmienić? Co zrobić? Ja coraz bardziej czuję że tego nie udźwignę sama.
  • ad.a6 13.11.13, 09:48
    Ja jednak potrafiłam się pozbyć z domu alkoholika, tzn ja wraz z córką od niego uciekłam, nawet nie burzył się specjalnie. Po 7 latach poznałam mojego W, ujął mnie właśnie tym, że nie pije, nie pali (ma wstręt do wszelkiego rodzaju używek), jest spokojny, cierpliwy, z poczuciem humoru, zadbany (2 razy dziennie pod prysznicem) - i to się obróciło przeciwko mnie, bo to ja mam niedopłaty za wodę w rocznym rozliczeniu. Czy ten chory dom będzie się cały czas za nami ciągnął? Czy nie można się skutecznie odciąć (mama, pomogę Ci dopiero, jak pozbędziesz się problemu, a teraz sorry, muszę wziąć co moje, bo tak głupio wejść do czyjegoś domu z gołą dupą) bez żadnych konsekwencji?
  • rurek00 13.11.13, 09:59
    > Jak to zmienić? Co zrobić? Ja coraz bardziej czuję że tego nie udźwignę sama.

    Nie zmienisz, i nie udźwigniesz. Masz za sobą związek z alkoholikiem, teraz zafundowałaś sobie związek z dzieckiem alkoholika. I w zasadzie ledwo gościa znając i nie znając jego rodziny, zdecydowałaś się z nim zamieszkać, na dodatek ładując się w kredyt. Zamiast desperacko szukać związków, powinnaś się raczej skupić na swoim rozwoju, żeby kolejnym razem wybrać lepiej. Zupełnie tego nie rozumiem, czemu się tak męczycie. Oczywiście nawzajem zaspokajacie swoje chore potrzeby i tak trwacie, tylko, że to bez sensu.
  • pade 13.11.13, 10:51
    kłamstewka też są typowe dla dda
    a przede wszystkim totalny brak poczucia własnej wartości
    on się czuje coś wart tylko gdy pomaga matce, ojcu, albo Tobie np. przy córce
    nie wierzy w swoje umieętności, w swoją wartość, dlatego ma kłopoty z pracą
    Ty go postrzegasz inaczej, ale to Twoje postrzeganie
    on tego nie czuje, nie wierzy

    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • sebalda 13.11.13, 10:13
    paris-texas-warsaw napisała:

    > Nie mam czasu tłumaczyć swoich wypowiedzi Sebaldzie, bierze je opacznie, podobn
    > ie jak nagina, że facet opłaca kredyt i mieszkanie - to jego pensja tylko na to
    > stracza. Opłacałby, gdyby to było ponad jego utrzymanie.

    No ja faktycznie nie rozumiem, co Ty piszesz. To opłaca kredyt i czynsz, czy nie opłaca? Autorka w pierwszym poście tak właśnie napisała, całą pensję przelewa na jej konto i ona tym spłaca kredyt i czynsz. Czy on zje za więcej?
    Czyli tak: ona go wykopuje z życia. Traci jego pensję, sama opłaca kredyt i mieszkanie, będzie jej lżej? On zostaje sam. Ma swoją pensję dla siebie. Może sobie sam kupić ubranie co jakiś czas, a nie liczyć na jej łaskę. On teraz nie ma nic, kompletnie, skoro cała pensja idzie na jej konto, ja nie rozumiem, co ona jeszcze chce od niego, ma jej oddać krew?
    I nadal nie rozumiem, gdzie jest jego przemoc. Mimo wszystko, chciałabym, Paris, żebyś brała odpowiedzialność, za to, co piszesz i jednak wyjaśniła, czym przejawia się przemoc tego faceta? Wiesz, jak on się czuje, gdy oddaje całą pensję, ona mu coś łaskawie kupi, ale potem ciągle wypomina? Facet ewidentnie ma przechlapane w rodzinnym domu, ewidentnie jest jakoś uwikłany, ale żeby zaraz przemocowiec??? Ja się dziwię, co go jeszcze przy niej trzyma, bo ciężko jest żyć w ciągłych pretensjach, że jest się do niczego:(
  • joanna772 13.11.13, 10:58
    Gdybyście byli na przykład parą studentów bez obciążeń finansowych, to napisałbym ci, że można jeszcze coś zrobić - mój na przykład osobisty mąż był w czasach studenckich i w początkach kariery zawodowej takim lekkoduchem, ale w miarę upływu lat, zmian w naszym życiu, no i nie ukrywam mojej pewnej ingerencji, to się zmieniło. Nadal ma lekką rękę do pieniędzy, wiem, że tak zawsze będzie, ale potrafi się ogarnąć i przepuszcza jedynie nadwyżki. Mógłby je oszczędzać, ale nie ciosam mu kołków na głowie z tego powodu, wiem, że ta jego "rozrzutność" ma głębsze podłoże.
    Ale razi mnie u ciebie przeliczanie wszystkiego, ile się kąpie, ile zje itd. Sorry, ale to chore, to są podstawowe potrzeby, nie wiem ile tego kredytu płacisz, ale spróbuję przeliczyć. On zarabia najniższą krajową czyli jakieś 1200 niecałe, powiedzmy, że kredyt i czynsz to 1500, moim zdaniem sprawiedliwie jest dzielić się pół na pół, czyli wynika z tego, że zostaje mu jakieś 450 zł, czy wydajesz tyle na jego jedzenie i nadwyżkę za wodę? Ale policz sprawiedliwie, podziel przez osoby w gospodarstwie itd.
    Poza tym takim ciosaniem kołków nic nie osiągniesz, koleś zamknie się w sobie i tyle z tego będzie. Uświadom sobie, że on nie spełni wymagań, które mu stawiasz, to nie ten typ.
  • ad.a6 13.11.13, 11:28
    Johana: mi chodzi o poczucie odpowiedzialności za rodzinę, poczucie, że zrobiłem już wszystko co było można, z domu zabrałem wszystkie SWOJE rzeczy. Czy tylko czynsz i kredyt się liczy? Trzeba jeść, ubrać się, korzystać z JAKIEGOŚ komputera, oglądać JAKIŚ telewizor, spać NA CZYMŚ i pod CZYMŚ? Dlaczego ja nie mogę korzystać z jego "kawalerskich" rzeczy, a on z moich - tak? I jeszcze raz powtarzam - nie chodzi mi o to że pieniędzy nie ma. Są - ale, ja mam jeszcze kilka par butów z dobrych czasów, ale jego muszę obkupić na kolejną zimę, bo przyjechał w jednych butach, i ja nic innego nie kupuję, tylko jemu i dziecku, sobie nic. Dziecko rozumiem, wyrasta, ale dorosły, dojrzały facet 32 lata, powinien mieć jakiś majątek z lat ubiegłych?
  • sebalda 13.11.13, 11:44
    dojrzały facet 32 lata, powinien mieć
    > jakiś majątek z lat ubiegłych?
    A jak on to tłumaczy? Dlaczego nie może pojechać po te rzeczy?
    Gdybyś mu nie zabrała całej pensji, to mógłby sobie sam kupować, ale tak?
    Najpierw wmanewrowałaś go w kredyt, potem urządziłaś mieszkanie, a teraz mu wszystko wypominasz? Jak można komuś zabrać pieniądze, a potem mieć pretensje, że on nic nie ma???
    Chłopak ma kolosalne problemy wyniesione z domu, nie można od niego wymagać tego, co od zwykłego, zaradnego faceta. Dziewczyny mają rację: wybierasz alkoholików lub współuzależnionych. Albo ponosisz konsekwencje takich wyborów, albo kończysz ten związek i idziesz na porządną terapię.
    Czy będzie Ci lżej (finansowo i logistycznie), jak go pogonisz? Wolisz sama to wszystko dźwigać, czy jednak dać mu szansę, ale nie ciągle go obarczając winą za słabą zaradność i za to, że niczego nie wziął z domu? Może uniósł się honorem, bo matka go wypędziła z domu, gdy się zorientowała, że straciła pomoc we współuzależnieniu od ojca alkoholika? Nie jesteśmy facetami, nie wiemy, jak to działa w takich sytuacjach. Dla Ciebie te wszystkie dobra materialne są naprawdę AŻ tak ważne? Czujesz coś jeszcze do niego? Może dziś Ty mu kupujesz buty, bo on znalazł się (dzięki Tobie, jakby nie patrzeć) w trudnej sytuacji, ale za jakiś czas on się jakoś pozbiera i to on będzie Ci kupował?
  • ad.a6 13.11.13, 11:46
    Ja w ogóle nie rozumiem, jak można przez całe swoje kawalerskie życie nic nie odkładać, nie mając kosztownego hobby, drogich ciuchów, nic. Pytałam go o to setki razy. Odpowiedź jest tylko jedna: pomagałem rodzicom spłacić kredyt hipoteczny i ładowałem kasę w dom. OK, to w takim razie powinien zażądać kategorycznie (skoro ładował w ten dom tyle kasy i czasu), że ma prawo mieszkać w nim wraz ze swoją kobietą i ewentualnymi dziećmi? Albo skoro już tam nie mieszka, to rodzice nie powinni mu czegokolwiek oddać w ramach spłaty- rekompensaty? Jak to widzicie? (wyprzedzam kolejne zarzuty - on nie chce żadnego spadku ani długów, wiem że chce się zrzec, z tego co mówiła matka na domu siedzi już windykacja).
  • ad.a6 13.11.13, 11:53
    Sebalda: kasa przelewana jest na moje konto z obawy o to, że mamusia zastęka że opału na zimę nie ma a synuś wyśle. No ciekawe - czy gdyby otrzymywał swoje wynagrodzenie na własne konto, i chciał wynająć jakieś mieszkanie, do tego wyżywić się i ubrać, jeździć autem, zapłacić tv kablową, internet, telefon, a do tego dobrze zjeść jak ma gdy jest ze mną, czy by dał radę. Z najniższą - z pewnością nie. Zwykła, umeblowana kawalerka u nas to koszt miesieczny ok 700-800 zł. Dołóż do tego całą resztę. Ja z dzieckiem z moimi dochodami poradzę sobie, skromnie, bo skromnie, mieszkanie będzie moje, ale nikt nie będzie mi mówił że mam byc bardziej kobieca. Bo niby za co mam być kobieca, skoro kupiłam facetowi wszystko od gaci począwszy i widzę że to nie ma końca? (jak mam jechać na rozmowę kwalifikacyjną skoro nie mam garnituru, butów do garnituru itp, itd......)
  • pogodoodporna 13.11.13, 12:00
    ad.a6 napisał(a):

    > ale nikt nie będzie mi mówił że mam by
    > c bardziej kobieca. Bo niby za co mam być kobieca, skoro kupiłam facetowi wszys
    > tko od gaci począwszy i widzę że to nie ma końca?

    Przepraszam, ze sie wtrace, ale szpilki od Manolo Blahnika nie sprawia niestety, ze bedziesz bardziej kobieca. Zreszta zadne pieniadze tego nie sprawia.
  • molly_wither 14.11.13, 18:12
    Ano mozna. Moj maz mial 29 lat i nie mial nic,poza kilkoma ubraniami (zreszta nie najwyzszych marek).Ale nie patrzylam na to co ma, tylko kim jest. I tak bylo kilkanascie lat.Nie zarabial nigdy duzo,ale na zycie skromne starczalo.Zmienil sie o 180st.kiedy zaczal duzo lepiej zarabiac. Od kilku lat to nie ten sam czlowiek: materialista, liczygrosz i sknera. Chcesz tak? To poczekaj,az znajdzie lepiej platna prace. Wowczas bedziesz miala pieniadze,ale nic za darmo.Pojda za tym wymagania.
    ad.a6 napisał(a):

    > Ja w ogóle nie rozumiem, jak można przez całe swoje kawalerskie życie nic nie o
    > dkładać, nie mając kosztownego hobby, drogich ciuchów, nic. Pytałam go o to set
    > ki razy. Odpowiedź jest tylko jedna: pomagałem rodzicom spłacić kredyt hipotecz
    > ny i ładowałem kasę w dom. OK, to w takim razie powinien zażądać kategorycznie
    > (skoro ładował w ten dom tyle kasy i czasu), że ma prawo mieszkać w nim wraz ze
    > swoją kobietą i ewentualnymi dziećmi? Albo skoro już tam nie mieszka, to rodzi
    > ce nie powinni mu czegokolwiek oddać w ramach spłaty- rekompensaty? Jak to widz
    > icie? (wyprzedzam kolejne zarzuty - on nie chce żadnego spadku ani długów, wiem
    > że chce się zrzec, z tego co mówiła matka na domu siedzi już windykacja).


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • pogodoodporna 13.11.13, 11:47
    Czytam ten watek i czytam, i czekam, az napiszesz cos oprocz slowa "pieniadze" i "majatek", ktore odmieniasz we wszystkich mozliwych przypadkach. Co z Waszymi marzeniami ? Rozmowami ? Spedzanym wspolnie czasem ? Kto usmiecha sie do kogo przy sniadaniu ? Kto troszczy sie o druga osobe jak jest chora? Kto zartuje z corka i odrabia z nia lekcje ? Jak wygladaja Wasze weekendy ? Czy w Twoim zyciu jest tylko waluta na tapecie ?
    Zwiazalas sie z nim, zeby dostarczal Ci kasy, czy z innych powodow ?
  • ad.a6 13.11.13, 11:56
    Niestety czuję się mocno oszukana i to jest główny problem, który nie pozwala mi normalnie funkcjonować. MOże nie tyle brak kasy, jak już wspomniałam, co poczucie bycia oszukaną. Rozmowy były od zawsze i są, ale tylko wtedy się układają, gdy nie ma mowy o konkretach typu (a skąd na to weźmiesz). Wiesz, marzyć można, dzieciaki też o nowej zabawce marzą. Co z tego, gdy rzeczywistość sprowadza mnie na ziemię?
  • ad.a6 13.11.13, 11:59
    Pogodoodporna: dlaczego Ty, i nie tylko Ty zresztą na tym forum, robisz ze mnie materialistkę, skoro, o ile czytasz wątek od początku, widzisz, że dla mnie problemem jest to, żeby faceta jakoś obudzić do działania?. Nie, on nie zabierze rzeczy z domu, nawet, jeśli są jego, bo przecież mamusi żal. A mnie nie jest mu żal? że już nerwowo nie wytrzymuję? Tak, byłabym bardziej kobieca, gdybym miała za co i PO CO. A poza tym może i nie jestem z własnej przekory, on może mieć żądania wobec mnie, a odwrotnie już być nie może?
  • adorra0 13.11.13, 12:04
    Ale to Tobie jest źle i Ty tu piszesz , nie on
  • pogodoodporna 13.11.13, 12:22
    ad.a6 napisał(a):

    > Pogodoodporna: dlaczego Ty, i nie tylko Ty zresztą na tym forum, robisz ze mnie
    > materialistkę, skoro, o ile czytasz wątek od początku, widzisz, że dla mnie pr
    > oblemem jest to, żeby faceta jakoś obudzić do działania?

    Dlaczego robimy z Ciebie materialistke ? No bo nia jestes :-D Ja tez nia jestem, ale walcze z tym, poniewaz wiem, ze z takim podejsciem do zycia nie zbuduje szczesliwego zwiazku. Nie bede umiala sie wyluzowac i cieszyc sie tym co tu i teraz, zamiast zadreczac sie tym co bedzie jutro.
    Miedzy wierszami Twoich postow wyczytalam, ze seks siada w Waszym zwiazku. To pierwszy objaw Twojej frustracji, potem bedzie juz tylko gorzej, bo facet stanie sie dla Ciebie obrzydliwy (o ile juz sie nie stal).
    Ludzie lacza sei ze soba, zeby bylo im latwiej. Dokladnie sobie wszystko przeliczylas i wyszlo, ze jest Ci gorzej. Twoja sprawa jakimi kryteriami sie kierowalas dochodzac do takich wnioskow - nie mnie to oceniac. Kazdy ma swoja hierarchie wartosci.
  • ad.a6 13.11.13, 12:50
    Ja z tym nie walczę, ale też i luksusów wielkich nie chcę. Chcę tzw normalności, mieszkania, przeciętnej klasy samochodu, od czasu do czasu zjeść na mieście, pójść gdzieś, kupić coś nowego do ubrania. Od zawsze to miałam i żyłam na pewnym pułapie. Poniżej tego pułapu już nie umiem. Każdy ma jakiś komfort życia, coś jest dla niego normą, poniżej tego już nie. Przeliczyłam sobie na podstawie jego opowieści - skoro wraz z rodzicami mają i utrzymują taki duży dom to po pierwsze: albo facet nieźle zarabia, albo ma łeb na karku, w jego opowieściach był taki jakiś optymizm, który mnie urzekł. Było kilka sygnałów ostrzegawczych, na które albo nie zwróciłam uwagi, albo potraktowałam zupełnie odwrotnie, jednym z nich był np przyjazd do mnie na stopa, w chwili awarii samochodu zimą. Zamiast pomyśleć sobie że dorosłego faceta nie stać na bilet PKP uznałam że to jest przejaw jego determinacji. I temat seksu: tak, było super, ale już nie jest. Dla mnie to objaw patologii radosne uprawianie seksu w obliczu problemów. Poza tym pamiętam, gdy przyznał mi rację, gdy mu o tym powiedziałam. Ja się potrafię wyluzować, wyłączyć, co za tym idzie uprawiać seks, gdy nie czuję żadnego napięcia, zagrożenia, gdy są zrealizowane wszystkie inne potrzeby. Tak już mam. POza tym seks z W, gdy do mnie przyjeżdżał w weekendy, był pewną odskocznią po całym tygodniu ciężkiej pracy, i nawet nie stanowiło problemu, że u mnie nocuje, kąpie się, że robię więcej zakupów, stawiam kolację, funduję bilet na koncert. Zaczęło mnie zastanawiać, że zawsze gdy coś razem kupowaliśmy, on nigdy nie miał karty, albo kasy, kiedyś powiedział że całą wypłatę oddał mamie bo ojciec przepił a ratę kredytu trzeba było zapłacić. Popłakał się wtedy, było mu głupio. Myślałam naiwnie, że odetnie się od tej rodzinki.
  • t1ffany 13.11.13, 13:00
    Przeliczyłam sobie na podstawie je
    > go opowieści


    Nie, Ty nie jesteś materialistką. No skądże!
  • sebalda 13.11.13, 13:21
    Ada, ale Ty też masz problemy z realistyczna oceną. Kupiłaś mieszkanie na kredyt, a chcesz żyć dalej jak przedtem, bez problemów finansowych, chcesz tego samego standardu (ja też chcę, ale realia są, jakie są). Jak ma się kredyt, a przychody nie zwiększyły się znacznie, trzeba sie liczyć z okresem zaciśnięcia pasa. Poza tym, jak byś nie widziała, wokół jednak jest kryzys, cokolwiek by na ten temat nie mówił nasz premier. Pracuję w branży wydawałoby się stabilnej, a i moją firmę dopadły problemy, są liczne zwolnienia i cięcie kosztów. Mąż podobnie - branża rozwojowa i wydawałoby się zawsze potrzebna - a tu nagle przestała taką być, bo ludzie mało zarabiają i ich nie stać. I tak jest wszędzie. Jestem optymistką i liczę na to, że może moim dzieciom będzie lepiej, że kryzys kiedyś się skończy, ale teraz wiem, że marzenia o wyjściach do restauracji mogę sobie darować.
    Każdy Twoj post to rozliczanie chłopa i zawód, jak to się przeliczyłaś. Choćbyś nie wiem jak zaprzeczała, jesteś materialistką i z tym facetem nie osiągniesz tego, o czym marzysz. Jedna woli ciepłego, oddanego, dobrego, inna operatywnego i bogatego. Nie należysz do tych pierwszych, więc daj sobie spokój.
  • pade 13.11.13, 13:26
    Przeczytałam sobie Twój wątek na forum oszczędzamy i mój wniosek jest taki: masz nierealne oczekiwania. Nie tylko co do partnera, ale do pracy, życia w ogóle.
    Masz ogromny problem do przepracowania z kimś mądrym.
    Nie tylko W. ma problem, Ty rownież.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • ad.a6 13.11.13, 13:34
    Możliwe. Mam problem. Bo w wieku 34 lat powinno się mieć już pewną stabilizację. Ale my oboje to dwóch takich, którzy z domu nic nie dostali. Tacy ludzie chyba zawsze mają gorzej na wstępie. W życiu po 40tce nie zdecydowałabym się na dziecko, wiedząc, że nic mu nie zapewnię, bo mogę po prostu nie zdążyć, jak moi rodzice.
  • adorra0 13.11.13, 12:01
    No cóż.....pytaniem "a skąd na to weźmiesz?" zabijasz w zarodku wszystkie marzenia.
  • molly_wither 14.11.13, 18:14
    A mnie najbardziej zszokowalo sformulowanie "uprawianie seksu". Zawsze myslalam,ze ludzie sie kochaja, nie uprawiaja seks. Seks mozna uprawiac dla sportu.


    pogodoodporna napisał(a):

    > Czytam ten watek i czytam, i czekam, az napiszesz cos oprocz slowa "pieniadze"
    > i "majatek", ktore odmieniasz we wszystkich mozliwych przypadkach. Co z Waszymi
    > marzeniami ? Rozmowami ? Spedzanym wspolnie czasem ? Kto usmiecha sie do kogo
    > przy sniadaniu ? Kto troszczy sie o druga osobe jak jest chora? Kto zartuje z c
    > orka i odrabia z nia lekcje ? Jak wygladaja Wasze weekendy ? Czy w Twoim zyciu
    > jest tylko waluta na tapecie ?
    > Zwiazalas sie z nim, zeby dostarczal Ci kasy, czy z innych powodow ?


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 11:59
    Zaczęło padać, to wracam do domu:) Przemyślałam kilka spraw.
    Pewnie przykuł mnie Twój wątek, bo gdzieś między wierszami nawet znajdę dziecko alkoholika. Nie wiem, jak działa taka odpowiedzialność za rodziców, jak u Twojego partnera, bo z innego układu rodzinnego się wywodzę. Miałam dość duże oparcie w dziadkach, stąd raczej byłam w opozycji do wnerwiajacych mnie rodziców i nigdy nie byłam ich "ratownikiem". Ale o pieniądzach w domu alkoholika mogłabym napisac esej. Masz rację, że chłopak powinien zabrać "co jego". Ale pewnie nie umie:( Pamiętam jak postanowiłam sobie, że wyjdę za mąż jak będę całkowicie na swoim utrzymaniu, jak będę też mogła za swoje pieniądze kupić sobie wszystko do ślubu i wyprawić wesele. I gdy mój ślub się zbliżał, mój ojciec wtedy już nie żyjący z mamą, nie pijący, dał mi i mojemu narzeczonemu wtedy pieniądze, które odkładał na moją "nową drogę życia". To było dla mnie niesamowite, takie zdarzenia dają siłę, pokazują, że człowiek coś dla kogoś jest warty. Nie chodzi o sam aspekt finansowy.
    Myślę, że masz rację więc, że np. powinien wziąć ten komputer. Nie wiem, czemu nie zabral kurtki, butów, etc. Ale to sa czasem bardzo zakręcone sytuacje. On chyba jest ostro jeszcze w ten układ uwikłany. Wiem tylko, że takie domu rozwałkowują psychikę w te i nazad, ale każdy ma swój krzyż. Chociaż dla partnera to baaardzo trudne, bo sama widzisz, że jesteś jego odreagowaniem i opiekunem, a sił masz coraz mniej i coraz gorzej się czujesz. Ja bym uciekała, ale nie wiem, jakie mimo wszytsko uczucie Was łączy. Wszak miłość wszystko przetrzyma:)

    Sebaldo,
    1. pisałam o małym aspekciku przemocy. Facet powiedział kobiecie coraz gorzej wygladającej i bez pieniędzy, żeby coś zrobiła i była bardziej kobieca. I dałam link o przemocy werbalnej polegającej właśnie na czepianiu się aspektu "kobiecości". Przeczytaj mój post jeszcze raz i artykuł z linku, zobacz, jakie to ciekawe. Nie pisałam, że facet jest przemocowcem (choć może i pasożytem wobec Autorki, ale nie nazwę tego przemoca ekonomiczną). Artykuł dotyczy dokładnie kwestii, o której pisze Autorka.
    2. Chłopak nie opłaca kredytu i mieszkania wg mnie, bo jego pensja mimo, że przelewana na konto Autorki, nie jest "funduszem celowym", a przekazaniem pieniędzy, żeby ona nimi zarządzała, żeby go z tego utrzymać i wszystko inne zapewnić. Czego brakuje, ona ma zapewnić - on mówi "idź i zarób, ja nie umiem". Nie sądzę, by jego pensja wystarczyła nawet na jego utrzymanie, jesli by wliczyć np. jego "część" czynszu. Ale jak gdzieś wczoraj pisałam, aspekt finansowy tylko wydobył pewne kwestie, co dzis lepiej widać.
  • pogodoodporna 13.11.13, 12:08
    paris-texas-warsaw napisała:
    > 1. pisałam o małym aspekciku przemocy. Facet powiedział kobiecie coraz gorzej w
    > ygladającej i bez pieniędzy, żeby coś zrobiła i była bardziej kobieca. I dałam
    > link o przemocy werbalnej polegającej właśnie na czepianiu się aspektu "kobieco
    > ści". Przeczytaj mój post jeszcze raz i artykuł z linku, zobacz, jakie to cieka
    > we. Nie pisałam, że facet jest przemocowcem (choć może i pasożytem wobec Autork
    > i, ale nie nazwę tego przemoca ekonomiczną). Artykuł dotyczy dokładnie kwestii,
    > o której pisze Autorka.

    Przytoczony prze Ciebie artykul jest, wedlug mnie, nieadekwatny do sytuacji, poniewaz mowi nie tylko o czepianiu sie aspektu kobiecosci, ale rowniez o krytyce postawy "malo meskiej" (casus nieudacznika, ktory za malo zarabia ). Sama widzisz, ze w tym przypadku, to na dwoje babka wrozyla. Pani z panem sa 1:1 ;-)
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 12:21
    Ale w moim poście w post scriptum to właśnie napisałam. Od nazwania faceta nieudacznikiem juz niedaleko do impotenta...
  • joanna772 13.11.13, 12:01
    No powinien, powinien, dlatego piszę, że nie rokuje ten mężczyzna. Przez lata pod rodzicielskim dachem, z mamą dewotą, którą zapewne musi chronić przed całym złem tego świata, i tatą alkoholikiem, jakoś to było, ale teraz wizja odpowiedzialności za nową rodzinę go przerosła.
    Tylko tak naprawdę, czy twoje z nim pogadanki (zmieść pod tym pojęciem, co chcesz: kłótnie, zrzędzenie, krzyki i spokojne rozmowy) coś zmieniły w owym panu? Nic, prawda?
    A to, co napisałam o twoim przeliczaniu wszystkiego podtrzymuję, aczkolwiek staram się zrozumieć ten mechanizm, sama byłam na krawędzi takiego stanu, gdy mój mąż niedługo po studiach postanowił realizować swoją pasję i spróbować z niej żyć, więc rzucił pracę na jakiś czas, a ciężar utrzymania naszej dwójki spoczął prawie wyłącznie na mnie. Było ciężko, chociaż żyliśmy bez zobowiązań finansowych, ale do dziś pamiętam niemalże histerię, w jaką wpadłam, gdy dostaliśmy rozliczenie za wodę i była niedopłata na kilka stów, a my mieliśmy budżet napięty jak postronek. Tyle, że mój mąż wyciągnął z tego mądry wniosek, że musi wrócić do pracy, co też uczynił.
  • ad.a6 13.11.13, 12:18
    Ja mam świadomość upływającego czasu i ogarnia mnie czarna rozpacz pod tytułem "nigdzie nie pojadę, nic nie zobaczę", bo ciągle jest coś. Co nadgonię i zaczyna być "fajnie" to pojawia się jakiś problem, ostatnio w samochodzie otworzył się worek z naprawami. No ale nie o to mi chodzi. Chodzi o jego poczucie odpowiedzialności. Dodatkowo to typowy facet do "pracy umysłowej" czyli innej pracy się boi, że nie podoła, to samo mam w domu, do głupiej wymiany syfonu w łazience mój W. wzywa ekipę i na tym się kończy jego rola. Myślałam że te 3 lata będą dla niego jakąś lekcją. Że zacznie się starać robić chociaż proste naprawy w domu. Tymczasem - odwrotnie - czuje że chwilę jest "lepiej" finansowo - to wzywa fachowca od tego czy tamtego, od każdej pierdoły, i w ten sposób skutecznie wyzbywam się każdej, nawet najdrobniejszej, uzbieranej kwoty.
  • ad.a6 13.11.13, 12:20
    Mam sabotować? powiedzieć że np nie umiem gotować i od dziś jemy na mieście? To samo z prasowaniem, sprzątaniem, myciem okien?
  • sebalda 13.11.13, 12:38
    Wiesz dlaczego powinnaś się z nim rozstać? Bo go nie szanujesz. A bez szacunku związek prędzej czy później staje się męczarnią. On jest dla Ciebie nikim. Nie ma pieniędzy, nie jest "złotą rączką", pomaga mamusi, ma swój honor (dla Ciebie bezsensowny), jest nieudacznikiem, musisz mu kupować ubrania, normalnie zero nie facet. Jego tekst na temat Twoje kobiecości jest jak nic wątłą próbą odgryzienia się. Pewnie raz w nim coś pękło. Wielka przemoc werbalna:P
    Córki tylko żal, bo jeśli nie zatrułaś jej jeszcze swoim materializmem i wartościowaniem ludzi na podstawie posiadanych zasobów i przedsiębiorczości, to pewnie się do faceta przywiązała.
    Niemniej dla dobra Was wszystkich powinnaś go uwolnić. Jak najprędzej.
  • joanna772 13.11.13, 12:44
    No z tym się zgodzę, nic ci się w nim nie podoba, masz wkodowany wzorzec mężczyzny - zaradny, dobrze zarabiający, złota rączka itd. - strasznie to stereotypowe. No i co z tego, że nie jest majsterkowiczem, nie każdy facet musi nim być, lepiej żeby wezwał fachowca, który zna się na rzeczy, niż ma sam dłubać i w końcu nie naprawić, zresztą podejrzewam, że to naraziłoby go na kolejną falę krytyki z twojej strony.
  • t1ffany 13.11.13, 12:55
    > Wiesz dlaczego powinnaś się z nim rozstać? Bo go nie szanujesz.

    O to to. A córcia patrzy i chłonie fantastyczne wzorce.


    Tak, byłabym bardziej kobieca, gdybym miała za co

    Kobiecość też jest do przeliczenia na złotówki u Ciebie? Bomba.
    Sebalda dobrze pisze: daj facetowi święty spokój, zostaw go. A potem poszukaj przyczyny dla której po alkoholiku wybrałaś DDA bo to tu leży pies pogrzebany.
  • ad.a6 13.11.13, 13:30
    Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku? Poza tym bardzo lubię (a raczej lubiłam) spontaniczne zakupy ciuchowe. Nie tylko "gdy się podrze". To coś złego w tym, że ukończyło się studia, pracuje i kupi to o czym się marzyło?
  • adorra0 13.11.13, 13:34
    Wiesz co najpiękniejszy makijaż, wymarzone ciuchy i najmodniejszy fryz nie pomoże kiedy w środku siedzi jedza cała w pretensjach. Wybacz, ale tak to widzę.
  • ad.a6 13.11.13, 13:38
    Wiesz, masz rację, nie mówię że nie, bo TERAZ rzeczywiście tak jest. Ale to chyba w obie strony działało, skoro ja widziałam coś w nim to on we mnie też.
  • adorra0 13.11.13, 13:41
    I myśle, że on nadal widzi, tylko się broni przed kolejnym zranieniem.
  • ad.a6 13.11.13, 13:44
    Może widzi, bo nadskakuje.... tylko ja nienawidzę patrzeć w lustro. Do tego te problemy z włosami i natarczywe bóle głowy :( nie wiem co to jest.
  • ad.a6 13.11.13, 13:55
    Ja lubię spontan w życiu. Pierwsze małżeństwo (trwało tylko rok na szczęście) to było szczeniackie zauroczenie i sporo lat jestem przyzwyczajona żyć w sensie zakupowym na luzie. Przykładowo, w galerii podobały mi się buty to kupowałam, nie miałam nikogo i nic na sumieniu. Nikt mi nie zaglądał do talerza ani na konto. Teraz partner też mówi "kup sobie", co mi po tym spontanie, skoro potem będę go żałować?
  • pade 13.11.13, 14:03
    na tym m.in. polega dorosłe życie, dojrzałość
    wszystkiego nie da się mieć, zawsze jest coś za coś i (ode mnie) po coś
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • lucerka 14.11.13, 14:40
    Dorosnij. Wszystkiego miec nie mozna a jak sie chce to trzeba samemu zarobic.
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 13:58
    Jak m ówi moja mądra książka o chorobach (tak, ta co zawsze ją wychwalam:))) - bóle głowy = masz za dużo na głowie. No jakby sie zgadza z opisem sytuacji...
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 14:05
    Nie, sorry, zajrzalam, z tymi bólami głowy sprawa jest znacznie bardziej zakręcona. Jak masz maila gazetowego, to Ci prześlę skan przy okazji. Jest też o wypadaniu włosów, ale takie oczywistosci (siła życiowa etc.).
  • sebalda 13.11.13, 14:11
    ad.a6 napisał(a):

    > Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak
    > można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku? Poza tym bardzo
    > lubię (a raczej lubiłam) spontaniczne zakupy ciuchowe. Nie tylko "gdy się podrz
    > e". To coś złego w tym, że ukończyło się studia, pracuje i kupi to o czym się m
    > arzyło?

    Kobiecość to nie szpilki, drogie kiecki i kremy z górnej półki, ale o tym trzeba by za dużo pisać.
    Torebki skórzane też Ci się marzą, tudzież wyjazdy do tropików? Z kredytem mieszkaniowym na karku, który przyjdzie Ci teraz samodzielnie spłacać, bo jak tak dalej pójdzie, nawet jak sama nie pogonisz, to facet i tak sam ucieknie? Albo i nie, bo to chyba dobra chłopina jest, nie odważy się sam:P
  • zuzi.1 13.11.13, 15:37
    no może i dobra ta chłopina, ale taka przy której ada dłuuugo będzie musiała robic za siłaczkę..., a dla mnie wzywanie fachowców gdy kasy niet oznacza pewną nonszalancję, może trzeba kolegów popytac jak co zrobic, zajrzec do internetu i samemu się poduczyc trochę techniki, skoro ojciec niczego syna nie nauczył, a nie wzywac fachowców a ada płaci...jak się wzywa fachowca to trzeba miec kasę aby zapłacic a nie przerzuca się zapłatę na współpartnera, to niedojrzałe... i te teksty typu no to kup sobie nalezy potraktowac serio, ada spełniaj od czasu do czasu swoje marzenia i potrzeby i dziecka też, bo się wypalisz do końca i sfrustrujesz, zamiast kupowac chłopu kupuj sobie i dziecku, niech on wysili się na swoje własne potrzeby, na ile lat ten kredyt jest?
  • t1ffany 13.11.13, 16:32
    .jak się wzywa fachowca to trzeba miec kasę ab
    > y zapłacic a nie przerzuca się zapłatę na współpartnera, to niedojrzałe...


    Jeżeli jest się analfabetą technicznym to samodzielne kombinowanie generuje dodatkowe koszty. Na jakiej zasadzie widzisz "przerzucanie" zapłaty? Ciągle demonizujesz, choć od wczoraj już Ci się głowa ochłodziła :P

    Wątkodajka pisze (w innym wątku) że zarabia około 2000 netto (w wakacje mniej), jej partner zarabia minimalną (1270 netto) plus jakieś prowizje, które przecież nie wynoszą ciągle zero, bo by go pogonili. Piszesz w takim tonie, jakby on był jakimś skrajnym utrzymankiem - a nie jest.

    Ponadto jest jeszcze motyw jego wypłaty która w całości trafia na pani konto, żeby przypadkiem pan nic nie wysłał swojej mamie. Idę o zakład, że gdybyś przeczytała tą samą historię tylko z zamienionymi płciami bohaterów (wypłata żony idzie na konto męża żeby nie mogła matce nic wysłać) to para by Ci uszami poszła :P
  • sebalda 13.11.13, 16:40
    > Jeżeli jest się analfabetą technicznym to samodzielne kombinowanie generuje dod
    > atkowe koszty.

    Ja na przykład jestem analfabetką manualną. Jak mam zaszyć dziurę, to z reguły wygląda gorzej, niż jak bylo z dziurą:)))
    Jedni mają smykałkę, inni nie. Może jest dobry w innych dziedzinach, nie każdy rodzi się człowiekiem renesansu. Autorka pisała, że to intelektualista.
  • danaide 21.11.13, 16:50
    Ja to zanim dziecku dziurę zaszyję to już wyrosło...
    Ale można też spróbować wymienić umiejętności. Np. pouczę angielskiego za usługi złotej rączki. Nie mówię, że ada, bo ona pewnie pomyśli, że ona.

    --
    Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
    Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
  • pogodoodporna 13.11.13, 16:43
    zuzi.1 napisała:

    > może trzeba kolegów popytac jak co zrobic, zajrzec do internetu i
    > samemu się poduczyc trochę techniki, skoro ojciec niczego syna nie nauczył, a n
    > ie wzywac fachowców a ada płaci..

    Ja to widze inaczej- niech pani nauczy sie majsterkowac. To nic trudnego, trzeba tylko chciec. Skad w ogole ten pomysl, ze to mezczyzni musza wszystko w domu naprawiac ? A pan moglby w zamian gotowac. Nie umie ? Niech sie nauczy. Skoro pani mogla sie nauczyc majsterkowac, to on tez bedzie potrafil w garnku zamieszac. I ona jeszcze na tym wygra, bo naprawy w domu zdarzaja sie sporadycznie, a przygotowywac posilki trzeba codziennie.
  • pogodoodporna 13.11.13, 16:51
    ad.a6 napisał(a):

    > Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak
    > można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku?

    Mozna, zapewniam Cie. Ja zaczealam od wytrwalaych, codziennych cwiczen. Taka sobie stara mate do cwiczen ulozylam miedzy umywalka, a muszla klozetowa w lazience, bo gdzie indziej nie mialam miejsca. I strasznie sie zawzielam ;-) Ale teraz jak spojrze w lustro i widze super tylek i plaski brzuch, to jestem na sto procent pewna, ze cena ciuchow jakie na siebie wloze jest kompletnie bez znaczenia, bo i tak swietnie wygladam :-)
  • pogodoodporna 13.11.13, 17:00
    ad.a6 napisał(a):

    > dojrzały facet 32 lata, powinien mieć
    > jakiś majątek z lat ubiegłych?

    Pytasz, wiec odpowiadam - to sa nierealne oczekiwania. Jak bys sie czula, gdyby pan powiedzial Ci, ze powinnas np. nie miec " z lat ubieglych" dziecka ? Absurdalne prawda? Rozumiem, ze chcialabys zwiazac sie z bezdzietnym kawalerem z posagiem, ale w naszym wieku to raczej nierealne. Przeszlosc nalezy zostawic w spokoju i zajac sie budowaniem tego co tutaj i teraz.( Na pocieszenie pomysl sobie, ze pan nie ma "garbu" w postaci bylej zony i alimentow na dzieci ;-) )
  • ad.a6 13.11.13, 12:21
    Niestety nie :) on 32, ja 34.
  • notting_hill 13.11.13, 17:16
    Mnie się wydaje, że będzie tylko gorzej. Zobaczcie jaki piękny schemat- laska władowała się w kolejny związek z dysfunkcyjnym facetem, a on powiela w pewnym sensie związek ze swoją matką: przecież ona, podobnie jak ada, chciała od niego pieniędzy i traktowała jak kogoś, kto miał przychodzić z pomocą. Tak sobie luźno dumam, że to jego zrzucanie odpowiedzialności za finansowe dobro rodziny jest podobne do tego, jak musiał czuć się w domu- oczekiwano od niego nadmiarowo jako od dziecka tej odpowiedzialności, więc teraz nie umie jej jako dorosły podjąć w dorosły sposób. A ada weszła jak w masło w rolę tej matki, co to wieczne oczekiwania miała.
    Pewnie bez terapii gość tego w życiu nie zobaczy, ale i tak czuje że coś jest niehalo, więc za jakiś czas będzie się próbował z tego wymiksować, nawet za cenę pozostania (znowu!) z niczym.
  • zuzi.1 13.11.13, 21:55
    notting hill napisała:"Tak sobie luźno dumam, że to jego zrzucanie odpowiedzialności za finansowe dobro rodziny jest podobne do tego, jak musiał czuć się w domu- oczekiwano od niego nadmiarowo jako od dziecka tej odpowiedzialności, więc teraz nie umie jej jako dorosły podjąć w dorosły sposób. A ada weszła jak w masło w rolę tej matki, co to wieczne oczekiwania miała.
    Pewnie bez terapii gość tego w życiu nie zobaczy, ale i tak czuje że coś jest niehalo, więc za jakiś czas będzie się próbował z tego wymiksować, nawet za cenę pozostania (znowu!) z niczym."

    Dokładnie tak, zgadzam się z tym.
  • nie_alicja 13.11.13, 19:35
    autorka sprawia wrażenie, jakby sprawiła sobie kotka i wścieka się, że ten nie szczeka i chałupy nie pilnuje. pan nie ściemniał, że jest kasiasty i z prestiżowa posadą, a zachowujesz się, jakby obiecał u notariusza, że po roku tak będzie.

    masz oczywiście prawo do swoich oczekiwań, ale czemuś się uwzięła akurat na takiego, co ich na pewno nie spełni? szukaj nowego, z kasą i perspektywami, żebyś się poczuła kobieco, jeśli tylko pod tym warunkiem potrafisz. panu daj spokój, może trafi na partnerkę, która doceni jego zalety, a nie będzie rwać reszty włosów nad brakami.

    idealne związki, w których wszystko gra jak chóry anielskie istnieją tylko w bajkach, a i te kończą się na momencie hucznego weselicha. cala reszta to balans między "świetnie", "dobrze", a "do dupy". skoro permanentnie tkwisz w trzeciej fazie, daj panu spokój, sprzedaj mieszkanie, wróć do mamusi i spontanicznych zakupów.

    jakoś dziwnie pewna jestem, że panem się szybko inna chętna zaopiekuje, Ty zaś ze swoimi oczekiwaniami możesz długo poczekać na księcia, chętnego na wymagającą panią po przejściach. to nie złośliwość, tylko realia - jest mnóstwo fajnych kobiet bez pary i trochę mniej męskich ideałów do zagospodarowania od ręki. no to start, zanim zamęczysz siebie i partnera.
  • gaderypoluka 13.11.13, 21:18
    Podpisuję się pod tym co napisałaś. Jest mnóstow pań z dziećmi w tym ja bez problemów finansowych
    które przyjmą do siebie takiego minimalistę co 2 razy dziennie bierze prysznic i nie będę zrzędzić że woda drogo kosztuje:).
    Sztywny podział ról że facet ma zarabiac a kobieta blyszczeć dawno się skończył, jeśli facet zajmuje się dzieckiem i jest miły tudzież sprawdza się w sypialni mogę więcej wnosić do wspólnego budżetu. Ciekawa jestem z jakiego domu pochodzi Ada skoro przyciagneła DDA?
    Czyżby ten obraz zaradnego pana domu wynika faktycznie ze wzoru ojca, czy tylko z imaginacji mamusi o wzorze faceta?
  • paris-texas-warsaw 13.11.13, 21:59
    Ja jeszcze napiszę, że jeżeli zdecydowałabyś się kontynuować ten związek (ja bym się nie zdecydowała m.in. ze względu na kłamstwa, co faktycznie bardzo może zachwiać bezpieczenstwem w związku, przy czym kasa to małe piwo, bo ją zawsze można jakoś zdobyć - nie myślę też, że jesteś materialistką, bardziej, że byłaś nieźle zdesperowana wchodząc w ten nie do konca służący Ci związek - czy to znajomość z internetu???? on - młody, romantyczny, ona - brunetka, niezależna finansowo;)), to radzę Ci:
    1. dokładnie dowiedzieć się, jak faktycznie zaciągnięty jest kredyt na dom rodziców, czy nie jest on jednym z kredytobiorców/poręczycieli. Ja w takiej sytuacji poprosiłabym o raport kredytowy z BIK bodajże, gdzie są uwzględnione ewentualne windykacje, etc. Może też mieć jakieś kredyty konsumpcyjne/być ich poręczcycielem. Te informacje, o tym, że zostawał bez grosza, nie używał karty, jakos dziwnie nie miał akurat żadnej zdolności kredytowej, gdy Ty zaciągałaś kredyt (może ta cała zmiana pracy z czegoś innego niż na pozór Ci się wydawało wynikała) etc. układac się mogą w historię osoby już mającej na karku jakies windykacje.
    2. Dokładnie zastanów się, czy przy Twoim podejsciu do pieniędzy i partnera, poradzisz sobie z sytuacją, gdy jego rodzice byliby wyrzuceni z ich domu lub zostali bez grosza. Wątpię, czy on byłby w stanie pomagać im z w sposób dla Ciebie do przyjęcia. Wiążąc się z nim, wiązałabyś się z nimi.

    Niektórzy piszą, że dobry z niego chłopina, mając chyba na myśli, że on finansowo pomagał rodzicom. Ja bym uznała ocenianie dobry/zły za nieadekwatne w sytuacji jego współuzależnienia. Tak jak jego ojciec wyda wszystko na alkohol, tak on wyda wszystko na ratowanie rodziny. Jak alkoholik wszywa sobie esperal, tak on przekazuje Ci całą pensję, bojąc się, że nią nie bedzie umiał zarządzać (powstrzymać się przed prośbami/wymuszaniem matki). Dopiero po jego pewnie dłuższej terapii i ustabilizowaniu, możnaby faktycznie okreslić jaki on ma stosunek do pieniędzy. Na razie w ogóle jest lekko wg mnie zaburzony jesli chodzi o funkcjonowanie społeczne np. wprowadzenie się do obcej kobiety mającej w sumie nie za wielkie mieszkanie - Twojej matki po bardzo krótkiej znajomości z Tobą, pozwalanie na kupowanie biletów na koncert przez bardzo krótko znaną kobietę.
    Trzymaj się:)
  • zuzi.1 13.11.13, 22:07
    Paris napisała:"Niektórzy piszą, że dobry z niego chłopina, mając chyba na myśli, że on finansowo pomagał rodzicom. Ja bym uznała ocenianie dobry/zły za nieadekwatne w sytuacji jego współuzależnienia. Tak jak jego ojciec wyda wszystko na alkohol, tak on wyda wszystko na ratowanie rodziny. Jak alkoholik wszywa sobie esperal, tak on przekazuje Ci całą pensję, bojąc się, że nią nie bedzie umiał zarządzać (powstrzymać się przed prośbami/wymuszaniem matki). Dopiero po jego pewnie dłuższej terapii i ustabilizowaniu, możnaby faktycznie okreslić jaki on ma stosunek do pieniędzy. Na razie w ogóle jest lekko wg mnie zaburzony jesli chodzi o funkcjonowanie społeczne np. wprowadzenie się do obcej kobiety mającej w sumie nie za wielkie mieszkanie - Twojej matki po bardzo krótkiej znajomości z Tobą, pozwalanie na kupowanie biletów na koncert przez bardzo krótko znaną kobietę."

    Dokładnie. Ten facet jest jak dziecko we mgle.
  • gaderypoluka 13.11.13, 22:13
    Wiesz może na początek zanim zaczniesz udzielać rad innym zrób sobie kompleksową terapię
    swoich problemów, żebyś wiedziała co projektujesz na innych i jest Twoje a co innych.

    Trcacisz kontakt z rzeczywistością wiesz? Nie każdy facet musi zapewniać Ci poczucie komfortu materialnego i emocjonalnego bezwarunkowo a jeśli tak jest i tego oczekujesz to szukasz ojca/ matki a nie partenera, bo właściwie co wg Ciebie kobieta powinna wnosic w związku skoro wszytskim powinien sie zajmować facet? Leżeć, pachnieć i się wymądrzać? Teraz sa inne czasy, nie płacą wszystkim facetom na dzień dobry za to że są samcami i nie w każdym mieście...wiesz?

  • zuzi.1 13.11.13, 22:22
    gaderypoluka napisała:"bo właściwie co wg Ciebie kobieta powinna wnosic w związku skoro wszytskim powinien sie zajmować facet? Leżeć, pachnieć i się wymądrzać?"

    Czy Paris napisała gdzieś, że wszystkim powinien się zajmowac facet a pani powinna tylko lezec, pachniec i się wymądrzac? Nie zauważyłam takiej tresci. Teraz są takie czasy że OBOJE partnerzy w związku powinni wspólnie, razem zapewniac bezpieczeństwo fin. tego związku. Jeżeli ten facet będzie przez kolejne 3 lata zarabiał najniższą krajową, to będzie to oznaczało dla drugiej strony koniecznosc zapewnienia reszty kasy, żeby dało się przeżyc od pierwszego do pierwszego i jeszcze kredyt zapłacic. Skoro pan jest intelektualistą i zna biegle angielski to każdego dnia po pracy biurowej może dorabiac tłumaczeniami na zlecenie lub dawaniem korków, może nie tylko z angielskiego. Tego nalezałoby oczekiwac od dojrzałego męzczyzny, że weźmie odpowiedzialnosc razem z partnerką za realne życie i konieczne wydatki.
  • zuzi.1 13.11.13, 22:30
    i jeszcze gdyby Ci umknęło co robi autorka w tym związku:

    " jestem w domu, mam na oku córkę (lat 10), odrabiam z nią lekcje, wyprowadzam psa, ugotuję obiad i dopilnuję wszystkiego. To ja piorę, gotuję, prasuję, opiekuję się dzieckiem, psem, płacę rachunki (mieszkanie z kredytem są moje). Problem polega na tym, że partner w niektóre sprawy nie angażuje się wcale, lub angażuje się w bardzo małym stopniu. Nie wiem jak to ująć konkretnie, bo on nie pali, nie pije, nie wychodzi nigdzie z kolegami, nie ma tu swoich znajomych, przyprowadził się do mnie z innego województwa. To ja czuję "że trzeba więcej zarobić", to ja trzymam rękę na pulsie, to ja za wszystko płacę, partner zarabia tzw "najniższą" i chyba mu z tym dobrze. Aha, ta najniższa przelewana jest na moje konto i ja tym dysponuję. Mam wrażenie że "dwoję się i troję" by było dobrze. Jego pensja starcza na ratę kredytu + czynsz. Resztę opłat, jedzenie, sprawy dziecka, psa, samochodu (jest nasz wspólny) ja mam na głowie. Rozmawiamy dużo i często, nie wybuchają kłótnie, on się po prostu zamyka w sobie i słyszę "nie masz to idź i zarób, bo ja już więcej nie mogę". Aplikacje składa wszędzie, ale odzew znikomy, jeśli jest, to albo praca w innym mieście, gdzie pensja może i wyższa, ale po odliczeniu dojazdu wyszłoby na to samo. Zaczyna się dziać źle między nami, bo ja czuję się jak robot do zarabiania pieniędzy, nie jak kobieta. O sobie mogę powiedzieć tyle, że mam 34 lata, jedno dziecko..... (partner chciałby drugie ale skutecznie sprowadzam go do parteru argumentem że kto nas utrzyma), czuję się bardzo nieatrakcyjna - przed poznaniem partnera mogłam wziąć sobie 500 zł i wydać w centrum handlowym tylko na siebie, kupić buty, torebkę i płaszcz na zimę. Teraz mogę o tym pomarzyć. Zrobiłam się wredna, wybuchowa, sfrustrowana...nie wyglądam na kogoś, kto prowadzi dg, uczy 2 języków i zarabia dość sporo jak na kobietę. Wyglądam jak 7 nieszczęść. Jak rozmawiamy nt zakupów to on mówi "no oczywiście, kup sobie". Taaaaa, mam sobie kupić i potem martwić się bo nie ma??? Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo."
  • zuzi.1 13.11.13, 22:50
    Autorka napisała:"Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo."

    Ale po co ma myslec, skoro Ty myślisz za Was oboje, jemu jest tak wygodnie. On wie, że zawsze może na Ciebie i Twoją przedsiębiorczosc, i zaradnosc liczyc.
  • gaderypoluka 13.11.13, 23:16
    Zuzi ja napisałam właściwie poza wątkiem do Paris apropos jej całości twórczości co wypisuje o sobie i facetach rownież w innych wątkach a nie o tym konkretnym wątku, nie chce mi się szukać, generalnie chodziło mi o jej nieprzerobiony DDA plus inne rzeczy...a pisze jakby pozjdała
    wszystkie rozumy
  • zuzi.1 13.11.13, 23:25
    ok, ja mam wrażenie, że Paris odkryła ostatnio sporo nowej dla siebie wiedzy i się tym zachłysnęła, tak pozytywnie i stara się dzielic tą wiedzą i przemyśleniami, wiadomo jednak, ze każdy ma rózne przemyślenia, raz mądre, a raz mniej mądre ;-)))
  • gaderypoluka 13.11.13, 23:30
    Radzę Ci poczytac na forum oszczędzamy dokładnie co napisała ADa, że wcale nie jest tak różowo jak pisze, wcale nie jest taka zrównoważona odpowiedzialna i zarabiając a oczekuje tego od faceta. Ja to rozumiem teraz takie czasy że ciężko zarobic ale czemu czepia się faceta który ma jednak stała pewna pensję:=, która jak się okazuje w wakacje jest jedynym stałym dochodem, a wypadanie włosów to zapewne problem stresu, że pani nie dogaduje się nie tylko z partnerem ale również w pracy z otoczeniem....:

    "Przyłapuję się na tym, że bardzo często denerwuję się, płaczę, zaczynam kląć, wyżywam się na partnerze i córce, że w tym wieku powinnam osiągnąć więcej, a nie zaczynać karierę od nowa...... Proszę Was o obiektywne spojrzenie na problem. Aha, wątek założyłam dlatego że zamierzam zrezygnować na lato z dg, bo korepetycji pewnie nie będzie lub będzie tylko malutka część, a jeść trzeba.
  • gaderypoluka 13.11.13, 23:33
    Dodatkowy cytaty, e z pania jest coś nie tak:
    "Macie rację, tylko czy w moim wieku i z pewnym doświadczeniem nie powinnam dostać odgórnie pewnych przywilejów i praw?"

    Roszczeniowo:
    " Mam 34 lata, spore umiejętności, doświadczenie, umiejętności negocjacyjne, ale chciałabym w tym wieku mieć pewien zakres swobody w działaniu, pewną swobodę w podejmowaniu decyzji w sprawach firmy. Nie znoszę tego poczucia bycia "pionkiem, od którego nic nie zależy"."
    Nie uważasz że coś w psychice przeszkadza być tej pani na etacie?
  • zuzi.1 13.11.13, 23:42
    pani chce byc ważna i dobrze zarabiac a etat w tym przeszkadza ;)

    Ten tekst jest dobry ;) :
    ""Macie rację, tylko czy w moim wieku i z pewnym doświadczeniem nie powinnam dostać odgórnie pewnych przywilejów i praw?"

    No niestety, gdyby każdemu z uwagi na wiek się nalezalo, to wszyscy mieliby tylko przywileje i prawa a nikt nie miałby obowiązków ;) myślenie magiczne ;) chcialo by się dużo, a się nie udaje, bo jest spora konkurencja ;)
  • ad.a6 14.11.13, 09:27
    Tak, coś mi przeszkadza - to, że muszę mieć wszystko pod kontrolą. Bo zdarzało mi się wrócić z pracy a w domu syf, a pan hrabia przed TV z pilotem. Teraz zarabiam w domu i wszystko jest mniej więcej po mojemu. W zeszłym roku w wakacje dg jeszcze nie było. Pracowałam na etacie właśnie. Wynik - w domu bałagan i dziecko wiecznie samo.
  • ad.a6 14.11.13, 09:21
    To do mnie było? a gdzie ja napisałam, że chcę leżeć, pachnieć i się wymądrzać? Pracowałam i pracuję, obecnie na dg, a główny problem tego wątku to fakt, że mężczyzna największą odpowiedzialność przerzuca na kobietę. Przecież ja też mogę iść do pracy za najniższą, i co wtedy będzie? Powiem "nie ma na naprawę samochodu?"
  • ad.a6 14.11.13, 09:17
    Paris, Ty jedna mnie rozumiesz, bo potrafisz uchwycić główny problem tego wątku, a nie mój "materializm". Ok, zgadzam się, że jak się jest u mamy, to jest lepiej, w przypadku mojej mamy akurat było tak, że więcej da niż zabierze (daj mi symboliczną kwotę na opłaty a resztę odkładaj, bo w razie umrę sama zostaniesz, a ja do grobu nie zabiorę). Tak, partner poznany przez Internet. Pracowałam wówczas jako kierownik działu agencji reklamowej i do późnej nocy siedziałam on-line i tak jakoś wyszło. Potrzebowałam kogoś do pogadania. Kupy się nie trzyma to, że tyle naobiecywał, nakłamał, a potem nawet się przyznał, że bał się powiedzieć mamie, że mnie poznał. Co do historii kredytowej, BIK - wiem, że jest czysty. Właśnie do pracy na etat, którą się aktualnie zajmuje (finanse i ubezpieczenia) szef wymagał poświadczeń, że jest absolutnie czysty, niezadłużony, bez negatywnych przejść w BIK, potrzebował też zaświadczenia o niekaralności. Poza tym te kłamstewka miały miejsce w pierwszych 2-3 miesiącach wspólnego zamieszkania, i wiem, że miały dużo wspólnego z jego rodzicami. Co do domu, w którym się wychowywałam: już pisałam, że byłam późnym dzieckiem rodziców, bardziej byli dla mnie jak dziadkowie niż jak rodzice. Nie było kłótni, alkoholu, jakichkolwiek sprzeczek w ogóle. Tata był moim najlepszym przyjacielem na świecie, w większym stopniu niż mama. Alkoholu nie tknął, mamę szanował. W domu potrafił zrobić wszystko. Właśnie majsterkowicz, który potrafił z przysłowiowego g*wna bat ukręcić. Może w domu rodzinnym miałam po prostu za dobrze i nie jestem przyzwyczajona do niewygód, zmartwień, braku kasy. Tata był człowiekiem ciepłym, uczuciowym, nie był furiatem, pamiętam, że jak dostałam w szkole złą ocenę to najpierw do taty szłam (no Aduchna, nie płakuchnaj), mama surowsza była, szybko można ją było zdenerwować, ale równie szybko jej przechodziło. To dla tych co są ciekawi, bo pewnie myślą , że jak przyciągam DDA to jestem z dysfunkcyjnego domu.
  • zuzi.1 13.11.13, 22:04
    Ale przeciez autorka napisała, że chce równego wkładu w utrzymanie domu, a nie ciągłego opierania się bezpieczeńswa fin. tego związku na niej..., nie pisze, że chce lezec i pachniec a pan ma zasuwac na nich oboje ;)
  • anielka5 13.11.13, 22:25
    Wyczytałam, że ona zarabia ok 2000 zł on ok. 1300 zł - to jednak chyba mają mniej więcej równy wkład w utrzymanie domu i życie, no bo chyba jej kredyt, na jej własne mieszkanie nie powinien być jego kosztem? Nawet wychodzi, że on dokłada do interesu, bo rata kredytu to zapewne więcej niz 700 zł.
  • zuzi.1 13.11.13, 22:34
    ale w jaki sposób on dokłada do interesu? za 1300 zł z wynajęciem mieszkania plus jedzenie i inne koszty w tym jego cała garderoba itp., ten facet nie przeżyje za taką kwotę samodzielnie, kredytu nie powinien opłacac to jasne, bo to nie jego mieszkanie jest
  • anielka5 13.11.13, 22:47
    No ale po opłaceniu kredytu ona dysponuje podobna kwotą więc wkładają po mniej więcej tyle samo. O jakim wynajmie piszesz? Przecież to związek dwojga kochających się ludzi a nie podnajem u właściciela komienicy więc nie twórzmy hipotetycznych kosztów.
  • zuzi.1 13.11.13, 22:52
    Napisałam, ze gdyby musiał sam wynajmowac, żywic się samodzielnie, ubierac i ponosic inne dodatkowe niezbędne koszty, to za taką kwotę samodzielnie by nie przeżył. Dzięki autorce przeżyje.
  • t1ffany 13.11.13, 22:58
    Za 1300 plus prowizja można wynająć mieszkanie ze współlokatorem i utrzymać się, szczególnie jeśli się nie pije i nie pali.

    Chodzi o to, że pani nie ma powodu do jęków że on jest pasożytem/utrzymankiem. Nie jest. Pani udziela korepetycji w ramach DG, więc w miesiącach wakacyjnych to jego stała pensja jest podstawą budżetu. Już nie przesadzajmy z tą nieporadnością. Facet nie jest rekinem finansjery ale twierdzenie że związek nie rokuje bo jeden z partnerów zarabia mniej niż drugi i to jest wielka krzywda jest z doopy.
    Dużo gorzej rokuje wyzywanie od nieudaczników i rozliczanie z czyjej kasy jest zawartość lodówki, ale to zdaje się niekoniecznie robi ten nieszczęsny pan.
  • ad.a6 14.11.13, 09:31
    Zuzi: problem tu leży w tym, że na nim nie można do końca polegać. Nie chodzi o to, by być ważna. A z tymi przywilejami chodziło o to, że albo opłaca mi się etat - w sensie zarobię więcej niż w domu + dojazd + poświęcony czas dla córki, domu, psa, itp, itd, albo zostaję w domu. Jak mówię, w zeszłym roku w wakacje nie było jeszcze dg, dg jest od września, po wcześniejszym sprawdzeniu, czy się będzie opłacało. Większość klientów to znajomi moi i znajomi znajomych, czyli ludzie z polecenia, z ulotek nie mam tylu klientów co z polecenia. Poza tym dodatkowo zajmuję się innymi rzeczami, takimi bardziej manualnymi, jak renowacja mebli czy ręczne odświeżanie napisów na nagrobkach, tapetowania, itp. Więc uważam, że dałabym sobie radę bez etatu.
  • ad.a6 14.11.13, 09:36
    I chyba różnica w zarobkach chyba jest, przekładając ją na czas spędzony w domu. Skoro ja zarabiam ok 2000 netto, podałam kwotę minimum, z tego co widzę listopad dużo lepszy będzie, dodając do tego ZUS, US, bez dojazdów do pracy, przy okazji robiąc wszystko w domu, to chyba tak mało nie jest??
  • ad.a6 14.11.13, 08:58
    Heh no nie wytrzymałam już teraz- ja nie uważam by rozwód po rocznym małżeństwie i pozbycie się z domu alkoholika i dziecko było "garbem". Moja córka to dla mnie chluba, nie garb. Nie wiem, jak można w ten sposób nawet myśleć. Poza tym mojego W. nikt do tego związku nie zmuszał, od samego początku znajomości wiedział że jest dziecko. Mało tego, chciał ją poznać, porozmawiać, pobawić się, po prostu być. Natomiast co niektórzy chyba całości nie czytają. Pisałam, że zarabiam MINIMUM 2 tys netto, teraz natomiast wpadają nowe zlecenia, firmy zlecają kursy językowe dla swoich pracowników, więc będzie mniej problemów. A co do problemów finansowych - wkopałam się w nie DLA niego. Mogłam po prostu powiedzieć "wiesz co - nie zaczynajmy nic w ogóle, bo niby dlaczego ja muszę się martwić o to, byśmy mieli gdzie mieszkać? nie ma na to kasy i koniec", więc chyba jakieś poświęcenie było. Czy nadal go nie widzicie? Widzę, że wiele osób z tego forum wiele by dało, by tylko portki w szafie mieć. Odnośnie dbania o siebie nie miałam na myśli figury - mam idealnie płaski brzuch i fajną figurę. Chodziło mi o ubiór. Nie lubię chodzić ciągle w tym samym, lubię kilka par butów, kilka torebek i w ogóle życie na większym finansowym luzie.
  • adorra0 14.11.13, 09:46
    Dlaczego z nim jeteś?
  • ad.a6 14.11.13, 09:56
    adorra0 napisał(a):

    > Dlaczego z nim jeteś?

    bo cały czas mam nadzieję że kiedyś wyjdziemy z dołka i będzie tak jak na początku, że czułam, że go pociągam, jestem dla niego jakąś nowością. Mam nadzieję, że te dobre chwile z powrotem nadejdą. Póki co dzięki Wam i temu forum mogę się do woli wynarzekać i......przeczekać? Nie chcę rozstania, wiem, że on ma wiele pozytywnych cech, których inni mężczyźni nie mają, poza tym nie chce mi się znów szukać, odkrywać, poznawać, nie chcę fundować dziecku kolejnego przewrotu w życiu (zawsze odbiłoby się na niej w większym lub mniejszym stopniu). Jak pisałam wcześniej, nie ma kłótni, po prostu siedzimy i milczymy, odrabiam lekcje z Młodą, W. z nią robi matmę, nikt nie pije, nie bije i nie krzyczy. W weekendy jedziemy gdzieś w 3 na wycieczkę, do lasu na grzyby, czy na długi spacer z psem. Zachowujemy się jak stare, dobre małżeństwo. a ja potrzebuję wzlotów. Jak na początku. Żeby mieć gdzie wyjść, i dla kogo i przede wszystkim w co się ubrać.
  • sebalda 14.11.13, 10:55
    >>Zachowujemy się jak stare, dobre małżeństwo. a ja potrzebuję wzlotów. Jak na początku. Żeby mieć gdzie wyjść, i dla kogo i przede wszystkim w co się ubrać.

    No i mamy jak na dłoni: ja, ja, ja. Ja chcę, ja potrzebuję, ma być tak, jak ja chcę, mają być wzloty i kasa na wyjścia i ubrania. Nigdy nie pojmę, jak ktoś może wymagać, samemu będąc nie do wytrzymania. Autorka pomiata facetem, nie szanuje go, sama przyznaje, że się na nim wyżywa, a chce wzlotów! To odwrotna strona, gdy facet wyzywa kobietę, poniża ją, gnębi, ale ciągle chce od niej gorącego seksu. Bo tak, bo on chce.
    Ada, mialabyś ochotę adorować i pożądać kogoś, kto się na Tobie regularnie wyżywa? Mialabyś ochotę dla takiego kogoś się starać? Spójrz przez chwilę na siebie.
  • pogodoodporna 14.11.13, 11:51
    sebalda napisała:

    > No i mamy jak na dłoni: ja, ja, ja. Ja chcę, ja potrzebuję, ma być tak, jak ja
    > chcę, mają być wzloty i kasa na wyjścia i ubrania. Nigdy nie pojmę, jak ktoś mo
    > że wymagać, samemu będąc nie do wytrzymania. Autorka pomiata facetem, nie szanu
    > je go, sama przyznaje, że się na nim wyżywa, a chce wzlotów!

    Szanowalaby go, gdyby duzo zarabial, gdyby kupowal jej drogie ciuchy i robil prezenty bez okazji. Ona szuka archetypu meskiego macho, ktory zapewnia dobrobyt i kobiete trzyma krotka reka. Ona w zamian stroi sie dla niego i prezentuje swoja kobiecosc, koniecznie w drogich ciuchach. Bez problemu sie tez podporzadkowuje, bo jego kasa zapewnia jej wygodne zycie. Wtedy nie ma trosk, a i seksualnie jest bardziej dostepna. No i ma respekt przed nim, a nawet troszeczke sie boi, bo on moze przykrecic kurek z kasa jak mila nie bedzie.
    Takiego powinna sobie znalezc mezczyzne autorka watku, wtedy bylaby szczesliwa.
  • sorvina 14.11.13, 12:05
    Tylko, że autorka nie jest konsekwentna. Jednocześnie, przy swoim współuzależnieniu i przymusie kontroli potrzebuje i wybiera mężczyzn z problemami, słabych, którzy poddają się kontroli. I ma do partnera pretensje, że nie jest kimś kim nigdy nie był.
    Także tu nie chodzi tylko o świadome wzorce i deklaracje, ale o całokształt, w niewielkim stopniu uświadomiony.

    Aby być z silnym zaradnym, bogatym mężczyzną, trzema mieć jeszcze odpowiednio wysoką samoocenę i ku niej realne podstawy. Taki mężczyzna też ma swoje potrzeby i oczekiwania.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 13:22
    Sorvino, ja w sumie też nie w W-wie mieszkam, tylko po sąsiedzku:) Zaraz się okaże, że jesteśmy sąsiadkami:)
    Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale Wy nie macie chyba dzieci? To wielki sprawdzian dla związku, ale myślę, że i tak, przy Twojej samoświadomości i podejściu do męża, dzieci nie zmieniłyby jakoś diametralnie Waszego związku.
    Może napisałabym do Ciebie na priva?
  • sorvina 14.11.13, 14:27
    Sebaldo, to ja dodam, że ten promień jest całkiem spory i dotyczy miast wojewódzkich ;)

    Dzieci nie mamy, nie chcemy mieć, nie mamy instynktu, potrzeby i nie nadajemy się na rodziców i ma co zaklinać rzeczywistości, skoro tak jest. Może kiedyś gdy przerobimy nasze dzieciństwa do końca to się zmieni, może nie będzie wtedy już czasu - ok, świadomie podjęliśmy taką decyzję. Mamy kota na którego przelewamy nasze rachityczne uczucia rodzicielskie, na kota wystarczą ;)

    Pisz, mail jest aktywny.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 14:50

    sorvina napisała:

    > Sebaldo, to ja dodam, że ten promień jest całkiem spory i dotyczy miast wojewód
    > zkich ;)

    Wiesz, ja i tak wolę pisać, więc nawet jak mieszkasz daleko, to i tak możesz mi doradzić, choć pomyślałam, że chętnie poszłabym z Tobą kiedyś na piwo:)
    A Twój opis związku pozwolę sobie podesłać córce, jeśli pozwolisz, bo ona tego potrzebuje teraz wyjątkowo. Ma faceta, ale to nie jest idealny związek. Widać to na odległość. I ona nawet ostatnio zerwała, ale on nie dał za wygraną, zawalczył, wziął na siebie pełną odpowiedzialność za wcześniejsze nieporozumienia, obiecał (i nadal realizuje) zmiany i teraz jest naprawdę lepiej. Twoje wytyczne mogą jej bardzo pomóc. Albo jednak jeszcze raz przemyśleć wszystko i odejść na dobre, albo pracować nad tym związkiem. Ja nie jestem duchem świętym i mimo swojego doświadczenia i zaawansowanego wieku nie wiem, czy ten związek ma szanse. Ale to nie ja mam wiedzieć.
    Strasznie mi jedynie przykro, że nie spotkałam takiej Sorviny 30 lat temu:( Ja już nie będę mogła skorzystać z Twoich rad na temat budowania związku, choć bardzo bym chciała. Ale mam inne problemy ze sobą i w wolnej chwili do Ciebie napiszę. Tylko chwilowo z tymi chwilami cienko;)
    A w ogóle - dzięki:)
  • rurek00 14.11.13, 15:13
    > > Dlaczego z nim jeteś?
    >
    > bo cały czas mam nadzieję że kiedyś wyjdziemy z dołka i będzie tak jak na począ
    > tku, że czułam, że go pociągam, jestem dla niego jakąś nowością. Mam nadzieję,
    > że te dobre chwile z powrotem nadejdą.

    Tylko, że na początku ty go tak naprawdę nie znałaś, poklikaliście sobie w necie, potem było spotkanie w weekend. Nie może wrócić coś czego nigdy nie było. To było tylko twoje wyobrażenie o nim, on naprawdę jest taki jak go teraz widzisz. Może i nie pije i nie pali i jest spokojny, ale też ma swoje wady i ograniczenia, które teraz dopiero zauważasz. I z tego co piszesz, nie akceptujesz go takiego jakim jest. To jest mocno zaburzony człowiek, nic się tu nie zmieni, chyba, że on sam to zauważy i przepracuje pewne sprawy. Nie spełni twoich oczekiwań, dlaczego by z resztą miał to robić? Nadal nie rozumiem dlaczego z nim jesteś. Bije od ciebie jakaś niesamowita desperacja, dowartościowuje cię to, że masz faceta? Wg mnie sama masz jakieś niezaspokojone ambicje, potrzeby, i jakąś taką złość na cały świat i na niego, że nie jest tak jakbyś chciała. Bardziej chyba powinnaś się skupić na własnym rozwoju wewnętrznym, żeby dostrzec pewne rzeczy, o których tu piszą dziewczyny, i poświęcić też czas córce. I na przyszłość nie wprowadzać tak szybko do jej życia kolesia, który nie wiadomo jak długo zagrzeje miejsce w twoim życiu.
  • ad.a6 14.11.13, 09:50
    Wracając jeszcze do wątku "Oszczędzamy"- co jest złego w tym, że osoba w moim wieku, z kilkunastoletnim doświadczeniem, znająca biegle 2 języki, chce normalnie zarabiać? I nie chodzi tu o jakąś roszczeniowość, o której ktoś wcześniej wspomniał. Mam na myśli pewne "widełki" od których ktoś z moim wykształceniem lub podobnym może startować na rynku pracy i jaką kwotę wynagrodzenia zasugerować "na wejście". I ktoś tu nie do końca zrozumiał sedno sprawy: nie chodzi mi o wiek, tylko o kwalifikacje oraz ilość lat przepracowanych (to, co wynika z cv), bo jeżeli ja mam w domu wynagrodzenie takie jak w pracy na etacie, a po powrocie do domu zastaję bałagan, i muszę przejść do drugiego etatu i tak, to się nie opłaca zupełnie.
  • danaide 21.11.13, 17:17
    > Wracając jeszcze do wątku "Oszczędzamy"- co jest złego w tym, że osoba w moim w
    > ieku, z kilkunastoletnim doświadczeniem, znająca biegle 2 języki, chce normalni
    > e zarabiać?

    Nic złego. Tylko szkoła ze swoim systemem ocen się skończyła, a zaczęło się życie ze swoimi realiami.

    --
    Co masz na myśli, mówiąc, że świat nie kręci się wokół mnie?
    Ch. M Schulz / Peanuts / tł. M. Rusinek
  • pogodoodporna 14.11.13, 11:33
    ad.a6 napisał(a):

    > Heh no nie wytrzymałam już teraz- ja nie uważam by rozwód po rocznym małżeństwi
    > e i pozbycie się z domu alkoholika i dziecko było "garbem". Moja córka to dla m
    > nie chluba, nie garb. Nie wiem, jak można w ten sposób nawet myśleć. Poza tym m
    > ojego W. nikt do tego związku nie zmuszał, od samego początku znajomości wiedzi
    > ał że jest dziecko.

    Kreujesz sie na madra osobe, a prostego zdania po polsku nie potrafisz zrozumiec. Nikt nie napisal, ze Twoja corka jest "garbem", wrecz przeciwnie, absurdem byloby myslec, ze ludzie w naszym wieku nie maja jakis zobowiazan z przeszlosci. Ty oczekujesz , ze pan wniesie w posagu jakis dochod, okragla sumke na koncie. Sama natomiast tez masz jakas przeszlosc, pieniadze jakies byc moze wnosisz, ale wnosisz tez swoje dziecko, ktore pan w pelni zaakceptowal i polubil. Teraz rozumiesz co mialam na mysli piszac, ze przeszlosc nalezy odkreslic gruba kreska ?
  • sorvina 14.11.13, 10:19
    Czytam i czytam i dochodzę do wniosku, że mamy piękny przykład jak może wyglądać związek 2 osób niedojrzałych osób z bagażem własnych problemów do przerobienia : DDA, współuzależnienie, które pięknie dobrały się po wzorcach (słynna koluzja), doskonale odtwarzają podświadomie schemat, tylko autorka świadomie deklaruje, że oczekuje czegoś innego.
    Przypomina mi się trochę relacja moich rodziców, gdzie w pewnym momencie miałam do opieki 2kę dzieci - księżniczek na ziarnku grochu, każde zamknięte w swoim pokoju, każde próbujące udowodnić, że to ono bardziej ma prawo do opieki. Tak wygląda niezaspokojenie potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza gdy komuś pijący czy inni rodzice wrzucili w młodym wieku za dużo odpowiedzialności i obowiązków na głowę. I u autorki i u partnera tak się stało. Autorka cały czas jest na etapie: wszystko na mojej głowie, ale sama się tam wepchnęła - im więcej ona robi, tym mniej robi partner. On może sobie wreszcie odpocząć.
    Nie można powiedzieć, że partner zupełnie nie był zaradny, odpowiedzialny. U niego to się inaczej rozłożyło - przejął odpowiedzialność za swoją rodzinę i stawał na rzęsach by się nimi opiekować. W jego mentalności praca, dorabianie się może nie być istotne - w końcu sam poświęcił wpierw pieniądze dla rodziny a potem wszystko dla nowej partnerki. Może mieć niską samoocenę i mało wierzyć w możliwości radzenia sobie w nowym miejscu. W dobie kryzysu jednak daleka byłabym od stwierdzenia, że to wszystko jego wina, że nie ma już super pracy z wielką pensją.
    NIC nie usprawiedliwia przemocy wobec niego, wyzywania, obrażania i awantur. Można autorce okazać zrozumienie, że jest przemęczona itp. ale to nie usprawiedliwia takiego zachowania. No i jest nieskuteczne, facet niszczony psychicznie nie nabierze pewności siebie i motywacji w ten sposób.
    Autorka z jednej strony chciałaby silnego dużo zarabiającego mężczyznę - to świadomie, z drugiej właśnie słaby był dla niej atrakcyjny. Gdzieś to przebija, że zadowolona jest, że grzecznie oddaje pensje, że ona może nim rządzić. Silny by nie pozwalał na to, silny byłby konkurencją, zagrożeniem, na jego tle już nie wyglądała by tak dobrze. Jak celnie niektóre forumki pisały, autorka sama nie wie czego chce (świadomie i podświadomie) ani do czego tak naprawdę dąży.

    Oboje macie popieprzone za przeproszeniem z temacie odpowiedzialności. Typowe w klimatach dda/współuzależnienia, połączenie nadmiernego brania odpowiedzialności za rodzinę, partnera, obowiązki domowe itp. i całkowity brak brania odpowiedzialności za SWOJE wybory i decyzje. Autorko, nie kupiłaś mieszkania DLA NIEGO, kupiłaś go by zrealizować swoją wizję związku, wizję nierealną, ale brak trzeźwości w postrzeganiu to również TWOJE odpowiedzialność. Człowiek czasem popełnia błędy, źle ocenia, źle inwestuje, partner też mógł w dobrej woli coś obiecywać, nie będąc świadomym wzorców które nim kierują. Warto to zrozumieć, zaakceptować, że tak jest i zastanowić się co dalej. Zgadzam się, że autorka skupiona tylko na temacie finansów, zupełnie nie docenia to ile partner zrobił dla tego związku i że dla niego obecna sytuacja nie jest również ani komfortowa ani opłacalna. Forumki mówicie, że za swoją obecną pensję by się nie utrzymał, ale gdyby nie autorka, on nie siedziałby w jej mieście, tylko mógłby wrócić do starego, albo poszukać lepszej pracy gdzieś indziej.

    Na razie autorka obwinia partnera, że nie jest taki jak ona sobie wymyśliła, robi w domu piekło, partner reaguje bierną agresją (co również nie jest ok i warto nazwać tego typu zachowania po imieniu) i się wycofuje, ona jeszcze więcej bierze na siebie, coraz bardziej sfrustrowana, coraz bardziej go obwinia i koło zatacza kolejny krąg. A ponieważ nie chodzi głównie o rozsądne zarzuty, tylko niespełnione marzenia, rzeczywistość, która podkopuje samoocenę i silne dziecięce lęki przed biedą, to poziom emocji jest niezwykle silny. Nadmiernie do obiektywnej sytuacji.

    Dla mnie to jest przykład gdzie bez indywidualnej dla obojga i może partnerskiej terapii strony będą się niszczyć. Partner nie jest w stanie uzdrowić emocji autorki. Nie jest winien za być może kryzys związany z pewnym podliczeniem gdzie chciała być i kim chciała być w pewnym wieku. Owszem, to nie jest miłe gdy nasze założenia się nie spełniły, ale to okazja by je urealnić. To daje dużo spokoju. Może gdyby autorka przestała wymagać od siebie i innych bycia herosem z osiągnięciami i majątkiem, to sama lepiej by się poczuła i mogłaby docenić partnera. Też się zgadzam, że już teraz partner może ją pewnych rzeczy nauczyć, ale ona musi chcieć. Przydało by się poznanie teorii, czym jest DDA, czym jest współuzależnienie, bo jak na razie autorka spala się oskarżając - jak on może, czemu on.... a to tak typowe, że aż nudne - jest klasycznym dda, inaczej nie potrafi. Mogła by też zrozumieć siebie i oddzielić swoje emocje od partnera.
    Nie widzę szansy porozumienia, dopóki autorka dąży tylko do tego by było 100% JAK ONA CHCE. Szansa jest gdy się dogadają, czego chcą oboje. Jak to sobie wyobrażają i wypracują jakieś rozwiązanie, które odpowiada obojgu. Albo okaże się, że mają zupełnie inne priorytety i wyobrażenia, np. facet uważa, że od prac domowych jest kobieta i nigdy nie zamierzał jej w tym pomagać. Bo na razie autorka zakłada bardzo wiele TAK BYĆ POWINNO, ale to są jej wyobrażenia, nie rzeczywistość. Ludzie są różni. A partner jest taki jaki jest. I owszem, nie zakładałabym, że się zmieni o 180%. Po terapii mógłby, ale też niekoniecznie tak jak autorka by sobie tego życzyła. Mógłby owszem, przejąć część obowiązków, ale też przestać pozwalać po sobie jeździć i "bezczelnie" powiedzieć autorce, żeby nie przerzucała na niego własnych frustracji tylko zrobiła ze sobą porządek. Mógłby nauczyć się wypunktowywać co zrobił i robi dla związku i jej, czego autorka nie docenia i domagać się proporcjonalnego udziału w wydatkach i zostawić sobie część pensji w kieszeni.

    Mój ojciec był przez matkę i babcię określany pogardliwie jako gołodupiec. Intelektualista, arystokrata, tylko bez kasy. Gardziły nim i wyżywały się na nim latami. Żadna nie dostrzegała, jaki był oddany dla mamy, że niewielu by wytrzymało i zostało z kobietą po wypadku, z nawracającymi depresjami, narcystyczną, wiecznie niezadowoloną i urządzającą awantury. Zgodnie twierdziły, że on NIC nie robi. Ale właśnie takie NIC było im potrzebne. Nie było zagrożeniem. Moja matka z wielkimi aspiracjami i wyobrażeniami na swój temat i brakiem większych realnych osiągnięć, na jego tle wyglądała na silniejszą, bardziej zaradną. A w domu też owszem, ona wszystkim musiała się zająć, ale nie pamięta, że gdy ktoś próbował sam, to dostawał zjebkę za przeproszeniem, bo przecież idiota, a ona wszystko wie i potrafi lepiej. A potem była przeciążona, ale na własne życzenie. Za przymus kontroli i robienia wszystkiego po swojemu się płaci. Tata owszem, święty nie był, było mu wygodnie, że teściowa zafundowała dom, że żona obrotna. Ale też to one zmusiły go do podejmowania decyzji, które ograniczały jego rozwój zawodowy i pensje. Gdy się rozwiódł koło 60, panie byly przekonane, że nieudacznik wyląduje pod mostem. Postarały się o to, nic na co pracował, dom, który budował własnymi rękami, nie należało do niego. Ale on sobie poradził. Nawet zaczął się realizować i spełniać, bo go nikt nie ograniczał. Nie był niezaradny, nie był przedsiębiorczy jak one, ale gdyby zamiast go niszczyć go wspierały to by mógł rozkwitnąć wcześniej.

    I nie życzę autorce by skończyła jak moja mama, samotna, zgorzkniała jędza w wielkim domu, którego nie potrafi utrzymać, ale nikomu nie odda, przekonana, że wszyscy poza nią odpowiadają za jej nieszczęście. Autorko, masz jeszcze czas by i sobie pomóc i uratować ten związek. Ale bez wzięcia się wpierw za siebie to się nie uda.

    ---
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 10:58
    Sorvino, jesteś genialna! Jak dla mnie, możesz być z powodzeniem wielką, wspaniałą terapeutką:) Dawno nie czytałam tak wnikliwej i celnej oceny sytuacji. Zgadzam się z każdym Twoim zdaniem w tej ocenie.
    Mialabym wielką ochotę na terapię u Ciebie:) Czy Ty mieszkasz w Warszawie?:)
  • sorvina 14.11.13, 11:43
    sebalda napisała:

    > Sorvino, jesteś genialna! Jak dla mnie, możesz być z powodzeniem wielką, wspani
    > ałą terapeutką:) Dawno nie czytałam tak wnikliwej i celnej oceny sytuacji. Zgad
    > zam się z każdym Twoim zdaniem w tej ocenie.
    Dziękuję :)

    > Mialabym wielką ochotę na terapię u Ciebie:) Czy Ty mieszkasz w Warszawie?:)
    Po sąsiedzku, bardziej w centrum. Nie chcę podawać tutaj żadnych konkretnych informacji. Piszę na forum anonimowo i to sobie cenię.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • zuzi.1 14.11.13, 11:02
    Sorvina b. ładnie napisane i trafnie, muszę się z tym zgodzic. Autorka ma 2 opcje: 1) jeżeli chce dalej z tym mężczyzną byc, wówczas oboje powinni isc na terapię i przerobic swoje własne problemy indyw. a potem ew. na wspólnej terapii, 2) poszukac innego faceta, ale mając na uwadze to, że przy innym nawet b. przedsiębiorczym i zaradnym jej nieprzerobione problemy z dzieciństwa ponownie prędzej czy później wyjdą na wierzch, ale byc może pod nieco inną postacią...
  • ad.a6 14.11.13, 11:16
    Zuzi: o jakich moich nieprzerobionych problemach z dzieciństwa piszesz? Bo jak widzę, jak gdzieś jest źle (np alkoholizm) to wszyscy tu tłumem wysyłają na terapię bo DDA (i tu mogłabym zrozumieć, bo picie, irracjonalne zachowania pijanych rodziców w stosunku do dzieci, będące wynikiem nałogu), a u mnie? gdy rodzice są dobrzy i dbają o dom i dzieci to też źle? A poza tym, chyba nie ma osoby, która jakichś wzorców i zachowań nie wynosi z domu. Po coś ma się dzieci i po coś się je wychowuje, żeby wpoić im jakieś wzorce, zasady, wartości. I każdy młody człowiek zaopatrzony w jakieś wzorce wyniesione z domu startuje w świat.
  • sorvina 14.11.13, 11:38
    ad.a6 napisał(a):

    > A poza tym, chyba nie ma osoby, k
    > tóra jakichś wzorców i zachowań nie wynosi z domu. Po coś ma się dzieci i po co
    > ś się je wychowuje, żeby wpoić im jakieś wzorce, zasady, wartości. I każdy młod
    > y człowiek zaopatrzony w jakieś wzorce wyniesione z domu startuje w świat.

    Jak to są fajne wzorce to nic nie trzeba z tym zrobić bo nie ma się większych problemów w życiu, ale jak nie działają, a po twoim życiu widać, że te wyniesione przez ciebie średnio cię uszczęśliwiają i ludziom wokół ciebie robią piekło, to wtedy warto je zmienić. Niektórzy potrafią zrobić to samemu, innym do poznania i ich przerobienia potrzebna jest terapia. To jest realne rozwiązanie. Stanie w miejscu i narzekanie, jak byłoby fajnie, gdyby INNI się zmienili, nie jest realnym rozwiązaniem.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • zuzi.1 14.11.13, 12:22
    Ada ja nie wiem jakie Ty wzorce wyniosłaś konkretnie z domu, wiem jednak, że nikt bez jakiejs przyczyny nie wiąże się ot tak sobie z DDA/DDD itp. ludźmi obciążonymi pewnymi syndromami. I żeby te wzorce wyniesione były niewłasciwe, w domu wcale nie musi byc ojca alkoholika czy innej patologii, rzuca mi się w oczy po tym co piszesz podejscie Twojej mamy do życia, pisałaś, że jest krytyczna, Twojego faceta określiła jednoznacznie, zamiast Was wesprzec powiedziała wprost co sądzi na temat kogoś kto przychodzi z jedną torbą do cudzego mieszkania mieszkac. W normalnej sytuacji, tak mi się wydaje, rodzic wsparłby Was emocjonalnie i pozwolił dalej Wam ze sobą mieszkac w stosunkowo dużym mieszkaniu. Dla Twojej mamy status materialny w życiu jest b. ważny, dla Ciebie też, co widac w tym co piszesz. Z jednej strony wiadomo, że finanse w zyciu są ważne, bo jesc za coś trzeba i na rachunki kasa też jest potrzebna, ale jeżeli Twoja mama w pewnym sensie skreśla człowieka tylko dlatego, że wszedł w Twoje życie z jedną torbą rzeczy, to nie jest to dobre i świadczy raczej o jakichs jej głębszych lękach i problemach, które to problemy i lęki prawdopodobnie przelała na Ciebie. Byc może terapia u psychologa pomogłaby Ci pewne sprawy sobie uświadomic, które do tej pory pojawiają sie w Twoim życiu nieświadomie, Tobie się wydaje, że coś robisz, bo tak, a prawda może byc taka, że to co robisz ma drugie dno w postaci nieuświadomionych przez Ciebie wzorców, wkodowanych Ci w czasie dzieciństwa przez matkę/ojca/rodziców. Sama tego nie odkryjesz i nie uzdrowisz, do tego potrzebna jest specjalistyczna wiedza psychologa i ciężka praca na terapii. Sorvina jest przykładem takiej osoby, która sobie poradziła z wieloma problemami z zycia rodzinnego, więc dziewczyna wie co mówi. Ada przeczytaj "Powrót do swego wewn. domu" i ""Miłosc to wybór" Robert Hemfelt.

    Ponadto, wiem, że komentarz sorviny do Twojej sytuacji też obciązony jest jej sytuacją rodzinną, bo sorvina widzi ojca w relacji z matką i babcią głównie jako ofiarę i prawdopodbnie jest to prawda, cięzko poradzic sobie z 2 ciężkimi przypadkami narcyzek samodzielnie. Jednak sytuacja Twojego faceta jest inna, on nie ma w swoim otoczeniu dwóch narcyzek, które na niego najeźdżają, ma Ciebie i Twoje wyrzuty, w związku z tym ma łatwiej niż tata sorviny. Dlatego też wydaje mi się, że jeżeli dalej chcesz z nim byc, to powinnas zaproponowac mu pójscie na terapię dla DDA, sama powinnas się dokształcic w temacie DDA i okazac mu pomoc przede wszystkim w taki sposób, aby nie rozkładac nad nim niepotrzebnie finansowego parasola ochronnego, pozwolic mu na samodzielnosc i ponoszenie konsekwencji, gdy potrzebne Ci są buty czy kurtka, lub nowa bluzka, to powinnas sobie te rzeczy sukcesywnie kupowac, gdy potrzebne są pieniądze na naprawę samochodu a jeździ nim np. głównie Twój facet, bo Ty pracujesz z domu, wówczas powiedz mu, że niestety wydałąs pienądze na konieczne Ci buty itp. i nie masz na naprawę i niech facet myśli co z tym fantem zrobic, tj. albo przesiada sie do komunikacji miejskiej a samochód stoi na parkingu i czeka na lepsze fin. czasy albo kombinuje jak dorobic. Jeżeli dasz mu te pieniądze bez jego większego wysiłku spowodujesz to, że on nie będzie czuł potrzeby dalszych starań, skoro ZAWSZE na Twoją pomoc fin. i nie tylko może liczyc...Zastanów się nad tym, pozdrawiam, zuzi.1
  • paris-texas-warsaw 14.11.13, 11:25
    No, Sorvina jak zwykle wymiata:)

    "a napisałam właściwie poza wątkiem do Paris apropos jej całości twórczości co wypisuje o sobie i facetach rownież w innych wątkach a nie o tym konkretnym wątku, nie chce mi się szukać, generalnie chodziło mi o jej nieprzerobiony DDA plus inne rzeczy...a pisze jakby pozjdała
    wszystkie rozumy "

    Ktoś mi tak pisze:) Tak, piszę, jakbym pozjadała wszystkie rozumy, bo taka jestem:) Wierzę w siebie, w to co pisze i to jak żyję:) I jestem ostatnio jak na haju i ciesze się z tego:) Nieprzerobione DDA + inne rzeczy? - myślisz, że jak mnie "przerobią" to zacznę się bać własnych myśli?

    Piszę w temacie, bo jest mi bliski, a do tego jesli chodzi o związki to myślę, że zawsze dobrze wybierałam. Może dlatego, że mimo alkoholizmu ojca, to on mi kupował buty na Rutkowskiego (kto jeszcze pamięta tę nazwę Chmielnej?), jeździliśmy na bazar Różyckiego, a jak szła zima to pamietał, żeby kupić buty i kurtkę. Może tego zabrakło Adzie, jak Tata umarł? Nie wiem. Ja wiem, że mimo wielu lat dużych przeciążen psychicznych żyję, nigdy nie byłam na utrzymaniu żadnego faceta, ani nikogo nie musiałam utrzymywać (no, raz kupiłam przyjacielowi obiad, jak go wyrzucili z pracy). Stąd chyba mogę się wypowiadać, co zrobić, żeby faceta nie utrzymywać? Jak ktoś napisze, że chce faceta przemocowca/pijaka/zdradzającego, to zamilknę, bo na to nie znam recept.

    Jak ktoś widzi, co w moim pisaniu jest związane z ojcem alkoholikiem i matką leczącą się psychicznie, to mi napiszcie. Ale nie myślcie, że alkoholizm ojca i wariactwo matki, zaraz oznacza, że ktoś jest ograniczony umysłowo i nie może się wypowiadać:)

    To byłam, ja, Paris, narcystyczna osobowość naszych czasów:)))
  • ad.a6 14.11.13, 11:08
    Bardzo dziękuję Ci, Sorvino za długi post, w którym starasz się zrozumieć i uchwycić całokształt. Zatem jestem w Twoim rozumieniu niedojrzała, bo muszę myśleć za wszystkich i jakoś to wszystko próbować scalić i utrzymać? Wiesz, ja wiele razy próbowałam niektóre obowiązki scedować na partnera, ale on jest z tych, co chwyci to spartoli, szczerze mówiąc boję się dać od niego zapłodnić :) (wiem, czarny humor)..... Chodzi mi o to, że mężczyzna, który zakłada rodzinę, wstępuje w związek, zamieszkuje z kobietą, jakkolwiek to zwał, bierze tym samym na siebie (choć częściową) odpowiedzialność za rodzinę. Mi nie chodzi o to, żeby mnie ktoś żywił, ubierał i utrzymywał moje dziecko, tylko o to, że W RAZIE COŚ SIĘ NIE UDA potrafił wesprzeć na zasadzie "ZE MNĄ NIE ZGINIESZ", a u nas jest odwrotnie. Porównaj sobie wątek z forum Oszczędzamy. Czy nikt nie potrafi zauważyć tu jakiejś presji, konieczności? Że ja widzę że ZA TYLE NIE DAMY RADY i nawet takiej pracy nie podejmuję, choć mogłoby być lekko, fajnie i przyjemnie. Chciałabym, żeby ktoś wreszcie podał mi rękę, nie chciałabym wszystkiego kontrolować i mieć na głowie, ale jak widziałam, jak np pomalował drzwi wejściowe u mojej mamy to ciśnienie mi podskoczyło. Zero starań, precyzji, wszystko ochlapane, "jak BOZIA da" :(, i tak we wszystkim. Garnie się do niektórych czynności, o tak, ale widzę, że to co robi, generuje jeszcze większe koszty. Mam tu chyba odpowiedź gdzie kawalerską kasę miał, bo skoro wszystko robi tak jak teraz (dochodzi do tego olbrzymie marnotrawstwo wszelkiego rodzaju kosmetyków, przesiadywanie w łazience po godzinę), to musiał oddawać całą kasę mamusi, bo nie wyrobiła na opłaty, wodę i środki piorące. Nie ma tu większego związku chyba bycie DDA a zastanowienie się, czy np potrzeba strumieniami płyn do naczyń lać gdy myje się jeden kubek? Zero jakiejkolwiek odpowiedzialności w zwykłych czynnościach domowych. I też razi mnie podejście do opłacania rachunków, mówi "zapłać jutro wszystko od razu". A czy i skąd on wie czy w ogóle jest kasa? W ogóle drażni mnie dysponowanie nieswoimi pieniędzmi, takie jakieś dziwne podejście np jak jesteśmy u kogoś z wizytą, żeby najeść się "na zaś", niczego nie odgarnie, nie powie ze skromności "nie nie, dziękuję", tylko wszystko "tak, tak, chętnie". Takie chciwstwo jakieś na zapas, nie wiadomo czym spowodowane.
  • sorvina 14.11.13, 11:34
    Autorko, dom alkoholika to ostanie miejsce gdzie dziecko/młody człowiek może się nauczyć spokojnie jak wykonywać obowiązki domowe i zarządzać pieniędzmi. Nawet jeśli to dla ciebie są rzeczy oczywiste jak to ile lać płynu zmywając kubek. Taka jest rzeczywistość - one tego nie potrafi. Za bardzo zajęty był szukaniem zapijaczonego rodzica by przerobić pewne lekcje rozwojowe. Nie zacznie wszystkiego robić idealnie, bo tego od niego wymagasz.
    Mój partner był wychowany przez matkę, która nie pozwalała synom wchodzić do kuchni ani niczego się tykać. Szczytem jego umiejętności było zrobienie sobie kanapki z nutellą. Nie żartuję. Na początku cieszyło mnie, że mogę mu gotować, byłam dumna z mojej zaradności (też miałam podobne wzorce ileś lat temu), ale w końcu byłam zmęczona i miałam dość. Ale nie robiłam mu awantur, że wszystko na mojej głowie, bo sama to na siebie wzięłam. Raczej jasno powiedziałam - rozumiem, że ciebie nikt nie nauczył, że ja sama wzięłam na siebie wszystko a teraz zmieniam zasady, ale ja tak długo nie mogę. Dzielimy się obowiązkami, możesz wybrać z listy co ty robisz i gotujesz co drugi dzień, będę cię uczyć. Jeśli co to nie odpowiada to się rozstańmy, bo ja dalszego takiego życia sobie nie wyobrażam. Owszem, szczęśliwy nie był. Wtedy też zdarzało mi się reagować bierną agresją i brać mnie na przetrzymanie, ale ja byłam konsekwentna i jasno mówiłam - albo realizujemy plan, albo się rozstajemy, wybieraj. I naprawdę gotowa byłam odejść, choć to wspaniały facet. Ja nie chciałam zacząć się na nim wyżywać jak moja matka na ojcu. I owszem, orłem kulinarnym on nie jest i nie będzie. Ale wypracowaliśmy kilka zestawów, które sam zrobi, a ja dosmaczę. Ma swoje specjalności, w których jest domowym mistrzem i ja nie próbuję go przebić. Z jaką dumą opowiadał mamie co gotuje, kobieta szczękę z podłogi zbierała ;) Natomiast jako skrajny humanista średnio radzi sobie z pracami domowymi. Ja robiłam remont. Zrobi proste rzeczy, stara się - poszedł na doszkolenie do ojca i mojego brata, do reszty zatrudniamy specjalistę. I ok, to nie so najważniejsze rzeczy w związku. Najważniejsze jest to, jakim jest człowiekiem i partnerem, jak się z nim czuje, że jestem szczęśliwa, kocham i jestem kochana, uwielbiam z nim rozmawiać, spędzać czas itp. Zarabia regularnie i średnio. Kiedyś może będzie zarabiał więcej. Ja wiem, że jak chcę więcej to sama muszę się wziąć w garść a nie oglądać na niego. Owszem, jestem pod wieloma względami silniejsza i zaradniejsza od niego, ale nie byłabym taka bez jego wsparcia. On mnie nauczył delikatności, rozmowy, wartości tego co niematerialne. I nauczyłam się akceptować i doceniać go takim jaki jest. I wiesz co? Odkryłam, że dzięki temu też bardziej akceptuję siebie. Bo piętnowałam w nim to, czego nie lubiłam w sobie, tak działa projekcja.
    Co proponuję:
    1) oddziel swoje sprawy, emocje i problemy od niego. Popracuj nad swoim poczuciem własnej wartości, wyobrażeniami na temat związków i mężczyzn, niezaspokojonymi potrzebami bezpieczeństwa, kwestią brania odpowiedzialności za cały świat tylko nie siebie itp. wtedy przestanie to wszystko rzutować na ten związek i spojrzysz na niego realniej.
    2) jeśli to fajny facet i ma więcej zalet niż wad, chcesz z nim być to podziel priorytety - drzwi może pomalować ktoś kto umie, albo można to zlecić, obowiązki domowe- niech wybierze co robi a TY SIĘ NIE WTRYNIASZ. Możesz raz doradzić i potem przestajesz mu kazać robić tak jak ty byś zrobiła. Nie będzie idealnie przez dłuższy czas aż się nauczy - trudno. Nie nauczy się w inny sposób. Jak chcesz mieć zrobione to on musi mieć możliwość się nauczyć. A krytyka nie motywuje ani nie pomaga. Doceń to co robi, dla niego sytuacja też jest trudna i upokarzająca.
    3) zamiast przejmować kontrolę nad pieniędzmi i rozwiązywać jego problemy rodzinne za niego, poczytaj na temat dda i porozmawiaj z nim, że widzisz, że takie i takie zachowanie prawdopodobnie wynikają z tego że wychował się w rodzinie alkoholowej, że to rzutuje na wasz związek, przez to robisz się bardziej zdenerwowana, bo tego nie rozumiałaś (to nie jest równoznaczne z pozwalaniem sobie na wyzwiska, zrozumienie nie jest usprawiedliwieniem i że proponujesz mu terapię, bo nie chcesz mu matkować dłużej. Musi zrobić z sobą porządek.

    > Zatem jestem w Twoim rozumieniu niedojrzała, bo muszę myśleć
    > za wszystkich i jakoś to wszystko próbować scalić i utrzymać?

    Jesteś niedojrzała bo myślisz, że MUSISZ za wszystkich myśleć i automatycznie zaczynasz to robić, bo MUSISZ wszystko kontrolować, bo MUSI być wszystko po twojemu, bo TWOJE WYOBRAZENIA I WIZJE są ważniejsze niż rzeczywistość, a gdy wszystko nie układa się tak jak sobie to zaplanowałaś, to obwiniasz wszystkich tylko nie siebie i nie panujesz nad emocjami. Nie masz dojrzałych sposobów radzenia sobie życiem, więc jesteś niedojrzała. To nie wyrok, tylko opis stanu obecnego. Nie wiem dokładnie co się działo w twoim domu, ale skądś to się wzięło, wejście w toksyczny związek również. Dojrzałych ludzi ciągnie do dojrzałych ludzi. Masz w sobie dużo emocji, lęków, które warto przerobić.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 11:42
    W ogóle drażni mnie dyspono
    > wanie nieswoimi pieniędzmi,

    Chyba jednak coś jest z Tobą nie tak. Drażni Cię dysponowanie nieswoimi pieniędzmi??? A co Ty niby robisz z jego wypłatą? Zabierasz mu ją w całości i przeznaczasz na SWÓJ kredyt i czynsz za SWOJE mieszkanie. To nie jest dysponowanie czyimiś pieniędzmi??? Gdyby on Tobie dawał pieniądze na jedzenie i część opłat, a część wypłaty sobie zostawiał, to może miałby szansę kupić sobie samodzielnie buty i kurtkę, a nawet coś odłożyć i kiedyś zaprosić Cię na kolację do restauracji, ale skoro on nie ma ani grosza, bo mu zabierasz wypłatę, to jakim cudem ma mieć na swoje i Twoje ciuchy i wyjścia????
    Nie pojmuję tej logiki, a właściwie jej kompletnego braku.
    Nieudacznik, ciamajda, dwie lewe ręce, utracjusz, bo za dużo płynu do naczyń zużywa. Po co Ci taki chłop?
    O terapii dla Ciebie oczywiście nie może być mowy, bo przecież z Tobą jest absolutnie wszystko w porządku, a nawet lepiej, bo taka jesteś odpowiedzialna i zaradna! A że partnerów nie do końca dobrze dobierasz, to taki szczegół, to ich wina przecież, nie Twoja.
  • adorra0 14.11.13, 11:43
    W ogóle drażni mnie dyspono
    > wanie nieswoimi pieniędzmi, takie jakieś dziwne podejście np jak jesteśmy u kog
    > oś z wizytą, żeby najeść się "na zaś", niczego nie odgarnie, nie powie ze skrom
    > ności "nie nie, dziękuję", tylko wszystko "tak, tak, chętnie". Takie chciwstwo
    > jakieś na zapas, nie wiadomo czym spowodowane.

    Co jeszcze Ci w nm przeszkadza?
  • pade 14.11.13, 11:45
    Powtórzę się po raz kolejny: on nie jest Tobą. Nie ma takich potrzeb, oczekiwań ani wyobrażeń o przyszłości jak Ty. Rozmawiałaś z nim kiedykolwiek na ten temat? czego by chciał? Tak bez oskarżeń, pretensji?
    Ja Ciebie doskonale rozumiem i współczuję Ci, bo wiem, ze jestes pod wielka presją.
    Tylko problem polega na tym, że Ty sobie tę presję i kontrolę sama narzuciłaś.
    Wiem, że trudno Ci to przyjąć. Wiem, że wolałabyś, żebyśmy tu wszystkie napisały jaki to Twój facet jest zly i niedobry. Poczułabyś wtedy ulgę, zrozumienie. Ale niestety tylko chwilową.
    Póki nie pozbędziesz się kontroli, nie przestaniesz wywierac presji na niego i na siebie, nie będziesz szczęśliwa. Wiem to z autopsji, niestety.
    Ja zszargałam sobie zdrowie, Ty jestes już tego bliska.
    Odpuść. Po prostu odpuść.
    I uwierz, że jak Ty przestaniesz naciskać, sytuacja zacznie się zmieniać. Bo teraz, im większy wywierasz nacisk, tym bardziej Twój partner jest bierny.
    Masz problem z poczuciem kontroli. Poczytaj coś na ten temat. Koniecznie. I zafunduj sobie terapię. Dla siebie i córki, nie dla faceta, dla siebie.

    O kontroli, odpowiedzialności;
    Do grupy autorów ujmujących współuzależnienie przez pryzmat choroby zaliczyć można także M. Beattie (1994). Przyczyny współuzależnienia Beattie widzi przede wszystkim w silnej potrzebie kontrolowania innych. Amerykańska terapeutka opowiada się za szerokim rozumieniem mechanizmu współuzależniania się, nie jest to tylko specyfika relacji alkoholik żona. Symptomy współuzależnienia mogą pojawić się w innych destrukcyjnych związkach: z nałogowymi hazardzistami, seksoholikami, obżartuchami czy agresorami. Wspólnym wątkiem jest destrukcyjny wpływ, jakiemu podlegają i sposoby, w jaki osoby współuzależnione próbują wpływać na swoich partnerów. Do głównych cech osób współuzależnionych Beattie zalicza: opiekuńczość, poczucie niskiej wartość, tłumienie emocji i myśli, obsesje, kontrolowanie, zaprzeczanie, uzależnianie się od innych, trudności w porozumiewaniu się, rozmyte granice tolerancji, brak zaufania do siebie i innych, częste doświadczanie złości w stosunku do innych i do siebie, problemy seksualne (s.58-72).

    M. Beattie relacjonuje szeroko liczne wątpliwości związane z określeniem tego zjawiska i proponuje własną definicję, która jest jednak mało precyzyjna: "Współuzależnioną jest osoba, która pozwala na to, by zachowanie innej osoby oddziaływało na nią ujemnie i która obsesyjnie stara się kontrolować zachowanie oddziaływującej na nią w ten sposób osoby"

    Kontrola oznacza słabość. Ten, kto kontroluje, nie czuje swojej wewnętrznej mocy, zazwyczaj tak naprawdę czuje się samotny, sfrustrowany, całkowicie bezsilny zwłaszcza w relacji. I zwykle jest nieświadomy, że jego zachowanie odpycha partnera, nie przyciąga. Tak działają: brak zaufania, krytycyzm, przytłaczanie, naciski. Im bardziej kontrolujący napiera, tym dalej kontrolowany chce uciekać. Pod potrzebą kontroli ukryty jest lęk przed przeżyciem jakiegoś rodzaju emocjonalnego bólu. Taka osoba może na przykład bać się, że zostanie sama albo ma przekonanie, że nie jest warta miłości. Tyranizuje, bo nie wierzy, że można ją po prostu kochać i akceptować, że ktoś może z nią być dobrowolnie. Dlatego ludzie, którzy kontrolują, poniżają, osłabiają partnerów, bo ktoś taki jest zależny, złamany. Nie będzie więc zagrażał, nie będzie katalizatorem emocjonalnego bólu, przykrytego lękiem, agresją, wstydem.

    fragment z artykułu poniżej:
    W związkach, w których brak równowagi, ten, kto się wydaje silniejszy, zazwyczaj zaczyna mieć pretensję o to, że ponosi więcej niż połowę ciężarów. Jednakże - co być może jest jeszcze ważniejsze - ten, kto się czuje słabszy, żywi urazę z powodu swojego poczucia słabości i niezdolności do przewodzenia. Tak powstają fundamenty klasycznej relacji miłości/nienawiści. Każdy kocha tego drugiego czy tę drugą, lecz zarazem nienawidzi - albo dlatego, że zawsze dźwiga cały ciężar, albo dlatego, że nigdy nie może go ponieść.

    kultura.onet.pl/ksiazki/fragmenty/jak-powstaje-zwiazek-oparty-na-kontroli,1,5343108,artykul.html
    przeczytaj też artykuły o dda, współuzależnieniu, chocby po to, by poszerzyć wiedzę
    im szybciej zrozumiesz, że oboje macie problem, tym latwiej będzie Wam z tego wyjść

    Jeszcze jedno, Twój partner naprawdę potrzebuje terapii dla DDA, poszukaj, one są bezpłatne.
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • sorvina 14.11.13, 11:51
    Mało biorę udziału w dyskusjach, pozwolę sobie skomentować tutaj, że bardzo mi się ostatnio podobają Twoje pade posty. I blond_surferki też. Dużo celnych uwag i zrozumienia sytuacji. Bardzo ładnie wszystko podane :)
    Pozdrawiam.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • pade 14.11.13, 11:57
    Bardzo dziękuję Sorvino:)
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • nammkha 14.11.13, 11:58
    Przeczytałam twój drugi post o pracy i doszłam do wniosku, że może być coś na rzeczy z tym niezadowoleniem z rozwoju twojej kariery. Jesteś niezadowolona ze swojej pracy, z tego, że zarabiasz za mało i nie potrafisz utrzymać posady, i swoje rozżalenie przelewasz na męża. Zastanów się nad tym. Czy gdybyś miała fajną pracę dobrze płatną, tak, że potrafiłabyś za te pieniądze kupić sobie ciuchy i co tam jeszcze chcesz to narzekałabyś na męża? Podejrzewam, że nie. Co do rodziców, o których piszesz, to by się nawet zgadzało. Oni raczej dawali niż brali, i teraz masz takie oczekiwania w stosunku do pracodawców, do męża itp. Nastaw się na siebie, postaraj się znaleść tą lepiej płatna pracę i ją utrzymać:) A potem ewentualnie skarż się na męża.
    --
    „Ludzie idą do nieba nie za opanowanie i kontrolę nad swoimi żądzami, lub też za ich brak, lecz w nagrodę, że pracowali nad ich zrozumieniem” (William Blake, Wizja sądu ostatecznego).
  • paris-texas-warsaw 14.11.13, 12:44
    Bardzo lubię jak piszesz Sorvino o miłości, że tak to nazwę. Jakbyś kiedyś chciała napisać, jak widzisz, że ludzie łączą się, jest wiele róznych problemów, ale niektórzy widzą jakoś "istotę" ich związku, "podmiotowość" drugiej osoby i mimo wielu kłopotów są razem i wychodzą z tych potyczek silniejsi. Ciekawe, jak widzisz to, gdy piszesz "koluzja", radząc terapie. Czy da się poznać, w którym związku glębia uczucia jednak jest silniejsza od "koluzji"? Tak, naiwnie pytam, mam 16 lat i chcę się zakochać na całe życie:)))
  • sorvina 14.11.13, 14:24
    Paris
    Ja swoją oswojoną terminologią mówię zawsze, że ludzie dobierają się z miłości, pragnienia zaspokojenia potrzeb i po wzorcach. Jedno drugiego nie wyklucza. Jeśli jest miłość pod wzorcami i potrzebami i chęć OBUSTRONNA pracy nad sobą i związkiem - wzięcie swojej części odpowiedzialności i zrobienie z sobą porządku oraz wspólne wartości, podobna droga życiowa (co nie oznacza, że wszystko ma być identyczne a hobby wspólne, ale nie będzie harmonii przy skrajnych różnicach w sposobie spędzania czasu, poglądach na rodzinę itp.), to można mieć bardzo fajny związek, nawet jeśli terapia trwa latami. I widzę po sobie i innych, taki związek dzięki tym wspólnym przejściom, może być silniejszy, bardziej świadomy i łączyć parę większą bliskością niż coś co nigdy nie podlegało większym refleksjom.

    I to nie jest tak, że jak jest miłość, to nie ma czasem niechęci do partnera, to nie mamy wątpliwości. Jak mamy wzorce niszczenia związków z lęku przed bliskością, nawyki krytycznego myślenia, to nawet w aniele znajdziemy skazy nie do wybaczenia. Warto umieć to rozdzielić, mieć poprawkę na możliwe jazdy emocjonalne i nie podejmować pod ich wpływem ważnych decyzji. Czy jest miłość można rozpoznać tylko w spokoju, analizując swoje uczucia, gdzieś na samym dnie. Kiedyś na warsztatach zaproponowano taką metodę - krótką medytację - zrelaksuj się głęboko i przywołaj twarz partnera. Odrzuć na bok pojawiające się myśli i pozwól sobie poczuć co do niego czujesz. Nazwij to, co dominuje - jeśli irytacja, to kiepsko i szkoda się razem męczyć, na niechęci i niespełnionych oczekiwaniach nie da się nic dobrego zbudować. Ja na myśl o partnerze, czuję, że cała uśmiecham się w środku, zresztą na twarzy też. Jak go nie ma brakuje mi GO. Nie tylko tego co mi dawał. Lubię go, lubię jak jest obok. Czasem siedzimy obok siebie i on czyta książkę, a ja oglądam swój ulubiony serial, albo czytam coś innego. Bo lubimy być blisko siebie. Dotykać się. I owszem, czasem mogą się pojawić myśli, że to i to mogło by być lepiej, ale już nie naprawiam go, wierzę, że sobie poradzi. A jak potrzebuje rady to przychodzi i pyta, a ja odpowiadam. I lubię mówić mu miłe rzeczy i lubię doceniać to co robi, a on lubi dbać o mnie. Miłość widać w takich drobnych sytuacjach, których nie kontrolujesz świadomie - jak cię dotknie przechodząc obok, że pocałuje automatycznie gdy przez przypadek mnie uderzy przewracając się na drugi bok itp.
    Jest w tym olbrzymi szacunek, całkowity brak chęci skrzywdzenia drugiej osoby i pragnienie sprawienia drugiej osobie radości. Można robić to nieumiejętnie, wg swoich dziwnych wyobrażeń czego oczekuje druga osoba (a to co jest "normalne" może się bardzo rozmijać - koleżanka kiedyś prawie się rozwiodła z mężem, bo uznała, że on jej nie kocha, bo gdy ona choruje to on jej nie gotuje i nie przynosi rosołu do łóżka... dla niej tak zachowuje się osoba, która kocha, ale on nie potrafił robić rosołu i nie miał w domu zwyczaju podawania go choremu... dopiero jak obgadali okazało się, że o takie pierdoły można niszczyć dobry związek, bo ktoś kocha nas nie tak jak sobie to wyobrażaliśmy i inaczej to okazuje) i łatwo to przeoczyć, ale gdy jest miłość, to taka życzliwość jest. Świadomość, że gramy w jednej drużynie. Ale też nazywanie czarno na białym jak jednemu wywala i robi coś co drugiej stronie się nie podoba i branie odpowiedzialności za siebie. Dzięki temu ufam, że nawet jeśli jeszcze nie wszystko przerobił i czasem się odzywa, to nie pozwoli by to uderzało we mnie. Sam się męczy, znudzi się to odważy się sięgnąć głębiej. A trudniej niż mi przychodzi my grzebanie w emocjach. Ja nauczyłam się dużej tolerancji. Nie muszę się ze wszystkim zgadzać, a jego odmienna opinia mi nie zagraża. Im zdrowsza jest moja samoocena tym potrafię bardziej akceptować i doceniać jego. Im bezpieczniej się czuje w sobie, tym mniej przyjmuję postawę obronną - nie widzę naszego związku jako walkę gdzie tylko jedna osoba może być na górze, tym mniej nadinterpretowuję jego zachowanie i słowa.
    Nasze koluzje... dzięki temu, że oboje się rozwijamy to możemy nazywać co się zadziało i możemy rozumieć się. Bo się dopełniamy. Odpala nam trochę inaczej, ale jednak do tej samej muzyki. Jedno radzi sobie lepiej w jakiejś dziedzinie, drugie w innej. Więc możemy się lepiej zrozumieć, dać sobie więcej wsparcia i uczyć od siebie. Ale dzięki temu, że jesteśmy świadomi z grubsza co się dzieje, inaczej odtwarzalibyśmy schemat, kłócąc się o pierdoły, nie rozumiejąc co się za nimi kryje. Jednak to też wyzwanie - jak ja coś przerabiam to automatycznie zmienia się wiele w naszej relacji. Czasem w nim budzą się mechanizmy obronne, przecież dotyczy to też jego wzorców. To nie jest łatwy związek, ale nigdy nie żałowałam, że w nim jestem.

    Ja nie byłam już zielona gdy weszłam w ten związek, część bomb rozbroiłam, uświadomiłam sobie dlaczego wpakowałam się w poprzedni toksyczny związek, pracowałam nad sobą dalej. Bez wiedzy psychologicznej pozwalającej zrozumieć co się dzieje, bez terapii która pomogła zdetonować emocjonalne miny z dzieciństwa, pozabijalibyśmy się dawno temu. Teraz jak na to patrzę to byliśmy dość niedojrzali zaczynając być razem. Ale życie to proces i przez te lata dojrzeliśmy, także do bycia w związku, wspierając się a czasem rzucając sobie wyzwania po drodze.

    Wiem też, że nie można osiąść na laurach. Tak łatwo zabić miłość, jest delikatna, subtelna wobec silnych emocji. Trzeba ją pielęgnować i to co dobre w związku. Potraktować związek jako wartość, o którą trzeba dbać. Czasem musiałam sobie na siłę, świadomie przypominać co naprawdę do niego czuję i powtarzać, że to jest ważne, to jest prawdziwe, a reszta to wzorce. A też miałam jazdy by oskarżać go o to i owo. Błogosławię to, że miałam dość samoświadomości by się orientować, że jakimś dziwnym trafem miałam na to ochotę wtedy kiedy mi gorzej szło... wtedy skupianie się na miłości przypominanie sobie za co go cenię wybijało mnie z wzorca. Miłość dla mnie jest jedną z najwyższych wartości, a nie dla każdego tak jest - każdy ma co wybiera. Wszystko jest ok, warto tylko by było świadome.

    W sumie pokochać kogoś na całe życie nie jest trudno, trudniej być z kimś całe życie ;) Najłatwiej kocha się na odległość. Wtedy nie ma skarpetek na podłodze i niezmytych naczyń w zlewie. Tylko z tym realnym człowiekiem trzeba nauczyć się żyć. A może raczej trzeba nauczyć się żyć z sobą, i tym co z nas wychodzi w relacji z realnym człowiekiem. A wychodzi wszystko co niepouzdrawiane. Nasza niska samoocena skacze do oczu i domaga się różnych dowodów, zachowań, które można dłuuugo racjonalizować jako coś oczywistego. Lęk nie pozwala się odsłonić, bez odsłonięcia się nie ma bliskości. Całkowicie się zgadzam, że podstawą uzdrowienia relacji to wzięcie się za siebie. Tylko wtedy dorośniemy do lepszej relacji, oddzielimy to co nasze od tego co po drugiej stronie. Uświadomimy sobie co jest dla nas naprawdę ważne, a co jest pierdołą z powodu której nie warto psuć atmosfery w związku. I będziemy potrafiły postawić zdrowe granice i konsekwentnie wymagać ich przestrzegania, albo znajdziemy w sobie siłę by wyjść ze związku i poszukać kogoś kto sam z siebie chce realizować podobną wizję. I z którym jest nam dobrze.

    I chyba kolejny test - wyobraź sobie wasz związek na emeryturze. Zakładając, że on jest taki jaki jest, tylko macie te x lat więcej. On już nie może, ty też mniej. Atrakcyjność nie taka, czasem z najprostszą czynnością są kłopoty. Może ty będziesz bardziej potrzebowała pomocy, może on. Czy chcesz się z nim zestarzeć? Gdy nie będzie już wielkich wizji przyszłości bo ona ucieka, zostaną spacery, rozmowa, po prostu bycie razem. Czy to dla ciebie jest atrakcyjne? Mnie taka wizja wzrusza.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 15:09
    sorvina napisała:
    > Jest w tym olbrzymi szacunek, całkowity brak chęci skrzywdzenia drugiej osoby i
    > pragnienie sprawienia drugiej osobie radości.

    Przetoczyła się tutaj niedawno dyskusja o tym, że kochające się osoby też się krzywdzą. A to zdanie temu przeczy i ja się pod nim też podpisuję. Krzywdzenie drugiej osoby jest zaprzeczeniem miłości, jest oszustwem, oznacza, że to nie jest miłość, tylko oszukiwanie siebie i tej drugiej osoby. Burzliwa miłość - bzdura.
    Mówię o związkach, nie o rodzinie. Inaczej jest na przykład z rodzicami, ale to odrębna sytuacja.
  • sorvina 14.11.13, 15:31
    Ja bym tutaj doprecyzowała. Chodzi o intencję. Jak kocham to nie robię nic z intencją, że chcę zrobić drugiej osobie krzywdę. Ale mogę zrobić ją nieumyślnie, mogę zareagować po wzorcach np. wbić szpilę z lęku przed skrzywdzeniem w amoku emocji nad którymi chwilowo nie panuje. W momentach gdy samoocena jest zerowa człowiek psychicznie walczy o przerwanie może bronić się przed nawet urojonym atakiem, atakując. Ale kochający człowiek, gdy ochłonie to mu źle, głupio. Wstydzi się tego co zrobił, stara się nie dopuścić do tego by zrobić to ponownie. Może być mu trudno przyznać, że ma ze sobą problem, ale dobro drugiej osoby stanowi na tyle silną motywację, że się za siebie weźmie.

    Jeśli jego duma jest ważniejsza, jeśli na uwagę - to co robisz mnie rani, odpowiada - wydaje ci się itp. to miłość może i w środku być, ale nie rozpala serca, jest zbyt słaba i ta osoba nie kieruje się nią. A o to chodzi. Co z tego, że ktoś ma samochód w garażu jak nim nie jeździ? Co z tego, że w cieplarnianych warunkach, gdy druga osoba spełnia jego oczekiwania i wszystko się układa - on ją kocha? To miłość warunkowa. Ta o której piszę więcej ma z bezwarunkowej. Kochasz drugą osobę, nawet jeśli to niekoniecznie dla ciebie wygodne, nawet jeśli wymaga przekroczenia własnych ograniczeń. Nawet gdy łatwiej byłoby poprawić sobie samopoczucie jej kosztem. Ale kochasz, więc jest dla ciebie równie ważna jak ty, i nie traktujesz jej przedmiotowo. Owszem jesteśmy tylko ludźmi i czasem będzie warunkowo i zaspokajanie naszych potrzeb się liczy, ale nie odbieramy człowiekowi godności gdy tego nie robi. Widzimy i szanujemy jego uczucia. Jak nie od razu bo nam padło na mózg, to po czasie, ale ogólnie są one dla nas ważne. Inaczej nie widzimy całego człowieka, ale coś co nam daje i jak nie daje to my uznajemy, że mamy prawo go zranić by zmotywować by dawał. To nie ma z miłością nic wspólnego. Jak kocham to akceptuję, że partner może nawet przestać mnie kochać, może podjąć decyzje, które mi się nie spodobają. Może to doprowadzić co tego, że nie będziemy dłużej razem, ale nie do tego, że przestanę go kochać. Bo to nie to samo. Można kogoś kochać i z szacunku do siebie nawzajem zdecydować o rozstaniu gdy różnice są tak duże, że moglibyśmy się za jakiś czas znienawidzić. Człowiek, który kocha nie stara się z uporem maniaka zmienić drugą osobę. Daje jej wolność w życiu, co nie oznacza, że nie negocjuje warunków związku.

    Co do włoskich małżeństw i ognistych związków - kłótnia kłótni nie równa. Kiedyś spotkałam się ze stwierdzeniem, że mężczyźnie można przygadywać od kretynów i debili, bo w męskim gronie tak się komunikują często i są na to uodpornieni, to ich nie rani, ale kobietę bardzo zrani i oni czasem tego nie rozumieją. Ale jeśli kobieta uogólni np. jesteś nieudacznikiem - bo jedna rzecz mu nie wyszła, jesteś nieodpowiedzialny - zapomniałeś coś kupić, to będzie zdrada, zlekceważenie całokształtu, wszystkie co robił i tego nie wybaczy... więc nie tyle intensywność emocji ale dobór słów do osoby ma znaczenie. Można mieć ognisty temperament i atakować personalnie. Słowa mają naprawdę wielką moc i ich dobór jest ważny.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sorvina 14.11.13, 15:36
    Zjadłam coś, miało być "Można mieć ognisty temperament i NIE atakować personalnie.

    Gdzie jest miłość nie musi być nudno, nie trzeba ciągle sobie kadzić. Ja lubię czasem zakpić z partnera i vice versa, ale to jest z wyczuciem, wiem, że są granice, których nie wolno przekroczyć, a w trudne dla niego dni, takie teksty trzeba sobie całkiem darować.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 16:10
    > Gdzie jest miłość nie musi być nudno, nie trzeba ciągle sobie kadzić. Ja lubię
    > czasem zakpić z partnera i vice versa, ale to jest z wyczuciem, wiem, że są gra
    > nice, których nie wolno przekroczyć, a w trudne dla niego dni, takie teksty trz
    > eba sobie całkiem darować.

    O to, to. Granice i odpuszczenie sobie żarcików czy szpileczek, gdy partner ma gorszy dzień. Kłótnie, ale nie awantury. Przykre słowa (dla których muszą być jednak granice, bo niektóre słowa są nieodwracalne), gdy nerwy puszczą, ale po chwili przeprosiny i starania, by tego nie powtórzyć. Dla mnie najlepszym przykładem kłótni są te z córką. Jak to czasem dwie baby: i podniesiony ton, a czasem i krzyk, i przykre słowa (ale nie tak, żeby potem pamiętac do końca życia, bo takie na przykład mam z mężem), ale po kilku minutach (dosłownie minutach z reguły), przychodzimy i się przepraszamy (z naciskiem na partykułę SIĘ). Kłótnie są nieodłącznym zjawiskiem w każdym związku, ale właśnie takie, a nie wyzwiska i słowa, które mają za zadanie dotrzeć do samego jądra bólu:(
  • sorvina 14.11.13, 16:16
    Zastanawiam się na ile chodzi tu też o komunikację niewerbalną. Czuć w tonie głosu i sposobie mówienia, czy ktoś mówi coś w złości, czy z pogardą i nienawiścią. To jednak inaczej się odbiera. Wiadomo, że w złości można coś palnąć, ale ona nie jest osobista. Pogarda i nienawiść jest. Potrafi przerazić. Widzisz to i wiesz, że druga osoba chciała by zabolało Cię jak najmocniej. Dlatego tak trudno to zapomnieć, bo nie chodzi o konkretne słowa, ale całą sytuację. Dowód na to jak naprawdę wygląda relacja z daną osobą i gdzie ona ciebie i twoje uczucia ma.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 14.11.13, 16:35
    sorvina napisała:

    > Zastanawiam się na ile chodzi tu też o komunikację niewerbalną. Czuć w tonie gł
    > osu i sposobie mówienia, czy ktoś mówi coś w złości, czy z pogardą i nienawiści
    > ą

    Ale z tym tonem różnie bywa. Gdy jesteśmy przewrażliwieni na punkcie partnera, to sami doszukujemy sie czasami tego oskarżającego tonu, choć go de facto nie było. To mój mąż często wie lepiej, co ja miałam na myśli. Ciągle węszy w każdym moim słowie złe intencje. Sam nie liczy się ze słowami, a mnie każe liczyć się także z mimiką i tonem głosu.
    Dla mnie jednak oprócz tonu i postawy ważne są same słowa wymierzone w nas tak, by zranić najmocniej i najgłębiej. Pisałam już o tym, jak nie wyobrażam sobie nawet, bym mogła powiedzieć mężowi pewne rzeczy, o których wiem, że by go zabolały. Po prostu nie, bo są pewne granice. Nawet w największej kłótni. On jednak nie ma z tym problemu.
    Niedawno powiedział mi coś niewybaczalnego, zabolało (i wiedział o tym) tak, że aż mi dech zaparło. Po jakimś czasie chyba się jakoś ocknął, bo jednak przeprosił. Niewylewnie. Choć go znam tak dobrze, uwierzyłam, że żałuje. Nic bardziej mylnego. W jakiejś kolejnej kłótni znowu ten temat sie pojawił, powiedziałam, jak strasznie mnie wtedy zranił, a on to powtórzył i powiedział, że tak właśnie uważa!!! Zero refleksji, zero żalu, zero liczenia się z moimi uczuciami. A jego siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko się pogubił. Dawno mnie nic tak nie ubawiło.
    I dlatego tak mnie drażni mówienie, że kochające osoby też nas krzywdzą. To nie jest miłość i koniec. Nie mówię oczywiście o nieintencjonalnym krzywdzeniu, bo to jeszcze inna bajka.
  • sorvina 14.11.13, 17:42
    Jak ktoś projektuje i manipuluje broniąc się przez atak to nawet stoicki spokój zinterpretuje po swojemu. Teraz mnie bawią oskarżenia mamy - że mówię z podniesionym głosem, więc wszystko co złego to ja, ale wtedy oficjalnie złym był ten kto ujawniał złość a nie ten kto mówił podłe słowa i ja w to wierzyłam, a jej wrogość na zimno ignorowałam. Teraz potrafiłabym przyznać się, że owszem, czuję złość więc widać ją na mojej twarzy i mam prawo ją czuć i wyrażać stawiając granice. Ale jeśli ktoś tak manipuluje i wypiera się w żywe oczy tego co robi, to żadna dyskusja z nim nie ma sensu.

    Chodziło mi raczej normalną sytuację, gdzie słowa mogą być spokojne, ale wrogość podświadomie czuć. Są kobiety, które miały męża psychopatę manipulanta, który niby życzliwie zwracał im uwagę. A jednak odbierały tą wrogość, w snach były duszone, ścigane, czuły zagrożenie, choć mogły go sobie nie uświadamiać. Taka wrogość niewerbalna w połączeniu z ostrymi słowami rani mocniej niż same słowa. Bo w niej widać intencje.

    Są też zwykłe pomyłki komunikacyjne. W książkach dotyczących terapii rodzinnej partnerskiej często są przykłady, gdy jeden z małżonków interpretował jakiś gest czy spojrzenie partnera jako lekceważenie, a on np. się zamyślił itp. Im mniej zaufania w relacji tym więcej interpretacji na niekorzyść partnera.

    Co by nie było to takie sytuacje warto wyjaśniać. Jeśli druga osoba powtarza zachowanie ignorując nasze odczucia to udowadnia, że wcześniej prawdopodobnie też się nimi nie przejmowała. Bo kochający człowiek weźmie pod uwagę, że np. jak z nami rozmawia to chcemy by patrzył na nas a nie byśmy mówili do jego pleców, choć jemu to nie przeszkadza itp.. Jeśli my przeginamy z nadinterpretacją może wyjaśnić, co miał na myśli i o co mu chodziło i prosi by przestać dorabiać sobie teorię do faktów. Jak druga osoba się upiera w nierozumieniu lub nadinterpretacji to można iść na terapię partnerską by terapeuta pomógł nazwać po imieniu co się dzieje. Jeśli porozumienie jest nie możliwe, ktoś czuje się skrzywdzony bo chce czuć się krzywdzony a my wiemy, że nasze zachowanie było ok, to lepiej się rozstać a nie męczyć. Podobnie jak uparcie lekceważy nasze uwagi, że jakieś jego zachowanie jest dla nas przykre. Jeśli po kilkakrotnym zwróceniu uwagi nic nie zmienia, tzn. że dla niego ono jest ok. Takie ma normy. A osoba pozbawiona empatii może przeprosić jeśli widzi, że konsekwencje tego co powiedziała mogą być dla niej nieprzyjemne, ale NIE JEST JEJ PRZYKRO. Więc gdy znów poczuje potrzebę to powie to samo. Mnie też mówią, jak to mój tata mnie kocha, jak tęskni... Jakieś swoje wyobrażenie kochanej grzecznej córki na odległość i w opowieściach może i kocha, ale tej realnej wbija szpile i stosuje bierną agresję, manipuluje a potem wypiera się w żywe oczy. I co ja z tego "kochania" mam? Potrzebuje mnie na pewno, ale ja nie jestem instytucja charytatywna by w nieskończoność tylko dawać i dostawać kopa w zamian.

    Jak w twojej historii, intencje najlepiej widać w konsekwencji rozłożonej w czasie. Bo raz ktoś może nie pomyśleć, drugi raz nawet kontrolując się może mu się wymsknąć, ale 10 raz to już przyzwyczajenie i niechęć do zmiany. To jest jakiś wybór. Jeśli ktoś wybiera krzywdzić cię i lekceważyć twoje uczucia to ty też dokonujesz wyboru co zamierzasz w związku z tym zrobić. Ileś razy można tłumaczyć, liczyć że on/ona się zmieni. W końcu trzeba zaakceptować, że jest jak jest i wziąć odpowiedzialność za własne szczęście.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • pogodoodporna 15.11.13, 13:52
    sorvina napisała:
    > Jeśli porozumienie jest nie możliwe, ktoś czuje się skrzywdzony bo
    > chce czuć się krzywdzony a my wiemy, że nasze zachowanie było ok, to lepiej si
    > ę rozstać a nie męczyć. Podobnie jak uparcie lekceważy nasze uwagi, że jakieś j
    > ego zachowanie jest dla nas przykre. Jeśli po kilkakrotnym zwróceniu uwagi nic
    > nie zmienia, tzn. że dla niego ono jest ok. Takie ma normy. A osoba pozbawiona
    > empatii może przeprosić jeśli widzi, że konsekwencje tego co powiedziała mogą
    > być dla niej nieprzyjemne, ale NIE JEST JEJ PRZYKRO. Więc gdy znów poczuje potr
    > zebę to powie to samo.

    Jesli wolno zapytac, to jak odroznic jedno od drugiego ? Czy jesli partner swoimi slowami mnie rani, prosze, zeby tego nie robil, a on uwaza, ze jestem przewrazliwiona, to uznac, ze takie sa jego normy i postarac sie tym nie przejmowac ? Czy moze zaufac mu, jesli twierdzi, ze nie chce mnie skrzywdzic, a jego intencje sa czyste ? Moze to ja zle interpretuje jego wypowiedzi ? Ale w takim razie jak sprawic, zeby jego slowa nie ranily, nie bolaly, nie powodowaly checi zamykania sie w sobie ?
  • sebalda 15.11.13, 14:18
    > Jesli wolno zapytac, to jak odroznic jedno od drugiego ?

    Pytanie nie do mnie, ale aż mnie świerzbią paluszki:)
    Z uczuciami się nie dyskutuje. Podobnie jest z reakcją na płacz dziecka. "Nie płacz, przecież to nie boli". Jak nie boli? Skąd to wiadomo? Jeśli Cię bolą słowa lub zachowania kogoś bliskiego, to widocznie tak jest, czemu masz temu zaprzeczać, sama się okłamywać? Są dwa najczęściej spotykane zdania u przemocowców: "nie przesadzaj" i "bo ty mnie sprowokowałaś!!!".
    Jeśli mówisz, że coś Cię zabolało, a partner uważa, że go źle zrozumiałaś albo że przesadzasz, to w normalnym związku jest przestrzeń do dyskusji. Ty mu tłumaczysz swoje odczucia, a on albo Ci mówi, że miał coś innego na myśli, że źle to zrozumiałaś (co przecież jest możliwe), albo rozumie, że dla niego to może jest bez znaczenia, ale dla Ciebie to ważne i jak mu zależy, to przeprosi i postara się tego nie powtarzać.
    Jak to wygląda w związku przemocowym? On mówi jej coś przykrego (i nieważne czy umyślnie czy nie), ona prosi, żeby tego nie robił, on już podniesionym tonem, że ona przesadza, ona tłumaczy: ale ja tylko chciałam..... A on na to już krzykiem, że ona się czepia, że on ma tego dość, że ona to zawsze.... A kończy się na sukach i chorych umysłowo.
  • pogodoodporna 15.11.13, 16:01
    sebalda napisała:

    > Pytanie nie do mnie, ale aż mnie świerzbią paluszki:)

    Dziekuje Sebalda, ze odpowiedzialas :-)

    > Z uczuciami się nie dyskutuje.

    Tak, rzeczywiscie tez tak uwazam, ze z uczcuciami sie nie dyskutuje. Jednak nie moge poradzic sobie z faktem, ze bola mnie slowa tych, ktorzy sa mi bliscy, z obcymi ludzmi, ich krytyka, czy nawet niechecia nie mam zadnych problemow. To normalny objaw ?

    > Jeśli mówisz, że coś Cię zabolało, a partner uważa, że go źle zrozumiałaś albo
    > że przesadzasz, to w normalnym związku jest przestrzeń do dyskusji.

    Tak, to tez wydaje mi sie logiczne :-) Ja chetnie dyskutuje, staram sie konkretnie wyluszczyc z czym mam problem, podaje przyklady, bez pretensji oczywiscie. Jednak o dyskusji mowy nie ma, bo druga osoba mnie mimo tego nie rozumie (kiepsko tlumacze?), wiec zamyka sie na to co mam do powiedzenia, a ja z kolei wciaz czuje sie raniona, wiec tez trace ochote do rozmow :-( Widze, ze on cierpi, ze sprawil mi przykrosc, ale nie wie, co mowic, zeby bylo "poprawnie". Chyba on, w przeciwienstwie do mnie, strasznie, panicznie boi sie konfrontacji. Jak to rozgryzc ?


  • sorvina 15.11.13, 17:23
    Sebalda bardzo mądrze napisała. Można to też ująć tak, że każdy ma prawo do własnego poziomu wrażliwości i druga osoba, jeśli kocha to powinna to uszanować. Może stwierdzić, że bycie z tak delikatną osobą ją męczy i odejść, ale nie ma prawa forsować tych psychicznych granic.

    Przestrzeganie ich wymaga pewnego poziomu intelektu i empatii. Nawet osoba pozbawiona empatii a nieupośledzona, stosująca przemoc na małżonku, najczęściej wie, że za taki sam tekst w pracy wylądowała by z dyscyplinarką w trybie natychmiastowym, więc nie kozaczy. Intelektualnie wie, że to są zachowania/słowa, które w powszechnym odbiorze są przykre. Więc w domu stosuje je z poczucia bezkarności a nie braku zrozumienia. Natomiast osoba pozbawiona empatii nie czuje, że rani. I nie wytłumaczysz komuś czym jest empatia jeśli jej nie ma. To jakbyście rozmawiali w innych językach. Nie twierdzę, że to jest problemem w Twoim związku, ale warto to też rozważyć.

    >Widze, ze on cierpi, ze sprawil mi przykrosc, ale nie wie, co mowic, zeby bylo "poprawnie".
    To są fakty czy Twoja interpretacja? Przedtem pisałaś, że uważa, że jesteś przewrażliwiona. Obawa przed kolejnymi wymówkami z twojej strony co wpływa na niechęć do rozmowy, nie jest jednoznaczna ze zrozumieniem, że cię zranił. Gdyby zrozumiał to byś nie musiała tłumaczyć, byłaby tylko kwestia wzięcia odpowiedzialności za to co zrobił i podjęcia decyzji co dalej. A to duża różnica, czy nie rozumie, czy go to nie obchodzi. Jak nie rozumie, ale chce zrozumieć, to jest szansa, że jakaś literatura w temacie przemocy słownej i problemów komunikacyjnych coś wyjaśni, w ostateczności kilka sesji terapii partnerskiej jak potrzeba autorytetu zewnętrznego i pokazówki. Ale jak to kwestia braku empatii, nie przejmowania się twoimi uczuciami, to tego tłumaczeniem nie załatwisz. Inteligentnemu człowiekowi nie trzeba tłumaczyć 10 razy, jak nie dociera, to albo jest impregnowany na tą wiedzę i nie raczył się dokształcić np. w literaturze, skoro nie rozumie jak ty tłumaczysz i trzeba podjąć decyzję czy chcesz się z nim dalej męczyć, albo jest mu wygodniej robić to co robi i tak naprawdę nie obchodzi go czy sprawia ci przykrość czy nie, bylebyś nie robiła mu problemów i nie utrudniała życia. Można chcieć dobrze i być zbyt dumnym by przyznać, że się np. ma problem z agresją słowną, ale jeśli duma więcej znaczy niż szczęście ukochanej osoby, tą tą wielką miłość i inne deklaracje za przeproszeniem może sobie wsadzić głęboko...

    Jest pewna obiektywna płaszczyzna weryfikacji, przez literaturę fachową np. w książce "Toksyczne słowa" jest o wielu typach przemocy słownej, konsultując ze specjalistą itp. Ale fakt, że dowiesz się, że tak, to jest przemoc i podetkniesz tą definicję partnerowi pod nos, nie oznacza że on się zmieni, choć czasem może coś zaskoczyć. Natomiast co możesz zrobić po swojej stronie to przyjrzeć się swojej samoocenie i wzmocnić ją na tyle by pozbyć się niepotrzebnej nadwrażliwości wynikającej z kompleksów, nauczyć się metod asertywnego reagowania - gdzie nie musisz udowadniać, że ktoś cię rani i czy na pewno sobie tego nie uroiłaś, jasno określasz, że prosisz by tego i tego nie robił, a tego i tamtego sobie nie życzysz. Z szacunkiem dla ciebie i drugiej osoby. Ale komunikat ma być jasny - "nie rań mnie" jest niezrozumiałe. "Jak chcesz mi zwrócić uwagę, to krytykuj zachowanie a nie osobę" już bardziej precyzyjne. Kochający człowiek nawet na nasze kompleksy będzie uważał, to nie jest tak, że my MUSIMY być super poukładani a jak nie to wszelkie zranienia to nasza wina. Tylko dla NASZEGO dobra i pewności, że to nie nasza nadwrażliwość, warto się wzmocnić.

    A to, że bardziej nas boli to co mówią ludzie, którzy są dla nas ważni, niż obcy to normalne.

    Ciekawa jestem, co byś sobie uświadomiła robiąc formularz "oceń bliźniego" metody the Work, na partnera i na siebie. To dobra metoda weryfikacji, czy my się czepiamy o to tylko nasze projekcje, czy też coś jest na rzeczy. Darmowe materiały znajdziesz w internecie, są też książki, polecam filmiki na youtube, łatwiej zrozumieć jak wygląda ten proces.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sorvina 15.11.13, 17:30
    Warto też zaakceptować, że jeśli partner ma wrażliwość piły tarczowej, to nie jest materiałem na partnera dla ciebie, bo czasem może się kontrolować, ale cały czas nie da rady. Ty masz prawo mieć swój poziom wrażliwości, on swój, nie macie prawo narzucać go sobie nawzajem i starać się siebie na siłę zmieniać. Naprawdę lżej się żyje z osobą, dla której równie oczywiste jest, że pewnych słów się nie używa, albo która szanuje i rozumie, że ty w taki i taki sposób rozmawiać nie chcesz.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • pogodoodporna 15.11.13, 17:39
    Sorvina, z calego serca Ci dziekuje za rzeczowe potraktowanie mojego problemu. Dzieki Tobie zyskalam sporo wiedzy do przemyslen i kierunek w ktorym bede musiala podazac. Dziekuje serdecznie :-)
  • sorvina 15.11.13, 17:51
    Może jeszcze dodam, że osoba, która wychowała się w domu pełnym przemocy i nie przerobiła tego, będzie uważać, że przemocowa komunikacja jest normalna. Jest zaślepiona. Choćby nie wiem jak była inteligentna i wrażliwa w innym tematach. Nie zakwestionowała zachowania swoich rodziców, nie uznała, że było złe, więc nie uzna, że sama źle robi i nie poczuje empatii bo jest zamrożona na swoje uczucia. Jeśli jednak regularnie dostaje komunikat, że rani, że to nie jest dobre, normalne dla wszystkich, ale nic z tym nie robi, to można ją rozumieć, można jej współczuć, ale szkoda się z nią męczyć. Nie uzdrowisz dzieciństwa za kogoś. Trzeba byś świadomym własnego bólu by wyobrazić sobie ból drugiej osoby, ale łatwiej od niego uciekać. Dlatego empatia jest czymś co nie płynie z rozumu, ale emocjonalnej dojrzałości o otwartości. Do niej trzeba dojrzeć.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • molly_wither 16.11.13, 16:51
    Strasznie sie wymadrzasz ,a sama nie dojrzalas. W pewnym momencie piszesz,ze zerwalas kontakt z obojgiem rodzicow.I uwazasz,ze tak postepuje osoba dojrzala?! Sory,ale masz jeszcze wiele lekcji do odrobienia.


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • pade 16.11.13, 17:54
    bez przekazu, a jaką Ty masz wiedzę, na temat doświadczeń innej osoby, żeby ją oceniać?
    co Cię do tego upoważnia?
    jesli sądzisz, że wiek i Twoje doświadczenie życiowe to jestes w błędzie
    --
    "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
  • sebalda 16.11.13, 20:07
    Sorvina napisała:
    >Może jeszcze dodam, że osoba, która wychowała się w domu pełnym przemocy i nie przerobiła tego, będzie uważać, że przemocowa komunikacja jest normalna. Jest zaślepiona. Choćby nie wiem jak była inteligentna i wrażliwa w innym tematach. Nie zakwestionowała zachowania swoich rodziców, nie uznała, że było złe, więc nie uzna, że sama źle robi i nie poczuje empatii bo jest zamrożona na swoje uczucia.

    Sorvino, a co jeśli zakwestionowała i uznała, że były złe? Czy wychodząc z domu, gdzie była przemoc (jednostronna, choć wiadomo, że byly interakcje), ale wiedząc, że to było złe, wiedząc, że jedna ze stron z tym walczyła (choć przegrała), można się obronić i nie powielać wzorców?
    Dlaczego jedni ludzie starają się nie popełniać błędów swoich rodziców, traktują dzieci z czujnością, żeby tylko nie robić im tego, co sami zaznali w domu, a inni te wzorce powielają? Dlaczego bity syn, bije swojego syna? A inny bity syn obiecuje sobie, że nigdy tego nie zrobi, bo wie, jak to bolało, i dotrzymuje tej obietnicy? Dlaczego niektórych stać na to, by potraktować rodzica jako antyprzykład, a innych na to nie stać?
    Moja mama bardzo rzadko mnie chwaliła, a czasami krytykowała, ale nie wprost, tylko tak podstępnie, że nawet trudno było to uchwycić (ale działało). Miałam i mam przez to wiele kompleksów, choć jej uwagi krytyczne w sumie się nie sprawdziły, poradziłam sobie w sprawach, które według niej były dla mnie za trudne. Wiem, jak to bolało i jak mocno na mnie wpłynęło, więc od urodzenia dzieci robiłam wszystko by im tego oszczędzić, chwaliłam je często, budowałam ich poczucie wartości (a one cudownie na nie pracowały i zawsze zasługiwały na te pochwały, kwitły dzięki nim). Czyli można przełamać wzorce wyniesione z domu.
    Wciąż mam nadzieję (łudzę się), że moje dzieci nie powielą wzorca, bo dałam im mimo niesprzyjających warunków bardzo dużo miłości i wsparcia, bo wiedzą, że to, co się dzieje w domu jest złe. Będą działać tak jak ja: wbrew i na przekór wzorcom. Czy jest taka szansa? Jak dotąd są naprawdę ok.
  • sorvina 16.11.13, 22:18
    Aby dziecko doświadczające przemocy nazwało "złym" to co robią jego rodzice, musi mieć kontakt ze swoim cierpieniem jakie to zachowanie sprawiało. Jeśli całe otoczenie twierdzi, że wszystko jest ok i tylko dziecko coś wymyśla i atakuje rodziców, nikt nie potwierdza uczuć i przemyśleń dziecka, a za okazywanie emocji jest ono karane, to może być dla niego łatwiej stanąć po stronie rodziców i uznać, że dane zachowanie było ok, to ono było złe i na np.bicie zasłużyło. Wymaga to odcięcia się od swoich uczuć. Jeśli to było prawdziwe odcięcie emocji i zakłamanie siebie, a nie tylko udawanie tego by przetrwać, wtedy po latac, taka osoba będzie przekonana, że bicie jest ok i nie będzie potrafiła poczuć empatii do swojego dziecka, wyobrazić jego bólu - bo sama go nie czuje. Co więcej, ten tłumiony ból i przerażenie małego dziecka nadal w niej są i mogą powodować, że tym bardziej będzie chciała stanąć po stronie kata, by nie czuć się ofiarą. Może ogarnąć ją nieprzytomna furia np. gdy słyszy płacz dziecka - bo budzi to w niej zakazane, bolesne emocje, których nie jest w stanie wytrzymać, których dopuszczenie do świadomości rozwaliło by całą jej wizję świata i to na czym zbudowała siebie. Poza tym pojawia się nieświadomy wstyd - jestem jak rodzic, tym silniej działa chęć usprawiedliwiania zachowania rodzica = usprawiedliwiania swojego zachowania.

    Ja też pamiętałam jak to boli jak moja mama krytykuje, gnoi człowieka obdzierając go z godności. Dlatego nigdy nie chciałam tak traktować mojego partnera. Miałam takie wzorce jednak, bo innych w domu się nie nauczyłam, ale potrafiłam sobie uświadomić, że zaczynam to robić i przestać, i miałam silną motywację by nauczyć się komunikować inaczej w chwilach stresu. Moja mama wybiela swoją matkę - twierdząc, że owszem - babcia ma trudny charakter, ale to taki dobry dzielny człowiek, a jak kogoś krytykuje to najwyraźniej zasłużył. Więc tak samo traktuje swoje - identyczne zachowanie. Nie przyjmuje do wiadomość, że krzywdzi - nie ma motywacji do zmiany.

    Także metody przetrwania w dzieciństwie - znieczulanie się, nie porzucone gdy już można bezpiecznie, na terapii, w gronie bliskich życzliwych ludzi, odsłonić się i wyrazić przykre emocje, przejawi się też jako znieczulenie na innych, na przemoc w ogóle.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 17.11.13, 19:40
    Mnie chodziło o dzieci wychowywane w rodzinie, gdzie jedno z rodziców stosuje przemoc wobec drugiego, a one dostają tylko czasami rykoszetem. Choć wiadomo, że słowo "tylko" nie umniejsza problemu takich dzieci. Niemniej nie chodzi o rodziców stosujących przemoc bezpośrednio wobec dzieci.
    Jeśli dzieci wiedzą, że to jest złe, jeśli potrafią to rozpoznać, nie dają sobie wmówić, że to jedyny sposób na życie w związku, to jest szansa, że TO ich nie obarczy za mocno? Czy jednak mimo wszystko są jakoś "zainfekowane"? Czy powinny w dorosłym życiu jak najszybciej, nawet prewencyjnie, szukać terapii? Czy mogą same to przepracować?
  • sorvina 17.11.13, 20:12
    Myślę, że wszystko zależy od tego z którym rodzicem dziecko się bardziej identyfikowało. Czasem utożsamia się z tym silniejszym, wtedy w dużym stopniu usprawiedliwia jego zachowania, może nawet nauczyć się lekceważyć i gardzić słabością drugiego rodzica. Wtedy łatwiej mu wchodzić w rolę kata. Jeśli utożsami się z rodzicem - ofiarą, będzie potrafiło nazwać przemoc przemocą, ale może potem odtwarzać w swoim życiu wzorce ofiar. Z wzorca ofiary łatwo wejść w rolę kata w innych sytuacjach i na odwrót. Bo nie zna się innych sposobów bycia w relacji. Im w młodszym wieku zaczęła się przemoc, tym bardziej wpływa na przekonania i wyobrażenia dziecka dotyczące płci, zachowań kobiety i mężczyzny, tego jak wyglądają związki itp.

    Jak dziecko dorasta wiele zależy od jego osobowości oraz reszty otoczenia - czy miało jakieś zdrowe wzorce, które mogło przyswoić, czy też jego życie było ograniczone do obserwowania piekła domowego. Ja dużo czytałam, wychowałam się na książkach rozwojowych połykając je namiętnie od 14 roku życia - to mi poszerzyło perspektywę, nauczyło, że można inaczej niż u mniej w domu. Niektóre mole książkowe nabierają z literatury nadmiernie idealistyczny model miłości i związków, często nierealny, jednak stanowi jakoś odmianę od tego co obserwują w domu i motywację do tego by jednak związków nie unikać i wierzyć w miłość. Czasem wystarczy jeden życzliwy członek rodziny - babcia, wujek, który nazwie rzeczy po imieniu, pomoże dziecku nabrać dystansu do wojen rodziców, pokaże inny świat.
    Osobiście jednak nie znam osób, które nie mają chociażby permanentnie podwyższonego poziomu napięcia z przyzwyczajenia do życia w ciągłym strachu przez kolejną kłótnią rodziców. Takie dziecko przecież nigdy nie poznało poczucia bezpieczeństwa. Mogą mieć same problemy z agresją, której nie chcą wyrażać - bo pamiętają, że jest zła, więc tłumią wszelką złość, aż stracą panowanie nad sobą. Nie potrafią zdrowo wyrażać złość i inne emocje i uczucia, stawiać granic bez przemocy - mogą uciekać w drugą skrajność bycia zbyt miłym by na pewno nie być złym.
    Dzieci najczęściej czują się współodpowiedzialne, starają się rodziców rozdzielać, chronić, przyjmują role ponad swój wiek. Łatwo potem popaść we współuzależnienie. A nawet jeśli trzymały się z daleka, to mogą ogólnie sobie nieźle radzić w życiu, ale mieć dużo lęków i problemów w związkach, bo kojarzą się one z cierpieniem.

    Myślę, że w czasie studiów już widać kto ma jakie wzorce, w jakiego typu relacje się pakuje lub od nich ucieka i czy radzi sobie z tym sam. Przeczytanie literatury na dany temat pomaga zdiagnozować gdzie jest problem, można z początku próbować poradzić sobie samemu - może kurs asertywności i zdrowej komunikacji wystarczy. Jeśli jednak jest za dużo emocjonalnych traum, które sprawiają że reagujemy z poziomu dziecka, a nie dorosłego, realizujemy ze strachu przed bólem i odrzuceniem jakieś strategie ochronne, które działały w dzieciństwie a teraz nam szkodzą i na rozum nie potrafimy z tego zrezygnować, to warto zwrócić się po pomoc. Natomiast jeśli wszystko działa to nie ma co naprawiać.

    Mam nadzieję, że piszę jasno, bo łapie mnie jakieś przeziębienie i ciężko mi zebrać myśli. Chyba czas na jakiś rozgrzewający napój i skok pod pierzynkę.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 17.11.13, 21:33
    Sorvino, bardzo Ci dziekuje. I zdrowia życzę:)
  • zuzi.1 14.11.13, 19:41
    sebalda napisała:"A jego siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko się pogubił. Dawno mnie nic tak nie ubawiło."

    Sebaldo a co ma Ci powiedziec jego siostra, przecież jego siostra to "koszula bliższa jego ciału", nawet gdyby się b. starała nie będzie potrafiła byc obiektywna wobec Ciebie, bo w środku ZAWSZE bliższy jej będzie emocjonalnie jej brat rodzony, a Twój mąż, więc w KAŻDEJ sytuacji będzie próbowała wybielac jego zachowania, doszukując się raczej drugiego dna w Tobie, niż w nim...taka jest prawda, więc nie przejmuj się za bardzo tym, co uważa jego siostra, bo to jest mało znaczące i nieobiektywne, Ty przecież DOBRZE wiesz jak jest z nim i jego zachowaniem...
  • sorvina 14.11.13, 19:52
    Myślę, że nawet nie chodzi o brak obiektywności - ona może go nie znać z tej strony, więc wszystko co mówi Sebalda dzieli przez 4, zakładając, że część może koloryzować.
    Ja miałam ostatnio rozmowę z przyszywaną siostrą ojca. Ona jest przekonana, że ojciec na pewno mnie kocha, przecież tyle o mnie mówi, rodzice zawsze kochają dzieci itp. Ale prawda jest taka, że ona jest dobrym człowiekiem i dla swojego syna skoczyła by w ogień, nie wyobraża sobie, by rodzic mógł być podły wobec dziecka, to się nie mieści w jej światopoglądzie, więc sobie wszystko tłumaczy po swojemu, że ja nie mogę ojcu wybaczyć rozwodu i z tego powodu się na niego boczę itp. Darowałam sobie oświecanie jej, dla niej może być dobrym bratem - potrafi być czarujący, wspaniały z niego kompan. Bycie rodzicem/mężem to jednak inna relacja, można w niej pokazać zupełnie inne oblicze, którego reszta świata nie zna. I chyba bez filmu czy nagrania w nie nie uwierzy.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • zuzi.1 14.11.13, 20:05
    sorvina napisała:"Myślę, że nawet nie chodzi o brak obiektywności - ona może go nie znać z tej strony, więc wszystko co mówi Sebalda dzieli przez 4, zakładając, że część może koloryzować. "

    Tylko skoro go nie zna od tej strony, to dlaczego gdy jego własna żona która go zna od x lat mówi jej jak się jej brat zachowuje, to pani dzieli to co mowi zona przez 4 i zakłada, że częsc z tego co zona mówi jest podkoloryzowane...i tu wracamy do powiedzenia:ponieważ :jest bliższą koszulą ciału" dla swojego brata, tak to niestety zazwyczaj wygląda. Wydaje mi się, że nawet gdyby sebalda pokazała jej nagranie z kamerki siostra doszukiwałaby się prowokacji w zachowaniu sebaldy i manipulacji i cięzko by jej bylo przyjąc, że jej brat tak się zachowuje, bez bycia sprowokowanym przez żonę...taki lajf, u siostry męza sebalda wsparcia i zrozumienie nie znajdzie NA PEWNO, więc szkoda jej opowiadac.
  • zuzi.1 14.11.13, 20:15
    Ja bym się na miejscu sebaldy wybrala do pana Drożdżaka porozmawiac o sytuacji, może on jej coś konkretnego podpowie. Myślę, że sebalda mogłaby zagrac na jakichs lękach męża, aby wyznaczyc granice jego zachowaniom, bo skoro żadne z nich osobno nie utrzyma tego domu, to może warto to mężowi uświadomic i powiedziec wyraźnie, że jak przegnie z zachowaniem, to się małżonka wypisze ze związku i z domem, obowiązkami z nim związanymi i z innymi sprawami będzie się wówczas za przeproszeniem "bujał sam"... a ona sobie a chocby i kawalerkę wynajmie z dziecmi byle dalej od niego i zrobi rozdzielnosc majątkową. Myślę, że i na tego pana znalazłby się sposób, tylko nalezaloby ustalic strategię działania, stac się b. pewną siebie, nie lękliwą i asertywną i konsekwentnie realizowac ustalony plan, przy cichym wsparciu dzieci.
  • sorvina 14.11.13, 20:17
    Zuzi - możliwe, ale takie same mechanizmy działają gdy obie strony konfliktu są bliskie i powiązane więzami krwi. W co łatwiej uwierzyć, że ktoś jest psychopatycznym przemocowcem, gdy dla ciebie ZAWSZE był ok i nie masz żadnych SWOICH dowodów na potwierdzenie tak ciężkich oskarżeń, czy że oskarżyciel żona koloryzuje, a brat tylko bywa sfrustrowany i nie radzi sobie czasem ze stresem w pracy?
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • zuzi.1 14.11.13, 20:24
    No wiadomo, że łatwiej uwierzyc w to drugie. Ale tak czy siak, siostra nic nie zmieni w zachowaniu brata i wsparcia raczej sebalda od niej nie uzyska. Tylko się sfrustruje, gdy usłyszy, że mąż ją kocha a ona przesadza i nie dostrzega jego dobrej woli ;)
  • sebalda 14.11.13, 22:39
    Opinia siostry męża jest mi doskonale obojętna, bo... jest tak, jak piszecie, poza tym ona ma tak potworne bagno w swoim życiu, że faktycznie nasze problemy przy tym bledną, dlatego ona nigdy mnie nie zrozumie.
    Tyle że jej słowa obudzily we mnie wspomnienie, jak to ja tyle lat byłam przekonana, że on faktycznie mnie kocha, tylko taki wybuchowy i nerwowy z natury jest, ma stresującą pracę (każdą zresztą, jaka by nie była), a zazdrość to z tej wielkiej miłości jest, ble, ble, ble....
    Byłam typową głupią idiotką, która wierzy w obiegowe opinie, która bierze za dobrą monetę puste deklaracje, które nic nie kosztują, która się cieszy, że po tylu latach mąż ciągle mówi, że ją kocha, prawi komplementy, niejedna by pozazdrościła:P Na rocznice prezenty i kolacje przy świecach. Miesiące miodowe. Gdyby to chociaż miesiące były:( Cykl obliczyłam kiedyś na średnio 2 tygodnie, bo awantury były co tydzień (zawsze w weekend lub święta tudzież w wakacje), ale czasami okres spokoju potrafił trwać miesiąc (ale to w sumie był rekord, nie wiem, czy powinnam to liczyć).
    Nie chcę się znowu żalić ani tłumaczyć, to nie jest mój wątek. Przedstawiam jedynie mechanizm nabierania się na tzw. gorącą i burzliwą miłość. Oddałabym wszystkie kwiaty, prezenty i kolacje przy świecach, za dobrego, spokojnego, choćby nawet ślamazarnego ciepłego człowieka. Dlatego tak mi trudno zrozumieć laski, które chcą torebek skórzanych, wakacji w tropikach albo innych dowodów "męskości", a nie dostrzegają tych wszystkich dobrych cech oddanych, mających dobry kontakt z dziećmi, ciepłych facetów. Dla mnie - niepojęte i głupie przy tym. Ale wiem, że to moja subiektywna ocena podyktowana własnym doświadczeniem. Ludzie są różni i lubią różne rzeczy. Choć nadal jestem za tym, żeby dostrzegać dobre strony facetów.
  • zuzi.1 14.11.13, 22:49
    Sebaldo, a może Twój mąż ma pasożyty i stąd te cykliczne agresywne zachowania, przebadaj mu kał ;-) na wszelki wypadek...
  • pogodoodporna 14.11.13, 19:53
    sebalda napisała:
    > A jego
    > siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko sie pogubil.

    No popatrz, "sie pogubil", jaki ladny eufemizm. Moja tesciowa o tesciu, alkoholiku i kompletnym prostaku zawsze mowila, ze to dobry czlowiek tylko ma slaby charakter. Niech zyje solidarnosc rodzinna ;-)

  • ad.a6 18.11.13, 08:43
    To jak w takim razie dać partnerowi do zrozumienia, o co mi chodzi, skoro na delikatne sformułowania i prośby po prostu nie reaguje, tylko przemilcza? Ja wtedy pytam "Co więc teraz zrobimy?" a on "ale z czym?", ja: "no z tym co mówiłam przed chwileczką", on: "no nie wiem, wymyśl coś" i moja wściekłość że muszę znowu sama o wszystkim myśleć i mam cały dom na głowie.
  • ad.a6 18.11.13, 08:39
    Dziękuję, Sorvino.... w takim razie coś mi uświadomiłaś: ja w takim razie nie potrafię kochać. Albo kocham warunkowo - czyli wtedy, gdy nie ma otaczających problemów, są pieniądze, są wspólne plany, które można zrealizować tylko za pomocą pieniądza, itp. Nie mam już sił na siebie.
  • t1ffany 14.11.13, 13:19
    Wiesz, ja wiele
    > razy próbowałam niektóre obowiązki scedować na partnera, ale on jest z tych, co
    > chwyci to spartoli, szczerze mówiąc boję się dać od niego zapłodnić


    Co chwyci to spartoli dlatego zlew kazałaś mu naprawić. Całe szczęście że wezwał fachowców i było za co mu zrobić awanturę.
    Z tego co piszesz bije niesamowita pogarda do tego człowieka.
    Dysponowanie cudzymi pieniędzmi Cie denerwuje ale nie przeszkadza Ci to dysponować jego wypłatą.

    Facet jest skandaliczny, bo nie pasuje do Twojej wizji odpowiedzialnego samca. Pracodawcy też są skandaliczni bo nie chcą 32 latki z dwoma językami od razu zatrudnić na wysokim stanowisku. A przecież masz prawo tego wymagać, prawda?

    Dysfunkcje Twojego faceta są niczym w porównaniu z Twoimi własnymi.

  • ad.a6 14.11.13, 13:40
    Facet jest skandaliczny, bo nie pasuje do Twojej wizji odpowiedzialnego samca.
    > Pracodawcy też są skandaliczni bo nie chcą 32 latki z dwoma językami od razu za
    > trudnić na wysokim stanowisku. A przecież masz prawo tego wymagać, prawda?
    >
    > Dysfunkcje Twojego faceta są niczym w porównaniu z Twoimi własnymi.

    Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdołach jak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdołach nie wiedziała. A syfonu naprawiać nie kazałam, do niczego go nie goniłam, sam się za to wziął. I za wiele innych rzeczy też, tylko że on najwidoczniej nie ma do tego ręki. Dobra, prawnicy, lekarze też może nie mają ręki, ale w takim przypadku zatrudnienie fachowca to niezauważalny drobiazg. U nas są niestety dylematy kupić buty czy zapłacić fachowcowi.
    Moimi własnymi? Niby po co kończyłam studia i uczyłam się 2 języków?!- żeby lepiej zarabiać.
    Widzę że założyłam ten wątek po to, by większość (za wyjątkiem kilka nielicznych osób) sprowadziła mnie skutecznie do parteru. Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.
  • adorra0 14.11.13, 13:46
    Nie jestem stara, brzydka i głu
    > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.

    Myślę, że nie jesteś w takim myśleniu odosobniona i masz do tego prawo. Problem polega na tym, że realia na rynku pracy są jakie są.
  • ad.a6 14.11.13, 13:55
    To mnie chociaż cieszy, że nie jestem w takim myśleniu odosobniona. Chociaż muszę przyznać że mam z tego powodu kompleksy :(, jak ktoś wyżej napisał, może satysfakcjonująca praca gwarantująca stabilizację rozwiązałaby moje problemy. Miałabym powód, żeby o siebie zadbać i w ten sposób chociaż część frustracji wyeliminowałaby się.
  • sebalda 14.11.13, 14:14
    Ado, jesteś sfrustrowana, jak wiele z nas, mogłabym długo o tym, jak mi nie starcza do wypłaty, choć oboje z mężem zarabiamy średnią krajową, jak się czuję, gdy ciągle muszę odmawiać dzieciakom różnych rzeczy, jak od lat nie stać mnie na normalne wakacje, zatem świetnie to rozumiem. Ale ja nie obarczam winą za to męża, który teoretycznie mógłby szukać lepszej pracy. Dziś cieszę się z tego, że oboje w ogóle mamy pracę, a jesteśmy w takim wieku, że jej utrata byłaby naprawdę dramatem.
    Sama mam za to w domu frustrata i wiem, jak strasznie boli, gdy najbliższa osoba wyżywa się na mnie, a czasami na dzieciach (na psie też bywa) z powodu tych frustracji. On też przeżywa, że za mało zarabia i to on musi manewrować z tymi naszymi wypłatami, żeby jednak na wszystko starczało, a to przeżywanie wylewa na nas. Ja uważam, że w normalnym związku, jak są gorsze okresy, jak robi się ciężko, para powinna się wspierać i pocieszać w biedzie, a nie wyładowywać frustracji na bliskich. Do czego to prowadzi? Jesteśmy przez takie zachowania mojego męża parą dwojga nienawidzących się serdecznie ludzi, którzy są w klinczu, bo rozwód nie pozwoli w tej chwili funkcjonować finansowo, razem jakoś to się jeszcze ciągnie.
    Ktoś wyżej napisał: nie ma usprawiedliwienia dla wyzwisk, awantur, poniżania, złego traktowania bliskich. A Ty to robisz, a potem się dziwisz, że partner przestał Cię adorować, że nie ma wzlotów, że on nie ma entuzjazmu do zmian, że się zamyka w sobie. Czy choć przez chwilę pomyślałaś, jak on się czuje, gdy tak się na nim wyżywasz? Gdy wyzywasz go od nieudaczników? Gdy masz do niego pretensje, że za dużo je w towarzystwie??? Choć raz postaw się w jego sytuacji.
  • pogodoodporna 14.11.13, 14:12
    ad.a6 napisał(a):

    > Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdołach j
    > ak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdołach ni
    > e wiedziała.

    Ale dlaczego , u licha dlaczego nic nie powinnas wiedziec o syfonie ? Przeciez to TWOJ DOM, Twoja kuchnia , twoj syfon. Wbilas sobie do glowy, ze facet powinien umiec majsterkowac, a jak nie to dupa i nieudacznik. Zaproponuj mu gotowanie, wyprowadzanie psa, wyzyty u weterynarza, zakupy, cokolwiek co Cie odciazy. Jedziesz schematem i zloscisz sie, ze inni nie przystaja do Twoich wyobrazen. Jestes niby nowoczesna, samodzielna, a poglady masz tak tradycyjne, ze az glowa boli.
  • molly_wither 14.11.13, 18:23
    Sory,ale tradycyjne poglady to ty masz wlasnie.
    Jesli facet zarabia mniej od kobiety to powinien wykaza cie wieksza inicjatywa w domu.Kropka.
    pogodoodporna napisał(a):

    > ad.a6 napisał(a):
    >
    > > Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdo
    > łach j
    > > ak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdoł
    > ach ni
    > > e wiedziała.
    >
    > Ale dlaczego , u licha dlaczego nic nie powinnas wiedziec o syfonie ? Przeciez
    > to TWOJ DOM, Twoja kuchnia , twoj syfon. Wbilas sobie do glowy, ze facet powini
    > en umiec majsterkowac, a jak nie to dupa i nieudacznik. Zaproponuj mu gotowanie
    > , wyprowadzanie psa, wyzyty u weterynarza, zakupy, cokolwiek co Cie odciazy. Je
    > dziesz schematem i zloscisz sie, ze inni nie przystaja do Twoich wyobrazen. Jes
    > tes niby nowoczesna, samodzielna, a poglady masz tak tradycyjne, ze az glowa bo
    > li.


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • pogodoodporna 14.11.13, 18:36
    molly_wither napisał(a):

    > Sory,ale tradycyjne poglady to ty masz wlasnie.
    > Jesli facet zarabia mniej od kobiety to powinien wykaza cie wieksza inicjatywa
    > w domu.Kropka.

    Widac nieuwaznie przeczytalas to co napisalam. Autorka watku zada, zeby pan zajmowal sie drobnymi naprawami w domu, bo to rzekomo nalezy do obowiazkow mezczyny. Ja jej proponuje, zeby mu odpuscila majsterkowanie, ale w zamian scedowala na niego obowiazki zwiazane z prowadzeniem domu- sprzatanie, gotowanie, opieke nad psem itd. Zawsze mozliwy jest podzial obowiazkow, ale trzeba chciec sie podzielic i nie wymagac zeby kazdy zajmowal sie stosownie do plci "tym co meskie" lub "tym co kobiece", bo to archaiczny podzial, czesto zupelnie nieprzydatny.
  • t1ffany 14.11.13, 14:12
    Nie jestem stara, brzydka i głu
    > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej


    No tak, ludzie starzy i brzydcy powinni zarabiać mało, ale ja, taka młoda, piękna i mądra powinnam zostać na wejściu wynagrodzona za swoją zajebistość. Przecież na tym polega poczucie własnej wartości, nieprawdaż?

    Studia kończyłam "żeby mieć więcej pieniędzy", faceta wzięłam "żeby było lżej" i wszystko to jak psu w doopę. Jaki ten świat niesprawiedliwy.


    Nie chodzi o sprowadzenie Cie do parteru. Chodzi o uświadomienie Ci że zasadnicze źródło Twoich problemów z którymi tu przyszłaś jest w Twojej głowie. Ale sądzę że cała praca piszących tu dziewczyn jest na nic (przy okazji brawa dla Sorviny) bo Ty i tak uważasz że co złego to nie ja.
  • ad.a6 14.11.13, 14:26
    t1ffany napisała:

    > Nie jestem stara, brzydka i głu
    > > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej

    >
    > No tak, ludzie starzy i brzydcy powinni zarabiać mało, ale ja, taka młoda, pięk
    > na i mądra powinnam zostać na wejściu wynagrodzona za swoją zajebistość. Przeci
    > eż na tym polega poczucie własnej wartości, nieprawdaż?
    >
    > Studia kończyłam "żeby mieć więcej pieniędzy", faceta wzięłam "żeby było lżej"
    > i wszystko to jak psu w doopę. Jaki ten świat niesprawiedliwy.
    >
    >
    > Nie chodzi o sprowadzenie Cie do parteru. Chodzi o uświadomienie Ci że zasadnic
    > ze źródło Twoich problemów z którymi tu przyszłaś jest w Twojej głowie. Ale sąd
    > zę że cała praca piszących tu dziewczyn jest na nic (przy okazji brawa dla Sorv
    > iny) bo Ty i tak uważasz że co złego to nie ja.

    T1ffany: ja nigdzie nie napisałam, że starsi i głupsi powinni zarabiać mniej. Może ujmę to inaczej, jestem jeszcze dobrze rokującym pracownikiem, nie za stara (by nie wiązać jakichś planów) i nie za młoda (żeby pracodawca nie pomyślał że bez doświadczenia), i chyba za fakty wynikające z cv od jakiejś stawki powinno się wyjść. Zdaniem większości piszących tu dziewczyn powinnam się chyba poddać, uśmiechnąć i żyć dalej, a widząc jego pensję ucałować go i stwierdzić "łał, dziękuję kochanie, że mi przyniosłeś na jedzenie". Wybacz zatem, ja tak nie potrafię, zawsze miałam wobec siebie i innych większe ambicje. Jutro jadę na rozmowę kwalifikacyjną, zobaczymy co z tego wyniknie.
  • sebalda 14.11.13, 14:42
    Ada, ale do kogo Ty masz pretensje, że na starcie nie dostajesz wysokiego stanowiska i dużej pensji? Co to narzekanie, że Cię nie doceniają, Ci da? Pogrążasz się w tym zgorzknieniu i pretensjach i co? Pogodzenie sie z realiami nie znaczy, że trzeba się poddać, ale pomaga nabrać dystansu. Życie w stresie i pretensjach w niczym nie pomaga. A nawet szkodzi, bo włosy wypadają i nie jesteś już taka ładna:P
  • ad.a6 14.11.13, 14:49
    No tak, prawda :)....może by tak zmienić nazwę wątku na "nie radzę sobie ze stresem/niską samooceną/wysoką samooceną".... no właśnie. Sama nie wiem, jak się czuję. Może ktoś odbiera moje posty jako przepełnione zarozumialstwem, narcyzmem....nie wiem. A wewnętrznie czuję się jak g*wno. Mogę nawet sama z siebie przepłakać bez powodu.
  • lilith76 14.11.13, 15:31
    "nie radzę sobie ze str
    > esem/niską samooceną/wysoką samooceną".... no właśnie.

    Tak sobie pomyślałam.
    Byłaś kochanym, rozpieszczanym dzieckiem, słyszącym, że jest zdolne, wszystko w życiu osiągnie, a problemy rozwiązują inni (słynna spłuczka, o której nie miałaś prawa pomyśleć). To piękne. A potem zderzyłaś się z prawdziwym życiem, gdzie nie jesteś już jedyną księżniczką.
    Taka trochę jedynaczka, oczko w głowie tatusia :)
    Dziś też chcesz być jedynaczką i oczkiem w głowie dla otoczenia :)

    Zauważ, że wcześniej twoja wysoka stopa życia i jego luksusy były dzięki temu, że żyłaś obok mamusi. Gdybyś od razu poszła na swoje, do swojego mieszkania, to to "dziadowanie" byłoby twoim udziałem już od ponad 10 lat.


    --
    Wschody słońca są owszem całkiem niczego kiedy podejść do nich powoli od strony poprzedniej nocy ale zetknięcie się z takim wschodem słońca nos w nos od strony bieżącego poranka jest rzeczą zupełnie nieznośną. Gertruda Stein
  • sorvina 14.11.13, 15:41
    Autorko i to jest właśnie powód byś zajęła się sobą. Na przykład na terapii. Byś nauczyła się czuć swoją wartość niezależnie od tego czy spełniasz swoje wyśrubowane normy, spojrzała na siebie, na świat realniej.

    Wiele rzeczy możesz też zrobić sama. Masz bardzo dużo różnego typu "oczywistości" typu on powinien, oni powinni, które są oczywiste tylko dla ciebie. Wymagasz by świat je realizował a on jest jaki jest i wywołuje to niepotrzebne napięci i konflikty. Na weryfikowanie takich przekonań dobra jest metoda Kathy Byron The WORK. Polecam. Książki Kathy masz tutaj: www.thework.com/polski/sklep.asp Polecam zacząć od "Kochaj co Masz!" .
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • mantis_after_dinner 14.11.13, 14:52
    sorry za sprowadzanie do parteru, ale:
    - w dzisiejszym swiecie te dwa jezyki (o ile Twoimi jezykami nie sa arabski i mandarynski na przyklad) to naprawde przestaly byc jakies atuty. Wsrod moich znajomych naprawde wiekszosc posluguje sie dwoma. I nie uwaza, ze to jest cos, za co nalezy sie jakies szczegolne uznanie czy wyzsza pensja. Jezyki nie sa juz atutem, sa narzedziem do wyslowienia sie. A zeby sie wyslowic to trzeba miec co powiedziec i cos konkretnego umiec. Nie twierdze, ze nie umiesz albo nie masz konkretnego fachu. Po prostu taki zaczyna byc swiat. A w polaczeniu z dosyc trudnym rynkiem pracy w Polsce jakos nie dziwi mnie, ze nie masz jakiejs szczegolnej gratyfikacji za te jezyki. Zejdz dziewczyno na ziemie. Takich ludzi na rynku jest naprawde sporo.
  • t1ffany 14.11.13, 15:37
    M
    > oże ujmę to inaczej, jestem jeszcze dobrze rokującym pracownikiem, nie za stara
    > (by nie wiązać jakichś planów) i nie za młoda (żeby pracodawca nie pomyślał że
    > bez doświadczenia), i chyba za fakty wynikające z cv od jakiejś stawki powinno
    > się wyjść.


    Kurcze, też jestem starą metalówą i miałam jakieś takie szowinistyczne przeświadczenie że ludzie których kręci ambitniejsza muzyka (wszystko jedno jaka) są trochę bardziej open-minded. U Ciebie wygląda to średnio.

    Stawka za fakty z CV? Sorry, to nie ta galaktyka. Twoja praca jest warta dokładnie tyle ile ktoś zechce za nią zapłacić. Ani mniej, ani więcej. Jeśli rynek pracy oferuje Ci 2k to jest warta 2k, jeżeli za rok zaoferuje 1,5k albo 10k to będzie tyle warta. Tak to działa i ani 50 języków ani 80 fakultetów nic w tym względzie nie zmienia. Można nad tym płakać ale nie wiem czy jest sens.


    Zdaniem większości piszących tu dziewczyn powinnam się chyba podda
    > ć, uśmiechnąć i żyć dalej, a widząc jego pensję ucałować go i stwierdzić "łał,
    > dziękuję kochanie, że mi przyniosłeś na jedzenie"


    Chyba nie, coś mało uważnie czytasz. Ciskanie się ze skrajności w skrajność jest głupie. Wymagasz od partnera z DDA rzeczy nierealistycznych (dla niego, nie dla projektowanego everymana) sama też nie mając w głowie tak do końca posprzątane. Do tego faulujesz go w brzydki sposób przy okazji.

    Jeżeli nie chcesz lub nie możesz zmienić okoliczności zewnętrznych (bo chora mama, bo to i tamto) to wypada się z nimi pogodzić. Możesz to nazwać "poddaniem się" ale to i tak będzie lepsze niż chodzenie po ścianach i wbijanie zębów w tynk.

    Mimo wszystko powodzenia.

    PS
    szanuj tego swojego chłopa albo się z nim rozstań. Nie wolno ludźmi pomiatać, żadna frustracja tego nie usprawiedliwia.
  • paris-texas-warsaw 14.11.13, 15:50
    Ada i Dziewczyny, dzięki za ten wątek, dzięki Sorvinie i Sebaldzie za słowa o milości. No, To faktycznie się dzieje, ktoś ma problem, ktoś stara się go z nim rozwikłać. Ciekawe, jaką może perspektywę przedstawi Pani Agnieszka. Takie wątki są dla mnie faktycznie inspirujące.
    Ado, życzę Ci, żebyś temu lub innemu wymarzonemu partnerowi kupowała na zimę kufajkę i czapkę uszatkę, żebyś nie martwiła się za ile i za czyje, i w ogóle, żebyś była szczęśliwa:)
    Dzięki:)
  • molly_wither 14.11.13, 18:21
    Ale masz tupet, tego nie lubia pracodawcy. Wiecej pokory zycze.
    ad.a6 napisał(a):

    > Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.


    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • ad.a6 18.11.13, 08:53
    molly_wither napisał(a):

    > Ale masz tupet, tego nie lubia pracodawcy. Wiecej pokory zycze.
    > ad.a6 napisał(a):
    >
    > > Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej,
    > przy moich predyspozycjach.
    >
    >
    Czyli nie powinnam się cenić???
  • z_pokladu_idy 18.11.13, 11:39
    Owszem, powinnaś, ale z całkiem innych powodów.
  • molly_wither 15.11.13, 19:55
    Wiesz, ja potrafie Cie zrozumiec, bo zyje z podobnym "typem" 25 lat. I ten typ sie nie zmieni, a jesli to na gorsze. Sorvina bardzo ladnie opisala zwiazek matki i ojca,ale ,niestety, jest to tylko opis, i to bardzo subiektywny. Nie moze byc obiektywna osoba,ktora jest zaangazowana uczuciowo, a tak jest z rodzicami.Po prostu ich kocha. Moze inaczej by napisala, gdyby w takim zwiazku,jak autorka, zyla. Nie umiem tak ladnie opisywac,jak Sorvina. Moge tylko napisac, ze w takich zwiazkach (jak rodzice Sorviny, jak zwiazek autorki i jej partnera, jak zwiazek moich rodzicow (Ś.P.), jak mój zwiazek (?) nie ma zwyciezcy i przegranego,nie ma kata i nie ma ofiary. Smutne to, bo takie zwiazki to rownia pochyla dla kazdego z partnerow.
    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • sorvina 16.11.13, 09:04
    Molly_wither - biorąc pod uwagę, że zerwałam kontakt z OBOJGIEM rodziców ze względu na ich niereformowalną toksyczność i zaburzenia, to raczej nie mam problemu z pełnym miłości wybielaniem. Dość długo miałam nadzieję, że coś się zmieni ale nie to samo. Teraz opisałam tylko fragment ich relacji, w innych wątkach jest więcej, zdecydowanie nie uważam, by mama była jedynym katem w tym związku i zgadzam się z Tobą, że w takim związku nie ma zwycięzcy i przegranego, każdy płaci wysoką cenę, a role kata i ofiary wymieniają się z czasem.

    Natomiast IMHO nie można mówić o obiektywnej wersji wydarzeń w żadnej sytuacji relacji, bo to zawsze będą tylko hipotezy i domysły nieweryfikowane przez świadomą refleksję głównych zainteresowanych. Można mówić o faktach - kto co zrobił, ale intencje, przyczyny to zawsze będą hipotezy - mniej lub bardziej trafne.
    To na co warto zwracać uwagę to dystans lub obecność zaślepiających emocji. I choć nie mogę zagwarantować, że u mnie nie ma już żadnych zaślepień, choć stale pracuję nad ich usunięciem (bo jeśli czegoś nie widzę u rodziców, to nie widzę też u siebie a działa), to po 10 latach od wyprowadzki z piekiełka rodzinnego, będzie ich na pewno mniej, niż u osoby, która w toksycznym związku tkwi po kolana. No i byłam w związku, który mógł się podobnie zakończyć, tylko nie weszłam w ten kanał, bo rozpoznałam wzorce rodzinne i pracowałam nad tym by ich nie powtórzyć.

    Tak mi się skojarzyło jak to moja mama się szczyciła, że ona tyle przeszła i nadal doświadcza, więc tyle wie o życiu i jest taka mądra... kiedyś to kupowałam. Teraz wiem, że ona wiedziała tylko jak tkwić w takich sytuacjach, ale nie rozumiała co się dzieje, co nią kieruje, bo z nich nie wyszła. Wyjście oznacza, że przerobiliśmy daną lekcję, a z czasem (wiedzą i terapią) może przyjść szersze zrozumienie. Nie mam na myśli, że jestem alfą i omegą, bo przecież znam tylko swój kawałek poletka, a reszta to hipotezy oparte na wiedzy i doświadczeniu. Chodzi mi tylko o to, że osoba tkwiąca w toksycznym związku ma okrojoną perspektywę, bo jest zbyt blisko, a emocje zaślepiają. Wtedy łatwiej utożsamiać się z rolą ofiary, bo doświadczenia to potwierdzające są zbyt silne by spojrzeć inaczej.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • molly_wither 16.11.13, 16:43
    Czyli jestes nielojalna wobec rodzicow. Nieladnie. Rodzice sa ,jacy sa, nie nam ich oceniac. Moze zrozumiesz,kiedy zaczna odchodzic,ale bedzie juz za pozno. Mam podejrzenie,ze boisz sie,aby kontakty z rodzicami nie zaklocily Ci tego,co skrzetnie budujesz z partnerem. Ale wielka umiejetnoscia jest pogodzic milosc do rodzicow z miloscia do partnera. W tej chwili wyglada to tak,ze sie odcielas od rodzicow. Nie uwazasz,ze to swinstwo? Czy oni tez Ciebie dreczyli,ze teraz ich za to karzesz? A moze karzesz ich za to,czego Ci nie dali, a co musialas zdobyc sama? Jesli tak to jest to glupota. Moja mama ma teraz 79 lat , ojciec nie zyje od 20, i ona dopiero teraz wie,co zle robila? A skad? Ano stad,ze teraz w pierwszym lepszym czasopismie moze poczytac o wieziach i milosci.Kiedys wiedziala tyle, ile wyniosla z domu. I mimo,ze nie jest dla mnie autorytetem i czesto mnie wkurza szanuje ja za to i nie zrywam wiezi, staram sie ja rozumiec.

    sorvina napisała:

    > Molly_wither - biorąc pod uwagę, że zerwałam kontakt z OBOJGIEM rodziców ze wzg
    > lędu na ich niereformowalną toksyczność i zaburzenia,
    --
    "To jest miejsce tylko dla mężczyzn i tu zjadamy nasze byki"
  • sorvina 16.11.13, 19:20
    molly_wither napisał(a):

    > Czyli jestes nielojalna wobec rodzicow. Nieladnie. Rodzice sa ,jacy sa, nie nam
    > ich oceniac.
    Rozumiem, że mnie oceniać już można? Zwłaszcza po oparciu się o wybrakowany opis moich relacji z rodzicami, bo w tym wątku na przemocy ich wobec mnie się nie skupiałam, a ich relacje między sobą nie są powodem mojego zerwania z nimi kontaktu.

    Z przyjemnością przeczytam konkretne porady upatrzonego dziecka-ofiary osoby z narcystycznym zaburzeniem osobowości typu wrednego, tego który czerpie przyjemność z niszczenia psychicznego ludzi dla samej satysfakcji, zwłaszcza jeśli taki narcyz miał drugiego narcyza od dzwonienia z pogróżkami i innej brudnej roboty, do pomocy. Z chęcią dowiem się czy znalazł patent na utrzymywanie kontaktu z taką osobą bez destrukcyjnego wpływu na siebie. Ja nie znalazłam. Do decyzji o zerwaniu kontaktu dojrzewałam latami, szukając różnych prób znalezienia jakiejś płaszczyzny porozumienia. Ale ciężki kaliber przemocy psychicznej niszczy, bez względu na to jak bardzo rozumiesz drugą osobę, jak rozgryzłeś jej wzorce, własne traumatyczne dzieciństwo , jak jej współczujesz. Ani jak asertywnie stawiasz granice. Właściwie gdy spotkanie polega na tym, że po 5 min ostatecznie mówisz, że jak druga strona nie przestanie cię obrażać, manipulować i łgać w żywe oczy by zrobić sobie dobrze twoim kosztem, to wychodzisz i po kolejnej minucie pozostaje ci tylko wyjść, to w końcu nie wracasz, bo po co. Trochę szacunku do siebie i godności trzeba mieć. Można się nie lubić, nie zgadzać w wielu sprawach, ale nie stosowanie przemocy wobec mnie to absolutne minimum, którego wymagam bym utrzymywała z kimś kontakt. Jeśli ta osoba nie zamierza ustąpić nawet o 5% bo uważa, że wyżywanie się na mnie należy jej się jak psy zupa i tylko reaguje większą agresją na sprzeciw wobec takiego zachowania, to ja robię to co jest niezbędne by się przed jej zachowaniami chronić.

    Tata pełen był wspaniałych deklaracji, jego agresja słowna była bardziej ukryta, więcej biernej agresji, manipulacji, ciągłego wbijania szpili a potem owijania w bawełnę, że przecież nic się nie stało. Do tego ciągle powracające zachowania molestujące z klepaniem tu i ówdzie. I znów zrozumienie, współczucie nie sprawia, że nie boli. Bo nie chodzi tylko o stare głupie metody wychowawcze, gdy mogli nie znać lepszych, chodzi o zwykłe podłe zachowania teraz. Ile razy można zwracać uwagę gdy druga osoba ma twoje uczucia gdzieś? Ile razy można podnosić swoją samoocenę, która jest regularnie deptana. Jak szanować siebie, gdy pozwalamy innym za każdym razem wykorzystywać nas, bez dawania czegokolwiek w zamian, nawet zwykłej ludzkiej życzliwości? Bo nawet nie chce im się udawać, że ich ja i moje życie interesują.

    > Moja mama ma teraz 79 lat , ojciec nie z
    > yje od 20, i ona dopiero teraz wie,co zle robila? A skad? Ano stad,ze teraz w
    > pierwszym lepszym czasopismie moze poczytac o wieziach i milosci.Kiedys wiedzia
    > la tyle, ile wyniosla z domu. I mimo,ze nie jest dla mnie autorytetem i czesto
    > mnie wkurza szanuje ja za to i nie zrywam wiezi, staram sie ja rozumiec.
    Wspaniale, moja mama uważa, że jest krzywdzoną niewinnością, najlepszą matką na świecie, której wszystko się należy, ale ona nic nie musi, nawet szanować elementarnie własnych dzieci. I owszem, czytała wiele różnych książek i gazet, ale trzeba chcieć przyznać się do błędu i zmienić, narcyz NIGDY tego nie zrobi, zawsze winę przerzuci na innych. Więc skoro ona taka dobra, to ja muszę być bardzo zła i trzeba mnie za to karać. Także porównywanie 79 letniej staruszki z refleksją po latach, z narcyzem w pełni sił i pełnym jadu, to naprawdę nadużycie.

    Tak, jestem nielojalna wobec moich rodziców wg wielu definicji. Pytanie czy oni byli lojalni wobec mnie? Nie można niszczyć psychicznie dziecka i domagać się zamian niekończącej się troski i obecności. Nawet prawo nie zobowiązuje do osobistej opieki nad rodzicami, bo to w wielu sytuacjach nieludzkie.
    Tak, dręczyli mnie - do dobre określenie. Ale nie, nie karzę ich. Odcięłam się, by chronić siebie. Bo nie zasługuję na to by mnie tak traktować. Bo nie mogę ich zmienić, im jest dobrze tak jak jest. Jeśli ja o siebie nie zadbam, to nikt tego nie zrobi. I tak, chronię moją relację z partnerem, narcyzki próbowały ją zniszczyć. Chronię życie oparte na miłości i szacunku, które buduję od dłuższego czasu. Rodzice nie chcieli być jego częścią, wolą swoje klimaty. Ja na takich zasadach budować relacji już nie zamierzam. Miłość do rodziców nie przeszkadza miłości do innej osoby, ale utrzymywanie przemocowej relacji już tak. Odbija się na naszych emocjach i zachowaniach. A ja nie chcę by partner obrywał rykoszetem za czyjaś podłość. Nie chcę też być przez nich wiecznie osłabiana, zamiast coś osiągać tracić czas na dochodzenie do siebie po kolejnym spotkaniu. Nie ma nic dobrego z tego.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • sebalda 16.11.13, 20:12
    Sorvino, choć sama jestem matką dorosłych dzieci, choć smutno sie czyta o tym, że dziecko zrywa kontakt z rodzicami, rozumiem Cię, popieram i uważam, że robisz dobrze. Przemocy trzeba dawać odpór, nawet gdy stosują ją rodzice, którzy wszak nie są świętymi krowami, jeśli są naprawdę toksyczni i nas niszczą, w imię czego mamy im wiecznie przebaczać i pobłażać? Dawać się bezkarnie niszczyć? Żyjemy tylko raz, dlaczego musimy cierpieć bez własnej winy? Bo tak trzeba i wypada?
  • zuzi.1 16.11.13, 21:25
    Dokładnie, zgadzam się z sebaldą, z takimi ludźmi NIE MOŻNA utrzymywac kontaktów, bo szkodzą zdrowiu. Sorvina podjęłaś b. dobre decyzje, trzymaj ich od siebie i partnera z daleka.
  • sorvina 16.11.13, 22:04
    zuzi.1, sebaldo - dziękuję.
    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...