Dodaj do ulubionych

Uratowanie małżeństwa

05.06.14, 08:16
Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
A może udało się wrócić po rozwodzie?
I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?
Edytor zaawansowany
  • krokodil123 05.06.14, 08:35
    Podobno Krawczyk tak zrobił, a osobiście takich ludzi nie znam.
    Jako rozwódka napiszę-nie ma szans. To co było na początku nigdy nie wróci.
    Na nowo z tą samą osobę nie istnieje z prostej przyczyny, że znacie dużo o sobie, macie stare przyzwyczajenia i szybko wejdziecie w starych ról.
    Sama próbowałam traktować męża "inaczej" bo on chciał "od nowa" ale o dziwo sam się burzył że to "od nowa" nie jest "po staremu", a on biedaczek myślał że będzie miał tak jak kiedyś.

    Na pocieszenie pomyśl że każdy nowy dla żony będzie za jakiś tam czas stary i być może u nich też dojdzie do wyświechtanego schematu.
  • aqua48 05.06.14, 08:42
    indianan napisał:

    > Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
    > Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
    > A może udało się wrócić po rozwodzie?
    > I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?

    Wszystko jest w związku możliwe, pod jednym warunkiem, że OBIE osoby chcą tego samego.. jeśli chce tylko jedna to raczej się nie uda.
  • zuzi.1 05.06.14, 08:57
    Dokładnie, jako niezbędne minimum musi byc co najmniej tak, że jedna osoba chce bardzo, a druga chocby minimalnie, wówczas jest jakaś szansa, ale pewnosci, że to się uda nie ma.
  • edw-ina 05.06.14, 09:05
    Tak, nam się udało, chociaż ja już byłam na etapie składania papierów rozwodowych, a terapię zaczęliśmy z myślą (przynajmniej ja): może pomoże to uniknąć trupów. Udało się, emocje są bardzo silne, w dodatku połączyło nas dziecko, za którym oboje szalejemy.
  • 71tosia 05.06.14, 22:35
    Elizabeth Taylor i Richard Burton, dwa sluby ale i dwa rozwody, wiec mozliwe ale jednak niezbyt czeste.
  • przeciez.wiem 06.06.14, 00:10
    Przecież tutaj pisałeś, że żona nie chce być już z Tobą, że chce rozwodu.
    Twoje dobre chęci nie wystarczą.


    --
    Komentuj, nie obrażaj!
  • julita165 06.06.14, 00:59
    To chyba niemozliwe. My wlasnie zdecydowalismy z mezem ze to koniec. I wiece co. Wlasciwie czuje ulge. Jeszcze do mnie nie dotarlo z jakimi problemami pewnie sie zetkne Ale w tej chwili jakos odetchnelam. Bylismy fatalnym malzenstwem nie ma co ukrywac. Stare konie po trzydziestce a glupio zlapaly sie na motylki w brzuchu i slub byl po roku znajomosci. Prawie of samego poczatku sie nie ukladalo. Nas wszystko od a do z rozni a takie zwiazki sa ciezkie. W dodatku nie umielismy naprawde rozwiazywac problemow mimo nowego otwarcia co kilka miesiecy kazdy chowal zale i i urazy. Ja jeszcze probowalam cos dzis zaproponowac ale szczerze przed soba musze przyznac ze bez wiary w sukces i bez wielkiego zaangazowania a poza tym chyba z motywacjii majacej dac mi bardziej swiety spokoj a nie szczesliwy zwiazek. Chyba rzeczywiscie bylo juz miefzy nami zle skoro nawet wsppmnienia naszych poczatkow nie budza we mnie rozzalenia ze cos sie konczy. Widocznie trzeba przejsc ta swoja droge do samego konca. Ja wiem co nasze uczucie zabilo - nieumiejetnosc nstychmiastowego zalatwiania problemow i wielomiesieczne duszenie problemow ze szkoda dla atmosfery w zwiazku brak krytycznego spojrzenia na siebie niezdolnosc do przyjecia krytyki brak empatii egoizm wygodnictwo. Trudno. Jutro a wlasciwie dzis zaczynam nowe zycie
  • przeciez.wiem 06.06.14, 08:04
    Nie wiem czy zauważyłaś, ale to nie jest wątek o Tobie i Twoich problemach.
  • misterni 08.06.14, 02:45
    przeciez.wiem napisała:

    Nie wiem czy zauważyłaś, ale to nie jest wątek o Tobie i Twoich problemach.

    No i? Autor pyta się o nasze doświadczenia.


    --
    Misterni
  • dwilk5 06.06.14, 14:44
    uratowanie małżeństwa to zawsze idywidualna sprawa, ja wierzę, że może sie udac, ale nie w kazdym przypadku
    do julity 165 - ja też podjęłam decyzje i wyprowadziłam się z domu......
  • indianan 06.06.14, 05:43
    Ja po prostu wierzę w możliwość naprawy każdego małżeństwa, o ile oczywiście obie strony chcą, jeśli nie chcą to wiadomo, że nie wyjdzie. Jeśli obie strony zechcą popracować. Dla mnie nie jest zrozumiałe, że taką chęć odrzucają. Wymiany modeli, przetasowania, nie rozumiem tego. Dla mnie rozwód to porażka... Choć czasem mniejsze zło (przemoc, zdrady itd.).

    Kilka tekstów

    rozwód i co dalej

    Nowe życie

    w piekle
  • przeciez.wiem 06.06.14, 08:06
    Fakty są jakie są - ani Ty, ani sąd nie zmuszą Twojej jeszcze żony do tkwienia w tym związku.
    Dobrze byłoby żebyś w końcu zaczął dopuszczać do siebie, że ten rozwód nastąpi.
  • aqua48 06.06.14, 10:56
    indianan napisał:

    > Ja po prostu wierzę w możliwość naprawy każdego małżeństw. Jeśli obie strony ze
    > chcą popracować. Dla mnie nie jest zrozumiałe, że taką chęć odrzucają.

    Nie jest dla Ciebie zrozumiałe, że ktoś może być zwyczajnie zmęczony wymaganiami i oczekiwaniami drugiej strony, pragnąć spokoju, możliwości zajęcia się sobą i pokierowania życiem według swoich pragnień, które nigdy nie były realizowane i nie widzieć żadnego sensu w kontynuowaniu związku? Małżeństwo nie jest nadrzędną wartością, nadrzędną jest szczęście i nic dziwnego, że każdy do niego dąży, a jeśli w związku czuje się wyłącznie nieszczęśliwy to pragnie go rozwiazać.
  • indianan 06.06.14, 12:46
    Pokierowanie życiem wg swoich pragnień... To bardzo istotne. Ale traktowane jako najwyższa wartość prowadzi do działań a la Magda z Sosnowca.
    Szczeście to ważna wartość. Ale są jeszcze inne: odpowiedzialność, lojalność, troska o dzieci.
    Dobry film na ten temat:

    Nie ślubuje się: będą z Tobą póki mi będzie dobrze a wszystkie moje potrzeby zostaną zaspokojone. Ale - na dobre i na złe.
    Nie chodzi o wyrzeczenie się szczęścia - ale można go szukać w tym, co się ma, w drobnych małych rzeczach. Zamiast gonić za iluzjami.
    Tekst linka



  • enith 06.06.14, 08:31
    Znam jedno czy dwa małżeństwa, które przetrwały poważny kryzys z tymczasową separacją włącznie. Niestety, znam też co najmniej kilkadziesiąt, gdzie kryzys zakończył się rozwodem. Mieszkam w USA i dwie trzecie moich znajomych w wieku 30-50 lat jest po co najmniej jednym rozwodzie.
  • indianan 06.06.14, 13:06
    To, że 2/3 małżeństw się rozwodzi to bardzo charakterystyczna tendencja społeczna.
    Przecież niemożliwe by ci wszyscy rozwodnicy byli głęboko nieszczęsliwi w związkach a one nie nadawały się do naprawy.
    Rozwód jest traktowany jak szybkie panaceum na kryzysy (które przecież są nieuniknione).

    Rozwody w takiej skali świadczą o tym, jak płytkie są relacje międzyludzkie - spotykają się na chwilę, przebywają ze sobą póki jest dobrze (hormony pierwszej fazy), a potem się rozchodzą. Niezdolnośc do budowania trwałych więzów rzuca się w oczy. Bez prób ratowania - bo partner jest taki i owaki, a z innym na pewno będzie lepiej. Najcześciej nie jest.
    Bo nie wystarczy zmiana środowiska, jeśli przenosimy w nie samego siebie, własne traumy.
    Małżeństwo to cięzka praca, głównie nad sobą samym. To zobowiązania, a nie tylko szukanie przyjemności.
    Pół biedy jeśli rozwodzą się pary bezdzietne.
    Ale jesli się już decydują na dzieci - to przestaje być to decyzja dwóch indywiduów.
    Dla dzieci rozwód jest koszmarem (tak, wiem, życie w rodzinie toksycznej też nim bywa)

  • triss_merigold6 06.06.14, 13:15
    Siebie przekonujesz czy żonę chcesz przekonać? Ona Cię nie chce. Chce kogoś innego.
  • indianan 06.06.14, 13:18
    Sama nie wie czego chce. Idzie za iluzjami.
    jedyny ratunek to terapia wstrząsowa.
  • triss_merigold6 06.06.14, 13:26
    Być może te iluzje są dla niej bardziej satysfakcjonujące od tego co Ty możesz jej zaproponować.
    Chcesz zafundować terapię wstrząsową? Złóż pozew o separację i zacznij ustalać kto gdzie będzie mieszkał, z kim dzieci i za co. Laska nie pracuje więc z czego się utrzyma?
  • aqua48 06.06.14, 13:49
    indianan napisał:

    > Sama nie wie czego chce. Idzie za iluzjami.

    Jest dorosła i ma prawo decydować o sobie niezależnie od Twego punktu widzenia..Nawet jeśli błądzi.

    > jedyny ratunek to terapia wstrząsowa.

    Chcesz żonę klejem do siebie przykleić? Rozwód z żoną nie oznacza rozwodu z dziećmi.
  • enith 06.06.14, 17:49
    Znam wiele rozwiedzionych małżeństw, ale tylko o paru mogę powiedzieć, że małżonkowie nie walczyli w ogóle o to, by małżeństwo utrzymać, zwłaszcza, gdy były dzieci. Nie znam chyba nikogo, kto tak po prostu sobie odszedł, zabrał swoje rzeczy, zamknął za sobą drzwi i złożył pozew. Większość rozwiedzionych małżeństw to były małżeństwa zawarte tuż po college'u, czyli jak młodzi mieli po dwadzieścia parę lat i goowno wiedzieli o sobie, życiu, a zwłaszcza tym, czego od życia chcą. Takie małżeństwa z zasady mają niskie szanse przetrwania. Żeby daleko nie szukać: mój pierwszy poważny związek zaczął się, gdy miałam niecałe 19 lat, zakończył z hukiem, gdy miałam 24. Te parę lat było bardzo w moim życiu kluczowe, w sensie kształtowania kim jestem i czego od życia chcę. I partner nie chciał przyjąć do wiadomości, że jest nam po tych prawie pięciu latach kompletnie nie po drodze. Że ja 19-letnia to nie to samo, co ja 24-letnia. Dlatego ostro postuluję wśród młodych znajomych, żeby nie pchali się młodo w małżeństwo. Może twoja żona też doszła do wniosku, że wasze małżeństwo nie spełnia już jej wymagań, że wam nie po drodze, że się wypaliło? Może warto posłuchać, co ma do powiedzenia, zamiast grozić jej terapią szokową?
  • indianan 06.06.14, 19:03
    jak model przestaje "spełniać wymagania" to się go wymienia...
    "i że Cię nie opuszczę..."
  • triss_merigold6 06.06.14, 20:05
    Że Cię nie opuszczę, to tylko w wersji dla katolików, przy ślubie kościelnym. Na szczęście nadal obowiązuje KRiO, który rozwody dopuszcza, a sądy ich udzielają.
  • indianan 06.06.14, 20:44
    no ja taki składałem, mimo że nie jestem jakoś specjalnie wierzący, ALE byłem świadomy, co przysięgam

    w cywilnym jest: świadoma praw i obowiązków przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zadac pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko

    słowa rzucane na wiatr...
  • aqua48 06.06.14, 21:26
    indianan napisał:

    > byłem świadomy, co przysięgam
    > przyrzekam, że uczynię wszystko aby
    > nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zada
    > c pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko
    > słowa rzucane na wiatr...

    Przemawia przez Ciebie żal i rozczarowanie, to zrozumiałe, i musi trochę czasu minąć, aby się z nim uporać. Jednak zamiast się na nim skupiać zastanów się lepiej JAK rozwiążecie sprawę opieki nad dziećmi tak, żeby tego żalu na nie nie przenosić, nie obwiniać wobec nich drugiej strony i nie obarczać rozwodem dzieci..
  • elizabeth7 07.06.14, 21:35
    indianan napisał:

    > no ja taki składałem, mimo że nie jestem jakoś specjalnie wierzący, ALE byłem ś
    > wiadomy, co przysięgam
    >
    > w cywilnym jest: świadoma praw i obowiązków przyrzekam, że uczynię wszystko aby
    > nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zada
    > c pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko
    > > słowa rzucane na wiatr...

    Raczyles podac wersje zenska, jest i meska - SWIADOMY ..... Czy uczyniles wszystko by malzenstwo bylo bylo zgodne, szczesliwe i trwale czy tylko liczyles na to, ze obowiazuje to zone ze szczegolnym uwzglednieniem TRWALOSCI ?
  • indianan 08.06.14, 07:23
    OBIE strony zawaliły.
    Nie, nie uczyniłem wszystkiego. Starałem się, ale byłem niedojrzały.
    Gdybym dzisiaj wiedział, co wiem teraz.
    Niemniej, póki rozwodu nie ma, wszystko jest możliwe.
    Czy naprawdę uczucia totalnie wygasają?
    I nie pozostaje nic?
    Zawsze jest jakiś fundament.
    A miłość (prawdziwa) pojawia się wtedy, kiedy zaczynasz o kimś dobrze myśleć, kiedy zmieniasz nastawienie, kiedy otwierasz się i zaczynasz troszczyć i akceptować przywary.
    Oczywiście nie ma musu. Beż chęci nic nie wyjdzie.
    Chodzi mi o to, by tę chęć znaleźć, spróbować znaleźć.
    Czemu odrzucać z góry terapię lub choćby mediację?

  • enith 08.06.14, 07:40
    Masz jeden poważny problem, autorze wątku. Nie przyjmujesz do wiadomości FAKTÓW. A są one takie:
    - nawet najgorętsze uczucia wygasają całkowicie,
    - nie zawsze pozostaje "jakiś fundament",
    - chęci, choćby największe, ale tylko jednej strony nie wystarczą,
    - terapię/mediację odrzuca osoba NIE ZAINTERESOWANA kontynuowaniem małżeństwa.
    Twoja żona chce się rozwieść, nie zależy jej na walce, nie obchodzą jej mediacje. Ona chce odejść. Może czas przyjąć to do wiadomości i w końcu zacząć ustalać konkrety, podział majątku, opieki nad dziećmi, zamiast upierać się przy ratowaniu małżeństwa, które najwyraźniej już nie istnieje.
  • indianan 08.06.14, 18:52
    Ona chce odejść od roku. Nie odeszła do tej pory.
    Myślę, że na dnie zostało jeszcze uczucie.
    Wszystko jest możliwe. Każde małżeństwo można uratować.
  • marsylvik 08.06.14, 19:31
    Czytam kolejne Twoje wpisy. Jakbym samą siebie sprzed lat czytała. Te same uczucia, to samo niedowierzanie, ten sam szok, ta sama nadzieja. Odpowiadając na Twoje pytanie: znam osobiście dwa małżeństwa, które przeszły tak głęboki kryzys, ale w obu przypadkach oboje chcieli go przezwyciężyć. Przypadki zupełnie inne niż mój czy Twój.
    Osób po rozwodzie, którym się nie udało, znam co najmniej dziesiątki o ile nie setki.

    A od siebie powiem tylko to, co mnie najbardziej pomogło. Pomogło przeżyć.
    1. Nikt nie jest odpowiedzialny za myśli, uczucia innej dorosłej osoby. Nie możesz, nie masz tak naprawdę możliwości, nie musisz ani nie masz prawa kogoś zmusić do uczucia, żadnego uczucia, ani dojego braku, ani do myśli, ani do decyzji.
    2. Sami wybieramy, kogo kochamy. Niestety, rzadko świadomie, a jeśli nieświadomie, to zwykle nawet nie wiemy, że wybieramy. Ale to oznacza też, że sami wybieramy, że tej osoby już nie chcemy kochać, przestajemy kochać. Jeśli wiesz, że to robisz, to możesz to zrobić świadomie. Pomyśl, czemu kochałeś, czemu kochasz i czy chcesz kochać tę właśnie osobę.
  • enith 08.06.14, 19:49
    > Ona chce odejść od roku. Nie odeszła do tej pory.
    > Myślę, że na dnie zostało jeszcze uczucie.
    > Wszystko jest możliwe. Każde małżeństwo można uratować.

    Nie, nie wszystko jest możliwe i nie, nie każde małżeństwo da się uratować. Uprawiasz myślenie życzeniowe, przypisujesz żonie cechy i uczucia, których ona nie posiada. Już wiem, że wasz rozwód to będzie koszmar i to z twojej winy. Ty po prostu nie słuchasz, co się do ciebie pisze i mówi. Zastanów się aby, czy to nie jest powód, dla którego żona chce się rozejść. Bo jej nie słuchasz, olewasz ewidentne sygnały, dopowiadasz sobie niestworzone historie, że uczucie, że fundament, że przysięga itp. duperele. Bo to są duperele dla osoby, która nie ma ochoty kontynuować związku. Czepiasz się desperacko faktu, że jeszcze nie odeszła. A może zwyczajnie nie ma dokąd, bo nie zarabia? A ty uwiesiłeś się tego, jak znaku od pana boga, że widać nadal cię kocha. No sorry, jakby tak było, już dawno bylibyście na terapii.
  • krokodil123 08.06.14, 11:01
    Krótko napiszę dlatego że tam ten okres jest za mną i nie chce mi się nad tym rozwodzić.

    Najpierw wybaczyłam jedną zdradę "bo nie dawałaś mi bliskości" i sama zacielam nad sobą pracować i bardziej się starać dla męża i rodziny.
    Po 4 latach wybaczyłam następną "bo ty nie myślisz o moje potrzeby" ale już wiedziałam że daje wszystko z siebie na 120% i nie mam czego wiej dać, bo nie mam czas na swoje potrzeby, nie myślę o sobie, wstaje o 4 a kladzie się 23 i jestem permanentne zmęczona.

    Po roku powiedziałam że proponuję terapie rodzinna dlatego że ja się staram a dla mnie nie ma nić, czuję się nie rozumiana i nie szanowana. Rezultat-roześmiano mi się w twarz i powiedziano, że "jeżeli dojdzie do rozwodu to sam wie jak dzielić majątek i pomagierów nie potrzebuję"

    Po następne 3 lata jak się dowiedziałam o następnej zdrady to łopatologicznie zrozumiałam że pana nie zmienię i czas żyć po swojemu i skoncentrować się na sobie i dzieci.
    To mi powiedziano "że nie mogę tego zrobić dlatego że to są moje fanaberie, i mam żyć jak dotychczas" i to co zrozumiałam z forum -jak zacięłam stawiać granice to pan reagował agresją bo mu się ofiara wymykała. A co tam-tyle lat była posłuszna a teraz ośmiela się fikać???

    Jak zdecydowałam o rozwozie to pan mówił dokładnie to co ty-że przysięgałam....że dla niego małżeństwo jest święte......że widocznie go nigdy nie kochałam, jeżeli (o dziwo) moja miłość do niego wypaliła się w ciągu jednego dnia....że dla dobro dzieci.....że jestem egoistka myśląca tylko o sobie.......że nie jest możliwe że uczucia wyparowali, ze te 20 lata poszło ot tak.......itp, itd.

    Napiszę szczerzę-jak podjęłam decyzję o rozwodzie to miałam gdzieś co pan będzie mówił czy robił. Klamka zapadła.
  • indianan 08.06.14, 18:54
    Ja nie zdradziłem.
    Nie mam jakichś większych przewin na sumieniu.
  • enith 08.06.14, 19:56
    > Ja nie zdradziłem.
    > Nie mam jakichś większych przewin na sumieniu.

    Naiwny jesteś, jeśli myślisz, że małżeństwa rozpadają się wyłącznie z powodu zdrad lub "większych przewin". Może od samego początku nie byliście z żoną dobrani, albo żona nie dojrzała do małżeństwa, a może jednak masz jakieś przewiny na sumieniu. Może spytaj żonę, co ONA sądzi o waszym małżeństwie?
  • aqua48 08.06.14, 12:22
    indianan napisał:

    > Nie, nie uczyniłem wszystkiego. Starałem się, ale byłem niedojrzały.
    > Gdybym dzisiaj wiedział, co wiem teraz.


    Nie wszystko w życiu da się odkręcić, odrobić, cofnąć czas i zapomnieć oraz zacząć od nowa z tymi samymi kartami w ręce.. warto to mieć na względzie na przyszłość.
  • edw-ina 08.06.14, 14:35
    Jeżeli nie padły trupy po żadnej stronie, to jakieś uczucia zawsze zostają, choć mogą być totalnie niewystarczające dla zbudowania, a raczej odbudowania małżeństwa. Żywię naprawdę bardzo ciepłe i przyjacielskie uczucia do przynajmniej dwóch moich ex, zawsze pomogę im w potrzebie, martwię się, kiedy mają problemy i cieszę ze zwycięstw, ale to wszystko nawet w minimalnym stopniu nie oznacza, że chciałabym być z którymś z nich, odbudować naszą wcześniejszą relację.
    Jeżeli mogę ci coś zasugerować: zaproponuj żonie terapię małżeńską, ale po to, by się dobrze rozstać - bo temu również służy terapia. Jeśli w trakcie spotkań coś drgnie, poruszą się skrywane czy zapomniane emocje, to może wam się udać. Jeśli nie - to przynajmniej rozstaniecie się w lepszej kondycji, a to już dużo.
  • indianan 09.06.14, 07:12
    Dla mnie związek to właśnie relacja w której są bardzo ciepłe i przyjacielskie uczucia do drugiej strony, gotowość do pomocy im w potrzebie, martwienie się, kiedy mają problemy i cieszenie ze zwycięstw, relacja, w której możesz poczuć się dobrze, spokojnie i radośnie. Małżeństwa często rozpadają się, bo po pierwszej fazie szaleństw hormonów (zakochanie, zauroczenie) nie potrafią wejść na spokojniejszy etap. Gdzie przede wszystkim ważna jest ciężka praca nad związkiem.
    No w moim związku właśnie to zaszwankowało.

    Macie rację, przysięga nie dla wszystkich jest istotna (choć moja żona to zdeklarowana katoliczka, więc widzę dużą niespójność).
    Kluczem jest umiejętność cieszenia się z tego, co się ma.
  • ola.2014 09.06.14, 09:51
    Daj jej odejsc. Zakladasz kilka watkow na forach o roznej tematyce i wszedzie slyszysz ta sama odpowiedz... Jezeli ona nie widzi potrzeby podjecia terapii nic z tego nie bedzie. Katolik nie bedzie tkwil w chorym zwiazku, tylko dlatego,ze druga strona kurczowo trzyma sie go.
  • indianan 09.06.14, 10:18
    W każdej chwili może odejść.
    Przecież jej nie zatrzymam.
    Zresztą to prawda - obie strony muszą chcieć i obie muszą byc gotowe na zmianę.
    Pozostaje mi mocno wierzyć, że się ułoży...
    Naprawdę myślę, że jesteśmy dla siebie... Może istotnie potrzebuje wytchnienia ode mnie, by sobie wszystko przemyśleć. Będę czekał. Jak się nie uda to trudno.
  • triss_merigold6 09.06.14, 10:27
    Czytasz w ogóle odpowiedzi, które tu dostałeś?
    Sama wiara w to, że się ułoży nic Ci nie da, wręcz przeciwnie, w tej chwili to już tylko negowanie rzeczywistości.
    Ty możesz myśleć co chcesz, żona teraz nie uważa że jesteście stworzeni dla siebie, chce odejść od roku, sypiała z innym mężczyzną i jest w nim zakochana. Nie odeszła na razie, bo nie pracuje i nie ma kasy. Jak odejdzie, to nie będzie myślała o Tobie, tylko o tym żeby być z kochankiem.
  • indianan 09.06.14, 11:25
    W większości to odpowiedzi osób, które mają inny system wartości.
    Jeśli przegram walkę o ocalenie rodziny, to chociaż z przekonaniem, że walczyłem do końca.
    Co Ci przeszkadza, że będę czekał na żonę?

    "Nadzieja to nie jest przekonanie, że coś musi się udać, ale pewność, że coś ma sens, niezależnie od tego czy się uda czy nie” (Havel)
  • lena575 06.06.14, 13:52
    Jeśli małżeństwo przeżywa ten sam kryzys drugi raz (na ten sam temat) i jedna ze stron straciła już zaufanie i uczucia, to podtrzymywanie takiego małżeństwa jest jak reanimacja trupa. Można, tylko po co? Trup nie ożyje a zycia szkoda.
  • agnieszka_iwaszkiewicz 06.06.14, 23:25
    indianan napisał:

    > Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
    > Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
    > A może udało się wrócić po rozwodzie?
    > I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?

    Teoretycznie tak. Da się uratować gasnący związek, rozwiązać konflikty, spojrzeć na siebie na nowo wzniecić pożądanie. Można takie możliwości nawet uzasadnić psychologicznie na różne sposoby. Obie płcie mają realne możliwości do tego, a życie dostarcza takich pozytywnych przykładów. Na pewno słowa takiej czy innej przysięgi małżeńskiej mają swoją wartość, zobowiązują. Tylko, kto je pamięta dosłownie. Jest to raczej pewien pożądany konstrukt, a nie rzeczywistość.
    Rzeczywistość zaś jest po stronie tego, konkretnego małżeństwa. Z jego przeszłością, możliwościami, z charakterem i doświadczeniem obu stron oraz nieświadomymi dążeniami.
    I wtedy nic nie jest oczywiste. Agnieszka Iwaszkiewicz


  • mamapodziomka 07.06.14, 16:32
    Absolutnie nie jestem za pochopnym rozstaniem, etc, etc, ale... Najpierw podkopujemy malzenstwo, mamy rodzine generalnie na dosc dalekim planie, ignorujemy radosnie sygnaly, ze cos jest nie tak. A jak sie malzenstwo rypnie (zazwyczaj po wcale nie tak krotkim czasie), to nagle jest krzyk, ze tak nie moze byc, ze przyrzekalas, ze gdzie jest moja druga szansa.

    Tyle tylko, ze to tak nie dziala. O druga szanse mozna prosic i miec nadzieje, ze tak druga strona uwierzy w to, ze zrozumiales jakie bledy popelniles i ze je naprawisz. To przywilej, nie prawo.
  • glamourous 07.06.14, 21:36
    Dokladnie, druga szansa to przywilej, nie obowiazek. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia wyczerpania sie pokladow milosci. Wraz z poglebianiem sie malzenskiego kryzysu postepuje degrengolada uczuc, najczesciej u strony ktora bardziej ten kryzys dostrzega - a w konsekwencji uczuciowe wyjalowienie. I jezeli to trwa latami, to w momencie kiedy malzenstwo definitywnie sie posypie jesli chodzi o wiez jest juz zazwyczaj pozamiatane.
    Druga szanse mozna dac, jezeli uczuciowe wiezi jeszcze nie wygasly. Jezeli juz sie partnera nie kocha, to wtedy frazesy o przysiedze malzenskiej i powinnosci jej przestrzegania mozna sobie wsadzic gleboko w buty. Formula "na dobre i na zle" dotyczy bowiem dwojga ludzi ktorzy sie kochaja i maja naturalna motywacje do bycia razem. Jezeli jednak ognisko juz wystyglo, no to coz - przeciez nie mozna zmusic drugiej osoby do trwania w fikcji i ratowania czegos, do czego ona juz zwyczajnie nie ma serca, checi ani ochoty.

    Niestety, na wygasniecie uczuc u wspolmanzonka wiele osob pracuje latami. W dodatku pomimo wyraznych ostrzezen drugiej strony. A potem placz, ze on/ona ma w koncu dosc i mnie rzuca.

    --
    Dopóki człowiek bedzie śmiertelny, nigdy się do końca nie wyluzuje. (Woody Allen)
  • edw-ina 09.06.14, 12:57
    Nie rozumiem powodu, dla którego jest tak źle traktowany przez komentatorów, a jego wiara w to, że małżeństwo można jednak naprawić wyśmiewana. Jego postawa podoba mi się zdecydowanie bardziej niż postawa osób, które przekonują, że kiedy w stadle doszło do czegoś złego, należy się rozstać nie próbując nawet niczego zrozumieć, przepracować itp.
    Wierzę w to, że związek/relację można ocalić. Nie zawsze na tych samych zasadach, co wcześniej, ale warto jest próbować, jeśli to dla nas ważne. Jeżeli nie ma w tym przymusu, gierek itp., to można czekać, dawać czas. Warto to zrobić i dla siebie samego i dla rodziny, którą się stworzyło, dla dzieci, które powołało się na świat. Zbyt łatwe jest zamknięcie rozdziału i powiedzenie, że skoro ci się nie podoba to droga wolna. Nie na tym polega związek. Czasami trzeba zawalczyć o drugiego człowieka, pokazać mu swoją determinację.
    Osobiście życzę autorowi powodzenia i mądrości wobec całej sytuacji, niezależnie od tego, czy skończy się po jego myśli, czy też nie.
  • indianan 09.06.14, 13:50
    Dzięki za dobre słowo :)

    Myślę, że to trochę takie czasy. Ja, ja, ja, skupienie na sobie, własnych potrzebach, żądzach. To ważne oczywiście, ale nabrało znamion przesady (i zatracenia się w egoizmie).

    Świat jest dzisiaj płynny, zmienny, wymienny. Coś nie spełnia oczekiwań - to się wymienia.
    Wydaje się, że jak się człowiek wyzwoli (do zobowiązań, przysięgi) to będzie szczęśliwy.
    Że życie po rozwodzie będzie lepsze. Może czasem jest... ale często rozwodnicy nie wiedzą, jakby było gdyby jednak podjęli walkę, próbę. Może związek wszedłby w nową jakość?

    Ciekawy artykuł:
    Tekst linka

    Może warto czasem zmienić swoje nastawienie, podejście, choć podjąć małą próbę.
    Widzę to po sobie.
    Napiszę szczerze - też miałem moment, kiedy uznałem, że małżeństwo nie ma sensu, bo nie kocham żony (czytaj: ona nie zaspokaja moich potrzeb). Pewnie zgodziłbym się wtedy na rozwód i broniłbym go na forum. Ale dużo się zmieniło. Zacząłem myśleć, czytać i przede wszystkim - zacząłem troszczyć się o żonę. Podjąłem próbę. Zainwestowałem w nią dużo czasu - i stała się dla mnie ważna. I poczułem miłość. Zrozumiałem, że tak naprawdę kochałem ją zawsze, choć nie umiałem tego okazać. Czy za późno? Być może. A może jeszcze nie...

    Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emocjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sobie innych zapełniaczy".
    To tak nie działa.
  • triss_merigold6 09.06.14, 14:16
    Byłeś uprzejmy napisać cyt.: Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emocjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sobie innych zapełniaczy". To tak nie działa.

    To w takim razie po co są? Po co tkwić w układzie w którym istotne potrzeby nie są zaspokajane?
  • indianan 09.06.14, 14:30
    Jeśli sobie sam dziury nie zapełnisz, to nikt Ci jej nie zatka a każdy związek będzie rozczarowaniem. Obserwuje czasem nastawienie: "jest mi źle - to zapewne wina małżonka - znajdę sobie kogoś innego - zrobi mi się lepiej". To nie takie proste.
    Szczęśliwy związek mogą stworzyć ludzie pełni sobą a nie traktujący innych jako narzędzia do wypełniania pustki.

    Myślę, że dobre związki tworzą ludzie, którzy są bardziej nastawieni na dawanie niż branie, wysysanie energii.
    Dla mnie osobiście małżeństwo wiąże się głównie z rodziną. A wchodzenie w nie jest związane z chęcia dawania: życia i szczęścia innym ludziom = dzieciom.
    (no pewnie jakąś potrzebę to też zaspokaja - ale nie w sposób tak instrumentalny :)
  • aqua48 09.06.14, 14:41
    indianan napisał:

    > Dla mnie osobiście małżeństwo wiąże się głównie z rodziną. A wchodzenie w nie j
    > est związane z chęcia dawania: życia i szczęścia innym ludziom = dzieciom.
    > (no pewnie jakąś potrzebę to też zaspokaja - ale nie w sposób tak instrumentaln
    > y :)

    Dzieci szybko dorastają i usamodzielniają się, a małżeństwo w takim momencie musi mieć mocne inne niż rodzina podstawy - wspólne cele, upodobania, tematy rozmów, sposoby spędzania czasu razem i inne tego typu łączniki, żeby się nie rozpadło, albo żeby nie okazało się ruiną.
    Zdarza się też, że w jednym związku ktoś wyłącznie bierze, lub wyłącznie daje, a w innym, z inną osobą o innym charakterze i osobowości te proporcje są bardziej zrównoważone, a kolejny związek dzięki temu może być dużo lepszy..
  • aqua48 09.06.14, 14:33
    indianan napisał:

    > Myślę, że to trochę takie czasy. Ja, ja, ja, skupienie na sobie, własnych potrz
    > ebach, żądzach. To ważne oczywiście, ale nabrało znamion przesady (i zatracenia
    > się w egoizmie).

    W pewnym sensie trudno nie przyznać Ci racji, owszem znamieniem obecnych czasów jest większe skupienie (ale i świadomość) na potrzebach i niechęć do żmudnego naprawiania związków, ale warto też wziąć pod uwagę, że dzięki temu zapewne mniej osób cierpi do końca życia w związku który je ogranicza, tłamsi i wyzwala w nich jedynie niechęć i nienawiść do partnera, oraz chęć odwetu zamiast wyrażania miłości.

    > Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emo
    > cjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sob
    > ie innych zapełniaczy". To tak nie działa.

    A ja owszem tak widzę każdy związek, w tym małżeństwo - to wzajemne zaspokojenie potrzeb. Nie tylko emocjonalnych, ale również erotycznych, finansowych, rodzinnych, i innych. Ważna jest chęć i możliwości w tym zakresie. Na tej zasadzie ludzie się dobierają. Ale w każdym związku następuje też ewolucja - oczekiwań i możliwości. Fantastycznie jeśli małżonkowie ewoluują mniej więcej w tym samym tempie i kierunku, ale czasami bywa zupełnie inaczej. I tego chyba nie bierzesz pod uwagę. Natomiast pojawienie się emocjonalnej dziury o jakiej piszesz jest bardzo niepokojące i nie wróży związkowi dobrze..
  • indianan 09.06.14, 14:49
    "A ja owszem tak widzę każdy związek, w tym małżeństwo - to wzajemne zaspokojenie potrzeb. Nie tylko emocjonalnych, ale również erotycznych, finansowych, rodzinnych, i innych"

    Tak, potrzeby są ważne. Ale w każdym związku pojawia się moment, w którym jedna ze stron stwierdza - on nie zaspokaja moich potrzeb. Ktoś inny (bardziej ognisty kochanek, facet z pełnym portfelem) zaspokoiłby je lepiej. I co wtedy? Odchodzisz? Porzucasz partnera, bo nie sprostał oczekiwaniom? Zawsze będzie ktoś, kto mógłby Twoje potrzeby zaspokoić bardziej.

    Nie twierdze, że filozofia "cieszyć się z tego, co się ma" jest optymalna.
    Nie popieram trwania w toksycznych, przemocowych związkach za wszelką cenę.
    Ale rozwalić związek bez jakiejkolwiek próby... tego nie rozumiem.
  • triss_merigold6 09.06.14, 14:56
    Dokładnie to zrobiłam parę lat temu - zostawiłam męża, który nie spełniał moich potrzeb i związałam się z innym. O dziwo, ani przez sekundę nie żałowałam.
  • indianan 09.06.14, 14:58
    a mąż?
    ucieszyło go to?
  • triss_merigold6 09.06.14, 15:09
    Był zdumiony i urażony, ale w sumie nie wiem, bo wtedy już jego zdanie było mi obojętne.
  • aqua48 09.06.14, 15:30
    indianan napisał:

    > Tak, potrzeby są ważne. Ale w każdym związku pojawia się moment, w którym jedna
    > ze stron stwierdza - on nie zaspokaja moich potrzeb. Zawsze będzie ktoś, kt
    > o mógłby Twoje potrzeby zaspokoić bardziej.

    Nie, ja przez 26 lat małżeństwa i wcześniej sześć lat znajomości nie spotkałam innego człowieka, który lepiej mógłby zaspokoić moje rozliczne potrzeby i którego byłabym w stanie znieść na dłuższą metę. Może po prostu dobrze i rozważnie wybrałam? A może mam szczęście?
    I tak, w każdym związku następują momenty kiedy jedna lub druga strona mówi sobie: dość on/ona nie zaspokaja mojej potrzeby tego czy tamtego, ale wtedy też następuje przewartościowanie - uprzytomnienie sobie - ale zaspokaja taką, taką i taką potrzebę, zatem podejmuję decyzję - zostaję i pracuję nad związkiem lub stwierdzam, że jednak ta niezaspokojona potrzeba jest dla mnie najważniejszą, lub jeszcze w innym przypadku niezaspokojonych pozostaje więcej potrzeb, niż zaspokojonych, i po uzmysłowieniu sobie, że nie osiągnę bez tego szczęścia - odchodzę.
  • sebalda 09.06.14, 16:44
    Mnie się ta historia nie klei. Z reguły są dwa scenariusze: mąż jest niedobry (różne rodzaje "niedobrości"), kobieta próbuje mówić o swoich potrzebach, on nie słucha, lekceważy ją, ona jeszcze próbuje, w końcu (z reguły po latach), ona decyduje się na rozwód/ucieczkę w ramiona innego. Rzadko matka dzieciom ulega bez powodu fascynacji innym mężczyzną. A jeśli, to robi to ukradkiem i nie rozwala rodziny, nie rezygnuje ze stablilizacji. Musi jej albo być bardzo źle w małżeństwie albo musi być niedojrzała, głupia, pusta, żeby z powodu romansu z bawidamkiem (bo tak z grubsza przedstawiasz kochanka żony) rozbijać rodzinę.
    I taka może jest Twoja żona, ale dlaczego Ty ją w takim razie tak kochasz? Dlaczego takiej pustej i nieodpowiedzialnej kobiecie bez zmrużenia powiek powierzasz dzieci, których dobro jest dla Ciebie najważniejsze, jak piszesz? Z Twoich słów wynika, że nie szanujesz żony, że wyśmiewasz się z jej "rycerza na białym koniu", z jej mrzonek i fanaberii. A jednocześnie chcesz taką kobietę koniecznie zatrzymać. Dlaczego? Piszesz o wartościach, a nie kierujesz się jedną ważną: szacunkiem dla żony.
    Są dwie możliwości: albo skrzętnie ukrywasz swoje REALNE przywary, miotasz się, bo "ofiara" ośmieliła się próbować wymykać, albo rzeczywiście rządzi Tobą bardzo silne uczucie, ślepe na prawdę o tym, że Twoja żona faktycznie jest mało warta. Niby to wiesz, ale w imię nierealnych oczekiwań (że ona się zmieni) chcesz ratować związek.
    Na RiDC czytałam kiedyś wątek faceta, który przenosił góry, robił wszystko, żeby odzyskać żonę, która od niego uciekła. Nie do innego mężczyzny, ale wręcz do innego kraju. Wszyscy bardzo mu współczuli do momentu, gdy ktoś znalazł inne jego wątki. Po pierwsze okazał się żądnym przygód dziwkarzem, po drugie potwornym mizoginem. Absolutnie nie twierdzę, że tak jest i w Twoim przypadku, piszesz bardzo ładnie, ale i takie przypadki bywają.
    Wszyscy na tym forum znają moją historię i wiedzą, jakiego rodzaju przemocy psychicznej doznaję ze strony męża. Bardzo pragnę rozwodu, ale przez lata zniewolenia nabawiłam się wyuczonej bezradności, nie stać mnie w tej chwili na rozwód etc. Mąż wie, że chcę rozwodu, on nie chce, bo wierzy, że można jeszcze wszystko naprawić, co nie zmienia faktu, że nie robi nic w tym kierunku, by się zmienić, bo (UWAGA!) to nie on jest winien, tylko ja. To ja mam się zmienić. Bo to, że on wybucha (nerwus to mało powiedziane) jest wyłącznie moją winą, bo... TO TY MNIE SPROWOKOWAŁAŚ!!! Jestem bardzo głęboko przekonana, że on pisałby bardzo podobne posty do Twoich, gdyby nie gardził z całego serca forami (siedliskiem zła wszelkiego!). I na pewno bardzo wiele osób by mu szczerze współczuło.
    Rozpisałam się, przepraszam. Ja bym chciała, żebyś dokładnie napisał, jakie żona miała konkretnie zarzuty wobec Ciebie, co ją popchnęło w ramiona innego. Tak szczerze, bo wiemy tylko, że jesteś nerwusem, ale większych przewin nie masz na koncie. Przekonajmy się, bądź szczery, wtedy łatwiej będzie Ci doradzić.
  • indianan 09.06.14, 17:38
    Nie chcę sie wybielać ani przedstawiać w złym kontekście moją żonę.
    To nie jest wątek, do opisywania szczegółów z życia prywatnego.
    Może założę osobny - tam to opiszę.
    Tu chodziło mi raczej o kwestię wiary w możliwość uratowania małżeństwa.






  • indianan 09.06.14, 17:39
    Może opiszę na priwie, bo to są zbyt intymne kwestie, by wyciągać je na forum.
  • edw-ina 09.06.14, 16:13
    Ja nie patrzę na związek jako na transakcję wymienną, na spełnianie potrzeb drugiej osoby. Uważam, że od spełniania potrzeb swoich jestem ja, mój mąż od spełniania swoich. Razem możemy i chcemy: współdziałać, współtworzyć, wymieniać się, budować lub niszczyć. A wypełnianie oczekiwań kojarzy mi się z byciem najemnikiem, któremu zapłacono za to, by był i robił to co my chcemy i jak chcemy.
    Znam związki zbudowane na wypełnianiu oczekiwań, łataniu dziur powstałych w dzieciństwie, poprzednich związkach itp. Niemal wszystkie się rozpadły lub funkcjonują na granicy rozpadu. W moim odczuciu do związku nie nadają się ludzie potrzebujący, którzy relacją chcą załatać dziury, podbudować się lub właśnie mieć człowieka dokładnie takiego, jakiego sobie wymyślili. Do związku trzeba dojrzałości. Ot choćby takiej, która pojmuje, że zdrada nie zawsze musi kończyć się wystawieniem walizek za drzwi i pełną nienawiści wojną.
  • indianan 09.06.14, 17:50
    O ładnie to napisałaś. Myslę podobnie.
    Małżeństwo jest po to, by wspólnie coś zbudować - wg mnie po to, by stworzyć rodzinę.
    Ocenianie potencjalnych partnerów pod kątem poziomu zaspokajania moich potrzeb kojarzy mi się z targiem. Fajnie byłoby usłyszeć od kogos kiedyś: jestem z Tobą nie dlatego, że Cię potrzebuję (bo zaspokajasz np. moje wygórowane potrzeby finansowe) - po prostu chcę z Tobą być :)

  • indianan 09.06.14, 17:54
    urwało mi
    "po prostu chcę z Tobą być - bo jesteś fajnym, dobrym i mądrym człowiekiem" :)
  • triss_merigold6 09.06.14, 18:05
    To zdecydowanie za mało, żeby się zdecydować z kimś żyć.
  • aqua48 09.06.14, 18:22
    indianan napisał:

    > "po prostu chcę z Tobą być - bo jesteś fajnym, dobrym i mądrym człowiekiem" :)

    Fajnych, dobrych i mądrych ludzi jest całkiem sporo. Można się z takim człowiekiem przyjaźnić, ale niekoniecznie trzeba z nim tworzyć związek..bo jak słusznie pisze Triss to zdecydowanie za mało.
  • ola.2014 09.06.14, 19:41
    Nie zakladaj juz nowych watkow...Zdecydowanie jest ich za duzo... Wszedzie to samo...
  • indianan 09.06.14, 20:58
    > Nie zakladaj juz nowych watkow...Zdecydowanie jest ich za duzo... Wszedzie to s
    > amo...

    Ale o co chodzi? Założyłem w mojej karierze de facto dwa główne wątki na dwóch forach - jeden o moim osobistych przeżyciach, drugi o generalnej potrzebie ratowania małżeństwa.
    (może znajdziesz jeszcze jeden gdzieś ale omyłkowo założony i przeniesiony z dyskusją tutaj)
  • sanciasancia 10.06.14, 15:53
    > Małżeństwo jest po to, by wspólnie coś zbudować - wg mnie po to, by stworzyć ro
    > dzinę.
    > Ocenianie potencjalnych partnerów pod kątem poziomu zaspokajania moich potrzeb
    > kojarzy mi się z targiem. Fajnie byłoby usłyszeć od kogos kiedyś: jestem z Tobą
    > nie dlatego, że Cię potrzebuję (bo zaspokajasz np. moje wygórowane potrzeby fi
    > nansowe) - po prostu chcę z Tobą być :)
    Co swoją drogą jest interesujące w kontekście tego, że w całym wątku piszesz prawie wyłącznie o swoich potrzebach związanych z małżeństwem.
    --
    Loitering with content.
  • akn82 09.06.14, 20:16
    Nam się udaje. Długo było z nami kiepsko. Tzn już przed ślubem były problemy. Jako dwie zaburzone osoby wkurzalismy się na wzajem i nie chcieliśmy się rozejść. Jednak podejmując decyzje o ślubie wiedzieliśmy ze bierzemy go na dobre i źle i nie będziemy powielać błędów naszych rodziców, wielokrotnych rozwodników. Po narodzinach córki nastąpiła tendencja spadkowa w relacjach. Po 3 latach kryzysu znalazłam mieszkanie i podjęłam pierwsze kroki ku przeprowadzce.mój mąż wtedy był już od 3 mies. na psychoterapii.zatrzymał mnie jego argument, ze potrzebuje czasu. 3 mies potem ja też poszłam na psychoterapię. Było kiepsko jeszcze przez jakieś 5 mies.potem nastąpił przełom i wszystko idzie równią w górę. Wszystko tzn życie prywatne, intymne, zawodowe i towarzyskie :-)
  • indianan 09.06.14, 20:59
    Gratuluję i ciesze się.
    Podnoszą takie świadectwa.
    Powodzenia! :)
  • sebalda 09.06.14, 21:33
    Indianan, ja bardzo chętnie poczytam Twój nowy wątek albo możesz napisać na priva, jak wolisz. Ja niezwykle lubię czytać wątki mężczyzn, bo pozwalają spojrzeć na drugą stronę medalu, poznać sposób myślenia mężczyzny, zobaczyć problem z drugiej strony.
    Tak się składa, że do tej pory miałam do czynienia często z wątkami, w których mężczyźni się żalili, ale jak dochodziło do podawania szczegółów, jak padały odpowiedzi na konkretne pytania, to niestety często wychodziło szydło z worka.
    Jestem tu znana z węszenia wszędzie przemocy w związku, bo sama jej doznaję i przez kilka lat zgromadziłam dużą wiedzę na ten temat, znam też setki relacji o niej. Żaden przemocowiec (mam na myśli przemoc psychiczną) nigdy nie przyzna przed żoną, otoczeniem, a nawet przed samym sobą, że stosuje przemoc. Często przemocowiec jest bardzo zdziwiony, gdy ofiara wreszcie mu się stawia i próbuje się uwolnić. Wtedy on ustawia się w pozycji poszkodowanego, bowiem często pod wieloma względami jest to niby oddany małżonek i ojciec. Mój mąż ma się za uosobienie cnót, wspaniałego, opiekującego się mną i dziećmi męża, niemającego żadnego swojego życia poza domem, skupionego na nas całkowicie. Dlaczego zatem zadaje mi wielokroć cierpienie, dlaczego największym moim pragnieniem jest uwolnienie się od niego, dlaczego rodzone dzieci są do niego skrajnie źle nastawione (dorosłe już dzieci, potrafiące samodzielnie ocenić sytuację, dodam)?
    Mój mąż wiele razy nie tyle deklarował poprawę, bo nie ma czego poprawiać (poza lekką nerwowością), ale miewał okresy dobroci, tzw. miodowe miesiące. Po nich następowały ataki. Wiesz ile lat nabierałam się na to, że tym razem to już na pewno będzie dobrze, przecież deklarował miłość, dawał prezenty, robił romantyczne kolacje, troszczył się o mnie, dbał, starał się. Grubo ponad 20 lat! Twoja żona jest z młodszego pokolenia, nie jest tak przywiązana do tradycyjnego modelu, może wie, że nie musi znosić cierpień do końca życia, może wytrzymywała Twoje deklaracje poprawy wystarczająco często i w końcu coś w niej pękło. Ja jestem wierząca, nie poszłam ani ścieżką zdrady (choć miałam okazję), ani rozwodu, bo dopóki nie wiedziałam, że to przemoc i nawet Kościół nie każe mi w tym trwać, uważałam, że nie wolno mi się rozwieść. Może Twojej żony to nie wiąże, a może wiąże, ale ona wcześniej uświadomiła sobie, że nie musi znosić krzywdzenia jej???
    Jeśli rozumiesz i wybaczasz jej zdradę, jeśli Ci na niej zależy, musiało być już bardzo źle. Dlaczego ona nie chce znowu próbować? Czy dlatego, że straciła nadzieję, czy dlatego, że jest pusta i dla romansu chce narażać dobro rodziny i dzieci? Czy nie jest tak, że tyle razy dawała Ci szansę, a Ty wciąż nie chciałeś zrozumieć, że nie możesz jej traktować tak, jak traktujesz, że w niej się przelało? Z reguły kobieta widząc dobre chęci męża, jego wyciągniętą rękę do zgody, obietnice poprawy i pracy nad związkiem, skwapliwie z tego korzysta. Przestaje, gdy to pozostaje tylko w sferze obietnic, a tak naprawdę nic się nie zmienia. Czy nie tak było?
  • indianan 09.06.14, 22:35
    Pisałem - nigdy nie ma winy jednej strony.
    Mam wiele błędów na swoim koncie. I nie stawiam się w roli cierpiętnika.
    Wybaczyłem zdradę, bo sobie na nią zapracowałem.
    Szczegóły na priwie, bo tu nie miejsce na to.

  • triss_merigold6 09.06.14, 22:38
    A żona w ogóle chciała Twojego wybaczenia, prosiła Cię o nie?
  • indianan 09.06.14, 22:56
    Wiesz, my generalnie się nawet lubimy, cenimy wzajemnie i potrafimy rozmawiać od serca, bardzo szczerze. Nikt nie wie tyle o żonie, co ja, nikt jej chyba lepiej nie zna.
    Tak, sądzę, ze zależało jej na wybaczeniu. Wszystko mi wyznała, bo nie potrafiła mnie okłamywać na dłuższą metę.
  • lena575 09.06.14, 23:18
    Z własnego doświadczenia - można utrzymac małżeństwo ale nie zawsze mozna utrzymac uczucia. Najczęsciej gdy już jedna strona zdecydowała się kategorycznie na rozwód to dlatego, że tych uczuć już nie ma. A gdy nie ma uczuć, to nie ma bliskości, intymności. Nawet zaprzyjaźnić się można, ale to nie jest juz małżeństwo.
    Są ludzie (i kobiety i mężczyźni) którzy potrafią odchodzić, zdradzać, wracać i kochać nadal a są i tacy, którzy zdradzają i odchodzą gdy przestaną kochać i odwrotu nie ma. Jesli swojej zony już nie pociągasz, nie ma poczucia bliskości z tobą, to nie ma czego ratowac. Dla dzieci może z tobą jeszcze pomieszkac pod jednym dachem, może prowadzić wspólne gospodarstwo. Tylko czy ty chcesz utrzymac rodzinę dla dzieci czy też małżeństwo dla siebie?
  • andalus 10.06.14, 04:59
    Mam i miałam poglądy podobne do założyciela wątku. Jednak jest małe ale. To obie strony muszą chcieć. Co do uczuć, poczucia szczęścia, samorealizacji - małżeństwo jest po to aby się w nim realizować. Droga uwzględniająca tylko siebie jest zabójcza dla małżeństwa. A tak niestety w wielu przypadkach jest. I tak bliskość można odbudować, intymność też. ALe jedna osoba tego nie zrobi.
  • enith 10.06.14, 06:07
    > I tak bliskość można odbudować, intymność też. Ale jedna osoba tego nie zrobi.

    Bingo. Autor wątku za to żyje chyba w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, bo stan faktyczny jest taki, że od roku mają z żoną galopujący kryzys w postaci romansu żony, a ona absolutnie nie zgadza się na terapię. TO ma świadczyć o tym, że żonie zależy na małżeństwie??
    Mąż jak najbardziej może na żonę czekać, choćby i do śmierci, takie jego prawo. Natomiast prawem dzieci jest dorastać w normalnej rodzinie, choćby i patchworkowej. Rodzina, w której nieszczęśliwa matka nie marzy o niczym innym, tylko o tym, by odejść do kochanka, a powstrzymuje ją wyłącznie brak kasy, to nie jest dobra rodzina. Autor wątku pysk sobie wyciera dobrem dzieci, kompletnie nie widząc lub świadomie ignorując fakt, że obecna sytuacja dla tych dzieci też przecież jest daleka od ideału.
  • indianan 10.06.14, 07:14
    Obecnie sytuacja dla dzieci jest daleka od ideału ale na pewno lepsza niż miałyby dorastać w rozbitej rodzinie. Dzieci widzą obecnie dwoje zakochanych w nich rodziców, dających im dużo ciepła i akceptacji. Tego bardzo potrzebują. Wallerstein (badająca reakcje dzieci na rozwód pisała):

    "Dwa fałszywe założenia stanowią fundament naszych obecnych postaw wobec rozwodów. Pierwsze zakłada, że jeśli rodzice są szczęśliwsi, dzieci też będą szczęśliwsze. Nawet jeśli dzieci są zestresowane rozwodem, kryzys będzie przejściowy ponieważ dzieci są elastyczne i zaradne, więc szybko się z tego otrząsną. (...) W rzeczy samej wielu dorosłych uwikłanych w nieszczęśliwe małżeństwa byłoby zdumionych dowiedziawszy się, że ich dzieci są relatywnie zadowolone. Jest im obojętne czy mama i tata śpią w osobnych łóżkach, jak długo rodzina jest razem. (…)"
  • enith 10.06.14, 07:34
    W rzeczy samej wielu dorosłych uwikłanych w nieszczęśliwe małżeństwa byłoby zdu
    > mionych dowiedziawszy się, że ich dzieci są relatywnie zadowolone. Jest im oboj
    > ętne czy mama i tata śpią w osobnych łóżkach, jak długo rodzina jest razem.

    Z całym szacunkiem dla pani psycholog, poważnie wątpię w to, że dzieci nieszczęśliwych, czy wręcz nienawidzących się wzajemnie i nie chcących ze sobą być rodziców są szczęśliwe i wyrosną na szczęśliwych dorosłych. I jak, do licha, tacy dorośli, co to nigdy nie widzieli rodziców okazujących sobie czułości, śpiących w osobnych pokojach, żyjących obok siebie, mają stworzyć szczęśliwe, dojrzałe i trwałe związki? TV ich tego nauczy czy szkoła?
  • indianan 10.06.14, 07:03
    "odchodzą gdy przestaną kochać i odwrotu nie ma. Jesli swojej zony już nie pociągasz, nie ma poczucia bliskości z tobą, to nie ma czego ratowac"

    Może i nie ma czego ratować. Ale może uda się zbudować na nowo. W końcu, kiedyś się w sobie zakochaliśmy i byliśmy najważniejsi na świecie. Coś nas przyciągnęło, coś połączyło. Mozna żyć samemu, można szukac gdzieś kogoś innego, a można podjąć próbę budowy relacji z osobą, którą się dobrze zna (nie będzie już negatywnych zaskoczeń i rozczarowań), z którą ma się dzieci, która się lubi i która fizycznie odpowiada wyobrażeniu o fajnym facecie/kobiecie.
    Nie wiem jak to działa u kobiet (zresztą każdy jest inny) - ale u mnie pojawiło się na nowo uczucie do żony, kiedy zacząłem o niej dobrze myśleć, dbać o nią, dawać jej to, czego wcześniej nie dawałem. Może to jest oczekiwanie na cud, ale w naszym związku było już tyle niezwykłych zdarzeń, że może i zmartwychwstanie nastąpi? :) Jeśli nie spróbuję, to na pewno się nie uda. Będę stał cierpliwie z boku i czekał. Jeśli zechce odejść, odejdzie - nic nie zrobię przecież. Jeśli nie zechce, to nie - nic na to nie poradzę. Ale chce mieć świadomość, że zrobiłem wszystko, bu uratować rodzinę.

    Myślę, że wiele małżeństw żyje głównie w oparciu o przyjaźń. I jakoś sobie radzą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Chciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie można spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację :) Jeśli tego się nie da zbudować, to trudno.
  • enith 10.06.14, 07:42
    > ą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Ch
    > ciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie moż
    > na spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację :)

    W pięciu chyba wątkach, które wyprodukowałeś na temat swojego małżeństwa, piszesz wyłącznie o tym, czego TY chcesz. A czego chce twoja żona? Nie napisałeś NIC na ten temat. Nic na temat zarzutów, jakie ma wobec ciebie, nic o tym, dlaczego chce cię zostawić, dlaczego woli niepewnego kochanka, który już raz kopnął ją w cztery litery od pewnej przystani w postaci twojej osoby. Zgadzam się z Sebaldą, tu jest drugie dno, którego nie dotykasz, kompletnie pomijasz osobę żony i jakieś niewygodne fakty na temat TWOJEGO wkładu w obecną sytuację. Choć nie, na forum Rozwód... i co dalej przyznajesz, że byłeś nerwus, że niedojrzały, że olewający żonę. I że od roku się starasz. A małżeństwo trwało ile? Kilkanaście lat? I raptem rok starań ma wymazać choojowe zachowania trwające dekadę?
  • indianan 10.06.14, 08:34
    A po co schodzisz na moje życie osobiste? Jakie ono ma znaczenie?
    Wątek dotyczy możliwości ratowania małżeństwa.
    Nie oczekuję tu wsparcia, spersonalizowanych porad.
    Nie robię z siebie męczennika. Nie potrzebuję głasków, pocieszeń, zrozumienia.
    Czemu mam pisać o żonie? O tym czego ona chce? Jak będzie chciała założy sobie wątek.
    Odpuść... Skąd w Tobie tyle złości?

  • krokodil123 10.06.14, 08:51
    A czy ty poważnie nie rozumiesz o co cie pytają, czy tylko udajesz?

    A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które to małżeństwo się związało na nowo.
    Pisałam na początku u Krawczyków-teraz pofantazjuję-chcesz tak też mieć?
    A czy masz tyle kasy ile miał on wtedy dlatego że jego żony może o to chodziło i przekalkulowała że jako żona dostanie więcej teraz i po śmierci od praw autorskich.

    Ty chcesz pisać ogólnie....oki-92% się rozwodzi 8% nie na przykład. Dla konkretów-sprawdź statystki. I koniec tematu.

    Ale możesz oceniać, ba....nawet już wiesz kto z piszących jakie ma wartości (a ja tego nie wiem tyle lat) ,ale twoja żona jakie ma priorytety i wartości nie napiszesz.

    A może to nie ważne dla ciebie, dlatego że cała rozmowa takie wrażenie pozostawia.
  • indianan 10.06.14, 08:57
    "A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które to małżeństwo się związało na nowo"

    Dlatego chciałem o tym poczytać. Myślałem, że ktoś się podzieli swoją historią.
    Ale możemy zakończyć ten wątek.

  • krokodil123 10.06.14, 09:04
    indianan napisał:

    > "A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne
    > są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które t
    > o małżeństwo się związało na nowo"
    >
    > Dlatego chciałem o tym poczytać. Myślałem, że ktoś się podzieli swoją historią.
    > Ale możemy zakończyć ten wątek.
    >

    Ja jak i inne osoby podzieliliśmy się swoją historią. I co znalazłeś wśród tego wszystkiego swój prototyp, jakiegoś podobieństwa, coś co może ci być pomocne.

    Wogóle jakie wnioski z tego wszystkiego wyciągnąłeś?
  • przeciez.wiem 10.06.14, 09:07
    Że taki jego krzyż?
  • aqua48 10.06.14, 08:27
    indianan napisał:

    > Myślę, że wiele małżeństw żyje głównie w oparciu o przyjaźń. I jakoś sobie radz
    > ą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Ch
    > ciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie moż
    > na spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację

    A jakie potrzeby ma Twoja żona? Może nie chce małżeństwa opartego wyłącznie o przyjaźń, może chce być z kimś kto będzie jej na prawdę potrzebował i z kim będzie miała wspólne cele inne niż tylko wychowywanie dzieci? Kogoś kto zobaczy i doceni w niej człowieka ze swoimi aspiracjami, a nie tylko kierownika miłej przystani. Rozmawialiście w ogóle na ten temat?
  • indianan 10.06.14, 08:44
    Bardzo dużo rozmawiamy.
    Mogę mówić o sobie. Nie będę wyciągał spraw żony.
    Założyłem ten wątek, by poczytać o doświadczeniach innych par i poglądach na temat możliwości ratowania małżeństwa. I to nie mojego, choć może czasem daje się spychać na ten wątek.

    Bardzo ciekawa jest forumowa tendencja do dawania rad, instruowania, oskarżania ("to na pewno twoja wina", "masz za swoje"), projektowania własnych doświadczeń.

    ps:
    sytuacja jest ogromnie skomplikowana i są w stanie o niech rozmawiać chyba tylko dwie osoby (ja i żona). Nikt inny tego nie pojmie. Wszystko co napiszę, będzie tylko cząstką, która naświetli jeden aspekt, a pominie setki innych. Wchodzi w to wszystko m.in. przeszłość i relacje rodzinne (relacje z rodzicami). Nie da się tego sprowadzić do prostego: "to Ty zaniedbałeś związek".
  • przeciez.wiem 10.06.14, 09:06
    Tak, dokładnie to usłyszałem - nie mam kasy, więc jest mi wygodnie mieszkać z Tobą.
    Jak się pojawi, to znikam. Oczywiście nie ma seksu.
    Tak, jestem wykorzystywany - taki mój krzyż...


    Zacytowałam Ciebie samego - z Twojego wątku na forum rozwodowym.
    I tak czytam co wypisujesz w tym wątku i zaczynam się zastanawiać czy jaj sobie nie robisz... Ta Twoja jeszcze żona musi Cię kompletnie nie szanować. Bo sam siebie nie szanujesz. Leje kobieta na Ciebie ciepłym moczem, a Ty płaszczysz się i jęczysz... Żal.

    --
    Komentuj, nie obrażaj!
  • triss_merigold6 10.06.14, 09:22
    Autor sprawia wrażenie odpornego na wiedzę i stosującego wyparcie + spychotechnikę.
    Żona nie chce z nim być. Nie chce. Ma w dupie czy on się zmienił i jak się zmienił. Być może chciała żeby się zmienił 5 lat temu, 3 lata temu, a teraz - od roku - ma to w dupie i żadna zmiana już nie pomoże. Too late.
  • ola.2014 10.06.14, 09:39
    Zdecydowanie jestem za zakonczeniem tego watku. Autor nie wyciaga wnioskow... Chce ratowac malzenstwo,a zona wywija sie jak waz z tego ukladu :) Olewa go
  • triss_merigold6 10.06.14, 09:46
    Bo żona w tym układzie nie chce być. Chce być z kimś innym.
  • sebalda 10.06.14, 11:06
    Być może ta informacja już się gdzieś pojawiła, ale nie pamiętam, a chciałabym znać chronologię wydarzeń. Czy Ty zacząłeś się starać po czy przed zdradą żony? Czy dopiero zdrada Cię zmotywowała do pracy nad związkiem? Taka terapia szokowa? Wcześniej żona sygnalizowała problemy, ale się tym nie przejmowałeś, a jak ona straciła nadzieję i znalazła bliskość u innego, to dopiero Cię oświeciło? No cóż, jeśli tak, to faktycznie Triss ma rację: too late. Szkoda, że wcześniej nie pomyślałeś, że w związku trzeba się jednak starać.
    Pytanie o problemy sygnalizowane przez żonę są tutaj kluczowe. Z jednej strony piszesz, że to nie w porządku, by mieć oczekiwania i w wypadku ich niespełniania odchodzić, z drugiej jednak piszesz wyłącznie o swoich oczekiwaniach, nic o żony. Czy one są aż tak nieważne? A może tu jest pies pogrzebany - w tym nieprzykładaniu wagi do tych oczekiwań. Ja też nie lubię słowa "oczekiwania", ale często jest tak, że osoba, której nie podoba się fakt posiadania oczekiwań przez drugą stronę, sama te oczekiwania posiada i jawnie egzekwuje (nie bacząc na koszty po drugiej stronie). Mój mąż też narzeka na brak bliskości i wsparcia z mojej strony, ale jak ja mam, do diaska, mu je dać, gdy on nieustannie mnie atakuje, wyżywa się na mnie i na dzieciach, używa wulgarnych słów i robi wiele innych paskudnych rzeczy? Fajnie się pisze, że marzy się o szczęśliwej, kochającej się rodzinie, gorzej postarać się, by ta druga strona miała też szansę to urzeczywistnić przy naszym boku.
  • indianan 10.06.14, 11:44
    Kończmy.
    Oczekiwania mojej żony sprowadzają się do tego, aby być z tamtym, którego uważa za miłość swego życia (choć on nigdy nic nie obiecywał i zniknął po jakimś czasie). Mogę się starać niewiadomo jak ale w takim układzie nie mam szans. Wszystko co robię ją drażni. Czy się staram czy nie staram. Oczywiście gdyby była ze mną szcześliwa do takiej sytuacji by nie doszło. Mam wziąć winę na siebie - że to ja spowodowałem brak szczęścia? Może po prostu mnie nie kochała i nie umiała się cieszyć z chwil spędzanych razem... Może miała takie oczekiwania, którym nie potrafiłem sprostać (choć się starałem). Kryzys pojawił się, kiedy przestałem się starać i zająłem sobą. Wtedy poczuła się odrzucona ale dla mnie to było ratowanie siebie samego. Nie czuję się jedynym odpowiedzialnym za zanik więzi. Chyba zawsze kochałem bardziej...

  • sebalda 10.06.14, 13:29
    Ale tutaj nic się nie klei. Starałeś się, było źle, bo musiałeś się przestać starać, żeby się ratować (przed czym???). Jak przestałeś się starać, było jeszcze gorzej, bo się nie starałeś, doszło do kryzysu, żona zdradziła, wziąłeś na siebie, znowu zacząłeś się starać, ale żona już Cię nie chce, nie dlatego, że się nie starasz, ale dlatego, że się bezrozumnie zakochała. Wcześniej pisałeś o oczekiwaniach żony (szeroko, jakie to jest nie fair mieć oczekiwania), teraz sprowadzasz wszystko do jej zakochania.
    Powtarzam: albo winien jesteś Ty i wtedy zrozumiała jest reakcja żony i Twoja chęć ratowania związku, albo masz złą żonę, która nie potrafiła docenić, jaki ma skarb w domu (przecież się starałeś) i puściła się z pustym bawidamkiem. Innych opcji nie ma. Jeśli zachodzi ta druga, nie rozumiem, dlaczego tak Ci na niej zależy i dlaczego chcesz takiej pustej i lekkomyślnej żonie oddać dzieci.
    Uważam, że jesteś nieszczery w swoich wypowiedziach, przemilczasz ważne informacje, dlatego trudno Ci coś doradzać.
  • indianan 10.06.14, 13:45
    "Powtarzam: albo winien jesteś Ty i wtedy zrozumiała jest reakcja żony i Twoja chęć ratowania związku, albo masz złą żonę"

    Wszystko postrzegasz tak zerojedynkowo? Ja w ogóle nie chce szukać WINNYCH. Życie jest cholernie skomplikowane, jesteśmy ze sobą kilkanaście lat. Nie da się wszystkiego opisać we dwóch akapitach. Niepotrzebnie zaczynam to robić. Twoja wersja tez jest dla mnie mocno subiektywna. Wszystko zrzucasz na męża: przemocowiec, robi dobre wrażenie a w domu jest okropny itd. A może jest okropny, bo go nie doceniasz, nie ma akceptacji itd. Nie wiem - nie rozstrzygam i nie szukam. Zna tylko Twoją wersję. Związek tworzy dwoje ludzi. I rzadko jest tak, że jedna strona jest opowiedzialna za złe relacje.

    Powtarzam: nie szukam pocieszenia ani zrozumienia. Chciałem sobie po prostu poczytać opinie na temat możliwości ratowania związków.
  • sebalda 10.06.14, 15:21
    Żeby Ci odpowiedzieć na pytanie, czy jest możliwe/warto za wszelką cenę ratować Twoje małżeństwo (bo co Cię obchodzą inne małżeństwa, nic z wiedzy o innych nie wynika dla Ciebie) musielibyśmy wiedzieć, dlaczego tak naprawdę się rozpadło/rozpada. Unikasz jasnej odpowiedzi na to pytanie, używasz ogólników, szermujesz wartościami wyższymi, ustawiasz się w pozycji tego starającego się, mylisz tropy, jak chcesz uzyskać odpowiedź na swoje pytania? Tylko szczerość z Twojej strony mogłaby pomóc udzielić Ci odpowiedzi.
    Ja Ci poradzę: walcz dalej, a tak naprawdę może to być najgorsza (dla Was obojga i Waszych dzieci) opcja. Skąd mogę wiedzieć, czy Ty na to zasługujesz? Albo czy zasługuje na to Twoja żona?
    I o jednym mogę Cię solennie zapewnić, czerpiąc z doświadczeń swoich i baaaaaaardzo wielu par: trwanie małżeństwa WYŁĄCZNIE dla dobra dzieci NIGDY nie przynosi nic dobrego ani tym dzieciom, ani parze. Czasami rozstanie jest najlepszą rzeczą, jaką rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, a trwanie w związku pełnym niechęci i animozji - najgorszą.
    Czytasz opinie psychologów. A ja czytam prawdziwe historie i uważam, że moja wiedza jest mimo wszystko prawdziwsza, bo praktyczna, nie teoretyczna.
    Chciałeś do mnie napisać, czemu zrezygnowałeś? Wygląda to tak, jakbyś jednak miał coś na sumieniu. Ale oczywiście mogę się bardzo mylić, niczego nie przesądzam. Dlatego tak proszę o te informacje. Mimo wszystko chciałabym Ci/Wam jakoś pomóc. Taką mam naturę.
  • andalus 10.06.14, 18:02
    podeprę się własnym doświadczeniem. Nie jest zawsze prawdą, że rodzice żyjące razem dla dzieci będą dla nich złym przykładem, a wzajemna niechęć zatruje je do końca życia.
    Pochodzę z takiej rodziny. Nigdy nie słyszałam rodziców kłócących się, awanturujacych, byli dla siebie bardzo uprzjemi i dzielili się opieką nad nami. Choć wiem, że już wtedy w ich małżeństwie była ta druga i sprawa, że tka powiem się sypnęła.
  • mamameg 11.06.14, 00:17
    Ja będę przykładem odwrotnym-jako dziecko(tak mniej więcej od kiedy skończyłam 10lat) marzyłam, żeby rodzice wreszcie się rozwiedli.
  • indianan 11.06.14, 16:26
    A nie lepiej marzyć, by się dogadali?
  • sebalda 11.06.14, 16:40
    Jeśli latami się kłócą, awanturują, nie szanują albo są oziębli i sztuczni, to nawet dziecko widzi, że nie ma szans na to dogadanie się.
    Dzieci bardzo długo nie sygnalizują, że są nieszczęśliwe i że chowają głowę pod poduszkę, gdy rodzice (przekonani, że dziecko już śpi) w nocy się kłócą. Mniejsze dzieci myślą o rozwodzie rodziców z przerażeniem, ale już nieco starsze, obserwujące postępujący rozkład i wyniszczające wzajemne zachowania rodziców szybko marzą o spokoju, stabilizacji, normalności, nawet tylko z jednym z rodziców, ale jednak normalności. Bo nienawidzący się rodzice pod jednym dachem to jednak nie jest normalność. Nieszczęśliwi, wypaleni, stłamszeni rodzice też nie.
    Nie mówiąc o wzorcach związku, jaki tacy rodzice fundują dzieciom. Nawet jeśli nie ma awantur, ale chłod, dystans, drobne złośliwości, niechęć, zmęczenie i ciągle smutne oczy któregoś z rodziców.
    Gdy w domu jest przemoc psychiczna, czasami nieoczywista, zakamuflowana, w białych rękawiczkach, dziecko też bardzo cierpi. Gdybyś znał choć część opowieści takich dorosłych już dzieci, jakie ja znam (także z tego forum), zupełnie inaczej byś patrzył na tzw. dobro dzieci. Wierz mi, wiem, co mówię:(
    Dodam jeszcze, że takie dzieci nie mniejszy żal mają do tego rodzica, który nie przeciął tej sytuacji, który był bierny, niż do tego, który był bezpośrednio winowajcą. Choćby się starał.
  • krokodil123 11.06.14, 16:59
    indianan napisał:

    > A nie lepiej marzyć, by się dogadali?

    Powiedź mi czy ty marzysz że by Tuski i Kaczyński się dogadali czy jednak może rozumiesz co ich dzieli i dlaczego dla dobra obojga lepiej żeby nie były razem (w jednej partii powiedzmy)?
  • indianan 11.06.14, 17:26
    Moim zdaniem nie dzieli ich wiele - ot gra polityczna, teatr.
    Nie widzę żadnych przeszkód aby w sytuacji kryzysowej współpracowali.

    Po oc budować zresztą takie skrajne analogie - większość ludzi w związkach może się dogadać, tylko muszą zechcieć popracować nad sobą, zmienić negatywne przekonania, otworzyć się.
    Przyczyną rozwodów sa problemy komunikacyjne bardzo często, a nie jakaś chroniczna nienawiść.
  • enith 11.06.14, 17:36
    > Po oc budować zresztą takie skrajne analogie - większość ludzi w związkach może
    > się dogadać, tylko muszą zechcieć popracować nad sobą...

    Podkreśliłam tu mądre, kluczowe zdanie, które napisałeś. Teraz zastosuj to do własnej sytuacji.
  • indianan 11.06.14, 22:16
    no stosuję - czekam aż zona zechce, myślę, że prędzeij czy później to nastapi :)
  • krokodil123 11.06.14, 17:51
    Nie mam już pomysłu jak cie przekonać żebyś przynajmniej na chwile poparzył z drugiej strony.
    Teraz piszę o mnie. Ja chciałam rozwód i nie odeszłam od męża po to że miałam innego faceta (a to jest olbrzymy faktor dla rozstania), a po prostu że nie chciałam z mim być już.

    I teraz przypuśćmy że od nowa jestem w tam ten punkt kiedy ja już wiem, że nie kocham go, nie szanuję faceta, wręcz drażni mnie jego obecność, a tutaj ktoś mi mówi że "mamy się dogadać", mam "zmienić negatywny przekaz", "otworzyć się"????

    Co to do xxxx to oznacza????
    Dla mnie są tylko puste slogany, które w konkretnym momencie, kiedy ja
    -podjęłam decyzje,
    -wiem co chce
    -mam plan
    -realizuje go

    ktoś mi gada o współpracy??????

    To w takim razie przypuśćmy że JA jestem w tym momencie i TY jesteś moim mężem.
    Twojej żony tutaj nie ma dlatego że sanujemy jej "prywatność" i ty nie chcesz pisać o niej (rozumiem).
    Więc ja cię pytam: jeszcze mężu o co konkretnie ci chodzi i co chcesz od mnie? Ja chce rozwodu. Zastanowiłam się, moja decyzja jest przemyślana i ostateczna, nie mogę żyć z tobą i już złożyłam pozew.
    Co ty rozumiesz pod dogadaniem się?
    Jak dokładnie mam zmienić swój negatywny przekaz?
    I jak mamy współpracować?

  • indianan 11.06.14, 22:18
    "Zastanowiłam się, moja decyzja jest przemyślana i ostateczna, nie mogę żyć z tobą i już złożyłam pozew"

    każdą decyzję można zmienić :)
    chyba, że się chce być niewolnikiem własnej decyzji...

    nic od Ciebie nie chcę :) - to nie Ty jesteś mi przeznaczona, tylko moja żona :)
  • triss_merigold6 11.06.14, 22:50
    Ale dopuszczasz informację, że ktoś podjął decyzję i nie chce jej zmieniać?
  • indianan 11.06.14, 23:07
    No jak ktos jest uparty i zaślepiony, dotknięty fanatyzmem... to pewnie nie zmieni.

  • adorra0 11.06.14, 23:17
    Ty NAPRAWDĘ nie rozumiesz o czym piszą dziewczyny czy UDAJESZ, że nie rozumiesz?
  • indianan 12.06.14, 06:18
    A Ty rozumiesz o czym piszę?
    Jesteśmy na forum zycie rodzinne. Rodzina jest dla mnie wartością nadrzędną.
    Zrobię co w mojej mocy, by ją utrzymać w całości. Wierzę, że jest to możliwe.
    Kocham moją żonę i chciałbym dla niej jak najlepiej. Jeśli zdecyduje się na rozwód - podpiszemy papiery. Jestem na to gotowy. Ale póki nie ma rozwodu, póki jest ziarno nadziei będę walczył.
    Moja żona podjęła decyzję, co nie znaczy, że nie może jej zmienić, kiedy zobaczy, że zmienił się także kontekst, układ współrzędnych.
    Oczywiście - jeśli żona nie będzie szczęśliwa w takiej rodzinie, to ona będzie kiepsko funkcjonować. Dlatego bardzo chciałbym, aby odnalazła w niej szczęście. I wciąż wierzę, że to się może udać.
    pozdrowienia :)
  • przeciez.wiem 12.06.14, 08:07
    Z całego serca życzę Twojej żonie, żeby uwolniła się od Ciebie.
    Ty nie jesteś normalny.
  • indianan 12.06.14, 08:29
    "Ty nie jesteś normalny"

    możliwe :)
  • triss_merigold6 12.06.14, 08:47
    Nie ma się czym chwalić. :/
    Po zdradzie i porzuceniu jak najbardziej normalne jest odczuwanie żalu, złości, gniewu, zazdrości, bólu, cierpienia, rozgoryczenia, rozczarowania, lęku itd.
    Ale Ty zwyczajnie odmawiasz żonie autonomii, prawa do jej zdania, do - złego lub dobrego - wyboru. Uznajesz, że nawet jeśli podjęła decyzję to, cóż tam decyzja, nic istotnego, fanaberia, dziś taka jutro inna i kobiecie się odmieni jeśli będziesz odpowiednio długo tłumaczył.
    Jeśli w rodzinie prezentujesz takie podejście jak na forum, to ta kobieta musi Cię zostawić, żeby w ogóle móc żyć.
  • krokodil123 12.06.14, 08:55
    Indianan, może w ramach pracy nad sobą i uzdrowienia relacji się zastanów co u ciebie jest że na forum życie rodzinne w kilku już kobiet (które nawet cię nie znają) wzbudziłeś niechęć a nawet agresje.
    Dlaczego nie możesz mówić, komunikować się konkretami, dlaczego zawsze kręcisz i wypadasz jak kombinator lub użyje twoich słów jako fanatyk.

    Tak-to ty dla mnie jesteś fanatykiem, dlatego że ileś czasu mówisz tylko co ty chcesz jak mantra i z żadnej osoby stąd, w żadnym kontekście nie zdołałeś pogadać inaczej (czytaj merytorycznie).

    Dlaczego (mam takie wrażenie) odpychasz ludzi od siebie.

    Jeszcze taka przyjacielska porada-zbadaj się czy nie masz zespołu AS, mam znajomego który prowadzi rozmowy w taki sam sposób jak ty i ma to schorzenie.
  • indianan 12.06.14, 09:05
    Masz rację - rozmowa w takim kształcie nie ma sensu, bowiem odbywa się na zbyt dużym poziomie ogólności. A nie podam konkretów, bo to zbyt intymne kwestie na forum. W takim ujęciu obraz jest mglisty. Znając całą sytuację, mam podstawy sądzić, że decyzja nie jest ostateczna i że można nasze małżeństwo odbudować. I tak sądzi wielu moich/naszych znajomych i przyjaciół. Ale o tym nie chcę tu pisać. Skończmy już ten wątek.

    co to jest AS? :)
  • triss_merigold6 12.06.14, 09:07
    Zespół Aspergera. Rodzaj autyzmu. Wciągnąłeś w wasze prywatne sprawy znajomych i przyjaciół?! OMG.
  • indianan 12.06.14, 09:13
    Triss uczepiłaś się mnie chyba z przyzwyczajenia.
    Odpuść...
    Tak nasi niektórzy znajomi wiedzą, że jesteśmy w separacji - to takie dziwne?
    Najbliżsi przyjaciele znają naszą historię. To dla Ciebie niezwykłe?
    Zresztą ja długo o tym nic nie mówiłem - raczej wyszło to od żony.
  • triss_merigold6 12.06.14, 09:16
    Jaka separacja skoro mieszkacie razem. Ale ok. Tak, dla mnie to dość niezwykłe, bo poza dosłownie 2-3 osobami, resztę poinformowałam po fakcie, jak zostawiłam męża ostatecznie i zmusiłam żeby się wyprowadził (mieszkanie moje i tylko moje).
  • ola.2014 12.06.14, 08:39
    przeciez.wiem napisała:

    > Z całego serca życzę Twojej żonie, żeby uwolniła się od Ciebie.
    > Ty nie jesteś normalny.

    Zgadzam sie i oby zona uwolnila sie jak najszybciej od tego typa!!!!
  • sanciasancia 11.06.14, 23:26
    > No jak ktos jest uparty i zaślepiony, dotknięty fanatyzmem... to pewnie nie zmi
    > eni.
    To po co chcesz z tą osobą być, tak upartą, zaślepioną i dotkniętą fanatyzmem?
    --
    Loitering with content.
  • indianan 12.06.14, 05:44
    Nie chcę być. I wiem ze moja zona taka nie jest. I wiem, że czekanie ma sens.
  • triss_merigold6 12.06.14, 09:06
    Jesteś pewien, że wiesz jaka żona jest, skoro od roku chce od Ciebie odejść i żyć z kimś innym? Z Tobą nie sypia, otwarcie mówi że jedyne co ją powstrzymuje, to brak własnej kasy.
  • krokodil123 12.06.14, 09:25
    Nie zakładaj tego na 100%.
    Chciałeś rady-no to daje ci najlepszą (według mnie) który usłyszał mój mąż właśnie na terapii i która przeszła mu z jednego ucha do drugiego nie zostawiać żadnego śladu w głowie.

    Taka pewność jest twój największy wróg. Jeżelibyś znał swoją żonę to wszystko by było dobrze.
    Może się ona zmieniła, może ona w tej chwili się zmienia i ty nie zauważasz i nie nadążasz za tym. Człowiek się cały czas zmienia i to jest w porządku.

    Spójrz na nią jako na nowy człowiek, zaczyny od nowa ją poznawać, słuchaj co ona komunikuję i może wtedy się coś uda. Jak nie teraz to za 2-4 lata.
  • indianan 12.06.14, 09:31
    Dzięki. To dobre rady... Tak właśnie robię.
    Zmieniła się trochę, muszę się uczyć jej na nowo :)
    I więcej jej słuchać.
    Niemniej znam ją dobrze i dlatego właśnie wciąż mam nadzieję.

  • krokodil123 12.06.14, 08:05
    Jasne że nie jestem twoja żona.
    Chciałam żebyś napisał co konkretnie odpowiedziałbyś żonie na takie pytania i co konkretnie od niej byś oczekiwał.
    Ale widocznie ty nie możesz powiedzieć nic konkretnego i nie jesteś w stanie takiej rozmowy prowadzić. Możesz (co zaobserwowałam tutaj) tylko nawijać to samo bez przerwy co serdecznie i bez grama sarkazmu ci piszę że zarówno na forum jak i w życiu realnym jest nudne.
  • indianan 12.06.14, 08:50
    Znam moją żonę, Ciebie nie. Wiem jaki ma system wartości i co jest dla niej naprawdę ważne (szczęście dzieci). Argumenty, jakie mogą do niej przemówić, dla Ciebie będa pewnie bez znaczenia. Jest także inny kontekst sytuacji. Dlatego nie da się tego przełożyć.

    Ale odpowiem: "chcesz rozwodu, rozumiem Twoją decyzję. Jeśli to jest to, czego rzeczywiście pragniesz, nie uda mi się powstrzymać Twoich działań. Jednak jeśli jest w Tobie choć ziarno wątpliwości - dajmy sobie jeszcze jedną szansę. Chodźmy na terapię, może coś drgnie. Szczęście może kryć się w miejscu, o którym nawet teraz nie myślimy. Może ten kryzys był właśnie po to, by docenić coś się ma/co można stracić".

    I co, śmieszne?
  • krokodil123 12.06.14, 09:01
    Nie, nie jest to śmiesznie (czyż byś obawiał się ośmieszenia).

    Powiem szczerzę, jeżeli ty jako mój mąż przed tym nie zrobiłeś coś strasznego w sensie pobiłeś mnie, skrzywdziłeś dziecko, spaliłeś dom, przegrałeś nasze oszczędności (takie rzeczy które są nieodwracalne dla mnie) to po takim tekście zgodziłabym się na terapie.
  • default 12.06.14, 09:02
    Czytając Cię mam dwa skojarzenia:
    "Ja wiem, że Polokoktowcy nas nie kochają, ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas w końcu pokochają." (Kingsajz)
    A drugie mniej śmieszne - Twoje wypowiedzi takie trochę psychopatyczne się robią, przypominają mi się różne opowieści i filmy o zaburzonych facetach, więżących swoje wybranki w ciemnej piwnicy lub mordujący i przechowujący zmumifikowane zwłoki latami we własnym łóżku - wszystko w ramach osobliwie pojętej "dozgonnej miłości".
    (wiem, przesadzam, ale tak tylko chciałam zasygnalizować w jakim kierunku może iść takie myślenie, jakie tu prezentujesz, oczywiście nie podejrzewam Cię o zaburzenia psychiczne :)).

  • triss_merigold6 12.06.14, 09:05
    Ja podejrzewam wyparcie graniczące z obłędem. Stalker. Współczuję tej kobiecie z całego serca, bo rozwód będzie miała upiorny.
  • indianan 12.06.14, 09:24
    Nie projektuj własnych doświadczeń...
    Internetowa diagnostyka: zespół aspergera, stalking, psychoza, co jeszcze? :)
  • triss_merigold6 12.06.14, 09:04
    Nie jest śmieszne, ale kompletnie nieprzekonujące.
    Ani słowa o miłości, o tym że chcesz z żoną żyć, ani słowa o seksie, o tym że brakuje Ci jej bliskości, że przykro Ci że tak się stało itd.
  • krokodil123 12.06.14, 09:10
    Jednak jedna rzecz mi zakrakała i nie pamiętam czy pisałeś o tym.
    Po takim tekście ja jako twoja żona nie wiem czy ty mnie kochasz i czy przed tym mnie kochałeś.
    (Jaka jest prawda).

    Nie rozumiem czy ty małżeństwo chcesz żeby trwało bo "tak wypada" czy dlatego że kochasz żonę. Tego nie zakomunikowałeś jasno, a może żonie to brakowało całe życie-pokazywania uczuć, pokazania i mówienia że jest ważna, doceniania jej.
    Może ona czeka na takie słowa?
  • triss_merigold6 12.06.14, 09:14
    O toto. Panu zależy na rodzinie jako pewnej komórce społecznej, na określonym układzie. Taki układ można tworzyć z każdym, w zasadzie nie ta postać, to inna.
    Z tekstu nie wynika, że panu zależy akurat na tej konkretnej żonie, że zawalił mu się świat po jej odejściu, że ją kocha, że jest zazdrosny o tego drugiego mężczyznę.
  • indianan 12.06.14, 09:22
    "Z tekstu nie wynika, że panu zależy akurat na tej konkretnej żonie, że zawalił mu się świat po jej odejściu, że ją kocha, że jest zazdrosny o tego drugiego mężczyznę"

    Przecież ona to wie doskonale. Ale to nie jest argument - odwołuję się do rozsądku, a nie wzbudzania litości i wyrzutów sumienia.
  • indianan 12.06.14, 09:18
    Tak ona wie, że ją kocham. Wielokrotnie jej to mówiłem i okazywałem.
    Ale tego nie chce używać jako argumentu...
  • aqua48 12.06.14, 09:33
    indianan napisał:

    > Tak ona wie, że ją kocham. Wielokrotnie jej to mówiłem i okazywałem.
    > Ale tego nie chce używać jako argumentu...

    A to jest Twój podstawowy błąd. Bo emocje mogłyby dużo lepiej i skuteczniej przemówić niż próba wzbudzenia w żonie poczucia winy i odwołanie się do składanych przed laty przysiąg i do jej obowiązku wobec dzieci...
  • indianan 12.06.14, 09:45
    jako facet działam na poziomie głowy.
    Emocji nie kontroluję - zatem nie traktuję argumentowo.
    Teza "kocham Cię" jako argument - mnie nie przekonuje, bo właściwie to mój problem. I co żona ma na to powiedzieć?
  • aqua48 12.06.14, 10:05
    indianan napisał:

    > jako facet działam na poziomie głowy.
    > Emocji nie kontroluję - zatem nie traktuję argumentowo.
    > Teza "kocham Cię" jako argument - mnie nie przekonuje, bo właściwie to mój prob
    > lem. I co żona ma na to powiedzieć?

    Nie siebie masz przekonać tylko żonę. Twoja żona nie jest facetem, jak mniemam?Argumentami chcesz ją utrzymać przy sobie? Argumenty do jak występujesz o kredyt w banku...
  • sebalda 12.06.14, 11:28
    Mnie też nie przekonałby argument o kochaniu. Mój mąż bardzo często wyznawał mi miłość. Rano pisał esemesa, jak bardzo mnie kocha, wieczorem robił romantyczną kolację, a w nocy wyzywał bez powodu (znaczy miał jakiś urojony, wynikający z rosnącego w nim napięcia) od suk, szarpał i krzyczał. Słowa, słowa, słowa. Jestem już wręcz uczulona na takie wyznanie. Dziś jeszcze mąż potrafi powiedzieć, że ładnie wyglądam, przymilać się. Ale mnie to odrzuca, bo wiem już na 100%, że to jest chwilowe. Jego wybuchy niepohamowanej wściekłości albo złośliwości, gwałtowne zmiany nastroju są tak pewne, jak to, że jesienią opadną liście z drzew;) Już pisałam, ile lat nabierałam się na te okresy dobroci dla zwierząt, na miodowe miesiące. Ale kiedyś przychodzi moment, że traci się resztki nadziei i złudzeń. Coś się wypala, ma się już tę pewność, że mąż nigdy się nie zmieni, choć sama zmieniłam się bardzo. Jeszcze dwa lata temu dałam mu ultimatum, że jeśli przez pół roku nie będzie awantur, możemy jeszcze do siebie wrócić (też jesteśmy w separacji pod jednym dachem). Widziałam, że się przez jakiś czas starał, że mu zależy. Nie wytrzymał nawet miesiąca:( A chodziło jedynie o to, by się nie awanturował, nie miałam jakichś wygórowanych żądań. Im bardziej się starał, tym silniejsze napięcie w nim rosło. Wybuch był makabryczny. Ten i wiele, wiele kolejnych. Nie tylko w stosunku do mnie, ale też do dorosłej i wreszcie niezgadzającej się na złe traktowanie córki.
    Za mało piszesz o konkretach, dlatego nie wiem, czy Twoja żona nie doszła już po prostu do takiej ściany, do jakiej ja doszłam. Mój mąż też sprawia czasami wrażenie, że mu zależy, na pewno nie chce rozwodu, tylko co z tego, skoro nie umie normalnie współżyć z własną rodziną???
  • aqua48 12.06.14, 11:57
    sebalda napisała:

    > Mnie też nie przekonałby argument o kochaniu.

    A mnie odrzuciłoby odwołanie się do poczucia obowiązku bez miłości. Z obowiązku to można chodzić do dentysty, a nie żyć z kimś.
  • sebalda 12.06.14, 14:02
    > A mnie odrzuciłoby odwołanie się do poczucia obowiązku bez miłości. Z obowiązku
    > to można chodzić do dentysty, a nie żyć z kimś.

    Ale miłość jest najłatwiej wyznać. To nic nie kosztuje. Dla mnie podstawą jest jej okazywanie czynami, a nie słowami.
    Optymalnie byłoby powiedzieć o miłości, o zrozumieniu i szacunku, o ważności jedności rodziny, o chęci naprawy i pracy nad związkiem. Czyli o wszystkim razem, łącznie. Sam obowiązek to oczywiście bzdura, ale chyba nie to miał na myśli autor. Chyba bardziej chodziło mu o to, żeby nie brać żony na litość. Tak to zrozumiałam.
  • indianan 12.06.14, 13:21
    Hmm, kiedyś tez miałem napady złości (ale nie biłem ani nie wyzywałem). Zresztą zonie tez się zdarzały. Ale nad tym można pracować. U mnie od wielu miesięcy nic poważnego się nie zdarzyło. Częściej żona krzyknie na dzieci niż ja. Mam w sobie dużo spokoju i cierpliwości, choć czasem trudno zdzierżyć w obliczu złośliwości to chyba testowanie) :)
  • sebalda 12.06.14, 14:20
    ndianan napisał:

    > Hmm, kiedyś tez miałem napady złości (ale nie biłem ani nie wyzywałem). Zresztą
    > zonie tez się zdarzały. Ale nad tym można pracować. U mnie od wielu miesięcy n
    > ic poważnego się nie zdarzyło. Częściej żona krzyknie na dzieci niż ja. Mam w s
    > obie dużo spokoju i cierpliwości, choć czasem trudno zdzierżyć w obliczu złośli
    > wości to chyba testowanie) :)

    Mój mąż pewnie też by coś takiego napisał. Że się stara, ale ja go prowokuję (testuję). Że on ogólnie to jest spokojny, ale nie może zdzierżyć. No i jak źle potraktuje dziecko, a ja zwrócę uwagę, też zawsze krzyczy: a Ty to możesz na nie huknąć! Tylko czemu one jakoś się na to nie uskarżały, nie bały się mnie, w przeciwieństwie do jego zachowań? Dlaczego jak ja podniosłam głos niewspółmiernie czasem do przewinienia dziecka (bo nie jestem maszyną), to zawsze od razu przepraszałam, a on tego zrobić nie potrafi (nie będę się zniżał do jej poziomu!)?
    Mój mąż też ma o sobie bardzo dobre mniemanie, podobnie jak Ty. O swoich najgorszych postępkach wobec mnie czy dzieci mówi: szczególiki. Nie będę tutaj pisała o tych postępkach, bo stałe uczestniczki je znają, jak o nich przypomnę, to znowu dostanę po głowie (słusznie), że się jeszcze nie rozwiodłam.
    Podam przykład niesymetrycznego podejścia do przewin. Kilka dni temu zapytałam męża, czy kupił wodę (on jest zmotoryzowany i robi zakupy, mieszkamy pod miastem, na zakupy w osiedlowym drogim sklepie sobie nie pozwalamy). Gdy się okazało, że nie kupił (są upały), wyraziłam zdziwienie. On się potwornie zdenerwował, że się go czepiam. Nakrzyczał na mnie, a potem strzelił focha. Sprowokowałam go jawnie, każdy by się zdenerwował. Wczoraj on uderzył mocno w głowę psa, bo ten się kręcił i mu przeszkadzał w poobiedniej drzemce (pies młody, ruchliwy). Gdy mu zwróciłam uwagę (mężowi znaczy), dlaczego bije psa po głowie, mąż wrzasnął: zamknij się, zamknij się! i wybiegł z pokoju. Czyli mi nie wolno zapytać o wodę, a jemu wolno z mety wrzeszczeć na mnie: zamknij się! Czy Ty też tak interpretujesz Wasze nieporozumienia i swoją cierpliwość?
    Dlaczego tak dużo piszę o swoim mężu? Bo wiem, co on by pisał na forum, wiem, że nawet sam siebie okłamuje, wiem, że za całe zło (swoje złe, podłe zachowania) obwinia przede wszystkim mnie, bo uważa, że się stara, ale to ja mu nie pozwalam być w porządku. Mam caly czas wrażenie, że u Was jest podobnie. Ale powtarzam, mogę się bardzo mylić.
  • indianan 12.06.14, 18:19
    Nie projektuj, nie projektuj - nie jestem Twoim mężem.
    Nigdy nikogo nie uderzyłem, ani psa, ani żony, ani dziecka.

    Ale masz rację - narracja Twojego męża byłaby pewnie zupełnie inna.
    I byłbym daleki od rozstrzygania, że jest mniej prawdziwa.
    Mam wrażenie, że jest tu trochę takie forum kobiecej wzajemnej adoracji, gdzie winnym rozkładu jest zawsze facet.

    MAM SWOJE PRZEWINY - ale nie dam z siebie zrobić przemocowca, bo nim po prostu nie jestem.
  • triss_merigold6 12.06.14, 19:58
    Sebalda opisuje swoją sytuację, ja wcale nie uważam że jesteś przemocowcem. W ogóle sądzę, że zarzut przemocy jest teraz mocno i pochopnie nadużywany.
    Natomiast jakiś powód rozpadu więzi jest - może to być zniechęcenie, nuda, poczucie niespełnienia, utrata nadziei, że będzie lepiej czy wreszcie uczucie do innego mężczyzny połączone z fascynacją fizyczną. I to już się stało, czasu nie cofniesz.
  • indianan 12.06.14, 21:13
    "może to być zniechęcenie, nuda, poczucie niespełnienia, utrata nadziei, że będzie lepiej czy wreszcie uczucie do innego mężczyzny połączone z fascynacją fizyczną"

    tak - przede wszystkim poczucie braku szczęścia + uczucie naprawdę mocne do innego faceta


    "I to już się stało, czasu nie cofniesz."

    a tego właśnie nie jestem pewien
  • pade 12.06.14, 11:54
    A czego oczekiwałeś po tym wątku?
    Odpowiedzi: tak, udało się, nie, nie udało się? Chciałeś zliczyć glosy czy jak?
    Fajnie jest wierzyć, marzyć, mieć nadzieję. Dobrze, że to czynisz. Tylko za tym, żeby nastąpiła zmiana, a przecież o nią Ci chodzi, musi coś stać.
    Chciałam Ci podsunąć lekturę, Nowe zasady małżeństwa Terrenc'a Real oraz jego inną książkę pt. Jak mam do Ciebie dotrzeć.
    Może i zona po nie sięgnie?

    --
    „Tak długo, jak będziesz się martwił tym, co inni o tobie myślą, tak długo będziesz od nich zależny”.
  • mamameg 11.06.14, 00:23
    Czytając wątek na forum rozwodowym i tutaj mam wrażenie, że jesteś osobą "kochającą za bardzo"- twoje uczucie do żony to bardziej uzależnienie i strach przed samotnością i zmianą niż miłość. Pomyśl o terapii nie małżeńskiej a DLA SIEBIE.
  • indianan 11.06.14, 16:24
    Tak, myślę że jest to "kochanie za bardzo". I na pewno forma uzależnienia. Ale nie potrzebuję terapii. Właściwie pomogłoby mi rozdzielenie. Nie boję się samotności - raczej życia bez niej - głęboko jestem przekonany, że jesteśmy dla siebie.
    Nasze relacje nie są proste. Nie ma tu jakiejś wielkiej niechęci. Np. jedziemy na wspólne wakacje (z dziećmi), na których, jestem pewien, będzie miło - choć na dystans.
  • krokodil123 12.06.14, 09:34
    Ciekawi mnie kto zarabia u was, czy żona pracuję i się realizuje zawodowo, czy ty pracujesz.
    Czy masz jakieś uzależnienia (alkohol, hazard).
    Czyje jest mieszkanie, czy macie kredyty i dlaczego ta wasza separacja została ogłoszona.
  • indianan 12.06.14, 09:43
    Ja pracuję. Żona na razie nie (zajmuje się dziećmi).
    Nie przelewa się. Ale może się poprawi.
    Nie mam nałogów (nie piję, nie pale, nie wstrzykuję sobie nic).
    Mieszkanie wspólne, na kredyt.
    Separacja jest nieformalna - tak sie umówiliśmy.
  • krokodil123 12.06.14, 09:47
    Czyli żona za przeproszeniem czeka na zrobienie chwytu małpiątek. Nie pochwalam.
  • zuzi.1 12.06.14, 14:20
    A co takiego się nagle stało, że po okresie bycia niedojrzałym jednak dojrzałeś i zaczęło Ci zależec na żonie i rodzinie, ile trwal ten okres niedojrzałosci?
  • sebalda 12.06.14, 15:32
    zuzi.1 napisała:

    > A co takiego się nagle stało, że po okresie bycia niedojrzałym jednak dojrzałeś
    > i zaczęło Ci zależec na żonie i rodzinie, ile trwal ten okres niedojrzałosci?

    Przecież autor dość wyraźnie pisze: rok temu żona go zdradziła i to dopiero podziałało na niego, sprawiło, że "się zmienił" i zaczął "się starać". Rychło w czas:P
    A związek trwa już kilkanaście lat, więc łatwo policzyć "ile trwał ten okres niedojrzałości".
    Trzeba było wcześniej dojrzeć, czasami niechęć i utrata wiary w poprawę po latach nieudanego związku są już tak utrwalone, że święty Boże nie pomoże. Tak to mniej więcej tutaj widzę.
  • notting_hill 12.06.14, 17:41
    A czasem jest i tak, że ludzie zaczynają pożądać czegoś co im się wymyka... Przez lata autor traktował żonę jak swoją własną nogę (czyt. no jest, czym się tu zachwycać...), a teraz przejrzał na oczy, że ta żona, która już go nie chce jest miłością jego życia? Nie wiem, tak sobie dywaguję. Ale to wcale nie taka rzadka kolej rzeczy.
  • indianan 12.06.14, 18:23
    Tak, OBOJE traktowaliśmy się wzajemnie jako osobę, która jest i zawsze będzie i przestaliśmy o sobie dbać. U mnie oprzytomnienie nastapiło, kiedy zdałem sobie sprawę z realności straty, dotarło do mnie, jak bardzo ważna i bliska jest dla mnie żona i jak mocno ją kocham.
    Za późno? Być może... a może nie.
    I nie widzę sensu w epatowaniu złośliwościami - czemu one służą.
    Tak często bywa, ze się docenia po czasie i czy to czyni uczucie mniej autentycznym?
  • indianan 12.06.14, 18:21
    Nie dam się wrobic w winnego rozkładu małżeństwa.
    Oboje na to zapracowaliśmy...
  • fasolina 12.06.14, 19:58
    Przeczytałam te Twoje wątki wszystkie i w dwóch słowach:
    Ani Ty jej ani Ona Ciebie nie darzyła miłością ani wcześniej ani teraz. Po prostu byliście przyjaciółmi/kolegami/koleżankami ale nie partnerami.
    Jeśli chcesz w tym tkwić to Twoja choroba AS (gdzieś się już to przewinęło a ja również głęboko wierzę, że jesteś osobą chorą) tylko się pogłębi. Twoja żona też to wie i dlatego ucieka póki młoda i życie przed nią.


    Poza tym wg mnie (i nie tylko mnie) jesteś trollem.

    Pzdr
  • indianan 12.06.14, 21:10
    daj spokój, nie jestem chory na AS :)

    miałem głęboką depresję, powoli wychodzę
    i pewnie też mam obsesję na punkcie utrzymania związku
    ale to sobie mogę sam zdiagnozować
  • zuzi.1 12.06.14, 22:56
    Ale weź pod uwagę, że może jednak jestes? Gdybym miała Cię określic jednym słowem, po tych wszystkich Twoich odpowiedziach w tym wątku, to byłoby to słowo (tylko się nie obraź ;): namolny. Jak wejdziesz sobie na fora odnosnie AS i autyzmu, to dowiesz się z nich, ze osobom z takimi zaburzeniami często towarzyszy właśnie depresja i celiakia. Czy byłeś kiedykolwiek diagnozowany przez psychiatrę?

    asperger.republika.pl/tlumaczenia1.htm
  • indianan 13.06.14, 09:19
    moze mam jakieś zaburzenia, ale to raczej nie AS - nie jestem autystykiem (choć każdy facet w jakimś stopniu nim jest) :)

    namolny :) - cos w tym jest :)
  • ola.2014 13.06.14, 09:43
    namolny??? to malo powiedziane.... beznadziejny!
  • indianan 13.06.14, 10:15
    Ciekawe jakbym ten sam post zamieścił na forum katolickim, oddźwięk byłby zupełnie inny.
    Wszyscy katolicy to fanatycy z zespołem AS? :)
  • ola.2014 13.06.14, 10:26
    Proponuje zamiescic namolny czlowieku...moze tak przyklasna Ci
  • triss_merigold6 13.06.14, 10:26
    Dla katolików priorytetem jest utrzymanie małżeństwa niezależnie od jego jakości i samopoczucia męża i żony.
  • indianan 13.06.14, 10:39
    no katolickie małżeństwo to jednak zobowiązanie (i w sumie to do mnie bardziej przemawia niż "obiecuję Ci, że będziemy razem, póki będę miał dobre samopoczucie i będziesz zaspokajać moje rozmaite potrzeby"). Generalnie samopoczucie to często kwestia nastawienia. Jak się czujesz źle sam ze sobą, to będzie Ci źle z innymi.

  • triss_merigold6 13.06.14, 11:14
    Nie, samopoczucie to nie jest wyłącznie kwestia nastawienia tylko splotu czynników zewnętrznych, stanu zdrowia, pogody, wieku itd. Mogę się znakomicie czuć sama ze sobą, a z kimś fatalnie, bo mnie np. drazni, irytuje, przeszkadza, wkurza, zasmuca, złości, hałasuje, ignoruje.
  • indianan 13.06.14, 11:29
    no ale to czy Cię pewne rzeczy drażnią lub nie, to kwestia nastawienia - czyjeś zachowania (które przez innych moga byc odbierane jako neutralne) obierasz jako drażniące masz taki a nie inny stosunek do kogoś lub czegoś)
  • triss_merigold6 13.06.14, 11:41
    Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? No, nie zachwyca i już.
  • indianan 13.06.14, 11:44
    nie zachwyca, ale nie musi wkurzać :)
    może być obojętny :)
  • triss_merigold6 13.06.14, 11:47
    Obojętny to moze być szef w pracy, ale nie współmałżonek.
  • sebalda 13.06.14, 10:47
    ndianan napisał:

    > Ciekawe jakbym ten sam post zamieścił na forum katolickim, oddźwięk byłby zupeł
    > nie inny.
    > Wszyscy katolicy to fanatycy z zespołem AS? :)

    ?????????????????????????????????????????????????????????????????????????
    WTF????

    Wytłumaczę się tylko z tego pisania o przemocy. Chodzi mi o to, że ŻADEN przemocowiec nie przyzna się do tego, że nim jest. Z reguły przyznaje się tylko do tego, że jest trochę nerwowy (autor pisał, że jest nerwusem). Najczęściej powtarzanym przez przemocowca zdaniem jest: "Bo w związku zawsze winne są obie strony" (nie wezmę winy za rozpad małżeństwa tylko na siebie, tak pisał autor). Ponadto mało jest kobiet, które majac dzieci i nie pracując z błahego powodu chcą rozbić rodzinę. Kobiet, dla których dobro dzieci jest najważnejsze (tak napisał autor). Z reguły w dwóch przypadkach tak się dzieje, że kobieta nie wytrzymuje i odchodzi, nie bacząc na koszty finansowe czy emocjonalne (także po stronie dzieci): zdrada małżonka lub jego przemoc psychiczna. Pewien rodzaj przemocowców nigdy nie podnosi ręki na żonę, kreuje się na wyjątkowo oddanych mężów i ojców, ogólnie to rycerze bez skazy poświęcający wszystko dla dobra rodziny. No, może czasami trochę nerwowi, ale każdy by się zdenerwował, będąc prowokowanych (testowanym, jak pisze autor). Jest tak wiele rysów charakterystycznych w tych wypowiedziach. Ja naprawdę wiem wyjątkowo dużo na ten temat.
    I, o dziwo, nie ja jedna mam zastrzeżenia do autora, wiele kobiet tutaj rozumie jego żonę, choć historię znamy tylko z jednej, jego strony. Ja jestem bardzo daleka od tego, by osądzać, by kierować się uprzedzeniami, szczególne w stosunku do facetów, którzy odważyli się tutaj napisać. Bardzo się staram być obiektywna. Nie ma mowy o solidarności jajników, wiem, że kobiety też bywają paskudne, tylko jeśli tak jest, to czemu tak bardzo się o nie starać?
    To właśnie przemocowiec najtrudniej radzi sobie z odejściem żony (ofiary). Tyle zainwestował w jej omotanie, urabianie, ustawienie sobie, a tu nagle ona ośmiela się podnosić głowę! Ileż ja znam takich historii, do czego zdolny jest taki facet, by zatrzymać żonę. Do czego jest zdolny, gdy ona mimo wszystko odchodzi! Ma-sa-kra.
    Ale powtórzę tutaj po raz kolejny: mogę się mylić, to tylko moje podejrzenia. Próbowałam wyciągnąć od autora wiele razy konkrety, ale za każdym razem się wymigiwał, to jest kolejna rzecz, która budzi moją nieufność. Jeśli się nie chce pewnych spraw zdradzać, to się nie pisze na otwartym forum. Może te konkrety mogłyby rzucić cień na tego szlachetnego, wybaczającego, starającego się męża???
  • indianan 13.06.14, 11:12
    Jakbyś uważnie się wczytała zauważyłabyś, że prawie nie pisze o żonie. Nie obciążam ją odpowiedzialnością za rozbicie związku. Nie wypominam romansu. Nie kreuję się na ofiarę.
    Nie chce wyciągać intymnych rzeczy o niej na forum.

    Masz jakieś przesadzone wyobrażenie o przemocy i to męskiej! (bo oczywiście kobieta nie może byc przemocowa).
    Przemocowiec wg Ciebie nie musi bić, znieważać itd. Wystarczy, że był nerwusem. I już!
    Przy takim rozszerzaniu definicji okaże się, że każdy facet to przemocowiec a już na pewno każdy jest fatalny: jeden za bardzo kontroluje ("maniak"), inny nie ("nie zależy mu"), jednemu zdarzy się krzyknąc ("furiat"), inny nie krzyczy ("ciepłe kluchy"), jeden pracuje za dużo ("nie ma czasu dla rodziny'), inny - nie ("niezaradny").

    Generalnie faceci mają dzisiaj przekichane...
  • indianan 13.06.14, 11:49
    I jeszcze co do przemocowców. Jak ktoś nim jest, to pozostaje niezaleznie od układu.
    Tymczasem znam przypadki, gdy rzekomi przemocowcy (z łatkami przypiętymi przez partnerki) wchodzili w nowe relacje i byli w nich normalnymi facetami. Mogli się realizować i byli akceptowani, przez co nie wychodziły z nich złe cechy.
    To źle jak facetowi puszczają nerwy (powinien panować nad emocjami) - ale byc może dzieje się tak nie dlatego, że są z natury czy doswiadczeń tacy paskudni (przemocowcy), tylko po prostu źle reagują na daną osobę.
  • adorra0 13.06.14, 12:06
    Znam kilku przmocowców, zarówno kobiet i meżczyzn i wszyscy tłumaczą sie tak samo :
    > To źle jak facetowi puszczają nerwy (powinien panować nad emocjami) - ale byc m
    > oże dzieje się tak nie dlatego, że są z natury czy doswiadczeń tacy paskudni (p
    > rzemocowcy), tylko po prostu źle reagują na daną osobę.
  • indianan 13.06.14, 12:18
    Zauważ, że nie usprawiedliwiam faktu, że puszczają nerwy.
    Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca.
    (dodam, ze mojej żonie też puszczały i to bardziej niż mi - i zawsze tłumaczyła, że to ja ją sprowokowałem , działaniem lub niedziałaniem - ale daleko mi do stwierdzenia, że ona jest przemocowcem)

    Pokazuję tylko, że przy osobie Y - X-owi nerwy puszczają częściej a przy innej (osobie Z) takie rzeczy się nie zdarzają. Co naturalnie nie znaczy, że Y jest winny przemocy stosowanej przez X - to byłoby absurdalne stwierdzenie
  • adorra0 13.06.14, 12:26
    > Pokazuję tylko, że przy osobie Y - X-owi nerwy puszczają częściej a przy innej
    > (osobie Z) takie rzeczy się nie zdarzają.
    To ciągle jest przerzucanie odpowiedzialności na innych.
  • sebalda 13.06.14, 12:56
    Nawet dobrze się składa, że przywołujesz przykład z tym, że niektóre osoby wkurzają. Przemocowiec zawsze tłumaczy swoje wybuchy tym, że został sprowokowany. Moje pytanie o zakup wody jest już na przykład wystarczającą prowokacją. Czasami nawet moja mina czy uniesienie brwi. Jeśli przenoszenie stresujących sytuacji z pracy do domu i wyżywanie się na rodzinie jest dopuszczalne, to dlaczego sprowokowany przez szefa nie wybucha? Dlaczego sprowokowany przez ojca jest w stanie się pohamować? Jeśli najbliższy przyjaciel go wkurza, to dlaczego na niego nie wrzeszczy?

    Mam jeszcze pytanie, bo kompletnie nie zrozumiałam tej frazy o forum katolickim. Skąd taka myśl? Przecież my nie wiemy, czy Ty jesteś katolikiem, czy nie. A jesteś?
  • ola.2014 13.06.14, 13:08
    Mnie zaczyna wkurzac autor... Ratuj to swoje chore malzenstwo, kochaj zone do grobowej deski... a zonie zycze szybkiego uwolnienia sie od namolnego typa!
  • indianan 13.06.14, 13:20
    Ale Ty od początku jesteś wkurzona, skąd ten wyraz "zaczyna"? :)
    I po co w ogóle to czytasz? :)
  • indianan 13.06.14, 13:23
    "A jesteś?"
    Bardzo poważnie traktuję zasady KK. Tak uważam rozwód za złamanie mojego systemu wartości.
  • ola.2014 13.06.14, 13:37
    ndianan napisał:

    > "A jesteś?"
    > Bardzo poważnie traktuję zasady KK. Tak uważam rozwód za złamanie mojego system
    > u wartości.


    Ty rozwodu nie dajesz tylko sad :) W przeciwnym razie ludzie tkwiliby w chorych ukladach do konca zycia...
  • sebalda 13.06.14, 13:42
    > Bardzo poważnie traktuję zasady KK. Tak uważam rozwód za złamanie mojego system
    > u wartości.

    A Twoja żona?
    Bo widzisz, ja też bardzo poważnie traktowałam, tak poważnie, że choć cierpiałam jak diabli, uważałam, że nie mogę złamać przysięgi małżeńskiej złożonej przed ołtarzem. Ponieważ mąż tak działał, że wzbudzał we mnie poczucie winy (to właśnie ten typowy rys przemocowca, jest o tym w przywołanych przeze mnie wypowiedziach), nie przeszło mi nawet przez myśl, że to przemoc, jak pisałam, myślałam, że to burzliwy związek. Dopiero gdy do mnie dotarło, czemu tak naprawdę podlegam (a zaręczam, że gdybym Ci opisała choć ułamek tego, przez co przechodziłam, to byś zrozumiał, o czym piszę), zrozumiałam, że mam pełne prawo odejść, bo nawet Kościół na to zezwala w wyjątkowych sytuacjach, do jakich można zaliczyć przemoc. I tak sobie myślę, że jeśli Twoja żona też jest katoliczką, a mimo to chce rozwodu, to może ona jednak też ma do tego podstawy? Katoliczka raczej dla kaprysu nie zdradza i nie żąda rozwodu, nie naraża dzieci na wychowanie się w niepełnej rodzinie.
    No chyba że ożeniłeś się z niekatoliczką.
    I teraz pomyślałam, że Ty naprawdę masz przechlapane, jeśli żona nie zmieni zdania. Ona jest Twoją ostatnią szansą na życie rodzinne. Z inną już życia sobie układać nie będziesz mógł. Przykre to w sumie.
  • altz 13.06.14, 15:08
    sebalda napisała:
    > I tak sobie myślę, że jeśli Twoja żona też jest katoliczką, a mimo to chce
    > rozwodu, to może ona jednak też ma do tego podstawy? Katoliczka raczej dla kap
    > rysu nie zdradza i nie żąda rozwodu, nie naraża dzieci na wychowanie się w niep
    > ełnej rodzinie.

    Przesadziłaś. Przynależność do tej czy innej sekty nie powoduje z automatu, że ludzie spełniają wszystkie zasady, są lepsi, mądrzejsi, potrafią opanować pociąg do kogoś innego, kierują się zawsze rozsądkiem i rozumem... tak to nie działa.

    Dzisiaj ktoś mi opowiedział o kobiecie, która wyzywała sąsiadów od pijaków, złodziei i kogo jeszcze trzeba, a sama grzecznie do kościółka. Gdy oszczeniła jej się suka, szukała wśród tych samych ludzi chętnego do potopienia szczeniąt! :-D
  • indianan 13.06.14, 15:10
    Widzisz, ja bardzo ostrożnie podchodzę do zarzutów o przemoc.
    Bo jeśli wliczasz w to np. wprowadzanie w poczucie winy, to właściwie można wszystko pod nią podciągnąć. Znałem przypadek, gdzie facet nie mógł się ruszyć, bo wszędzie "stosował przemoc". Żona opowiadała jaki on okropny. Nawet jak posprzątał pokój czy zajał się dziećmi - żona zarzucała mu manipulację i wywieranie na nią presji. I ustawicznie wskazywała, że przez swoje zachowanie powoduje w niej celowo poczucie winy. Być może ona subiektywnie tak to odbierała. Ale jednak jakieś granice stosowania pojęcia przemoc przydałoby się ustalić.
  • sebalda 13.06.14, 16:11
    Są o tym całe książki. Najlepsza z nich to Molestowanie moralne Marii-France Hirigoyen, polecam. Dużo informacji na ten temat na stronach Niebieskiej linii. Ja o tym mogę opowiadać/pisać godzinami. Wcale nie tak trudno, wbrew pozorom, gdy się zna charakterystyczne cechy, rozpoznać. To bardzo poważny problem i jeśli się z nim człowiek nie zetknął, to faktycznie może powiedzieć: przesada.
    Przeczytaj to, co pisze Mokryleon, choćby pierwszy jej wpis. Ciekawe, czy uznasz, że ona przesadza. I co ciekawe, to mężczyźni częściej negują istnienie przemocy psychicznej. Częściej piszą: przesada. Albo lubią pisać, że owszem, mężczyzna częściej stosuje przemoc fizyczną, a kobieta psychiczną. A niekoniecznie tak jest.
  • sebalda 13.06.14, 12:14
    > Jakbyś uważnie się wczytała zauważyłabyś, że prawie nie pisze o żonie. Nie obci
    > ążam ją odpowiedzialnością za rozbicie związku.

    Oczywiście, że nie, wtedy jaki byłby sens o nią walczyć, starać się? Ty wyraźnie piszesz, że oboje ponosicie odpowiedzialność, ale wierz mi, zdanie o obopólnej winie jest ulubioną mantrą przemocowców, bo świetnie wiąże ofiarę.
    Ja pytałam nie o szczegóły romansu żony, ale o to, jakie ona konkretnie miała wobec Ciebie zastrzeżenia. To jest clou problemu, a o tym nie piszesz wcale, zręcznie unikasz tego tematu.

    > Przy takim rozszerzaniu definicji okaże się, że każdy facet to przemocowiec a j
    > uż na pewno każdy jest fatalny.
    Wiesz, ja naprawdę wiem dużo o przemocy w rodzinie, przeciętny człowiek nie ma pojęcia, o co w tym chodzi. Sama wcześniej też kompletnie nie znałam tych mechanizmów, charakterystycznych zjawisk i cech. Latami myślałam, że żyję w tzw. burzliwym związku. Ale przeczytałam na ten temat kilka naprawdę dobrych książek, a potem poznałam dziesiątki historii i wiem o tym niemal wszystko.
    Jeśli jesteś zainteresowany tym, jak to wygląda naprawdę, jak się czuje ofiara, przeczytaj te dwie wypowiedzi, może zaświta Ci coś w głowie, może jakaś autorefleksja, zrozumienie, że przemoc psychiczna nie jest taka jednoznaczna, ale też nie jest rzadka. To nie są moje wypowiedzi, ale podobnych jest bardzo wiele w różnych miejscach sieci:

    „Kobieta, która wyszła za mąż za takiego faceta, na ogół przez wiele lat jest przekonana, że ma w domu troskliwego, sympatycznego, zaradnego faceta, który troszczy się o nią i dzieci, jest uroczy i sympatyczny - a co pewien czas wybucha - bo musi. Bo ona zrobiła coś naprawdę głupiego, bo on się stara, a ona znowu wszystko popsuła, bo on jest inteligentny i tylko dzięki niemu wszyscy mają dom, a ona może najwyżej coś zepsuć i gdyby jego nie było, to świat by się zawalił.
    To nie jest przypadek pijanego faceta, lejącego żonę, bo zupa była za słona. To przypadek uroczego zazwyczaj faceta, któremu udało się wmówić żonie, że bez niego nie jest nic warta i ze przesolenie zupy to nie przypadek, a bezmyślne marnowanie ciężko zarobionych pieniędzy. Po awanturze (bez przemocy fizycznej) o za słoną zupę taka kobieta jest przekonana, ze maż naprawdę ma rację, a piekło robi z troski o rodzinę - a ona, jak zwykle, nawaliła, głupia taka.
    Często trzeba lat, albo czegoś przełomowego, aby kobieta w ogóle mogła zorientować się, że jest ofiarą przemocy, a nie troskliwości.
    Obwinianie jej o to, że żyje wiele lat z takim facetem, to kompletne niezrozumienie mechanizmu tego typu przemocy, ktora zostawia w całości ciało, a robi wodę z mózgu.
    Problem w tym, że gdy kobieta się ocknie, ma do wyboru - zostać z facetem, do którego właśnie straciła zaufanie, uczucie i szacunek, albo całkowicie zmienić swoje życie, licząc się z tym, ze resztę życia spędzi samotnie. I tu powiem coś, co chyba nie dla wszystkich jest oczywiste - sporo osób nienawidzi samotności i woli znane zło od bycia samotnym. To jest wybór, wcale nie całkowicie irracjonalny, szczególnie wtedy, gdy w domu nie ma dzieci".

    I druga:

    „Też żyję w takim związku. Niby faceta na rękach nosić - zarabia dobrze, gotuje, zajmuje się dziećmi, tylko dlaczego w tym związku czuje się jak g..wo i bardziej jak jego córka niż żona? Wiecznie poirytowany, moje zdanie ma za nic, bo on wie lepiej, szczytem było jak stwierdził w szkole przy jakiejś matce, że gdyby nie on i jego obiady, to bym z głodu umarła!!!
    I jestem zła na siebie, bo nie potrafię powiedzieć NIE, boje się jego gwałtownych reakcji i nie potrafię z nim dyskutować, bo zaraz stwierdza, że: mi się wydaje, że przesadzam, że jestem wariatką (byłam na terapii), źle wychowuje dzieci, bo im na wszystko pozwalałam itp. Boje się odezwać. Kropla goryczy się przelała, jak tydzień temu dostałam opierd. za źle odrobioną z dzieckiem pracę domową.
    Zastanawiam się nad separacją, ale boję się podjąć tego kroku, szalenie szkoda mi dzieci, boję się zmian, ale nie jestem już w stanie w tym wytrwać. Gdy wracam do domu, łzy same mi lecą. Trzy lata temu byłam w takim stanie i pomogła mi terapia - zaczęłam więcej wymagać dla siebie i była poprawa. Ale mam coraz mniej szacunku dla niego jako dla człowieka - cholerny manipulant z niskim poczuciem wartości własnej, który w każdej sytuacji musi być górą. Nawet w tej najbardziej banalnej".

    Jeśli masz czas i ciekawi Cię, jak to wygląda z drugiej strony, polecam też gorąco ten wątek:
    forum.gazeta.pl/forum/w,898,139173040,139250018,Nie_potrzebuje_wspolczucia_a_rzeczowej_porady_.html?s=0&v=2
  • indianan 13.06.14, 12:34
    myślę, że każdy ma swoje "idee fixe", pewną matrycę za pomocą której tłumaczy rzeczywistość
    Twoją jest teoria przemocy i przykładasz ją do mnie
    Dużo czytałem o przemocowcach (w rodzinie mojej żony był ewidentny przypadek i chciałem zrozumieć problem) i być może pewne działania miały charakter przemocowy (ale działania mojej żony również) ale generalnie nie pasuję do schematu.

    Moja żona ma wady, działa mi na nerwy, zawiodłem się na niej, nie czułem się w tym związku szczęsliwy i pewnie obiektywnie powinienem dać sobie spokój ALE to moją żona, jej przysięgałem i tak, kocham ją. Chciałbym spróbować zbudować z nią (choćby od nowa) nowy, lepszy związek.
    Jeśli nie zechce podjąć próby - to trudno.

  • indianan 13.06.14, 18:33
    Nie pamiętam, czy wklejałem już ten wywiad. Do mnie mocno przemówił
    Nie ma nowego życia po rozwodzie...
  • mamameg 13.06.14, 19:00
    Aż bije z twoich postów strachem przed zmianą, czy warto się kierować w życiu strachem?
  • enith 13.06.14, 19:09
    W całym tym wątku dla mnie najbardziej wymowne jest nie to, co autor pisze, ale to, czego *nie* pisze. Pod pozorem uszanowania prywatności żony zręcznie omija wszelkie pytania dotyczące jej zarzutów wobec niego, co jednak nie przeszkodziło mu jednocześnie w wyprodukowaniu kilku wątków na ten temat na szeroko otwartych, publicznych forach!
    Autor owszem, przyznaje, że miał w przeszłości problem, że się teraz bardzo stara, ale też non stop podkreśla, że żona też jest winna, a na propozycję samodzielnej terapii (skoro żona się nie zgadza) krzyczy, że on nie potrzebuje, nie pójdzie i nie da się *wrobić* z zniszczenie małżeństwa.
    Ktoś jeszcze ma jakiekolwiek wątpliwości co do przyczyn, dla których żona chce odejść?
  • indianan 13.06.14, 19:45
    > Ktoś jeszcze ma jakiekolwiek wątpliwości co do przyczyn, dla których żona chce
    > odejść?

    a skad w Tobie tyle żółci? :)
    nic nie krzyczę a na konsultacjach psychoterap. już byłem z ciekawości
    to chyba oczywiste, że w w wiekszosci wypadków winne są obie strony

    żona chciała odejść z przyczyn o których nie masz pojęcia i na pewno Ci ich publicznie nie ujawnie
  • enith 13.06.14, 20:47
    > a skad w Tobie tyle żółci? :)

    Po raz kolejny stawiasz ten zarzut i po raz kolejny bezpodstawnie. Twoja sytuacja małżeńska empcjonalnie mi zwisa, bo jesteś dla mnie wyłącznie tworem forumowym. Nie znam cię osobiście, jesteś mi obojętny, stąd dużo łatwiej, niż osoba zaangażowana, wychwytuję pewne niuanse w tym co piszesz (i czego nie piszesz).
    "Mamy ostry kryzys. Żona chce rozwodu. Bez mojej zgody się nie da..."
    Twoje słowa z postu założycielskiego na "Rozwód..." spowodowały, że momentalnie zawyła mi w głowie syrena alarmowa. Bez trudu rozpoznałam człowieka, który nie liczy się z nikim i niczym, a żony chęć odejścia to babska fanaberia, którą można "przetrzymać". W połączeniu z twoimi "nerwowymi zachowaniami i fobiami" z przeszłości oraz kompletną impregnacją na jakiekolwiek argumenty tu, a zapewne także i w życiu realnym, jawi mi się małżeństwo, w którym kobieta jest od dłuższego już czasu z małżeństwa wyłączona (żony obojętność i "mur", o których piszesz, jej niezgoda na terapię) i marzy o tym, by się od ciebie uwolnić, oraz mężczyzna, który nie uznaje żony prawa do niezależnych, choćby i błędnych decyzji i kierowania własnym życiem, i który nie może pogodzić się z faktem, że żona ma czelność wypiąć się na jego niewczesne starania o poprawę sytuacji.
    Zazwyczaj, gdy pojawia się taki wątek i widzę wpisy Sebaldy, szukającej wszędzie zachowań przemocowych, uśmiecham się pod nosem, bo jak słusznie napisałeś, ma ona pewną idee fixe na tym tle z racji jej osobistego, bardzo tragicznego doświadczenia małżeńskiego. W tym wątku jednak, po każdym twoim kolejnym wpisie upewniam się po raz kolejny, że Sebalda trafiła w samo sedno. Jedyne co pozostaje, to życzyć i tobie i żonie i dzieciom, byście odnaleźli spokój i radość życia, razem lub osobno. Ja czuję jednak, że to będzie osobno.
  • indianan 13.06.14, 21:27
    you know nothing
    wiesz tyle ile napiszę

    tak, napisałem ze sie bez mojej zgody nie da - no i co? co Cię w tym przeraża?
    nie da sie, bo nie ma podstaw - rozwód bedzie mozliwy jedynie jesli , wbrew swoim zasadom i uczuciom, o niego wystąpię (wspólnie z zoną)

    "Jedyne co pozostaje, to życzyć i tobie i żonie i dzieciom, byście odnaleźli spokój i radość życia razem lub osobno"

    kazdy dzień przynosi mi nadzieję, ze jednak razem
    dogadujemy sie coraz lepiej
    no jesli wyjdzie, że osobno - trudno

  • triss_merigold6 13.06.14, 22:04
    Ależ nie możesz wystąpić o rozwód wspólnie z żoną, bo ktoś musi być powodem, a ktoś pozwanym, pozew składa jedna osoba.
    Da się bez Twojej zgody, uwierz mi. Nie ma więzi fizycznej ani uczuciowej (ze strony żony) - to są b. istotne argumenty.
  • indianan 13.06.14, 22:15
    za porozumieniem stron można złożyć - o tym pisałem, że wspólnie
  • ola.2014 13.06.14, 19:46
    Dla mnie to psychol. Inaczej nie mozna nazwac autora, wspolczuje zonie... Jest z nim,bo otwarcie powiedziala,ze nie ma kasy...
  • indianan 13.06.14, 19:59
    ze swoimi zasadami czuję się jak John (Dzikus) w nowym wspaniałym swiecie :)
  • andalus 13.06.14, 21:29
    dostałeś swoją odpowiedź, szczerze - jak żona powiedziała ci, że jest z tobą tylko dla kasy, to nie widzę jakoś tego. Nie sądzę, abyś starał się cokolwiek naprawiać, mając przewagę ekonomiczną. Naprawianie małżeństwa to wspólna praca, wspólna. Zmienić kogoś możesz zmieniając jedynie siebie - tak się mówi o wywieraniu wpływu. Jednak czasami zmiana kogoś, nie jest tą zmianą, którą sobie jakoś tam zaplanowaliśmy.
    Sebalda, jestem impregnowana na przemoc, poddawana byłam przemocy fizycznej, przy której psychiczna (bo wg mnie zawsze towarzyszy fizycznej) jest pikusiem. Normalnie jej nie zauważałam. Przy wszelkich fizycznych aktach byłam gdzieś indziej.Ja nie czułam bólu, i nawet nie pamiętam keidy tak się stało.
  • indianan 14.06.14, 07:30
    Dziękuję wszystkim za wpisy (nawet te mało merytoryczne) :)
    Postawione diagnozy trochę dały mi do myślenia - nie uważam ich za idealnie trafne - ale może jakaś odrobina adekwatnego rozpoznania w nich jest (tym bardziej, że pewne opinie się powtarzały często). W każdym razie przemyślę Wasze uwagi. Człowiek uczy się całe życie i każdą okazję warto wykorzystać do lepszego zrozumienia siebie i do rozwoju.

    Naprawdę zależy mi na szczęściu mojej żony. Utrzymanie rodziny kosztem jej zadowolenia z życia nie jest moim celem. Chciałbym najbardziej, aby udało się pogodzić te dwie rzeczy i żebyśmy odnaleźli radość w byciu razem. Mocno wierzę, ze to się uda - ale chyba muszę mniej naciskać. Pozostanie w związku wbrew sobie - to nie jest fundament pod fajną rodzinkę.
    Pozdrowienia dla śledzących wątek :)


  • bianka02 16.06.14, 11:04
    Wspolczuje Ci bardzo.Bylam w podobnej sytuacji. Kochalam bardzo meza i zrobilam wszystko zeby malzenstwo uratowac.
    Maz chcial rozwodu ale nie robil nic w tym kierunku....ja w takim zawieszeniu nie moglam zyc i sama zalatwilam rozwod.

    Dzis zaluje ze to zrobilam.

    Tobie radze nic nie robic.Skoro kochasz zone i rozwod jest wbrew Tobie poczekaj az ona to zalatwi.

    Sam zajmij sie soba i dziecmi. Z czasem bedzie latwiej.
  • indianan 16.06.14, 12:07
    > Wspolczuje Ci bardzo.Bylam w podobnej sytuacji. Kochalam bardzo meza i zrobilam
    > wszystko zeby malzenstwo uratowac.

    Dzięki z dobre słowo :)
    Wpadają tu też fajne osoby :)


    Ten kryzys spowodował u mnie też pozytywne rzeczy. Rozbity otworzyłem się na ludzi (byłem do tej pory raczej samotnikiem, samorozwiązywaczem problemów) i znalazłem wiele fajnych i przyjaznych osób, mocno wspierających. Nie wiedziałem, ze tak wiele ich jest.

  • przeciez.wiem 16.06.14, 12:18
    indianan napisał:

    > > Wspolczuje Ci bardzo.Bylam w podobnej sytuacji. Kochalam bardzo meza i zr
    > obilam
    > > wszystko zeby malzenstwo uratowac.
    >
    > Dzięki z dobre słowo :)
    > Wpadają tu też fajne osoby :)

    Fajne to te, które Ci przytakują?
    Śmieszny jesteś :)
  • krokodil123 16.06.14, 12:24
    A czy z przytakiwaniem można problemu rozwiązać????

    Jeżeli to jest fajne i skutecznie to autor nie ma już żadnego, ale żadnego problemu.

    Indianan-sam znalazłeś rozwiązanie problemu.
    Przytakuj swojej żonie, zrozum ją i dawaj i dobre słówka, bądź cierpliwy i nie zapominaj-najważniejsza jest rodzina i dobro dzieci.

    A ile to będzie trwało, a że cię męczy......Nie bądź egoistą, nie myśl o sobie a o tym że rodzina jest razem i trwaj, trwaj!!!
    Może ci się tylko wydaje że coś jest nie tak, ważne jest że jesteście razem i kropka.
  • indianan 16.06.14, 09:15
    Nie prosiłem o rady, a jednak dostałem ich wiele (jak również ocen).
    Skoro już poszło w tym kierunku - to doradźcie co robić.

    Żona mówi o rozwodzie a jednocześnie nie robi żadnego ruchu w tym kierunku.
    To zawieszenie, trwanie w dziwnej relacji jest męczące dla obu stron - dla mnie bardzo, bo życie w stanie małżeńskim z osobą, która się kocha a do której nie można się nawet przytulić jest cholernie trudne i może mi się z tego na głowę rzuciło. Trzeba się otrząsnąć.
    Myślałem, że deklarując dobrą wolę i postępując jak dobry, kochający mąż uda mi się uratować małżeństwo. Ale im bardziej się staram, tym żona się mocniej odsuwa.

    Nie jestem w stanie sam złożyć wniosku o rozwód - ze względu na przekonania i stan emocjonalny (co mam napisać we wniosku? że wnoszę o rozwód, bo kocham żonę a ona mnie nie?) A może powinienem się zebrać i to zrobić? Zacisnąć zęby, wyłączyć emocje i rozbić to, co dla mnie święte? Zagubiłem się już w tym.
    Chyba po prostu się zagubiłem :(




  • krokodil123 16.06.14, 09:23
    "Żona mówi o rozwodzie a jednocześnie nie robi żadnego ruchu w tym kierunku."

    No to spytaj się ją jak ona to widzi i co chce.
    Co zaplanowała i jak chce to załatwić z detalami.

    Kiedy złoży pozew, co napiszę jako powód, z kim będą dzieci, jak z mieszkaniem, kto i ile ma płacić alimenty, jak z podziałem majątku.....i inne jeżeli nie znasz odpowiedzi.


    PS-Od paru dni nas przekonywałeś że znasz swoją żonę i jej "system wartości" czy podobne slogany które pisałeś.......aaaaa i duuuuużo podobno rozmawialiście.
    Albo ty nie wiesz co piszesz, albo to są fajne żarty - naprawdę.

  • indianan 16.06.14, 09:47
    "PS-Od paru dni nas przekonywałeś że znasz swoją żonę i jej "system wartości" czy podobne slogany które pisałeś.......aaaaa i duuuuużo podobno rozmawialiście. "

    Dużo rozmawiamy o zyciu, poglądach, wartościach itd. Jest naprawde miło - ale to układ kumpelski. Mnie nie wystarcza.

    Ale co do naszych relacji - przestałem ją rozumieć. Już nic nie wiem. Od dawna mi dużo mówi o rozwodzie ale kiedy zacząłem pytać o szczegóły - mówi o tym, żebym nie naciskał (nie dręczył jej, "czemu mnie męczysz?") i przesuwa daty. Ostatnio twierdzi, że nie jest już na 100% pewna czy chce rozwodu, ale nic nie robi by zmienic sytuację. Przeczekuje?

    Może jest jej dobrze w takim układzie - ma oddanego, kochającego męża, któremu nie trzeba nic oferowac w zamian. Ma wolność bez odpowiedzialności za niezależne życie.
  • pade 16.06.14, 09:54
    Zapytaj ile czasu potrzebuje na przemyślenie decyzji i w tym czasie odpuść jej. Im bardziej będziesz naciskał, tym bardziej ona będzie się odsuwać.
    --
    „Tak długo, jak będziesz się martwił tym, co inni o tobie myślą, tak długo będziesz od nich zależny”.
  • indianan 16.06.14, 10:03
    nie wiem, może wniosek rozwodowy zadziała jak zimny prysznic.
    Taki stan jest wykańczający dla nas obojga.
    A może potrzebuje jednak trochę czasu? Ale ile?
    Już ustalaliśmy terminy decyzji (miała ją podjąć), po których nic nie następowało i wracaliśmy do punktu wyjścia.
  • notting_hill 16.06.14, 11:24
    No, ale przecież to klasyka gatunku a rebour...
    Najczęsciej w takiej sytuacji jak Twoja są kobiety, które zdradzane nie wiedzą na czym stoją, a mąż nie chce podjąć żadnej decyzji i nie chce o tym rozmawiać.

    Przez ponad dwieście pozwów forumowiczki usiłowały Ci pokazać, że to co teraz się dzieje jest nieuniknione... Twoja żona nie podejmie żadnej decyzji, bo po co miałaby to robić? A Ty zasłaniasz się jakimiś wzniosłymi ideami, żeby ukryć swój brak decyzyjności. Ona Cię nie chce. Po prostu nie chce. Pal licho powody. I nie przekonasz jej żeby zechciała znowu chcieć. Co z tym zrobisz?
  • bianka02 16.06.14, 12:00
    notting_hill napisała:

    > No, ale przecież to klasyka gatunku a rebour...
    > Najczęsciej w takiej sytuacji jak Twoja są kobiety, które zdradzane nie wiedzą
    > na czym stoją, a mąż nie chce podjąć żadnej decyzji i nie chce o tym rozmawiać.
    >

    Dokladnie. U mnie tak bylo. Nie potrzebnie tylko za pana meza wszystko zalatwilam tego zaluje.Dlatego radze nie spieszyc sie i nie zalatwiac nie podawac na tacy radze zajac sie soba.

  • sebalda 16.06.14, 12:13
    Ale czy to nie jest tak, że obiecywałeś żonie poprawę, przez jakiś czas się starałeś, było dobrze, a potem znowu robiłeś coś, czym ją zrażałeś i tak w kółko? Bo kobieta może się nabrać na obiecanki o poprawie raz, drugi, dziesiąty, setny, ale za którymś razem coś w niej pęka i przestaje wierzyć, traci nadzieję na poprawę. Wtedy mąż nagle budzi się z ręką w nocniku, zdziwiony, że tym razem żona nie chce odpuścić, a tyle razy odpuszczała. Ja odpuszczałam setki razy, przez ponad dwadzieścia lat można łatwo policzyć. Teraz nie odpuszczam, a na myśl o tym, że mąż miałby się do mnie zbliżyć....
    Jest taka bajka o królewnie zamienionej w żabkę. I o tym, jak książę nie chciał być cierpliwy i spalił jej żabią skórę. Problemów było potem co niemiara, to była bajka, więc w końcu się książę jakoś z tego wykaraskał, ale bajka ma wyraźny morał o tym, że lepiej być cierpliwym. Tobie też polecam. Żona Cię wyraźnie testuje. Może po cichu marzy, byś się zmienił na dobre, by mogła zaufać Twojej poprawie, ale boi się, bo już tyle razy to robiła, że to nie jest możliwe. Niewykluczone, że jeśli zniesiesz dzielnie wszystkie próby, wytrzymasz bez bliskości, bez "nagrody" za starania, ona w końcu stopnieje. Ja po wszystkich przykrościach, jakie mi mąż zrobił, też nie jestem miłą i przyjemną żoną, trudno, żebym była. I on mi to ma też ciągle za złe, też twierdzi, że on się tak zachowuje, bo ja jestem niemiła. Tylko jak byłam miła i chętna, to też było bardzo źle. Dlaczego ja mam się teraz starać, skoro to i tak nic nie dawało? Może Twoja żona myśli podobnie?
    To, żebyś Ty składał papiery, podczas gdy naprawdę nie chcesz rozwodu, jest absurdem. Ale Tobie chodzi o to, by nią potrząsnąć. I to jest kolejny dowód na to, że nie traktujesz jej podmiotowo, ale przedmiotowo. Taka jest prawda.
  • indianan 16.06.14, 12:35
    to, ze chce złożyć pozew jest chyba głównie znowu przejawem dziania pod to czego ona chce - ona oczekuje że ja to zrobię, nie wiem czemu - żeby mieć usprawiedliwienie, że to ja rozerwałem zwiazek, żeby pokazać, że to ja jestem "ten zły"
    rozwód jest wbrew mnie, ale może mnie uratować, bo ta sytuacja mnie niszczy, może istotnie czas się uwolnić... może to coś zmieni, może zrozumie, że traci coś fajnego

    też mi się czasem wydaje, że zona mnie testuje, prowokuje - ale nie daje się

    powiedz mi - czy widzisz szansę dla Waszego związku?
    Czy gdybyś zobaczyła, że mąż naprawdę weiliminował zle cechy - podjęłabyś próbę naprwy relacji?
  • bianka02 16.06.14, 13:19
    Rozwod nie podziala na zone jak zimny prysznic.

    Jezeli jest to wbrew Tobie i nie chcesz rozowdu nie skladaj za nia pozwu.Niech ona to zalatwi.

    Wiem co mowie zalatwilam rozwod wbrew sobie i teraz zaluje.
    Rozwod mial mnie oczyscic al mezem mial wstrzasnac...a tymczasem rozwod mnie nie oczyscil a mezmowi zalatwilam wolnosc i smiga gdzie chce i z kim chce.

    Mam ta swiadomosc ze moje malzenstwo nie bylo do uratowania nie wiem czy lepsze bylo pozostac w stanie zawieszenia przez lata i na starosc sie rozwiesc czy tak jest dobrze.
    Na dzien dzisiejszy nie czuje sie dobrze i nie wiem czy kiedykolwiek ten stan sie zmieni.
  • indianan 16.06.14, 13:48
    > Na dzien dzisiejszy nie czuje sie dobrze i nie wiem czy kiedykolwiek ten stan s
    > ie zmieni.

    Współczuję Ci. Myślę, że wiem, co czujesz.
    Generalnie jeśli opiszę we wniosku szczerze moje uczucia i relacje, jakie są miedzy nami to sąd i tak rozwodu nam nie udzieli od razu. Wyśle nas na mediacje i sprawa się przeciągnie. Dlatego nie wiem, czy jest sens działać w ten sposób.
  • bianka02 16.06.14, 13:56
    indianan napisał:

    > Generalnie jeśli opiszę we wniosku szczerze moje uczucia i relacje, jakie są mi
    > edzy nami to sąd i tak rozwodu nam nie udzieli od razu. Wyśle nas na mediacje i
    > sprawa się przeciągnie. Dlatego nie wiem, czy jest sens działać w ten sposób.

    Nie ma sensu.

    Ja Ci naprawde dobrze radze zostaw to zonie sam NIC w tej sprawie nie rob.

    Polecam terapie dla siebie.

    Pamietam jak mi doradzali rozwod ze mam to sama zalatwic ze on nic nie zrobi w tej sprawie ze bede w takim zawieszeniu...kazdy ruch wydawal mi sie nieodpowiedni dzis wiem ze powinnam wyciszyc emocje i NIC w sprawie rozwodu nie robic.Niemniej czasu nie cofne i trzeba isc do przodu. Dlatego majac takie doswiadczenie radze Tobie ochlanac i sprawy nie ruszac skoro to malzonka chce rozwodu niech sama wszystko zalatwi.


  • indianan 16.06.14, 14:10
    nie wiedziałem, że u kobiet też się takie rzeczy zdarzają ale moja żona ma ewidentny kryzys wieku średniego - wszystkie symptomy (łącznie z "zauroczeniem w innej osobie, niebędącej partnerem życiowym" oraz "pragnieniem ucieczki od codziennej odpowiedzialności"). Może potrzebuje się wyszaleć. Może istotnie trzeba przeczekać. Co będzie, to będzie :)
  • bianka02 16.06.14, 14:26
    Czekanie czekaniem ale zastanow sie czy bedziesz w stanie byc z zona po tym jak sie juz wyszaleje i laskawie wroci.

    Czy to Cie nie upokorzy?
  • indianan 16.06.14, 14:56
    lepiej zrezygnowac z dumy dla człowieka, niż z człowieka dla dumy...
  • bianka02 16.06.14, 13:25
    indianan napisał:

    >
    > rozwód jest wbrew mnie, ale może mnie uratować, bo ta sytuacja mnie niszczy, mo
    > że istotnie czas się uwolnić... może to coś zmieni, może zrozumie, że traci coś
    > fajnego


    Zona niczego nie zrozumie nie licz na to ze rozwod cos jej uswiadomi.
    A Ciebie rozwod nie uratuje.
    Zalatwiajac rozwod niczego nie rozwiazesz bedziesz sie czul podle.

    Co mozesz?

    Odciac sie od zony ,wyleczecy sie z uczucia do niej przestac kochac wyobrazenie o niej .Zacznij zyc faktami.

    Czas moze Ci sprzyjac kiedy ona zalatwi rozwod Ty mozesz do tej decyzji dojrzec wtedy nie bedzie to traumatyczne przezycie.


    > też mi się czasem wydaje, że zona mnie testuje, prowokuje - ale nie daje się

    Pewnie ze prowokuje. Co masz zrobic? Olac ja .Zacznij myslec o sobie.


  • sebalda 16.06.14, 14:35
    > powiedz mi - czy widzisz szansę dla Waszego związku?
    > Czy gdybyś zobaczyła, że mąż naprawdę weiliminował zle cechy - podjęłabyś próbę
    > naprwy relacji?

    Mam poukładane życie, dwoje dorosłych cudownych dzieci, dom, który kocham, choć trudno jest go utrzymać, bo nam się nie przelewa, swoje miejsce na ziemi, do którego się strasznie przywiązałam, dobrą pracę, która daje mi satysfakcję, jestem osobą, która nienawidzi walki, konfrontacji, marzę tylko o stabilizacji i spokoju, poczuciu bezpieczeństwa. Dlatego gdyby nastąpił cud w postaci zmiany mojego męża, wolałabym się nie rozwodzić, zostać w tym miejscu, w którym teraz jestem, mogłabym włączyć się w naprawę relacji. Ale.....
    Mój mąż nie jest chory i nie pomogą mu żadne lekarstwa. Ani terapie. Przemocowość nie jest zaburzeniem, jest rysem charakteru, tego nie da się naprawić, wyleczyć, zmienić. Widzę, jak on próbuje, bo przecież (jak gdzieś chyba pisałeś) on też jest głęboko nieszczęśliwy i sfustrowany. Ale wszystkie próby w jego wykonaniu kończą się niepowodzeniem, bo a. jak w nim narasta napięcie, to im dłużej je tłumi, tym silniejszy jest w końcu wybuch, b. ja po latach nabierania się na poprawę przestałam to robić, więc mu sprawy nie ułatwiam (i nie mam zamiaru tego robić, bo ileż można). Koło się zamyka. Jak pisałam, dałam mu kilka lat temu ultimatum, że jak nie będzie awantur przez pół roku, to wrócę do niego. Wytrzymał rekordowo długo: miesiąc. Tak wyglądają starania mężczyzny, któremu zależy???
    Nie wiem, jakie są zarzuty Twojej żony wobec Ciebie, więc trudno wyrokować, ale z doświadczenia wielu znanych mi kobiet wynika, że mało która chce rozbicia rodziny. Większość wiele by dała, by mąż się zmienił i mogli razem wreszcie normalnie funkcjonować, więc jeśli udowodnisz żonie długofalowo (naprawdę długo), że się radykalnie i na dobre zmieniłeś, może ona w końcu odtaje.
    I jedno Ci powiem, dopóki kobieta ma w sercu żal, dopóki wciąż przeżywa wyrządzone krzywdy, dopóty będzie ją od męża odrzucało, przełamywanie tego na siłę tylko pogarsza sprawę, wydłuża okres oddalenia żony o kolejny czas. Każda Twoja próba zmuszenia jej do czegokolwiek, tylko oddala Cię od niej. Odpuść. Jesteś facetem i pewnie Ci ciężko, ale naprawdę cierpliwość popłaca. Na ogół.
    Z pozwem o rozwód raczysz żartować? To bardzo głupi pomysł i zaręczam, że zamiast pomóc, może bardzo zaszkodzić. My się rozwodzimy regularnie od pięciu lat, w każdej kłótni. Oboje. I co? Ja nie mam odwagi, a on wie, że gdyby to zrobił, to byłby definitywny koniec. Od jego bliskich wiem, że jemu ciągle zależy, tylko czemu wciąż mi udowadnia coś odwrotnego?
  • indianan 16.06.14, 14:53
    Dzięki za wpis. Dużo fajnych rzeczy w nim jest. Przemyślę sobie.

    co do przyczyn: żal żony do mnie to jedno (na to mogę mieć jakiś wpływ), drugie to jej zauroczenie pewnym facetem - póki będzie za nim tęsknić (nie mają kontaktu na razie), moje starania będą dość bezwowocne
    Ale czas może zrobić swoje...
  • przeciez.wiem 16.06.14, 10:03
    Raczej żarty.
    Albo chory człowiek.
    Podziękował, pożegnał się, temat zamknął.
    Po dwóch dniach temat wyciąga.
    Zabrakło mu czyjejś uwagi?
    Troll.
  • indianan 16.06.14, 10:11
    Ok, zamykamy - tu chyba porady już nie znajdę.
  • przeciez.wiem 16.06.14, 10:18
    Biedactwo...
    Jakoś do tej pory spływały po Tobie rady, które dostałeś w tym wątku.
    Wszystko co było nie po Twojej myśli odbierałeś jako atak.
    Skąd ta nagła zmiana?


    --
    Komentuj, nie obrażaj!
  • indianan 16.06.14, 12:13
    Mam wrażenie, że w tym wątku bryluje określony typ kobiet, dość nieszczesliwych w głębi duszy. Nie udało im się w małżeństwie więc w nie nie wierzą. Facet o nie nie walczył, więc nie wierzą, że facet może szczerze walczyć. Nie zaznały prawdziwego uczucia, więc odrzucają jego istnienie. Winę za rozpad zrzucają na faceta. W decyzjach kobiet odchodzących od mężów widzą potwierdzenie własnych wyborów, których w gruncie rzeczy nie są wcale pewne. I solidaryzują się mocno z nimi, tworząc kółko wzajemnej adoracji. Zachęcenie kobiety do wytrwania i walki o związek, o zmianę męża traktują jak przejaw słabości.

    a co? ja tez się mogę pobawić w psycholog...
  • fasolina 16.06.14, 12:25
    Troll, który w dodatku nie pracuje bo ma dużo czasu na forum. Znam parę szpitali psychiatrycznych gdzie przyjmą Cię od ręki. Idź i opowiedz im swoją historię. Poza tym nie wiem czym jest "wniosek o rozwód" ?! Ale wiem jaki jest mój wniosek:

    Trollowanie (trolling) – antyspołeczne zachowanie charakterystyczne dla forów dyskusyjnych i innych miejsc w Internecie, w których prowadzi się dyskusje. Osoby uprawiające trollowanie nazywane są trollami.

    Trollowanie polega na zamierzonym wpływaniu na innych użytkowników w celu ich ośmieszenia lub obrażenia (czego następstwem jest wywołanie kłótni) poprzez wysyłanie napastliwych, kontrowersyjnych, często nieprawdziwych przekazów czy też poprzez stosowanie różnego typu zabiegów erystycznych. Podstawą tego działania jest upublicznianie tego typu wiadomości jako przynęty[1][2], która doprowadzić mogłaby do wywołania dyskusji.

    Typowe miejsca działania trolli to grupy i listy dyskusyjne, fora internetowe, czaty itp. Trollowanie jest złamaniem jednej z podstawowych zasad netykiety. Jego efektem jest dezorganizacja danego miejsca w Internecie[3], w którym prowadzi się dyskusję i skupienie uwagi na trollującej osobie.
  • krokodil123 16.06.14, 12:28
    Coś ty, to nie jest troll a bardzo rozsądny i mądry facet który kocha swojej żony i za nic na świecie nie chce się rozwodzić. On się tylko martwi dlaczego jego żona jeszcze zwleka z pozwem o rozwód którego miała złożyć niebawem.
  • indianan 16.06.14, 12:42
    >>Poza tym nie wiem czym jest "wniosek o rozwód"<<

    Wniosek o rozwód to wniosek o rozwód. Czego nie rozumiesz? :)
    Nośnikiem wniosku jest pozew (czyli "pismo zawierające wniosek o wszczęcie procesu sądowego")
  • fasolina 16.06.14, 20:28
    Chyba w indiananskim prawie.
  • indianan 17.06.14, 08:34
    "większość bojowniczek o sprawy kobiet to osoby rozczarowane i niezadowolone, które usiłują zrekompensować niepowodzenia wyładowując złość na mężczyznach"
    za: sztuka uwodzenia własnej żony, s. 13
    :)
  • przeciez.wiem 17.06.14, 09:31
    Mniej czytania bzdur, więcej własnych wniosków i przemyśleń.
  • sebalda 17.06.14, 10:21
    indianan napisał:

    > "większość bojowniczek o sprawy kobiet to osoby rozczarowane i niezadowolone, k
    > tóre usiłują zrekompensować niepowodzenia wyładowując złość na mężczyznach"
    > za: sztuka uwodzenia własnej żony, s. 13
    > :)

    Cóż, jakie to typowe:P Niechęć do feminizmu. Konserwatywne poglądy, dokładna wiedza o tym, jaka jest rola kobiety i mężczyzny, nierozerwalność małżeństwa, "dobro rodziny".
    A te pytania o złożenie pozwu rozwodowego? Jak to się ma to silnej wiary? Straszak dla nieposłusznej żony i tyle. A co jeśli ona się nie wystraszy???
    Ja znam ten typ ludzi, jaki reprezentujesz, niestety. I choć faktycznie o przemocy może tutaj nie być stricte mowy, to jednak tacy konserwatywni mężczyźni mogą być szalenie męczący, tłamszący i w efekcie niszczący dla kobiety. Żeby naprawić małżeństwo, musiałbyś się całkowicie zmienić, zrozumieć, że Twoja żona jest osobnym człowiekiem, czującą i myślącą istotą, nie tylko żoną i matką, a mam wrażenie, że o to chodziło, o sprowadzenie jej tylko do tych dwóch ról. Czyż nie tak?
  • indianan 17.06.14, 13:23
    Uśmiechnijcie się czasem :)
    To nie było do Ciebie sebalda, tylko do tych marud forumowych :)
    Z Tobą to można fajnie, merytorycznie pogadać :)
    W gruncie rzeczy zawsze byłem bardziej partnersko zorientowany niż moja żona, która ma mocno nierealistyczny obraz mężczyzny i związku.
    Ten pęd do wolności to jakiś nowy wynalazek, bo do tej pory zawsze twierdziła że się chce realizować w domu.
    Pogadałbym na jakimś priwie, bo tutaj mam jednak blokadę, by wyciągać pewne rzeczy...
    Tak, robię tu trochę za złego, w sumie z przekory nieco się tak kreuję :)



  • mamameg 17.06.14, 13:59
    Nie udało im się w małżeństwie więc w nie nie wierzą. Facet o
    > nie nie walczył, więc nie wierzą, że facet może szczerze walczyć. Nie zaznały p
    > rawdziwego uczucia, więc odrzucają jego istnienie. Winę za rozpad zrzucają na f
    > aceta.

    Polecam książkę "Kobiety, które kochają za bardzo" Norwood Robin, to się więcej dowiedz o "prawdziwym" uczuciu. Na pewno nie polega ono na kurczowym trzymaniu się zdradzającej partnerki ze strachu przed samotnością i tym co ludzie powiedzą.
  • indianan 17.06.14, 15:03
    > Na pewno nie polega ono na kurczowym trzymaniu
    > się zdradzającej partnerki ze strachu przed samotnością i tym co ludzie powiedzą.

    Nie obawiam się samotności. Obawiam się życia bez NIEJ.
    On jest kobietą mego życia :)
    Inne mogłyby nie istnieć :)
    Wbrew tezom o autyzmie (haha) - mam w otoczeniu wiele kobiet z którymi się doskonale dogaduję, uroczych, ładnych i dobrych - ale żadna nie może się równać z moją żoną :)
    Mimo że ma wiele wad i wiele cech, które mnie mocno drażnią :)
  • fasolina 17.06.14, 20:28
    Ahh indianANie. To trwaj przy niej i kochaj ją do końca życia. Nie rozumiem jaki masz problem? Chcesz ją zmusić do miłości? No to zmus. Jak? Nie wiem bo nikogo do niczego nigdy nie zmuszalam. Mysle ze ona woli byc sto razy zraniona przez kolejnychstu kochanków niż być z tobą. Ale moze sie myle. A wiec konkretnie, czego chcesz sie dowiedzieć? Jak uratować malzenstwo skoro ona kocha moją kasę a nie mnie? Jak zmusić ją do miłości? Czy co?
    Jak dobrze ze ja juz dawno po rozwodzie.

    Życzę Ci powodzenia.
  • lilith76 18.06.14, 12:03
    Rozwiązanie zagadki, dlaczego małżonka nie składa pozwu o rozwód jest proste - matematyka.
    Za co będzie żyła nie mając pracy?
    Jak podzielić mieszkanie? Kto będzie spłacać kredyt? Gdzie będzie mieszkać z dziećmi?
    Bardziej opłaca jej się żyć w zawieszeniu, w mężem w charakterze podnóżka i czekać, na:
    - pracę
    - uaktywnienie kochanka
    - Godota
    Teraz niczego jej nie brakuje. No jedynie Największej Miłości Życia. Ale skoro jak pisał autor wątku - czekając na NMŻ można ścierpieć wiele upokorzeń. To ona cierpi męża.

    Inna sprawa, to język argumentów.
    indianan, zwrócono ci uwagę, że twoje argumenty jakie podnosisz oficjalnie są "z głowy", suche, racjonalne.
    Z drugiej strony, widać że twoja żona jest podatna na mity o NMŻ i namiętności. Do niej trzeba argumentami "z serca".
    Bo argumenty mają być skuteczne, czy gustowne?
    Rada praktyczna. Może pozew o separację? To nie rozwód, nie jest wyrazem złożenia broni, zachowasz twarz.

    I inny wyświechtany frazes:
    Jeśli kochasz, daj wolność. To wyraz miłości.

    --
    Do konkubinatu trzeba dwojga, do małżeństwa wystarczy jedno uparte jak osioł. Kinga Dunin
  • indianan 18.06.14, 15:37
    Nie radzę sobie. zżera mnie to.
    Było miło ale się zmyło - niepotrzebnie narobiłem sobie nadziei.
    Kocham ją i nie wyobrażam sobie rozwodu.
    Może naprawdę coś jest nie tak ze mną.
    Czy z tego można się wyleczyć?
    Usycham...
  • sebalda 18.06.14, 16:41
    www.ksp.nowy.sacz.pl/ksp/images/stories/bajki/zabka.pdf
    Przeczytaj sobie tę bajkę, możesz pominąć wstęp i zrozum, że w takich sprawach naprawdę ważna jest cierpliwość. Daj tej swoje żonie trochę luzu, daj jej wszystko przemyśleć, pozwól, żeby zobaczyła, że starasz się długofalowo, a nie jak pewnie wcześniej tymczasowo. Daj jej trochę wolności, możliwości decydowania o sobie.
    Przestań myśleć o sobie, o swoim usychaniu, zacznij wreszcie myśleć o niej, może o to właśnie chodzi, uszanuj jej uczucia, rozdarcie, wątpliwości. Daj jej czas, a sam poszukaj sobie jakiejś aktywności, żeby nie myśleć ciągle o swoim bólu. Poświęć może więcej czasu dzieciom, dla kobiet to jest bardzo ważne, widzieć, że mąż jest dobrym ojcem, często to przeważa w decyzji o pozostaniu. I dzieci też na tym skorzystają. A w ogóle w jakim one są wieku? W jakim wieku Wy jesteście. Cały czas mam wrażenie, że Ty jesteś starszy od żony, czy tak?
  • minutka2 19.06.14, 17:33
    czytam twoje wpisy na ten temat i trochę jesteś jak mój mąż, z którym tez chce się rozstać
    on tez mówi, ze się zmienił, ale ja nie wierzę w przemianę z dnia na dzień
    trwam w zawieszeniu jak twoja żona, więc może mamy coś wspólnego
    na pewno masz rację, ze trzeba walczyć o związek, aby nie żałować, że się czegoś nie zrobiło
    tylko do kiedy?
  • indianan 19.06.14, 18:02
    a ja wierzę, bo sam przechodzę,
    dosłownie zmieniam się z dnia na dzień, choć oczywiście fundament pod zmianę był budowany bardzo długo - ale czasem przychodzi oślnienie, i otwierają Ci się w głowie przegródki

    np. ja sobie uświadomiłem, że miałem zachowania przemocowe i kierował mną lęk
    ale teraz wiem, jak się z nim uporać, nazwałem go
    naprawdę się zmieniłem i nawet przyznała to żona
    czy na długo? - myślę, że z pewnej drogi się nie wraca, jeśli wykonało się wiele pracy i ma się odrobinę świadomości :)
    życzę Wam wiele dobrego - wszystko jest możliwe :)
  • minutka2 19.06.14, 18:53
    chciałabym mieć tyle wiary co Ty...
    jak udało Ci się wybaczyć zdradę żony?
    ja nie potrafię
  • indianan 19.06.14, 19:54
    Umiejętność przebaczenia to rzadki i cenny dar...
  • indianan 19.06.14, 20:18
    "Intymność w małżeństwie nie jest uzależniona od tego, by nigdy nie
    skrzywdzić partnera. Gdyby tak było, żadne z naszych małżeństw nie
    przetrwałoby. Intymność jest raczej uzależniona od gotowości
    przebaczania i proszenia o przebaczenie" (Josh McDowell)
  • minutka2 19.06.14, 19:06
    jeśli chodzi o pytanie czy komuś się udało, to znam parę, w której zdradzony mąż wybaczył żonie, ona z nim została (poniekąd nie miała innego wyjścia bo kochanek jej nic nie zaoferował), ale czy są szczęśliwi? to są zbyt prywatne uczucia, żeby ocenić po pozorach
    myślę, ze Twoja żona też może być z Tobą, bo nie ma gdzie iść, ale gdy będzie taka okazja to z niej skorzysta
    ona żałuje tego co zrobiła? bo jeśli tak, to jest szansa
    może skorzystacie z terapii małżeńskiej? my zaczęliśmy, nie wiem jaki będzie efekt
    życzę powodzenia
    jak Wam się uda, to napisz, ku pokrzepieniu serc ;)


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka