Dodaj do ulubionych

Zmiana uczuć w stosunku do starszej córki

02.06.15, 22:19
Witam,

W zasadzie temat wątku miał brzmieć "Przestałam kochać starszą córkę", ale zawahałam się i zmieniłam zdanie.
Córkę kochałam nad życie, była moim oczkiem w głowie i cudem wszechświata dopóki nie urodził się młodszy syn.
Czuję się z tym parszywie, ale niestety moje uczucia do niej jakby wygasły. Ona to pewnie wyczuwa i domaga się uwagi w typowy dla pięciolatki sposób - wrzeszczy. Co z kolei nie ułatwia mi sprawy radzenia sobie z emocjami w stosunku do niej.
Jak i gdzie odnaleźć w sobie tę bezwarunkową miłość?

Pewne zachowania córki są dla mnie trudne do zaakceptowania. Ma SI silną potrzebę kontaktu fizycznego - czuję się codziennie "przygnieciona" jej obecnością. Przez sen też mnie dotyka. Nie radzę sobie z tym.
Będę wdzięczna za jakiekolwiek rady, literaturę, pomoc.
Edytor zaawansowany
  • verdana 02.06.15, 22:24
    Słusznie czujesz się parszywie. Problem w tym, że nie mogłaś przedtem kochać córki - kochasz najwyraźniej nie odobę, tylko dziecko w odpowiednim wieku, malutkie i zależne. To fajnie mieć takiego malucha, który jeszcze nie ma swojego zdania, a mama jest dla niego całym światem. Nie kochałaś człowieka, tylko swoją rolę , jako matki. Teraz masz nowe dziecko, więc stare do tulenia , głaskania itd - a więc do zaspokajania Twoich potrzeb jest Ci juz niepotrzebne - a dziecka- człowieka nie pokochałaś, bo byś kochała ja nadal.
    Co Ci jest potrzebne - natychmiastowo psycholog, ojciec, który zajmie się córką i postanowienie o nie posiadaniu nigdy więcej dzieci.
    Jesli Ci nie przejdzie, dobrym rozwiązaniem byłby rozwód i zostawienie dzieci ojcu.
  • zuzi.1 02.06.15, 23:02
    Ale ' pojechalas' Verdano po autorce i koncowa sugestia mnie wrecz rozbawila :-) widze to troche inaczej. Wiek 4, 5 lat to b. trudny wiek dla dzieci, potrafia byc krnabrne i nieznosne. A tu mamy jeszcze dziecko z silnymi zaburzeniami SI, wiec tym bardziej jego zachowania moga dawac mamie w kosc. Skup sie na pomocy corce w wychodzeniu z problemow SI, a wowczas jej zachowanie sie poprawi, Spedzaj z nia jak najwiecej wspolnego czasu, aby nie czula sie zazdrosna o brata. Corka Cie potrzebuje, nie skupiaj sie na sobie i swoich odczuciach, tylko skup sie na niej. Wyobraz sobie, ze to Ty sama jestes nia, masz takie problemy jak ona i zastanow sie jak bys sie na jej miejscu czula. Corka to male dziecko, ktore Cie bardzo potrzebuje, nie ograniczaj jej siebie. Ten okres ciaglego klejenia sie do Ciebie jej kiedys minie, za jakis czas mozesz jej zachowania wspominac z rozrzewnieniem. To jest mala dziewczynka z problemami, dla ktorej jestes bardzo wazna.Po prostu jej pomoz, za jakis czas wyjdzie ze swoich problemow.
  • milamala 03.06.15, 20:17
    Jako mama dziecka z SI powiem, ze takie dzieci choc sa ponoc (nie wiem, nie mam doswiadczenia do porownania) trudniejsze do kochania to tez mozna bardzo mocno pokochac, a jak ktos rzeczywiscie kocha to nie moze tak po prostu sie odkochac (bo pojawiala sie nowa zabawka do kochania). W tym sensie diagnoza veradny wydaje mi sie celna.
  • aandzia43 03.06.15, 11:46
    Verdana, zjedz snikersa :-D

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • molly_wither 03.06.15, 19:37
    Brawo!
  • wioskowy_glupek 22.06.15, 12:24
    Ty masz chyba coś z głową kobieto... lecz się... i to szybciej niż autorka wątku bo jej psycholog czy psychiatra też potrzebny.

    --
    "Zdajesz sobie sprawę, że próbujesz uzyskać racjonalną odpowiedź od czegoś, czego mentalność jest mieszaniną mentalności prymitywnego wieśniaka i odczuć autystyka, i co nigdy nie będzie w stanie zrozumieć sytuacji innej niż ta której samo doświadczyło?" ~ kosheen4
  • tully.makker 02.06.15, 22:54
    Zlamalas pewne tabu, przyznajac sie do uczuc czy idacych za nimi zachowan, ktore sa calkiem powszechne, a jak mi sie wydaje, takze instynktowne, a do ktorych bardzo trudno jest sie przyznac. Ambiwalencja wobec starszego dziecka, gdy pojawia sie nowe, to uczucie nieobce wielu rodzicom. Dobrze, ze masz swiadomosc, co sie dzieje, i ze szukasz pomocy. Mysle, ze skoro jest az tak zle, to literatura nie wystarczy, i warto siegnac po fachowa pomoc.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • marzeka1 03.06.15, 08:57
    Ale czym innym jest nawet ta ambiwalencja uczuć, a czym innym nagle "odkochanie się" , bo synka małego urodziła. I jakby nie patrząc, to bardziej mi chyba żal tego "synka" z taką "matczyną miłością", bo tacy chłopcy potem mają problemy z wejściem z swoje dorosłe życie, bo "mamusia tak kochała i jest najważniejsza".
    Córki też żal, tym bardziej, że weszła w taki nie zawsze łatwy gimnazjalny czas.
  • pade 03.06.15, 09:10
    córka ma 5 lat, do gimnazjum jeszcze kawał czasu:)

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • pade 03.06.15, 09:09
    Czy masz rodzeństwo? Jaką miałaś relację z matką, gdy byłaś mniej więcej w wieku córki?

    "czuję się codziennie "przygnieciona" jej obecnością. Przez sen też mnie dotyka. Nie radzę sobie z tym"
    Warto się na tym skupić. Córka wchodzi na Twoje terytorium psychologiczne, przytłacza Cię, to pewnie budzi w Tobie złość, a zaraz potem poczucie winy. Zaburzenia SI to jedno, ale jest jeszcze coś. Ona może czuć, ze traci matkę na korzyść rywala. Ona nie rozumie, że Cię przytłacza. Nieświadomie walczy o zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa, o matkę, którą do niedawna miała tylko dla siebie. To normalne.
    Radziłabym wygospodarować codziennie trochę czasu dla córki. Umówić się z nią, ze np. po kolacji ją wykąpiesz nieśpiesznie, poczytasz bajkę, utulisz. Synem niech się zajmie mąż w tym czasie.
    Na początku będzie Ci trudno, ale dasz radę, jesteś dorosła:) A córa, gdy zobaczy, ze ma mamę tylko dla siebie, przestanie tak walczyć o uwagę.
    ps córka z Tobą śpi?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • akn82 03.06.15, 09:45
    Mam dużo młodszego brata. I tak, jestem świadoma tego że powielam relacje z domu rodzinnego. Mama jest dość autorytarna. Kiedy byłam mała nie była empatyczna na dziecięce kłopoty. Czułam się przepychana z kąta w kąt. Po narodzinach brata (miałam 13lat) emocjonalnie zniknęłam , a fizycznie nadano mi łatkę krnąbnej pyskuli i narzucono więcej obowiązków.
    Wiem, że zachowanie córki jest z jednej strony desperacką próbą zyskania uwagi a z drugiej wynikiem problemów SI. Ona od początku była "high need baby" . Ja już nie mam siły znosić tego ciągłego naporu na moje ciało.
    Spędzam z nią czas, robimy różne czasochłonne rzeczy (np zrobiłysmy całe gospodarstwo z kartonu i filcu). Fajnie się robiło i miałyśmy frajdę, ale ona się nie bawi. Chodzimy czasem przed odebraniem malucha same na lody. Może faktycznie, gdybyśmy były tylko 2 na 100% przez 15 min to coś by to zmieniło?
    Dzieci kąpią się razem, bo chcą. Bajki czytam, jeśli prosi, czasem oglądam z nią bajki, bo prosi - choć dla mnie to jest zmarnowany czas.
    Mąż jest aktywnym i kompetentnym ojcem, ale dzieci lgną do mnie. Syn naśladuje córkę i oboje na mnie wiszą i szarpią. Córka wstaje bardzo wcześnie rano, nie zajmie się sobą, budzi mnie, budzi brata - bo sama się nudzi i nie wie co ma robić. Efekt jest taki że mam dwoje jęczących dzieci, które usiłują mnie wyciągnąć z łóżka. Mężem się nie interesują, jak mają fazę "mama" to on mógłby zniknąć. Mąż też ma swoje kłopoty egystencjalno-psychologiczne i rozumiem czemu dzieci do niego nie lgną i czemu jest apatyczny.
    Córka kursuje w nocy. Zasypiają oboje ze mną: młody pierś, córka ręka. W nocy młody przychodzi do nas, albo ja do niego. Nad ranem córka idzie do mnie, kładzie się na mnie i wieci, wygina, dociska, sprężynuje, miętoli twarz, uszy, włosy - to wynik SI. Czasem też wygłasza głośne monologi. Jest po terapii, ale dalej jej zachowanie jest dla mnie trudne. Ja z dzieciństwa pamiętam, że też miałam problemy z SI. tylko w drugą stronę. NIe lubię być dotykana i szarpana...
  • pade 03.06.15, 09:56
    "Mama jest dość autorytarna. Kiedy byłam mała nie była empatyczna na dziecięce kłopoty. Czułam się przepychana z kąta w kąt. Po narodzinach brata (miałam 13lat) emocjonalnie zniknęłam , a fizycznie nadano mi łatkę krnąbnej pyskuli i narzucono więcej obowiązków. "
    To nie tyle powielenie relacji, co "odtwarzanie" pewnych emocji z adekwatnego okresu rozwojowego.
    "Może faktycznie, gdybyśmy były tylko 2 na 100% przez 15 min to coś by to zmieniło? "
    Zmieniłoby, nie w 100% na lepsze, ale na pewno. I nie od razu, a z czasem.
    " Bajki czytam, jeśli prosi, czasem oglądam z nią bajki, bo prosi - choć dla mnie to jest zmarnowany czas."
    Ale dla niej nie. Rozumiem, ze trudno Ci dać coś z siebie. Trudno dawać coś, czego się samemu nie dostało. Ale nie obwiniaj się o tę trudność, ani o te emocje. Po prostu przeżyj tę niechęć i złość. Bez odreagowywania na córce.
    "Mężem się nie interesują, jak mają fazę "mama" to on mógłby zniknąć. Mąż też ma swoje kłopoty egzystencjalno-psychologiczne i rozumiem czemu dzieci do niego nie lgną i czemu jest apatyczny. "
    Trudno, Ty też masz swoje kłopoty. Niech się wysili i zajmie synem.
    "Nad ranem córka idzie do mnie, kładzie się na mnie i wieci, wygina, dociska, sprężynuje, miętoli twarz, uszy, włosy - to wynik SI. Czasem też wygłasza głośne monologi. Jest po terapii, ale dalej jej zachowanie jest dla mnie trudne. Ja z dzieciństwa pamiętam, że też miałam problemy z SI. tylko w drugą stronę. NIe lubię być dotykana i szarpana..."
    SI nie SI, nie pozwalaj na szarpanie, miętolenie, przyduszanie. Stanowczo, ale nie agresywnie czy odpychająco powiedz: Nie chcę, nie rób tak, to mnie boli. Do skutku. Dbaj o swoją przestrzeń.
    W ten sposób uczysz również córkę, że ona też ma prawo do bronienia swojego terytorium.
    Ulegając jej wcale nie pomagasz, bo automatycznie jesteś na nią zła, odpychasz. Więc ona nic nie ma z tego dotykania. Co z tego, ze mama przytuli, skoro dziecko i tak czuje jej emocje? nieadekwatne do czynów?


    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • adorra0 03.06.15, 10:14
    Kochana, Ty kochasz i córkę i syna, jesteś tylko wykończona obowiązkami okołodzieciowymi i ich ciągłą obecnością. Musisz zawalczyć o przestrzeń dla siebie i nie ma zmiłuj się. Poza tym zgadzam się z Pade, w kwestii czasu dla córki, chociaż początki mogą być dla Ciebie trudne. Jest tylko jeden warunek – tak zorganizuj ten czas razem, żebyś też miała z tego przyjemność. Pozwól samej sobie zapomnieć się i np. wrócić do czasu własnego dzieciństwa i tego co sama lubiłaś robić. I jeszcze jedno- nie masz obowiązku podtrzymywania rodzinnej „tradycji” faworyzowania młodszego dziecka/syna. Dzięki Bogu, nie jesteś swoją mamą, możesz ,w oparciu o własne uczucia z tamtego okresu, z większą empatią dla córki, dokonywać własnych wyborów. To, że widzisz problem i szukasz dla niego rozwiązań świadczy o tym, że dobro córki leży Ci na sercu, ze kochasz ją i nie chcesz skrzywdzić jej tak jak matka skrzywdziła Ciebie. Jesteś mądrą kobietą:-) Popracuj nad schematem rodzinnym , pozwól sobie kochać oboje dzieci i znajdź przestrzeń dla siebie, a wszystko się ułoży. Pozdrawiam Cię serdecznie.
  • aandzia43 03.06.15, 11:43
    Moja córka też miała zaburzenia SI, doskonale rozumiem twoje zniecierpliwienie i umęczenie jazgotem, monologami, ciągłym wiszeniem na tobie, miętoleniem, dźganiem i przyduszaniem. I dobrze wiem, że gdybym urodziła wtedy następne dziecko i byłoby ono spokojniejsze i bardzej wdzięczne w obsłudze, miałabym podobne odczucia i smutne przemyślenia. Współczuję, lekko ci z tymi odczuciami na pewno nie jest. Dobrze by było, gdyby córka znalazła sobie drugi obiekt do emocjonalnej i fizycznej bliskości. Szkoda, że mąż taki duchem nieobecny... Może niedługo zacznie "napadać" na brata. A może jakaś babcia? Z tego, co piszesz, poświęcasz jej indywidualnie dużo czasu. Fajnie. Z czasem będzie lepiej. Poza tym może jesteś aktualnie po prostu bardzo przemęczona i problematyczne odczucia wyłażą ze zdwojoną siłą. Uszy do góry :-)



    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • vilez 03.06.15, 10:15
    To jest niepokojąca sytuacja. O ile jakaś tam większa skłonność do jednego dziecka jest normalna ( u nas np. ja byłam bardziej "tatowa", a brat "mamowy"- po prostu w takich parach lepiej się dogadywaliśmy), o tyle rzecz nie powinna urastać do niechęci czy wprost: braku miłości.
    Może rzeczywiście u ~Ciebie jest tak, że przeważa model tzw. "małpiej miłości", a może jest tak, że jednak nie lubisz starszej córki.
    Niepokojące jest to, że owo nielubienie kojarzysz z jej dysfunkcją. To już BARDZO źle. Dziecko nie dość, że ma dysfunkcję, to jeszcze za to karane utratą miłości. To może naprawdę poważnie rzutować na życie córki. Takie dzieci tym bardziej potrzebują miłości.

    Nie pomaga też to, że dzieci na Tobie wiszą. Mąż ma problemy z sobą, ale przecież TY też się liczysz. Za chwilę może i Ty zachorujesz z powodu przemęczenia i ciężaru psychicznego. I może także dlatego odpychasz córkę.
    Mąż powinien się jednak bardziej angażować w życie dzieci. Dla ich i Twojego dobra.

    Dobrze byłoby, gdybyś się poradziła jakiegoś psychologa, co z tym dalej robić.
  • alpepe 03.06.15, 11:38
    O jednym mechanizmie nikt nie wspomniał dotychczas. Kiedy rodzi się młodsze dziecko, wymagające większej uwagi, ochładza się miłość rodzicielska do starszego, samodzielnego dziecka. Starsza córka cię (z punktu widzenia biologii) nie potrzebuje już. Sama jest w stanie przeżyć. Oczywiście, żyjemy w społeczeństwie, bla blabla, ale ewolucyjne przystosowania są starsze i silniejsze.
    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • pade 03.06.15, 11:55
    Nie znam takiego mechanizmu. Nie słyszałam i nie doświadczyłam. A mam dwójkę dzieci, różnica wieku 5 lat, młodsze bardzo absorbujące od urodzenia (problemy zdrowotne, HNB).
    Jedyne czego doświadczałam to paniki, ze się nie wyrabiam, ze mam za mało czasu dla starszego, o siebie nie dbałam w ogóle, byłam w ciągłym niedoczasie i przemęczeniu. Ale nigdy nie kochałam starszego mniej.
    Tu się nakłada kilka wątków - emocje autorki z dzieciństwa, zdetronizowanie córki, jej SI plus niewyznaczanie granic przez autorkę w celu ochrony własnej przestrzeni, odpoczynku etc.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • aandzia43 03.06.15, 12:06
    Ale starszego uciążliwego nie miałaś.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • pade 03.06.15, 12:35
    O "uciążliwości" obojga to ja mogę książkę napisać:)
    Zaburzenia SI też nie są mi obce.
    Nie upieram się, może faktycznie rodzice mniej kochają starsze dziecko, gdy rodzi im się młodsze. A może po prostu w całej rodzinie zachodzi duża zmiana, która może skutkować różnymi emocjami, złością, lękiem, etc. Warto się temu przyjrzeć, zanim się uzna, że starsze kocha się mniej.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • pade 03.06.15, 12:45
    Jeszcze autorkę spytam: nie chodzi Ci czasem po głowie myśl, że starsza mogłaby zniknąć?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • akn82 08.06.15, 10:09
    Skąd to pytanie?
  • pade 08.06.15, 11:41
    piszesz o swoim zniknięciu
    dzisiaj z kolei, ze może córka boi się, ze znikniesz


    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • akn82 08.06.15, 14:03
    Nie chcę żeby znikała, absolutnie. Ona czasem przejawia taką trwogę kiedy mnie nie ma w zasięgu wzroku (nawet gdy wyjdę do innego pokoju, lub zamknę się w toalecie) Stoi pod drzwiami i szarpie klamkę. Czasem nie wiem, czy dałam sobie wejść na głowę, załatawiając potrzeby fizjologiczne przy czterolatce, czy ona faktycznie ma tak silną potrzebę bycia koło mnie, że godząc się na to, odpowiadałam na jej potrzeby. Jeśli to po jej stronie jest sęk (nie chcę tego nazywac problemem) to skąd się to wzięło, co to jest i dlaczego tak?

    Jak na moje moce przerobowe jej jest "za dużo". I nie mamy też możliwości podrzucenia dzieci dziadkom, ciotkom ani niani . Córka z obcą osobą nie zostanie.
  • verdana 03.06.15, 12:57
    Ja miałam starszego i uciążliwego. Naprawdę, nie przestałam go kochać, jak sie młodsze urodziły. Przeciwnie, doceniłam,z ę nie wymaga noszenia i przewijania:)
  • molly_wither 03.06.15, 19:39
    Ty chyba wogole niewiele widzialas i slyszalas. Tzn. na pewno wiecej slyszalas:)
  • verdana 03.06.15, 19:48
    Super. Podtrzymujcie w dziewczynie przeświadczenie, ze można przestać kochać dziecko i ze to w ogóle nic takiego. Ot, zdarza się. Trudno, przeżyje bez miłości matki, niech sie cieszy, że ma co jeść. Ważne jest, aby matce nie było z tego powodu głupio, ma sie przejmować,że dziecka nie kocha? Przecież to jej zburzy dobre samopoczucie.
  • pade 03.06.15, 19:54
    to zdaje się do mnie było:D

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 03.06.15, 20:52
    Myślisz?
  • pade 03.06.15, 22:37
    tak myślę, ale niech Molly sama się wypowie:)

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • marsylvik 05.06.15, 09:00
    Żeby podtrzymywać jakieś przeświadczenie ono najpierw musi istnieć. Czy wpis autorki w jakikolwiek sposób Ci zasugerował, że ona jest przeświadczona o tym o czym teraz napisałaś?

    No ja go odebrałam wprost odwrotnie, zwróciła się tu z problemem, którego sedno polega na tym, że siła jej uczucia do córki z jakiegoś powodu osłabła i pyta co robić, żeby wróciło w takiej formie, w jakiej istniało kiedyś.

    Może zapytam Ciebie: w jaki sposób matce albo jej dziecku ma pomóc wbijanie jej głębiej w poczucie winy? Czy sądzisz może, że jej poczucie winy powinno urosnąć do takiego rozmiaru, żeby nie potrafiła się już z nim zmierzyć, żeby od prób zdiagnozowania problemu i zmierzenia się z nim przeszła do zaprzeczania, wyparcia i zrzucania winy na dziecko? Podświadomość będzie się oczywiście ujawniała w zachowaniach, ale do ich motywów matka się przestanie przyznawać sama przed sobą, bo uczucia z tym związane są za trudne. Dziecię będzie rosło w przekonaniu, że matka kocha, tylko ono jest niedobre i za nieprzyjemne traktowanie go samo jest sobie winne. To Twoim zdaniem jest dla dziecka lepsze, nieprawdaż?
  • vilez 03.06.15, 11:59
    Nie potwierdzam. Różnica sześć i pół roku.
  • alpepe 03.06.15, 13:00
    Czego nie potwierdzasz, tak w szczególe?
    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • vilez 03.06.15, 13:13
    Nie potwierdzam zachodzenia tej determinanty biologicznej, o której napisałaś. Ani że starsze dziecko potrzebuje mniej rodzica, ani że rodzic bardziej kocha to młodsze, rzekomo wymagające więcej zaangażowania.
    Przeciwnie- starszy syn bardziej mnie potrzebował, gdy urodził się jego młodszy brat. Z oczywistych względów: zazdrość, zaburzone poczucie bezpieczeństwa. I to jemu trzeba było poświęcać bardzo dużo uwagi, opieki, miłości, czułości itd.

    Zresztą, nie potwierdzam, że się mniej kocha dziecko trudne. Mam obu synów dysfunkcyjnych (w tym z SI) i mniej się wydaje, że się kocha bardziej (co też ma swoje gorsze strony oczywiście).
    Oczywiście, że człowiek bywa zmęczony, czasem pada wprost na pysk (ja padałam- brak snu w nocy, ciągłe terapie, dzieci wiszące u cycka itd), ale w życiu moje myśli nawet nie zahaczyły o to, że to dzieci winne czy że je mniej kocham.
  • aandzia43 03.06.15, 14:00
    Poza tym, że dzieci mają różne neurologiczne uwarunkowania przez co dają albo nie dają starym popalić, również rodzice są różnie skonstruowani i co spływa po jednym, wykańcza drugiego.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • verdana 03.06.15, 15:25
    Oczywiście. Tylko najwyraźniej, póki nie było młodszego dziecka, to córka była, razem z problemem, ukochana. Nie jest to wiec zadne wytłumaczenia.
  • aandzia43 03.06.15, 16:29
    Dopóki nie było młodszego dziecka nie było dodatkowej dawki bodźców przekraczającej indywidualny próg wytrzymałosci. Nie było tyle zmęczenia, stresu i napięcia spowodowanego zdwojonym poczuciem odpowiedziolności. Kiedy to nadeszło, przyszła odruchowa niechęć do osoby bardziej problematycznej i mniej wymagającej opieki (z biologicznego punktu widzenia). Oczywiście zawsze istnieje prawdopodobiestwo, że nasza bohaterka lubi bawić się w macierzyństwo malutkimi bobaskami a stare wyrzuca na śmietnik :-P Ja jednak sama mając fizjologię wrażliwą i sklonną do szybkiego przegrzewania się, a jednocześnie dobrze wykształcone super ego, rozumiem pokrętne i nieładne ścieżki miłości. Macierzyńskiej też.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • zuzi.1 03.06.15, 17:13
    Mysle Aandzia, ze masz racje, autorce sie po prostu przelewa nadmiar bodzcow i obowiazkow przy dwojce dzieci plus dochodza wlasne nadwrazliwosci i schematy i problemy z wlasnego dziecinstwa. Wazne,.ze autorka jest tego swiadoma. To dobrze rokuje na przyszlosc.
  • verdana 03.06.15, 17:31
    Nie zgodzę się - indywidualny próg wytrzymałości może spowodować, zę człowiek ma dosyć, ze dzieci go irytują, ze ma ochotę zamknąć sie w pustym pokoju, a dzieci (metaforycznie) wyrzucić przez okno. Nie powoduje, że przestajemy kochać tylko jedno dziecko.
  • zuzi.1 03.06.15, 17:40
    Ale czy jestes pewna, ze autorka nie kocha corki? Moim zdaniem kocha, a to co czuje do corki blednie kwalifikuje jako niekochanie.
  • verdana 03.06.15, 18:16
    Mam wrażenie, że Autorka jest świadoma swoich uczuć. Być może dziecko kocha - tzn. gdyby umarło, to by rozpaczała. Ale przestała je lubić, przestała chcieć z nim być. Dla dziecka to fatalne. Jednak irytacja na dziecko to zupełnie inne uczucie i nie wyklucza jednocześnie lubienia dziecka i tego,z ę ma sie ochotę z nim byc i je przytulić (w przerwach pomiędzy chęcią zamordowania go z zimną krwią).
  • panizalewska 04.06.15, 01:51
    Verdana, ja nie wiem, co autorka dokładnie czuje (ach, internety i precyzja przekazu :P) ale u mnie są takie kryzysy na córkę, teraz jest jeden z dłuższych i mocniejszych. Potworne zmęczenie materiału. Świadomość, że nikt mnie przed nią nie "uratuje", nie odpocznę od jej napastliwości, nie zdążę za córką zatęsknić. Codzienna orka i walka, szarpanie, żeby sobie nie dać oka wydłubać, wywiercić dziury palcem, nie być szturchaną, klepaną, przesuwaną, dotykaną wtedy kiedy nie chcę, tam gdzie nie chcę w sposób który nie chcę. Wiem, jak to wykańcza i serdecznie współczuję Autorce. Tylko tyle.
  • verdana 04.06.15, 09:46
    Ja jednak zdecydowanie bardziej współczuję córce. Dziecko dorośnie i przestanie klepać, zaczepiać, być wszechobecna, ale z braku matczynej miłości (nie cierpliwości) sie nie wyrasta.
  • pade 04.06.15, 10:40
    Chwila moment, Verdano. Czy któreś z Twoich dzieci uwieszało się wiecznie na Tobie, klepało, wskakiwało na Ciebie, szarpało, etc? Śmiem wątpić, nigdy o tym nie pisałaś.
    To jest nie do wytrzymania na dluższą metę. I nie ma znaczenia jak bardzo kocha się dziecko. Tylko ktoś, kto tego doświadczył, tej namolności, ustawicznego wchodzenia w przestrzeń osobistą, jest w stanie zrozumieć o czym pisze autorka.
    W wątku o schematach piszesz, że znasz ludzi, którzy próbowali się zmienić i teraz przypominają zombie. No więc spróbuj sobie wyobrazic, że matka to taki człowiek, który cierpi gdy na jego terytorium psychiczne i fizyczne dokonywany jest wieczny najazd. Cierpi psychiczny a czasem fizyczny ból. Rozumiem, że wg Ciebie, jeśli kocha dziecko powinna zmniejszyć sobie terytorium? Przestać odczuwać ból? Zmienić sobie odbiór bodźców?
    Ponieważ znam temat, pozwoliłam sobie nie oceniać tylko doradzić : stawianie granic tj. przytrzymywanie ręki, stanowczy zakaz np. wskakiwania, szarpania, mówienie do dziecka "nie lubię tego, nie rób mi tak, nie chcę tego". To, ze dziecko ma SI nie oznacza, ze mama jest materacem do ćwiczeń, oraz włączenie się ojca do opieki nad dziećmi.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • pade 04.06.15, 10:57
    I jeszcze jedno. Miłość odczuwa się wtedy, kiedy jest również miejsce na gniew, niechęć, zniecierpliwienie i inne negatywne emocje. Jeśli te ostatnie się tłumi, pozytywne siłą rzeczy też się przestaje odczuwać.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 04.06.15, 11:06
    Ależ ja bardzo często wściekałam sie na dzieci, miałam ich dosyć itd. OK, rozumiem bez problemu. Nigdy jednak nie przestawałam ich kochać - nie widzisz różnicy?
  • pade 04.06.15, 12:22
    Widzę i o niej właśnie piszę:)
    Autorka nigdzie nie napisała, że ma dość, że się wścieka, że marzy by starsza zniknęła, jak np. Pani Zalewska. Widzisz różnicę?
    Napisała jedynie, że ma dosyć naporu na swoje ciało.
    Mnie się kiedyś wydawało, że nie mogę się wściec na swoje dziecko bo wtedy zrobię mu krzywdę. Co to za matka, która się wścieka na własne dziecko?:)
    Dzięki bogu "wyrosłam" z takiego myślenia. Ale wiem, ze wiele kobiet tak myśli.
    Zobacz na ematce wątek Kocianny "co robicie gdy macie dość własnego dziecka" czy coś w tym stylu. Żadna z tego co pamiętam, oprócz mnie, nie ma dość.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 04.06.15, 11:05
    A nie, ja rozumiem , ze są dzieci, których zachowanie jest nie do wytrzymania, że ma sie ich absolutnie dosyć, że pada sie na pysk i marzy, aby dziecko zniknęło choć na miesiąc. Albo nawet na dłuzej. To rozumiem doskonale i w pełni zgadzam sie z Twoim ostatnim zdaniem. Nie potępiałabym też po prostu zamykania sie przed dzieckiem na pewien czas w pokoju - matka też człowiek.
    Ale tu mamy do czynienia z matką, która takie dziecko ma od dawna i przed urodzeniem następnego dziecko to było ukochaną córeczką. Nie zmieniło sie zachowanie dziecka, nie zmieniły sie kontakty z matką, tylko po urodzeniu kolejnego uczucia do starszego wygasły. To jednak zupełnie zmienia sytuację.
  • pade 04.06.15, 12:24
    Albo, po urodzeniu drugiego dziecka, trzy osoby roszczą sobie prawo do jej ciała i to już dla autorki za dużo.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 04.06.15, 12:36
    Ależ Autorka juz jedno dziecko miała i wie, co dzieje sie, gdy ma sie na stanie noworodka. I nie pisze "mam wszystkiego dość", nie pisze, że denerwuje ją bycie dyspozycyjnym dla dwojga dzieci, pisze, że przestała kochać starszą córkę. Nie sądzę, aby można to było wytłumaczyć tylko tym, ze starsza, była ukochana córeczka, ma SI...
  • vilez 04.06.15, 12:39
    I w związku z tym taka matka projektuje niechęć akurat na starszą córkę, mimo że to ona właśnie (ta córka) jest w sytuacji bardzo ciężkiej, bo urodziła się jej konkurencja do matczynej miłości?
    To mnie bardzo ciekawi, że zamiast wsparcia, ta córka dostaje po d..pie. I że matka, zamiast kochać tę córkę BARDZIEJ- bo jest ona w sytuacji ciężkiej, odczuwa, że kocha ją mniej. A przecież to jest realna krzywda tej dziewczynki.
  • asia_i_p 07.06.15, 17:35
    Myślę, że trzeba byłoby pogadać z autorką, jaka jest jej definicja miłości do dziecka.

    Bo pisze, że córka była ukochana, oczko w głowie, i pyta, jak odnaleźć w sobie "bezwarunkową miłość". A z negatywów pisze, że nie ma do córki cierpliwości. Pytanie, czy nie uważa przypadkiem, że bezwarunkowa miłość polega na tym, że nie wolno jej się na dziecko zdenerwować, a bezustanne smyranie drobnych łapek ma przyjmować z niesłabnącym zachwytem. I że odpływ tego zachwytu uważa za odpływ miłości.

    Bo my tu po niej jeździmy, a może się okazać, że ona ma taką wizję macierzyńskiej miłości, że każdy człowiek nie obdarzony entuzjazmem Steva Jobsa i cierpliwością Hioba odpada w przedbiegach.
  • vilez 07.06.15, 19:49
    Dziwi mnie, ze uwaga pani ekspert skupia się wyłącznie na sytuacji owej matki. Tymczasem pokrzywdzonym jest tu przecież dziecko. Dziecko, które nie ze swej woli znalazło się w trudnej sytuacji- nie dość, ze narodziła mu się konkurencja, to jeszcze doznaje jakiegoś rodzaju odrzucenia ze strony matki.

    Zachodzi tutaj niesymetria. Oczywistym jest, że matka ma prawo do bycia zniecierpliwioną, zmęczoną itd. I ona i starsze dziecko przechodzą dyskomfort. Różnica leży w tym, że: 1. matka rozumie sytuację, dziecko- nie, 2. dziecko jest zależne od matki, tzn. matka i jej miłość są dla niego fundamentem bezpieczeństwa. Dlatego to do rodziców należy zapewnić mu to bezpieczeństwo. A z tym jest problem. Jak widzę, omijany. A nie powinien być pomijany.
  • pade 07.06.15, 22:11
    Moim zdaniem wsparcie i zrozumienie okazane matce jest korzystne dla córki.
    Potępianie i wzbudzanie poczucia winy - na odwrót.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 07.06.15, 23:06
    Mnie dziwi brak współczucia dla dziecka i nie liczenie się z jego krzywdą. Jakby było przedmiotem bez uczuć i przeżyć.
    Nie widzę potępienia. Masz jakiś dziwny "dar" wypatrywania w opisie potępienia.
  • pade 07.06.15, 23:12
    Dar?
    "łusznie czujesz się parszywie. Problem w tym, że nie mogłaś przedtem kochać córki - kochasz najwyraźniej nie odobę, tylko dziecko w odpowiednim wieku, malutkie i zależne. To fajnie mieć takiego malucha, który jeszcze nie ma swojego zdania, a mama jest dla niego całym światem. Nie kochałaś człowieka, tylko swoją rolę , jako matki. Teraz masz nowe dziecko, więc stare do tulenia , głaskania itd - a więc do zaspokajania Twoich potrzeb jest Ci juz niepotrzebne - a dziecka- człowieka nie pokochałaś, bo byś kochała ja nadal.
    Co Ci jest potrzebne - natychmiastowo psycholog, ojciec, który zajmie się córką i postanowienie o nie posiadaniu nigdy więcej dzieci.
    Jesli Ci nie przejdzie, dobrym rozwiązaniem byłby rozwód i zostawienie dzieci ojcu."
    A co to jest wg Ciebie?
    O córce pisałam, więc nie została pominięta w wątku.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 06:39
    Ale czemu mi cytujesz czyjeś słowa?
    Moje słowa odnosiły się do pani ekspert. Nie zauważyłaś?
  • marsylvik 08.06.15, 08:03
    Słowa pani ekspert odnosiły się między innymi do tych zacytowanych słów. Nie zauważyłaś?
  • vilez 08.06.15, 08:09
    Nie do tych słów i myśli się odnosiłam. Nie zauważyłaś?
  • tylko.przelotem 08.06.15, 00:57
    > Moim zdaniem wsparcie i zrozumienie okazane matce jest korzystne dla córki.

    Mnie się to kojarzy z samolotem i kolejnością zakładania masek tlenowych, gdy to konieczne, w przypadku osób podróżujących z dziećmi. Najpierw dorosły - nie dlatego, że dziecko nie jest ważne czy jest mniej ważne, ale dlatego, że jak dorosły nie zacznie od siebie, to nie da rady pomóc i dziecku.
  • vilez 08.06.15, 06:39
    Tyle, że dziecko już jest skrzywdzone.
  • marsylvik 08.06.15, 08:04
    Nie wiesz tego. Jak na razie wiesz tylko, że matka tego dziecka martwi się, że może być ono skrzywdzone.
  • vilez 08.06.15, 08:11
    Wnioskuję z opisów matki. Nie są to trudne wnioski.
  • marsylvik 08.06.15, 09:06
    Zazwyczaj nie jest trudno wyciągać pochopne wnioski.
    Znacznie trudniej się po wyciągnięciu tych wniosków zatrzymać na chwilę i zastanowić czy aby na pewno są poprawne.
    A powinno się, że tak pozwolę sobie użyć jednego z Twoich ulubionych sformułowań. Zwłaszcza, jeśli te wnioski oznaczają surową ocenę innej osoby będącej w potrzebie i proszącej o pomoc.

    Zauważ, że ocenie w tym wątku podlegają głównie uczucia autorki, a nie jej postępowanie. Bo i jak, skoro o swoim postępowaniu ona nic nie pisała? Jak sama parę wątków temu pisałaś, to oczywista oczywistość, że uczuć się nie ocenia, tylko to, co one "uruchamiają". Ja w tym wątku widzę, że w praktyce ta oczywistość wcale nie jest oczywista.
  • vilez 08.06.15, 09:19
    > Zazwyczaj nie jest trudno wyciągać pochopne wnioski.
    > Znacznie trudniej się po wyciągnięciu tych wniosków zatrzymać na chwilę i zastanowić czy aby na pewno > są poprawne.
    > A powinno się, że tak pozwolę sobie użyć jednego z Twoich ulubionych sformułowań.

    Zatem, zacznij stosować.
    Nic nie pisałam o postępowaniu. Jw.
  • verdana 08.06.15, 09:42
    "Czuję się z tym parszywie, ale niestety moje uczucia do niej jakby wygasły. Ona to pewnie wyczuwa i domaga się uwagi w typowy dla pięciolatki sposób - wrzeszczy. Co z kolei nie ułatwia mi sprawy radzenia sobie z emocjami w stosunku do niej. "
    A ja się odniosę do tych słów. Jakoś nie widzę tu współczucia dla córki. Przeciwnie. Widzę zwalanie winy na córkę - nie tylko mama przestała ja kochać, bo ma nowe dziecko, aale dawne dziecko zachowuje się nieodpowiednio i nie ułatwia mamie tego, aby poczuła sie lepiej.
    Nie widze współczucia dla córki, za to sporo dla siebie samej.
    I tak, widziałam w życiu wiele wypadków, gdzie wsparcie otrzymała matka. Za kazdym razem (poza okresem noworodkowym dziecka)matka interpretowała wsparcie jako poparcie dla tego co robi i dosyć logicznie - zamiast koncentrować sie na potrzebach dziecka, radośnie aprobowała, ze najwyraźniej jest na tyle biedna, ze ma prawo robić to, co robi.
  • vilez 08.06.15, 09:56
    Bo nie ma współczucia dla dziecka. Także u pani ekspert, co mnie bardzo dziwi.
    Dziecko jest powodem złego samopoczucia matki. Taki to jego status.
  • pade 08.06.15, 10:51
    Ale Ty tej matki na oczy nie widziałaś i nic o niej nie wiesz. Nie masz zielonego pojęcia co ona tak naprawdę czuje do córki i jak się w stosunku do niej zachowuje.
    Może właśnie w tym momencie nie czuje współczucia dla córki. Może kiedy pisała tego posta była zła i rozżalona?
    Emocje pojawiają się i znikają, to, że ktoś w danym momencie współczuje sobie a nie dziecku, nie oznacza, że należy mu odebrać dzieci.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 11:41
    Ty też jej na oczy nie widziałaś.
    Wiem o niej tyle, ile napisała.
    Reszta jest wnioskowaniem.
    Różnica między Tobą a mną polega na tym, że ja biorę słowa autorki poważnie, nie traktuję jej jako chwilowo niepoczytalnej. Ani nie stosuję wobec niej trików, myków i sztuczek.
    Nic nie pisałam o odbieraniu komukolwiek dzieci. Kolejny raz startujesz do mnie z cudzymi słowami.
  • pade 08.06.15, 11:47
    Ja to pisałam do Verdany...
    I gdzie ją traktuję jak niepoczytalną?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 12:27
    Znajduje się pod moją wypowiedzią (przynajmniej w drzewku pokazywanym na moim kompie).
    Tutaj ją tak traktujesz: "Może właśnie w tym momencie nie czuje współczucia dla córki. Może kiedy pisała tego posta była zła i rozżalona?". Jakby jej słowa były do odwołania z chwilą zniknięcia emocji. A nie są.
  • pade 08.06.15, 13:12
    Uważasz, ze jeśli ktoś jest pod wpływem emocji to jest niepoczytalny?
    Raz wypowiedzianych słów nie mozna cofnąć, ale ta matka nie mówi do córki: już cię nie kocham, tylko radzi się na forum.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 08.06.15, 13:01
    "Drogie Forum! Piszę do was po rade, bo mam problem z moją mamą. Gdy miałam pięć lat urodził sie mój brat i wtedy mama chyba przestała mnie kochać. Bardzo to odczułam, miałam wrażenie, zę jestem w domu niepotrzebna, liczy sie tylko brat. Po latach postanowiłam o tym z mamą porozmawiać. Mama powiedziała, zę powinnam to zrozumieć - byłam dzieckiem z problemem, w dodatku, gdy urodził sie brat, zaczęłam być zazdrosna, wrzeszczeć, a to ją strasznie męczyło - nie ułatwiałam jej kochania mnie. I że powinnam jej współczuć, bo dwoje dzieci na raz, w tym jedno zaborcze, to za dużo - nie mogę mieć pretensji, ze nie miała juz dla mnie uczuć, może gdybym była spokojnym dzieckiem, to sprawa przedstawiałaby sie inaczej. Nawet miała wyrzuty sumienia i radziła sie ekspertów, ale powiedzieli, że ma prawo byc zmęczona i że powinna przede wszystkim zadbać o siebie samą".
    OK - ile osób poprze matkę i powie dorosłej córce, ze ma zrozumieć, że to mama potrzebowała wsparcia? ?
  • marsylvik 08.06.15, 13:54
    vilez napisała:

    > Wiem o niej tyle, ile napisała.
    > Reszta jest wnioskowaniem.

    Na litość...
    Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, że rozumowanie indukcyjne jest zawodne?
    Oczywiście, jak najbardziej można i często trzeba z niego korzystać, tylko że wnioskując o ogóle ze szczegółu trzeba o tej zawodności pamiętać i przy ogłaszaniu wniosków wynikających z takiego rozumowania wystrzegać się sformułowań kategorycznych. Podobnie, jak opartych na takim rozumowaniu negatywnych ocen innych ludzi.
    Jak tak bardzo lubisz takie kategoryczne twierdzenia i jednoznaczne oceny, to lepiej ogrnicz się do dedukcji, a indukcję sobie odpuść.

    > Różnica między Tobą a mną polega na tym, że ja biorę słowa autorki poważnie, ni
    > e traktuję jej jako chwilowo niepoczytalnej. Ani nie stosuję wobec niej trików,
    > myków i sztuczek.

    Wydaje Ci się, że na tym polega różnica.
    Prawdziwa różnica polega na tym, że pade odznacza się dużo większą tolerancją wieloznaczności. Tobie jej brak, jak raz kogoś lub coś ocenisz, to widzisz potem tylko to, co potwierdza Twoją wcześniejszą ocenę, a to co ją podważa bagatelizujesz, wyśmiewasz, nie zauważasz albo potępiasz, zaś osoby oceniające coś inaczej niż Ty traktujesz pogardliwie. I to nie jest tylko pojedyncze zachowanie u Ciebie, sądzę też, że to coś więcej niż nawyk. To mi wygląda na charakter, niestety.

    > Nic nie pisałam o odbieraniu komukolwiek dzieci. Kolejny raz startujesz do mnie
    > z cudzymi słowami.

    Pisałaś. Komu innemu, w innym wątku, ale to Ty żeś wymyśliła, że oddanie dzieci do instytucji jest dla nich lepsze, niż kochający, ale chwilowo przeciążony trudnościami życiowymi rodzic, który musi sobie radzić z trudnymi, choć najzupełniej normalnymi w jego obecnej sytuacji uczuciami. Ktoś z niedowierzaniem dopytał, czy dobrze Cię zrozumiał, co wyraźnie potwierdziłaś.
  • marsylvik 08.06.15, 13:04
    verdana napisała:

    > "Czuję się z tym parszywie, ale niestety moje uczucia do niej jakby wygasły. On
    > a to pewnie wyczuwa i domaga się uwagi w typowy dla pięciolatki sposób - wrzesz
    > czy. Co z kolei nie ułatwia mi sprawy radzenia sobie z emocjami w stosunku do n
    > iej. "
    > A ja się odniosę do tych słów. Jakoś nie widzę tu współczucia dla córki. Przeci
    > wnie. Widzę zwalanie winy na córkę

    A ja tu widzę, zdanie po zdaniu:
    czuję się parszywie - mam poczucie winy
    uczucia jakby wygasły - nie są tak intensywne i łatwe, samoistne jak kiedyś
    ona to pewnie wyczuwa - martwię się o nią, jak te moje uczucia na nią wpływają
    domaga się uwagi w typowy dla pięciolatki sposób - wrzeszczy - to nie jej wina, to typowe dla jej wieku zachowanie, będące jedynie reakcją na tę zmianę
    wrzeszczy, co z kolei nie ułatwia mi sprawy radzenia sobie z emocjami w stosunku do niej - wpływ tego jej zachowania, za które jak wcześniej napisałam jej nie winię, na moje emocje, moje, a więc te, za które biorę odpowiedzialność, niestety jeszcze nakręca błędne koło

    Ogólnie widzę wzięcie na siebie odpowiedzialności za swoje uczucia, trudności z samodzielnym poradzeniem sobie z nimi i prośbę o poradę, co w tej sytuacji robić, żeby dziecko na tym nie ucierpiało.

    A teraz Twoje zdania i jak ja je rozumiem:
    jakoś nie widzę tu współczucia dla córki - powinno ono być wyrażone właśnie w tym miejscu, jeśli nie jest wyrażone to go nie ma, jeśli nie w tym miejscu, to jest za małe albo udawane
    przeciwnie, widzę zwalanie winy na córkę - matka nie chce współczuć córce lub nie jest do tego zdolna, próbuje przerzucić na nią odpowiedzialność za swoje uczucia pod przykrywką pisania o jej trudnych zachowaniach jako typowych dla pięciolatki, nie powinna o nich pisać, nie powinna szukać przyczyn i sposobów wyjścia z problemu, czując osłabienie swojego uczucia powinna pisać tylko o współczuciu dla córki i się kajać, bo to nie jest jej problem, tylko wina

    - nie tylko mama przestała ja kochać, bo ma
    > nowe dziecko, aale dawne dziecko zachowuje się nieodpowiednio i nie ułatwia mam
    > ie tego, aby poczuła sie lepiej.

    Nie napisała, że przestała kochać, tylko że tak chciała zatytułować wątek, ale zmieniła zdanie.
    Nie napisała, że dziecko zachowuje się nieodpowiednio, tylko typowo dla swojego wieku. Typowe dla wieku zachowania dzieci bywają trudne dla rodziców, matka napisała, że to akurat zachowanie jej córki, które ona odbiera jako trudne, obiektywnie nie ułatwia jej poradzenia sobie z jej własnymi uczuciami wobec niej.

    > Nie widze współczucia dla córki, za to sporo dla siebie samej.

    Ja widzę martwienie się o córkę. O współczuciu nic nie pisała, ani o współczuciu do siebie samej ani do córki. Ty nic nie piszesz teraz i tutaj, że jesteś mądra, czy to znaczy, że jesteś głupia? :P

    > I tak, widziałam w życiu wiele wypadków, gdzie wsparcie otrzymała matka. Za kaz
    > dym razem (poza okresem noworodkowym dziecka)matka interpretowała wsparcie jako
    > poparcie dla tego co robi i dosyć logicznie - zamiast koncentrować sie na potr
    > zebach dziecka, radośnie aprobowała, ze najwyraźniej jest na tyle biedna, ze ma
    > prawo robić to, co robi.

    Ja widywałam co innego...
    Widziałam wiele wypadków, kiedy ktoś dostając w trudnej sytuacji kopa zamiast wsparcia czuł się skrzywdzony, niesprawiedliwie osądzony, zamykał się w sobie i zaczynał dbać tylko o siebie na zewnątrz zachowując jedynie pozory konieczne do unikania negatywnych ocen.
    Zmieniał się w złego, pełnego fałszu, nieszczęśliwego człowieka. Takiej matki życzysz tej dziewczynce?

    Wiesz co? Aż mi się chce napisać, że w Twoich słowach nie widzę współczucia temu dziecku, dbałości o jego dobro, jedyne co widzę, to chęć ukarania sprawcy domniemanego, wymyślonego zła, wyżycia się na kimś. Tylko że to by była nieprawda. Choć kiedyś tak właśnie Cię oceniałam.
    To co widzę, to duża ilość empatii i wrażliwość na cudzą krzywdę, duża, wręcz przerośnięta, prowadząca do "słusznego" gniewu, który Cię zaślepia. Zamyka Ci zupełnie drogę do poczucia empatii wobec kogoś, kogo uznałaś za krzywdziciela, do realistycznej oceny tej osoby, jej sytuacji i motywacji, mąci Ci myślenie i przeszkadza przewidywać skutki tego co robisz wypisując na forum takie "porady".

    Szkoda, że odpowiedziałaś w tym wątku jako pierwsza. Autorka już się nie odezwała, co mnie nie dziwi. Może jakbyś Ty się odezwała później, dopiero jako przeciwwaga do innych wypowiedzi... może Twoja wypowiedź przyniosłaby nawet coś dobrego. A tak, to prawdopodobnie odstraszyłaś tę matkę, została sama ze swoim problemem i będzie sobie z nim radziła tak jak umie. Za dość prawdopodobne uważam, że przyczyną jej problemów z uczuciem do starszej córki jest zwykłe zmęczenie i przeciążenie, pogłębienie poczucia winy jeszcze je zwiększy, a sposobem na poradzenie sobie z problemem, do którego lepiej się nie przyznawać, bo się dostanie tylko ochrzan a nie pomoc będzie udawanie przed sobą samą, że problemu nie ma. A on sobie będzie istniał nadal, tylko tłumiony będzie przez lata wyłaził w paskudny dla dziecka sposób.
  • akn82 08.06.15, 11:18
    Dziękuję za wyrozumiałość i wstawiennictwo. Dokładnie o to mi chodzi, że martwię się że coś ze mną jest nie-tak i że mogę ją krzywdzić. Mam też męża, który trzyma pieczę i podnosi alarm kiedy wydaje się mu, że postępuję niesprawiedliwie.
  • vilez 08.06.15, 11:45
    Niemniej, to nie znosi krzywdy dziecka.
    Moim zdaniem chodzi o Twoją postawę względem macierzyństwa i tego konkretnego dziecka. To coś wcześniejszego, niż emocje.
  • verdana 08.06.15, 13:04
    OK. Tylko pora nie na wyrozumiałość, a na pomoc, która pozwoli zrozumieć co sie dzieje i zaakceptować dziecko. A przede wszystkim pora na to by przestać obwiniać córkę, ze jest zazdrosna o brata i domaga sie uwagi, oraz jest nieszczęśliwa.
    To nie chodzi o niesprawiedliwość. Tylko o to, że nie da sie wychować szczęśliwego dziecka nie kochając go. I ze to Ty musisz sobie z tym poradzić i to jak najszybciej.
  • marsylvik 08.06.15, 14:45
    To nie wyrozumiałość, tylko zrozumienie chyba ;)

    A panie z nickami na V jak Vendetta sobie może chwilowo lub na stałe wygaś w filtrze. Jak nabierzesz dystansu do sytuacji, to możesz je sobie poczytać, bo o dziwo, miewają coś wartościowego do powiedzenia, tylko piszą to w takiej formie, że trudno oddzielić ziarno od plew, trudno to dostrzec, zwłaszcza w emocjach i we własnej sprawie.

    Ja Ci powiem, skąd się bierze moje zrozumienie. Mam dwoje dzieci. Syna, z dysfunkcjami, objawiającymi się m.in. dużą ilością hałasu, zniszczonych przedmiotów i sińców. Niekoniecznie na jego ciele. Na moim również. ADHD.
    I córkę. Teraz ma dwa latka. Jak miała około roku, określiłam ją mianem "łatwej do kochania". Żadnych objawów nadpobudliwości, problemów ze skupieniem uwagi, problemów z integracją sensoryczną.
    I wiesz co? Miewałam myśli, że to całe szczęście, że jest między nimi 18 lat różnicy i to syn jest starszy. Niektóre dzieci są trudniejsze, choćby nie wiem jak panie na V próbowały zaklinać rzeczywistość. Miłość do syna to głównie strach, troska, wysiłek. W mojej miłości do córki jest o wiele więcej czystej radości.


    Nie wiem, co jeszcze mogę Ci napisać, poza tym, co już pisałam. Na pewno warte uwagi jest to, o czym pisała pani ekspert, wygospodarowanie przestrzeni dla siebie, pilnowanie swoich granic, brak zgody na nadmierne ich naruszanie. Pamiętaj, że to nie jest objaw uczuć do dzieci albo ich braku, za to może być przyczyną zmiany uczuć.
    Z tego, co robi mąż korzystaj, jeśli potrafisz. Ale to doraźne działanie, nie może Cię pilnować ciągle ;)

    Co jeszcze... Już kiedyś tu pisałam, że skomplikowane uczucia, które sprawiają mi problem, staram się rozebrać na czynniki pierwsze. Taka niechęć do córki to raczej postawa, niż uczucie. Postawa wynikająca z uczuć. Jakich uczuć?
    Złość? Co złości, dlaczego, w obronie jakich Twoich potrzeb się ta złość obudziła? Czy ta złość jest adekwatna do tego, co zrobiła córka, czy się nazbierało i jest adekwatna raczej do całokształtu Twojej obecnej sytuacji, na przykład zmęczenie, brak czasu, wyrzuty sumienia z powodu niemożności zaspokojenia potrzeb obojga dzieci i swoich własnych w stopniu, jaki uważasz za wystarczający? Jak możesz te swoje potrzeby zaspokoić? W ten sposób, tą drogą możesz wpłynąć na swoje uczucia.

    No i jeszcze jedno. Nie wierz ani w to, że miłość jest niezmienna, ani w to, że da się dzieci kochać tak samo. Dzieci zawsze kocha się inaczej. Nie musi to oznaczać, że bardziej, czy mniej, ale nie tak samo. Przekonanie, kompletnie nierealistyczne, że należy kochać dzieci tak samo jest wręcz patologiczne, szkodliwe, jest jednym z głównych czynników wystąpienia takich zaburzeń jak anoreksja. Więc nie miej wyrzutów sumienia, że każde kochasz inaczej, kochaj wystarczająco.

    Hmm... Ja mam pewien konkretny pomysł na czas przyjemnie i pożytecznie spędzany z córką. I dla Ciebie i dla niej. Bajki. Potraktuj je terapeutycznie. Bardzo polecam teraz, w tym momencie Waszego życia odcinek pod tytułem "Franklin i dzidziuś" z serii "Franklin i przyjaciele". I inne podobne bajki. Fajnie i prosto pokazuje, jak trudna jest Twoja i Twojej córki sytuacja, a także, że to normalne, dotyka nie tylko ją czy Ciebie.
    W każdej prawie serii dla małych dzieci znajdzie się podobny. Myślę, że pomagają zaakceptować pojawienie się rodzeństwa, ale i podejrzeć "wzorcowe" sposoby radzenia sobie rodziców w tej sytuacji.


    A tak w ogóle, to dlaczego chciałaś napisać o wygaśnięciu uczuć? Jakie są konkretne objawy tego wygaśnięcia, co się zniemiło, co Cię aż tak zaniepokoiło? Co rozumiesz przez bezwarunkową miłość, czym się dla Ciebie różni od miłości warunkowej?
  • milamala 03.06.15, 21:25
    zuzi.1 napisała:

    > Ale czy jestes pewna, ze autorka nie kocha corki? Moim zdaniem kocha, a to co c
    > zuje do corki blednie kwalifikuje jako niekochanie.

    Wiesz Zuzi, jak bylam mala, wszyscy ci do ktorych zwracalam sie o pomoc (ktorej to nigdy nie otrzymalam) skarzac sie na zachowanie mojego ojca mowili: ojciec kocha ci na swoj sposob.
    Dzis jestem troche przewrazliwiona na punkcie tej "milosci na swoj sposob". Niestety dla mnie to oznacza po prostu brak milosci.
  • asia_i_p 04.06.15, 07:49
    > Oczywiście. Tylko najwyraźniej, póki nie było młodszego dziecka, to córka była,
    > razem z problemem, ukochana. Nie jest to wiec zadne wytłumaczenia.

    Tak, i najprawdopodobniej sfera osobista matki była zawężona do minimum. Pojawiło się młodsze dziecko i ta sfera zniknęła zupełnie.

    Verdana, uruchom wyobraźnię i "wystaw sobie", że cię ktoś przez całą dobę, dzień w dzień przez parę miesięcy, dotyka. Dla mnie to byłoby kompletnie nie do zniesienia.
  • verdana 04.06.15, 09:48
    Ale na litość - przecież wcześniej córka była taka sama i to matce jakoś nie przeszkadzało. Nie wierzę, ze pojawienie sie niemowlęcia sprawiło, że coś, co było atrybutem ukochanego dziecka nagle staje sie czymś, co powoduje, ze dziecka kochać sie nie da.
  • panizalewska 04.06.15, 13:55
    Moja też była taka i przed narodzeniem się młodszego. Tylko jak ma się jeszcze noworodka / niemowlaka ORAZ do tego macalsko-szczypalskie dziecko, które jest już teoretycznie kumate i mogłoby zrozumieć, a nie wyraża woli współpracy, że tak to ujmę, to wk*rw urasta do wybuchu supernowej. Codziennie. Dzień w dzień, przez kolejne miesiące, przez rok, przez ile jeszcze? "Wielka kumulacja" - przebodźcowanie, dla matki też.

    Autorka napisała, że nie kocha. Może jednak tak to tylko ujęła. Ja się tam zakochałam w swoim synku. Nie dlatego, że jest SYNEM. Dlatego, że potrafi się NORMALNIE przytulić, jest delikatny, nienapastliwy, bez całej reszty uciążliwych atrakcji sensorycznych. Jest po prostu dzieckiem dużo łatwiejszym w obsłudze. Nie kocham go bardziej. Jest mi z nim lżej i PRZYJEMNIEJ, po prostu. Jeszcze nie zaczął gadać i chcieć czegoś więcej ode mnie ;) Więc tak to jest, jak się ma high need baby i drugie kompletnie bezproblemowe pojawia się potem, Kontrast jest ogromny. Czasami ma się w związku z tym smutne spostrzeżenia, HNB często wypada gorzej. Moja córa też była ukochana, choć nie robiliśmy z niej królewny, co może wszystko itp. Teraz jest inaczej, bo mam porównanie (które oczywiście nic nie daje, nic z niego nie wynika tak naprawdę), że są dzieci łatwiejsze i trudniejsze

    Dlatego nie wiem, czy nie wystarczyłby odpoczynek od dziecka, babcia na weekend itp. Po takim odpoczynku nabiera się dystansu do sytuacji i można różne swoje przemyślenia sformułować inaczej
  • asia_i_p 04.06.15, 20:51
    Po pierwsze, myślę, że przeszkadzało, tylko stawiała sobie wysokie wymagania i nie pozwalała na irytację.
    Po drugie, mogło to działać, bo przy jednym dziecku jednak pewnie zdarzały się momenty, kiedy nikt jej nie dotykał.

    Urodziło się drugie i jej skóra zupełnie już nie należy do niej. A że w dzieciństwie była odepchnięta po urodzeniu się młodszego dziecka, więc zamiast przypisać swoją irytację temu, że jest non stop poddawana łagodnej torturze, przypisuję ją temu, co zna, czyli odrzuceniu starszego dziecka po urodzeniu się młodszego. I analizuje swoje uczucia i stresuje się nimi, zamiast zadbać o swój komfort, co prawdopodobnie usunęłoby przyczynę tych uczuć.

    Nie wzbudzaj w niej dodatkowego poczucia winy, bo ono moim zdaniem tutaj miesza i sprawia, że problem, który ma szansę być całkowicie banalny i rozwiązywalny (mąż czy niania na godziny, a ona przez dwie godziny dziennie ukochanych dziatek nie ogląda i już) urasta do miary nieodwracalnej apokalipsy.
  • verdana 03.06.15, 13:01
    Ja mogę bez problemu zrozumieć uczucie "starsza mnie męczy, mam dość" i marzenie, aby ktoś choć na tydzień zabrał dziecko do siebie. Ale tu jednak wszystko wydaje mi sie niepokojące - zwalanie winy na dziecko (bo ma zaburzenia SI) - dzieci bez zaburzeń też w tym wieku kleją sie do rodziców, bo takie wzorce rodzinne. I jak łatwo usprawiedliwia sie z jednej strony niechęć czy nawet uczuciowe odepchnięcie starszej córki u matki, a jak potem mamy dużo postów pt "Jestem nieszczęśliwa, bo matka mnie nie kochała, jedynie rodzeństwo się liczyło" - i wtedy żadnego usprawiedliwienia dla matki jakoś nie znajdujemy.Brak uczuć dla dziecka wymaga natychmiastowej terapii. Nie zmęczenie dzieckiem, nie złość na dziecko - bo to jest normalne. Ale poczucie, ze młodszy nam wystarczy, a córka, dotychczasowe "oczko w głowie" (i nie przeszkadzało w tym zaburzenie) jest właściwie zawadą, zniszczy dziecko błyskawicznie.
  • pade 03.06.15, 13:15
    Oczywiście, że to do przepracowania.
    "Ale poczucie, ze młodszy nam wystarczy, a córka, dotychczasowe "oczko w głowie" (i nie przeszkadzało w tym zaburzenie) jest właściwie zawadą, zniszczy dziecko błyskawicznie."
    To jest schemat z dzieciństwa autorki.
    Napisała:
    "Kiedy byłam mała nie była empatyczna na dziecięce kłopoty. Czułam się przepychana z kąta w kąt. Po narodzinach brata (miałam 13lat) emocjonalnie zniknęłam "
    Podejrzewam, ze autorka nie przepycha dziecka z kąta w kąt właśnie ze względu na swoje doświadczenia. Wręcz przeciwnie, dużo znosi. Ponadto tłumi emocje, które się ujawniają a mają początek w dzieciństwie i te, które powstają teraz w wyniku zniecierpliwienia czy zmęczenia. Stąd krótka droga do zamrożenia wszelkich uczuć.
    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 03.06.15, 13:23
    Mnie własnie niepokoi to, ze Autorka tak szybko odnalazła schemat z własnego dzieciństwa i uznaje to za pewnego rodzaju usprawiedliwienie, czy determinizm. Poza tym to nie jest żaden wzorzec - Autorka była nastolatką, a nie małym dzieckiem, to jest jednak wielka różnica. Nie oznacza to,z ę nastolatki nie potrzebują uczuć, ale nie potrzebują ich do normalnego dalszego rozwoju az tak, jak pięciolatki.
    I jakoś dotychczas Autorka wzorców nie powielała, córka była oczkiem w głowie, a wiec empatia istniała. Znikła, bo jest nowe dziecko, nie dlatego, zę Autorka empatyczna być nie umie.
  • pade 03.06.15, 13:36
    Nie chcę się bawić w psychologizowanie, ale w obliczu silnych emocji z dzieciństwa odtwarzających się w obecnej sytuacji, empatia jest słabym "narzędziem". Poza tym ja nie widzę żadnego usprawiedliwiania.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 03.06.15, 13:40
    Dlatego ja z dużym dystansem podchodzę do owych "schematów". To znaczy, oczywiście, ze one istnieją, ale równie dobrze istnieje obszar ich przełamywania, niepowielania, przerabiania (pisze o tym w wątku obok). Właśnie ze względu na łatwość angażowania tych schematów w formie usprawiedliwienia dla swoich zachowań. Jako i determinizmów biologicznych. Owszem zachodzi, ale zachodzi też masa innych rzeczy, które mogą wpływać na zachodzenie tych schematów czy determinizmów.
  • milamala 03.06.15, 20:24
    vilez napisała:

    > Dlatego ja z dużym dystansem podchodzę do owych "schematów". To znaczy, oczywiś
    > cie, ze one istnieją, ale równie dobrze istnieje obszar ich przełamywania, niep
    > owielania, przerabiania (pisze o tym w wątku obok). Właśnie ze względu na łatw
    > ość angażowania tych schematów w formie usprawiedliwienia dla swoich zachowań.
    > Jako i determinizmów biologicznych. Owszem zachodzi, ale zachodzi też masa inny
    > ch rzeczy, które mogą wpływać na zachodzenie tych schematów czy determinizmów.

    Pelna zgoda. Ja sama jestem DDD, choc popelniam mase bledow, to nie powielam schematow, bo po pierwsze mam wiedze, po drugie wewnetrznie nie ma na to mojej zgody plus terapia jako pomoc aby funkcjonowac zgodnie z wyborem. I choc moja corka tez ma zaburzenia SI to nie widze najmniejszego powod aby brac ten problem jako usprawiedliwienie dla wlasnego zachowania.
    Mozna kochac swoje dziecko, pomimo trudnego wlasnego dziecinstwa oraz faktu, ze wlasne dziecko wcale nie musi nam ulatwiac wychowywania.
  • tully.makker 03.06.15, 14:32
    No wlasnie o tym pisalam juz na poczatku watku - w czasach,,kiedy uksztaltowaly sie nasze zachowania, kobiety karmily piersia gdlugo, a kolejne dzieci rodzily sie wlasnie kiedy ich rodzenstwo mialo 4,5 czy 6 lat - i to byl czas, kiedy starsze dziecko wychodzilo bardziej do spolecznosci, grupy rowiesniczej, rodziny rozszerzonej, a matka mogla poswieciec nowemu dziecku wiekszosc uwagi - i za tym szly emocje, ktore pomagaly jej zaakceptowac, ze dziecko przestaje byc jej, a staje sie corac bardziej swoje.
    Tylko ze wszystk sie zmienilo. Nie ma w poblizu rodziny rozszerzonej, nie ma wioskowej czy obozowej grupy rowiesniczej... Rodzic jest duzo wazniejszy i potrzebniejszy niz czesto jest w stanie to wytrzymac. I do tych potrzeb trzeba sie dostosowac.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • verdana 03.06.15, 14:53
    Ależ skąd. Rodziły się co rok-dwa lata, a nie co 5-6 lat.
  • tully.makker 03.06.15, 15:50
    Kompletna bzdura. Ludy koczownicze praktykkowaly nawet aborcje i dzieciobojstwo, by zapobiec przedwczesnym narodzinom - matka nie byla w stanie np nosić 2 malych dzieci. Zreszta rzadko to bylo potrzebne, bo nie bez powodu kobieta karmiaca piersia jest czesto nieplodna. I wszyscy wiemy, ze ludy pierwotne karmily dzieci dlugo, nawet do 6 - 7 lat.
    \
    Naprawde Verdano, nie kompromituj sie juz.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • verdana 03.06.15, 16:06
    Oczywiście, ale to nie znaczy, ze a. rodzono co 5-6 lat, b, że w ogóle dzieciobójstwo było konieczne. Na 5 urodzonych dzieci jeszcze na początku XIX wieku do 4 roku życia przeżywało jedno.
    Karmienie nie działa antykoncepcyjnie, co jednak warto wiedzieć. Nieco zmniejsza płodność, ale nie wyklucza jej na 5 lat! Aby w ogóle można było mówić o antykoncepcyjnym działaniu, to tylko przy karmieniu regularnym wiele razy dziennie - nie karmieniu 4-latka.
    Poza tym nie wiem, skąd bierzesz informacje, ze ludy pierwotne karmiły piersią pięciolatki....
  • verdana 03.06.15, 16:13
    A co jest najśmieszniejsze - z Twojego postu wynika, zę w czasach, gdy kształtowały sie nasze zachowania matki bez większego problemu mordowały swoje niemowlęta. Wobec tego trudno mi zrozumieć, dlaczego teraz śmierć niemowlęcia jest dla matki traumą - zgodnie z tradycją powinna sie nie przejmować, tylko urodzić nowe. Nie da sie uznać, że część zachowań jest czysto tradycyjnych, a część jakoś jedna sie nieco zmieniła. Albo przyjmijmy, ze teraz wypada udawać,że cierpi sie z powodu śmierci dziecka. Ale jakoś nie sądzę.
  • mozambique 03.06.15, 16:13
    Zreszta rzadko to bylo potrzebne, bo nie bez powodu kobieta karmiaca piersia jest czesto nieplodna."

    no w to to moze uwierzyc rzeczywiscie tylko kobieta pierwotna

    wspólczesna medycyna juz dawno udowodnila ze prolaktyna hamule owulację zazwyczaj do mniej wiecej 4-5 miesiaca zycia dziecka, tj do momentu wprowadzania innych pokarmów
    potem, nawet przy kontunuwoaniu KP - owulacja powraca , choc czesto bywa nieregularna

    ojciec A - "moje dziecko zjadło peta spod ławki"
    ojciec B - "moje wpadło do sedesu"
    ojciec C - " a ja raz odebrałem cudze dziecko z przedszkola"
  • czarnyraider 03.06.15, 16:22
    Kobieto, ja bylam takim odsuniętym dzieckiem. Po pierwsze zostaje to do zmagania się w mniejszym lub większym stopniu na zawsze. Nie serwuj takich rzeczy corce na cale zycie !

    Lubisz nie lubisz. Dziecko to obowiązek do jasnej anielki. Jestes dla Niej wszystkim, całym swiatem. Bawi się na podworku z innymi dziecmi, szaleje i wariuje, ale to jak Ciebie zobaczy to pewnie i biegnie, i się przytula. Potrzebuje Ciebie ( Ciebie tj. i meza również, ale nie o Nim tu mowa ). Weź się w garść. Pomoz sobie i nie zaniedbuj corki. Jestes dla Niej najukochansza, najpiekniejsza i najlepsza mama pod sloncem. Pamietaj
  • tully.makker 03.06.15, 16:52
    > wspólczesna medycyna juz dawno udowodnila ze prolaktyna hamule owulację zazwy
    > czaj do mniej wiecej 4-5 miesiaca zycia dziecka, tj do momentu wprowadzania inn
    > ych pokarmów
    > potem, nawet przy kontunuwoaniu KP - owulacja powraca , choc czesto bywa niereg
    > ularna

    A tylko osoba prymitywna moze nie wiedziec, ze rozszerzanie diety wygladalo zupelnie inaczej u lowcow-zbieraczy, niz teraz, i ze mleko matki bylo podstawa wyzywienia dziecka znacznie dluzej, niz to jest teraz.
    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • vilez 03.06.15, 17:27
    Nawet przy wyłącznym karmieniu piersią można zajść w ciążę. Karmienie piersią może OBNIŻAĆ płodność, ale jej nie zapobiega. Jest to indywidualne.
    Powiedzenie "co ro,k to prorok" nie wzięło się znikąd.
  • verdana 03.06.15, 17:31
    Tak, do czasu, az dziecko miało zęby. Nie do 6 roku życia...
  • aandzia43 03.06.15, 20:32
    Karmienie piersią u łowców-zbieraczy trwało nie do pierwszych zębów, tylko jak najdłużej. Dorosły i duże dziecko wytrwa bez wody i pożywienia długo, małe dziecko nie. A na długie czasem przerwy w jedzeniu człowiek przed rozpoczęciem efektywnej uprawy ziemi był nieustającyo narażony.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • verdana 03.06.15, 20:53
    Tak, jako uzupełnienie codziennej diety. Nie jako wyłączny pokarm.
  • froshka66 03.06.15, 18:57
    a matka mogla poswieciec nowemu dziecku wiekszosc uwagi - i za tym szly emocje, ktore pomagaly jej zaakceptowac, ze dziecko przestaje byc jej, a staje sie corac bardziej swoje


    smutne to dzieciństwo dzieci, których matki musza specjalnie AKCEPTOWAĆ , ze dzieci nie są ICH , tylko należą do siebie.
    I do kompletu jest to dla nich trudne.
  • froshka66 03.06.15, 18:55
    Córkę kochałam nad życie, była moim oczkiem w głowie i cudem wszechświata dopóki nie urodził się młodszy syn.
    Czuję się z tym parszywie, ale niestety moje uczucia do niej jakby wygasły
    Jak i gdzie odnaleźć w sobie tę bezwarunkową miłość?

    Ma SI silną potrzebę kontaktu fizycznego - czuję się codziennie "przygnieciona" jej obecnością. Przez sen też mnie dotyka. Nie radzę sobie z tym.

    Przeczytałam ten post i wydaje mi się, że po prostu córka zaczęła być w domu traktowana jak normalne dziecko a nie księżniczka-najważniejsza-na-świecie. To - myślę sobie – jest zdrowe.
    Ta detronizacja ja boli, i dlatego próbuje „zawłaszczyć cię fizycznie” i pewnie do tego jest bardzo zazdrosna o brata. To normalne.
    Jeżeli mogę radzić – to :
    Dawać córce możliwości sama na sam – ale tylko takie jakie ty zaakceptujesz – np. wyjście sama na sam na lody, wspólne gotowanie obiadu itp.
    I broń boże nie powtarzać tego samego z młodszym dzieckiem – to nie książę – to dziecko – tez potrzebuje granic , a ty swojego terytorium.
  • milamala 03.06.15, 20:37
    froshka66 napisała:
    "> Przeczytałam ten post i wydaje mi się, że po prostu córka zaczęła być w domu tr
    > aktowana jak normalne dziecko a nie księżniczka-najważniejsza-na-świecie. To -
    > myślę sobie – jest zdrowe.
    > Ta detronizacja ja boli, i dlatego próbuje „zawłaszczyć cię fizycznieR
    > 21; i pewnie do tego jest bardzo zazdrosna o brata. To normalne."

    Nie wiem czy normalne. Wlasciwie niewiele wiemy o zachowaniu autorki watki w stosunku do corki ani przed urodzeniem syna ani po.
    Ale za to wiemy jedna wazna rzecz o ktorej sama pisala. A napisala, ze jej uczucia wygasly.
    I to nie jest normalne, kiedy matka w normalny sposob przenosi lwia czesc swojej uwagi na nowo narodzone dziecko to nie jest to rownoznaczne z wygasnieciem uczuc do dziecka.
    Wygasniecie uczuc w tej sprawie widze niestety jako zachowanie infantylne, pani kochala zabawke a potem pojawila sie nowa jak w tej nowelce "Dobra pani". Z tym, ze autorka watku czuje sie z tym parszywie co rodzi nadzieje.
  • froshka66 03.06.15, 21:31
    Właściwie niewiele wiemy o zachowaniu autorki watki w stosunku do córki ani przed urodzeniem syna ani po.
    Wbrew pozorom wiemy sporo z tego co sama napisała :
    Córkę kochałam nad życie, była moim oczkiem w głowie i cudem wszechświata dopóki nie urodził się młodszy syn.
    Dziecko to dziecko, każde jest cudem, to pierwsze i to ósme …
    Ale jak się kogoś traktuje jak cud wszechświata, to pojawienie si kolejnego cudu dla tego pierwszego bywa bolesne.
  • panizalewska 04.06.15, 01:44
    Froshka, ja się po części zgodzę, po części nie. Ile by dziecku miłości nie dawać, ale nie UWIELBIENIA i pozwalania na wszystko, tylko normalnego wyznaczania granic od początku, ale i pertraktowania, dawania ograniczonego wyboru, żeby dziecko też poczuło jakąś część władzy decyzyjnej nad sobą - to może dziecku nie wystarczać, może mieć to centralnie w doopie. Młodsze dziecko może mieć pamięć złotej rybki - tak na 20 sekund i nie to, że robi na przekór po złośliwości, co po prostu nie łapie tego, że istnieją granice "napastliwości" dzieci na matkę. Moja starsza jest taka. Daję jej do wyboru dwie opcje - praktycznie zawsze, czyli powiedzmy w 95% powie jakąś swoją 3cią opcję - nie do spełnienia w danym momencie. I płacz i zgrzytanie zębów, szlochy, kwękania, fochy, normalnie wk*rw człowieka bierze, nawet nie współczucie. Od zawsze niewyżyta sensorycznie, a niby bez żadnych zaburzeń, można powtarzać milion razy co 10 sekund - nie kręć się, to boli, nie szturchaj mnie itp, można ją odsuwać, przytrzymywać kończynę - za chwilę jest dokładnie to samo - wchodzenie na głowę w sensie bardzo fizycznym, łokieć w brzuch, wiercenie dziury stopą gdzieś. Od zawsze taka była, kp z nią to była katorga. I co mi po tysięcznym, milionowym stawianiu granic? Gucio. Nie kuma, ma to gdzieś, wszystko jedno jak to nazwiesz - ja nie mam ochoty być ciągle molestowana przez własne dziecko, ona to CIĄGLE robi. I to prowadzi do przenieziemskich frustracji i zmęczenia psychicznego. Bo tego nie da się zatrzymać, nie ma na to widoków przez najbliższe kilkanaście lat. I tak, miewam myśli żeby lepiej było, gdyby jej nie było, że mam do niej mniej uczuć. Bo jest napastliwa i mnie wkurza. Po za tym jest całkiem fajna i w szerokiej normie dla 3-latków ;)
  • amb25 05.06.15, 06:58
    Moze twoje zmeczenie psychiczne wynika z czego innego i dlatego nie masz cierpliwosci/czujesz sie molestwoana przez wlasne dziecko? Moze masz problemy w pracy, domu, z mezem, rodzicami, niespelnione marzenia z powodu macierzynstwa itp.
    Ja mam dziecko z ZA i SI. On wymaga duuzo pracy, cierpliwosci itp ale pomimo tego lubie z nim przebywac, bo pomimo swoich wad czy nie wad ( o ile mozna tak powiedziec o cechach zA i SI) jest najwspanialszym dzieckiem na swiecie. Nigdy by mi nie przyszlo do glowy, ze moglabym, go przestac kochac, albo czuc sie przez niego sfrustrowana. Jestem szczesliwa, ze mam takiego chlopca, nie zmienilabym go na zadnego innego. A trwa to juz 12 lat :)
    Czasami, kiedy jestem zestreswana albo potwornie zmeczona, to chcialbym po prostu swietego spokoju, zeby nikt niczego ode mnie nie chcial , ale przyczyna tego sa zawsze "sresy zewnetrzne" nigdy dziecko samo w sobie.
    Wydaje mi sie, ze krecenie podskakiwanie, nie sluchanie czasem, to cechy trzylatka (juz doklanie nie pamietam, moje ma 12 lat) a nie zadne zaburzenia, ale lekarzem nei jestem. Wez pod uwage, ze kazde dziecko jest inne. Jedno sie wierci i potrzebuje przytulania inne nie.
    Nie dawaj dziecku opcji, sprobuj choc prze tydzien-dwa, konsekwentnie, a zobaczysz roznice. Trzylatek jest na to zdecydowanie za maly, bo skoro widzi, ze mozna sie tragowac, to bedzie to robic do upadlego albo do czasu gdy zobaczy, ze to nic nie da, a dziecko moze byc wytrwale. I bedzie w kolko probowac. Za to ty bedziesz miala wrazenie ze ona ma gdzies to co do niej mowisz i k*wa cie bedzie brala....
    Reasumujac: sama ja do takiego zachowania prowokujesz a potem masz do niej pretensje. TO nie ona powinna podejmowac decyzje tylko ty. Dajac jej wybor dajesz jej do zrozumienia, ze to ona decyduje, a to powoduje, ze dziecko nie wie czy ma opacie w rodzicu i nie ma poczucia bezpieczenstwa i chce coraz bardziej decydowac. Ona jest na to za mala!
  • amb25 04.06.15, 06:09
    Nie wydaje mi sie. Corka po prostu czuje zmiane w zachowaniu matki i laczy to ze swoim bratem. Ona jest zazdrosna normalnie w swiecie, jak kazde dziecko, ktorego pozbawiono tego co mialo zawsze.
    Zal mi tej dziewczynki. Jak mozna z dania na dzien przestac kochac swoje dziecko? Rozumiem, zmeczenie zlosc wscieklosci itp , ale autorka chyba wie co pisze. Moze przydalby jej sie odpoczynek albo terapia?
    Moja znajoma powiedziala, ze jak sie ma kilka dzieci to nie kocha sie tak samo. Kocha sie kazde, ale kazde inaczej.
  • molly_wither 03.06.15, 19:36
    Tiaaa, typowa mamuśka synuśka. Kurde, i potem dziwic sie, ze jest tyle nienormalncyh kobiet na swiecie, a to wszystko przez niekochajace matki. A potem te niekochane corki wychodza za maz za mamisynkow i kolo sie zamyka. Niech wychowaniem syna zajmie sie ojciec, a corki matka. Wowczas bedzie rownowaga w przyrodzie.
  • froshka66 03.06.15, 21:36
    Niech wychowaniem syna zajmie sie ojciec, a corki matka. Wowczas bedzie rownowaga w przyrodzie.

    nawet kiedyś tak było w okolicach 7 roku życia syn przechodził z władzy matki pod kuratele ojca i sayonara... a teraz siedzą z mamusia do 40 i hodują sobie maleńkie księżniczki tatusiów...

    dla równowagi kobiety traktowane w domu jak mamusie znajdują sobie partnerów - syneczków - książątka.

    Pierwsze pokolenie książątek głosowało na Dude - bo obiecał, ze będzie cacy i każde książątko będzie miało mieszkanie...
    ... w ten oto sposób mamy realny wpływ na kraj i życie polityczne.




  • asia_i_p 04.06.15, 07:42
    Podejrzewam, że nie tyle przestałaś kochać córkę, ile w momencie, kiedy dołączył do niej niemowlak, poczułaś się kompletnie odarta z fizycznych granic. A że jest potężne tabu na złe emocje w stosunku do niemowląt, więc wszystko skupiło się na córce.

    Musisz tak wciągnąć resztę rodziny, żeby mieć trochę odpoczynku od obydwojga dzieci i trochę czasu na zabawy tylko z córką. Poszukaj wtedy jakiejś rzeczy, która jest przyjemna dla was obu, żeby córka widziała, że spędzony z nią czas sprawia ci radość. Czy córka chodzi do przedszkola?
  • paris-texas-warsaw 04.06.15, 11:39
    1. Może na rano, jak się córka budzi zostawić jej łatwe do włączenia bajki na laptopie lub telewizorze, kolorowanki - za każdą pieknie pokolorowaną 1 naklejka (starczy?;)), klocki do zbudowania miasteczka dla ludzików, etc. Żeby dotrwała od 5 do 7 h. I coś do jedzenia - typu pieczywo chrupkie, woda, soczek, etc.
    2. Najlepiej niech śpi u siebie, albo przenosić ją po zaśnieciu.
    3. Jak ma problemy z SI, niech chodzi na terapię, aż jej wszystko zterapeutyzują, albo dadzą jakies rady, jak się chronić przed nią.
    4. Nie wiem, o co chodzi z tymi monologami??? Monologi to też objaw jakichś zaburzeń?
    5. Może mąż coraz bardziej apatyczny, bo żonę ciagle ktoś inny miętosi w jego własnym łóżku? (jeszcze on w ogóle śpi w tym łózku? tak na skraweczku...). Jakoś ostatnio na połowę wątków to przychodzi mi na myśl - więcej seksu:))) Musze to przemyśleć:)))
    6. Może wziąć kogos do pomocy 1-2 x na tydzień, żeby sie bawil z dziećmi wg ich reguł - ugniatanie, czy co tam potrzebują. Studenci nie takich rzeczy się podejmują:)
    Ps. Sama się akurat dysocjuję od dzieci, każdy musi mieć jakiś swój obszar, kiedyś jedna starsza kobieta mi opowiadała, że marzyła o własnym kąciku w zsypie - dzieci wyrosły na normalne i odnosza sukcesy.
  • paris-texas-warsaw 04.06.15, 11:52
    W internecie mówią, że monologi, narzucanie własnych tematów, niewyczuwanie sytuacji, toczęsto objawy ZA. Może niech córkę zobaczy jakiś specjalista? A jak ona funkcjonuje z takimi zachowaniami wśród dzieci?
    Może jak była mniejsza to jej zachowania były bardziej znośne, trzylatka uzna się za rozpuszczonego i upartego, jak jest możliwość to się ustąpi we wszystkim i uzna, że jest "oczkiem w głowie", a przy pięciolatku z takimi samymi cechami i większa siłą np. w ugniataniu, człowiek będzie już nie wyrabiał, bo oczekuje już innego kontaktu i może stad coraz większą niechęć do córki wraz z nieadekwatnościa jej zachowan i powolnym uświadamianiem sobie tego (albo szybkim w przypadku drugiego dziecka prezentujacego standardowe zachowania).
  • aandzia43 04.06.15, 13:33
    Monologi u mojej córki były przejawem nadpobudliwości. Jak zaczynała aktywność, to trudno jej było zastopować. Więc międliła jezorem odkąd załapała,że umie wydawać z.siebie dźwięki. Najpierw powtarzała sylaby, potem słowa, potem zdania. Od rana do wieczora. W międzyczasie szczęśliwie uczyła się jednak, nie ograniczała się do bezmyślnych powtórek ;-) W grupie rowiesniczej funkcjonowała bardzo dobrze. Neurony lustrzane ma chyba zupełnie w porządku ;-) Poza tym zasady załapywała, tylko wymagała wielu, wielu powtórzeń. To była ciężka.praca, a nie tylko rozkosze bycie sobie obok wdzięcznego dzieciątka. Nie wyobrażam sobie żebym bez poważnych strat na zdrowiu psychicznym, swoim i dziecka, mogła wychować drugie takie dziecko.
    Co do drugiej części twojej wypowiedzi: ja jestem w stanie znieść trudności, jeśli wiem ile one potrwają. Przeciagajace się w nieskończoność tortury psychiczne (np. koszmarne w obsłudze dziecko), bez widoków na lepsze, dobijają mnie błyskawicznie. A z.zaburzonymi dziećmi nic nigdy do końca nie wiadomo.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • paris-texas-warsaw 04.06.15, 14:32
    A, myślałam, że monologi dotyczyły dziecka Autorki wątku. Ale dziękuję za wyjaśnienie, czego jeszcze mogą być objawem, bo internet zawsze jakieś najcięzsze przypadki umie wskazać:)
    Ja ogólnie tak powierzchniowo się odniosłam, bo po swojej terapii widzę, że kwestia uczuć jest bardzo złozona, to, że ktoś mówi czy mysli, że kogoś kocha/lubi czy wręcz przeciwnie, to czasem tylko jego wyobrażenie na temat tych uczuć, i dużo trzeba czasu czasem, żeby wyodrebnić poszczególne wątki uczuć, ale może to tylko ja i moje ograniczenia. Chociaż jak czytam, to pozytywne uczucia mogą też być nadmiarowo pokazywane czy odczuwane, nawet u małych dzieci (np.w stosunku do rodzeństwa), żeby przykryć ich inne uczcucia. To nie są procesy do konca świadome, więc trudno wg mnie nad tym szerzej się wypisywać, bo to wg mnie bedzie tylko teoria i własne domniemania a propos uczuć Autorki wątku. Chociaż im wiecej negatywnego nastawienia matki, tym wiecej problemów dziecka, ale nie jest to łatwo zmienić, w obie strony pewnie ta zależność zachodzi (no, znowu polecam Katarzyne Schier...:)).
  • pade 04.06.15, 17:28
    Kusisz, kusisz tą Schier, którą książkę najbardziej polecasz?
    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 04.06.15, 17:59
    Wow:))) Może przeczytasz i pogadamy:))) Niesamowita jest "Krewni i znajomi Edypa", o rodzicach i ich wpływie na zdrowie dzieci, chwilami baaaaardzo smutna, rozwalająca w pewien sposób, choć i o "złych" rodzicach Schier pisze jak o osobach skrzywdzonych. I wielkie wrażenie na mnie zrobiła taka malutka "Przeniesienie w terapii analitycznej dzieci i młodzieży" - czy jakoś tak. Terapia analityczna dzieci jest bardzo specyficzna, trzeba w niej uwzględniać to, że dotyczy aktualnych problemów dzieci (czyli wnosi pacjent swoje problemy w taką specyficzną terapię on line niejako, a nie relacje np. z rodzicami sprzed wielu lat) i nakładają się na to relacje rodzice pacjenta- terapeuta (Schier raz w miesiącu spotykała się też z rodzicami pacjentów). W książce są rysunki, które Schier interpretuje. Bardzo ciekawe było jej złamanie zasady psychoanalitycznej, by nie chodzić do domu dzieci-pacentów, gdy na jednym rysunku zobaczyła coś, co uznała, że musi sprawdzić w realu, bo był zbyt niepokojacy i za trudny do interpretacji. Ciekawe jest, że zaburzenia osobowości diagnozują psychoanalitycy wg takiej ich obowiązującej "rozpiski" już w dzieciństwie, a nie u starszych osób jak inni psychiatrzy/psycholodzy kliniczni (i czyta się pacjent lat 13 z osobowością borderline...). Bardzo ciekawe jest jako ona łączy kilka perspektyw - dziecka, rodziców, tego co się dzieje między dzieckiem i rodzicami, między nią a nimi, często pisze o swoich odczuciach, jak odbierała jakąś osobę, jakieś relacje, jak musi balansować, żeby coś tam zmienić. Chociaż na czym polega taka terapia dzieci zupełnie nie rozumiem, bo chyba by trzeba bardziej się znać na teorii i zobaczyć to na przykładzie na żywo, ale z książek rozumiem, że to się dzieje. Sama świadomość,że takie terapie się odbywają i przynoszą skutki jest dla mnie niesamowita. Ona fajnie gdzieś napisała, że rodzice często są zazdrośni o jej relacje z dziećmi, i niejako zapominają, że ona chce "oddać" dzieci z powrotem rodzicom by między nimi relacje przebiegały już na innym poziomie bez niezrozwiązanych kwestii blokujących te relacje. Kiedyś Diffrent pisała o jakimś spotkaniu z Schier, potem było chyba nawet w LP, ale jakoś nie było mi po drodze, może jeszcze kiedyś się takie spotkanie trafi:) Bardzo zachęcam do przeczytania:)
  • pade 04.06.15, 20:18
    Dzięki:) Poszukam.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • asia_i_p 04.06.15, 20:53
    Zaburzenia integracji sensorycznej bardzo ładnie "udają" zaburzenia ze spektrum autyzmu.
  • aandzia43 04.06.15, 21:59
    A nie.jest tak, że osoby z zaburzeniami.ze.spektrum autyzmu mają po prostu w swoim pakiecie autystycznym również zaburzenia.SI? Najczęściej. Za to w drugą stronę to już nie działa: mnóstwo ludzi z zaburzeniami SI nie stało nawet obok autyzmu.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • asia_i_p 05.06.15, 21:48
    Bardzo możliwe.
    Mojego męża podejrzewałam o autyzm, bo miał tendencję do "przegrzewania się" i "zawieszania" przy nadmiarze bodźców towarzyskich, ale na autyzm miała o wiele za wysoki poziom empatii (mocno wyższy od mojego). Zaburzenia SI pasują natomiast jak ulał.
  • aandzia43 06.06.15, 14:28
    Przegrzewa się również i zawiesza przy nadmiarze bodźców innego typu? :-) Każdy ma swój próg odporności na fizyczne drażnienie przez środowisko (hałas, chaos, temperatura, ból, dotyk), powyżej którego "nie jest sobą". I w tej kwestii ludzie różnią się bardzo. Bardziej niż się zwykło sądzić. Dojrzały dorosły, niezamotany doraźnie dorosły mają rozeznanie w swoich możliwościach i w miarę możliwości unikają, dla dobra własnego i bliźnich, sytuacji wyprowadzających ich z równowagi. Dziecko, niedojrzały dorosły i dorosły w.sytuacji zamotania życiowego nie potrafią i "płyną". Nie sypiam w jednym łóżku i pokoju z ludźmi chrapiącymi i kręcącymi się, nie chodzę w wiele miejsc (hałas, wysokość dźwięków, nieznośny rytm), unikam pewnych sytuacji towarzyskich i dusznych pomieszczeń, sciszam wszelkie radia i telewizory, bo wiem, że mogę się przegrzać neurologicznie i np. stracić zupełnie umiejętność koncentracji. I zwyczajnie wyjść na odmozdzonego przygłupa, a tego chyba byśmy nie chcieli ;-) Mam akurat taki charakter i takie mechanizmy obronne, że nie wpadam automatycznie w szał i nie wyzywam się na ludziach w sytuacji przegrzania, za to oddalam z miejsca tortur i z pomocą resztki dobrych manier tłumacze szybki o co chodzi. Oczywiście i tak wychodzę na nietowarzyską/egoistkę/zadzierającą nosa/księżniczkę na ziarnku grochu/narzucającą swoją wolę - mam to centralnie w... Niech się cieszą, że uniknęli gorszego :-P
    Na moje oko (a każdy patrzy poprzez swój pryzmat ;-)) nasza główna bohaterka może należeć do grupy dorosłych zamotanych życiowo (nacisk uczuć macierzyńskich i schematu "matka zawsze cierpliwa"). Przegrzała się dziewczyna i nawet tego nie zauważyła, aż się zaplątała poważniej.


    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • akn82 08.06.15, 10:07
    Paris, dziękuję za merytoryczną wypowiedź :)

    córka, ma rano śniadanie na stole. Często nie chce sama tam iść, doprasza się asysty przez co nas budzi.
    Z oglądania bajek rano zrezygnowaliśmy zupełnie. Budziła się w nocy, nakręcona na bajki i wpadała w rozpacz, że ich obejrzec nie może bo przecież już jest rano. w lecie jest jasno już o 4 :) To nie dla niej. Pobudzały ją jeszcze bardziej.
    Ona generalnie nie jest skora do robienia rzeczy sama, w pokoju, w kuchni, żadne zabawy samodzielne raczej nie wchodzą w grę. Nie wiem skąd ta obawa przed pozostaniem samej. Ale od urodzenia taka była, ona beze mnie nie funkcjonowała i nadal wymaga mojej obecności. Pobawi się chwile, ale najlepiej żebym przeniosła się do pokoju dzieci. Mnie się wydaje, że powoduje ją jakiś strach, że ja zniknę?

    2. Ona śpi u siebie, dzieci mają łóżko piętrowe i zasypiają ze mną w dolnym łóżku brata. Oczywiście tylko ze mną. żeby zasnęły z tatą musze wyjść z domu. Czy to normalne, że dzieci do tego stopnia są za mamą? Tata proacuje w domu, jest stale obecny, kompetentny i chętny do opieki. Tylko trochę emocjonalnie wycofany.
    3. Córka jest po terapi. Terapeutka nie dopatrzyła się niczego poza SI (była na diagnozie). Pytałam chyba też o Aspargera i twierdziła że to nie to.
    4. Monologi to tak jak ktoś wspomniał nadpobudliwość. Często od razu na cały regulator i często temat od czapy - dlaczego moja noga leży tak a nie inaczej i koc się wtedy inaczej układa - źle wygląda.
    5. Fizyczność małżeńska jest u nas praktykowana :) To nie to. Mąż ma swoje problemy, nad któymi pracuje na terapi (Ja tez jestem po terapii. Wiem że powinnami wrócić jeszcze raz w kwestii córki, ale na razie nie mam kiedy, a dwa chciałabym sama podjąć ten wysiłek).
    6. Pomysł dobry, ale córka nie zostanie z nową osobą, nie będzie się godziła na dotyk ani dotykała kogoś obcego. Od pół roku odprowadza młodego do żłobka. Przez te pół roku tylko dwa razy pomachała Pani i kilka razy się uśmiechnęła. Na dzień dobry i do widzenia nie ma szans. Jak twierdzi bardzo się boi.
  • agnieszka_iwaszkiewicz 06.06.15, 19:05
    Ciekawe skąd wyszło na to, że "akn" przestała kochać swoją córkę ? Czy zmiana uczuć matki do dziecka, przedstawiona w kontekście narodzin kolejnego dziecka pozwala na wysnucie takiego wniosku ?
    Zmiana uczuć to także więcej złości, własnego bólu ( także fizycznego ) bezradności, poczucia przytłoczenia, czasem niechęci do bezpośredniego kontaktu.
    Czy to może oznaczać brak miłości? Czy miłość, nawet do dziecka jest uczuciem linearnym z tendencją do wzrostu ?
    To co opisała "akn" to relacja z dzieckiem, która wkroczyła w trudny okres czy moment. Stąd słowo "zmiana".
    Oczywiście narodziny drugiego dziecka nasiliły problem. Młodsze dziecko wymaga innego zaangażowania, więc czasu do podziału jest mniej i przestrzeni matki też jest mniej. Ale to nie jest powód aby wsnuwać wniosek, że "akn"" to matka, która infantylnie woli młodsze bo jest przyjemniejsze. A za to ma byc represja w postaci odebrania dzieci i rozwodu.
    "Akn" , Pani uczucia to jedno. Ma Pani do nich prawo, tak jak prawo dostają do swoich przeżyć dzieci. Zachowania w związku z tymi uczuciami są istotne, korekta tych zachowań, sposób obchodzenia się z nimi.
    Pani pokazała i jedno i drugie. Zobaczono uczucia i je skomentowano. Zachowania opisane w drugim poście zostały pominięte. Rodzice mają prawo do uczuć. Pani też. Zachowania trzeba korygować. I to Pani robi. trzeba stawiać granice dziecku, gdy zachowania są nie do wytrzymania. Nawet jak nie działają na cały czas, to doraźnie przynoszą efekt. I dają rodzicowi poczucie kontroli. Choćby chwilowej. Pani ma prawo chronić swoją fizyczność nawet przed najukochańszym dzieckiem. To naturalne. Kobieta nie jest jedynie matką. Jest też człowiekiem. Jeśli będzie potrzeba większych szczegółów wypowiedzi w tej sprawie , to napisze coś więcej. Agnieszka Iwaszkiewicz
  • pade 06.06.15, 21:09
    Dziękuję za ten post.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • akn82 08.06.15, 10:38
    Bardzo dziękuję za Pani słowa. WAżne były te o nielineaności uczucia miłości. Męże też kiedyś kochałam "cielęco", potem normalnie, potem mnie irytował itd. Wydawały mi się te zmiany jakoś tam w normie.

    Sądzę, że mam dwa główne problemy. Z jednej strony, kiedy jestem przebodźcowana wybucham. To w zasadzie jest praca dla mnie, żeby wyłapać moment w którym zaraz będę się wściekać i znaleźć jakiś bardziej konstruktywny wentyl na te emocje, inny niż wrzask czy odepchnięcie dzieci.
    Ale to czego nie umiem to dać życzliwie córce znać, że ma przestać. Tego jest tak dużo, że musiałabym ją non stop instruować. Nie wiem, jak stawiać te granice by były respektowane i zapamiętane.
  • pade 08.06.15, 11:37
    "Ale to czego nie umiem to dać życzliwie córce znać, że ma przestać. Tego jest tak dużo, że musiałabym ją non stop instruować. Nie wiem, jak stawiać te granice by były respektowane i zapamiętane"

    Mówisz: Nie lubię być szarpana, nie chcę, żebyś na mnie wskakiwała, czy co tam jeszcze. W kółko i wciąż. Milion razy. Zapamięta za parę lat:)
    Przede wszystkim stawiasz osobiste granice czyli mówisz czego Ty nie chcesz, czy nie lubisz. Nie mówisz, ze tego się nie robi, czy nie powinno się, nie wolno, etc, ale wyłącznie o sobie.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • ola_dom 09.06.15, 11:00
    pade napisała:

    > Mówisz: Nie lubię być szarpana, nie chcę, żebyś na mnie wskakiwała, czy co tam
    > jeszcze. W kółko i wciąż. Milion razy. Zapamięta za parę lat:)

    A nie będzie tak, że potraktuje to jako "szum" i przestanie w ogóle słyszeć - podobnie jak ludzie mieszkający w pobliżu lotniska po jakimś czasie nie słyszą samolotów?
    Nie mam pojęcia, co lepszego akn mogłaby zrobić, wydaje mi się tylko, że takie "szumienie" może łatwo zostać ignorowane, jako "stały element krajobrazu". Ale może na dzieci to działa, inaczej niż na dorosłych, nie wiem - nie mam dzieci, więc pytam, głównie z ciekawości :).

    --
    Nic na świecie nie zostało sprawiedliwiej rozdzielone niż rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną ilość.
    (Jacques Tati)
  • froshka66 09.06.15, 11:05
    Odnosząc się do tego konkretnego przykładu.
    Nie, nie zapamięta za parę lat.
    Po prostu kiedy dziecko szarpie i wskakuje i co tam jeszcze – jasno i wyraźnie mówi się, teraz chce cię przytulic chwile i mam swoje zajęcia. Przytulanie będzie przed snem ( na przykład) – i skuteczne odseparowanie się od dziecka.
    Pozwalanie na szarpanie, wskakiwanie itp. – nie daje dziecku specjalnego bezpieczeństwa , natomiast na pewno uczy, że mam nie ma granic/ lub nie umie ich wyegzekwować – obydwie rzeczy są bardzo niedobre dla dziecka.
  • pade 09.06.15, 11:10
    Zapamięta. Moja zapamiętała. A uwielbiała mnie szczypać, bić piąstką, ciągnąć za włosy odkąd skończyła pół roku. Robiłam tak, jak opisałam i poskutkowało, z czasem.
    "Po prostu kiedy dziecko szarpie i wskakuje i co tam jeszcze ? jasno i wyraźnie mówi się, teraz chce cię przytulic chwile i mam swoje zajęcia. Przytulanie będzie przed snem ( na przykład) ? i skuteczne odseparowanie się od dziecka. "
    Ja miałam z tym ogromny problem. Nie chciałam, żeby córka czuła się odrzucona. Bardzo się tego obawiałam. Z drugiej strony nie miałam siły na notoryczny kontakt fizyczny.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • pade 09.06.15, 11:06
    Zależy jak się powie. Nie miałam na myśli mamrotania w kółko tego samego jak mantrę:) "nie dotykaj mojej twarzy, nie dotykaj mojej twarzy, niedotykajmojejtwarzy":D ale sytuację, w której np. córka zbliża rękę do twarzy matki, ta delikatnie ale stanowczo chwyta rączkę i mówi zdecydowanym tonem: nie chcę być dotykana w ten sposób, albo nie lubię. I tak za każdym razem.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • ola_dom 09.06.15, 11:28
    pade napisała:

    > córka zbliża rękę do twarzy matki, ta delikatnie ale stanowczo chwyta rączkę i mówi

    No właśnie - "gadanie" to jedno, ale chyba kluczowe w tej sytuacji jest działanie, kiedy dziecko uczy się, na co nie może sobie pozwolić. Same słowa - moim zdaniem - nie byłyby wystarczające.

    Dziękuję pade i froshko :)

    --
    Nic na świecie nie zostało sprawiedliwiej rozdzielone niż rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną ilość.
    (Jacques Tati)
  • pade 09.06.15, 11:35
    No tak:) Widzisz, to chyba dla mnie było jednoznaczne ten chwyt i słowa, razem, i dlatego takiej "oczywistości" nie opisałam. Dziękuję za zwrócenie uwagi:)

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • marsylvik 09.06.15, 12:22
    To jest chyba jedna z tych oczywistości nie dla wszystkich oczywista ;)
    Myślę, że to oczywiste, jeśli się swoje dziecko uczy powstrzymania się od robienia innym nieprzyjemnych rzeczy już od niemowlęcia, zanim zacznie mówić. Ktoś, kto nie ma dzieci, albo ten moment przegapił, albo nie pamięta jak to jest z niemowlakiem i małym dzieckiem (częsta przypadłość babć) może ten oczywisty błąd, a więc ograniczenie się do samych słów, popełniać, nie wpaść na tę oczywistość i dziwić się niepomiernie, że dziecko nie słucha :D
  • marsylvik 09.06.15, 12:13
    ola_dom napisała:

    > pade napisała:
    >
    > > Mówisz: Nie lubię być szarpana, nie chcę, żebyś na mnie wskakiwała, czy c
    > o tam
    > > jeszcze. W kółko i wciąż. Milion razy. Zapamięta za parę lat:)
    >
    > A nie będzie tak, że potraktuje to jako "szum" i przestanie w ogóle słyszeć - p
    > odobnie jak ludzie mieszkający w pobliżu lotniska po jakimś czasie nie słyszą s
    > amolotów?

    Masz rację, łatwo może do tego dojść... Ale mniej więcej wiadomo kiedy i dlaczego dziecko zaczyna traktować napominanie jako szum. Są dwa główne powody.

    Najczęściej wtedy, kiedy rodzic "prawi kazania", dlatego zaleca się krótkie komunikaty, albo wręcz umówienie się na sygnał. Rozmowa wyjaśniająca powinna być jedna, ewentualnie kolejna po dłuższym czasie, jeśli sądzimy, że dziecko nie rozumie lub zapomniało o co chodzi.

    Drugi najczęstszy powód ignorowania to brak konsekwencji, szeroko rozumiany. Jeśli za "nie" nic nie idzie, to "nie" nie będzie nic znaczyć. Dlatego lepiej dziecku nie mówić "nie" jeśli tak naprawdę myślimy "może trochę..." ;) Konsekwencja musi być konsekwentnie zawsze. Czyli dziecko zbliża palec do mojego oka, ja mówię konsekwentnie i za każdym razem "nie" a jeśli nie działa, to konsekwentnie egzekwuję, przerywam dzicku tę czynność. Łapiąc za rączkę, łaskocząc, zestawiając z moich kolan. Nie za ostro, ale i nie za łagodnie, to musi być skuteczne.
    Nie przejmuję się też zanadto rozpaczą dziecka. Zanadto, to ważne słowo, bo nie chodzi tu o zupełny brak wrażliwości na dziecko, tylko brak nieuzasadnionych wyrzutów sumienia u mnie. Dzieci, hmm, nie lubię tego słowa w tym kontekście, ale nie umiem teraz znaleźć lepszego... dzieci manipulują rodzicami. Wymuszają płaczem. Testują granice, nie zawsze uporem i złością, albo robieniem wbrew, często właśnie płaczem i demonstrowaniem poczucia krzywdy. No więc jeśli dziecko zna zasadę, wie, że nie można mi wsadzać palca w oko, a siedząc mi na kolanach robi tak mimo upomnień, to odsunięcie się od niego jest naturalną konsekwencją jego działania, które to dziecko musi się nauczyć przewidywać. I nie można mu w tym ulegać. Nawet jeśli płacze rozpaczliwie, nawet, jeśli ktoś stojący z boku źle zinterpretuje sytuację i powie mi, że jestem okrutna i odpycham dziecko :P

    Co ważne konsekwencja nie oznacza koniecznie siły. Ludziom się to myli, mylą okrucieństwo z konsekwencją. Ja to dziecko "zrzuciłam" z kolan, ale nie na zawsze, nie na strasznie długo. Najczęściej do czasu, kiedy dziecko potwierdzi, że zrozumiało i przyjęło do wiadomości, że ja nie chcę palca w oku, na przykład przeprosi, albo do czasu, aż coś odwróci jego uwagę, kiedy zapomni o sytuacji nie ma sensu utrzymywanie go z dala, to nie zemsta czy kara jest celem, tylko konsekwencja, działanie wychowawcze. Chodzi o to, żeby konsekwencja (w sensie przewidywalne następstwo, skutek niechcianego działania) była i była zawsze kiedy napomnienie nie działa.
  • marsylvik 09.06.15, 12:15
    No i jest jeszcze trzeci częsty powód: nadmiar zakazów, nakazów, upominań, w których dziecko się gubi i nie wierzy, że jest w stanie im sprostać. Więc albo tego nie ogarnia, albo mu wszystko jedno.
  • ola_dom 09.06.15, 12:42
    marsylvik napisała:

    > Chodzi o to, żeby konsekwencja (w sensie przewidywalne następstwo, skutek niechcianego
    > działania) była i była zawsze kiedy napomnienie nie działa.

    No właśnie - w dodatku trudno o wyegzekwowanie niewkładania palca w oko samym mówieniem.
    A akurat "konsekwencję" mam z domu wdrożoną aż nadto, jak mi się wydaje, więc to jest dla mnie oczywistość ;).

    --
    Nic na świecie nie zostało sprawiedliwiej rozdzielone niż rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną ilość.
    (Jacques Tati)
  • aandzia43 08.06.15, 12:38
    A neurolog badał twoją córkę? Czy w relacjach z rówieśnikami też bywa taka natrętna?

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • asia_i_p 08.06.15, 20:35
    Wbrew pozorom niekoniecznie będziesz ją musiała cały czas pouczać.
    Wybierz na początek tylko to jedno, co jest twoim zapalnikiem - dotykanie znienacka? odciąganie od tego, co robisz? (mnie, nie wiedzieć dlaczego, zawsze najbardziej wkurzało odciąganie od tego, czego nie lubiłam robić, odciąganie od przyjemnej czynności znosiłam dużo lepiej).

    Pięciolatka to już duże, rozumne dziecko, pogadaj z nią o tym. Że ci przykro, że się kłócicie, że nie chcesz się na nią złościć. Umówcie się na jakiś znak, że ma przestać, jej będzie mniej przykro, bo nie będzie ciągle słyszała "nie", no i będzie ten element porozumienia między wami, tajemnicy. Na moją córkę w tym wieku czasami to działało, bo przypomnienia słowne, zwłaszcza przy ludziach, budziły bunt.

    Z drugiej strony, niech ona też wie, że chociaż teraz prosisz o przerwę, to za moment będziesz dla niej, przytulisz, czy pogadasz.

    Jeżeli nie jesteś w stanie zareagować życzliwie, to znaczy, że reagujesz za późno. Jeżeli widzenie ci się zawęża, to już nie jest moment na "Kochanie, puść mamusię". To jest moment na "Córka, nie dotykaj mnie, bo eksploduję". Odkąd nauczyłam się ostrzej mówić, dużo rzadziej wybucham, a dla córki też bardziej do przyjęcia są konkretne komunikaty niż tiutiutiu, mama wróżka, a potem nagle smok. ;)

    Odpuść sobie konsekwencję i doskonałość, i u siebie i u córki pracuj nad jedną rzeczą na raz.

    Aha - i moim zdaniem nie analizuj zanadto własnych uczuć. Verdana i Vilez oceniają cię moim zdaniem dużo za ostro, ale w jednym mają rację - nie zastanawiaj się, czy dosyć kochasz córkę, tylko poobserwuj, czy ona się czuje dosyć kochana i bezpieczna.
  • marsylvik 08.06.15, 23:02
    asia_i_p napisała:

    > Wbrew pozorom niekoniecznie będziesz ją musiała cały czas pouczać.
    > Wybierz na początek tylko to jedno, co jest twoim zapalnikiem - dotykanie znien
    > acka? odciąganie od tego, co robisz?

    Racja :)

    > (mnie, nie wiedzieć dlaczego, zawsze najba
    > rdziej wkurzało odciąganie od tego, czego nie lubiłam robić, odciąganie od przy
    > jemnej czynności znosiłam dużo lepiej).

    O, nie jestem UFO! o_O
    Mam dokładnie tak samo :)

    > Z drugiej strony, niech ona też wie, że chociaż teraz prosisz o przerwę, to za
    > moment będziesz dla niej, przytulisz, czy pogadasz.

    Ważne.

    > Jeżeli nie jesteś w stanie zareagować życzliwie, to znaczy, że reagujesz za póź
    > no.

    Celne!

    > Jeżeli widzenie ci się zawęża, to już nie jest moment na "Kochanie, puść ma
    > musię". To jest moment na "Córka, nie dotykaj mnie, bo eksploduję". Odkąd naucz
    > yłam się ostrzej mówić, dużo rzadziej wybucham, a dla córki też bardziej do prz
    > yjęcia są konkretne komunikaty niż tiutiutiu, mama wróżka, a potem nagle smok.
    > ;)

    Ja się tego dopiero uczę, na razie wiem to bardzo dobrze tylko w teorii ;)

    > Aha - i moim zdaniem nie analizuj zanadto własnych uczuć. Verdana i Vilez oceni
    > ają cię moim zdaniem dużo za ostro, ale w jednym mają rację - nie zastanawiaj s
    > ię, czy dosyć kochasz córkę, tylko poobserwuj, czy ona się czuje dosyć kochana
    > i bezpieczna.

    Też prawda. Zdolność do zgłębiania się w siebie jest cenna, ale i z tym można przesadzić.

    I jeszcze jedno mi przyszło do głowy. Braku miłości do swojego dziecka, nawet cienia podejrzenia siebie o to, nie powinno się nigdy, nigdzie i przy nikim werbalizować. Do tej pory sądziłam, że kategorycznie trzeba tego unikać w stosunku do tego dziecka, ewentualnie kogoś, kto mógłby chlapnąć językiem, na zasadzie "dziecko ma prawo nie wiedzieć o tym, co sobie pomyślałam w chwili słabości, jeśli to miałoby je skrzywdzić". W tej chwili, po przeczytaniu tego wątku, sądzę, że nie powinno się tego robić wcale, no, może z wyjątkiem gabinetu psychoterapeuty, po wcześniejszym sprawdzeniu, czy drzwi na pewno są zamknięte i dźwiękoszczelne... To jest jednak straszliwe tabu, wyzwalające w ludziach najgorsze instynkty.
  • akn82 08.06.15, 10:25
    Dziękuję za konstruktywne wypowiedzi i tym osobom które starały się mnie zrozumieć i coś sensownego doradzić
    Częściowo wątek zaczął żyć włąsnym życiem, z podowiedzeniami kwestii których absolutnie nie było w wątku poczatkowym, te posty pominę.

    Myślę, że argument z "przgrzaniem się" jest trafiony. Zauważyłam, że nie lubię jak mi się przeszkadza podczas wykonywania czegoś co sobie zaplanowałam. Typu gotuję obiad a oni oboje na mnie wiszą, rzucają się i zachowują się głośno. Syn z natury jest dzieckiem bardzo żywiołowymi głośnym.

    Poświęcałam córce bardzo dużo czasu z nadzieją, że odpowiadając na wszystkie dziecięce potrzeby bliskości zaspokoję je i ona się wtedy łatwiej usanodzielni. Niestety była to mylna nadzieja. Poprawy nie widzę, a czuję oblężenia. Ona była taka od dnia 1. Sygnalizowałam swój niepokój wielu osobom ale wszyscy kwitowali że dziecko potrzebuje kontaktu z mamą. To jej go dawałam, bo nie wiedziałam co mam robić i jak ją z siebie zdjąć. Noce do ok. 3 roku życia wyglądały tak, że ona musiała na mnie leżeć i wiła się przez większość nocy miętoląc mi twarz, na różne sposoby. Jak ją zdjęcłam to się budziła. Chciałam karmić do samoodstawienia, ale też mnie zasypano radami, że jak odstwię to się przestanie budzić. Guzik! Tyle dobrze że karmiłam i tak długo.

    Nie mam syndromu matki cierpiętnicy. Nie to chodzi w ogóle. Ja się i potrafię na nią wkurzyć i odepchnąć. Sęk w tym, że wszystkim jest wtedy przykro a niczego to nie zmienia.

    Przez zwrot "oczko w głowie" nie miałam namyśli cielęcej miłości do księżniczki. W ogóle takie wychowanie u nas w domu nie było praktykowane. To był wasz zły trop. Sorry za prowadzenie w błąd.

    Problem jest taki, że w kontraście do córki jest syn - pogodny, śpiący większość nocy, Uśmiechnięty, samodzielny i odważny. No i córka jęcząca, uwieszona i nieco nieprzewidywalna, majstrująca przy twarzy i uszach wszystkich wokół. Tak część tych jej ataków jest kierowana do syna, ale czy to znaczy że może tak robić. On się też denerwuje. A z drugiej strony wiem, że ona tego nie kontroluje.

    Nie wiem co jeszcze mogę dopisać. DUżo kwestii poruszono i chyba nie wszytskie zapamioętałam.

    Pozdrawiam, :)
  • vilez 08.06.15, 10:32
    > Problem jest taki, że w kontraście do córki jest syn - pogodny, śpiący większość nocy, Uśmiechnięty,
    > samodzielny i odważny. No i córka jęcząca, uwieszona i nieco nieprzewidywalna, majstrująca przy twarzy i
    > uszach wszystkich wokół.

    Jedno dziecko lubisz, a drugiego nie. I to jest problem. Bardzo poważny.
  • akn82 08.06.15, 10:40
    Z jednym dzieckiem jest mi łatwiej żyć niż z drugim. AMeryki nie odkryłaś - cały wątek jest przecież o obawi, że jest tak jak mówisz.
  • vilez 08.06.15, 11:36
    A jednak Cię drażni, gdy stwierdzam ten prosty fakt- że nie lubisz jednego dziecka. Pomyśl, dlaczego.
    Między "żyje się łatwiej" a "nie lubię" zachodzi spora różnica.
  • aandzia43 08.06.15, 12:25
    Rany boskie! Vilez, jaka ja jestem szczęśliwa, że nie mam obok siebie w.realu ludzi z.zepsutymi hamulcami.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • vilez 08.06.15, 12:38
    Siebie masz.
  • verdana 08.06.15, 13:09
    To wcale nie jest tak, zę "normalne" jest lubienie spokojniejszego dziecka, a "nielubienie" tego, które sprawia problemy. Nie ma w tym absolutnie nic naturalnego - jest za to bardzo poważny problem, tym bardziej, zę Ty nie tylko jedno dziecko lubisz, a drugie nie, ale zamiast uznać, zę jest to Twój - i to poważny - problem, przerzucasz odpowiedzialność na dzieci. Masz jedno idealne, obdarzone samymi zaletami i drugie nieudane. Więc uznajesz, że udane bardziej zasługuje na Twoją miłość. Paradoksem jest jednak, że zdecydowałaś się na drugie dziecko widząc, jaka jest córka i najwyraźniej chcąc powtórzyć doświadczenie - albo jesteś masochistką, albo córka jednak przed narodzinami syna dawała Ci sporo radości. Teraz racjonalizujesz to,z ę jej nie lubisz. Nie ma to nic wspólnego z córką, tylko z Tobą samą.
    Znam takich ludzi - dwóch synów. Jeden kochany , drugi nie. Moi rówieśnicy. Niekochany powiesił sie na klamce mając lat 16 pod nieobecność rodziców.
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 13:15
    Verdano, czy trzeba tak drastycznie podwyższać napięcie "klamką"? Samo powieszenie nie starczy?

    Rzezcywistość jest jaka jest, jednych się kocha, do innych ma słabość, mimo, że to synkowie zakapiory, ale w konkrecie, to co zrobić ma ktoś, kto nie kocha / nie lubi dziecka? Chyba i tak tyko udawać...
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 13:22
    Ps. Ale jakbyście poczytali K. Schier "Krewni i znajomi Edypa" to by się bardzo ciekawie rozmawiało dalej w temacie roli poszczególnych dzieci... Pade, prosze, przeczytaj, to pogadasz ze mną, namawiałam męża, nawet rozdziału nie zdołał przeczytać, bo mu wątek się rwał:))), a jak mu opowiedziałam w skrócie, czemu dziecko ciągle chorowało przez ustawienie go w roli innej osoby i w celu nie zrywania obecności z matka, to nie proponował kupno szalika i oskarża Schier o jakąś kolosalną ściemę... Chyba tak od 30 lat nie ściemnia, ale zaczynam brać to jednak pod uwagę;)
    Ps.2 To też bardzo dobra książka dla osób z bliskimi dziećmi z anoreksją, astmą, zaburzeniami mowy, dzieci adoptowane, osób samych porzucownych w dzieciństwie lub z innymi traumami (bardzo podobny przypadek dziewczyny-maturzystki z anoreksją jak opisywała Asi, taki sam status majątkowy rodziców, tak samo zakończona terapia z rodzicami).
  • vilez 08.06.15, 13:38
    Verdana napisała, co ma taki ktoś robić. Nie udawać, przeciwnie.
    Chyba nie ma wiele gorszych rzeczy, niż być niekochanym dzieckiem, obserwującym jak rodzic kocha nasze rodzeństwo.
    Tutaj trzeba podjąć decyzję.
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 13:45
    Kochane, ale dla mnie jaśniej:))) Znaczy: lepiej zostawić dziecko niekochane i odejść z kochanym, bo to będzie mniejsza trauma dla niekochanego niż np. 1) bycie z obydwojgiem, 2) bycie z obydwojgiem z udawaniem uczuć, albo przynajmniej wypełnianiem rodzicielskich obowiązków (spanie z dzieckiem i dawanie się szarpać przez 3 lata do tego nie należy, raczej bym nawet się skłaniała ku tezie, że to dawanie się targać za twarz bylo właśnie nadużyciem wobec dziecka i może teraz się sprawa unormuje...).???????
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 13:48
    Kochane, ale dla mnie jaśniej:))) Znaczy: lepiej zostawić dziecko niekochane i odejść z kochanym, bo to będzie mniejsza trauma dla niekochanego niż np. 1) bycie z obydwojgiem, 2) bycie z obydwojgiem z udawaniem uczuć, albo przynajmniej wypełnianiem rodzicielskich obowiązków (spanie z dzieckiem i dawanie się szarpać przez 3 lata do tego nie należy, raczej bym nawet się skłaniała ku tezie, że to dawanie się targać za twarz bylo właśnie nadużyciem wobec dziecka i może teraz się sprawa unormuje...). ???????
  • pade 08.06.15, 13:16
    Czy Tobie się wydaje, że taki wpisami zmusisz autorkę do pokochania córki?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 13:39
    Może ją obudzi do myślenia?
  • asia_i_p 08.06.15, 21:03
    Mam wrażenie, że jestem w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Jak w tych dwuznacznych obrazkach. Wy z Verdaną widzicie dwa ludzkie profile, ja widzę dzbanek, wam kot schodzi, a mnie wchodzi.

    Ja widzę kobietę, która sobie wyobraziła, że miłość oznacza bezustanną cierpliwość i dawanie, i że taka miłość sprawi cud, dziecko się nasyci i ułatwi mu się kontakt ze światem. A potem się okazało, że cierpliwość się wyczerpuje, dziecko jest nienasycone i dalej, mimo wszystko, nie robi wrażenia szczęśliwego. Widzę przemęczoną kobietę, która nie może się dogadać z dzieckiem, nakręcają się nawzajem, im ona bardziej ucieka, tym ono bardziej goni.

    Ani fakt, że miłość do jednego dziecka jest łatwa, a do drugiego trudniejsza, rzadki nie jest, ani przemęczenie i nieumiejętność stawiania granic rzadkie nie są. Odkrywanie, że bezgraniczna miłość matki pozwoli życie dla dziecka poświęcić, ale już ciężko jest poświęcić kolejną nieprzespaną noc to też nie jakiś kosmos, tylko powiedziałabym większość z nas dokonuje tego odkrycia wcześniej niż przy pięciolatku.

    No ja widzę zbiór zwykłych codziennych problemów, owszem trudnych, wymagających pracy, zmiany podejście (obniżenia wymagań wobec dziecka i siebie), zmiany trybu życia (więcej czasu dla matki na skupienie się na córce w przyjemnych dla nich obu sytuacjach, więcej czasu wolnego dla matki w ogóle). Ale jednak problemów rozwiązywalnych. Nijak nie widzę powodów do samobójstwa, rozwodu i końca świata.

    Żeby dokonać jakichś zmian, trzeba mieć nadzieję, to, co wy z Verdaną piszecie, zabija nadzieję nawet we mnie stojącej na uboczu, więc ciężko mi sobie wyobrazić, jak ma tę dziewczynę skłonić do działania. Nie widzę, jak taka radykalna diagnoza, bez cienia nawiązania kontaktu z osobą, której ją stawiacie, może w ogóle pomóc.
  • froshka66 08.06.15, 21:18
    no cóż, sama prawda..
    Byc może nie ma wcale pomóc, być może ma tylko wykazać, jak autorka wątku jest beznadziejną matką a inne forumki wspaniałe.
    Akurat mnie wcale nie wykazało, ale może innym tak.
  • verdana 08.06.15, 22:13
    Naprawdę dobra matka kocha zawsze najmłodsze dziecko. Starsze muszą wiedzieć, ze przestają być zabawne i ze powinny wycofać się w cień, a nie wrzeszczeć czy domagać sie uczuć. "Oto jest Kasia" w najlepszym wydaniu.
  • marsylvik 09.06.15, 06:37
    Zawsze fascynowało mnie to zjawisko, które spotykam w takiej skali w zasadzie tylko w internecie: wymyślanie absurdalnych twierdzeń, wkładanie ich komuś w usta, a następnie dyskutowanie z nimi.
  • pade 08.06.15, 21:24
    to samo widzę


    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 21:43
    Ja myślę, że bardzo dobre jest to o dwuznacznych obrazkach, ale w innym sensie. Bo tez tak to odbieram, jak historię na dwóch tłach (coś jak w jednej książce:)))). To jak w drugim poście Akn - mąż jest aktywnym ojcem, ale jest apatyczny:) No, taka dwoistość natury:) Aktywny-apatyczny:) No to jaki??? Mnie ten wątek przykuł, więc sobie przeczytałam posty Akn o jej małżenstwie - nie mam pojecia o co tam chodzi:) Taki własnie dwuznaczny obrazek - zawsze było źle, potem superpoprawa, potem jednak mąż w sumie nigdy nie pracował i Akn zastanawia się nad wystąpieniem do sądu, ale w sumie to o co chodzi, że nie pracował, dzieci wychowywał, ale dzieci w żłobku i przedszkolu etc. Zawrót głowy:) Może zwyczajnie to dziecko jest skołowane i stąd te akcje z szarpaniem, etc. Myślę, że Verdana i Vilez piszą tak z intuicji, ale mogą się wcale nie mylić w ogólnej sytuacji dziecka, a ocena "moralna" nie ma tu wiele do rzeczy i nie trzeba w nią skręcać.
  • marsylvik 09.06.15, 07:25
    Mnie się bardziej kojarzy z oglądaniem rzeczywistego, trójwymiarowego obiektu przez różne osoby bez ruszania się z miejsca. Verdana i vilez patrzą na ten sam obiekt, co ja, inne osoby też. Tylko większość z nas stoi blisko siebie, a verdana i vilez patrzą tak jakby z drugiej strony. I to jest cenne, możemy sobie nawzajem opisać jak ten obiekt wygląda z każdej strony. A raczej moglibyśmy...

    Problem polega na tym, że ja, patrząc z innej strony, widzę co innego niż one, choć patrzymy na to samo, ale one nie chcą opisać do konkretnie widzą, wściekają się tylko, że nie widzę tego tak samo jak one. W dodatku uważają, że ten obiekt musi z każdej strony wyglądać dokładnie tak samo, jak wygląda patrząc z ich perspektywy, a jeśli ktoś twierdzi, że widzi zupełnie inne kolory niż one, tych opisywanych przez nie barw nie widzi, to znaczy, że nie chce zobaczyć. No i mam wrażenie, że ja mówię: chodź, podejdź tu, zobacz jak to stąd wygląda, a one: na pewno tak nie wygląda. Ja mówię: pokaż jak to wygląda z tamtej strony, jak tam do Ciebie dotrzeć, żeby to z Twojej górki zobaczyć? One nie chcą(?) podpowiedzieć, jak tam na to ich miejsce obserwacyjne dojść, sądzą, że ja celowo udaję, że nie wiem jak tam trafić, bo mi się po prostu nie chce, vilez wtedy zwykle odpowiada "już mówiłam, którędy". A pomiędzy nami labirynt "wnioskowania", przez który ja nie potrafię się przedostać i dość mocno podejrzewam, że one też wcale nie przez ten labirynt się tam wspięły, tylko jakąś maleńką, niewidoczną ścieżką na skróty... A może nawet po drodze zbłądziły i patrzą na zupełnie inny obiekt niż ja, tylko wszystkie mylnie sądzimy, że piszemy o tym samym? Chociaż nie, chyba na ten sam, tylko może za pośrednictwem krzywego zwierciadła zmieniającego kształty, proporcje a do tego jakiś filtr zmieniający kolory? Może widzą tylko jego odbicie i na próżno szukam ich drogi do tego obiektu, bo to na lustro trzeba spojrzeć, a nie na obiekt, żeby zobaczyć ten sam obraz co one? Tak, to ze zniekształcającym zwierciadłem i/lub filtrem by pasowało, wyjaśniało czemu chodząc dookoła i szczerze próbując odnaleźć tę ich perspektywę nie potrafię tego zrobić... Takie lustro wyjaśniałoby też czemu one, zwłaszcza verdana, czasem rzeczywiście widzi coś istotnego z perspektywy niedostępnej dla innych, może patrząc wprost nie da się niektórych rzeczy zauważyć?

    Tylko ten ich brak kontaktu... Ta wściekłość, że inni nie widzą tego tak jak one, to przekonanie, że to co widzą jest na pewno prawdziwą, pełną, właściwą, oczywistą i dostępną każdemu perspektywą, innej być nie może... Ataki personalne, jeżdżenie po kimś, kategoryczność ocen, zwłaszcza niepochlebnych. Przez to nie potrafię się w ogóle przedrzeć, żeby dotrzeć do czegoś wartościowego. Często pomaga mi "tłumacz", który to zauważy i to wskaże ;)
  • akn82 08.06.15, 13:40
    Verdano, znam Twoje wpisy od dawna. Wiem, że masz tendencję do radykalizacji tego co czytasz i wygłaszania sądów O LUDZIACH, a nie o tym co myślisz na temat tego co napisali lub tego co Tobie się wydaje że MOŻE zachodzić po przeczytaniu słów w internecie. W tym wątku dokonałaś tak daleko idącej nadinterpretacji moich słów (nie mam czasu na przekopywanie wątku w celu szukania cytatów), że wypada mi tylko podziękować za udział i zaangażowanie i poprosić o powstrzymanie się od kontynuacji.


  • verdana 08.06.15, 13:49
    Mam bardzo radykalne sądy na temat osób, które zdecydowały sie na drugie dziecko, a potem obwiniają pierwsze, że jest trudne do kochania. Rozumiem, ze chodziło Ci, aby wesprzeć Ciebie, Twoją trudną sytuację. O pogłaskanie po głowie. Nie radę, aby iść na terapię i uzyskać pomoc. Wsparcie dla córki uważasz za zbędne. I to wiele mówi.
  • akn82 08.06.15, 13:55
    Verdano wybacz, ale serio nie będę kontynuowała z Tobą rozmowy.
    Nie rozumiemy się, czytasz pobieżnie. Na terapii byłam i będę na nią wracać - pisałam o tym. Wątek jest o mnie i moich emocjach. Nie wiem i WIEDZIEĆ NIE CHCĘ skąd wniosek o tym, że wsparcie dla dziecka uważam za zbędne.
  • marsylvik 08.06.15, 16:02
    akn82 napisał(a):

    > Nie wiem i WIEDZIEĆ NIE CHCĘ
    > skąd wniosek o tym, że wsparcie dla dziecka uważam za zbędne.

    Hahahaha :D
    Wiesz co?
    Jestem przekonana, że verdana też nie wie i WIEDZIEĆ NIE CHCE skąd wniosek o tym, że wsparcie dla dziecka uważasz za zbędne ;)
  • verdana 08.06.15, 17:06
    Bardzo proste - skoro ktoś reaguje alergicznie na posty wspierające dziecko - jego dziecko - to trudno uznać, ze szczególnie mu na dziecku zależy. To nie jest obce dziecko.
  • pade 08.06.15, 17:29
    To była raczej alergiczna reakcja na atak i wzbudzanie poczucia winy.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 21:58
    A gdzie miałaś atak z mojej strony? Gdzie wzbudzanie poczucia winy?
  • pade 08.06.15, 22:05
    Vilez, nie wiem co masz z kompem, ale ja naprawdę nie piszę do Ciebie ani Tobie.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 08.06.15, 22:05
    Ależ to jest sytuacja, gdzie poczucie winy jest bardzo adekwatne.
  • pade 08.06.15, 22:09
    Poczucie winy nie zmieni sposobu myślenia.
    Może masz dobre intencje, ale cel nie uświęca środków.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 08.06.15, 22:12
    Ależ poczucie winy doskonale zmienia sposób myślenia - szczególnie w wypadku, gdy pora szukać winy (czy może nawet przyczyn, bo trudno mówić o winie w przypadku uczuć) w sobie, nie w pięciolatce.
  • pade 08.06.15, 22:26
    Toż od początku o tym piszę, zobacz mój pierwszy i drugi wpis w tym wątku.
    Nie obieram jedynie strony matki. Staram się widzieć szerzej.
    No i na mnie nie działa atak, pretensje, wzbudzanie poczucia winy. Nic sobie wtedy nie przemyślę, mogę się jedynie zacietrzewić. Natomiast spokojna sugestia, zrozumienie działają cuda.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • asia_i_p 08.06.15, 22:45
    Tyle, że do szukania przyczyn w pięciolatce (jeśli to szukanie w ogóle występuje, bo ja widzę tylko opis tej pięciolatki, ale mogę się mylić) doprowadziło prawie na pewno poczucie winy. Że jak można się złościć na własne ukochane dziecko.
    Doładować jej jeszcze poczucia winy, sugerując, że krzywdzi dziecko i najlepiej, żeby zniknęła z jego życia, to utrwalanie sytuacji, nie jej zmienianie.
  • verdana 08.06.15, 22:56
    To, co mnie najbardziej niepokoi, od pierwszego postu właśnie, to jest uzasadnianie, dlaczego tego dziecka nie da sie kochać i ze to jest może przykre, ale zrozumiałe. Złość na dziecko jest absolutnie czym innym niż gwałtowny spadek zainteresowania i obojętność.
    Ależ ona naprawdę krzywdzi dziecko. Nawet, jeśli tego nie chce. I przykro mi, tu ważniejsze jest dziecko, niz uczucia dziewczyny. Czasem w takiej sytuacji nie jest źle, jak matka zniknie na pewien czas, zamiast być fizycznie , ale jednocześnie uczuciowo odległa.
  • asia_i_p 08.06.15, 23:19
    Według mnie ten spadek zainteresowania jest z jednej strony zwykłym wynikiem przemęczenia, z drugiej strony wynikiem lęku. Przebywanie z córką oznacza "atak" (w cudzysłowie, bo dziecko nie ma intencji atakować) fizyczny, który budzi złość, na którą autorka się nie godzi, więc ucieka od dziecka i swojej złości (od tego drugiego chyba bardziej, ale tu już mogę dopisywać swoje własne problemy). Napisała zresztą, że boi się wejść do pokoju, w którym jest córka.

    To nie jest przypadek "córka się znudziła", to jest przypadek "nie radzę sobie ze złością". Ta złość jest dla autorki takim tabu, że w połowie wątku zdołała się do niej przyznać. Nieokreślony "odpływ uczuć" brzmiał dla niej lepiej, paradoksalnie dużo bardziej za niego oberwała.

    Krzywdzi dziecko to jest za mocno powiedziane, bo zakłada jednak jakąś intencję. Na pewno dziecko jest w krzywdzącej sytuacji. Ale nie bardzo da się mu pomóc jeszcze matkę od niego oddzielając. Matkę trzeba oswoić z jej złością, bólem, rozczarowaniem. To nie jest normalne, że przez pięć lat atakowana fizycznie odbierała to prawie z zachwytem, angażowana do zabaw 12 godzin na dobę wzruszała się każdą wieżą z klocków. Da się czuć naraz złość i miłość, zmęczenie i miłość, chęć zamknięcia się w wieży i miłość, ale sobie trzeba na to pozwolić.

    Na pewno natomiast cenna jest rada, żeby się oderwała od siebie i skupiła na dziecku. Tylko ja to rozumiem w ten sposób, że powinna na moment w ogóle przestać rozkminiać, jaką jest matką, tylko przyjrzeć się, czego córka potrzebuje, i jej to dać. Godząc się z tym, że danie tego nie oznacza końca problemów oraz "i żyli długo i szczęśliwie" - bo tu też widzę problem, mam wrażenie, że autorka liczyła, że miłością i dopieszczaniem zmieni temperament córki.

  • marsylvik 08.06.15, 23:38
    asia_i_p napisała:

    > Na pewno natomiast cenna jest rada, żeby się oderwała od siebie i skupiła na dz
    > iecku. Tylko ja to rozumiem w ten sposób, że powinna na moment w ogóle przestać
    > rozkminiać, jaką jest matką, tylko przyjrzeć się, czego córka potrzebuje, i je
    > j to dać.

    Dla mnie dodatkowo cenne jest to, że przetłumaczyłaś z verdanowego na nasze ;)
    Wbrew temu co może się wydawać, bo się często na verdanę wkurzam, ja cenię sobie jej wczucie się w sytuację dziecka i pewien rodzaj instynktu, zauważenia ważnych dla całości sytuacji szczegułów. Mnie one często umykają. Ale samodzielnie rzadko potrafię je z tych jej tektów wyłuskać, przeszkadza mi forma wypowiedzi, jednostronność spojrzenia itp. Udaje mi się to dopiero kiedy ktoś, tak jak Ty teraz, powtórzy jej słowa w bardziej przystępnej i przyjaznej formie. I myślę, że tak samo trudno jest to zauważyć osobom, którym ona... hmm... "doradza" :P
  • marsylvik 08.06.15, 23:26
    verdana napisała:

    > To, co mnie najbardziej niepokoi, od pierwszego postu właśnie, to jest uzasadni
    > anie, dlaczego tego dziecka nie da sie kochać

    Innymi słowy najbardziej niepokoi Cię Twój własny wymysł. Ona nigdzie nie uzasadniała, dlaczego tego dziecka nie da się kochać, wręcz odwrotnie, pisała, że zachowanie dziecka jest w jej ocenie w normie.

    > Ależ ona naprawdę krzywdzi dziecko. Nawet, jeśli tego nie chce. I przykro mi, t
    > u ważniejsze jest dziecko, niz uczucia dziewczyny.

    Ależ Ty naprawdę przygniatając dodatkowym ciężarem przeciążonych rodziców krzywdzisz dzieci, nawet jeśli tego nie chcesz. W co, jak pisałam, wierzę, wystarczająco długo czytam Twoje wpisy. I przykro mi, dla mnie też ważniejsze jest dobro tego dziecka i tej matki, niż Twój komfort, dlatego Ci to piszę.

    > Czasem w takiej sytuacji nie
    > jest źle, jak matka zniknie na pewien czas, zamiast być fizycznie , ale jednoc
    > ześnie uczuciowo odległa.

    W sytuacji jaką sobie wyobrażasz, a niekoniecznie w tej, która tu zaistniała.
    Nie znasz skali ochłodzenia uczuć, nie wiesz z czego to wynika, jak się objawia, ani na dobrą sprawę, czy ono w ogóle zaistniało. Równie dobrze mogło tak być mylnie nazwane.

    Wiesz co? Sądzę, że jestem na taką postawę jak Twoja trochę przewrażliwiona. Moja mama ma ewidentnie dużo empatii, wysokie IQ, a przy tym wyraźny rys paranoiczny. I zastanawiam się, czy Twoje dzieci mają (albo będą miały) z Tobą taki problem, jak my obie z naszą mamą. Ja wiem, że jak będę w poważnym kłopocie, to ona zawsze mi pomoże. Najpierw pomoże. Doceniam. Ale... Potem... potem za to zapłacę... Boję się ją poprosić o cokolwiek, zwierzyć się jej, bo podzielenie się z nią problemem oznacza dla mnie dodatkowy problem w postaci uspokajania jej, odkręcania jej chorych, czarnych, skrajnych, wręcz nieprawdopodobnych wizji sytuacji. Jej wyobraźnia w sytuacji, którą odbiera jako zagrożenie albo moją krzywdę jest dzika i niepohamowana. I ja mam wtedy dwa problemy, albo przynajmniej półtora, zamiast jednego. I mam ten problem z mamą przed sobą do przerobienia, jak bieżące ogarnę.
  • zuzi.1 08.06.15, 23:38
    Ale zes Marsylvik trafnie rozpracowala Verdane, zgadzam sie z Twoimi wnioskami.
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 17:54
    Verdano, wydawało mi się, że piszesz zupełnie od czapy na początku, ale ten post aż mnie przeszył. Tak trochę w "odwrotności" pozycji się czułam, jak moja mama zaczęła swoje terapie (zresztą kiedyś taki wątek stworzyłam o negatywnym wpływie terapii na bliskich). To jest bardzo celne - i tak często się czułam - taka opozycja - gdzie dobro dziecka nie jest dobrem rodzica i faktycznie występuje taki swoisty dystans. Chyba już rozumiem, czemu mnie ten wątek tak przykuł.
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 18:14
    I na innych jeszcze poziomach. Kurczę, Verdano, znowu mam wrażenie, że Ty faktycznie umiesz się wczuć w dzieci, mi to chyba kiepsko wychodzi właśnie z uwagi na własne dzieciństwo. Normalnie mnie zmroziło, że pewnych spraw od razu nie umiałam powiązać. Szacun, jak to mówią:)
  • pade 08.06.15, 21:28
    To się często zdarza. Ta sytuacja, kiedy dobro dziecka nie jest dobrem rodzica. Tylko nikt tego nie rozkminia. Nie ma takiej relacji, w której rodzic zaspokaja wszystkie potrzeby dziecka. Nawet w bajkach.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 21:51
    Ale chodzi o wybór i w ogóle kwestie odbioru. To jak z tym też "zachwytem" nad dziećmi - są osoby, które zawsze chłodno dzieci oceniały, są takie, które i dorosłymi dziećmi się zachwycają, nawet na forum dwie takie matki kojarzę, ale nie będę ich przywoływać, ale zawsze ochy i achy nad dziećmi, nad synkami i córeczkami:))). Nie będę podwać przykładów które znam z osobistego życia, ale jestem pewna, że wiele osób zna takie przykłady ze swojego życia.
  • pade 08.06.15, 22:10
    Jaki wybór?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 23:40
    Pade, no wiesz, że każdy ma swój priorytet i swoją linię życia, ale dla matki i tak priorytetem będzie (albo nie) priorytet dziecka.

    Pade, tak ładnie napisałaś Verdanie o obsadzaniu ról. Właśnie o tym też jest ta książka:) Może Ty znasz jeszcze jakąś o takim obsadzaniu ról i mi polecisz? W tej K.S. jest dużo wg mnie (ale jako laika) odniesien do sytuacji tu opisywanej - np. spanie z dzieckiem, tez tam było takie dziecko zasypiające położone na matce, KS. uważa to za duże nadużycie wobec dziecka, może to też jakoś jest powiązane z relacją intymną z mężem, o której pisała gdzieś Akn. Też dzieci są zupełnie inaczej traktowane, nawet zależy jak się rodziły, były poczęte, etc.
    Ktoś kto się zna w temacie zaraz by to ładnie wytłumaczył, może też Akn ta książka się spodoba, tym bardziej, że pisze o terapiach. Chociaż zaraz mi się wydaje, że może to bujda i dlatego tak mi też brakuje kogoś, kogo by to zainteresowało i się wypowiedział.


    Sorry, że ja tak mono, ale jestem taka samotna z przeczuciem, że ktoś umie dostrzec takie niewidoczne dla uczestników sprawy, że bardzo mi brakuje kogos z kim mogłabym jakoś się podzielić myślą:)

    W ogóle to ta książka jest w sumie straszniejsza niż niejeden horror, bo to jest taki horror z gatunku "niewidoczne".
  • marsylvik 08.06.15, 23:43
    Nieprawda :P
    Słyszałam taką bajkę. To było w zerówce, więc słabo ją pamietam... Ale może ktoś rozpozna.

    Była to bajka o królewnie, która była tak rozpieszczona, że nigdy nie płakała. Potem były jakieś przygody, zdaje się, że jej bracia zostali pozamieniani w kamień, odczarować ich mogły tylko jej łzy. A ona nie umiała płakać.

    Nie pamiętam jak się bajka skończyła.

    Pamiętam, że złe doświadczenia, frustracja, ból i umiejętność płakania są potrzebne. I bajkę, że taka była. Chyba zrobiła na mnie wrażenie :)
  • asia_i_p 08.06.15, 23:52
    To z "Klechd sezamowych" Leśmiana.
    "Płakałabym chętnie, płakałabym rada, lecz nie umiem płakać, choć płakać wypada".
    Tu masz Klechdy sezamowe na stronie wolne lektury.
    To będzie "Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze".
  • marsylvik 09.06.15, 07:34
    O, dziękuję! :)
  • asia_i_p 08.06.15, 20:39
    Verdana, to że ktoś reaguje alergicznie na sugestię, że jest potworem, przez którego dziecko powiesi się na klamce, dowodzi tylko tego, że jest - nie znam osoby, która nie zareagowałaby alergicznie na coś takiego.
  • asia_i_p 08.06.15, 20:43
    że jest - w sensie, że w ogóle istnieje, nie że jest tym potworem, rzecz jasna. Gdyby autorka nie zareagowała alergicznie na twoje i Vilez oceny, tylko powiedziałaby "Aha, już wiem, nie lubię dziecka, macie rację", to doszłabym do wniosku, że to fejk.
  • verdana 08.06.15, 22:10
    Ale dziewczyna nie reaguje alergią na oskarżenia, że jest potworem, tylko, ze nie dziecko jest winne, ze jest niekochane. Rozumiem wiele rzeczy - chęć uduszenia dziecka, "wyjście z siebie", marzenie o porzuceniu wszystkiego i zaszyciu się samotnie w głuszy - bo się ma wszystkiego dosyć, dzieci męczą, życie własne znikło. Rozumiem, nie czepiam się, to normalne. Tu jednak nie ma mowy o tym "dzieci mnie męczą". Jest przenoszenie na córkę odpowiedzialności za to, że nagle przestała być kochana czy budzić zainteresowanie. I to jest nie do przyjęcia.
  • pade 08.06.15, 22:12
    I to można wyjaśnić w bardziej przystępny sposób, bez sugestii rozwodu etc.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • asia_i_p 08.06.15, 22:40
    W pierwszym poście pada pytanie "Jak odnaleźć w sobie bezwarunkową miłość?". Nie "Jak zmienić córkę?"

    Jeżeli szuka "uzasadnień" odpływu uczuć, to nie dlatego, że uważa, że jest w porządku, tylko dlatego, że jest zmiażdżona poczuciem winy - tak mi się wydaje. Ja mam wrażenie, że unikanie zdań "dzieci mnie męczą", "dzieci mnie wkurzają" wynika z tego, że ona nie akceptuje faktu, że ją męczą i wkurzają. I dokładanie jej poczucia winy nie spowoduje, że cokolwiek się ruszy. Natomiast może jej pomóc świadomość, że zmęczenie i wkurzenie jest normalne, tylko trzeba zadbać, żeby dziecko przy tym nie obrywało.

    Poczucie winy utrudnia zmianę. Pamiętam, z jakim niedowierzaniem przeczytałam to zdanie i jakiego mi potem pozytywnego kopa dało.
  • verdana 08.06.15, 22:53
    Nie, mnie się jednak wydaje, ze nie. Że Autorka chce właśnie tego, co dostaje - przyznania, ze ma prawo do takich uczuć, że po urodzeniu kolejnego dziecka starsze ma prawo nudzić. Nie bardzo rozumiem nieakceptowania tego, że dzieci męczą, a zaakceptowania tego,z e starsza córka jest winna temu, że przestało sie ją kochać.
    Poczucie winy czasem rzeczywiście utrudnia zmianę. W tym wypadku jednak tę winę przerzuca się na pięciolatkę. Akurat tu poczucie winy jest początkiem zmiany - poczucie, ze zmiana uczuć do dziecka jest tylko problemem matki i to ona musi się zmienić. A nie poczucie, ze zmiana uczuć wypływa z tego,że dziecko nie jest takie fajne, jak kolejne i to ono jest własciwie winne.
  • asia_i_p 08.06.15, 23:07
    Tak to rozumiesz, ponieważ jest dla ciebie oczywiste, że można czuć zmęczenie i złość. Dla mnie to nie było oczywiste, stąd moje podejrzenie, że dla autorki też oczywiste nie jest.
    Stąd ja mam wrażenie, że to napomknięcie o "emocjach" w pierwszym poście to jest bardzo oględna próba podejścia do tematu, który autorkę przestrasza - tematu swojej złości na dziecko.
  • danaide 08.06.15, 23:29
    > To wcale nie jest tak, zę "normalne" jest lubienie spokojniejszego dziecka, a "nielubienie" tego, które sprawia problemy. Nie ma w tym absolutnie nic naturalnego

    aaa... Rozumiem, że naturalnym i normalnym jest lubienie koleżanek agresywnych, upierdliwych, marudzących, narzekających, naruszających Waszą intymność, wpiszcie co chcecie; normalnym jest unikanie fajnych babek?
    I wszystko jasne!

    I zaraz podniesie się lament, że nie o koleżankach, ale o dzieciach. A jak dziecko to odpowiedzialność!!! ponoszenie konsekwencji!!! nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina!!!

    Kochać i lubić dziecko to jedno. Ale każda matka ma święte prawo nie lubić określonych zachowań swojego dziecka. Bez żadnego poczucia winy z tego tytułu. W momencie zidentyfikowania takich zachowań należy - o ile nie stoją na przeszkodzie wyraźne względy medyczne - dążyć do ich korekty. Aby przez parę takich zachowań nie "znielubić" całości.

    A korekta? Osobiście polecam nieodmiennie Jespera Juula: granicami dla naszych dzieci są nasze potrzeby. Zatem żeby stawiać dziecku granice trzeba zidentyfikować jednoznacznie potrzebę: choćby nietarmoszenia twarzy. Komunikować od oporu metodami adekwatnymi do sytuacji.

    Akn, świetny wątek!

    --
    Kiedy Wy macie czas na te fora? Dwa miesiące zabrała mi zmiana sygnaturki.
  • danaide 08.06.15, 23:34
    PS. Ostatnio przeczytałam w sieci fragment artykułu, chyba z "gagi", coś o tym dlaczego matki wychowują inaczej dziewczynki i chłopców. O trudnej relacji jaką ma matka z córką, o rywalizacji, starzeniu się, o aspektach, których nie ma przy wychowywaniu chłopców. Ponieważ nie mam wykupionego dostępuj to sobie nie poczytałam, ale może ktoś dotarł do całości?

    --
    Kiedy Wy macie czas na te fora? Dwa miesiące zabrała mi zmiana sygnaturki.
  • akn82 08.06.15, 13:50
    Jako że pojawiło się wiele niedomówień i niejasności powinnam chyba wyartykułować, że jestem świadoma jakie to, o czym piszę może mieć konsekwencje i chyba bardziej "budzić" mnie już nie trzeba. Wszak wątek nie jest o dłubaniu w nosie.

    Może powinnam przeformułować mój problem. Chodzi mi o to, że przestałam się "rozpływać" przy kontakcie z córką. Zbiegło się to w czasie z narodzinami drugiego dziecka. To co mnie zastanawia i niepokoi to, to czy spadek intensywności uczuć wobec córki (np. jej uśmiech nie budzi we mnie już takiego zachwytu jak kiedyś, rysunki interesują mniej oraz np. nie mam ochoty słuchać jej po powrocie z przedszkola, generalnie nie popadam w zachwyt nad tym co robi, jak robi itp) jest pewną przemianą relacji z dzieckiem spowodowaną przykładowo czasem trwania tej relacji czy może to się nie zdarza. Może wszyscy rodziece czują tylko narastającą miłośc rodzicielską wobec dzieci albo conajmniej constans?

    Ja nie mam siły już znosić natarczywości fizycznej. Dawałam rade, ale jak się okazało że faktycznie w rzeczywistości istnieją dzieci "ksiązkowe" którym da się zabawki - to się pobawią, które wybudzą się w nocy raz czy dwa, które zainteresowane są zajęciami dla maluchów; aktywnym udziałem a nie wychylaniem się zza pleców mamy, które potrafią się przytulić i odejść do swoich spraw a nie rzucać się i obijać, to poczułam jakieś takie rozgoryczenie i właśnie spadek pozytywnych emocji, które wiązałam z byciem jej mamą. JA ze swojej strony dałam jej co mogłam ale ten napór na moje ciało doprowadza mnie już do obłędu. Czasem nie wchodzę do pokuje gdzie ona jest bo boję się, że znów będę "placem zabaw".

    Nie wiem na ile obwiniam ją, za moje uczucia. Nie wątpliwie mi to przeszkadza. A może już się nazachwycałam samą córką i nie mam potrzeby wpadać w zachwyt nad budowlą z kolocków czy zrobionym warkoczykiem?

    Byliśmy teraz na wyjeździe. Zobaczyłam córkę w akcji z dziećmi. Byłam pod wrażeniem. Wygłupiała się bawiła i śmiała w głos. To było niesamowite zobaczyć ją w żywym kontkacie z grupką dzieci. Wypoczełam i cały ten wyjazd pozwolił mi spojrzeć na sprawę inaczej. Jestem przemęczona, zestresowana pracą i innymi sprawami życiowymi. A jej zachowanie tylko dokłąda się do tego zmęczenia. Zachowanie i brak nadzieji na szybką poprawę...
  • pade 08.06.15, 14:07
    Tak, ten zachwyt mija z wiekiem dziecka a natarczywość może wykończyć psychicznie. Jesteś normalna😉

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 08.06.15, 14:26
    Bardzo nieładnie i niesprawiedliwie potraktowałaś Verdanę, zatem i ja Ciebie nie będę oszczędzała.

    Otóż, uważam, że przebudzenie jeszcze przed Tobą. O ile dojrzejesz do odpowiedzialnego macierzyństwa.
    W ramach dojrzałego i odpowiedzialnego macierzyństwa znajduje się np.:
    1. Zrozumienie tego prostego faktu, że dziecko sobie swoich specyficznych uwarunkowań osobowych nie wybierało.
    2. Dziecko jest zależne od Ciebie i od tego, jak je traktujesz i potraktujesz.
    3. Miłość to nie zachwyty ani ciumkanie nad dzieckiem. Ale wysłuchiwanie tego, co dziecko ma do powiedzenia, gdy wraca z przedszkola - już tak, oglądanie rysunków- tak.
    4. Miłość oczywiście nie jest constans, ale brak miłości do miłości jednak nie należy.
    5. Nie karze się dziecka za własny brak umiejętności rozpoznania sytuacji ani stawiania granic.
    6. Nie karze się dziecka za własne przemęczenie.
    7. Nie traktuje się dziecka w ten sposób: "dałam, co mogłam" (i w domyśle- już nie dam, bo to się nazywa porzucenie. Emocjonalne i uczuciowe.
    8. Zastanawia się i to wnikliwie,dlaczego córka potrafi się śmiać przy innych, a przy mnie staje się "nieznośna" (cokolwiek to ostatnie znaczy).
    9. Zastanawia się , i to bardzo wnikliwe, nad swoją odpowiedzialnością za sprowadzenie drugiego dziecka na świata w tych warunkach (owej ":nieznośności" córki" i własnej n- oraz męża- niewydolności wychowawczej).

    Verdana ma całkowitą rację z tym przerzucaniem na córkę "winy" za to, co czujesz do niej i jak znajdujesz się w sytuacji. Jest coś okrutnego w tym, jak patrzysz na to wszystko. Słyszę tylko zainteresowanie sobą. A gdzie ona w tym wszystkim? Nie słyszę w Twoich słowach poczucia odpowiedzialności za to, co się z NIĄ dzieje. Już teraz się dzieje. (Pisałam o tym, o jej potrzebach-nie odpowiedziałaś).
    Wyobraź sobie teraz, że nie tylko Ty tak traktujesz swoje (załóżmy- trudne) dziecko. Ma go dość nauczyciel (bo "trudne"), koleżanki i koledzy, sąsiedzi itd. A przecież oni mają mniejsze zobowiązanie- społeczne i uczuciowe- wobec Twojej córki, niż Ty. Kto, jak nie rodzic, ma pomóc takiemu dziecku? No kto?
    Zobowiązanie leży po stronie osoby dorosłej. I bliskiej.
    Jest jeszcze możliwe, że to nie po córki stronie jest "powód materialny" (owe ciągoty cielesne). Terapeuta nie stwierdził problemów po stronie córki, jak piszesz. Może jest rzeczywiście tak, że jej za mało dajesz siebie, że córka wypełnia w ten sposób jakiś niekorzystny obszar niedosycenia (emocjonalnego? potwierdza swoje bezpieczeństwo? skąd u niej taki lęk separacyjny?). Nie odrzucałabym na Twoim miejscu tej myśli, bo to jak łatwo ją "odstawiasz" może być wskaźnikiem tego, że coś jest na rzeczy.



  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 14:34
    Vilez, wiem, że przestałam dla Ciebie kiedyś istnieć, ale może zrobisz wyjątek i też byś przeczytała tę książkę K. Schier i ze mną porozmawiała? Tak generalnie to trochę się z Tobą zgadzam, tylko myślę, że Ty masz wysokie standardy do dzieci w sobie, może z racji normalnej rodziny pochodzenia,i takie standardy mogą być dla niektórych zbyt wysokie, ale jednak najzdrowsze w jakimś sensie.
  • vilez 08.06.15, 14:34
    Ps. Jeszcze jedno. Co do męża. wykazujesz zadziwiającą tolerancję dla jego uwarunkowań (słaba relacja emocjonalna z dziećmi, nie pomaga Ci)- na tle braku tolerancji dla uwarunkowań córki. A przecież to mąż nie wykazuje się w roli ojca i męża. Dziwne to jest.
  • akn82 08.06.15, 14:53
    Rany, pisałam że mąż jest kompetentnym ojcem. On się nimi zajmie kompleksowo jak trzeba.

    Prawdopodobnie ma zaburzenia osobowościowe, w skutek których jest emocjonalnie nieco z boku- bardzo oględnie rzecz ujmując.
    Trudno na razie powiedzieć, bo jest w trakcie terapii.
  • paris-texas-warsaw 08.06.15, 15:08
    A to ten mąż niepracujący zajmujący się dziećmi? Może jak on ma takie zaburzenia i zajmował się córką na co dzień, to ona teraz przez jakieś swoje psychiczne deficyty tak się zachowuje i najlepiej, żeby się nią zajął psycholog? Nie wiem, jak osoba wycofana emocjonalnie może kompleksowo zająć się dziećmi - zajęcie się dziećmi to stała emocjonalna gotowość na wysokich obrotach w zasadzie. SI może swoją drogą, a wychowanie swoją.
  • akn82 08.06.15, 14:50
    W moim odczuciu Verdana się zagalopowała i za daleko popędziła.

    Przemyślę, to co napisałaś. Teraz tylo dopytam:

    gdzie pytałaś o jej potrzeby - umknęło mi.

    punkty 1 i 2 rozumiem; 3 - słucham jej, ale mi się nie zawsze chce; 4 wątek jest powątpiewaniem a nie deklaracją braku miłości; 5 i 6 nie wiem czy ją karzę? Jak ją karzę?; 7 na chwile obecną nie jestem w stanie wykrzesać z siebie więcej cierpliwości i to mnie martwi. Innych form stawiania granic się uczę, na efekty trzeba czekać też wiem, co nie znaczy że jest to dla mnie łatwe (ani nauka ani czekanie); 8 przy mnie też się śmieje i jest tak samo napasatliwa niezależnie od tego czy sa inni czy nie. Chodziło mi o obserwację dziecka w grupie, bo do przedszkola z nią nie chodzę; 9. Dziwne ujęcie tematu, niewydolność wychowawcza? Daleko posunięte insynuacje.

    Wątek jest o mnie, dotyczy mnie i na sobie chcę się w nim skupić. Kwestię dziecka zostawiam na boku. głównie dlatego że w moim odczuciu skupiałam się na niej cały czas non stop, zapominając o sobie i swoich granicach.

    Reszta to twoja projekcja. dlaczego miałabym jej nie pomóc i nie wesprzeć. Oligofrenopedagog diagnozował ją pod kątem SI. Jako że terapeutyzuje dzieci z autyzmem i aspargerem dopytałam czy powininśmy iść w tym kierunku ale odpowiedź była negatywna. Nie wiem czy jest sens ją jescze badać w innym kierunku.

    Czy jej za mało daję? Wydaje mi się, że dostała max i zdecydowanie ponadprogram tego na co byłam przygotowana jako mama. nie wiem czy kwestia jest w tym że za mało czy w tym, że ona potrzebuje czegoś innego niż dostała? Próbuję z dzieckiem rozmwaiać. Ona jest rezolutna i potrafi się określić co do swoich potrzeb.


    Co to znaczy, że łatwo ją odstawiam? Kogo? Córkę czy myśl?
  • verdana 08.06.15, 14:57
    Twoje wyjaśnienie pokazało jednak, ze nie.
    Nie, bo tłumaczysz swoje uczucia tym, ze okazało się, ze córka jest gorsza od nie sprawiającego problemów brata.
    Kary sa tu nieistotne. Cierpliwość też, doskonale rozumiem brak cierpliwości. Nikt nie mówi, że krzywdzisz dziecko w jakikolwiek czynny sposób. Po prostu pozwalasz sobie jej nie lubić, wyszukując różnorodne ku temu powody.
    Wątek, w którym problemem jest fatalna sytuacja dziecka, które zostało uczuciowo odsunięte nigdy nie będzie tylko wątkiem o problemach matki.
    Jest nieistotne, ile Twoja córka dostała - Ty o tym decydowałaś i Ty jesteś odpowiedzialna. Ważne jest to, że nie można sobie przy 5-latce powiedzieć "dostała max i coś z tego powinno wyniknąć". Na pewno nie można powiedzieć "dałam z siebie ile mogłam i teraz dłużej nie dam rady dawać" - to jest dobre, jak dziecko ma lat 18.
  • vilez 08.06.15, 16:03
    Nie chce mi się wyszukiwać tego, co Tobie pisałam (wiem że pisałam), mniejsza z tym.
    Mam dwoje dzieci dys. Oboje z SI. Moim zdaniem Twoja córka nie ma SI. Ale nie jestem specjalistą.
    Resztę odpiszę wieczorem, bo teraz wyjeżdżam do pracy.


  • vilez 08.06.15, 21:57
    Jużem.
    Zatem tak. Nie rozumiem, jak możesz rozdzielać swoje emocje i usytuowanie swojej córki. Przecież to się warunkuje. Pisałam Ci wcześniej, że moim zdaniem to chodzi o POSTAWĘ. Postawa jest wcześniejsza, niż emocje. Emocje wynikają (także) z postawy.
    Zasadniczą rzeczą w tej postawie, która mi tu solidnie nie gra, jest Twoje nierozeznanie sytuacji córki właśnie- tak, jakbyś była zdziwiona, że wraz z narodzinami jej brata, córka zaczyna więcej lgnąć do Ciebie. Przecież to oczywiste, że lgnie bardziej. I córka powinna to WIĘCEJ od Ciebie dostać. To jest też oczywiste- dziecko jest zazdrosne, zachwiało się jej poczucie bezpieczeństwa (czyt. dostęp do rodzica). A Ty, zamiast jej więcej dać, dajesz jej mniej. Z jakiego tytułu postępujesz tak osobliwie? Wygląda na to, jakbyś sama nie była przygotowana na rozwój sytuacji, a przecież ten rozwój był przewidywalny.
    Dalej- jeżeli jest tak, jak dziewczyny wyżej piszą, że dawałaś córce ZA DUŻO, i chciałaś to naprostować, to wybrałaś najgorszy możliwy czas na takie naprostowywanie. NIGDY, ale to nigdy, nie zaprowadza się takich korekt w momencie narodzin kolejnego dziecka. W momencie narodzin kolejnego dziecka trzeba bowiem starsze dziecko/dzieci rozpieszczać, a nie- traktować bardziej surowo, niż dotychczas. Wszystkiego trzeba dać starszym dzieciom WIĘCEJ- uczucia, uwagi i siebie. Tak to właśnie wygląda, i na to powinnaś być przygotowana.

    Nie rozumiem Twoich działań. Po prostu- nie rozumiem. Nie rozumiem, jak możesz nie rozumieć usytuowania swojej córki. Nie rozumiem, jak może Ci być jej nie żal.
    Nie rozumiem też, dlaczego nagle teraz córka zaczęła Ci przeszkadzać swoimi stałymi zachowaniami. Dlaczego ją nagle znielubiłaś. Skąd taka volta? Skąd ostrość tej volty?
  • pade 08.06.15, 22:23
    Mnie się wydaje, że zadziałało porównanie. Na niekorzyść córki. I zmęczenie.
    Autorka pisze, że "odkryła", że są też spokojne, mniej wymagające dzieci.
    Na dawanie więcej nie da się przygotować. Można się nastawić psychicznie, ale wszystko wychodzi "w praniu". Kiedy rodzi się kolejne dziecko, może się zdarzyć tak, że rodzic wyznacza każdemu z dzieci rolę. Może córka jest teraz autorką, a autorka jej matką. To się dzieje nieświadomie, ciężko to samemu zobaczyć.
    Tak jak już pisałam wcześniej, tu się nakłada wiele czynników. To "obarczanie córki odpowiedzialnością", jak pisała Verdana to tylko skutek, nie przyczyna.
    Autorce może nie być żal córki, bo sama dla siebie nie ma współczucia. Dla tej małej, przesuwanej z kąta w kąt, dziewczynki.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • verdana 08.06.15, 22:57
    Możliwe. Bardzo możliwe. Tylko na razie ważne jest, aby nie skrzywdzić kolejnego dziecka.
  • akn82 09.06.15, 00:43
    Te słowa sprawiają, że się poddaję i nie dam rady kontynuować z Tobą dialogu:
    "Nie rozumiem Twoich działań. Po prostu- nie rozumi
    em. Nie rozumiem, jak możesz
    > nie rozumieć usytuowania swojej córki. Nie rozumiem, jak może Ci być jej nie ża
    > l.
    > Nie rozumiem też, dlaczego nagle teraz córka zaczęła Ci przeszkadzać swoimi sta
    > łymi zachowaniami. Dlaczego ją nagle znielubiłaś. Skąd taka volta? Skąd ostrość
    > tej volty?

    To są twoje wymysły i nie wynikają z tego co napisałam. Niczego o braku zrozumienia dla dziecka nie napisałam, nie pisałam o moich działaniach tylko uczuciach, ani o braku żalu. Nie było mowy o tym że ja nagle znielubilam ani nawet o tym że jej nie lubię... Trudno mi argumentować i tłumaczyć nieistniejące kwestie.

    Założenie że nie przygotowaliśmy się na przyjście brata, że nie widzieliśmy co nas czeka i że nie dałam wtedy córce uwagi że wzmożoną siłą też jest twoim założeniem. Nigdzie nie dopytalas o fakty.
    Młody ma już dwa lata.
    Przykro mi ale nie dam rady z czymś takim kontynuować. Dziękuję za to za chęć pomocy.
  • vilez 09.06.15, 08:45
    Mój wpis był podzielony na dwie części przedzielone tzw światłem (akapit + tzw światło). Z jakiegoś powodu odnosisz się tylko do jednej z części, która jest zwierzeniem się. Meritum nie tknięte, ale to chyba Twoja zasadniczy sposób na "radzenie" sobie z problemem? Z grubsza rozumiem, dlaczego, ale powiem: nie idź tą drogą, choćby Cię nakręcały do tego setki przymilaczy i graczy forumowych.

    W części, którą skrzętnie ominęłaś, pisałam o postawie. Przeczytaj to raz jeszcze, i przemyśl. Powtórzę: na moje masz problem z ową postawą, której nie miałaś wyklarowanej. I nadal jej nie masz, acz przebitki z rzeczywiści na szczęście nie dają Ci spokoju. Na szczęście, bo jest szansa, że się w końcu za to weźmiesz, i coś może uratujesz- jakąś przyszłość.

    Podpowiem: to nie chodzi o zmęczenie. Ani o to, że "dwoje dzieci". Ani o to, że "młoda trudna, a mały nie". Nie o to. Chodzi o Ciebie. Niestety. Kiedyś to, mam nadzieję, zrozumiesz.
    Ale córki szkoda i czasu nie cofniesz.

    Traktuję Cię jak osobę dorosłą, nie- jak pacynkę, którą można pop "obrabiać". Doceń to.
  • pade 09.06.15, 09:22
    "Traktuję Cię jak osobę dorosłą, nie- jak pacynkę, którą można pop "obrabiać". Doceń to."

    Oj Vilez:) Przyszło Ci kiedyś do głowy, że może obie postawy są potrzebne i pożyteczne?

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • vilez 09.06.15, 12:36
    Już o tym rozmawiałyśmy. 1. Uważam to za manipulację. 2. Forum to nie miejsce na "procesy".
  • marsylvik 09.06.15, 11:12
    vilez napisała:

    > Z jakiegoś powodu odnosisz się tylko do jednej z części, która jest z
    > wierzeniem się. Meritum nie tknięte, ale to chyba Twoja zasadniczy sposób na "r
    > adzenie" sobie z problemem?

    Na Twoim miejscu, opierając się na nadzwyczajnej częstotliwości tego, jak się ludzie do meritum tego co piszesz nie odnoszą, poszukałabym przyczyny tego stanu rzeczy w sobie samej. Albo coś jest nie tak z Twoją komunikacją (nie potrafisz położyć akcentu na tym, co jest merytoryczną częścią Twojej wypowiedzi? jakiś inny powód?), albo projektujesz czy z jakiegoś tam innego swojego powodu wszędzie to nieodnoszenie się do meritum widzisz. Nie wierzę w aż tak duże nagromadzenie przypadków w tak długim czasie na forum. Podlicz sobie swoje własne wypowiedzi, w których zarzucasz innym, że nie odnoszą się do meritum, a zrozumiesz o czym piszę. Google wyrzuca mi 1600 wyników połącznia słów vilez i meritum w jednym tekście...

    > Podpowiem: to nie chodzi o zmęczenie. Ani o to, że "dwoje dzieci". Ani o to, że
    > "młoda trudna, a mały nie". Nie o to. Chodzi o Ciebie. Niestety. Kiedyś to, ma
    > m nadzieję, zrozumiesz.
    > Ale córki szkoda i czasu nie cofniesz.

    Ciekawe - kiedy skupiała się na sobie, na swoich uczuciach, w sobie szukając źródła problemu, to na nią naskoczono, że myśli tylko o sobie. A kiedy skupia się na córce, to że ją obwinia... Interpretacje, interpretacje, zamiast faktów... Wszystko, a zwłaszcza cudze wypowiedzi i intencje da się przeinaczyć, żeby nagiąć fakty do swoich teorii. Zabawne jest to, że Twoja i verdany są przeciwstawne, a mimo to obie zgodnie z tymi bardziej umiarkowanymi i kompleksowymi zawzięcie polemizujecie ;)

    > Traktuję Cię jak osobę dorosłą, nie- jak pacynkę, którą można pop "obrabiać". D
    > oceń to.

    Ja mam przy tej okazji do Ciebie prośbę: nie traktuj mnie jak dorosłą. Nie chcę być traktowana tak, jak Ty traktujesz dorosłych. Traktuj mnie jak lekko opóźnioną w rozwoju, emocjonalnym i intelektualnym, OK? ;)
  • pade 09.06.15, 11:16
    "Ja mam przy tej okazji do Ciebie prośbę: nie traktuj mnie jak dorosłą. Nie chcę być traktowana tak, jak Ty traktujesz dorosłych. Traktuj mnie jak lekko opóźnioną w rozwoju, emocjonalnym i intelektualnym, OK? ;)"
    :D:D:D

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • froshka66 09.06.15, 11:19
    Kiedyś to, mam nadzieję, zrozumiesz.

    jak dla mnie to zdanie jest
    -antypatyczne
    -protekcjonalne
    -apoteozą pogardy dla drugiego człowieka.
    Ktoś kto w ten sposób kończy swoje wypowiedzi , powyżej pełne komunikatów "ty" ( jesteś taka a nie inna, ty robisz o, bo chcesz tego... itp),
    w tym samym momencie przestaje być moim różowcą.

  • ola_dom 09.06.15, 11:21
    froshka66 napisała:

    > Kiedyś to, mam nadzieję, zrozumiesz.
    >
    > jak dla mnie to zdanie jest
    > -antypatyczne
    > -protekcjonalne
    > -apoteozą pogardy dla drugiego człowieka.
    > Ktoś kto w ten sposób kończy swoje wypowiedzi , powyżej pełne komunikatów "ty"
    > ( jesteś taka a nie inna, ty robisz o, bo chcesz tego... itp),
    > w tym samym momencie przestaje być moim różowcą.

    Podkreślam "różowcę", bo mnie urzekł, ale cytuję wszystko, bo zgadzam się w 1000%. Pogardliwa wyższość najczystszej wody, brr.....

    --
    Nic na świecie nie zostało sprawiedliwiej rozdzielone niż rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną ilość.
    (Jacques Tati)
  • froshka66 09.06.15, 11:33
    różowiec jest git :) :) :)
    wyszedł mi , mniam :)
  • pade 09.06.15, 11:36
    tak, różowiec jest debest::D

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • marsylvik 08.06.15, 17:48
    akn82 napisał(a):

    > Nie wiem czy jest sens ją jescze badać w innym kierunku.

    Moim zdaniem jest sens ją obserwować a za rok-dwa być może ją diagnozować w kierunku ADHD. Dopiero w wieku 6-7 lat jest to możliwe, kiedy będzie można stwierdzić, że poziom uwagi, pobudliwości ruchowej i emocjonalnej zatrzymał się na poziomie pięciolatka.

    Natomiast jest już teraz jak najbardziej sens zapoznania się z wytycznymi postępowania z dzieckiem nadpobudliwym i stosowania ich w praktyce już teraz. Dziecku nie zaszkodzą, pomogą nauczyć się granic, pomogą w funkcjonowaniu przy ewentualnych innych zaburzeniach jeśli takie istnieją. Pomogą samemu nie zwariować :P

    Kilka najważniejszych, które wg mnie mogą pomóc i w tym przypadku:

    - jak najmniej zasad, zwłaszcza zakazów i nakazów, jednak te co są powinny być jasne i jak najkonsekwentniej egzekwowane, poza tym wprowadzamy na raz tylko jedną zasadę, kolejne można wprowadzać po zaakceptowaniu i opanowaniu poprzednich
    - angażowanie dziecka do pomocy, która wymaga ruchu, typu przynieś, podaj, zróbmy to razem
    - mówienie krótko i konkretnie, bez rozwlekania, bez zawiłych tłumaczeń, dzielenie bardziej skomplikowanych poleceń na części
    - uważać na przebodźcowanie, znaleźć zajęcia wyciszające (nie wyciszać brakiem zajęcia, tylko poszukać takiego, które wycisza, metodą prób i błędów oraz przez obserwację)
    - wyrabiać u dziecka (i u siebie) rutynę, nawyki, przyzwyczajenia

    No i w tym kontekście na Twoim miejscu zaczęłabym od jednej zasady: nie dotykamy czyjejś twarzy bez pozwolenia. W rodzinie, bo tylko tu możesz to realnie egzekwować. Ewentualnie można taki zakaz ograniczyć do Twojej własnej twarzy, ale lepiej chyba jeśli mąż weźmie w tym udział, żeby chronić tak młodsze rodzeństwo. Nie pozwalaj na to. Mów "nie", albo "nie, nie chcę" a jeśli to nie pomaga, to uniemożliw to w sensie fizycznym, czy to odsuwając rączki, czy wstając tak, żeby nie sięgnęła, pozwól wejść znów na kolana dopiero kiedy powie, że nie będzie. Oczywiście będzie :) ale z czasem przyjdzie moment, kiedy wystarczy przypomnienie, potem i bez tego się obejdzie. I tylko jedna nowa zasada na raz, zakaz dotyku twarzy i reszty ciała bez uprzedzenia wprowadzony jednocześnie może być dla niej za trudny. Ja teraz uczę swoją dwulatkę, że nie wolno dotykać moich oczu, chyba, że za moim wyraźnym pozwoleniem. Po dwóch miesiącach egzekwowania jest wyraźna poprawa, już się bardzo sporadycznie zdarza :)
  • aandzia43 08.06.15, 19:11
    Dorzucę do twoich konkretnych rad, pod którymi podpisuję się całą sobą:
    - uporządkowanie i przewidywalność rytmu dnia
    - nie przebodźcowywanie również dźwiękami, kolorami i światem
    - nie.dopuszczanie do senności, głodu i pragnienia
    Jako nadwrazliwa.matka dziecka upierdliwego i upierdliwe dziecko nadwrazliwej sensorycznie matki nie łapię się na histerię Verdany - wiem, jak sprawa wygląda w praktyce od jednej i drugiej strony. Miłość jest, bardzo silna, najwyżej przybiera szarpaną, dramatyczną formę. Jak to napisała w wątku któraś z koleżanek: jej miłość do trudniejszego dziecka miała w sobie dużo wysiłku i strachu, a.do mniej problematycznego więcej czystej radości. Stawiam na szczerość wobec siebie, wiedzę, intuicję i konkretne działania, bo okazały się pomocne w praktyce.

    --
    "Uwazam rozniez, ze to wlasnie zadaniem zony bedzie uswiadomienie swojego mezczyzny, wazne, zeby to bylo dosc wczesnie, tj. w trakcie nocy poslubnej, ze zona nie ma psikawki" :-D by nanuk24
  • verdana 08.06.15, 14:51
    Innymi słowy - córka Ci się znudziła. O ile rozumiem, ze nie popada sie w zachwyt nad każdym rysunkiem czy uśmiechem pięciolatki, to brak zainteresowania i znudzenie tym, co o sobie opowiada jednak jest co najmniej dziwne. Na pewno miłość nie jest constans, ale ona nie znika, tylko sie zmienia. U Ciebie znikła miłość typowa dla rodziców malutkich dzieci, a nowa sie nie pojawiła. Dokładnie to, co pisałam w pierwszym poście - bawią Cię malutkie dzieci, starsze juz nie. Dlatego syn jest OK, a córka nie - nie dlatego,z ę on jest idealny, a ona ma same uciążliwe przywary. Jak dostałaś dziecko "wyższej jakości", to zaczęłaś mieć pretensję do córki, ze nie jest idealna. Przedtem Ci to jakoś nie przeszkadzało, ale teraz okazało się, że egzemplarz nie by wcale dobry, był wadliwy. I gdy dawałaś wcześniej "co mogłaś" czułaś sie na tyle dobrze, zę zafundowałaś sobie kolejne dziecko - i tu uwaga- sadząc, że dzieci są takie, jak Twoja córka. Czyli wcale Ci to tak bardzo nie przeszkadzało.
    Uważasz, że pięć lat to dość - nazachwycałaś sie, teraz koniec. Masz nową osobę do zachwytu. Córka jest winna tej sytuacji, bo męczy mamę. Nie zasługuje zatem na zachwyt i zainteresowanie.
    Prawdę mówiąc, Twoje wyjaśnienie jest znacznie gorsze, niż po prostu stwierdzenie "przestałam kochać" - bo racjonalizuje fakt, że straciłaś zainteresowanie dzieckiem - bowiem masz teraz lepszy egzemplarz.
    I nie, nie przestanę pisać, bo gdzieś jest mała dziewczynka, którą mama sie już nie zachwyca, bo ona nie była łatwa do wychowywania, a jej cudowny braciszek jest. I jest gdzieś ten cudowny braciszek, który wbrew pozorom może zostać skrzywdzony bardziej. Tylko Ty nie chcesz tego słuchać - przecież nie jest Twoją winą, ze masz nieudaną córkę, która sama sobie jest winna, ze nie jet tak słodka jak brat.
  • akn82 08.06.15, 14:55
    Napastliwość córki zawsze mi przeszkadzała. Szukałam pomocy w wielu miejscach i wielu osób o różnych specjalizacjach. Dopiero internet mi pomógł i wskazał na SI.
  • verdana 08.06.15, 15:10
    Jasne, doskonale rozumiem, ze Ci przeszkadzała, trzeba być świętym, aby nie przeszkadzała. Ale córkę kochałaś i tak, interesowałaś sie nią, poświęcałaś jej wiele czasu. Problemem stało sie nie gorsze zachowanie córki, tylko to, ze po urodzeniu drugiego dziecka zrozumiałaś, ze tak nie musiało być. Że sa dzieci spokojne, śpiące w nocy, mało wymagające, a Tobie trafił sie egzemplarz za przeproszeniem upierdliwy. I nagle poczułaś, ze lepiej Ci z dzieckiem spokojnym i wesołym, niż z trudnym.
    Tylko problem w tym, ze Ty usiłujesz przerzucić w pewnym sensie winę na córkę - usprawiedliwić się z nagłego spadku zainteresowania tym, ze ona nie jest taka, jak powinna być. A to nie jest absolutnie żadne usprawiedliwienie, szczególnie, ze zaryzykowałaś posiadanie drugiego takiego dziecka. Córka nie jest winna temu, że jest jaka jest. Nie mówiąc juz o tym, ze często samo doświadczenie matki powoduje, ze kolejne dziecko jest spokojniejsze i łatwiejsze.
    Problemem nie jest tu nagłe ochłodzenie uczuć, tylko szukanie przyczyn w dziecku. To powoduje, ze sama sie nakręcasz. Dlatego uwazam, że podobnie jak meżowi i Tobie teraz przydałaby się terapia. Nie samobiczowanie, nie usprawiedliwienie, ze "jest jak jest", ale terapia i to szybko.
  • pade 09.06.15, 09:20
    Ja jeszcze chciałam dodać odnośnie tej napastliwości.
    Bo mam taką córę. I to nie są żadne zaburzenia SI, bardziej nadpobudliwość i...trochę mojej "zasługi". Gdy się urodziła był zachwyt, bardzo długo, bo prawie do 7 roku życia. Było mnóstwo uwagi, cierpliwość i ogromna dbałość i troska. Bałam się złościć na córę, bałam się nie dać uwagi, bałam się wziąć coś dla siebie. W myślach było wieczne samobiczowanie się i poczucie winy, że może gdzieś za mało, że coś źle, że ją skrzywdzę....jak sama zostałam skrzywdzona.
    Teraz wiem, ze przegięłam w drugą stronę, że to moi rodzice byli bliżej normy w pewnych kwestiach. Ja zrobiłam z dziecka pępek świata. Ja jej nie pokazałam gdzie moje granice. Ja tłumiłam złość na nią (nie pozwalam sobie na odczuwanie negatywnych emocji wobec córki) a potem wybuchałam, a potem zżerało mnie poczucie winy.
    Dlatego od początku piszę Ci o pokazywaniu córce gdzie są Twoje granice. Bo to ważne dla Ciebie i dla niej.
    Ważna jest równowaga, traktowanie dziecka jak człowieka, nie jak kogoś, kto ma większe prawa i przywileje niż dorosły, bo to wypacza. Ważna jest normalność, jak jak pisała Froska.
    Ponieważ syn ma dwa lata, trudno mówić, że teraz córka została zdetronizowana, bo to już trwa od jakiegoś czasu. Dlatego to, co możesz zrobić teraz, to poszukać dla siebie trochę czasu i przyjrzeć się trochę swoim uczuciom. Czy to co czujesz do córki to niechęć czy może złość? A może jeszcze co innego? Jaka Twoja potrzeba stoi za tym uczuciem? Co potrzebujesz dać sobie, albo wziąć od innych?
    Ważna jest również akceptacja takiej a nie innej córki. Pogodzenie się z tym, że jest jaka jest. Zmiana na pewno nastąpi, bo córka będzie się rozwijać, środowisko będzie na nią wpływać, wyznaczenie granic, reguły zrobią swoje, ale "rys" charakteru zostanie. Niezgodna na "taką" córkę wywołuje złość. Akceptacja pomaga się zmienić.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 09.06.15, 09:42
    Pade, a dla mnie to są takie życiorysy internetowe, naświetlane odpowiednio do chwili. Mam wrażenie, że jakiś czas temu czytałam, że ze względu na syna i pracę z nim, która dużo czasu zabierała, pisałaś, że wiecznie cierpiałaś, bo córka miała za mało uwagi, bo czasowo się nie da tego wyrobic, bo chyba mąż ją odbierał z przedszkola i mieli później do domu wracać czy coś w tym stylu. Podobnie pisanie o Akn, że bawi się 12 h/dobę, przez Asię:) Dziecko chodzi do przedszkola, Akn pracowała czy pracuje - no nie da się bawić po 12 h na dobę:)

    Mi się bardzo podoba, to co pisze Vilez, tylko wszystko jest ujęte w odległe od mojego postrzeganie formy "postawa" jako czegoś łatwo kształtowanego. Faktycznie pisanie tu o tabu, to przeginka. Zwyczajnie bardziej może brakuje przestrzeni emocjonalnej - jak ją znaleźć przez trzy lata skłóconego małżeństwa, albo będąc pochłonietym własną zaburzoną osobowością i wynikającymi z tego kłopotami (jak mąż? - o zaburzeniach osobowości jako przyczynie parentyfikacji tez pisze KS w ostatniej książce). To jest ten rozpad - między kształtowaniem postawy (osiąganiem jakichś ideałów) a realnością.

    Akn, mam nadzieję, że we wrześniu coś napiszesz o Twoim odbiorze tej książki:)
  • akn82 09.06.15, 10:01
    Paris, książkę przeczytam. Tylko od której mam zacząć? Polecalas chyba dwa tytuły? Pytałaś wcześniej jak mąż może być wycofany i aktywny za razem. Mnie, jako osobie która w Tym żyje wydaje się że może. Zajmuje się domem i dzieci, ale często bez entuzjazmu,z poważną miną - robi co ma zrobić. Czasem wychodzi z inicjatywą typu rowery, weekend, plac zabaw, ścianka. Wiem, jesteśmy delikatnie! mówiąc niecodzienną rodziną. Jesteśmy tego świadomi i podejmujemy kroki by to zmienić. Ja mam inne problemy, mąż inne-większego kalibru.
    Co do vilez i kwestii podstawy, to chyba nie do końca zrozumiałam o co chodzi. Podstawa = działanie + emocje + wiedza na ten temat. Jej argumentacja była chybiona i się odniosłam do tego w części. Teraz dopiero rozumiem o co chodzi z przerzucaniem odpowiedzialności na córkę. I pewnie jest w tym dużo racji. Bo wkurzam się na jej zachowanie,w dalszej kolejność na nią,a nie na własną nieporadnosc w zakresie stawiania granic.
    Dzięki jeszcze raz wszystkim za udział :-)
  • pade 09.06.15, 10:41
    "Pade, a dla mnie to są takie życiorysy internetowe, naświetlane odpowiednio do chwili. Mam wrażenie, że jakiś czas temu czytałam, że ze względu na syna i pracę z nim, która dużo czasu zabierała, pisałaś, że wiecznie cierpiałaś, bo córka miała za mało uwagi, bo czasowo się nie da tego wyrobic, bo chyba mąż ją odbierał z przedszkola i mieli później do domu wracać czy coś w tym stylu."

    Ciekawe jakbyś Ty się poczuła, gdyby w wątku, w którym pisałaś o swoim dzieciństwie ktoś Ci napisał, że zmyślasz. A propos cytatu, jedno drugiemu nie przeczy. Nie zamierzam niczego prostować ani się tłumaczyć, bo tylko ja wiem, o czym piszę.
    I skoro zaczynasz oceniać, która wypowiedź Ci się podoba a która nie i porównywać je, to ja pasuję.


    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 09.06.15, 11:43
    Pade, myslałam, że piszesz dla nas swój życiorys, a nie sama dla siebie, choć to też jakaś wartość, więc chciałam dopytać o zauważone przeze mnie nieścisłości, ale nie jest to kwestia, o którą będę kruszyła kopie, zwłaszca z kimś, kto może przeczyta pewną książkę, na co liczę:) Nie obrażaj się:) Nie wiem, o co chodzi z tym podoba-nie podoba, to takie kolokwializmy, zamiast "ta myśl jest mi bliska bla bla bla".

    Akn, no mnie "powaliła" i wystraszyła zwłaszcza ta "Krewni i znajomi Edypa".
  • marsylvik 09.06.15, 11:52
    paris-texas-warsaw napisała:

    > więc chciałam dopytać o zauważone przeze mnie nieścisłości

    Rozbieżności w interpretacjach, zwłaszcza mocno rozdzielonych czasowo, zupełnie mnie nie dziwią ani nie uważam, żeby się wzajemnie wykluczały. Ciebie zadziwiła już kolejna, najpierw akn, potem pade.

    Dla mnie teh historie były pisane nie "na potrzeby", tylko "z punktu widzenia mnie w tym momencie mojego życia".

    Co Ci się w tym nie zgadza?
  • paris-texas-warsaw 09.06.15, 12:03
    Dla mnie nie były to spójne przekazy, rozumiem, że interpretacje zmieniają się w czasie, ale wtedy jedna jest zazwyczaj uważana za interpretatora za bliższą prawdy, chyba że dotyczyłoby to innego kąta naświetlania sprawy, czy innego aspektu. Tu miałam wrażenie, że kwestia czasu i traktowania jednego z dzieci była przedstawiana z tej samej perspektywy, ale inaczej interpretowana, stąd było to dla mnie wykluczające się. Ale nie jest to dla mnie szczególnie istotne, jesli Pade uważa, że tak jest ok, bo to wg mnie nic nie zmienia w tej dyskusji.
    Ostatnio bardziej staram się "meritum" sprawy zajmować:)))), wiec nie będę już może w osobiste kwestie wypowiadających się wchodzić, nawet w tym watku już pewnych ników nie przywołuję, tylko jakoś opisowo piszę, jeśli coś dotyczy jakiejś kwestii, bo faktycznie za dużo było ostatnio jatek i przez to coraz ciężej się dogadać. Ja np. w jakichś powyżej wypowiedziach nie wiem, kto jest cytowany, kto jest agresywny, etc., bo już nie mam siły śledzić, kto jak się wyraził, jakim słowem, precyzyjnie, czy nie. Więc na swoje małe mozliwości, staram się nie brnąć w takie kwestie, co nie znaczy, że wierzę we wszystko, jak leci:)))
  • pade 09.06.15, 12:06
    "z punktu widzenia mnie w tym momencie mojego życia".
    Dokładnie.
    Praca z synem nie wykluczała u mnie ogromu troski i uwagi wobec córki, oraz wyrzutów sumienia, którymi jeszcze niedawno się tu dzieliłam.
    Przecież wyraźnie piszę, że uważałam, ze daję za mało.
    Teraz inaczej widzę tamtą rzeczywistość, za jakiś czas pewnie co innego mi się jeszcze objawi.

    --
    „Nie denerwują nas rzeczy czy zdarzenia, ale
    nasze spojrzenie na nie.”
    (Epiktet)
  • paris-texas-warsaw 09.06.15, 12:07
    Tak, zdziwiła mnie ta "rozbieżność" w wyspowiedzi Akn, a ona mi ją wytłumaczyła, i teraz widzę, do jakich aspektów działan jej męża jakie określenia przykłada. Uważam uważne czytanie tego, co ktoś pisze za zaletę, a nie wadę, podobnie jak ustalanie pewnych kwestii. Sama przeciwny styl w Twoim odbiorze - czyli dopowiadanie nieokreslonych kwestii przez niektóre osoby w tym watku uznałaś za wadę:)
  • marsylvik 09.06.15, 13:01
    paris-texas-warsaw napisała:

    > . Uważam uważne czytanie tego, co ktoś pisze za zaletę, a nie wadę, podobnie ja
    > k ustalanie pewnych kwestii. Sama przeciwny styl w Twoim odbiorze - czyli dopow
    > iadanie nieokreslonych kwestii przez niektóre osoby w tym watku uznałaś za wadę
    > :)

    Drzewko już się rozjeżdża i nie jestem na 100% pewna, że to mi odpowiadasz :P
    To też powód, dla którego na gazetowym forum cytuję.

    Nie do końca rozumiem to powyższe zdanie. O ile to do mnie oczywiście :) Nic mi nie wiadomo o tym, żebym styl polegający na dopowiadaniu nieoreślonych kwestii uznawała za wadę. Jeśli to do mnie, to może jakiś inny aspekt wypowiedzi, która także dopowiadała nieokreślone, krytykowałam?
    A może chodziło o coś, co odebrałam jako przesadę? Bo wyraźną, dużą przesadę niemal w każdej dziedzinie rzeczywiście zazwyczaj odbieram źle. Nawet jeśli jakąś cechę samą w sobie cenię.

    Mnie Twój styl wypowiadania się osobiście odpowiada. Praktycznie w całości, czasem coś mi się wydaje niezrozumiałe, ale nie ma problemu z dopytaniem. Nie mam też nic przeciwko przywoływaniu mojego nicka, czy szczegółów tego, co pisałam kiedyś, a co może komuś nie grać z czymś co piszę teraz. Oby nie w każdym poście, nie lubię przesadyzmu :D
    Nie znaczy to jednak, że to innym odpowiada, ani że ich nie rozumiem. Tu dochodzi jeszcze indywidualny zakres tolerancji. Na pewno ja nie odbieram Twoich postów jako napastliwe, choć rozumiem "rozumowo" czemu niektórzy (zresztą całkiem pokaźna grupa, to nie o jedną czy dwie osoby chodzi) tak je odbierają. Ja jegnak tego tak nie czuję.
  • froshka66 09.06.15, 11:24
    Ja jeszcze chciałam dodać odnośnie tej napastliwości.
    Bo mam taką córę. I to nie są żadne zaburzenia SI, bardziej nadpobudliwość i...trochę mojej "zasługi". Gdy się urodziła był zachwyt, bardzo długo, bo prawie do 7 roku życia. Było mnóstwo uwagi, cierpliwość i ogromna dbałość i troska. Bałam się złościć na córę, bałam się nie dać uwagi, bałam się wziąć coś dla siebie. W myślach było wieczne samobiczowanie się i poczucie winy, że może gdzieś za mało, że coś źle, że ją skrzywdzę....jak sama zostałam skrzywdzona.
    Teraz wiem, ze przegięłam w drugą stronę



    Te zdania powinny zostać opublikowane we wszystkich poradnikach dla rodziców, oraz na pierwszej stronie. Złotym zgłoskami.
  • froshka66 08.06.15, 18:12
    Droga akn

    Chodzi mi o to, że przestałam się "rozpływać" przy kontakcie z córką. Zbiegło się to w czasie z narodzinami drugiego dziecka. To co mnie zastanawia i niepokoi to, to czy spadek intensywności uczuć wobec córki (np. jej uśmiech nie budzi we mnie już takiego zachwytu jak kiedyś, rysunki interesują mniej oraz np. nie mam ochoty słuchać jej po powrocie z przedszkola, generalnie nie popadam w zachwyt nad tym co robi, jak robi itp) jest pewną przemianą relacji z dzieckiem spowodowaną przykładowo czasem trwania t ej relacji czy może to się nie zdarza

    jestem matką ze sporym stażem. Nie rozpływam się nad dzieckiem , ani nie miałam niezmierzonych pokładów cierpliwości i gigantycznego zachwytu nad wieża z klocków. Nigdy tez nie potrzebowałam tego mieć. Te achy i ochy widziane wśród moich koleżanek nawet mi się nie bardzo podobały.
    Dziecko to dziecko. Lepiej stać sobie z boku i patrzeć z uśmiechem jak z innymi się dziećmi bawi, mając w pogotowiu jabłko na głód i plaster na skaleczeni JAK dziecko przyleci i powie , że potrzebuje niż latać dookoła dziecka i wzdychać z zachwytu. Tak ja byłam chowana, tak się dobrze czułam jako dziecko, tak chowałam moje dziecko i jest OK.
    Myślę, że fakt posiadania drugiego dziecka „wymusił” niejako na tobie „znormalnienie”.
    Rodzic ma prawo się wkurza na dziecko, niecierpliwić, wieża z klocków warta jest paru słów docenienia a nie poematu i opowieści wigilijnych dla całej rodziny, rodzic ma prawo chcieć spać sam i nie być szarpany i milion innych rzeczy.
    Jesteś matka a nie służąca dziecka.
    Po prostu jesteś normalna i się ciesz.
    Ta zmiana może i bywa dla Ciebie niepokojąca a jak już pisałam – taka detronizacja dla córki może być przez nią źle odbierana. Trudno, przeżyje. Traumy nie będzie. Dawać co się może, nie kombinować, drugie dziecko tez nie książątko, tylko normalne dziecko, które musi znać swoje miejsce w rodzinie.
    I będzie dobrze :)
  • froshka66 08.06.15, 18:14
    i tak naprawdę moim osobistym zdaniem właśnie zaczęłaś kochać swoją córkę miłością mądrą, dojrzałą, matczyna i nie zaduszająca.
  • akn82 09.06.15, 00:57
    Chciałbym podziękować wszystkim za udział w wątku. Wiem że wsadzilam kij w mrowisko, rozumiem jak wielkim tabu jest otoczone to o czym tu pisałam. Może przyda się on innym rodzicom,z podobnym problemem, którzy nie mają odwagi o tym rozmawiać. Byłam przygotowana na lincz,a i tak obeszło się bez większej utraty krwi ;-)
    Ja na szczęście oprócz Was mogłam pogadać z mężem, ale to mąż.
    Dzięki też za rozumiejące wypowiedzi Asia i p, marsylvik, pade, froszka i jeszcze jednej osobie której nik wyleciał mi z głowy.
    Przeczytam jeszcze raz to co napisaliście i Przemyślę wiele kwestii. Ważną konstatacją jest dla mnie to że za bardzo skupiam się na sobie a za mało na upewnieniu się czy dobrostan dziecka jest zapewniony o porostu na życiu z nią.
    Paris, książkę przeczytam na pewno i może kiedyś coś napiszę od siebie. Może mi się uda w wakacje, teraz jednak nie dam rady.
    Pozdrawiam,
    akn
  • vilez 09.06.15, 08:57
    Nie łamiesz żadnego tabu. To jest dobrze opisane zjawisko. Spora część dzieci doświadcza tego typu rodzinnego zła, które staje się dla nich traumatycznym życiowym zasobem.
    Do zmiany nie trzeba odwagi w "opisywaniu" (uwzniaślające dramatyzowanie), tylko przemyślenia swoich priorytetów i wykształcenia odpowiedniej postawy- rodzicielskiej i ludzkiej.
  • totorotot 28.06.15, 12:24
    To normalne, nie przejmuj się, za jakieś czas wszystko wróci do normy. Z córką pogadaj, że teraz musisz więcej zająć się mniejszym dzieckiem, ale że ja kochasz najbardziej na świecie i nic tego nie zmieni, posciemniaj jej trochę tak codziennie a się odczepi trochę. Codziennie znajdź tez z pół godziny tylko dla niej bez drugiego dziecka

    --
    Streszczę dla niehumanistów:
    Bla, bla, bla. (Cosmetic.wipes)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka