Dodaj do ulubionych

Mam mętlik i mam dość.

21.04.17, 11:29
Jestem żoną od 14 lat – mamy dwójkę dzieci – chłopaka 13 lat i córkę 4,5 roku. Syna urodziłam, kiedy mąż był jeszcze na studiach – mieszkaliśmy wtedy z moimi rodzicami – małe mieszkanie w bloku i my z dzieckiem – to nie był dobry pomysł. Potem przeprowadziliśmy się do teściowej – tam była to totalna patologia, wieczna awantura pomiędzy nią a moim mężem. Udało się uciec do naszego samodzielnego mieszkania i wydawało się, że tam będzie już dobrze, ale do czasu – kiedyś mój mąż tak się na mnie darł, że wezwałam policję. Ale nie będę pisać o zamierzchłych czasach.
Przeprowadziliśmy się do dużego mieszkania, urodziłam drugie dziecko i przez pewien czas było naprawdę super. Prowadzimy razem firmę i dobrze nam się to rozkręciło. Muszę przyznać, że głównym motorem jej rozwoju jest mój mąż. Właściwie całe życie podporządkował pracy, ja zajęłam się dziećmi, organizowaniem życia, no i, oczywiście swoją pracą (niemałą) również. Na wspólnych wakacjach byliśmy chyba tylko dwa razy, wszelkie życie poza pracą, wspólny wyjazd to już dla mojego męża problem i strata pieniędzy. Jeśli jadę gdzieś sama z dziećmi to potrafi wzbudzić we mnie takie poczucie winy (że np. zostawiłam go samego), że mam zwykle popsuty cały wyjazd.
Nasz syn jest nastolatkiem i potrafi mieć dziwne pomysły, wszystko wie najlepiej i niekoniecznie się słucha, ale przede wszystkim nie cierpi swojego ojca i podważa właściwie wszystko, co ten powie. Mój mąż się na niego wścieka i wyzywa go od najgorszych – kiedy próbuję go bronić jeszcze ja obrywam, że obniżam jego autorytet. Córka jest córeczką tatusia i jeśli tylko jest jakieś starcie pomiędzy nią a bratem - obrywa oczywiście chłopak. Między rodzeństwem też dochodzi do starć. Po ostatniej awanturze z synem mąż stwierdził, że się wyprowadza, trzasnął drzwiami i wyszedł. Za godzinę wrócił, żebym znalazła mu mieszkanie – powiedziałam mu, że chyba oszalał i żeby sam sobie szukał – oberwałam oczywiście, że zostawiam go na lodzie (!!!). Po czym temat ucichł, jakby go nie było. Po południu musiałam wziąć córkę pod pachę i iść z nią do pracy, bo mąż poszedł sobie do kina (nie pierwszy raz wywinął mi taki numer, że zostawił mnie z dzieckiem/dziećmi mówiąć, że się nimi nie zajmie, kiedy ja mam pracę, dentystę, itp. O jakiś popołudniowych zajęciach dla siebie mogę zapomnieć – nie ufam mu i boję się zostawić z nim dzieci, zwłaszcza syna. Zdażało się, że go popychał. Mój syn ma do mnie żal, że nic z tym nie robię, a ja czuję się bezsilna.
Ja przez lata próbowałam różnych metod – od policji, poprzez rozmowę, próby namówienia na terapię. Ale teraz mam już naprawdę dość. Zawsze jest jakiś problem. Mamy też, oczywiście dobrze okresy i wydaje się wtedy, że problemy są rozwiązane. Mąż nadrabia to, co popsuł i wydaje mi się, że tak zostanie.
Były kolejne święta, a święta to też u nas problem – mąż wypisał się z kościoła i jest walczącym antyklerykałem. Ja bym chciała jednak te święta poodchodzić, a nie siedzieć przed telewizorem i przysypiać na kanapie. W tym roku wyjechałam sama z dziećmi i moimi rodzicami (mąż nie chciał pojechać).
Mam mętlik w głowie – co źle robię? Może jestem jakaś nieodporna, albo wymagam za dużo? Martwię się o syna, czuję, że przestaję mieć na niego wpływ, chociaż zawsze byliśmy blisko. Wydaje mi się też, że jest on w tym wszystkim mądrzejszy ode mnie i nie daje się zwieść tym dobrym okresom – twierdzi, że nie ma to sensu, bo i tak się za chwilę taki czas skończy. Nie potrafię sama odejść – nie jestem na tyle niezależna finansowo, nie wiem jak pogodziłabym opiekę nad dziećmi z pracą popołudniami – czuję się w matni. Na razie zbudowałam wokół siebie mur i to z drutem kolczastym, rozmawiamy tylko o pracy.
Edytor zaawansowany
  • 21.04.17, 12:27
    Mam nadzieję, że jesteś gotowa na zimny prysznic? Żyjesz w przemocowym związku i tkwisz nim od lat. Z pewnością forumki zmyją Ci głowę i słusznie. Tę przyjemność pozostawiam im:)
    Ja chciałem się skupić na zachowaniu twojego syna. Bunt nastolatka to taki okres w życiu młodego człowieka, w którym następuje detronizacja figury rodzica. Innymi słowy z dotychczasowych Bogów Olimpu spadacie na ziemię. To okres w którym rodzić przestaje być "nieomylnym" autorytetem i zostaje urealniony, czyli sprowadzony do roli zwykłego śmiertelnika. Śmiertelnika który się myli, kłamie, popełnia błędy i jest po prostu człowiekiem. Nastolatek w ten sposób mierzy się z postacią rodzica, aby już samemu poszukać własnej drogi do dorosłości. To naturalny i zdrowy proces. Niezdrowe są jednak wasze reakcje, a ojca szczególnie. No cóż moja droga nie ma co się oszukiwać, ale pan nie daje rady. Wychodzi z niego cała "małość" i wielkościowość na pokaz. Nie mieszaj się, niech syn sam zmierzy się z ojcem (reaguj na przemoc fizyczną). Wspieraj go w tym, ale z drugiego miejsca. To że ty tkwisz w tej relacji nie oznacza że syn też musi. Jeśli wybierze separacje(emocjonalną lub fizyczną) z ojcem to uchroni się przed toksycznym jadem tatusia i nie powieli przemocowego wzorca w przyszłości.
  • 21.04.17, 12:42
    Żaden to prysznic dla mnie - sporo przeczytałam o toksycznych związkach. Nauczyłam się żyć jak slalomowiec - omijając złe humory i usuwając wtedy dzieci z otoczenia, zajmując się swoim hobby (po kryjomu, bo mam wrażenie, a może to już paranoja, że mąż jest zazdrosny o to, że potrafię się zorganizować i zająć jeszcze czymś innym nić tylko pracą i dziećmi).
    Byłam już u psychologa (ale właściwie to dlaczego ja mam chodzić??), byłam w Ośrodku interwencji kryzysowej, ale nadal czuję się bezradna. Jedyne co potrafię to odizolować się psychicznie.
  • 21.04.17, 13:02
    melasa212 napisała:

    > Byłam już u psychologa (ale właściwie to dlaczego ja mam chodzić??), byłam w Oś
    > rodku interwencji kryzysowej, ale nadal czuję się bezradna. Jedyne co potrafię
    > to odizolować się psychicznie.

    Dlaczego TY masz chodzić do psychologa? No właśnie po to aby wzmocnić się psychicznie i wiedzieć jak możesz reagować. Ty możesz w takim związku tkwić, jeśli Ci to nie bardzo przeszkadza, ale i syna i córkę powinnaś bezwzględnie chronić przed przemocowymi zachowaniami męża. To jest Twój podstawowy obowiązek jako matki. Tak, tak, córkę też, ją też to dotyka i wywiera na niej piętno choć nie bezpośrednio.
  • 21.04.17, 13:20
    melasa212 napisała:

    > Byłam już u psychologa (ale właściwie to dlaczego ja mam chodzić??), byłam w Oś
    > rodku interwencji kryzysowej, ale nadal czuję się bezradna. Jedyne co potrafię
    > to odizolować się psychicznie.

    Odnoszę wrażenie, że oczekujesz iż to mąż ma się zmienić. Pan zmieni się jeśli mu się zachce i poniesie wysiłek związany ze zmianą. Na to się jednak nie zanosi - więc zapomnij.
    Mało tu wątków w stylu "gdyby tylko się zmienił to byłoby cudownie" i latami kobitki czekają na upragnioną zmianę swojego chłopa. Tkwią w przemocowych związkach, a pan jak był tyranem tak nim pozostał.
    Naucz się na pamięć : każda zmiana na lepsze wiąże się ze zmianą mojego zachowania, nie cudzego. Każda zmiana na lepsze wiąże się ze zmianą mojego myślenia o sobie i o świecie.
    Doświadczasz uczucia niemocy i bezradności bo uzależniłaś swoje szczęście od zachwiania męża. A na zachowanie innych mamy ograniczony wpływ. Dlatego to właśnie TY masz iść na terapię i zająć się sobą. Mąż jeśli zechce może dołączyć, ale jeśli nie to trudno.
  • 21.04.17, 15:04
    Może to nie wynika z mojego posta, ale potrafię być szczęśliwą osobą - trudno jednak mówić o szczęściu jeśli musi się bronić dziecko przed agresją "parnera". Nie wiem co mogłoby tu zmienić moje nastawienie - czuję się stabilną osobą. Jestem tak zła na mojego męża - w tej chwili "jadę" na tym wkurzeniu. Nie mogę jednak zacząć z nim rozmowy o tym żeby się wyprowadził ponieważ wykorzysta to przeciwko mnie - no bo czemu to ja nie miałabym się wyprowadzić i zostawić dzieci?
  • 21.04.17, 15:24
    To najlepiej nic nie rób. Problem sam się rozwiąże, bo gdyby mąż coś tam, to byłoby coś tam. Jak będziesz dalej tłumaczyć swoją bierność i nie robienie czegoś, zachowaniem innej osoby (męża) to daleko nie zajedziesz. Trzymam kciuki za młodego, bo chyba reaguje najrozsądniej z całego towarzystwa.
    Moja mama zachowywała się podobnie, na początku "niby" reagowała, a z czasem w ogóle przestała zwracać uwagę na zachowanie mojego ojca. Na początku bardzo mi "współczuła" ale realnie nie robiła nic aby uchronić swoje dziecko przed przemocą. Nie stawiała żadnych granic, nie wzięła odpowiedzialności za bezpieczeństwo moje i mojego brata. Bo skoro ojciec zawiódł to do kogo zwrócić się z pomocą jak nie do własnej matki?
    Zapłaciłem ogromną cenę za "szczęśliwy" związek mojej mamy, a raczej iluzję szczęścia.
  • 21.04.17, 15:47
    A co byś zrobił na miejscu mamy?
  • 21.04.17, 16:04
    melasa212 napisała:

    > A co byś zrobił na miejscu mamy?

    To pytanie do Gonzo, ale odpowiem, co ja zawsze robiłam. Zawsze i nie zważając na konsekwencje, które mnie zawsze najbardziej obciążały, stawałam w obronie dzieci. Mąż każde próby ich tłumaczenia się zamykał krzykiem: nie pyskuj! Dzieci oczywiście się zacinały, wtedy wkraczałam i tłumaczyłam sytuację, co z czego wynikało, dlaczego zrobiły lub nie zrobiły czegoś, czego miały nie robić lub zrobić powinny. Wściekłość męża skupiała sie wtedy na mnie, a dzieci pozostawały bezpieczne. Wiem, w idealnym świecie drugi rodzic nie powinien się wtrącać w takie sytuacje, wiem, to nadszarpuje autorytet rodzica, który ma o coś pretensje, ale jeśli one są nieuzasadnione (bo nie znał pewnych okoliczności) i wyrażane wrzaskiem, drugi rodzic musi reagować, bo dziecko jest wtedy kompletnie bezradne. Czytałam bardzo wiele historii osób, które do końca życia pozostawały z żalem do niereagującej, dającej przyzwolenie matki. Nie mogłam do tego dopuścić i Ty też nie powinnaś. Tacy ojcowie łamią dzieciom kręgosłupy moralne, to niedopuszczalne.
    Oczywiście nie piszę tutaj o sytuacjach, gdy rodzic słusznie karci dziecko. Ale to musi być adekwatne, przemyślane, musi też pozwolić dziecku się wytłumaczyć.
  • 21.04.17, 16:55
    SEbalda, a czy jako matka która nie rozwiodła się z przemocowym mężem, myślisz, że dzieci by nie wolały żebyś dawno temu jednak pieprznęła tym małżeństwem i nie musiały być świadkami awantur? Wspominały kiedy o tym?
    Znajoma miała ojca despotę i choleryka, większość dzieciństwa truła matce żeby się rozwiodła bo tego ojca nie znosiła, ale matka wolała zostać, choć była kobietą wykształconą i niezależną finansowo.
  • 21.04.17, 17:09
    To pytanie nie do mnie, ale ja widzę to tak: Dzieci po prostu chciałyby mieć szczęśliwych rodziców - i tyle. Nie potrzebują żadnego poświęcania się, zwłaszcza własnej matki. Moi rodzice nie są i nie byli szczęśliwi, ale zmiana tego stanu leży/leżała w ich gestii nie mojej.
  • 21.04.17, 17:20
    Tak, akurat pytałam Sebaldy bo pamietam jej historię i ciekawa jestem skutków, bo wydaje mi sie, że nie do końca da się zabezpieczyć dzieci emocjonalnie będąc "klinem" od przemocowego ojca ale równocześnie swoją decyzją jako rodzica trzymając te dzieci właśnie z nim w domu. Ale też bywa, że nawet po rozwodzie któryś z rodziców dalej robi dzieciom jazdy przed którymi drugi rodzic średnio może zabezpieczyć.
  • 21.04.17, 17:23
    skąd ja to znam? Miałam 12 lat, jak moja matka się mnie spytała, czy ma się rozwieść z moim ojcem, ja powiedziałam tak. Oczywiście nie rozwiodła się z nim, są nadal razem. Kilka lat temu jej to przypomniałam, wyparła się była tego faktu. A ja tak marzyłam o spokoju w domu.

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 21.04.17, 21:17
    Ja akurat sebaldę rozumiem. Wiele razy zadawałam sobie pytanie czemu nie zabieram dupy w troki. Mnie chyba powstrzymują dobre okresy w naszym związku - niech będzie, że syfu jest 20% - potrafi zatruć pozostałe 80. Nie mniej kiedy jest dobrze, wydaje mi się, że problemy już za nami i tak zostanie.
  • 22.04.17, 07:39
    melasa212 napisała:

    . Wiele razy zadawałam sobie pytanie czemu nie zabier
    > am dupy w troki. Mnie chyba powstrzymują dobre okresy w naszym związku - niech
    > będzie, że syfu jest 20% - potrafi zatruć pozostałe 80. Nie mniej kiedy jest do
    > brze, wydaje mi się, że problemy już za nami i tak zostanie.

    Jeśli Ci pasuje takie życie to zostań z mężem. W końcu to twoja decyzja i twoje życie. Tylko dzieci szkoda. Będą myślały, że tak wygląda każda rodzina.
  • 22.04.17, 07:48
    BOISZ SIE ZOSTAWIC DZIECKO SAMO Z MEZEM
    I piszesz, ze jest 80 procent dobrze???
    Obudź się.
  • 22.04.17, 09:44
    melasa212 napisała:

    > Wiele razy zadawałam sobie pytanie czemu nie zabier
    > am dupy w troki. Mnie chyba powstrzymują dobre okresy w naszym związku - niech
    > będzie, że syfu jest 20% - potrafi zatruć pozostałe 80. Nie mniej kiedy jest do
    > brze, wydaje mi się, że problemy już za nami i tak zostanie.

    I tak zostaje? Na błędach człowiek się uczy i po to ma rozum aby wnioski wyciągać. A to co piszesz o mężu i jego zachowaniu wobec dzieci to chyba nie jest w 80% dobrze? zapominasz, że nie jesteś w tym związku sam na sam z mężem, masz dzieci i jesteś za nie odpowiedzialna. Ty możesz nawet lubić takie huśtawki nastrojów, brak pewności, zaufania i przemoc. Im to się absolutnie nie należy.
  • 22.04.17, 11:50
    Naprawde? A mi się wydaje, ze powstrzymuje Cie wlasna wygoda i niechęć przed wzięciem odpowiedzialności w tym finansowej za utrzymanie siebie i dzieci. Nic nie usprawiedliwia Twojego postepowania i tego w jakich warunkach dzieci musza funkcjonować dzieki zachowaniem zaburzonego ojca. Czy alkoholikowi pozwolilabys wieźć siebie i dzieci w podróży samochodem? Nie? A czemu pozwalasz zaburzonemu mężowi żeby Was wiozl przez życie? Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla Twojego postepowania. Rusz po rozum do głowy, odrzuć strach i wlasna wygodę i zacznij działać, do dobra swojego i dzieci.
  • 21.04.17, 16:08
    Jest cała masa możliwości, które dla mnie kiedy byłem dzieckiem były niedostępne. Dla dorosłej mamy był, ale z nich nie korzystała. Telefon na policję, wezwanie sąsiada na pomoc, zwrócenie się do rodziny po wsparcie, wyprowadzka nawet czasowa - miała taka możliwość, nawet fizyczna interwencja, rozwód, zabranie mnie do pracy - tez miała taką możliwość, niepozostawianie mnie z ojcem itp. To tylko przykłady z których nigdy nie skorzystała. Oprócz tych interwencji istnieje jeszcze wspieranie psychiczne. I zapewnienie, że to nie ja jestem winny tym zajściom tylko tata ma problemy ze sobą. Wiesz tyle by mi wystarczyło. Zniósłbym wiele mając wiedzę, że ze mną jest wszystko w porządku. Nawet tego nie dostałem od swojej mamy. Wiesz mama "kochała" tak jak umiała, a że nie umiała i po drodze się nie nauczyła - to było nieciekawie. Z żalem do niej poradziłem sobie w terapii już jako dorosły facet. Można tego uniknąć, po co skazywać własne dzieci na niepotrzebne cierpienie i tułaczkę po gabinetach terapeutycznych - skoro można zadziałać TERAZ.
  • 21.04.17, 16:25
    Ok to może się trochę wytłumaczę. Zawsze staję w obronie syna jeśli mąż się zapędza - narażając sięna awanturę lub wielodnowego focha. Często bralam go ze sobą do pracy, albo wysyłałam równolegle na jakieś zajęcia jeśli miałam pracę. Natomiast nie mogę wieczne żyć w pogotowiu żeby bronić chłopaka. Jest jeszcze druga strona medalu - mojemu synowi zaczyna się chyba wydawać że może sobie pozwolić na wiele bo jak ojciec się wścieknie to przecież mamusia go obroni.
  • 21.04.17, 16:31
    Dlatego dobrze zrobiłaś i poszłaś do psychologa. Tam w rozmowie ze specjalistą rozwiejesz swoje wątpliwości i nauczysz się nowych konstruktywnych rozwiązań. Nie bój się nowych rzeczy, nowych form komunikacji, i szukaj odpowiedzi na pytanie: Jak to się stało, że jestem w związku z kimś, przed którym muszę chronić nasze dzieci?
  • 21.04.17, 18:16
    melasa212 napisała:

    > Ok to może się trochę wytłumaczę. Zawsze staję w obronie syna jeśli mąż się zap
    > ędza - narażając sięna awanturę lub wielodnowego focha.

    Ale to TY - jako dorosła osoba stanowiąca o sobie wybrałaś sobie tego człowieka na męża i TY nadal jesteś z nim w związku mimo jego niedopuszczalnych zachowań. Wobec czego TY za to ponosisz odpowiedzialność, nie Twój syn, który ma prawo do spokoju w domu. Nie pisz wobec tego jaka jesteś biedna i na co się narażasz, bo narażasz się świadomie i nadal masz wybór.
    Twoje dzieci (jak pisałam nie tylko syn, córka również widzi jak ojciec traktuje Was wszystkich i uczy się takich zachowań, wdrukowuje sobie błędną rolę kobiety i mężczyzny w związku) są niepełnoletnie i całkowicie od Was zależne. Nie mogą nic uczynić, żadnego pola manewru, zostały na przemoc skazane przez dorosłych. Nie mogą powiedzieć tak jak Ty - mam dość.
    A syn na dodatek nie dość że już nienawidzi ojca to jeszcze jest na doskonałej drodze do tego aby stracić całkowicie resztki szacunku do matki. Tak chcesz go wychować?

    > Nie mogę wieczne żyć w pogotowiu żeby bronić chłopaka.

    Żyjąc w takim związku - MUSISZ.
  • 21.04.17, 22:24
    Poczytaj:forum.gazeta.pl/forum/w,898,139374645,139374645,Cechy_charakteru_i_zachowania_przemocowca_.html
  • 21.04.17, 15:03
    Wiesz, że dzieci z takich związków, jeśli drugi rodzic, ten nieprzemocowy, nic nie robi, żeby zmienić sytuację, nie staje w ich obronie, gdy przemocowiec się na nich wyżywa, obciążają winą oboje rodziców, nie tylko tego, ktory stosuje przemoc?
    Typowy argument przemocowca: nie wtrącaj się, nie odbieraj mi autorytetu, daje przyzwolenie na nieograniczone znęcanie się nad dzieckiem. Takie dziecko w przyszłości wyrośnie na przemocowca albo na ofiarę, tylko wspierająca i broniąca je przed agresją osoba (drugi rodzic, starsze rodzeństwo, ktoś z bliskiej rodziny) może go uratować przed takim losem. Wiesz, co czuje dziecko, na które wydziera się bezpodstawnie ojciec, a drugi rodzic przygląda się temu bezczynnie? Często łatwiej zrozumieć agresora (bo nerwowy, bo ma ciężką pracę, bo sam w dzieciństwie był bity), niż bezczynną, niewspółczującą matkę. Tak jak bardzo źle są oceniane matki, które nie reagują w przypadku molestowania seksualnego dziecka.
    Kontynuuj terapię, wzmacniaj się, ale przede wszystkim chroń dzieci, nawet za cenę dostawania od męża za to. Jeśli syn Ci powie, że chciałby, żebyście się rozwiedli - przemyśl to głęboko.
  • 24.04.17, 18:41
    Nie mogę tego czytać. Czy ty Sebaldo nie rozumiesz, że stawanie w obronie takiego dziecka nic nie zmienia? Sytuacja jest nadal chora, bo dziecko nie rozumie, dlaczego mieszka z oprawcą pod jednym dachem, a mama nadal z nim jest. Twoje rady jako osoby tkwiącej w przemocowym związku od lat są od czapy...

    --
    „Ludzie idą do nieba nie za opanowanie i kontrolę nad swoimi żądzami, lub też za ich brak, lecz w nagrodę, że pracowali nad ich zrozumieniem” (William Blake, Wizja sądu ostatecznego).
  • 21.04.17, 16:34
    Ja mysle, ze doskonale wiesz, com powinnac zrobic:
    Uzniezaleznic sie zawodowo od meza, wznmoscni psychicznie poprzez rterapia a nastepnie zlozyc pozew o rozwoc praz o zabezpieczenie alimentów na dziec i byc moze takz ena ciebie na czas rozwodu.
    Marnujesz swoje zycie na chora relacje i pozwalasz, zeby twoje dzieci mialy chory obraz rodziny. O ile 100% odpowiedzialnosc za przemoc ponosi sprawca, twoj maz, to za chora relacje w ktorej zyjesz (mur z drutem kolczastym) jestes rownież odpowiedzialna.
    Zycze ci, zebys znalazla w sobie sile, by sie tego bagna wyplatac. zrob to dla siebie i dla dzieci.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • 21.04.17, 16:48
    Zdrowy związek to nie związek gdzie musisz slalomem omijać humorki męża.
    Skończ żyć pod presją.
    Uratuj Twojego syna, on jest w trudnym wieku, jest mu po stokroć trudniej niż TObie. On nie moze zrobić nic.
    Uwolnij się od tego przemocowca i zacznij myśleć o sobie.
    Wiem, co piszę, bo tkwiłam w podobnym związku. Przeszłam przez trudny rozwój a teraz....Jestem w związku gdzie nikt się nie fochuje, nikt nie stosuje szantażu emocjonalnego, nikt nie poniża moich dzieci, jestem z kimś, koto interesują moje pasje i na kogo mogę zawsze liczyć.
    po rozwodzie masz szanse na fajne życie, zostając z nim będzie tylko gorzej.
  • 21.04.17, 16:53
    trudny rozwód miało być...
  • 21.04.17, 19:31
    Ja widze jeszcze problem z rodzenstwem bo jesli sa juz teraz podzielone przez to jak ojciec je traktuje - jedno jest kozlem ofiarnym a jedno zlotym dzieckiem i coreczka tatusia - juz teraz sa w konflikcie i jest szansa ze bedzie tylko gorzej.
    Maz sie nie zmieni, z synem mozesz stracic kontakt bo bedzie zly na przyzwalajaca matke. Informuj kogo sie da, policje, niebieska linie, nagrywaj meza, chodz na terapie. Jesly ty czegos nie zmienisz bedzie tak samo lub gorzej.
  • 21.04.17, 22:28
    >>> nie ufam mu i boję się zostawić z nim dzieci, zwłaszcza syna. Zdażało się, że go popychał. Mój syn ma do mnie żal, że nic z tym nie robię, a ja czuję się bezsilna.>>>


    Przy tym przeszły mi ciarki po plecach. Musi być bardzo źle w twojej rodzinie skoro aż tak obawiasz się o bezpieczeństwo dzieci.
    Zdaje sobie sprawę że nie piszesz wszystkiego, nie musisz. Ale po tym zdaniu i kolejnym w którym piszesz o interwencji kryzysowej, policji oznacza,że przemoc jest obecna w twoim domu o dużym nasileniu.
    Pozostaje mi radzić abyś ratowała dzieci i syna.
    Szczególnie syn cierpi, bo jak widać z opisu stał się buforem agresywnych zachowań własnego ojca.
    Córka nawet jeśli nie jest "popychana" to nasiąka agresją i będzie ją powielać najpierw wobec najbliższych potem wobec partnera lub sama stanie się ofiarą.
    Poza tym konflikty pomiędzy rodzeństwem mogą być wynikiem stosunków panujących w rodzinie, oczywiście konflikty między rodzeństwem są zawsze :) o różnym nasileniu bo taka uroda posiadania rodzeństwa. Ale tu radziłabym się przyjrzeć jej źródłom, z czego wynika, jaką przyjmuje formę, czy rodzeństwo czuje więź do siebie , mają wspólne sprawy. Mimo różnicy wieku rodzeństwo zawsze ma płaszczyznę na której się dogaduje.


  • 22.04.17, 00:58
    czy ja dobrze zrozumialam, maz od 14 lat pracuje praktycznie bez urlopu i w ciaglym stresie wynikajacym z prowadzenia firmy, sorry ale to moze wykonczyc psychicznie kazdego. Moze czesc poblemow wynika z tego ze on nie umie odpoczywac i jest praktycznie caly czas zmeczony a przez to rozdrazniony?
  • 22.04.17, 09:28
    No to co?? Rozdrazniony moze sobie byc ale jest dorosly i to zobowiazuje i absolutnie nie tlumaczy przemocy.
  • 22.04.17, 14:48
    nie usprawiedliwia ale tlumaczy, bo osoba ktora jest podawana dlugotrawalemu stresowi i nie odpoczywa zachowuje sie wlasnie w taki agresywny sposob.
  • 22.04.17, 10:56
    Niestety nikt za niego samego się nie nauczy innego rozładowywania stresu. Znam podobne przypadki, że ktoś bierze sobie na głowę za dużo, wykańcza się ale obsesyjnie nie chce odpuścić, neguje propozycje zmian, obraża się na tych co próbują przeciwdziałać - a winą za swój stan obarcza bliskich. Da się wpłynąć na kogoś takiego? Znasz sposób?

    --
    <"Wszystko co zrobisz dla innych wbrew sobie ,wyjdzie Ci kiedyś bokiem">
  • 22.04.17, 15:05
    na ogol otrzezwienie dla takiego pracocholika przychodzi gdy zaczyna miec powazne problemy zdrowotne lub gdy rodzina sie wali.
    Nastolateki zwykle maja, sporo 'dziwnych pomyslow' wiec nawet i dla nieznerwicowanego rodzica to czesto spore wyzwanie. Moze warto zaczac od pozadnego odpoczynku dla calej rodziny i poszukac jakis niekonfliktowych pol zainteresowan obu panow (sport, kino?), na ktorych ojciec z synem moga sie troche polubic?
  • 22.04.17, 18:29
    W tym wszystkim najzabawniejsze jest to, że mój mąż ma się za ofiarę - moją, syna, moich rodziców, swojej matki. On ciężko pracuje - dla nas przecież, a ja go nie doceniam, wtrącam się pomiędzy niego a syna i podważam jego autorytet oraz sprawiam, że on we własnym domu (który cały zaaranżował) czuje się źle. Ponieważ tak dużo pracuje i ciągle myśli o pracy ja czuję się winna, że wspominam o wspólnych wakacjach. Mam wyrzuty sumienia, jak siedzę z książką na kanapie, bo cały czas jest coś do zrobienia w firmie albo do ogarnięcia w domu. Nie pracuję wcale mniej od niego, zwłaszcza, że cała domowa logistyka jest na mojej głowie, począwszy od rachunków, zakupów gotowania po organizowanie dzieciom czasu - ale potrafię znaleźć czas na książkę właśnie i luz.
  • 22.04.17, 18:55
    melasa212 napisała:

    > W tym wszystkim najzabawniejsze jest to, że mój mąż ma się za ofiarę - moją, sy
    > na, moich rodziców, swojej matki.

    A co to ma za znaczenie?
  • 22.04.17, 20:25
    > melasa212 napisała:
    >
    > > W tym wszystkim najzabawniejsze jest to, że mój mąż ma się za ofiarę - mo
    > ją, sy
    > > na, moich rodziców, swojej matki.
    >
    > A co to ma za znaczenie?

    Dla niej nie powinno mieć żadnego, dla sprawcy to usprawiedliwienie, przerzucenie ciężaru odpowiedzialności bo to inni go krzywdzą, nie on, a nawet jeśli "rzekomo"; on to i tak wina jest gdzie indziej.

    Autorce powiem tylko,że dla dzieci to jest zbyt duży ciężar do udźwignięcia takie "pogaduszki tatusia" o jego rzekomym męczeństwie.
    Mój ojciec przemocowiec też obwiniał wszystkich, nas, matkę, żonę...tylko nie siebie choć to on krzywdził. I wiem jak ciężko po tym rozpoznać rzeczywistość , nie obarczać się odpowiedzialnością za błędy innych, nie czuć się winną za doświadczaną przemoc.
    W tym chorym układzie dzieci są bez szans. Twój nastolatek broni się jak umie. Twoja córka też w tym układzie cierpi, choć niby jest ukochanym dzieckiem tatusia :/

    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 22.04.17, 21:02
    Dokładnie tak jak piszesz, to taka zasłona dymna, aby sprawca zdjął z siebie ciężar odpowiedzialności za własne zachowanie. Autorka też widzę jest wyćwiczona w "czuciu się winną". Pamiętaj nie odpowiadasz za zachowanie innej dorosłej osoby.
    No jak można chcieć czytać książkę, jak obok ktoś TAK się poświęca i ciężko pracuje - prawda? Co za niewdzięczna żona z Ciebie. Powinnaś po powrocie misia bić mu pokłony dziękczynne i mieć przy tym bardzo zbolałą minę. I cały czas okazywać wdzięczność za jego trud i poświęcenie dla "dobra rodziny", a szczególnie wtedy kiedy "popycha" młodego. Przecież nie wolno podważać jego autorytetu:)
  • 22.04.17, 21:09

    gonzo_101 napisał:

    > Dokładnie tak jak piszesz, to taka zasłona dymna, aby sprawca zdjął z siebie ci
    > ężar odpowiedzialności za własne zachowanie.

    I żeby nie musiał nic z tym robić ;) niech inni się zmienią, nie on, to inni mają sprawić by przemocowiec przestał "popychać", narzekać, grymasić etc. Niech ci "winni" idą na terapie, nie on.



    --
    "Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
    by Sheldon Cooper
  • 22.04.17, 21:19
    Jezeli syn 'ma glupie pomysly' to dostajac bardzo niespojne komunikaty - nadmiernie dyscyplinujace ze strony ojca i przesadnie poblazajace ze strony mamy, mozna przyjac za pewnik ze w najblizszej przyszlosci pomysly bedzie mial jeszcze glupsze.
  • 22.04.17, 21:26
    71tosia napisała:

    > Jezeli syn 'ma glupie pomysly' to dostajac bardzo niespojne komunikaty - nadmi
    > ernie dyscyplinujace ze strony ojca i przesadnie poblazajace ze strony mamy,
    > mozna przyjac za pewnik ze w najblizszej przyszlosci pomysly bedzie mial jeszcz
    > e glupsze.

    Z racji wieku syn autorki ma prawo do swoich głupot, oczywiście rodzice są od tego aby przewidywać nieprzewidywalne ;) i zapobiegać , ewentualnie edukować po.
    Natomiast tu głównym problemem jest przemoc wobec dzieci a nie brak jednolitego stanowiska wychowawczego.
    Autorka zmuszona do ciągłej obrony syna i ochrony dzieci przed przemocą nie ma czasu na prawidłowe postawy wychowawcze. Lub na działanie "po tej samej stronie" z ojcem dzieci który stosuje przemoc. Jest to nieosiągalne.

    --
    <*>
    "Nie wierzę w żadną magię ani inny zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią!"
    By Julian
  • 22.04.17, 21:50
    autorka pisze ze 'zdarzylo' sie ze ojciec pchnal syna, przykre i karygodne ale jezeli mialo miejsce w stanie silnego wzburzenia to jakos do wybaczenia, mysle ze nie ma rodzica nastolatka, ktory by sie przynajmniej nie wydarl porzadnie rozpaczajac nad glupota nastoletniego potomka ;-) W dalszych postach aurka pisze tez ze psycholog, ktory chyba miala wiekszy wglad w sytuacje niz my na forum, nie ocenil az tak zle meza autorki.
    A brak jednolitego stanowiska wychowczego zawsze jest problemem dla dziecka.
  • 22.04.17, 22:06
    Ja się nie wydałam, mój mąż też nie i sądzę że mnóstwo innych rodziców. Jak można bronić przemocowca?
  • 22.04.17, 22:06
    Nie wydarłam
  • 22.04.17, 22:33
    no to jestes wyjatkiem no i byc moze twoj nastolatek nie mial okresu ostrego buntu i byl idealnie dorosly i dojrzaly. Bo ja znam jednak sporo rodzicow nastolatkow i nikomu sie nie udalo przejsc przez ten okres bez konfliktow, nerwow i emocji. Mam wrazenie ze na tym forum bardzo latwo dostac latke przemocowca, mizogina czy narcyza i pare jeszcze innych i to na podstawie dosc jednak niepelnych opisow sytuacji. No i na wszystko zawsze jest rada - rozwod. Bylabym z takimi 'diagnozami' ostrozniejsza i radami rowniez.
  • 22.04.17, 22:40
    Mam dwoje dzieci. Na żadne nie wydzieram się. Ja się w ogóle nie wydzieram na nikogo. Co innego wiek nastoletni i problemy z nim związane, wiadomo że są, a co innego jest gdy matka boi się zostawić nastolatka z ojcem przemocowcem.
  • 22.04.17, 22:13
    To prawda - nie mamy jednolitego stanowiska. No może jedynie w kwestii limitowania komputera. I rzeczywiście - zdarzało się, że likwidowałam kary nakładane przez mojego męża - np. wielodniowe szlabany na granie, filmy itp - moim zdaniem były niewspółmierne do przewinienia i za długie. O to oczywiście też były awantury. W odróżnieniu do mojego męża uważam też, że ciągłe zakazywanie wszystkiego jest bez sensu i rodzi bunt. Rzeczywiście syn ma ze mną większy luz ale to nie znaczy że jestem pobłażającą matką i- niestety- też zdarza mi się na niego wkurzyć i nawrzeszczeć :(
  • 22.04.17, 22:37
    melasa212 napisała:

    > To prawda - nie mamy jednolitego stanowiska. No może jedynie w kwestii limitowa
    > nia komputera. I rzeczywiście - zdarzało się, że likwidowałam kary nakładane pr
    > zez mojego męża - np. wielodniowe szlabany na granie, filmy itp - moim zdaniem
    > były niewspółmierne do przewinienia i za długie.

    Tu popełniasz duży błąd. Uważasz,że kary są niewspółmierne do winy więc uzgadniasz to z mężem, wpływasz na to aby zmienił swoje stanowisko i ewentualnie skrócił wymiar kary lub ją zmienił bo w emocjach popełnił błąd ale dajesz wtedy mężowi okazje by zachował autorytet wobec syna.

    > ury. W odróżnieniu do mojego męża uważam też, że ciągłe zakazywanie wszystkiego
    > jest bez sensu i rodzi bunt.

    Skoro występują rażące różnice w ustalaniu zasad powinnaś z mężem usiąść i ustalić na papierze zakres "kar" co do przewinień aby stosować jasne i jednolite komunikaty wobec syna.
    Czyli na przykład dwója za brak pracy domowej to dzień bez komputera - to oczywiście przykład. Ja nigdy nie karałam dzieci za wyniki z testów czy kartkówek bo każdy ma prawo do słabszego dnia.

    Rzeczywiście syn ma ze mną większy luz ale to nie
    > znaczy że jestem pobłażającą matką i- niestety- też zdarza mi się na niego wku
    > rzyć i nawrzeszczeć :(

    To że na syna nawrzeszczysz w emocjach nie jest karą i nie czyni cię mniej pobłażającą.
    Też stosujesz w ten sposób przemoc werbalną.

    Ujednolicenie stanowiska z mężem z pewnością pomoże w stosunkach z dziećmi. Warto nad tym popracować. Mąż w tym wypadku ma rację że podważasz jego autorytet w oczach syna. Skoro on nakłada jakieś ograniczenie a ty, ot tak je zdejmujesz. Sprawa do pilnego załatwienia z mężem i szczerze mówiąc do przeproszenia małżonka za konkretne "odwieszone" kary.
    Rozumiem twój argument o braku wymierności kary ale tu powinnaś omówić to z mężem, na tym polega wychowywanie dzieci w rodzinie i małżeństwo. Nie powinno być w rodzinie rodzica lepszego lub gorszego, rodzica który jednostronnie unieważnia decyzje drugiego. Oczywiście mówie tu o metodach wychowawczych zgodnych z zasadami współżycia społecznego.

    nie lubię słów "kara, karać" a nie wiem czym je zastąpić.

  • 22.04.17, 22:15
    71tosia napisała:

    > autorka pisze ze 'zdarzylo' sie ze ojciec pchnal syna, przykre i karygodne ale
    > jezeli mialo miejsce w stanie silnego wzburzenia to jakos do wybaczenia,

    Wydaje mi się że słowo "popchnął" jest w tym wątku umowne i skrywa większy wachlarz czynności niespuszczalnych wobec dziecka. Bo owszem, gdyby popchnięcie syna zdarzyło się w silnym zburzeniu, jednorazowo a ojciec przeprosił syna za swoje zachowanie to czy autorka wątku musiała chronić dzieci przed ojcem nie dopuszczając by zostały z nim samem ?!




    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 22.04.17, 22:19
    Przeprasza, ale co z tego?
  • 22.04.17, 22:45
    Jak to było? Raz popchnął czy stale wrzeszczy, popycha, bije, wyzywa, ma pretensje a potem przeprasza? Bo może faktycznie nie ma problemu. Mąż jest dobrym ojcem, wspaniałym mężem a tylko raz w życiu nakrzyczal na dziecko. Tylko wtedy po co ten wątek?
  • 22.04.17, 22:48
    melasa212 napisała:

    > Przeprasza, ale co z tego?

    Po przeczytaniu twego wpisu powyżej o tym,że anulujesz kary męża mam pytanie do rozważenia przez Ciebie ( nie musisz tu odpisywać) . Czy nie uważasz,że w ten sposób wciągnęłaś męża i syna w konflikt?
    Chcący czy niechcący ustawiłaś syna w kontrze do ojca. To do rozwagi. Czy może psycholog rozmawiała z tobą na ten temat i stąd zalecenie aby pozostawić ich relacje bez twojego nadzoru?

    --
    <*>
    "Nie wierzę w żadną magię ani inny zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią!"
    By Julian
  • 23.04.17, 13:09
    71tosia napisała:

    > Jezeli syn 'ma glupie pomysly' to dostajac bardzo niespojne komunikaty - nadmi
    > ernie dyscyplinujace ze strony ojca i przesadnie poblazajace ze strony mamy,
    > mozna przyjac za pewnik ze w najblizszej przyszlosci pomysly bedzie mial jeszcz
    > e glupsze.

    Co zatem proponujesz? Ojciec wydziera się na dorastającego syna, popycha go, a matka ma temu wtórować? Nie wtrącać się? Czyli pozwalać na przemoc wobec dziecka? Poczytaj jeszcze raz, jak się czują takie dzieci, ktore nie tylko doznają przemocy, ale też widzą, że są z tym same i bezbronne, a matka siedzi cicho i nic z tym nie robi w myśl wspaniałej zasady wspólnego frontu. Wspólnego z kim, z wyżywającym się, agresywnym tatusiem???
    Wyobraź sobie, że w takim układzie, gdzie jedno z rodziców jest nadmiernie dyscyplinujące (to eufemizm, skoro matka boi się zostawiać dzieci z ich ojcem), a drugie pobłażające (czyli wspierające dzieci, wyrozumiałe, rozumiejące je) można wychować mimo wszystko naprawdę fajne dzieciaki, ktore nie wyrastają na bandziorów ani ofiary. Wspierające przynajmniej jedno z rodziców jest wtedy czymś wyjątkowo ważnym i cennym. Można o tym wiele przeczytać i w podręcznikach psychologii, i w literaturze. To mit, że sprzeczne sygnały ze strony rodziców sprawiają, że dzieci się wykolejają. Jeśłi jeden z przekazów jest naprawdę zły i krzywdzący, drugi musi to kompensować.
    Oczywiście idealna jest sytuacja, gdy można to radykalnie przeciąć, izolując dzieci o toksycznego rodzica. W praktyce jednak często jest to kompletnie niewykonalne, bo jak ktoś tutaj zauważył, także po rozwodzie taki rodzic nadal wpływa na dzieci. Zdarza się, że wpływa w jeszcze bardziej perfidny sposób, dyskredytując matkę (która z natury rzeczy musi pewnych rzeczy wymagać od dzieci, choćby tego, by się uczyły czy pomagały w domu), sącząc na spotkaniach (bez świadków, bez ochrony) dzieciom jad do uszu, jaka to matka jest podła, jak rozbiła taką wspaniałą rodzinę. Bardzo trudno temu wtedy zaradzić i na ten temat też było już bardzo dużo wątków tutaj.
    Oczywiście nie postuluję pozostawania w takim związku, ale wskazuję, że tego tupu historie nie są proste, najważniejsze jednak, by rodzic nie pozwalał w myśl głupiej zasady wspólnego frontu na bezkarną przemoc drugiego rodzica wobec swoich dzieci.
  • 23.04.17, 23:06
    "agresywny, przemocowy ojciec" gdyby tak rzeczywiscie bylo nie mialabym watpliwosci (casus zony radnego). Sytuacje w tej rodzinie jest dosc trudna ale wcale nie tak jednoznaczna. Mamy raczej rodzine w ktorej ojcu 'zdarzylo' sie ostro poklocic z nastoletnim synem - co akuratdosc czeste w rodzinach doswiadczajacych nastolatka z 'dziwnymi pomyslami' i otwarcie kontestujacego rodzicow, w ktorej gdy ojciec mowi 'tydzien szlabanu na gry komuterowe' to mama te kary anuluje- powodujac frustracje i ojca ale tez i syna. Z jakiegos powodu psycholog prowadzacy terapie, doradzil autorce by probowala mniej interweniowac w konflikt ojca i syna - myslisz ze gdyby chodzilo o przemoc psycholog by to zrobil? Oczywsicie mozna twierdzic ze pewnie psycholog bezdennie glupi i dalej snuc swoje domysly, ale jakos mi sie nie wydaje.
  • 22.04.17, 10:54
    co źle robię?
    Zostajesz z dziećmi w przemocowym związku. To robisz źle.
    Nie potrafię sama odejść – nie jes
    > tem na tyle niezależna finansowo, nie wiem jak pogodziłabym opiekę nad dziećmi
    > z pracą popołudniami
    Klasyka rocka, prawda? Lepiej z przemocą w domu niż biedniej...?
    Ciekawe, co by wybrał Twój syn... Założymy się, że biedniej i bezpieczniej?
  • 22.04.17, 11:04
    Matka musi zacząć od zmiany tego co ma w swojej głowie. Bo może być tak, że jeśli nie umiała postawić przez lata granic swojemu mężowi to podobnie nie umie ustalić granicy zachowań dopuszczalnych dzieciom. Nastolatek potrzebuje przykładu stabilności, mając matkę która daje sobą pomiatać mężowi też nie będzie miał do niej szacunku. To są ciężkie psychologiczno-emocjonalne relacje które w głowie warto mieć jasno poukładane, co w przypadku nastolatka należy odpuścić (bo jego prawo do dorastania) a co należy ukrócić (bo zachowania agresywne do ojca-może by się przypodobać matce, za jakiś czas może się zmienić w agresję do matki, jeśli nie zostanie mądrze przez matkę zahamowane) . Jeśli agresja w domu była od dawna a syn wszedł w rolę obrońcy matki przed ojcem, to doznał wielkiej krzywdy.

    --
    <"Wszystko co zrobisz dla innych wbrew sobie ,wyjdzie Ci kiedyś bokiem">
  • 22.04.17, 12:02
    foringee napisał:

    >Jeśli agresja w domu była od dawna a syn wszedł w rolę obrońcy matki przed ojcem, to doznał wielkiej krzywdy.
    >
    Podobnie jeśli patrzy na to co ojcu uchodzi "na sucho" w stosunku do dzieci i żony. Syn będzie po prostu powielał zachowania ojca.
  • 22.04.17, 12:34
    Tak, to jest wychowywanie dzieci na przemocowców.

    --
    <"Wszystko co zrobisz dla innych wbrew sobie ,wyjdzie Ci kiedyś bokiem">
  • 22.04.17, 11:10
    A ta praca to musi być popołudniami?

    --
    Warszawa od morza do morza!
  • 22.04.17, 22:24
    Ta - musi. Musiałabym totalnie się przeorganizować. Może patrząc na to z zewnątrz wydaje się to łatwe, ale jestem tak pochłonięta zajmowaniem się tym co jest, domem i dziećmi, że nie mam głowy żeby się nad tym zastanowić. Nie mówiąc już o buforze finansowym.
  • 22.04.17, 22:48
    Boisz się odejść ze względów finansowych?
  • 22.04.17, 12:45
    Dzieci masz już spore. Młodsze do przedszkola, starsze w szkole. Jeśli trzeba to o pomoc poproś rodzinę lub zatrudnijcie dochodzącą opiekunkę opłacaną z wspólnej kasy.
    Znajdź pracę poza firmą i miej swoje pieniądze. Dom można sprzedać, dorobkiem się podzielić, na dzieci alimenty.
    Więc możliwości masz sporo, reszta należy do ciebie czy z którychś skorzystasz.
    Musisz się też liczyć z tym, że syn może mieć charakter odziedziczony od was, a wychowany latami na waszym przykładzie komunikacji będzie wasze relacje powielał, jeśli nikt mu odpowiednio wcześnie nie wytłumaczy rzeczywistości i nie zastopuje zachowań.


    --
    <"Wszystko co zrobisz dla innych wbrew sobie ,wyjdzie Ci kiedyś bokiem">
  • 22.04.17, 13:59
    Jeśli pójdziesz na terapię, dotknie to - jej skutki, dobre - całą twoją rodzinę.
    Rodzina, jak każdy system, to ileś tam elementów zamkniętych w jednej przestrzeni i szczelnie ją wypełniających. Jeśli jeden z ty elementów zacznie zmieniać kształt i położenie to reszta też - chce czy nie chce - będzie to musiała zrobić. To tyle, jeśli chodzi o terapię (której imo gołym okiem potrzebujesz). Moim zdaniem przez tę sytuację wyrosłaś krzywo jak wydmowa sosna - poskręcana, z pogiętym pniem. Tylko dobry fachowiec pomoże ci posiekać się i złożyć na nowo, żebyś mogła rosnąć prosto, sięgając do Słońca. Sama tego nie zrobisz raczej. Albo tak, ale wolniej i bardziej boleśnie.

    Druga sprawa - nic dziwnego, że twój syn neguje relacje z ojcem, skoro ten stosuje wobec niego przemoc i ewidentnie faworyzuje córkę. To nie w dzieciaku jest problem, tylko niedojrzałym, przemocowym dorosłym. Jego dziwna więż z córką też jest podejrzana (być może nie potrafi zaakceptować w swoim otoczeniu konkurencji, a konkurencja to dla niego inni mężczyźni - kobiety to 'tylko kobiety').

    Trzecia sprawa - skoro chce się wyprowadzić (temat pewnie będzie wracał), to moze myśleć o rozwodzie.
    Dla własnego i dzieci dobra - gromadź wszelkiego rodzaju dokumenty własności, dokumentację bankową, dokumentację firmy, dokumenty które udowadniają twój wkład w firmę (plus bazy danych klientów etd) itd - za wiele słyszałam opowieści od kobiet, które uwolniły się od chu..wych związków, ale wyszły z nich w samych skarpetkach, bo mąż pomyślał o rozwodzie wcześniej i tak wszystko odwrócił, że odeszły z niczym.

    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • 22.04.17, 15:08
    Dla mnie motywacją były dzieci. Świadomość, ze syn prawdopodobnie powieki zachowania ojca, a piszesz, ze już tak się dzieje i świadomość ze córka znajdzie się w podobnym związku, bo przecież mąż zmęczony, zapracowany, wiec może więcej. Może terapia ci pokaże, ze nikt nie ma prawa krzywdzić ludzi.
  • 22.04.17, 18:23
    Tak wszyscy mi doradzają terapię, a to też dzięki wizytom u psychologa mam mętlik. Poszłam, kiedy było naprawdę źle. Po kilku sesjach pani powiedziała mi, że podważam autorytet ojca i nie powinnam się wtrącać pomiędzy nich - że syn sam go oceni i to jest ich relacja i nic mi do tego.
  • 22.04.17, 18:37
    Aha i jeszcze - żebym się tak za bardzo nie martwiła, bo żadna rodzina nie jest idealna i wszyscy jesteśmy jakoś tam skrzywieni.
  • 22.04.17, 18:46
    Idz do innego psychologa, idealnie do takuego ktory ma doswiadczenie w pracy z przemoca domowa.
    Pytanie z czym poszlas, jesli z tym by naprawic relacje syn-ojciec czy stosunki w rodzinue ogolnie to faktycznie nic z tym nie zrobisz i tu babka ma racje. Jesli po to by zaczac zmieniac siebie, ustawiac sensowne granice, podbudowac asertywnosc i wyjsc z roli ofiary- to faktycznie rady do bani....
  • 22.04.17, 22:06
    Dokladnie. Szukaj psychologa mającego realne doświadczenie z przemocą. Takiego, który nie będzie bagatelizowal Twojej sytuacji rodzinnej.
  • 23.04.17, 11:38
    Najlepsi będą w takiej sytuacji psycholodzy pracujacy w specjalnych ośrodkach tj Centrum Interwencji Kryzysowej.
  • 22.04.17, 21:34
    Konflikty miedzy dorastajacymi dziecmi a rodzicami sa niestety dosc czeste, byc moze psycholog na podstawie tego co opowiadalas ocenila je jako 'typowe'? Jezeli panowie maja szanse na dogadania sie bez twojego udzialu (nie ma szans na jakies wspolne tematy poza sfera 'konfliktu'?) to bym zaryzykowala, jezeli nie to niestety ty bedziesz musial przejac role glownego wychowawcy syna, a ze syn juz sprawia klopoty, to ty pewnie bedziesz musiala szybko wyjsc z roli dobrej poblazajacej, mamusi.
  • 22.04.17, 22:18
    Ja chyba od zawsze jestem głównym wychowawcą syna. Między innymi z tego powodu poszłam do psychologa, martwiąc się jak to wpłynie na jego psychikę. To mnie zawsze zależało na tym żeby mu coś pokazać, zapisać na zajęcia dodatkowe i wozić go na nie i uważam że do tej pory mam z synem dobry kontakt.
  • 22.04.17, 22:56
    z tego co piszesz to wyglada na to ze mama ma dobry kontakt z synem, tata z corka, ale rodzice zupelnie nie potrafia sie dogadac w sprawach wychowczych. Pewnie nie latwo to bedzie zmienic ale zanim zdecydujesz se na rozwod, tak chetnie tu doradzony, najpierw bym sprobowala wymusic na mezu wakacje i dluzszy odpoczynek dla calej rodziny i jednak podjela proby by maz z synem sie troche polubili.
  • 22.04.17, 23:11
    71tosia napisała:

    > z tego co piszesz to wyglada na to ze mama ma dobry kontakt z synem, tata z cor
    > ka, ale rodzice zupelnie nie potrafia sie dogadac w sprawach wychowczych. Pewni
    > e nie latwo to bedzie zmienic ale zanim zdecydujesz se na rozwod, tak chetnie t
    > u doradzony, najpierw bym sprobowala wymusic na mezu wakacje i dluzszy odpoczyn
    > ek dla calej rodziny i jednak podjela proby by maz z synem sie troche polubili.

    Też bym to polecała autorce na ten moment.

    Szczególnie zadbanie o odbudowanie relacji ojca z synem. skoro mąż sobie nie radzi z tym, dobrze będzie jakby autorka przejęła inicjatywę i nadała kurs zmianom :).


    --
    "Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
    by Sheldon Cooper
  • 23.04.17, 13:11
    iziula1 napisała:

    >
    > Szczególnie zadbanie o odbudowanie relacji ojca z synem. skoro mąż sobie nie ra
    > dzi z tym, dobrze będzie jakby autorka przejęła inicjatywę i nadała kurs zmiano
    > m :).

    >
    Tyle,ze autorka nie radzi sobie w relacjach z mezem co jest wynikiem zaburzonych relacji rodzicow z dziecmi.
    Dla nich najlepsza bylaby terapie wspolna.

    --
    Podwojne standardy jest to niesprawiedliwe stosowanie odmiennych zasad w podobnych do siebie sytuacjach.
  • 23.04.17, 13:23
    yamilca197 napisał(a):
    > Tyle,ze autorka nie radzi sobie w relacjach z mezem co jest wynikiem zaburzon
    > ych relacji rodzicow z dziecmi.
    > Dla nich najlepsza bylaby terapie wspolna.
    >

    Mam pewien problem z tym wątkiem ;-)
    Nie wiem już który problem autorki jest najistotniejszy. Czy przemoc? Niby jest ale autorka określa go "popychaniem", czy konflikty pomiędzy rodzicami co do metod wychowawczych,czy konflikt ojciec-syn, czy nierówne traktowanie dzieci?
    Po wpisach autorki mam mnóstwo wątpliwości co do tego co nam opisuje,albo się mylę ale mam wrażenie jakiejś manipulacji.Może to nieświadomie działanie autorki wątku ale coś mi tu zgrzyta.
    Chyba poczekam co na to powie pani ekspert i jak dalej rozwinie się sytuacja ze strony autorki.
    Oczywiście,proszę bez urazy ze strony autorki. Nie chcę nikogo urazić. Jedynie pomóc a nie zaszkodzić.
    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 23.04.17, 13:48
    Wszystkie problemy sa istotne tak samo, poprostu ta rodzina nie dziala dobrze od samego poczatku a zle relacje miedzy jej czlonkami sa tego wynikiem. Autorka sama napisala ze u nich wszystko jest problemem. Mieszkali u jej rodzicow bylo zle,mieszkali u jego matki bylo zle, zamieszkali u siebie jest zle,policja, psycholog, interwencje kryzysowe, awantury o wszystko, wychowanie dzieci, wakacje, spedzanie swiat itd. To nie jest zdrowa rodzina. Nie ma rodziny w ktorej zawsze jest sielanka,ale tu jest patologicznie.


    --
    Podwojne standardy jest to niesprawiedliwe stosowanie odmiennych zasad w podobnych do siebie sytuacjach.
  • 23.04.17, 13:54
    yamilca197 napisał(a):

    > Wszystkie problemy sa istotne tak samo, poprostu ta rodzina nie dziala dobrze o
    > d samego poczatku a zle relacje miedzy jej czlonkami sa tego wynikiem. Autorka
    > sama napisala ze u nich wszystko jest problemem. Mieszkali u jej rodzicow bylo
    > zle,mieszkali u jego matki bylo zle, zamieszkali u siebie jest zle,policja, ps
    > ycholog, interwencje kryzysowe, awantury o wszystko, wychowanie dzieci, wakacje
    > , spedzanie swiat itd. To nie jest zdrowa rodzina. Nie ma rodziny w ktorej zaws
    > ze jest sielanka,ale tu jest patologicznie.
    >
    >
    Chyba masz rację.
    W tej sytuacji chyba nikt na forum nie jest w stanie autorce pomóc. Bo pomocy w tej sytuacji potrzebują dzieci i rodzina jako całość.
    Powstrzymam sie od dalszych komentarzy,bo autorka chyba nie jest do końca szczera z nami i jej intencje dla mnie nie są do końca jasne.

    --
    <*>
    "Nie wierzę w żadną magię ani inny zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią!"
    By Julian
  • 23.04.17, 11:46
    melasa212 napisała:

    > Ja chyba od zawsze jestem głównym wychowawcą syna. Między innymi z tego powodu
    > poszłam do psychologa, martwiąc się jak to wpłynie na jego psychikę.

    Aaaa, to nie dlatego, że mąż jest przemocowcem?
    Moim zdaniem wiesz doskonale na czym polega problem w Waszej rodzinie, ale starasz się to od siebie odsunąć i zrzucić jego skutki na zupełnie inne czynniki.
  • 22.04.17, 18:59
    melasa212 napisała:

    > Tak wszyscy mi doradzają terapię, a to też dzięki wizytom u psychologa mam mętl
    > ik. Poszłam, kiedy było naprawdę źle. Po kilku sesjach pani powiedziała mi, że
    > podważam autorytet ojca i nie powinnam się wtrącać pomiędzy nich - że syn sam g
    > o oceni i to jest ich relacja i nic mi do tego.

    Jeśli poszłaś do psychologa po to by "naprawić" męża, albo syna, to pani psycholog miała rację. Ich złej relacji Ty nie jesteś w stanie naprawić.

  • 23.04.17, 12:54
    W dodatku ja tu widzę jeszcze jedną kwestię - córkę, "córeczkę tatusia". O córce nie piszesz ani słowa, jakby jej nie było, za wyjątkiem tego, ze za nią obrywa w razie kłótni syn. Dla mnie to niepokojące - nie tylko stosunek ojca do syna, ale Twój do córki. Troszczysz się o niego, a córka jakby nie istniała, choć przecież i ona jest wplątana nie mniej niż reszta rodziny w konflikty i na niej, jako na najmłodszej, moze się to odbić najbardziej. Poza tym, jeśli ktokolwiek boi się zostawić 14 latka z ojcem to rozwiązania mogą być tylko dwa. Albo ojciec jest nieprzewidywalnym furiatem, kims kto może powiedzieć lub zrobić synowi coś naprawdę złego, i natychmiast trzeba od niego odejść, albo ten ktoś przesadza. Nie ma nic pośrodku.
    Jest Ci potrzebny psycholog do rozwiązania Twojego problemu - nie kontaktów ojca z synem, ale dla zdiagnozowania, gdzie w rodzinie jest problem. I czy problemem jest wyłącznie zachowanie męża - bo jesli tak, to nie ma na co czekać. Ale moze sprawa jest bardziej skomplikowana.
  • 23.04.17, 15:23
    Może jest tak, że rodzice dawno odpuścili bycie dla siebie partnerami bo od dawna się nie dogadują (ale rozstać nie zamierzają absolutnie) i z dzieci zrobili swoich zastępczych partnerów z którymi realizują jakiś wypaczony model bliskości emocjonalnej w rodzinie. Matka nie umie sobie poradzić z przemocowym mężem więc tkwi w mocnym uścisku z synem i to syn będzie tym "problematycznym" bo w nim oboje kanalizują swoje złe realcje,
    a mąż na syna tym bardziej kieruje złość by jej dopiec i udowodnić kto ma tu rządzić,
    za to uwielbia córkę jako swoją małą kobietkę, by dostać uczucia jakich żona od dawna mu nie daje.
    Ojciec ma problem z swoim despotyzmem, z byciem jedynym samcem w rodzinie więc jego niechęć do syna wspieranego przez matkę będzie rosła im syn bardziej będzie chciał być dorosły.
    Matka zamiast rozmówić się konkretnie z mężem i ustalić dawno temu czy wzajemny układ z tym panem dla niej ma jakikolwiek sens i jest dla niej budujący, ucieka w wymówki i skupianie problemu na dziecku, jak typowa osoba w zaburzonym układzie, dostosowująca się do toksycznego środowiska, która sama jest bierna i nie chce brać osobistej odpowiedzialności za swoje życie, woli być z kimś "złym" bo wtedy czuje się tą dobrą. Takie współuzależnione myślenie osób o "zależnej" osobowości, które wiedząc że są w złym układzie tym bardziej wikłają swoje życie we wspólne firmy, kredyty, jak najwięcej zależności by móc później mówić "nie mam jak tego rozwiązać".

    Autorka musi zająć się swoimi emocjami i powodem swoich wyborów z dobrym terapeutą. Bo jeśli do psychologa poszła po rady jak zmienić syna i męża i ich dogadywanie się to dostała słuszne, że to ich sprawy między sobą. Problemem jest jej dogadywanie się i relacja z mężem. Ich stosunki wzajemne są podstawą układu w jakim tkwią dzieci i jaką atmosferą przesiąkają. Więc zmiany autorka musi zacząć od samej siebie w kontekście męża, by nie utrzymywać układu przemocowego w domu.

    --
    <"Wszystko co zrobisz dla innych wbrew sobie ,wyjdzie Ci kiedyś bokiem">
  • 24.04.17, 09:37
    Ani razu nie napisałam, że nie rozmawiałam z mężem - właściwie to teraz dopiero przestałam, bo wszelkie ustalenia, które robimy na spokojnie nie mają zastosowania w nerwach.
    A jeśli chodzi o kredyty - czy Wy nie macie wspólnych kredytów z Waszymi partnerami? Czy myślicie, że zaciągając kredyt, kupując wspólne mieszkanie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji? Czy może zawsze trzeba żyć w napięciu, żeby być samowystarczalną i jakby co to wyrzucić złego chłopa z domu? Jasne - wiedziałam, że mąż nie należy do łatwych ludzi, ale jednak wiele rzeczy udało nam się wspólnie zrobić i pomógł mi w bardzo wielu sytuacjach.
    Fakt- urodziłam dziecko zaraz po studiach i nie miałam czasu rozwinąć kariery - założyłam firmę, żeby być ubezpieczoną, ale to mąż w niej głownie pracował, kiedy ja zajmowałam się dzieckiem. Właściwie to jestem mu naprawdę za to wdzięczna, bo to od niego nauczyłam się pracować, nie poddawać, jak szło źle, dbać o klientów.
    On oczekuje jednak, że przez to wszyscy powinniśmy funkcjonować tak, jak on to sobie wymyślił i ma problem z zaakceptowaniem tego, co mu w nas (póki co we mnie i w synu nie odpowiada). Czyli dla świętego spokoju powinnam mu przytakiwać oraz rezygnować z tego, co dla mnie ważne, ale mu nie pasuje - np. obchodzenia świąt. Czyli mam dwa wyjścia - albo "nie dawać się" i robić swoje, narażając się na złe humory z jego strony, które przeradzają się w ciche dni, zakończone kłótnią, albo robić tak, jak on chce i być nieszczęśliwą.
  • 24.04.17, 19:11
    IMO masz do wyboru albo iść na całość i sie rozwieść albo nie dawac sie i robic swoje, zacząć narzucać swoje zdanie i zacząć ustawiać faceta tak, jak to jest korzystne dla rodziny. Wymagania, opieprz, wymagania, opieprz i tak na przemian. To taktyka na początek. On ci mówi zostaw ta książkę, tracisz czas, ty mu na to: pi..rz sie zajmij się swoimi sprawami i w moje sie nie wpiep..j. Takie przemocowe zachowanie na początek pomoże ci sie wydobyć spod buta pana meza. Co z twoja praca w firmie, co robisz, czy jesteś zastepowalna, czy pracujesz na umowę o prace i czy dostajesz na swoje konto wynagrodzenie? W zależności od odpowiedzi masz różne opce postepowania. Napisz konkretnie i wtedy łatwiej będzie sie odnieść. Co do syna, ja jestem matka ktora by meza własnoręcznie ubila, gdyby spróbował stosować przemoc wobec dzieci. Tu nie powinien miec możliwości ruchu, przemoc wobec dziecka = wynocha z domu, zgłoszenie na policje, psycholog, zeznania syna i krotka pilka adieu!
  • 24.04.17, 09:19
    Nie piszę o córce z tego względu, że trudno jednorazowo poruszyć wszystkie wątki.
    Pomiędzy dziećmi jest róznica wieku 9 lat - wydawało mi się, że to będzie takie świetne – jedno już odchowane, więc będzie się można zająć drugim. Ponieważ często zostaję z nimi sama – znalezienie czegoś wspólnego dla nich to ekwilibrystyka – wiadomo, że nie pójdę z synem na plac zabaw (chociaż zdarzało się, że brał książkę i szedł z nami), a to, co mogłoby zainteresować syna jest dla małej za trudne. Już na początku było lepiej, bo córkę można było zapakować do nosidełka i np. jechać w góry. Myślę, że teraz będzie coraz lepiej – młoda musi szybko nadrobić jazdę na rowerze, itp.
    Córka – i nie przesadzam – jest wyjątkowa. Ma w sobie to coś, co sprawia, że lubi się z nią przebywać. Jest energiczna, silna, wesoła – ale jest też złośnicą. Do pewnego czasu wymuszała krzykiem i płaczem różne rzeczy, na szczęście już jej przeszło. Mojego męża zawsze przerażał jej krzyk więc jej ustępował – jeśli był jakiś „konflikt” pomiędzy nią a bratem – zawsze obrywał brat. Chociaż wydaje mi się, że to właśnie on potrafił postawić jej granice – przecież nie musiał się zgadzać, żeby używała jego rzeczy, itp. – nawet jeśli robił to na swój sposób – tzn. nie używał żadnych sposobów, odwracania uwagi, rozmów i tłumaczenia, moim zdaniem robił to.
    Córka niewątpliwie jest bardzo związana z moim mężem, nie przejmuje się jego humorami i potrafi go przytulić w każdej sytuacji. Ja tego nie potrafię. Kiedy on wpada w złość ja oddalam się od niego o lata świetlne.
  • 24.04.17, 10:11
    Wszyscy w Twoich opisach mają etykietki i role.
    Pomiędzy moimi dziećmi jet różnica 9 lat. Nie trzeba koniecznie znajdować wspólnych rozrywek, można iść na spacer i porozmawiać, można raz zrobić to, co zainteresuje starsze, a raz to, co młodsze, można iść na wystawę czy do muzeum, pojechać zwiedzić bliskie miasto czy okoliczną dzielnicę, niekoniecznie trzeba z dzieckiem chodzić na plac zabaw. Można też nie brać ze sobą 14-latka, który świetnie zagospodaruje sobie czas sam, a następnym razem iść tylko z nim.
  • 24.04.17, 10:14
    Faktycznie - prawdziwa reżyserka ze mnie. Podałam tylko przykład.
  • 24.04.17, 10:36
    melasa212 napisała:

    > Faktycznie - prawdziwa reżyserka ze mnie. Podałam tylko przykład.

    Verdana ma rację. Przypisujesz każdemu role i w zależności od Twego humoru i odpowiedzi na forum te role się zmieniają. Raz opisujesz męża jako typowego przemocowca do którego wzywasz policję i nie masz doń na tyle zaufania aby z nim dzieci zostawić na parę godzin, bo nie wiadomo czym to się skończy. Drugim razem jako emocjonalnego, ale dobrego człowieka którego autorytet u syna sama skutecznie podrywasz. Do psychologa chodziłaś, ale zrezygnowałaś, bo dostałaś porady niezgodne ze swoimi oczekiwaniami. Na forum też dostajesz porady sprzeczne z tym czego się spodziewałaś, bo kredyt, bo praca, bo mąż jednak nie taki zły.
    Coś ten obraz Waszej rodziny wyłaniający się z Twoich opisów jest coraz bardziej niespójny. A z mojego punktu widzenia wygląda na to, że po prostu masz nadzieję, że za pomocą jakiejś magii odmienisz męża i syna którzy będą odtąd postępowali tak jak sobie wymarzyłaś. Rozczaruję Cię zapewne, ale to niemożliwe. Jedyną osobą którą możesz zmienić jesteś wyłącznie Ty sama. I to nad swoim postępowaniem oraz reakcjami powinnaś pracować, co bardzo słusznie radził Ci psycholog.
  • 24.04.17, 10:48
    Dlatego piszę, że mam mętlik.
  • 24.04.17, 10:54
    melasa212 napisała:

    > Dlatego piszę, że mam mętlik.

    Wróć na terapię i stosuj się do porad tam uzyskanych. Nie rezygnuj pochopnie, terapia to działanie długofalowe i nawet jeśli od razu nie skutkuje spektakularnymi efektami to powinnaś uzyskać w miarę szybko jasny obraz sytuacji domowej oraz zobaczyć jaśniej różne możliwości wyjścia z impasu oraz konsekwencje decyzji jakie podejmiesz.
  • 24.04.17, 15:03
    aqua48 napisała:
    Rozczaruję Cię zapewne, ale to niemożliwe. Jedyną
    > osobą którą możesz zmienić jesteś wyłącznie Ty sama. I to nad swoim postępowan
    > iem oraz reakcjami powinnaś pracować, co bardzo słusznie radził Ci psycholog.

    Aqua bardzo mądrze pisze, cała jej powyższa wypowiedź jest sensowna. Ja Ciebie rozumiem jak mało kto na tym forum, bo mam podobną poniekąd sytuację, różnica jednak jest zasadnicza: mój mąż nigdy nie dotknął nawet żadnego z dzieci i nie było sytuacji, żebym bała się zostawić je same z nimi. Kończyło się na krzykach, nie było jednak na szczęście wyzwisk. Cała reszta stosunków u nas jest podobna, łącznie z tymi procentami sytuacji, gdy jest dobrze i z tym slalomem, byle uniknąć scysji.
    Musisz sobie szczerze odpowiedzieć, jak duża jest skala tej przemocy wobec syna, bo faktycznie raz nas straszysz, raz się wycofujesz i ja sama już nie wiem, jak bardzo jest źle u Was. Mnie mrozi to, że syn szuka Twojego wsparcia i ma żal, że mu go nie dajesz, ponadto to, że już tak młody jednak chłopak ma więcej rozsądku od Ciebie i nie nabiera się już na lepsze okresy u ojca. Musi być jednak źle. U nas syn dopiero w wieku 15 lat spojrzał bardziej krytycznie na ojca, ostatnie wspólne wakacje uświadomiły mu skalę "szajby" ojca i dopiero wtedy przestał robić przerażoną minę, gdy w powietrzu zawisało słowo "rozwód". Twój syn najwyraźniej albo jest mądrzejszy, albo doznał znacznie więcej złego od ojca niż mój. Odpowiedz sobie na te pytania.
  • 23.04.17, 13:06
    Terapia nie pomoze naprawic waszego zwiazku jesli bedzie jednostronna,twoj maz tez musi w tym uczestniczyc I syn takze. Do tego jednak raczej nie dojdzie. Wy macie problemy od samego poczatku, sama napisalas ze maz wrzeszczal na ciebie az musialas wzywac policje. Wzywanie policji to ostatecznosc i bedac szczera uwazam ze jesli do tego dochodzi to juz dobrze nie bedzie. Lepsze okresy nie swiadcza o tym,ze problemy zniknely, nierozwiazane nie znikna o czym sie przekonalas juz wiele razy.
    Twoj syn chlonie to co widzi, teraz neguje zachowanie ojca ale kiedy dorosnie moze (co jest dosc prawdopodobne) miec problemy w relacjach partnerskich. Corka podobnie.
    Pracujesz, ogarniasz zycie rodzinne,z tego co napisalas maz nie jest w to zaangazowany wiec po rozstaniu bedziesz robic to samo. Dostaniesz alimenty, bedziesz pracowac. Najtrudniej jest na poczatku. Spokoj jest tego warty.


    --
    Podwojne standardy jest to niesprawiedliwe stosowanie odmiennych zasad w podobnych do siebie sytuacjach.
  • 24.04.17, 12:52
    Mętlik można, a nawet trzeba uporządkować.

    Krok I: nazwanie problemu lub problemów.

    1. Relacja twojego męża z waszym synem. Z twojego opisu wynika, że "mąż się na niego wścieka i wyzywa go od najgorszych", "zdarzało się, że go popychał". Opisane zachowania to przemoc wobec dziecka.
    2. Relacja syna z tobą. Z twojego opisu wynika, że syn oczekuje od ciebie pomocy w relacji z ojcem oraz, że ma żal do ciebie o to "że nic z tym nie robisz". Piszesz też w tym kontekście "czuję bezsilna", "martwię się o syna".
    3. Twoja relacja z mężem w kontekście syna. Z twojego opisu wynika, że kiedy próbujesz bronić syna "obrywasz".
    4. Relacja syna z ojcem. Piszesz, że syn podważa wszystko co ojciec mówi, "nie słucha się", uważa, że lepsze okresy ojca to rodzaj zmyłki, nie ufa mu i nie cierpi go.

    Sytuacja jest więc dość jasna. Twój mąż stosuje wobec syna przemoc. Nie istnieje coś takiego jak "prowokowanie przemocy przez dziecko". Chłopiec ma 13 lat - jest to wiek w którym rozwija się krytycyzm, również wobec rodziców. Zmiana zachowania dziecka związana ze zmianą postawy wobec rodziców jest trudna dla większości rodzin, dochodzi do konfliktów z dziećmi oraz o dzieci. Jedna u rodziców "przemocowych" odmowa podporządkowania się, wyrażanie własnego zdania przez dziecko, czy krytyczne uwagi pod adresem rodzica (określane jako "pyskowanie") rodzą agresję i są źródłem zachowań przemocowych wobec dziecka.

    W takiej sytuacji ważna jest postawa drugiego rodzica. Jeśli przemocowy rodzic jest również przemocowym partnerem (najczęściej), to rodzic, który widzi że dziecko jest krzywdzone nie potrafi skutecznie przeciwstawić się partnerowi i przerwać przemocy wobec dziecka. Czasem dodatkowo krzywdzi dziecko, np. stając w niektórych sytuacjach po stronie sprawcy ("niepotrzebnie zdenerwowałeś ojca", "postaraj się zachowywać inaczej") albo zachowując bierność. Podejmuje też zachowania, które mają na celu chronić dziecko ale nie są skuteczne.

    Syn zwraca się do ciebie o pomoc. W obecnej chwili nie jesteś w stanie mu tej pomocy skutecznie udzielić. Zaczynasz czuć, że syn oddala się od ciebie.

    Krok 2 - rozwiązanie problemu

    Jeśli jeden z rodziców stosuje wobec dziecka przemoc (wyzwiska, krzyki, popychanie) drugi rodzic ma obowiązek to przerwać.

    To co robisz do tej pory jest nieskuteczne. Mąż nie liczy się z twoim zdaniem i nie wygląda na to, żeby to się miało w najbliższej przyszłości zmienić. Swoją przemoc wobec dziecka uważa za uprawnioną i uzasadnioną, a twój sprzeciw traktuje jako podważanie autorytetu. To co próbujesz zrobić "zbudowałam wokół siebie mur i to z drutem kolczastym, rozmawiamy tylko o pracy" też nie będzie skuteczne. Nie zatrzyma przemocy wobec twojego syna. Podobnie jak próba bycia stale obecną, żeby pod twoją nieobecność coś się nie stało. Bo to dzieje się wtedy kiedy jesteś.

    Ważne jest ustalenie, czy istnieje możliwość rozwiązania problemu przemocy wobec dziecka w ramach rodziny, czy też rodzic nie zmieni swojego postępowania i jedynym wyjściem jest izolacja dziecka od sprawcy. Izolacja dziecka od sprawcy jest możliwa na kilka różnych sposobów: odejście od sprawcy razem z dziećmi, odizolowanie dziecka - np. poprzez umieszczenie go w szkole z internatem, hostelem, lub zmiana miejsca zamieszkania samego dziecka (np. u dziadków).

    Wiele osób się oburzy, że izolacja dziecka to "karanie dziecka" zamiast sprawcy. Jednak wiele kobiet nie czuje się gotowych do rozstania ze sprawcą przemocy, nawet jeśli tą przemoc stosuje on wobec dzieci. W takich sytuacjach wiele kobiet zaczyna bagatelizować to co się dzieje, przyjmuje bierną postawę, lub jak autorka postu - podejmuje nieskuteczne metody ochrony dziecka, stara się być w domu i "nadzorować przemoc" i dawać sprawcy znać, że jego zachowanie nie jest dopuszczalne, np. "budując mur".

    Kobieta ma prawo podjąć decyzje o tym, że nie chce rozstawać się z partnerem, niezależnie od tego jak ja traktuje. Ale jako rodzic ma obowiązek chronić dzieci przed przemocą.
    Ważne jest otwarte postawienie sprawy wobec dziecka - kochanie, nie jestem w stanie wpłynąć na zmianę postawy ojca wobec ciebie. Nie potrafię jednak od niego odejść chociaż cię krzywdzi. W związku z tym załatwimy dla ciebie hostel/przeprowadzisz się do babci, tak, żeby móc spokojnie funkcjonować, bez narażenia na agresję. W tym czasie będę się zastanawiać co możemy zrobić, żeby rozwiązać problem - może uda się nakłonić ojca do terapii, a może ja zbiorę siły na to, żeby od niego odejść. Ważne jest żeby mówić dziecko jasno i wprost, nie obiecywać niczego, czego się nie jest w stanie zrobić. Liczy się to, że dziecko dostaje jasny komunikat: "To co się dzieje jest złe, mama nie ma siły żeby się otwarcie przeciwstawić ojcu, a tym bardziej na niego wpłynąć, ale jest gotowa mnie chronić. Nie chce i nie dopuści do tego, żebym stał się ofiarą jej decyzji o pozostaniu z ojcem."

  • 24.04.17, 22:09
    Bardzo Wam dziękuję za odzew – nie spodziewałam się aż takiego.
    I wyjaśnię może jeszcze kilka rzeczy.
    Była osoba, która posądziła mnie tu o jakieś niejasne intencje – właściwie nie miałam żadnych intencji pisząc tego posta i staram się być maksymalnie szczera – w końcu mnie nie znacie i to, czego się o mnie dowiecie nie przełoży się na inne aspekty naszej znajomości ;)
    Raz piszę o mężu tak, a raz siak –rzeczywiście nie mogę i nie chcę go jednoznacznie osądzać, ponieważ zawdzięczam mu jednak sporo w życiu. Dopuszcza się jednak zachowań, które dla mnie są barierą już nie do pokonania. Nie twierdzę, że jest jednoznacznie zły, a ja taka wspaniała. Powody dlaczego od niego nie odeszłam były różne i, niestety, nie zawsze aż tak szlachetne jak bym chciała.
    Odejść zdecydowałam się już wtedy, kiedy wezwałam policję – doradziła mi to psycholog. Niestety, ani emocjonalnie, ani życiowo nie byłam przygotowana do tego, żeby wtedy to pociągnąć, nie wiedziałam co zeznawać ani nie miałam nic poukładane – działałam w emocjach podczas awantury. Potem – z pomocą gróźb i próśb mojego męża – odmówiłam składania zeznań, znosząc przewracanie oczami policjantki. A mogłam po prostu poprosić o zrobienie notatki ot tak, żeby ją mieć w zanadrzu. Poza tym – i tu klasyka – mój mąż obiecał poprawę i przekabacił mnie do powrotu. Czyli brak konsekwencji. Tak bardzo też chciałam mieć wtedy drugie dziecko, że żal za tym, że mogłabym go nie mieć był tak wielki, że wolałam się pogodzić (i tutaj akurat niczego nie żałuję). Wygodna i leniwa też pewnie jestem, a mój mąż jest tytanem pracy. Później miałam jeszcze dwa razy sytuacje, kiedy byłam zdecydowana się rozstać, a potem wszystko się rozmyło. Klasyka miodowych miesięcy, codzienność, życie z dnia na dzień. Uwierzcie mi, że kiedy ktoś m zły humor, ciągle się czepia, szuka pretekstu do kłótni, czepia się rodziców, kompetencji, dziecka, to trudno znaleźć siłę i nawet czas, żeby organizować osobne życie (a nie czuje się wcale słabą osobą). A kiedy zły okres mijał – to wydawało mi się, że kolejny kryzys został zażegnany. Tyle, że te wcześniejsze sytuacje nie dotyczyły dzieci, a przecież mogłam przypuszczać, że kiedy ja przestanę być kozłem ofiarnym to będzie nim ktoś inny – bo frustracja, bo zmęczenie, bo stres, bo świat nie działa, tak jak powinien w jego wyobrażeniach.
    Powiedziałam synowi, że takie traktowanie przez kogoś jest niedopuszczalne i, że nie będę się już temu przyglądać, choć miałabym się rozwieść i wiecznie narażać na awantury (no już zdążyłam się nasłuchać obelg od wczoraj). Wydaje się, że mu ulżyło – w każdym razie wydaje się mniej spięty i jakiś grzeczniejszy. Zapisałam się też do psychologa i tym razem mam zamiar posłać tam również syna.
  • 24.04.17, 22:43
    melasa212 napisała:

    >Zapisałam się też do psychologa i tym razem mam zamiar posłać tam również syna.

    Gratuluję decyzji - moim zdaniem jest bardzo dobre, nie rezygnuj tylko gdy nie będziesz się z terapeutą zgadzać, albo nie efekty nie będą szybkie i widoczne od razu. Masz prawo natomiast do zadawania pytań terapeucie - jak postępować w sytuacji konkretnej np mąż zachowuje się tak i tak wszczyna awanturę o to czy o tamto, odmawia pomocy i wychodzi wówczas kiedy jest niezbędny przy dzieciach - jak TY możesz się zachować, w jakim celu i co z tego wyniknie i korzystaj z tego. A z synem powinniście chodzić na terapię rodzinną - sensowny terapeuta właśnie ją powinien zaproponować, aby uporządkować Wasze wzajemne relacje.
  • 25.04.17, 05:36
    Piękny, mądry post. Samoświadomość! Nie znam Was, ale poczułam ulgę, że Twój syn ma obok siebie mamę, na którą może liczyć. Trzymam kciuki, żeby Ci się udało poukładać rzeczywistość:-)
  • 26.04.17, 23:04
    Myślę, że będzie trudno Pani pomóc. A to z tego powodu, że uprawia Pani wobec siebie, i poniekąd także wobec forum, grę w "tak, ale....." Jeśli się Pani podpowie "odejdź, to związek toksyczny", Pani znajdzie mnóstwo argumentów aby zostać: zależność finansowa, zależność logistyczna, miodowe miesiące, obietnice poprawy, lęk.
    Jeśli się Pani powie: "zostań, nie jest tak źle" Pani na to powie ale.... okropny z niego ojciec, agresor, wystawie mnie do wiatru, awanturuje się, przecież mam go dość.
    Tak można w nieskończoność i to oczywiście wywołuje mętlik. Dlatego trzeba podjąć decyzję a następnie konsekwentnie przy niej pozostać. Wtedy realnie Pani zobaczy jak Pani przeżywa zmianę i czy rozmaite fantazje ,jakie Pani ma na temat swoich możliwości lub ich braku, sprawdzają się czy też nie. Agnieszka Iwaszkiewicz

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.