Dodaj do ulubionych

I tak ci nikt nie uwierzy !!!

19.06.17, 15:47
Wstrząsający artykuł z ostatniego Dużego Formatu :

wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21964507,maz-wiezil-ewe-w-piwnicy-bil-gwalcil-i-glodzil-prokuratura.html
Znowu nikt nic nie widział, nikt nie słyszał ..... we wsi liczącej około 30 domów ....
Prokuratura dwukrotnie umorzyła śledztwo.
Edytor zaawansowany
  • 19.06.17, 16:44
    fusun1804 napisała:


    > Znowu nikt nic nie widział, nikt nie słyszał ..... we wsi liczącej około 30 dom
    > ów ....

    Uhm...

    > Prokuratura dwukrotnie umorzyła śledztwo.

    Straszne to jest :-(
  • 19.06.17, 17:21
    Jaka tu mamy sytuacje? Kobieta poznaje faceta, ktorego matka jest nalogowa alkoholiczka, brat, tez alkoholik, ma 10 uposledzonych dzieci- ok. Tydzien po slubie po raz pierwszy ja uderza. Przeprasza wiec nie bylo sprawy. Potem bije ja po glowie zeby nie bylo sladow a gdy zachodzi w ciaze- podbija jej oko i dodaje- powiesz komus - zle skonczysz. Na tym etapie nie ma juz zadnych watpliwosci i kazda normalna kobieta w trosce o siebie i swoje nienarodzone dziecko- ucieka gdzie pieprz rosnie( chocby do matki na poczatek) Ale ta pani BYLA PEWNA, ze jak urodzi wszystko wroci do normy. ZE CO???? NIBY JAKIM CUDEM???? Gdy maz bije ja przy dziecku! ona wzywa policje ale poniewaz on przeprasza i obiecuje poprawe wiec ona wraca bo...wciaz go kocha.......i zachodzi w kolejna ciaze a przemoc oczywiscie eskaluje. Ciag dalszy tego dramatu jest konsekwencja ignorowania widocznej na pierwszy rzut oka patologii pana i jego rodziny. Brniecie w taka relacje mimo, ze od samego poczatku jest ona przemocowa.
  • 19.06.17, 18:03
    No wlasnie, sama jest sobie winna...
    QED

    --
    W końcu do czego to podobne, żeby inkubator zaniedbał zawartość.
    Wiedzmowo
  • 19.06.17, 18:13
    Gdyby odeszla wczesniej w sytuacji, ktora byla oczywista- regularne bicie, grozby- nie byloby tego co bylo pozniej- wlacznie z gwałtami na dzieciach i calym tym nieprawdopodobnym koszmarze. Winny za przemoc jest jej maz- degenerat, dewiant, pedofil etc. Ale ona mogla do tego nie dopuscic odchodzac po pobiciach w pierwszej ciazy a nie twierdzic, ze go kocha. To byla jej odpowiedzialnosc- zakłamywanie rzeczywistosci i brniecie w to bagno.
  • 19.06.17, 19:18
    Nie masz racji diffrentview ofiara przemocy jest ofiara bo nie umie sie jej przeciwstawic a nie dlatego ze lubi byc ofiara!
    To jeszcze jeden przyklad sytuacji gdzie pastwo nie zadzialalo, o sprawie wiedzialo wiele osob ktore z urzedu powinny pomoc: lekarze, nauczycielka w szkole dzieci w koncu i policja i prokurat. Nie ma znaczenia czy uwierzyli czy nie kobiecie, czy ona odwolala zeznania czy nie, w takich sytuacjach gdzy zachodzi podejrzenie przemocy powinny zadzialac procedury, przede wszystkim natychmiastowe izolowanie potecjalnej ofiary od sprawcy i procedury sprawdzajacych etc. Ta sprawa jak w soczewce pokazuje ze u nas wszystko zalezy od dobrej woli i empatii ososb zajmujacych sie sprawa, a gdy jej zabraknie jest jak w tej sprawie.
  • 19.06.17, 19:31
    Czyli, jak zwykle, nie ma co robić sprawy, ofiara sama chciała, powinna przewidzieć przyszłość, co tam, ze zgłaszała - gdyby była mądra, to by wiedziała wcześniej co ją spotka. Sama sobie winna, bo głupia. To jest opinia kogoś, kto przyzwala na przemoc, bo po pierwszym przejawie przemocy kobieta, która nie odchodzi staje się automatycznie współwinną albo czerpiącą korzyść. Czyli po roku odejść już nie moze, bo tacy ludzie, jak Diff ją potępią. Nic tak dobrze nie służy katom jak takie opinie.
  • 19.06.17, 20:40
    verdana napisała:

    > Czyli po roku odejść już nie moze, bo tacy ludzie, jak Diff ją potępią. Nic tak dobrze nie służy k
    > atom jak takie opinie.

    Co Ty wygadujesz? Gdzie wyczytalas, ze ja ja potepiam i ze nie moze odjesc? Ja co najwyzej opisuje mechanizmy w jej psychice, ktore falszowaly jej rzeczywistosc i powodowaly, ze brnela w bagno. Jesli nie przepracuje tych mechanizmow jest duze prawdopodobienstwo, ze zwiaze sie z kolejnym degeneratem i znow bedzie przymykala oczy na przemoc, znow bedzie wracac gdy on cos tam obieca.
  • 19.06.17, 21:53
    71tosia napisała:

    ofiara przemocy jest ofiara bo nie umie sie jej przeciwstawic a nie dlatego ze lubi byc ofiara!

    Otóż właśnie.
    Natomiast different umiałaby się przeciwstawić i wiedziałaby, co i jak zrobić - więc jeśli ktoś tego nie umie, to widać sam jest sobie winien. Bo przecież diff i inni umieją, nie?

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 19.06.17, 20:48
    Ucieka gdzie ?
    Do matki która jej powie "to nic takiego"?
    Masz ty ogóle jakikolwiek rozum w głowie ?
    Myślisz że każdy rodzic się przejmie, jeśli się dowie że jego dziecko jest bite ?
    Otoz-nieeee.
    Wielu kobietom odmówią wejścia do domu rodzinnego.
    Tym bardziej na wsi, gdzie "tak już jest" że chłop pije i bije.
    Więc gdzie ucieka ?
    Do domu samotnej matki?
    A gdzie , jak, za co ?
    Tym bardziej jeśli nie ma dzieci.
    Do noclegowni ?
    I co dalej ?
    A jeśli ma dzieci, to znajduje w mieście świetna pracę, mieszkanie i utrzymuje siebie i dzieci:D
    To tylko wymówka, wszystko się da jak się chce ,o!
    Ach-dzwoni na policję .
    Oh wait , czytalas artykuł , prawda?
    Idzie na policję i co ?
    Miejscowy posterunek gdzie każdy zna każdego .
    Zakłada niebieską kartę .
    Albo i nie, bo nie przyjmą jej.
    I co dalej ?
    Składa doniesienie do prokuratury ?:D
    A mąż i jego rodzina w międzyczasie pokornie czekaja na rozwój wypadków,prawda ?
    Prokuratura wymierza mężowi sroga karę, pamiętając oczywiście że to ona jest sama sobie winna i w ogóle doprowadziła do tej sytuacji.
    Jak wiemy ,sądy w Polsce są wybitnie gorliwe pod tym względem:D

    Albo inaczej.
    Ach, nie -dalej ucieka.
    Na pole chyba.
    No to dzwoni do ośrodka , gdzie jej mówią żeby założyła niebieską kartę:D
    I przyjeżdżają ci sami gorliwi policjanci, którzy...
    No właśnie co ?
    Dzwoni do osrodka-a nie, to już było...
    No to co by tu zrobić według diffrent view...
    O już wiem -jako silna , wykształcona i niezależną kobieta, yyyy-no a to jej wina że nie jest silna, bogata i wykształcona , nie ?
    I czemu się urodziła na wsi ?
    To tylko wymówki:D
    Przecież każdy jest kowalem własnego losu.
    Bezmyślna idiotka , zamiast wziąć na siebie odpowiedzialność za to że mąż ja bije, czekała dalej, no!
    Przecież miała tyle możliwości i wsparcia , prawda ?...
    Nie próbowała walczyć, nie miotała się, po prostu siadła bezmyslnie-tak sobie to wyobrażasz, prawda?
    Według ciebie żadna kobieta w takiej sytuacji nie wie, albo nie próbuje sobie pomóc.
    Bo jakby pomyślała, to wystarczy pstryknąć paluszkiem i problem rozwiązany czyż nie ?.
    Zapewne dlatego, że jeszcze sobie nie uświadomiła własnej winy :D


    Poziom twojej głupoty , tak totalnego braku wiedzy o rzeczywistości dookoła i i jakiegoś ograniczenia umysłowego, który nie pozwala ci myśleć jest wręcz porazający.
    Przeczytałaś kiedyś głupawe książeczki o "wiktymologii" i powtarzasz to bezmyślnie jak katarynka.
    Pół biedy że jest, dużo gorsze jest to, co ci już wiele osób powiedziało -jestes TOKSYCZNA .
    Mam wielką nadzieję że żadna kobieta w kłopotach nigdy cię nie spotka .


  • 19.06.17, 21:36
    Nie gorączkuj się, Konsta. Nie przekonasz.
    Ona musi mieć jakieś ciężkie wspomnienia, bo tak walczy się tylko z ogromnym, przytłaczającym poczuciem winy. Komu nie pomogła, choć mogła? Co tak wypiera, że musi sama siebie przekonywać wciąż i wciąż, że to była odpowiedzialność ofiary? Strasznie jej musi być ciężko. Strasznie się zaplątała.
  • 21.06.17, 12:36
    przypominam , za chiwle dzieki dobrej zmianie w takeij sytuacji kobietom zostaną WYŁĄCZNIE domy samotnej matki , obecnei w liczbie 22 sztuki na cały kraj

    --
    ojciec A - "moje dziecko zjadło peta spod ławki"
    ojciec B - "moje wpadło do sedesu"
    ojciec C - " a ja raz odebrałem cudze dziecko z przedszkola"
  • 19.06.17, 21:48
    differentview napisała:

    > Jaka tu mamy sytuacje?

    Nawet ja nie sądziłam, że już w trzecim poście dowiemy się, że ta pani także jest sama sobie winna i po równo współodpowiedzialna.
    Czy już było jasno napisane, jakie korzyści odnosiła z tego związku? Bo jeszcze nie przeczytałam wszystkich 10 postów.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 19.06.17, 21:58
    Czytalas tekst? Kobieta jest bita tuz po slubie, potem w ciazy i MIMO TO twierdzi, ze nie odejdzie bo go kocha co konczy sie regularnym biciem i gwalceniem jej i dzieci. Ona nie ponosi odpowiedzialnosci za jego psychopatyczne zachowania ale chyba jej decyzja o pozostaniu z nim " bo go kocha" przyczynila sie jakos do dalszego ciagu tej historii? czy nie przyczynila sie?
  • 19.06.17, 22:03
    differentview napisała:

    > ale chyba jej decyzja o pozostaniu z nim " bo go kocha" przyczynila sie jakos
    > do dalszego ciagu tej historii? czy nie przyczynila sie?

    Chodziło mi raczej o to, że spodziewałam się, obstawiałam wręcz, że tę akurat dyskusję, ten drastyczny przykład pominiesz. Serio.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 19.06.17, 22:17
    Nie byloby makabrycznego ciagu dalszego gdyby nie jej decyzje o powrocie. Byla bita regularnie, grozil jej, miala malutkie dziecko, ktore powinna chronic- tu nie bylo zadnych przeslanek zeby wrocic do psychopaty a wlasnie to zrobila.
    Kobieta z jednym dzieckiem majac jakaklowiek pomoc ze strony swojej rodziny( ktora miala bo wlasnie matka jej pomogla potem) moze spokojnie dac sobie rade. Nie jest to łatwe ale miliony kobiet sa samotnymi matkami i sobie radza. Wszystko jest lepsze niz narazic siebie i dzieci na taka przemoc- ona wlasnie to zrobila.
  • 19.06.17, 22:46
    Czyli ma co chciała, to, ze próbowała zawiadomić policję nic nie ma tu do rzeczy. Jakby nie była głupia, to by jej nie bił, więc nie jest żadną ofiarą. Chciała być z psychopatą, niech sie teraz nie skarży, przecież własnie takie zycie wybrała, wiec widocznie odnosiła z tego jakieś korzyści, a więc trudno mówić, ze jest pokrzywdzona. Jest współwinna, czy ktoś bije czy jego biją to trochę wszystko jedno. A że policja nie słuchała - słusznie. W policji też były osoby, które nie wierzą,z ę ofiara przemocy nie wybrała sama tego, co ja spotyka, więc raczej nie ma powodów do interwencji, pewnie to lubi i już.
    No, ale pani w końcu udało sie wyrwać, wiec trzeba jej uświadomić, że jest głupia i nie dorosła do zyciowych wyborów, musi zmierzyć się ze świadomością, ze to co ją spotkało jest tylko w części winą kata - w dużej części winna jest ona sama. Przypuszczam,z ę dokładnie to przez cały czas powtarzał jej facet. Że ma to, na co zasłużyła. I okazuje się, że miał rację. Głupia była, to bił, żeby ja nauczyć. Głupia jest, to takie osoby jak Diff powiedzą, że ma, co chciała. Nigdy już nie ma szans żyć bez przemocy, bo przemoc, jak widać, nie jest wyborem - ludzie kochają znęcać sie nad innymi. No, chyba, ze jak podejdzie ktoś taki jak Diff to pani natychmiast zakończy rozmowę, zerwie kontakty, ucieknie z osrodka i odejdzie - ciekawe dokąd...
  • 19.06.17, 23:04
    Wrecz odwrotnie- dzieki bogu udalo jej sie wyrwac. I to przerazajace co przezyla ona i jej dzieci. I tak- nie byloby tego gdyby wtedy nie wrocila.
  • 19.06.17, 23:16
    Od ofiary przemocy w Polsce oczekujesz ze bedzie jak baron Munchause, sama z bagna za wlosy sie wyciagna, niestety to wbrew prawom fizyki
  • 20.06.17, 22:21
    Jest współwinna temu, co spotkało jej dzieci. To niezaprzeczalne. Nie odeszła, może nie potrafiła, ale miała obowiązek dzieci chronić przed przemocą. Odejść można zawsze, jak się tego chce. Dzieci zasługują na kochającą rodzine, nie wierzę, że matka im zapewni choćby opiekę psychologa. Każdy dzień spędzony w domu tego psychola to jej cegiełka do traumy dziewczynek. Jest ofiarą, ale i bierną sprawczynią przemocy wobec dzieci
  • 20.06.17, 22:35
    Niezaprzeczalne jest , że wykonałas za mało baranków w ścianę.
    Idź i zrób jeszcze kilka, aż ci rozum wróci.
  • 20.06.17, 22:52
    Oj źle z toba
  • 20.06.17, 23:34
    napisz jeszcze ze np. zydowskie matki ktore szly ze swymi dziecmi do gazu sa winne bo nic nie zrobily by swe dzieci ratowac? Wbrew pozorom analogia nie jest taka daleka, jeszcze raz napisze skoro nie rozumiesz -ofiara przemocy jest ofiara bo nie umie sobie a tym bardziej innym pomoc a nie dlatego ze ma ochote byc ofiara.
  • 21.06.17, 09:21
    Nie jest to trafne porównanie, one nie miały wyboru, ona tak
  • 21.06.17, 10:09
    No ale one powinny były się zorientować już w latach trzydziestych, wiedza o tym, co Żydom robi się w Niemczech była powszechnie dostępna. No a już najpóźniej wtedy, kiedy budowano mur wokół getta - trzeba było wiać. Dokąd ? No przecież wszyscy po aryjskiej tylko czekali, żeby pomóc !
  • 21.06.17, 16:26
    Może i zawsze można odejść ale przypominam, że czasem kończy się to zabiciem odchodzącej żony i dzieci. Było parę takich akcji niedawno.
  • 20.06.17, 09:31
    Straszne.

    --
    Sport to nie jest zdrowie."Ja się kiedyś nabawiłam urazu kręgosłupa, którego konsekwencje odczuwam do dziś na zajęciach...uwaga....zdrowy kręgosłup!" Saszanasza
  • 20.06.17, 18:58
    Fusun mogłabyś wrzucić caly artykuł. Początek jest wstrzasajacy...
  • 20.06.17, 19:32
    forum.gazeta.pl/forum/w,567,164182712,164182712,Maz_wiezil_zone.html

    w tym wątku ktoś wrzucił całość ; chyba morgen_stern
  • 20.06.17, 22:39
    Dziękuję bardzo.
  • 21.06.17, 10:38
    O tym, co się dzieje z psychiką ofiary podlegającej tak potwornej przemocy najlepiej świadczy fakt, że bohaterka tego reportażu niemal do końca przemilczała te zbiorowe gwałty. Dlaczego? Bo się wstydziła. Dla większości osób to oczywiste, że takie zbrodnie trzeba zgłaszać, ale nie dla wszystkich. To sprawcy powinni się nie tylko wstydzić, ale kajać po kres swoich dni, ale nie, zgwałcone kobiety bardzo często odczuwają głównie wstyd właśnie. To też wina wszystkich stereotypów i postaw, że może sama się prosiła, może prowokowała, może jest współwinna czy współodpowiedzialna w jakiś sposób.Bo przecież ona powinna....
  • 21.06.17, 11:07
    Bała się że nie uwierzą...
    I ja obwinia-a czemu od razu nie odeszła, a czemu wróciła ,więc jest sama sobie winna itd...

    Dostał 25 lat, jest już wyrok.

  • 21.06.17, 11:16
    >>Dostał 25 lat, jest już wyrok.
    Naprawdę?!? Ufff, jeśli to prawda, nareszcie coś zadziałało!
  • 21.06.17, 11:10
    Podejście wymiaru sprawiedliwości do takich spraw jest porażające. Dwukrotne oddalenie sprawy, zaniechanie dochodzenia i cała masa zaniedbań w tej sprawie tylko utwierdzają ofiary, że są bezbronne i bezradne. Co mają w głowach ci wszyscy funkcjonariusze? A może oni też myślą, że skoro ona nie uciekła, to jej to w jakich sposób odpowiadało, więc nie jest warta uwagi? Niedawanie wiary takim ofiarom i obarczanie ich współodpowiedzialnością pogrąża je dodatkowo, a na pewno nie pomaga. Ofiara, jakże niestety słusznie, jak się okazało, nie wierzy, że ktoś jej uwierzy i pomoże, więc się poddaje. Jest zastraszona, boi się często o swoje życie i życie dzieci albo o to, że bydlak jej te dzieci będzie chciał odebrać, co niestety coraz częściej się dzieje, bo nietrudno tak rozstrojonej osobie wmówić, że jest wariatką, chorą umysłowo.
    Dużo rozmawiam o tej sprawie i dziś usłyszałam głos, że w Polsce na wsi nadal tradycja bicia żony ma się dobrze. To nie są odosobnione przypadki, ale często norma, dlatego gdy kobieta raz jest uderzona, a mąż potem błaga o przebaczenie i obiecuje poprawę, ona łatwiej się z tym godzi.. Wiara w to, że mąż się zmieni, gdy ona urodzi mu dziecko, też ma się dobrze, na tym forum wszak niejeden wątek tego dotyczył. Wyśmiać taką naiwną kobietę jest bardzo łatwo, nic prostszego.
    Odosobnione opinie na temat współodpowiedzialności ofiary są groźne, ale jednostkowo, takie opinie w wykonaniu funkcjonariuszy aparatu sprawiedliwości - to prosta droga to tego, co spotkało tę właśnie kobietę i jej dzieci.
  • 21.06.17, 11:15
    I jeszcze o podejściu wymiaru sprawiedliwości. W artykule pada stwierdzenie, że dochodziło do gwałtów w wykonaniu nieznanych sprawców. I koniec. Czy ktokolwiek się tym zajmuje? Czy prowadzi dochodzenie, stara się odnaleźć i ukarać tych sprawców? To może być trudne, ale przecież nie niewykonalne, to jest zbrodnia, a bezkarność sprawia, że te bydlaki mogą to robić innym kobietom! Ktoś się nad tym problemem pochylił? Wygląda na to, że niekoniecznie.
    Inna sprawa, jakim trzeba być zwyrodnialcem, by w czymś takim uczestniczyć?
  • 21.06.17, 11:23
    A ja ci powiem dlaczego "wymiar" i funkcjonariusze mają takie podejście.
    Bo MY , społeczeństwo mamy takie podejście.
    Przecież policja czy sąd nie są kosmitami, tylko zwyczajnymi ludźmi.
    A przeciętny Kowalski (i Kowalska) w Polsce wie,że przecież "sama sobie winna" itd.
    Na innym forum już pojawił się głos, że jest winna molestowaniu córek...
    Bo "musiała przewidzieć ", bo "mogła odejść".
    Zdejmowanie odpowiedzialności że sprawcy, o ile jest mężczyzna jest porażające w naszym kraju.
  • 21.06.17, 11:36
    A nie jest współwinna?
  • 21.06.17, 11:46
    Nikt nie zdejmuje odpowiedzialnosci ze sprawcy. On odpowiada za przemoc i gwałty. Ona odpowiada za to, ze bedac juz wielokrotnie pobita, kiedy zabrala dziecko i odeszla- wrocila do niego bo go "kochala" i "miala pewnosc, ze on sie zmieni".
  • 21.06.17, 12:07
    Bo była przekonana że "się zmienił"
    .Nie masz pojęcia jak ofiara ma sprany mózg.
    To nie jest krótki ani nagły proces.
    Nie bez powodu tacy wybierają sobie kobiety BEZ WSPARCIA i z niskim poczuciem wartości.
    Psychopaci są podstępni i cwani.
    I wiecie co ?
    Jestem absolutnie pewna,że większość takich kobiet, PRZED mówiła to samo co wy!
    "Jak mogła, dlaczego nie odeszła, po co wracała" itd.
    A co powiecie o tych mezczyznach w piwnicy?
    Pomyślcie o tym!
    Przecież to też pewnie byli czyiś mężowie!
    I może teraz łażą sobie po wsi i się śmieją.
    A ich żony powtarzają "to jej wina, po co wracała "!
    Myślicie że ich żony o tym wiedziały?
    I dlaczego wyszły za gwałcicieli ?
    Dlaczego "nie przewidziały "??
    Dlaczego "czegoś nie zrobiły"?
    Przecież "mogły się domyślać" ?
    Dlaczego ich nie winicie, huh??

    Macie w swoim otoczeniu więcej maltretowanych kobiet (może w mniej skrajnej formie) i psychopatów niż wam się wydaje.
    Tylko tego nie widzicie, a one się nie przyznają, bo wiedzą co usłyszą.
  • 21.06.17, 12:13
    >>Nikt nie zdejmuje odpowiedzialnosci ze sprawcy. On odpowiada za przemoc i gwałty. Ona odpowiada za to, ze bedac juz wielokrotnie pobita, kiedy zabrala dziecko i odeszla- wrocila do niego bo go "kochala" i "miala pewnosc, ze on sie zmieni".

    Najprawdopodobniej dokładnie takim torem podąża myślenie tych wszystkich policjantów, asesorów sądowych i prokuratorów, którzy nie chcieli zajmować się tą sprawą i ją umarzali. Baba nic niewarta, bo dawno powinna takiego pogonić, więc nie ma co sobie nią głowy zawracać. Tyle w temacie.
    Takie mamy społeczeństwo i taki wymiar sprawiedliwości, z taką właśnie mentalnością, że ofiarom nie należy okazywać współczucia, bo przecież powinny same sobie dawno poradzić z problemem, a nie zawracać głowy i płakać, jakie są biedne. Przecież gdyby tylko chciały, dawno by się uwolniły.
  • 21.06.17, 12:34
    Gość dostał 25 lat ale dopiero po publikacji artykułu. To nie przypadek ze publikacje zaplanowano na 2 dni przed wyrokiem.

    Tych gealcicieli było około 10 ...... wieś sie składa z około 30 domów ...... ale to sa nieznani sprawcy ....
    Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, nikt nie słyszał. Czyli o gwałtach za 20 zł wiedziała cała wieś.......

    Mam nadzieje ze ta kobieta dostanie odszkodowanie od państwa za dwukrotne umorzenie postępowania.
  • 21.06.17, 12:47
    Wybór musi być realny. To, że miała nogi, nie znaczy, że potrafiła odejść. W jej rzeczywistości nie widziała takiego rozwiązania. Ani w sobie sił by je zrealizować. Można stać i patrzeć się na coś i nie widzieć, bo taka opcja nie istnieje na poziomie świadomości na jakim się taka osoba znajduje. Wszystkie mechanizmy psychiczne działają by odfiltrowywać to, co jest sprzeczne z tym w co uwierzyła na temat siebie, swoich możliwości i świata. Dane rozwiązanie może być oczywiste dla kogoś innego, ale nie dla niej.

    To może być naprawdę trudne do zrozumienia jeśli się przez to nie przeszło. Pamiętam jak na mojej terapii terapeutka podsuwała mi banalne z dzisiejszej mojej perspektywy rozwiązania, chociażby - jak na imprezie rodzinnej matka podejdzie i zacznie jechać po mnie, mogę natychmiast przerwać rozmowę i wyjść. Jeśli oni mi wmawiają, że jestem "jakaś" a ja nie potrafię udowodnić, że się mylą, to mogę stwierdzić, że uważam inaczej i zostać przy swoim zdaniu.... mnie się to nie mieściło w głowie, że tak można, takie opcje zupełnie nie przychodziły mi na myśl. To było sprzeczne ze wszystkim co było w mojej rodzinie i życiu normalne, dopuszczalne, możliwe... Bo całe lata byłam tresowana by tak myśleć. Że to jest dobre i normalne, to ze mną coś nie tak gdy chcę inaczej, to źle o mnie świadczy, to porażka, dowód słabości, a tak w ogóle to jak nie jestem miła to jestem bezwartościowa i wszyscy mnie odrzucą. Jedyne opcje jakie dostrzegałam i były dla mnie realne to starać się jeszcze bardziej przekonać ich, że nie jestem taka zła, że może się mylą i nie jestem "taka zła" (ale wierzyłam, że ogólnie jestem jakaś wybrakowana). Czyli tylko w schemacie, nigdy poza nim. Trzeba było naaaprawdę oberwać - przeżyć szok, który mnie wybił z tego stanu oraz dostać wsparcie by wpierw rozważyć, że to nie jest normalne i to nie we mnie jest problem. A potem dojrzeć do innych rozwiązań.

    Także możliwości fizyczne (pomijam to dokąd niby miała się wyprowadzić przy braku pieniędzy i wsparcia), nie znaczą, że psychicznie jest się w stanie z nich skorzystać. Owszem, nadal tylko sami możemy podjąć działania by cokolwiek zmienić, ale musimy być w stanie to zrobić. Ponosimy odpowiedzialność za to co robimy i czego nie robimy, ale ostrożna byłabym z używaniem słowa - winna. Odpowiedzialna za zmianę - owszem, tak jak dorastające dziecko jest odpowiedzialne za uporanie się z bagażem toksycznego dzieciństwa, ale nie winna/odpowiedzialna temu, że po drodze jeszcze wielu rzeczy nie potrafi i że zebranie sił zajmuje jej więcej czasu niż ktoś, kto nigdy nie przeszedł takiej drogi, uważa, że zająć powinno. Bo nie wystarczy podjąć decyzji, wiedzieć, że popełnia się błąd. Trzeba jeszcze zrozumieć CO dokładnie robić inaczej (nie tylko, że się wyprowadzić, ale że np. nie myśleć o sobie źle, nie przyjmować czyichś negatywnych słów jako prawdy), nauczyć się jak to zrobić i zbudować siłę by to zrealizować. A czasem wymaga to przemodelowania połowy schematów myślowych i to praca na lata.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 13:04
    sorvina napisała:

    > Można stać i patrzeć się na coś i nie widzieć, bo taka opcja nie istnieje
    > na poziomie świadomości na jakim się taka osoba znajduje.
    > Dane rozwiązanie może być oczywiste dla kogoś innego, ale nie dla niej.

    > To może być naprawdę trudne do zrozumienia jeśli się przez to nie przeszło.

    Dziękuję sorvino.
    Przytoczę tylko przykład z mojego życia, podobny do Twojego - kiedy "wszyscy dokoła" dziwili się, dlaczego nie odłożyłam słuchawki, nie zakończyłam rozmowy, kiedy moja mama robiła mi awanturę przez telefon (z absurdalnego zresztą powodu). A ja nie mogłam zrozumieć - jak to??? Jak to miałabym odłożyć słuchawkę???
    Teraz sama się nie mogę nadziwić. Ale wiem też, że można nie umieć, nie widzieć, nie wiedzieć takich oczywistych i prostych rzeczy. Bo one nie istnieją na TYM poziomie świadomości.
    Aha - ja też sama nie wpadłam na to, że mogę zakończyć nieprzyjemną rozmowę z mamą. Musiałam to usłyszeć, i to kilka razy. Z konkretnymi argumentami - dlaczego MAM PRAWO tak zrobić. Nie wystarczyło mi samo dziwienie się otoczenia "Dlaczego tego nie zrobiłaś? Ja nigdy bym sobie na to nie pozwoliła!" - ja tego po prostu kompletnie nie rozumiałam, to było jak mowa w obcym języku.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 21.06.17, 13:15
    Choć do szału doprowadza mnie, gdy czasami (niezmiernie rzadko) córka odkłada słuchawkę, nie mam do niej o to potem pretensji, bo sama też tak robię (myślę, że równie rzadko), gdy rozmowa przechodzi na nieodpowiedni poziom. Wiem, że czasami to najodowiedniejsze rozwiązanie. Zawsze prędzej czy później do siebie oddzwaniamy i już bez tych złych emocji wszystko sobie wyjaśniamy (i często się wtedy przepraszamy)..
    Niemniej rozumiem, że dla niektórych osób, wychowanych inaczej, takie trzaśnięcie słuchawką w rozmowie z matką jest nadal nie do pomyślenia. Wdrukowana mentalność jest niezmiernie trudna do pokonania.
  • 21.06.17, 13:16
    Myślę, że jedną z rzeczy, które tak utrudniały mi dostrzeżenie rozwiązań był brak nawyków/doświadczeń/wyobrażeń, że problemy się rozwiązuje, przez podjęcie (samemu) skutecznego działania - u mnie w rodzinie się je ZNOSIŁO dzielnie, ewentualnie obwiniało się świat/innych. Ale nie można było realnie rozwiązań problemu bo wpierw trzeba by było odrzucić pewne rodzinne normy np. nigdy nie sprzeciwiaj się rodzicom, nie wolno Ci zadbać o siebie (więc możesz tylko skłaniać otoczenie by to zrobiło, albo dało Ci zgodę by to zrobić). Tak jak mówisz, brakowało świadomości, że MA SIĘ PRAWO do czegoś np. o siebie zadbać, że moje uczucia i potrzeby nie są mniej ważne od uczuć i potrzeb innych i ja MAM PRAWO a wręcz obowiązek o nie zadbać. Stoi za tym totalna bierność w pewnych tematach. Jakby człowiek był spętamy tysiącem zakazów/nakazów - tak że nie jest w stanie się ruszyć.
    To efekt wychowania w dysfunkcji. Brak podstawowych zdrowych nawyków myślenia i działania. Jest się dorosłym, ale nie przerobiło się fundamentalnych lekcji z wczesnego dzieciństwa i zachowuje się na poziomie bezradnego dziecka. Dziecko nie jest w stanie uciec od znęcającego się rodzica/członka rodziny. Dorosły na poziomie dziecka również. Musi odnaleźć/zbudować w sobie dorosłą część by móc reagować jak dorosły.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 13:36
    Ja nie odłożę słuchawki, bo wiem, ze rykoszetem oberwie ojciec. I to też jest pewien powód znoszenia niewłaściwych zachowań, o którym czasem sie zapomina. Odejść? Ale do kogo? Do rodziców, którzy nie mają kasy i gnieżdżą się na 34 metrach kwadratowych? Do schroniska, gdzie dzieciom wcale moze nie być lepiej, a na pewno nie starczy pieniędzy na korepetycje i wakacje?
  • 21.06.17, 14:10
    verdana napisała:

    > Ja nie odłożę słuchawki, bo wiem, ze rykoszetem oberwie ojciec. I to też jest
    > pewien powód znoszenia niewłaściwych zachowań, o którym czasem sie zapomina.

    Ale to jest jednak inna sytuacja. Ty WIESZ, że mogłabyś to zrobić, mogłabyś zakończyć nieprzyjemną rozmowę - ale WYBIERASZ mniejsze zło, w jakiś sposób świadomie to robisz.
    A tu jest mowa o zupełnie innym wszechświecie, w którym nie ma ani świadomości, ani wyboru, ani świadomości możliwości wyboru.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 21.06.17, 13:55
    sorvina napisała:

    > Myślę, że jedną z rzeczy, które tak utrudniały mi dostrzeżenie rozwiązań był
    > brak nawyków/doświadczeń/wyobrażeń, że problemy się rozwiązuje,
    > przez podjęcie(samemu) skutecznego działania -
    > u mnie w rodzinie się je ZNOSIŁO dzielnie, ewentualnie obwiniało się świat/innych.

    O właśnie TO to.
    Naprawdę całkiem niedawno dotarło do mnie, że mogę mieć jakiś wpływ na cokolwiek. Bo wcześniej po prostu życie mi się "zdarzało" - tak jak "zdarzało się" w mojej rodzinie. Czy muszę także pisać o nie-poczuciu sprawczości, jakiejkolwiek?

    O rozwiązywaniu problemów nie wspominając. Najlepiej, jak był ktoś wprost winny jakiegoś problemu - ale jak go nie było, to trzeba było go znaleźć, ostatecznie obwinić świat/okoliczności. I na tym się kończyło, to w zasadzie wystarczało - problem pozostawał, ale przecież dzielne znoszenie go wynosiło jeszcze wyżej na piedestał skrzywdzenia, no i dawało powód do utyskiwań. Albo znalezienia wspólnego wroga do obgadania. Albo do innych nie mniej "satysfakcjonujących" rzeczy.

    Do tej pory, kiedy mama przedstawia mi jakiś problem, rozmowa często wygląda tak:

    - No i co ja mam zrobić, DORADŹ COŚ*!!!???
    - Mamo, myślę, że warto/można/należałoby byłoby zrobić tak i tak.
    - A bo ty myślisz, że to tak łatwo!!!
    - Nie, nie myślę, że to łatwo, ale jeśli chcesz, żeby się zmieniło, to coś trzeba zrobić - bo samo się nie zmieni.
    - [pffff...!!!]

    *"doradź coś" oznacza "zrób za mnie", ew. "martw się razem ze mną"

    Na szczęście już czasami zdarza się, że za jakiś czas mama zabiera się za rozwiązanie, często takie, albo podobne, jak zaproponowałam - albo swoje własne, nieważne - ale COŚ robi. Ale mam wrażenie, że to ja ją tego uczę, choć to przecież rodzice powinni takich umiejętności uczyć dzieci.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 21.06.17, 14:21
    A ja mam poczucie sprawczości .
    U mnie w rodzinie zawsze JA bylam winna .
    Zepsuło się cos-"pewnie konsta zepsuła"
    Zginęło cos-konsta.
    Napadli na bank w sąsiedztwie-pewnie konsta.
    Spóźniliśmy się na pociąg?-konsta mówiła że w 10 min nie zdążymy i "wykrakała "-gdyby nie krakala, to pociąg by poczekał !
    Brudno?-Bo 10-letnia konsta nie wysprzatala całego mieszkania (według pan z opieki społecznej)..
    Konstancja chce książki do szkoly-przez konste mają wydatek.
    Nie ma pieniedzy-niech 15-letnia konsta nie idzie do szkoły , tylko zarobi.
    Bo mama i tata nie.
    Rozwód rodziciow-przez konste!
    Matka może co tydzień udawany, aktorski "zawał"(wylew/atak padaczki/sraczki)-przez konste (cały blok wie że to przez konste)
    Matka chce się rzucać oknem (aktorsko)-przez konste.
    Pije-przez konste.
    Ojciec kłóci się z matką?-przez konste.
    Matka z ojcem-przez konste.
    Mam absolutne i totalne poczucie sprawczości :D
    Ja jestem wszystkiemu winna (ups-odpowiedzialna )
    MARZE o tym, by kiedykolwiek ktokolwiek powiedział że istnieje cokolwiek za co NIE jestem odpowiedzialna.






  • 21.06.17, 14:36
    konsta-is-me napisała:

    > (...)
    > Mam absolutne i totalne poczucie sprawczości :D

    O kurna, konsta - jesteś Bogiem...

    A na serio - bardzo współczuję.
    Ja także stałam się wszystkiemu winna - ale dopiero jak się "zbuntowałam", czyli odważyłam się mieć swoje, choć trochę niezależne życie. A właściwie - kiedy mama przestała być dla mnie najważniejsza, i poczuła, że tak jest. Wtedy ja stałam odpowiedzialna za WSZYSTKO (tak jak wcześniej zawsze był ktoś - lub coś - z zewnątrz, ew. jakaś "czarna owca w rodzinie") - czy to jej samopoczucie (dobre i złe), za wydarzenia w jej życiu, za tzw. wypadki także - choćby w taki sposób, że przecież powinnam być przy niej, kiedy coś złego się działo - a mnie nie było!

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 21.06.17, 14:42
    Za moich czasów nie istniało słowo "asertywność". Za to często się słyszało słowa takie jak egoizm. Nikt nie mówił, że trzeba kochać siebie, że trzeba stawiać granice, że trzeba mieć poczucie swojej wartości. To ostatnie nazywano zarozumialstwem.
    Asertywności uczę się dopiero na starość od swojego syna, który jakimś cudem jest wzorem tej cechy. Mój szanowny małżonek do niedawna uważał asertywność za rodzaj egoizmu. Też był podobnie wychowywany jak ja i większość osób z naszego pokolenia.
    Brak asertywności, poczucia swojej wartości w połączeniu z naiwnością, dobrą wolą, chęcią bycia dobrą żoną i matką sprawiają, że wiele kobiet lekceważy pierwsze oznaki przemocy. No i w takim stanie bardzo łatwo wmówić jej, że się nie dość stara, że gdyby była posłuszna/mniej egoistyczna/bardziej uległa, na pewno on nie musiałby się denerwować. Przemocowiec gdy uderzy, najpierw się kaja, błaga o wybaczenie, obiecuje, że już nigdy, ale gdy ofiara już w to uwierzy, w kolejnej kłótni jej wykrzyczy, że on przecież nie bez powodu uderzył, że ona go wtedy sama do tego doprowadziła. Jeśli kobieta nie ma wystarczająco silnego poczucia własnej wartości (bo to przecież jest zarozumialstwo), jest w stanie w to uwierzyć i wziąć odpowiedzialność za to, że go niepotrzebnie zdenerwowała, a tym samym wybaczyć i kolejne akty przemocy, bo widać nie dość się postarała, bo jest winna/odpowiedzialna za to, że on się zdenerwował, a przecież on tak ciężko pracuje, tak się stara dla rodziny, ma taką stresującą pracę. Gdy ona nie pracuje, bo zajmuje się małymi dziećmi - poczucie winy jeszcze łatwiej wzbudzić.
    Współodpowiedzialność (bo w związku zawsze winne są obie strony) to baza, na której przemocowcy budują swoją siłę i którą wykorzystują w aktach przemocy. A teraz jeszcze mądre osoby wypisują na forum, że ona też jest współodpowiedzialna, tak też pewnie powiedzą jej na policji i w prokuraturze, nieeeee, ona nie ma siły z tym walczyć.
  • 21.06.17, 15:12
    Ja zostałam nauczona, że są 2 opcje: albo inni są dla ciebie najważniejsi i poświęcasz się dla nich i pozwalasz na wszystko, albo jesteś podłą egoistką. I tak też byłam oceniana przy próbie stawiania granic. A po to pozbawili mnie zaufania do swoich zdolności postrzegania i myślenia bym nie zaczęła się zastanawiać, że jakoś mama ma innych w nosie i nadal jest "ta dobra".
    Także:
    1- wbić do głowy wygodne przekonania
    2 - pozbawić zdolności samodzielnego myślenia
    3 - zniszczyć poczucie wartości i przekonania, że nasze uczucia i potrzeby się liczą
    4 - wmówić odpowiedzialność za uczucia i zachowania innych oraz stan relacji
    5 - zniszczyć wsparcie zewnętrzne, możliwość spotkań z kimś kto może pokazać inną perspektywę i realnie pomóc (więc uważa, że to co się dzieje w domu jest normalne, jedyne i słuszne, że przemoc jest zasłużoną karą itp.).
    6 - przedefiniować zdrowe zachowania jako negatywne i źle o nas świadczące - egoizm, histeria, problemy psychiczne.
    i można z człowiekiem zrobić praktycznie wszystko, nie będzie w stanie się bronić.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 14:55
    Kontsa - współczuję, miałam tak samo - byłam obwiniana absolutnie o wszystko od rozstępów mamy po ciąży, przez jej depresję na małżeństwie rodziców i sytuacji w ich firmie kończąc i tak nauczyłam się myśleć. Szybko też weszłam (zostałam wepchnięta i przyjęłam, bo ktoś musiał by rodzina jakoś funkcjonowała) rolę rodzica rodziców. Czyli miałam NIEREALNE i NADMIERNE poczucie sprawczości dotyczące innych, może dlatego wierzyłam, że mogę sprawić, że wreszcie zrozumieją mnie i się zmienią. Nie miałam natomiast WCALE poczucia sprawczości dotyczącego SIEBIE I SWOJEGO ŻYCIA.
    To absurdalne, ale mogłam żyć życiem innych, mówić im jak mają żyć, ustawiać i naprawiać to życie i wierzyć, że mam ku temu i prawo i możliwości (nie mając realnego wpływu co tylko budowało frustrację), ale po pierwsze nie widziałam możliwości, po drugie nie wiedziałam, że mi wolno, po trzecie nie potrafiłam wziąć odpowiedzialność za MOJE WŁASNE życie. Co więcej wizja, że miałabym wziąć odpowiedzialność jeszcze za siebie, mnie dobijała. No i było to sprzeczne - nie mogłam jednocześnie zaspokajać potrzeb rodziny i swoich, bo chcieli zadbać o siebie moim kosztem, a byli ważniejsi więc wybierałam dbanie o nich.
    Wielokrotnie miałam sen, że prowadzę samochód i boję się, że mnie policjant złapie, bo nie mam prawa jazdy. Wiem, że to mój samochód - że muszę nim kierować, ale MI NIE WOLNO. Więc próbowałam kierować siedząc na tylnym siedzeniu, żeby nikt nie dostrzegł, że to robię. To metafora mojego życia - nie mogłam nie kierować nim, bo realnie to ja podejmowałam decyzje i działałam, ale głęboko wierzyłam, że mi nie wolno, że coś ze mną nie tak, nie udowodniłam, że się nadaję, że mam prawo... nie dostrzegałam, że jednocześnie wierzyłam, że mogę brać odpowiedzialność za innych. Taka niekonsekwencja, na którą uwagę zwróciła mi dopiero terapeutka.
    Skoro NIE WOLNO mi wybrać i realizować rozwiązania, to lepiej go w ogóle nie dostrzegać. Nie kusi i mniej boli. A zresztą po co, skoro i tak to nic nie zmieni.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 15:03
    *konsta - przepraszam za literówkę.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 15:18
    sorvina napisała:

    > Nie miałam natomiast WCALE poczucia sprawczości dotyczącego SIEBIE I SWOJEGO ŻYCIA.

    No właśnie... nie przyszło mi do głowy takie rozgraniczenie - a przecież na tym to właśnie polegało!

    > Wielokrotnie miałam sen, że prowadzę samochód i boję się, że mnie policjant złapie,
    > bo nie mam prawa jazdy. Wiem, że to mój samochód - że muszę nim kierować,
    > ale MI NIE WOLNO.

    To jest niesłychane, ale.... to jest jeden z większych moich cyklicznych koszmarów sennych!
    Tyle że ja nigdy nie umiałam go zrozumieć - skupiałam się raczej na tym, że ja faktycznie nie mam prawa jazdy, bo zawsze się bałam prowadzić, panicznie - kiedyś nawet sama rozmowa temat prawa jazdy była w stanie doprowadzić mnie do płaczu. Więc moja interpretacja utykała gdzieś w tym miejscu.
    Ale to były dość regularne sny i zawsze straszne, bardzo się bałam, że mnie złapią, że ja przecież nie umiem prowadzić, o samochodzie wiem tyle, gdzie jest kierownica - naprawdę tak jest - nigdy nie prowadziłam samochodu nawet przez metr.

    A w tej chwili przypomniałam sobie, że najczęściej prowadziłam ten samochód na polecenie mojej mamy! (mama ma auto i nieźle jeździ).

    Co znamienne - w którymś momencie, już podczas terapii, znowu miałam sen, że prowadzę auto - ale tym razem miałam z tego wielką frajdę!
    To był tak wyjątkowy sen, że opowiedziałam o nim terapeutce. Czułam, że coś się zmienia i że ten sen jest ważny - ale wciąż nie wpadłam na to, że chodzi o kierowanie życiem, raczej o to, że po trochu przestaję się bać (życia, wszystkiego).
    I jak sobie teraz przypominam, to był ostatni sen o prowadzeniu auta - jakieś półtora-rok temu.

    I nie wiem, czy w tym wszystkim ma jakieś znaczenie fakt, że ja uwielbiam samochody - oglądam się za nimi, rozpoznaję je lepiej niż przeciętny facet, etc. - choć interesuje mnie wyłącznie to, jak wyglądają, a nie ich osiągi, parametry czy tp.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 21.06.17, 15:55
    To ciekawe jak często zbliżone doświadczenia psychiczne budzą podobne symboliczne skojarzenia.

    ola_dom napisała:

    > Ale to były dość regularne sny i zawsze straszne, bardzo się bałam, że mnie zła
    > pią, że ja przecież nie umiem prowadzić, o samochodzie wiem tyle, gdzie jest ki
    > erownica - naprawdę tak jest - nigdy nie prowadziłam samochodu nawet przez metr

    Ja byłam przerażona. Miałam absolutną pewność, że jeśli zostanę złapana, to stanie się COŚ STRASZNEGO. Zostanę ukarana, cały świat mnie potępi itp. Jak na terapii terapeutka się pytała, ale co się może stać jeśli wybiorę zadbanie o siebie - nie potrafiłam jej odpowiedzieć, ale dostawałam ataku silnego lęku. Podobno jeśli jakiś zakaz powstał w czasie przedwerbalnym - zanim dziecko nauczy się rozumieć mowę werbalną (i też z czasem bardziej racjonalnie myśleć), to te zakazy i związane z nimi lęki są takie właśnie nieokreślone (oparte na przekazach niewerbalnych i domysłach), ale silne - dla tak małego dziecka odrzucenie przez rodziców związane było z tematem przetrwania w ogóle, więc pojawia się lęk, że jeśli rozczaruje/rozzłości rodziców to fizycznie przestanie istnieć. Późniejsze kody łatwiej rozpoznać, bo są częścią monologu wewnętrznego, ale te najstarsze to tylko emocje i somatyka. I siedzisz potem człowieku, wiesz, że MUSISZ coś zrobić, by zmienić sytuacje i ogarnia Cię panika, nie jesteś w stanie zrobić NIC. Banalna sytuacja może może wywołać emocje jakby gonił Cię co najmniej tygrys. Dokładnie te same części mózgu się uruchamiają jak przy realnym zagrożeniu. Boisz się nie podjąć działania, ale jeszcze bardziej boisz się dokonać zmiany. To jest napięcie psychiczne nie do zniesienia. Automatycznie włączają się wyuczone w dzieciństwie strategie przetrwania - np. nie drażnić, ustąpić, odpuścić, starać się zasłużyć/przekonać a wraz z nimi mechanizmy negowania rzeczywistości i wypierania emocji. A jak jednocześnie wiesz, że musisz coś zmienić, wierzysz, że nie jesteś w stanie i jednocześnie ci nie wolno to jest potrzask totalny. No i czujesz się jeszcze bardziej podle = wierzysz, że takie nic jak ty zasługuje tylko na karę, więc zamiast wyjść z przemocy pozwalasz na coraz większą jej ilość. Dorzucanie winy/odpowiedzialności, tylko pogarsza sprawę. Tutaj siłaczki i osoby, które uwierzyły w swoją nadopowiedzialność mają gorzej - wierzą, że potrafią a może raczej POWINNY potrafić IDEALNIE (tak by nikt nie był niezadowolony, czyli tak by dokonać zmiany bez jej dokonania) poradzić sobie z sytuacją, więc dłużej ją znoszą i później przyznają, że nie dają rady i proszą o pomoc. Ktoś dla kogo jest ok, że przyzna, że sobie nie radzi, że coś jest niewykonalne i nie zależy od niego - szybciej skupi się na tym co realnie da się zrobić i czego potrzebuje by tego dokonać. Ale jeśli sprawa sprowadza się do poziomu tożsamości i naszej wartości, praw i ich braku, winy i kary, przetrwania emocjonalnego to myślimy zupełnie innymi kategoriami i racjonalne rozwiązania nie są dostępne.


    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 16:02
    Do mnie idea dbania i kochania siebie dotarła zaledwie kilka lat temu, gdy ktoś mi powiedział, że nawet Bóg tego od nas wymaga ;) Jest wszak powiedziane: Kochaj bliźniego swego, jak SIEBIE SAMEGO. To takie dziwne, że człowiek często sam nie może dojść do takiego wniosku, przecież to takie logiczne.
    A skoro mowa o snach: mam powtarzający się od niepamiętnych czasów sen, że wracam z jakiegoś wyjazdu, zaraz mam pociąg/autobus/samolot, a jestem jeszcze kompletnie niespakowana i choć zwijam się jak w ukropie, widzę, że na pewno nie zdążę się spakować, jestem bez szans, wpadam w panikę, bardzo się męczę. Tylko raz w tym śnie zmienił się scenariusz, pakowałam się w panice, aż nagle dotarło do mnie, że wracam ze znajomymi samochodem i oni na pewno na mnie poczekają. Ale to było tylko raz, potem jeszcze wiele razy śniłam o tej panice i poczuciu beznadziejności swoich starań:(
  • 21.06.17, 16:45
    sebalda napisała:

    > Do mnie idea dbania i kochania siebie dotarła zaledwie kilka lat temu, gdy kto
    > ś mi powiedział, że nawet Bóg tego od nas wymaga ;) Jest wszak powiedziane: Koc
    > haj bliźniego swego, jak SIEBIE SAMEGO. To takie dziwne, że człowiek często sam
    > nie może dojść do takiego wniosku, przecież to takie logiczne.

    Mi wiele rozjaśniło jak w teorii analizy transakcyjnej przeczytałam, że w rodzinach dysfunkcyjnych (i właściwie każdym systemie, który chce kontrolować jednostkę) wmawia się dzieciom, że ilość tzw. znaków rozpoznania (psychicznych głasków - uwagi, docenienia, miłości itp.) jest ograniczona i że jedyne wartościowe pochodzą od rodziców (kapłana, nauczyciela itp.). Te, które może dać sobie samo dziecko np. doceniając swój sukces, lub pochodzą od niezależnych od rodziców źródeł np. przyjaciół dziecka, są dewaluowane jako fałszywe/nieistotne np. ja słyszałam, że skoro przyjaciele mnie kochają to nie widzą mnie realistycznie, tylko rodzice i babcia mi powiedzą jak jest..., tylko rodzice/babcia mnie naprawdę znają, a wszystko co osiągnęłam się nie liczy bo cośtam (egzamin był prosty, nie pracowałam dość ciężko itp.) a ja to jestem zbyt pobłażliwa wobec siebie a tak w ogóle to jak będę dla siebie dobra to przestanę chcieć stać się lepsza. Ostatecznie to rodzice mają monopol na wszystkie znaki rozpoznania i mogą manipulować dzieckiem, że dostaną je, jeśli spełni oczekiwania.
    Nauka miłości/szacunku/docenienia samego siebie to gwarancja wyrwania się z takiego systemu manipulacji, więc będzie nazywana egoizmem, arogancją itp. A tak naprawdę to jedyny sposób na to by stać się na tyle psychicznie silnym i niezależnym by dbać o siebie i wybierać to co trzeba a nie to podoba się innym i na tyle dojrzałym by innych realnie kochać.

    sebalda napisała:
    > A skoro mowa o snach: mam powtarzający się od niepamiętnych czasów sen, że wrac
    > am z jakiegoś wyjazdu, zaraz mam pociąg/autobus/samolot, a jestem jeszcze kompl
    > etnie niespakowana i choć zwijam się jak w ukropie, widzę, że na pewno nie zdąż
    > ę się spakować, jestem bez szans, wpadam w panikę, bardzo się męczę. Tylko raz
    > w tym śnie zmienił się scenariusz, pakowałam się w panice, aż nagle dotarło do
    > mnie, że wracam ze znajomymi samochodem i oni na pewno na mnie poczekają. Ale t
    > o było tylko raz, potem jeszcze wiele razy śniłam o tej panice i poczuciu bezna
    > dziejności swoich starań:(

    U mnie są to sny z egzaminem/klasówką/prezentacją, na które wiem, że nie jestem przygotowana. To podobno właśnie wynik dręczących przekonań, że na coś w życiu nie jesteśmy gotowi, czegoś ważnego nie potrafimy. Bezradność wiąże się z właśnie poczuciem, że chociaż się staramy, nie potrafimy sprostać wyzwaniu, że jest ono nierealne (dla nas). U mnie był jeszcze lęk, że w końcu WSZYSCY się dowiedzą JAKA NAPRAWDĘ jestem, co potrafię. Towarzyszący mi od zawsze syndrom oszusta - że tak naprawdę nic wartościowego nie potrafię i w końcu ludzie odkryją, że tylko udaję, że potrafię. Całkowity brak wiary w siebie, swoją zaradność/wiedzę/umiejętności. Z takimi wzorcami KAŻDE wyzwanie będzie przerażać i budzić bezradność.


    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 17:02
    Mam o tyle wątpliwości, że sny , ze jestem kompletnie nieprzygotowana do egzaminu, że sie spóźniam, że muszę gdzieś być, ale nie mogę tam dojść mam dosyć często i nie wydaje mi się, aby poza tym ostatnim (z powodu wychowania nienawidzę sie spóźniać) nie mają absolutnie nic wspólnego z ciężkim dzieciństwem, niedocenianiem, nieumiejętnością zadbania o siebie. Syndrom oszusta też miewam, ale nie jest on całkowicie bezpodstawny. A wiarę w siebie na pewno posiadam w stopniu co najmniej wystarczającym.
  • 21.06.17, 17:25
    verdana napisała:

    > Mam o tyle wątpliwości, że sny , ze jestem kompletnie nieprzygotowana do egzami
    > nu, że sie spóźniam, że muszę gdzieś być, ale nie mogę tam dojść mam dosyć częs
    > to i nie wydaje mi się, aby poza tym ostatnim (z powodu wychowania nienawidzę s
    > ie spóźniać) nie mają absolutnie nic wspólnego z ciężkim dzieciństwem, niedocen
    > ianiem, nieumiejętnością zadbania o siebie. Syndrom oszusta też miewam, ale nie
    > jest on całkowicie bezpodstawny. A wiarę w siebie na pewno posiadam w stopniu
    > co najmniej wystarczającym.

    Nie trzeba mieć ciężkiego dzieciństwa by czasem mieć wątpliwości czy sobie poradzimy, by (także słusznie) wątpić w swoją wiedzę/przygotowanie. To się może zdarzać przed każdym wyzwaniem czy w jego trakcie. Natomiast osoba z rodziny dysfunkcyjnej , której zniszczono a może raczej, nigdy nie pozwolono zbudować zaufania do siebie i swoich umiejętności, będzie doświadczała tych stanów permanentnie, ze znacznie silniejszym ładunkiem emocji, także w sytuacjach gdy jest to absurdalne. A sny tego typu mogą być częste.
    A jak nie wierzysz, że potrafisz lub nawet że jesteś w stanie się nauczyć coś robić co jest zadbaniem o siebie, to tego nie robisz.

    Ja potrafiłam panikować i odchorowywać za dnia i nocy realne prezentacje, na których dostałam brawa na stojąco, ale sama nie byłam w stanie uwierzyć, że potrafię przed, ani, że dobrze poszło po. Mój mózg odmawiał uznania faktów. Wytresowany znajdował sobie wyjaśnienie, że pewnie nie znają się na temacie i stąd ta reakcja...

    Jeśli nienawidzisz spóźniania się a we śnie się spóźniasz to raczej obstawiałabym poczucie, że złamałaś jakąś swoją normę. Ale zawsze najprawdziwsza jest nasza własna interpretacja - co to dla mnie znaczy. Najczęściej emocje są prawdziwe, choć scenariusz wydarzeń abstrakcyjny.


    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 17:30
    Nie, j to rozumiem oczywiście - tylko nie jestem pewna, czy akurat takie sny, bardzo typowe także dla ludzi bez większych problemów, da sie interpretować jako skutek pewnych przeżyć, czy ilustrację swoich niepokojów. Chodzi mi o to, że interpretacja snów może stać się tu potwierdzeniem swoich lęków, potwierdzeniem, ze nadal tkwią w psychice, a niekoniecznie tak musi być.
  • 21.06.17, 18:01
    verdana napisała:

    > Chodzi mi o to, że i
    > nterpretacja snów może stać się tu potwierdzeniem swoich lęków, potwierdzeniem,
    > ze nadal tkwią w psychice, a niekoniecznie tak musi być.

    Jeśli ktoś ma TERAZ sen, świadczący o istniejących lękach tzn, że pojawił się lęk. Może innego kalibru niż kiedyś, bardziej "bieżący", ale coś go męczy i warto się tym tematem zająć. Ale ktoś kto ma przerobione dzieciństwo i zdrowe poczucie własnej wartości (czy też nigdy nie miał z tym problemów) po chwili zastanowienia zorientuje się, że lęk dotyczy jakiejś konkretnej sytuacji, będzie mógł zadać sobie pytanie czy rzeczywiście jest za słabo przygotowany, a może potrzebuje sobie samemu dać wsparcie psychiczne, choćby zwyczajnie uznać swój niepokój i powiedzieć sobie - dasz radę nawet jeśli się boisz itp. Zazwyczaj wiele nie trzeba - przechodzimy przez wyzwanie, sen nie wraca.

    Jeśli ktoś reaguje takimi powtarzającymi się snami nie na konkretne wydarzenia, ale jakby na samo życie to raczej temat poczucia własnej wartości/zaradności ma nie przerobiony do końca, albo z jakiegoś powodu jest obecnie słabszy psychicznie. Tym bardziej warto się tym zająć, ale potrwa to dłużej niż w pierwszym przypadku.

    Tego typu sny nie są dowodem na dysfunkcję w rodzinie, ale mówią o istnieniu problemu TERAZ, większego lub mniejszego. Uważam, że najlepiej skupić się na tym co JEST TERAZ i szukać rozwiązania, jak w terapii krótkoterminowej. Jeśli okaże się, że problem jest głębszy i powierzchowne metody nie działają, to wtedy terapia długoterminowa i archeologia dzieciństwa. Ja wspominałam o snach, które męczyły mnie latami. Dawno ich nie miałam, a ostatnie już łatwo powiązałam z konkretną sytuacją i nie było już tego cholernego poczucia bezradności, raczej lęk przed wynikiem i oceną.

    Pojedynczy sen nie świadczy o problemie, tak jak kieliszek wódki nie świadczy o alkoholizmie. Ilość, częstotliwość, intensywność mogą już sugerować problem i wskazywać kierunek poszukiwań.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 21:11
    Mi terapeutka mówiła, że takie powatrzające sie sny to informacja od podśwaidomości o nierozwiazanym konflikcie wewnętrznym. To takie zakodowane sprawy, którymi powinnimy się zająć tu i teraz. Co ciekawe jak już zajmiesz się jego analizą i uda się znaleźć właściwe znaczenie to sen się już nie pojawia, albo zmienia się jego treść. Nigdy jakoś specjalnie nie wierzyłem w znaczenie snów i niespecjalnie pamietałem co śniło mi się danego dnia. Dopiero słowa terapeutki pod koniec każdej sesji : Ciekawe co przyśni sie dzisiaj panu? Spowodowały wysyp dziwnych i powtarzających się snów. Każdy miał bardzo cenne dla mnie informacje i nieodpuszczał aż nie przerobiłem dokładnie tematu.
  • 22.06.17, 12:02
    sorvina napisała:

    > To podobno właśnie wynik dręczących przekonań, że na coś w życiu
    > nie jesteśmy gotowi, czegoś ważnego nie potrafimy. Bezradność wiąże się z właś
    > nie poczuciem, że chociaż się staramy, nie potrafimy sprostać wyzwaniu, że jest
    > ono nierealne (dla nas). U mnie był jeszcze lęk, że w końcu WSZYSCY się dowie
    > dzą JAKA NAPRAWDĘ jestem, co potrafię. Towarzyszący mi od zawsze syndrom oszust
    > a - że tak naprawdę nic wartościowego nie potrafię i w końcu ludzie odkryją, że
    > tylko udaję, że potrafię. Całkowity brak wiary w siebie, swoją zaradność/wiedz
    > ę/umiejętności. Z takimi wzorcami KAŻDE wyzwanie będzie przerażać i budzić bezr
    > adność.

    To właśnie jest o mnie: "całkowity brak wiary w siebie, swoją zaradność/wiedz
    > ę/umiejętności". Oczywiście są obszary, w ktorych jest nieco lepiej, ale jest ich niewiele i są one niewystarczające, by pokonać to przerażenie i bezradność, gdyby przyszło mi zmierzyć się z jakimkolwiek większym wyzwaniem. Wszelkie osiągnięcia zawsze umniejszam albo sobie jakoś tłumaczę, że ktoś się na mnie nie poznał. Większość z osób z tego typu problemami wyniosła je z domu, dla mnie małżeństwo było w pewnym sensie przedłużeniem domu, przedłużeniem o kolejne 30 lat. Od męża też słyszałam, że nikt mnie nie zna tak dobrze jak on, że gdyby inni wiedzieli... Albo krzyczał, że wszyscy się ze mnie śmieją (jak on im o mnie opowiadał). Z jednej strony otaczał troską i opieką, z drugiej ciągle karcił i strofował. Nigdy nie było mi dane się usamodzielnić, pomyśleć o sobie. Poryczałam się ostatnio, gdy słuchałam piosenki Natalii Przybysz Nazywam się niebo. To taka afirmacja siebie, a ja ostatnio nie umiałam sobie nawet przypomnieć, o czym marzyłam w młodości i z ilu rzeczy przyszło mi zrezygnować.
    I to myślenie, że niemożliwe, żeby ktoś mnie chciał, kochał, doceniał. Miałam straszne kompleksy w wieku nastoletnim, fakt - byłam brzydką nastolatką. Ale wyrosłam na całkiem niebrzydką młodą kobietę, tylko wciąż miałam się za nieciekawą. Choć miałam naprawdę duże powodzenie, zawsze myślałam, że faceci lecą tylko na moją młodość albo nie mają gustu ;) I w tym wszystkim ten zakochany, zapatrzony, zazdrosny chłopak, który każdego dnia musiał się ze mną spotkać, chodził za mną krok w krok. Młodej, niedoświadczonej kobiecie naprawdę trudno się oprzeć czemuś takiemu. Do tego można jeszcze doliczyć odrzucenie przez ojca i uzależnienie gotowe. No a potem lata indoktrynacji i podporządkowywania sobie, o którym pisałam wyżej. Eh, słabe to wszystko.
  • 22.06.17, 12:26
    To potrafi być absurdalne i niezwykle silne zarazem. Z jednej strony świadomie/racjonalnie wiedziałam, że przecież jestem dorosłą, nieupośledzoną psychicznie osobą, więc to normalne, że przynajmniej przyzwoicie powinnam sobie radzić, miałam dziesiątki dowodów na to, że wiele rzeczy zrobiłam dobrze, ale miałam tak zryty mózg, że emocjonalnie nie przyjmowałam tego do wiadomości. Tak jak Ty każdy sukces bagatelizowałam - identycznie jak w dzieciństwie robiła to moja mama i babcia wobec mnie, że to nic, że się nie liczy, że było łatwe, że wcale nie poszło tak dobrze, tylko inni się nie zorientowali. Gdy nie mogłam znaleźć żadnego realnego powodu niby dlaczego inni dorośli ludzie, głupsi i mniej wykształceni ode mnie mają dawać sobie radę a ja nie, dochodziłam do wniosku, że musi być coś ze mną naprawdę nie tak, że jestem zepsuta w jakiś sposób, którego nie jestem w stanie zobaczyć, ale mama i babcia widziały, więc słusznie twierdziły, że ja to w życiu sobie nie poradzę.

    Z czasem zrozumiałam, że ja nie tylko boję się, że wychodząc z roli nieudacznika rozdrażnię rodzinę i będzie katastrofa (lęk przed narcystycznym gniewem wściekłej chcącej mnie zniszczyć matki). Ja nie mogę przyjąć, że oni się mylili i uznać swoją wartość i zaradność, bo uwierzyłam, że tylko grając tą rolę mogę być akceptowana, no tolerowana - taki ochłap, który był najlepszym co mogę dostać. I dostać uwagę, gdy ktoś się nade mną użala, albo na mnie wk... , że znów czegoś nie zrobiłam. Tylko to znałam i potrzebowałam tego do psychicznego przetrwania (lepiej by mnie bili niż by nie zwracali na mnie uwagi) i zupełnie nie byłam świadoma, że nie muszę już być uzależniona od tych ochłapów, że mogę dostać coś znacznie lepszego na zdrowych zasadach. Co więcej - że moje docenienie siebie to nie oznaka głupoty czy folgowania sobie, jak to tłumaczyła rodzina, ale zdrowy objaw - do tego, że to może mi wystarczyć. Nie muszę tego dostawać z zewnątrz.
    Ale to była długa praca nad zmianą wkodowanych przekonań, nabraniem zaufania do swojego umysłu i zdolności postrzegania i poczuciem własnej wartości jako takim. Jeszcze się czasem, w pewnych dziedzinach odzywa stary schemat, ale szybko się na tym łapię i przekierowuję myślenie w konstruktywną stronę.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 22.06.17, 12:54
    >>Ale to była długa praca nad zmianą wkodowanych przekonań, nabraniem zaufania do swojego umysłu i zdolności postrzegania i poczuciem własnej wartości jako takim.

    To teraz sobie wyobraź, z jakimi trudnościami muszę walczyć, skoro takie traktowanie zostało w moim przypadku przeciągnięte na tyle lat. Jak wiele i jak głęboko mi wdrukowano.
    I te dwa poziomy: świadomy i nieświadomy, jak u Ciebie. Rozum mówi jedno, a podświadomość drugie i ten pierwszy nie ma w tym starciu żadnych szans:( Podobnie jak Ola nie prowadzę samochodu, bo się tego panicznie boję. Bo mam problemy z orientacją, bo nie mam podzielnej uwagi, bo się nie nadaję, nie wszyscy muszą być kierowcami, bo...
    Jest tylko jedna dziedzina, w której nie poddałam się indoktrynacji ani mamy, ani męża. To dzieci. Mama kiedyś (nie pamiętam kontekstu, ale to nie było na pewno w kłótni) powiedziała, że ja to sobie z dzieckiem nie poradzę. Wielu rzeczy nie pamiętam, ale to zdanie bardzo głęboko mi zapadło w pamięć. A to zonk! Poradziłam sobie i to całkiem dobrze. Nie mam się za idealną matkę, ale z tej roli akurat się nieźle wywiązałam, patrząc na moje dzieci. I znowu co w mojej opinii pomogło? Nie kompetencje, nie rozwaga, a wręcz przeciwnie - to, że pamiętam swoje dziecięce potrzeby, rzeczy, które lubiłam, których pragnęłam, ale też te, których się bałam albo nie lubiłam. Jednym słowem miałam dobry kontakt z dziećmi, bo sama byłam jeszcze długo dzieckiem? Do tej pory poniekąd jestem? Czyli znowu umniejszanie swoich zasług. Nawet w tej dziedzinie, w której chcę być wyjątkowo dobra. A do tego dochodzi świadomość, że nie odseparowałam dzieci od nieodpowiedniego ojca, gdy trzeba to było zrobić, i całą zasługę dobrego wychowania dzieci szlag trafia. Czyli znowu źle :(
  • 23.06.17, 12:09
    Czy tylko ja mam problemy z pisaniem na tym forum?
  • 23.06.17, 12:12
    Uff, poszło, ale od wczoraj był chyba jakiś problem. Wklejam zatem to, co wczoraj wydumałam.

    Kurcze, a miałam się już nie odkrywać na tym forum :P
    Trudno, stało się.
    I wracając do mojej mamy. U nas było nieco inaczej. Nie czułam się niekochana, nie brakowało mi uwagi mamy, czasami było wręcz przeciwnie - mama żyła mną, miała tylko mnie, była na mnie skupiona, ale też nie jakoś bardzo nadopiekuńcza. Czułam się kochana, ale też byłam traktowana bardzo krytycznie, chyba właśnie w myśl tych zasad, by nie wychować zarozumiałej egoistki? Sama nie wiem. Zdrowa krytyka jest przecież OK, ale gdy to jest taki stały przekaz, że sobie nie poradzę, zaczyna się w to wierzyć. Zawsze na przykład zrażały mnie najmniejsze porażki. Gdy spadłam z roweru, a każde dziecko przecież na początku spada, nie chciałam dalej próbować, podobnie było z łyżwami, w końcu najgorszymi lekcjami dla mnie był zajęcie wychowania fizycznego. Tak bylo ze wszystkim, nawet ciast nie piekę, bo jak jedno się nie udało, to się zraziłam i przestałam piec :( A może taka jestem też po części z natury - lękliwa, niepewna, brak pochwał mamy to potęgował? Z drugiej strony dobrze sobie radzę w kontaktach interpersonalnych, nie jestem nieśmiała, umiem błyskawicznie nawiązywać kontakt niemal z każdym. Sama już nie wiem, mam wodę z mózgu.
    Te wszystkie cechy sprawiają też, że tutaj tak łatwo daję się prowokować, tłumaczę się niepotrzebnie, wdaję w jałowe dyskusje, bardzo łatwo mnie urazić, potem czasami nawet na oślep oddaję. To też pokłosie tej wielkiej niepewności siebie.
  • 23.06.17, 13:50
    Jakoś typ czy kombinacja typów osobowości może bardziej ulegać danego negatywnemu kodowaniu i przemienić się w bardziej dysfunkcyjną swoją wersję. Jak rozróżnić co jest naturalną cechą naszej osobowości a co czymś co można i warto zmienić? Polecam książkę "Twój psychologiczny autoportret" J.M.Oldhama . A zmiany, jeśli budzą lęk warto wprowadzać małymi kroczkami, jak metodą kaizen. Codziennie coś.
    Jeśli nie dostaliśmy od rodziców wspierających komunikatów (nawet jeśli nas kochali) to musimy to nadrobić w życiu dorosłym. Nauczyć się robić to sami. Reagować na błędy i niepowodzenia w sposób konstruktywny i życzliwy. Stworzyć w sobie głos rodzica opiekuńczego, a nie tylko rodzica krytycznego, którego mamy. Będą wątpliwości, bo stary sposób myślenia się broni - mamy NAWYK kwestionowania własnych sukcesów i wątpienia w swoje siły, ale trzeba podjąć decyzję, że to robimy i działać. Po jakimś czasie umysł się przyzwyczaja i przestaje czuć się nieswojo z pozytywnymi komunikatami. Jeśli sami "głupiejemy" to albo można wybrać jakiś system pracy nad sobą i się go trzymać, bez podważania/roztrząsania w trakcie, dopiero wersyfikacja po dłuższym czasie (zmiana nawyku myślenia to ok 40 dni, więc nie ma co wcześniej stwierdzać czy metoda działa), albo skorzystać z pomocy terapeuty - który dostrzeże nasze zamotanie i to, że kręcimy się w kółko po ograniczonych torach naszego umysłu i wskaże inne drogi.

    Ciekawą książką i metodą na sabotujące głosy wewnętrzne jest "Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą" www.empik.com/rozpraw-sie-ze-swoja-wewnetrzna-jedza-ahlers-amy-arylo-christine,p1134198795,ksiazka-p
    W humorystyczny sposób pozwala rozpracować argumenty, zapalniki i przygotować środki zaradcze na ataki wewnętrznego krytyka. Mnie pomogła wyraźnie dostrzec, że pewne działania, które tłumaczyłam "moralnością", "byciem dobrą", były tylko i wyłącznie głosem wewnętrznego krytyka/zołzy, która uważała, że muszę grać rolę "świętej" by być akceptowana i czuć się dobrze. Bardzo mnie odrzucało od ćwiczeń "nawiązywania kontaktu z wewnętrzną mądrością" - racjonalizowałam, że są jakieś sekciarskie i głupie, ale tak naprawdę nie uznawałam, że wewnętrzną mądrość w sobie mam i mogę tą część siebie wzmacniać. A można o robić w ten czy inny sposób, ale ćwiczenia okazywania sobie współczucia i doceniania mądrości/wartości w sobie, trzeba robić jeśli cokolwiek ma się zmienić. Nie czekać aż ktoś da nam prawo, potwierdzi, że możemy, tylko samemu sobie dać.

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 21:26
    Gdzieś czytałem, że w rodzinach narcystycznych dzieci od małego uczy się aby odbierały bodźce od rodziców i jednocześnie pozbawia możliwości nadawania ich własnych. Coś na zasadzie odbiornika i nadajnika. Rodzić nadaje: oczekuje, wymaga, manipuluje, zakazuje/nakazuje, dziecko z kolei ma tylko odbierać: wypełniać posłusznie polecenia, przydawać blasku, przytakiwać i nie być sobą.
    Każdy zdrowy człowiek ma jednocześnie i "nadajnik" i "odbiornik". Dzięki czemu może budować relacje z innymi, wyrażać swoje zdanie, słuchać innych, bronić własnych granic. Ale w toku wychowania ten dziecięcy "nadajnik" jest zagrożeniem dla takiego rodzica, więc trzeba szybko oduczyć malucha jak się nim posługiwać. Później w dorosłości można to narobić w terapii.
  • 21.06.17, 21:55
    gonzo_101 napisał:

    > Gdzieś czytałem, że w rodzinach narcystycznych dzieci od małego uczy się aby
    > odbierały bodźce od rodziców i jednocześnie pozbawia możliwości nadawania ich
    > własnych. Coś na zasadzie odbiornika i nadajnika. Rodzić nadaje: oczekuje, wymaga,
    > manipuluje, zakazuje/nakazuje, dziecko z kolei ma tylko odbierać: wypełniać posłusznie
    > polecenia, przydawać blasku, przytakiwać i nie być sobą.

    To dobre porównanie. Tak właśnie było u mnie - od taty wychowanie strachem i ślepym posłuszeństwem, od mamy poczuciem winy. Wypełniać polecenia, spełniać oczekiwania, być powodem do dumy i chwalenia się.

    W ogóle bardzo dużo sobie uświadamiam i przypominam przy tym wątku.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 22.06.17, 12:27
    Świetny opis. Myślę, że chodzi o to, że "nadawać" - swoje myśli, potrzeby, uczucia może tylko podmiot, pełnoprawny człowiek, ktoś ważny. A dziecko dla narcystycznego rodzica to nie jest człowiek tylko przedmiot, narzędzie do zaspokojenia potrzeb. Nie rozmawia się z krzesłem, nie interesuje jego uczuciami, prawda?

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
  • 21.06.17, 22:44
    Dokładnie
  • 21.06.17, 13:06
    Wymiar sprawiedliwości to akurat wydaje się, że w tej sprawie zadziałał prawidłowo - kazał podejmować na nowo niezasadnie umorzone postępowanie. A następnie sprawcę osądził sprawnie (6 mcy) i dość surowo. Więcej nie wiemy, bo proces toczy się za zamkniętymi drzwiami. I słusznie. To organy ścigania dały tutaj ciała po całości.
    A co do drugiego podniesionego przez Ciebie problemu - z dużą dozą prawdopodobieństwa, gdy ktoś już się tą sprawą zajął na poważnie, to zapewne próbowano ustalić innych sprawców. Ale w sytuacji gdy sama ofiara nie jest w stanie ich wskazać, sprawca zaprzecza, że fakt miał miejsce, to szanse są słabe. Oczywiście z dużą dozą prawdopodobieństwa można wytypować zbiór kumpli od kieliszka, których należy wziąć pod lupę. Ale jeśli któryś z nich się a) sam nie wysypie, b) nie wychlapie czegoś po pijaku do osoby trzeciej, która następnie to zezna policji, to nie masz nic.
  • 21.06.17, 13:13
    Brak istotnej informacji- ile ta pani miala lat w momencie slubu i jak długo i intensywnie się znali przed.
  • 21.06.17, 15:19
    plater-2 napisała:

    > Brak istotnej informacji- ile ta pani miala lat w momencie slubu i jak długo i
    > intensywnie się znali przed.

    A w jakim sensie taka informacja mogłaby być istotna ? Chyba tylko czy zaczął znęcanie się przed ślubem, czy już po. Rzeczywiście, jeżeli przed, to w moim odczuciu kobieta miała symboliczną okazję do wyrwania się, albo przynajmniej do nie-pogłębiania toksycznego związku. Ale ja, wychowana w mądrej i kochającej rodzinie, ja która nigdy przez nikogo nie zostałam uderzona (pomijam bratersko-siostrzaną szarpaninę na pograniczu zabawy, w wieku jednocyfrowym), ja, której udało się prawie od pierwszego zamachu znaleźć faceta, który pasuje do mnie jak ulał i który jest chodzącym spokojem i łagodnością - co ja mogę o takich związkach wiedzieć ? Nic, ale przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę.
  • 23.06.17, 16:33
    "ja która nigdy przez nikogo nie zostałam uderzona (pomijam bratersko-siostrzaną szarpaninę na pograniczu zabawy, w wieku jednocyfrowym), ja, której udało się prawie od pierwszego zamachu znaleźć faceta, który pasuje do mnie jak ulał i który jest chodzącym spokojem i łagodnością - co ja mogę o takich związkach wiedzieć ? Nic, ale przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę."

    A gdybys wiedziała ze w sąsiednim domu zyje kobieta bita i poniżana to co byś zrobiła ?

    Wracając do artykułu, to mieszkańcy wsi a zewlaszca kobiety, same ryzykowały pobiciem lub gwałtem w przypadku zawiadomienia policji. Przeciez nie narazilyby sie tylko samemu mężowi - oprawcy ale i pozostałym gwalcicielom.

    Ja nie doświadczyłam oczywiście tego co było udziałem pani Ewy ale rownież doświadczyłam przemocy. Nie w zadnej kaszubskiej wsi ale w mieście w Europie Zachodniej. Pomagając mi nikt niczego nie ryzykował. Jedna z koleżanek stwierxzdila odmawiając mi pomocy " słońce swieci , jest piekne ciepłe popołudnie, JA mam meza ktory mnie kocha wiec z jakiej racji miałabym tobie pomagać ?" . Wsród znajomych ostentacyjnie sie ode mnie odwracała i ostrzegalainnych ze zawracam dupę. Ta kokezanka jest z zawodu life- couchem, znakomicie rozumiała mojego męża i bardzo mu współczuła.

    O nauczycielce w szkole językowej chyba juz wspominałam. Nie prosiłam o żadne wsparcie ani zrozumienie. Wiedziała ze odeszłam od męża i najwyraźniej nie mogła tego przeboleć. Za każdym razem słyszałam " porozmawiaj z nim " , " juz z nim rozmawiałaś ?" , " co, jeszcze nie rozmawiałaś , No to porozmawiaj, w związku najważniejsza jest rozmowa !!!". Napisałam jej mejla w jej języku ojczystym, napisalam ze uwolnilam sie od agresji i przemocy. Czegos tu Jesxze mozna nie rozumieć ? Po zajęciach znowu z nią rozmawiałam, a ta machała mi palcem przed oczami i powtarzała jak mantrę " kocha Cie, jestem pewna ze Cie kocha, on dobrze chce, porozmawiaj z nim ".

  • 23.06.17, 21:53
    Nie wiem co jest na rzeczy, ale ja tez, miałam nauczycielkę obcego języka (nie znala polskiego ),która najpierw udawała słodka u pomocna, a potem okazała się...szpiegiem męża :D
    Najgorsze jest to, kiedy nie ma komu pomoc, dostajesz tylko pouczki i "złote myśli".
    Koszmar
    A sporo "life-chouchow" których znam, to osoby tak totalnie pozbawione empatii i jakiegoś ludzkiego odruchu, że Aspergerowcy przy nich wysiadają ....
  • 24.06.17, 12:01
    fusun1804 napisała:

    >
    > A gdybys wiedziała ze w sąsiednim domu zyje kobieta bita i poniżana to co byś z
    > robiła ?
    >

    Nie wiem, ale na pewno COŚ. Przypuszczam, że poszukałabym instytucji, zajmujących się z urzędu takimi sprawami i zwróciłabym się do nich jako do specjalistów. Sama obawiałabym się, że moja niewprawna interwencja może tylko sprawę pogorszyć. W każdym razie nie postawiłabym sytuacji samej sobie. Ani bitego dziecka, ani głodzonego psa.
  • 21.06.17, 17:13
    Jest taka informacja, kobieta miała 24 lata, znali się około pół roku (poznali się latem, wprowadziła się do niego na sylwestra). Jeżeli myślisz, że można na tej podstawie sformułować jakąś regułę, to się mylisz. Państwo Piaseccy przed ślubem znali się parę ładnych lat, pan Piasecki był wzorowym synem pomagającym w domowych obowiązkach i śpiewającym w chórze kościelnym.

    --
    Nika
  • 21.06.17, 20:02
    Wprowadzila jako mężatka ?
  • 21.06.17, 22:47
    Dla mnie wstrząsające jest, że kiedy kobieta w końcu uciekła, to do tego obrzydliwa przyszła inna kobieta z dzieckiem, których "to coś" traktowało podobnie. Szok. Przecież na takich wsiach ludzie wiedzą dużo
  • 22.06.17, 02:59
    Bo wciąż w wielu społecznościach wartość kobiety mierzy się tym, czy ma chłopa. Kobieta bez chłopa to takie niewiadomoco, dziwoląg, której żadne portki nie chciały. A że te portki nosi zwyrodnialec, który pije, bije, gwałci kobietę i jej dzieci, to jest o, taki tyci szczegół.
  • 23.06.17, 16:41
    Zgadzam sie. Tak jest chyba w całej Polsce poza dużymi miastami. Tuż po rozwodzie na pewnym forum jedna pani z nieukrywaną wyższością mi napisała : JA MAM MĘŻA !!!

    Jakis czas temu czytałam artykuł w Polityce o tym ze Polki najwiecej w Europie wydają na ciuchy i kosmetyki, najbardziej dbają o wygląd. To wszystko po to zeby jak najszybciej zdobyć atrakcyjnego partnera/ męza.
  • 23.06.17, 17:01
    A ja wrócę jeszcze do tych wszystkich osob nierozumiejących przemocy. Wspomniana przeze mnie wczesniej nauczycielka nie CHCE przyjąć do wiadomości faktu istnienia przemocy i agresji. Zyje w nierealnym swiecie w którym wszyscy ludzie sa mili i kulturalni i kazdy problem załatwiają rozmowa. Rozmawiają i po problemie.

    Inna sprawa to ludzie po prostu prymitywni. I tu nie chodzi o to ze nie CHCĄ zrozumiec. Do nich to naprawdę nie dociera. No jak to ? To dlaczego nie odeszła ? Przeciez mogła odejść. I nie ma sensu żadne tłumaczenie i przytaczanie argumentów.
    Wczoraj przesłałam ten artykuł koleżance mieszkającej w Anglii. Odpisała mi ze kompletnie nie wie o co chodzi, ze ona na miejscu tej kobiety by uciekła. Zapytałam dokąd . Odpowiedziała mi z cała powaga ze do kościoła.
    Dodam ze ta kolezanka trakcie czytania artykułu była trzeźwa i nie jest niepełnosprawna umysłowo. Poza tym idzie na kursy psychologiczne po których bedzie couchem - ma dar psychologiczny i nie chce go zmarnować. Nie tłumaczyłam jej, nie przekonywałam, nie chce mi sie, moze jej na tych kursach psychologicznych wytłumaczą czym jest przemoc.
  • 23.06.17, 21:05
    "Brak reakcji otoczenia na przemoc domową wzmacnia sprawcę. A kobieta godzi się na coraz więcej. Z Wandą Paszkiewicz*, psycholog i wiceprezes stowarzyszenia Niebieska Linia, rozmawia Katarzyna Włodkowska": wyborcza.pl/7,75398,22001363,nie-bagatelizujmy-przemocy-w-rodzinie-sprawa-polskiego-fritzla.html

    --
    Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.