Dodaj do ulubionych

czy to już czas na rozwód?

06.07.17, 09:29
znamy się od 10 lat, dwoje dzieci 2 i 8 lat. Oboje z dobrą pracą, nie najgorzej nam się powodzi. Cofam z dobrą pracą - ja uważam że mam dobrą, mam perspektywy awansu/rozwoju. Mąż - ciągle uważa że awansują debile, on się pchał nie będzie, oczywiście jest najinteligentniejszy, tylko nie jest korposzczurem i nie bierze w tym udziału. W związku z tym jest zawodowo sfrustrowany - chociaż zarabia dobrze i wiele osób o takiej pracy marzy.
Mi się wydaje, że ogarnięta za mnie kobieta- pracuję zawodowo, dziecizwykle ja zaprowadzam i odprowadzam do placówek, robię zakupy, pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, lekarze dzieci, lekcje starszej, zakupy ciuchowe, zajęcia dodatkowe, opłaty, sprawy urządowe, załatwianie fachowcow do remontu, ogarnianie księgowe i urzędowe firmy ogród - tutaj mąż kosi trawę. Mąż - oprócz koszenia, czasem wstawi zmywarkę, ogarnie kocią kuwetą i sprząta samochody (chociaż już teraz mojego nie - bo nie dbam o niego). To by było na tyle. Mamy dom " w urządzaniu", czasem mąż coś pchnie (zwykle jak jego ojciec przyjeżdża - robią coś tam razem).
Mąż jest wobec mnie krytyczny (każda sytuacja z mojej pracy kwitowana jest stwierdzeniem, że to ja zawaliłam/źle zareagowałam/ żle wszystko załatwiam), masowo się obraża (za niewiadomoco - znaczy on pewnie wie i chce mi pokazać że ja znów zawaliłam - typu robię naleśniki, okazuje się że nie ma dżemu - no nic zjemy z cukrem, serkiem etc. On już obrażony na dwa dni. Po dwóch miesiącach się dowiaduje, że obraził się nie dlatego że nie było dżemu, tylko o to, że już mi tyle razy mówił, że jak biorę ostatni słoik dżemu to musze "zatowarowac" szafkę - a ja znow tego nie zrobiłam. Ostatnio się obraził o to, że z córką mówilyśmy, żeby zwolnił w czasie jazdy samochodem.
Generalnie mam poczucie, że nie mam w nim wsparcia, że problemów z nim nie dziele, tylko mnoże, sama bym szybciej coś załatwiła, z nim wydaje się dwa razy większy. Odwrotnie radości - zqawsze potrafi zepsuć - jest pesymistą (wg niego realistą).
Młodsza przez dwa lata wstawała o 5. Nigdy nie zaproponował, że on chociaż raz wstanie do niej w weekend, abym się mogła wyspać. Nigdy. Jak bylam chora z gorączką 40C, nie byłam wstać do 1,5 rocznego dziecka to poprosiłam mamę żeby przyjechał (200km), bo mąż nie zwolnił się z pracy, bo był na mnie obrażony (bo wyjechała w delegację na 1 dzień i tam złapałam wirusa).
Jestem psychicznie zmęczona tym wszystkim ,ciągle z sercem w gardle, o co tym razem będzie foch, co tym razem zawaliłam.
Z drugiej strony lubię go, kocham (łam), córki go uwielbiają (chociaż spędza z nimi mało czasu).
Tytuł jest przewrotny - chciałabym to zmienić, naprawić...wydaje mi się, że mąż czuje się wrobiony w małżeństwo, dom, dzieci, dorosłe życie - on chciałby wspinać się po górach, podróżować, chodzić do teatru etc. I ma poczucie, że ja nic nie robię, a wszystko na jego barkach spoczywa ...
Edytor zaawansowany
  • 06.07.17, 10:32
    Przemyśl tylko jedno. Masz jedno życie i ono właśnie ci upływa. Nie będzie powtórki z rozrywki, nie będzie kontynuacji pod śmierci, bo nawet jeśli wierzysz w życie wieczne, to nie będzie ono takie jak tu, tylko z lepszym mężem.

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 06.07.17, 10:33
    A dzieci? Chcesz, by chłopak nabrał maniery jak twój mąż wobec ciebie i sam był niedobrym mężem? Chcesz, by dziewczynka zawsze kładła uszy po sobie?

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 06.07.17, 11:04
    Alternatywa jest taka, że dzieci nie mają w ogóle normalnego domu. Wiec chciałabym się dowiedzieć jak uzdrowić to co mam. Mam ostatnio takie myśli, żeby się odciąć psychicznie - robić swoje, skupić się na dzieciach i pracy, na tym, że jego humor bądź jego brak nie będzie miał na mnie wpływu - a tak jestem jak ten pies - jak jest dobrze to merdam ogonem i jestem cała szczęśliwa, donoszę przysmaki i paplam plotki z pracy, jak jest foch to kładę uszy po sobie i analizuje, gdzie tym razem zawiniłam i dlaczego jestem taka głupia, że znów zawiodłam.
  • 06.07.17, 11:08
    "Normalny" dom powinien być szczęśliwy. Dom z zmęczoną matką i wiecznie sfochowanym ojcem nie jest normalny.
  • 06.07.17, 11:10
    sara_lund napisała:

    > Alternatywa jest taka, że dzieci nie mają w ogóle normalnego domu.

    Nie bardzo rozumiem - co znaczy "nie będą miały normalnego domu"?

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 06.07.17, 11:15
    to nie jest tak, że my wiecznie na noże. Są okresy naprawdę fajne, jesteśmy zgodną rodziną, dzieciaki szczęśliwe, jeździmy gdzieś razem, wychodzimy - więcej jest takich chwil. Wiem ,że w każdym małżeństwie są chwile trudno, ostatnio u nas są one b. często, stąd mój post, jak to naprawić, zmienić - radzić sobie z tym.
  • 06.07.17, 11:38
    a teraz niby mają?

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 06.07.17, 12:48
    sara_lund napisała:

    > Alternatywa jest taka, że dzieci nie mają w ogóle normalnego domu.

    Teraz mają?
  • 06.07.17, 22:59
    sara_lund napisała:

    > jestem jak ten p
    > ies - jak jest dobrze to merdam ogonem i jestem cała szczęśliwa, donoszę przysm
    > aki i paplam plotki z pracy, jak jest foch to kładę uszy po sobie i analizuje,
    > gdzie tym razem zawiniłam i dlaczego jestem taka głupia, że znów zawiodłam.

    Klasyczna definicja odczuć ofiary przemocy domowej. Nie pocieszę, bo jest nikłe prawdopodobieństwo, ze mąż się zmieni. Pytanie co ty z tym zrobisz.

    I jeszcze jedno - nie wychowujesz dzieci w normalnej rodzinie. Wychowujesz w rodzinie, gdzie jest przemoc psychiczna. I niestety wdrukowujesz im, że takie zachowania faceta to jest "norma" na którą należy się potulnie godzić.
  • 29.07.17, 22:45
    Po co Ci żerujący na Tobie pasożyt, w dodatku egocentryk. Dajesz sobie jeździć po głowie.

    --
    "Natenczas onegdaj azaliż plwasz waść do strawy pozostawionej w holu?"
  • 06.07.17, 10:36
    Macie jedno głębokie nieporozumienie, które rozciąga się na wiele sfer - od spraw domowych, przez opiekę nad dziećmi po tzw. fochy. To trochę jak z chorymi migdałami - boli ucho, głowa, nawet zęby, ale leczenie zębów nic nie da, ucha również, bo to trzeba z migdałkami się rozprawić. I wy te swoje "migdałki" musicie znaleźć sami lub przy pomocy kogoś trzeciego (polecam kogoś trzeciego). Co więcej wam się to rozrasta - każde z was ma coraz więcej żalu, coraz bardziej się okopuje w swoim zachowaniu z myślą "no niech to drugie wreszcie zrozumie, że ja... (wstaw dowolne), czym tak naprawdę wywołuje tylko większą niechęć, a nie zmianę. To trzeba przerwać.
    Opisałaś nam co twój mąż robi źle, czym cię rani. Tylko jednym zdaniem wspomniałaś, że wydaje ci się, że mąż czuje się wrobiony w dorosłe życie, a może to jest miejsce od którego należy zacząć rozważania? Naturalnie mąż jest dorosły i jak sądzę do niczego go nie zmusiłaś, nawet jeśli pewne decyzje były bardziej "twoje" niż "jego", to nie sprzeciwił się im. Jednak tu chodzi o emocje, a nie do końca o fakty.
    Spróbuj określić moment, w którym zaczęliście się rozjeżdżać, przypomnij sobie co się wówczas działo, może to będzie jakimś tropem.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 06.07.17, 11:01
    Tak, trafiłaś - mąż się czuje się wrobiony - zwłaszcza w drugie dziecko - którego on nie chciał. Czuje się wrobiony w dom, którego on niby nie chciał - chociaż jak się poznaliśmy, to on szukał działki budowlanej (teraz twierdzi, że dla ówczesnej dziewczyny), kupiliśmy razem tę działkę i postawiliśmy dom. On nigdy nie oponował. Wydaje mi się, że zawsze tak było, zawsze się obrażał, od samego początku, tak po prostu reaguje na jakiś problem.
    Zarzuca mi, że o własne sprawy dbam bardziej niż o jego. że zawalam sprawy, na których jemu zależy - ja uważam, że mam za dużo na głowie - ale jak ten osioł, nie powiem, że mi ciężko, tylko biore kolejną sprawę na głowę.
    I to nawet nie chodzi o to, że ja mam tyle na głowie, tylko o to , że mam wrażenie, że jestem ze wszystkim sama, nie mam partnera, na którym mogę się oprzeć. Ze jak mi się usuwa grunt, to on przyjdzie jeszcze mnie wcisnąć w podłogę.

  • 06.07.17, 11:21
    Nie rób tego, nie bierz kolejnych rzeczy na głowę. Coś ci opiszę. Jakiś czas temu spotkaliśmy się z mężem z moim kuzynem i jego żoną. To było w ich domu. Kobieta krzątała się, biegała, a on obrażony, że jest niedziela a ciasto jeszcze nie gotowe, przecież gości mają. Na co mój mąż ze spokojem: jak tak chciałeś ciastko, to mogłeś kupić. Kuzyn oburzony: ale przecież żona zawsze robi! Na co mój (wredny) mąż stwierdza, ja tam kupuję, ale jak raz na pół roku żona ciasto zrobi, to od razu się cieszę i zjem choćby z zakalcem.
    Morał jest taki: nikt nie widzi tego, co jest zawsze zrobione. Nikt nie zastanawia się ile to kosztuje czasu, pracy, pieniędzy. Jest i już, a jak nie ma to twoja wina, bo przecież zawsze było. Odkąd pamiętam uczę kobiety, by nie brały wszystkiego na swoje barki.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 06.07.17, 11:28
    Tak, wiem, tylko to trzeba było zrobić kiedyś. A teraz, po 10 latach krzywda byłaby okropna. Zresztą dla mojego męża te rzeczy sierobią przy okazji - co to jest wstawić zupę czy zrobić pranie. 5 minut. Ja jestem taka, że jak jestem szczęśliwa to nie ma dla mnie problemu ogarniać wszystko (oczywiście część zawalam bo nie mam czasu, ale psychicznie mnie to nie dołuje), tylko mam poczucie, że on tego nie widzi - z kolei on uważa, że robi aż nadto, bo cały remont domu i budowa na jego głowie. Wiem - błędne koło.
  • 06.07.17, 11:33
    sara_lund napisała:

    > Wiem - błędne koło.

    I chcesz w nim pozostać?

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 06.07.17, 11:40
    najwyraźniej i to z zakładnikami małoletnimi.

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 06.07.17, 11:46
    Kurcze - dziewczyny - poradźcie co zrobić.
    Mediacje? Da się z kimś trzecim usiąść i to przepracować? To naprawdę fajny gość jest/był. Jest niestandardowy dość mocno - może to mnie w nim urzekło a dzisiaj przeszkadza, bo w codziennym życiu dodaje problemów ? Gdyby mnie zdradzał, bił, poniżał etc. to łatwiej byłoby podjąć jakiś drastyczny krok. Wydaje mi si, mam nadzieję, że to jeszcze można naprawić/ uzdrowić - pewnie powinnam zacząć od siebie, tak najlepiej. Tylko co mam zrobić, jak się wzmocnić, jak nie przeżywać tak tego wszystkiego?
  • 06.07.17, 11:45
    Każde z was czuje się niedocenione, bo nie ma pojęcia o tym ile druga strona wkłada wysiłku w to, co robi. Poza tym ty nie możesz być tak zmienna: jak jestem szczęśliwa, to sprawy domowe nie są problemem, a jak nie to już są. To powinny być rzeczy zależne raczej od sytuacji losowych (patrz: choroba, nagła praca, konieczność zmiany planów), a nie od samopoczucia w związku. I choć prawdą jest, że w dobrych związkach śmieci wynoszą się same, to zanim tak się stanie potrzeba dużo chęci porozumienia i empatii.
    Kiedyś byłam świadkiem rozmowy, która zapadła mi w pamięć. Jakaś rodzinna impreza, przy stole m.in. małżeństwo z dorastającymi dziećmi. On właśnie wrócił do domu, pracował w transporcie międzynarodowym i bywał w domu raz na kilka miesięcy. Ona nie pracowała, ale od lat sama zajmowała się dziećmi, dużym domem itp. On mówi: jestem strasznie zmęczony, nie mam już siły na tę pracę (jazda 5 dni w tygodniu, spanie w samochodach itp.). Ona: a co ty tam robisz, jeździsz sobie po świecie. On: - skąd ty możesz wiedzieć, co ja robię, jak tylko w domu siedzisz i najwyżej dzieciom kanapki do szkoły zrobisz. Ona: mógłbyś chociaż raz te kanapki zrobić i zająć się dziećmi, to byś wiedział co robię. Itd. itp.
    Każde z nich miało masę żalu do tej drugiej strony i każde skupiało się tylko na swojej trudnej sytuacji. To, że kiedyś oboje podjęli taką decyzję zeszło już dawno na plan dalszy, bo liczyły się emocje obecne, jego przemęczenie życiem z dala od domu, na walizkach i jej poczucie opuszczenia i pozostawienia z problemami. Wy zaczęliście się zachowywać analogicznie. Zastanów się jak to przerwać.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 06.07.17, 12:12
    "Mąż jest wobec mnie krytyczny (każda sytuacja z mojej pracy kwitowana jest stwierdzeniem, że to ja zawaliłam/źle zareagowałam/ żle wszystko załatwiam), masowo się obraża (za niewiadomoco - znaczy on pewnie wie i chce mi pokazać że ja znów zawaliłam"

    Sporo rzeczy mozna obgadac, naprostowac, ustawic inaczej. Ale to, ze maz jest oficjalnie w opozycji do ciebie, to raczej sie nie zmieni jak sobie "pogadacie". Przyznaj, czy utrzymywalabys jakiekolwiek relacje kolezenskie z osoba, ktora ciagle by cie krytykowala i obwiniala? A chcialoby sie od meza oczekiwac nieco wiecej empatii niz od niechetnej ci kolezanki...
  • 06.07.17, 12:27
    ...wydaje mi się, że mąż czuje się wrobiony w małżeństwo, dom, dzieci, dorosłe życie - on chciałby wspinać się po górach, podróżować, chodzić do teatru etc. I ma poczucie, że ja nic nie robię, a wszystko na jego barkach spoczywa ...

    Jestem pewna że gdybyście nagle zniknęli z jego życia to i tak nie było by gór, wspinaczek, teatrów.....
    Jeśli komuś na czymś zależy to stanie na głowie i spełni swoje marzenia nawet z dzieckiem w nosidle i na plecach.
    Twój mąż źle się czuje w swoim życiu i próbuje odpowiedzialnością obarczyć kogoś, padło na ciebie. Tak mu łatwiej, nie musi nic zrobić, wystarczy że popławi się w złości na żonę, dzieci niż ruszyć tyłek i coś zmienić.


    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 06.07.17, 12:36
    Moim zdaniem to jest dokładnie ta sytuacja, która wymagałaby terapii małżeńskiej. Bo obie strony czują się pokrzywdzone, podejrzewam, ze żadna z nich nie rozumie, dlaczego ta druga strona nie jest zadowolona, porozumienia zero - ale uczucia chyba jeszcze sa i jest chęć utrzymania związku.
  • 06.07.17, 14:36
    Też tak uważam. Co więcej sądzę, że rozwód doprowadziłby tylko do zaognienia sytuacji i jeszcze większej krzywdy dzieci, bo pretensje rodziców tylko by wzrosły. Jeśli są okresy pozytywne, jeśli wciąż jest uczucie, to terapia prowadzona przez życzliwego psychologa pomoże zrozumieć się wzajemnie. Poza tym do takiej a nie innej sytuacji w relacji przyczyniły się obie strony. Może nie po 50 proc., ale jednak obie.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 06.07.17, 14:45
    Macie rację, ja też nie czuję się bez winy - tylko nie wiem w jaki sposób to naprawiać. Boję się, że mąż w ogóle nie będzie chciał na taką terapię się zgodzić. Czy to może być skuteczne, jeśli tylko ja bym się podjęła spotkań z terapeutą?>
  • 06.07.17, 14:54
    Tak, da to jakiś skutek. Bo to wszystko polega na zrozumieniu mechanizmów jakie nami kierują. Np. możesz zrozumieć, dlaczego zaciskasz zęby i bierzesz na siebie kolejną rzecz, choć już nie dajesz rady. Albo dlaczego wolisz odciąć się od męża, skoncentrować na ciężkiej pracy, ale nie doprowadzić do konfrontacji. Związek to akcja-reakcja-reakcja na reakcję itd nieustannie. Nie radzę ci zagłębiać się w tym i szukać co było pierwsze, bo to nic nie da, ale np. z pomocą terapeuty możesz nauczyć się przerywać ciąg wydarzeń, który do tej pory wydawał się nieunikniony. W ogóle jest tak, że my nie mamy możliwości zmienienia drugiej osoby, możemy jedynie zmienić siebie i zmiana w nas w jakiś sposób wpłynie na zmianę w drugim człowieku, bo zmienią się reguły gry. Może jeśli pójdziesz do terapeuty sama i mąż zobaczy zmiany, sam zdecyduje się dołączyć. Potrzebujecie pierwszego impulsu, który wytrąci was z obecnego stanu.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 06.07.17, 15:30
    Związek wg mnie rokuje na przyszłość więc próbowałabym komunikować się jeszcze bezpośrednio z mężem. Może zorganizuj jakiś wspólny wypad wakacyjny, choćby do kina a jeśli to możliwe to na 2, 3 dni bez dzieci. Odprężycie się i z dala od obowiązków być może uda się pogadać. Jeśli się nie da to terapia, na pewno trzeba walczyć. Rozwód to ostateczność, czy wiesz co to znaczy być samotną matką na co dzień z dwójką tak małych dzieci? Jest to bardzo ciężkie. Nadal ciepło o nim mówisz, a facet nie ma aż takich przewinień na swoim koncie żeby od razu tak ostatecznie do tego podchodzić. Zresztą rozejrzyj się wokół, myślisz że znajdziesz chodzący ideał który będzie spełniał twoje wszystkie oczekiwania?
  • 06.07.17, 15:49
    azja001 napisała:

    > Zresztą rozejrzyj się wokół, myślisz że znajdziesz chodzący ideał który będzie spełniał twoje wszystkie oczekiwania?

    Nikt nie mówi o ideale, ale jak facet po dwóch miesiącach wypomina żonie, że "nie zatowarowała" szafki w dżem, jak bez przerwy ją dołuje - "bo w pracy to na pewno jej wina", że specjalnie wyjechała w delegację i się rozchorowała, aż dostała wysokiej gorączki - i przez to obraża się też na dziecko, bo na złość mamie nie będzie się nim zajmować, jak facet jest bez przerwy i o wszystko obrażony - to o czym dyskutujemy? Podobnie jak mąż sary uważasz, że powinnaś wszystko z pokorą znosić i jeszcze bardziej, jeszcze mocniej się starać?

    Sara - koniecznie na terapię, jeśli tylko masz taką możliwość. Nawet jeśli mąż o to także się obrazi.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 07.07.17, 09:50
    Azja, teraz się czuję jak często jak samotna matka z trójka dzieci. wiem, że zostanę sama. I nie chcę tego - głównie dla dzieci obecnie. Bo sama to już nie wiem czego chcę - czasem jest naprawdę super (jak ma dobry humor i nie ma specjalnie nic na głowie), a potem zjazd - łapię się na tym, że jak jest dobrze, to już drżę, kiedy będzie gorzej.
  • 07.07.17, 11:18
    Przeciez to jest normalna przemoc! Ty juz nawet w tych "miodowych miesiacach" czekasz kiedy nastapi uderzenie (psychiczne, boli tak samo jak fizyczne..). Wydaje mi sie, ze nie opisujesz wszystkiego. No bo chyba nie boisz sie tego, ze mezowi pojutrze obiad nie zasmakuje, domyslam sie, ze tej przemocy jest duzo duzo wiecej.
  • 07.07.17, 15:50
    sara_lund napisała:

    > Azja, teraz się czuję jak często jak samotna matka z trójka dzieci. wiem, że zo
    > stanę sama. I nie chcę tego - głównie dla dzieci obecnie. Bo sama to już nie wi
    > em czego chcę - czasem jest naprawdę super (jak ma dobry humor i nie ma specjal
    > nie nic na głowie), a potem zjazd - łapię się na tym, że jak jest dobrze, to ju
    > ż drżę, kiedy będzie gorzej.

    Nie bardzo rozumiem dlaczego "dla dzieci" chcesz żeby tak samo jak Ty drżały czym mogą sprowokować złość ojca, lub jego obrazę? Bo jak będą nieidealne to będzie foch? Zdajesz sobie sprawę z tego jak nieidealne mogą być nastolatki? Zdajesz sobie sprawę jak wychowujecie już teraz dzieci? W poczuciu że matka musi być zawsze i za wszystko odpowiedzialna, a ojciec to najwyżej trawę w domu skosi i zrobi awanturę, że dżemu do naleśników nie ma? Czemu mu wówczas normalnie nie powiedziałaś żeby skoczył do sklepu po ten dżem i kupił więcej na zapas?
  • 14.07.17, 12:17
    Rozwód to ostateczność, czy wiesz co to znaczy być samotną matką na co dzień z dwójką tak małych dzieci? Jest to bardzo ciężkie.

    Tak tylko dla porzadku chcialabym powiedziec, jako samotna mtka dzieci w wieku terac 5 i 12, ale samotna od 3 lat wiec... ze jest mi duzo lzej, odkad nie musze sie juz uzerac z pasozytem, ktory wszystko tylko utrudniał. Kiedy maz w domu kogos kto nie wspiera tylko rzuca, albo fizyczne albo psychiczne kŁody pod nogi, moze sie okazac, ze kiedy po prostu musisz zrobic wszystko sama bez kuli u nogi, to jest ci ŁATWIEJ.

    --
    Western economies are absolutely dependant now on the continued underpayment of women.
    Naomi Wolf

    Wiedzmowo
  • 06.07.17, 16:25
    Na rozwód jest za wcześnie, ale na terapię jak najbardziej nie! Idź sama, jeśli mąż nie chce, bo nawet jeśli on nie pójdzie, a pójdziesz ty, zmieni się jedna strona układu, a to zazwyczaj wymusza zmiany także z drugiej strony. Uważam, że bardzo mogłabyś na terapii skorzystać. Nauczysz się nie brać na barki więcej, niż dasz radę udźwignąć (klasyka polskich i nie tylko kobiet). Nauczysz się, że dwumiesięczny foch męża o pierdzielony słoik dżemu czy czepianie się nonstop o bzdety to ordynarna przemoc psychiczna. Tak tak, autorko wątku. Twój mąż stosuje wobec ciebie przemoc. To, że na samą myśl, o co mąż się tym razem wkruwi i na jak długo, tobie serce zjedża w rejon żołądka oznacza, że masz już somatyczne objawy, żyjesz w permanentnym stresie, masz zszargane nerwy. No daj sobie pomóc. Sobie i dzieciom, którym nic po takiej utyranej i znerwicowanej matce.
  • 06.07.17, 18:43
    Sara, to są przemocowe zachowania ale z gatunku tych lżejszych. Możesz spróbować ten rodzinny bałagan zmienić ale zmiany musisz zacząć od SIEBIE. Na początek usiądź z mężem i porozmawiaj, napisz mu na kartce co robisz na codzien Ty co robi on. Podziel te wszystko czynności razem z nim w miare po równo, niech wybierze te które mu pasuja żeby na poczatku bylo łatwiej. I zapowiedz mu ze definitywnie odcinasz gruba kreska to co bylo i zapowiedz ze od teraz zmieniacie zasady zycia. Zapisz na kartce te jego zachowania które sa nieakceptowalne, niech on zapisze te z twojej strony, które sa dla niego nieakceptowalne i umówcie sie ze staracie sie ich unikać za wszelka cenę. Raz w tyg. w weekend robicie sobie rodzinny dzień lub dzień we dwoje bez dzieci, wymyślacie plan na caly dzień i staracie sie w tym czasie poglebiac wasze wiezy rodzinne i partnerskie. I kwestie zakupów rozwiazujecie tak ze ty robisz listę a maz je realizuje np. Innym razem ty robisz zakupy. Unikasz sytuacji twojej odpowiedzialności za wszystko od a do z. Gdy maz się zapomni w swoim zachowaniu mówisz pamiętasz umawialiśmy sie inaczej obiecałeś ze będziesz przestrzegal. Potrzeba w tym wszystkim konsekwencji i dobrej woli z obu stron i powrotu do tego co was kiedys polaczylo. Macie dzieci w trudnym wieku i to pewnie tez was przytlacza. W tym wszystko musisz byc bardzo silna kobieta. Gdy maz mówi gdy ostatni dżem sie skończył powinnaś zrobić zaopatrzenie, to odpowiadasz zwyczajnie weź pieniadze i jedz do sklepu i kup. Jak daleko macie do najbliższego sklepu? Nie dawaj sie obwiniać, maz ma takie wyuczone zachowania ale musisz je ucinać i wymagać innych reakcji. Ale nie na zasadzie misiu ja cie proszę zmień sie tylko: Czy możesz tak się nie zachowywać, drażni mnie twoje zachowanie, zachowuj sie przyzwoicie, możesz zareagować tak i tak, wówczas byloby mi milo. Czy chcesz żeby bylo mi milo i żebym sie do ciebie milo odnosila czy wolisz żebym byla na ciebie zla? Zadajesz pytania wprost i zadasz natychmiastowej odpowiedzi bez uników. Gdy odpowie to pytasz wprost t dlaczego robisz to i to, mi jestwowczas niemilo i przykro. Itd. Po tym co napisalas widac ogromna dysproporcje w tym co ty robisz i w tym co robi on, wychodź to mocno na twoja niekorzyść. Tak nie powinno być, takie działanie z twojej strony prowadź do tego, ze on nie docenia tego co robisz, bo nie czuje ciężaru tych spraw, skoro nigdy ich nie robił. I jeszcze jedno zmeniasz swoj charakter jestes zeczowa, konsekwentna, silna, wymagajaca, nie pozwalasz sie obwiniać i wciskać sobie kitow, rzeczowo argumentujesz i czarno na białym pokazujesz gdy zachouje sie nie w porządku. Zacznij od tego ze on tez odprowadź dziecko do placówki, nie moze bc tak ze robisz to tylko ty. Opisz nam więcej kokretnych zachowan w konkretnych syuacjach z zycia z jego repertuaru, wówczas dostaniesz konkretne porady pod dana sytuacje. Jesteście partnerki w rodzinie i w miare równomiernie powinniście byc dociazeni obowiązkami nawet z lęka przewaga w jego kierunku bo on jest silnym fiz. facetem a ty kobieta. Gdy robisz wszystko i bierzesz na swoje bary wszystko tracisz wówczas swoja kobiecość a zyskujesz w zamian NIC i dodatkowo jesteś niedoceniana. To nie działa w zyciu tak, ze jak większość ogarniesz sama to wszyscy będą zadowoleni. Jest wręcz odwrotnie. Gdy wszystkich zaangazujesz we wszystko łącznie z dziecmi wówczas będziecie funkcjonować lepiej jako rodzina każdy na miare swoich możliwości. Dodatkowo poprzez takie matkopolkowe zachowanie odbierasz mężowi czesc jego obowiazkow które normalnie musiałby zrobić gdyby nie bylo chętnej do wyreczania go. Zastanów się ponadto skąd ci sie to wzielo jaki model relacji widzialas we własnej rodzinie pochodzenia?
  • 06.07.17, 19:05
    On jest leniwy, nie możesz czekać ze sam z siebie cos zaproponuje i cie wyręczy. Musisz mu wyraźnie powiedziec zrob to i to, gdy wejdzie to w staly repertuar jego obowiazkow wówczas nie będziesz musiała przypominać tylko sam z siebie sie tym zajmie. Na poczatku będzie ciezko, z jego strony moze byc sport opor ale sie nie poddawaj I badz konsekwentna.
  • 06.07.17, 19:19
    A potem składaj o rozwód, natychmiast, bo wątpię, czy po takiej akcji będzie co zbierać. Gdyby mąż usiadł ze mną, wymienił zachowania, które mam zmienić od jutra i powiedział, ze to on i tylko on od jutra zmienia zasady, w dodatku zapisał, czego nie będzie tolerował to obawiam sie, ze sąd dałby rozwód z orzeczeniem o winie. I to nie mojej, choćby wina leżała po mojej stronie. Traktowanie faceta jak dziecka, któremu dyktujesz zasady i upominasz, gdy nie stosuje sie do Twoich wymagań jest po prostu śmieszne. Nie ma mowy w takim wypadku o dobrej woli męża, bo on ma prawo mieć własne poglądy na to co dopuszczalne, a co nie i zacząć wymagać od Ciebie. Przecież ta rada jest zbieżna z tym , co robi maż - nei kupiłaś dżemu - zostajesz upomniana. I nie jesteś zadowolona. Dlaczego? Przecież maż tylko konsekwentnie zwraca Ci uwagę. No i zaangażowanie dwulatka do ogarniania domu jest co najmniej przedwczesne.
  • 06.07.17, 20:19
    Jesli maz bedzie chcial naprawiac z Toba to terapia malzenska, ale jesli nie, to nawet nie masz co probowac. Co do obrazania, mialam to samo w domu, trzeba olewac, bo nie dojdziesz co tym razem pana zranilo. Co to znaczy, ze maz czuje sie wrobiony w drugie dziecko? Gdzie on byl w trakcie, ze tak powiem niezbyt ladnie "plodzenia" tego dziecka, w pokoju obok czy w teatrze?

    --
    Dyplomata - człowiek, który potrafi powiedzieć spie...j w taki sposób, że poczujesz dreszczyk emocji na myśl o czekającej cię wyprawie.
  • 06.07.17, 20:29
    Nie doczytałaś, Verdano. Zuzi wyraźnie pisała o tym, że OBOJE małżonkowie siadają do rozmowy i wywalają, że tak powiem, co im na wątrobach leży. Jakich zachowań oczekują WZAJEMNIE, jakich tolerować nie będą, co chcieliby, by partner zmienił. Gdzie ty tu widzisz dyktowanie partnerowi, co ma robić? Co konkretnie ma zrobić mąż czy żona wykończeni zachowaniem współmałżonka, jeśli nawet nie można zwrócić partnerowi na to uwagi, bo ten od razu złoży pozew o rozwód? To w takim razie JAK ty rozwiazujesz konflikty w swoim małżeństwie, jeśli nie rozmową?
  • 06.07.17, 20:45
    Rozmowa jest oparta na komunikacji, a tu wyraźnie jej brakuje. Brakuje słuchania po obu stronach więc zgadzam sie z Verdaną, że jeśli pani zona zacznie apodyktycznie robic listę rzeczy do poprawy i do wykonania przez męża to nic z tego nie wyjdzie tylko bunt po stronie męża plus kolejny foch oraz frustracja po stronie żony. Rozmowa oparta na słuchaniu i zrozumieniu co mówi druga strona i wspólne ustalanie planu wspólnego działania wokół codziennych obowiązków. jeśli się nie uda to włączenie mediatora, terapeuty. czasem taka osoba trzecia może pomóc gdy komunikacji dobrej brak
  • 06.07.17, 20:53
    > Rozmowa oparta na słuchaniu i zrozumieniu co mówi druga strona i wspólne ustalanie planu wspólnego działania wokół codziennych obowiązków.

    Ale ja dokładnie tak zrozumiałam post Zuzi. Państwo siadają do rozmowy i WSPÓLNIE ustalają, jak postępować. Proszę zacytować z postu Zuzi, gdzie pisze ona o jednostronnym dyktowaniu i stawianiu mężowi warunków do spełnienia, a jak nie, to won. Ja tego w ogóle nie widzę. Cały jej post to elaborat, jak usiąść i POROZUMIEĆ się z mężem w celu ratowania ich rodziny. Odebrałam go zupełnie inaczej, niż Ty czy Verdana.
  • 06.07.17, 21:31
    "I zapowiedz mu ze definitywnie odcinasz gruba kreska to co bylo i zapowiedz ze od teraz zmieniacie zasady zycia. " . Innymi słowy, nie jest to równorzędna rozmowa dwóch osób tylko matki ze zbuntowanym nastolatkiem. Wprawdzie obie strony mówią, co mają zmienić, ale jedna i tylko jedna decyduje, że zmienione myć musi. Takie "umawianie się" na zasadzie wymuszania - jak "umawiam się" z dzieckiem, że wolno mu zjeść lody tylko raz dziennie. A potem "Gdy maz się zapomni w swoim zachowaniu mówisz pamiętasz umawialiśmy sie inaczej obiecałeś ze będziesz przestrzegal." To jest zdanie, które świętego wyprowadzi z równowagi. "Nie dawaj sie obwiniać, maz ma takie wyuczone zachowania ale musisz je ucinać i wymagać innych reakcji. Ale nie na zasadzie misiu ja cie proszę zmień sie tylko: Czy możesz tak się nie zachowywać, drażni mnie twoje zachowanie, zachowuj sie przyzwoicie, możesz zareagować tak i tak, wówczas byloby mi milo. Czy chcesz żeby bylo mi milo i żebym sie do ciebie milo odnosila czy wolisz żebym byla na ciebie zla? " - Ok. To znaczy, zę facet raczej nie moze wpisać na listę, ze żona ma go nie pouczać, jak dziecka, że ma pozwolić mu na reagowanie w sposób, który on, a nie ona uznaje za odpowiedni. To nie jest rozmowa dwojga dorosłych, tylko powiedzienie mężowi, ze ma się podporządkować wymaganiom, a potem pouczanie go, jak dziecka, gdy sie nie podporzadkuje.
  • 06.07.17, 21:52
    Ciekawe. Ja zdanie o grubej kresce odebrałam jako odcięcie się od wszystkich "przewin" męża i żony z czasów przeszłości i nie wypominanie ich sobie nawzajem, a wszystko w celu oczyszczenia atmosfery między małżonkami przed podjęciem trudu naprawy związku. Ja w analogicznej sytuacji w życiu nie pomyślałabym, że mąż stawia mnie w roli besztanego nastolatka. Dla mnie tak właśnie wygląda rozmowa dwóch równorzędnych partnerów.
    Upominanie jest dla mnie normalne, gdy ktoś się wyłamuje z tego, co ustaliliśmy. Ja miałam brzydki nawyk zostawiania mokrych gąbek do mycia naczyń w zlewie, mąż z kolei rzucania na świeżo wypraną bielizne pościelową swoich brudnych rzeczy. Udało się nam dojśc do porozumienia po jakimś czasie, choć nie obyło się bez
    przypominania z obu stron. Co w tym złego?
    A zwracanie uwagi mężowi na jego przemocowe zachowania to już w ogóle absolutny must, według mnie. Mąż wali focha, obraża się na żonę albo wręcz agresywnie wytyka jej, że ta śmiała złapać na wyjeździe przeziębienie czy zapomnieć kupić dżem. Ja bym się w takich okolicznościach nie certoliła, tylko powiedziała mężowi, że takie zachowanie w stosunku do mnie jest nie do zaakceptowania i nie będziemy rozmawiać w ten sposób. Tak się postępuje, gdy ktoś przekracza nasze granice i jest wobec nas agresywny, a taką właśnie sytuację ma autorka wątku. Ty to nazywasz strofowaniem nastolatka, ja to nazywam bronieniem swoich granic przed agresją.
  • 06.07.17, 21:59
    Rozmowa, znowu rozmowa ma wszystko rozwiązać, uleczyć.

    Czytałyście wywiad z panią Agnieszka wlasnie o rozmowie ? Jesli nie to przeczytajcie, wczoraj Wkleiłam w całości.
  • 06.07.17, 23:11
    enith napisała:

    > Apowiedziała mężowi
    > , że takie zachowanie w stosunku do mnie jest nie do zaakceptowania i nie będzi
    > emy rozmawiać w ten sposób. Tak się postępuje, gdy ktoś przekracza nasze granic
    > e i jest wobec nas agresywny, a taką właśnie sytuację ma autorka wątku. Ty to n
    > azywasz strofowaniem nastolatka, ja to nazywam bronieniem swoich granic przed a
    > gresją.

    Tylko że ona jest żabą gotowaną powoli.

    Z takim gościem nie da się racjonalnie omówić takich zachowań. Bo jak rozmawiać z kimś, kto jednego dnia cię opieprza, bo włączył pusty czajnik a przecież osoba, która poprzednio robiła sobie herbatę powinna sprawdzić i ewentualnie uzupełnić poziom wody - a za chwilę na zwróconą uwagę, że sam tego nie zrobił - wmawia, że kolejna osoba przed włączeniem powinna się upewnić czy jest dość wody... Generalnie rzecz się sprowadza do tego, że daje upust frustracjom - i każdy powód jest dobry, żeby ją wyładować. On musiałby sobie poukładać w głowie, pozbyć się poczucia niespełnienia itd. Bez usunięcia przyczyny nie da się trwale zmienić skutków.

    Obrażanie się i ciche dni to też wdrukowane reakcje, których on nie zmieni, a jeśli nawet - to na krótko.
  • 07.07.17, 00:18
    Pozwole sie nie zgodzic. Rozwiesc sie zawsze zdazy, wczesniej wprowadzic mediatora czy terapie rodzinna tez zdazy. Najpierw niech sprobuje sama rozwiazac ten rodzinny balagan przy udziale Meza, dlatego najsensowniejsza bylaby terapia indywidualna polaczona z czytaniem mądrej literatury. W opisanej sytuacji uwazam Sare za znacznie madrzejsza I dojrzalsza od Meza I stad sugestia aby nowe zasady zycia w rodzinie zaczela wprowadzac ona. Ale zeby to zrobic musi sie najpierw wzmocnic, poczytac troche madrych ksiazek, Sa w naszej liscie literatury do poczytania a nastepnie zaczac konsekwentnie dzialac I umiejetnie I przede wszystkim widziec cel, czyli naprawienie relacji w rodzinie. Ten maz po opisanych zachowaniach jest jak pozny nastolatek w skorze doroslego faceta. Trzeba z nim umiejetnie. Jesli po rozmowach dalej bedzie fochowal zacznij leczyc jego foch swoim fochem, niech przez dluzszy czas na wlasnej skórze odczuje co to znaczy sfochowana zona. Nie masz pomyslu na focha przyjrzyj sie zachowaniom meza I je umiejetnie kopiuj. Nie boj sie tak postepowac to jest etap przejsciowy potrzebny do tego zeby on cos zrozumial I zmienil swoje zachowania na dojrzalsze. Jestes zazwyczaj Mila I pomocna, to przestan taka byc. Badz wymagajaca I nie wyreczajaca. Jestes zbyt dobra I to jest blad. Zacznij dbac o siebie poprzez oddawanie pola do dzialania mezowi. I nie mysl ze radykalne zmiany w jego zachowaniu przyjda za mc, jesli bedziesz bardzo konsekwentna w dazeniu do zmiany to realnie za jakies 2-3 lata. Ale tobie zalezy na tym małżeństwie wiec moze warto. I poszukaj swoich mocnych stron, które pozwolą ci działać bez obaw. Takich dzieki ktorym będziesz pewna ze gdybyś nawet musiała sie w końcu rozwieść to dasz sobie rade z dziecmi. To daje dużego kopa do działania i pozbawia strachu.
  • 07.07.17, 10:08
    Zuzi - masz rację. I taki mam plan, po Waszych odpowiedziach, za które dziękuję. Zacznę od siebie - spróbuję wzmocnić moją nadwątloną wiarę w siebie. Co do tego że sobie dam rade sama to nie wątpię akurat. Pewność siebie tracą w relacjach z mężem - przy nim wydaje się sobie głupia. Podrzućcie jeszcze od czego zacząć - może najpierw lektura, a później terapeuta?
  • 10.07.17, 23:49
    Zacznij od tego:mojedwieglowy.blogspot.com/p/jakzwykle-goraco-przestrzegam-przed_8287.html. Podlegasz dużej manipulacji ze strony meza i żeby przestać odczuwać poczucie winy z tym. tego co ci mówi lub robi, musisz zrozumieć ze to co on robi to manipulacja i jeden wielki blef, ściema. Nie ma to kompletnie nic wspólnego z toba. Jest to związane tylko i wyłącznie z nim samym, jego zerowym poczuciem wartości i być moze innymi problemami emocj.
  • 11.07.17, 00:17
    Toksyczne słowa Patricia Evans, Molestowanie moralne Marie France Hirigoyen.
  • 11.07.17, 00:22
    1. "Kobiety, które kochają za bardzo" Robin Norwood;
    4. "Zdrowy egoizm" Rachael Richard Heller;
    5. "Grzeczne dziwczynki ida do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą" Ute Ehrhardt;
    6. "Grzeczne dziewczynki zjadają wilka" Ute Ehrhardt;
    7. "Dlaczego on nie kocha a ona za nim szaleje" Susan Forward;
    3. "Toksyczni Rodzice" Susan Forward;
    2. "Powrót do swego wewn. domu" John Bradshaw;
  • 11.07.17, 00:26
    8.Susan Forward – Szantaż emocjonalny, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2011
  • 11.07.17, 00:30
    "Zostać czy odejść?", LUNDY BANCROFT , JAC PATRISSI
  • 11.07.17, 00:37
    A to gdybyś chciała sobie poczytać historie innych kobiet podlegających przemocyforum.gazeta.pl/forum/w,898,139374645,139374645,Cechy_charakteru_i_zachowania_przemocowca_.html
  • 11.07.17, 12:03
    Zacznij od znalezienia psychologa. Naprawdę. Nie odwlekaj sprawy i nie próbuj sama wszystkiego ogarnąć opierając się na książkach/blogach itd., bo z takimi rzeczami jest jak z czytaniem podręcznika medycyny - szybko okazuje się, że ma się raka i jeszcze kilka innych nieuleczalnych chorób. Terapeuta pomoże ci zrozumieć główne przyczyny problemów między tobą a mężem, ustalić jakąś metodę działania.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 07.07.17, 19:20
    Zuzi, ćwiczyłam najróżniejsze warianty z czepialskim typem podobnym do opisywanego tu męża. Foch zwrotny? ależ proszę - w rezultacie nie odzywaliśmy się miesiącami. On niczego w ten sposób nie zrozumie i nie zmieni swojego zachowania, jestem tego więcej niż pewna.

    Terapia na pewno pomoże - ale bardziej jej niż im. Nawet literatura tematu podaje, że takie zachowania są ekstremalnie trudne do wytępienia i zdecydowana większość prób kończy się niepowodzeniem.
  • 07.07.17, 10:01
    Verdana, tego się właśnie obawiam - rady zuzi.1. dla mnie są nie do wdrożenia - tylko pogorszy to sprawę - ja wiem że muszę jakoś wzmocnić siebie - mąż często twierdzi że ja biorę wszystko do siebie - jego uwagi krytyczne, żarciki (że kiepski obiad mamy, albo że paskudny jest ten dywan który mi się podoba) - pewnie ktoś inny, z wyższą samooceną by coś takiego olał, zażartował to idź jeść do mamusi itd. - a mi jest przykro, on to widzi - mimo, że staram się tego nie okazywać. Robię się smutna, on na to reaguję fochem (bo niby chciał dobrze, zażartować) i konflikt gotowy.
  • 07.07.17, 10:17
    To nie są drobne uwagi ani żarciki. To jest przemoc, a ty tego nie widzisz.
  • 07.07.17, 10:52
    chocolate-cakes napisała:

    > To nie są drobne uwagi ani żarciki. To jest przemoc, a ty tego nie widzisz.

    Mogę się tylko podpisać.
    Cierpnie mi skóra, jak czytam o tych "żarcikach", o fochach, o staraniach i stawaniu na rzęsach, żeby tylko Pana-Władcy nie urazić i wymyślaniu coraz lepszych sposobów, żeby łaskawie się uśmiechnął i obdarzył swą łaską. Która nigdy nie wiadomo, kiedy skapnie, bo przecież Pan może się obrazić o WSZYSTKO.

    Sara, mam pytanie - a czy Ty kiedykolwiek spróbowałaś się obrazić? Nie wkurzyć, nie rozzłościć ani rozpłakać - tylko OBRAZIĆ I STRZELIĆ FOCHA?

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 07.07.17, 11:24
    No ja niestety też mam inny ogląd sytuacji. U mnie było podobnie: sfrustrowany, zakompleksiony, wiecznie niezadowolony mąż odreagowujący wszystkie frustracje na mnie, bo może. Nie na ojcu, nie na szefie, nie na przyjacielu, tylko na żonie, którą się potem i tak udobrucha dniami dobroci, wyznaniami miłości, które nic nie kosztują. Oprócz braku szacunku (deprecjonowanie, "żarciki"), fochów (które są najtrudniejszą formą przemocy, bo nie pozwalają na zdrową komunikację), obwiniania za wszystko, doprowadzania do tego, że żona ciągle się zastanawia, co złego zrobiła, jest też jej poczucie zagrożenia: " łapię się na tym, że jak jest dobrze, to już drżę, kiedy będzie gorzej". Boże, jak ja to dobrze znam :( I jeszcze to: "Pewność siebie tracą w relacjach z mężem - przy nim wydaje się sobie głupia". To wyjątkowo typowe w związkach przemocowych. Kobieta skądinąd zaradna, świetnie radząca sobie w pracy i w towarzystwie, traci cały rezon przy wiecznie niezadowolonym i sfochowanym facecie.
    Zacznij od tej lektury, ja też od niej zaczęłam i wiele mi dała: lubimyczytac.pl/ksiazka/63777/toksyczne-slowa-slowna-agresja-w-zwiazkach
  • 07.07.17, 11:33
    :)
    tak, jak ja się wkurze i obrażę - to mąż ma większego focha - ogromnego - ja z moim mogę sięschowac. I sytuacja jest jak zawsze - on jest silniejszy psychicznie po prostu.
    Wydaje mi się że on to robi nieświadomie.
    Po prostu takie ma zachowania, nie został nauczony inaczej. Ma pretensje do mnie, do rodziców, do losu, że jego życie tak się ułożyło.
    Ja nigdy w swoim życiu nie byłam konfrontowana z czymś takim - zawsze miałam dość łatwo - dobra uczennica, koleżanka, w domu było wszystko ok. I nagle mąż mi mów że jestem w tym słaba, to zawalam itp. Ja się nie umiem bronić przed tym, nigdy się nie nauczyłam. Aczkolwiek jestem skłonna przyznać, że zawalam, mogłam to czy tamto zrobić lepiej. Ze są kobiety, które lepiej ogarniają dzieci (organizują więcej kreatywnych rozrywek, wyjść, lepiej odżywiają), lepiej ogarniają dom (mają zmysł do aranżacji wnętrz, lepiej dbają o sprzęty, wszystko lśni), są bardziej niespodziankowe dla męża ( ja nie jestem, a jak jestem to zwykle nie trafiam z prezentem, niespodzianką).
    Mąż rzuca takie uwagi - i podejrzewam, że po kimś innym by to spłynęło, ja się bardzo przejmuję.
    Może to kwestia tego że zawsze byłam wzorową uczennicą i super córeczką, a tu się ktoś czepia takiego ideału jak ja:)
  • 07.07.17, 11:55
    sara_lund napisała:

    > I nagle mąż mi mówi że jestem w tym słaba, to zawalam itp.
    > Aczkolwiek jestem skłonna przyznać, że zawalam, mogłam to czy tamto zrobić lepiej.

    Mąż nigdy niczego nie zawala i wszystko robi najlepiej? Sama odpowiem - są mężowie, którzy o niebo lepiej dbają o swoje żony i rodziny.

    Bardzo możliwe, że mąż robi to nieświadomie i nie z premedytacją. Ale nie ulega wątpliwości, że to wciąż JEST PRZEMOC. Można zgadywać i szukać przyczyn, dlaczego tak się zachowuje (wiadomo, że nie ze szczęścia), ale nie oznacza to, że ma prawo tak Cię traktować i że trudne życie go usprawiedliwia. Tym bardziej, że - jak piszesz - wcale nie zamierza nic z tym robić, tylko żąda/oczekuje, żebyś to Ty się poprawiła.

    Sara - spójrz na sprawę tak, jakby dotyczyła Twojej koleżanki, siostry - kogoś, kogo lubisz, na kim Ci zależy. Podobałoby Ci się to, co widzisz? Co byś doradziła tej dziewczynie?
    Takie spojrzenie z boku potrafi naprawdę otrzeźwić. Bardzo polecam.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 07.07.17, 14:28
    Saro, przytoczę Ci dwa stare wpisy forumowe, które dobrze oddają ten rodzaj relacji w związku, który Ty być może opisujesz. Zachowałam je, bo jest bardzo wiele kobiet, które doznają tego rodzaju nieoczywistej przemocy, żeby się mogły w nich przejrzeć. Mam nadzieję, że u Ciebie nie jest tak źle, nie piszesz o awanturach i wyzwiskach, bo i to się często zdarza w takich związkach, ale foch też jest bardzo dokuczliwy, czasami nawet bardziej.

    „Kobieta, która wyszła za mąż za takiego faceta, na ogół przez wiele lat jest przekonana, że ma w domu troskliwego, sympatycznego, zaradnego faceta, który troszczy się o nią i dzieci, jest uroczy i sympatyczny - a co pewien czas wybucha - bo musi. Bo ona zrobiła coś naprawdę głupiego, bo on się stara, a ona znowu wszystko popsuła, bo on jest inteligentny i tylko dzięki niemu wszyscy mają dom, a ona może najwyżej coś zepsuć i gdyby jego nie było, to świat by się zawalił.
    To nie jest przypadek pijanego faceta, lejącego żonę, bo zupa była za słona. To przypadek uroczego zazwyczaj faceta, któremu udało się wmówić żonie, że bez niego nie jest nic warta i że przesolenie zupy to nie przypadek, a bezmyślne marnowanie ciężko zarobionych pieniędzy. Po awanturze (bez przemocy fizycznej) o za słoną zupę taka kobieta jest przekonana, ze maż naprawdę ma rację, a piekło robi z troski o rodzinę - a ona, jak zwykle, nawaliła, głupia taka.
    Często trzeba lat albo czegoś przełomowego, aby kobieta w ogóle mogła zorientować się, że jest ofiarą przemocy, a nie troskliwości.
    Obwinianie jej o to, że żyje wiele lat z takim facetem, to kompletne niezrozumienie mechanizmu tego typu przemocy, która zostawia w całości ciało, a robi wodę z mózgu.
    Problem w tym, że gdy kobieta się ocknie, ma do wyboru - zostać z facetem, do którego właśnie straciła zaufanie, uczucie i szacunek, albo całkowicie zmienić swoje życie, licząc się z tym, ze resztę życia spędzi samotnie. I tu powiem coś, co chyba nie dla wszystkich jest oczywiste - sporo osób nienawidzi samotności i woli znane zło od bycia samotnym. To jest wybór, wcale nie całkowicie irracjonalny, szczególnie wtedy, gdy w domu nie ma dzieci".



    „Też żyję w takim związku. Niby faceta na rękach nosić - zarabia dobrze, gotuje, zajmuje się dziećmi, tylko dlaczego w tym związku czuje się jak g..wo i bardziej jak jego córka niż żona? Wiecznie poirytowany, moje zdanie ma za nic, bo on wie lepiej, szczytem było jak stwierdził w szkole przy jakiejś matce, że gdyby nie on i jego obiady, to bym z głodu umarła!!!
    I jestem zła na siebie, bo nie potrafię powiedzieć NIE, boje się jego gwałtownych reakcji i nie potrafię z nim dyskutować, bo zaraz stwierdza, że: mi się wydaje, że przesadzam, że jestem wariatką (byłam na terapii), źle wychowuje dzieci, bo im na wszystko pozwalałam itp. Boje się odezwać. Kropla goryczy się przelała, jak tydzień temu dostałam opierd. za źle odrobioną z dzieckiem pracę domową.
    Zastanawiam się nad separacją, ale boję się podjąć tego kroku, szalenie szkoda mi dzieci, boję się zmian, ale nie jestem już w stanie w tym wytrwać. Gdy wracam do domu, łzy same mi lecą. Trzy lata temu byłam w takim stanie i pomogła mi terapia - zaczęłam więcej wymagać dla siebie i była poprawa. Ale mam coraz mniej szacunku dla niego jako dla człowieka - cholerny manipulant z niskim poczuciem wartości własnej, który w każdej sytuacji musi być górą. Nawet w tej najbardziej banalnej".
  • 07.07.17, 11:25
    Czyli facet cie obraza, stara sie wciaz znalezc miejesce gdzie ukluc bardziej, a ty probujesz ukryc smutek, zeby on nie strzelil focha. Przeczytaj to i pomysl, czy to ma sens?
    On cie wyraznie prowokuje, prawdopodobnie sprawdza na ile jeszcze sobie moze pozwolic, a ty schylasz sie coraz nizej.
    A co jesli po akcji: twoj obiad jest ochydny, na nastepny dzien nie zrobilabys obiadu (dla niego, ty i dzieci jecie wczesniej). Mozesz wyobrazic sobie taki scenariusz? Jak myslisz, jak on by zareagowal?
  • 07.07.17, 16:03
    sara_lund napisała:

    >mąż często
    > twierdzi że ja biorę wszystko do siebie - jego uwagi krytyczne, żarciki (że ki
    > epski obiad mamy, albo że paskudny jest ten dywan który mi się podoba) - pewnie
    > ktoś inny, z wyższą samooceną by coś takiego olał, zażartował to idź jeść do m
    > amusi

    Nie, ktoś inny odpowiedziałby - a wiesz mnie też jakoś ostatnio średnio smakuje, chyba już jestem zmęczona tym codziennym gotowaniem i wymyślaniem - jutro/w sobotę/niedzielę zabierasz nas do restauracji. Ja odpocznę ty zjesz coś dobrego, wyrwiemy się z domu i dla dzieci będzie atrakcja.
    Na paskudny dywan - ok nie musi ci się podobać, ty z całą pewnością masz lepsze oko do dywanów wybierz i kup jakiś fajny. Pochwal go i zostaw mu całą sprawę do załatwienia, łącznie z opłaceniem jego wyboru.
    Powinnaś nauczyć się takiego podejścia do "żarcików"męża. Serio. Ma prawo mu się nie podobać to co Ty robisz, ale wobec tego przerzuć na niego ogarnięcie problemu.
    Nie ma czegoś w domu - mówisz, ach, wiesz kochanie chyba mnie jakoś ostatnio przerastają te zakupy - ty jesteś lepiej zorganizowany ty się tym zajmij.
    A nie leć na złamanie karku i naprawiaj to co on skrytykował jeszcze się denerwując czy mu sie spodoba.
  • 07.07.17, 19:25
    aqua48 napisała:

    > Powinnaś nauczyć się takiego podejścia do "żarcików"męża. Serio. Ma prawo mu si
    > ę nie podobać to co Ty robisz, ale wobec tego przerzuć na niego ogarnięcie prob
    > lemu.

    To jest fatalna rada - to co ty proponujesz, to samoponiżanie się. Oto ja - nieogarnięta bidulka bez gustu, którą wszystko przerasta, i która musi zdać się na misia z kupnem dżemu bo jej własny malutki rozumek nie zapanuje nad listą zakupów.
  • 08.07.17, 17:20
    Czy małżeństwo jest jakimś przeciwskazaniem do wspinania się po górach, podrozowania i chodzenia do teatru?
  • 08.07.17, 17:22
    A jeżeli chodzi o "zatowarowanie"szafek może warto brać przykład z prepersów i mieć dżemów na rok w zapasie?
  • 08.07.17, 19:44
    Nie o dżem przecież chodzi. Każdy ma prawo zapomnieć, zwłaszcza, gdy ma się całą domową logistykę na głowie. Zawsze się o czymś zapomni, zawsze. Chodzi o to, że normalny człowiek w analogicznej sytuacji wsiądzie w auto i pojedzie do sklepu lub zje naleśniki z cukrem. A człowiek przemocowy, jak mąż autorki, walnie focha na żonę i cały świat, by po dwóch miesiącach triumfalnie oświadczyć żonie, że 67 dni temu on musiał zjeść naleśniki z cukrem, bo ona dżemu nie kupiła. To jest klasyka przemocy psychicznej.
  • 09.07.17, 10:19
    enith napisała:

    > Nie o dżem przecież chodzi. Każdy ma prawo zapomnieć, zwłaszcza, gdy ma się cał
    > ą domową logistykę na głowie. Zawsze się o czymś zapomni, zawsze.

    Dlatego moim zdaniem warto przesunąć przynajmniej część odpowiedzialności za domową logistykę na pana, tak, żeby zachwiać piedestałem wiecznego krytykanta, a postawić na stanowisku bardzo odpowiedzialnego za ważne strategicznie zakupy :)
    Jeśli żona mu powie: Józek, odczep się, od jutra ty kupujesz dżem i ziemniaki, to strzeli focha, jeśli podstępem przerzuci część obowiązków na niego podkreślając ich wagę to jest szansa że pan wejdzie gładko w narzuconą rolę co będzie z korzyścią podwójną - nie dość że nie będzie miał czasu na nieustanną kontrolę jakości pracy żony, to jeszcze zamiast się nudzić i szukać dziury w całym, wytykając braki zajmie się czymś pożytecznym dla domu i być może nawet zrozumie, że dżem nie pojawia się w szafce sam z siebie, tylko trzeba nań zarobić, kupić i przytaskać do domu po czym ustawić w szafce i pilnować kiedy się kończy. A to wymaga trochę czasu wysiłku i organizacji.
  • 11.07.17, 05:34
    aqua48 napisała:

    > enith napisała:
    >
    > > Nie o dżem przecież chodzi. Każdy ma prawo zapomnieć...
    > Dlatego moim zdaniem warto przesunąć przynajmniej część odpowiedzialności za do
    > mową logistykę na pana, tak, żeby zachwiać piedestałem wiecznego krytykanta, a
    > postawić na stanowisku bardzo odpowiedzialnego za ważne strategicznie zakupy :)
    > Jeśli żona mu powie: Józek, odczep się, od jutra ty kupujesz dżem i ziemniaki,
    > to strzeli focha, jeśli podstępem przerzuci część obowiązków na niego podkreśla
    > jąc ich wagę to jest szansa że pan wejdzie gładko w narzuconą rolę co będzie z
    > korzyścią podwójną - nie dość że nie będzie miał czasu na nieustanną kontrolę j
    > akości pracy żony, to jeszcze zamiast się nudzić i szukać dziury w całym, wytyk
    > ając braki zajmie się czymś pożytecznym dla domu i być może nawet zrozumie, że
    > dżem nie pojawia się w szafce sam z siebie, tylko trzeba nań zarobić, kupić i p
    > rzytaskać do domu po czym ustawić w szafce i pilnować kiedy się kończy. A to wy
    > maga trochę czasu wysiłku i organizacji.


    Dokładnie. Zgadzam sięz powyższym.
    Szkoda, że autorka wątku coś ostatnio zniknęła. Czy nasze forumowe rady są do bani?
    Kobiety za dużo na siebie biorą w związkach.
  • 11.07.17, 11:59
    Zwróćcie uwagę, że tu wcale nie musi chodzić o to, kto ma kupić ten przysłowiowy dżem i "zatowarować" szafki, ale na "mówiłem ci tyle razy". Bo ja nie wiem jak wy, ale ja z pianą na pysku kończę w sytuacji, gdy muszę coś powtarzać po raz n-ty. I wówczas naprawdę nie ma wielkiego znaczenia co to jest, może to być otwarty szampon pod prysznicem czy nieodłączona z prądu ładowarka czy inny drobiazg. Po prostu kiedy mówi się coś do drugiej osoby ileś tam razy i nie ma odzewu, to człowiek w pewnej chwili wybucha.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 11.07.17, 12:10
    edw-ina napisała:

    > Zwróćcie uwagę, że tu wcale nie musi chodzić o to, kto ma kupić ten
    > przysłowiowy dżem i "zatowarować" szafki, ale na "mówiłem ci tyle razy".

    MOGŁOBY chodzić, ale ten dżem jest tu tylko właśnie przysłowiowy - jakby chodziło tylko o niego i tego typu podobne pierdoły, to chyba autorka nie chodziłaby po domu na paluszkach z sercem skaczącym od żołądka do gardła oczekując, co znowu się nie spodoba panu.
    A że jaśniepan faktycznie może ciągle coś mówi i oczekuje - to niewykluczone. Pytanie, czy tak ma wyglądać związek - że jedno drugiemu wydaje polecenia i BEZDYSKUSJI!

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 11.07.17, 12:35
    Ola, mówię tylko o tym, że należy brać pod uwagę różne możliwości dynamiki w relacji i powodów takiego a nie innego zachowania. Masz pewność, że to chodzi o wydawanie poleceń? Skąd? Ja takiej nie mam. Wiem za to, że kiedy ludzie mają problemy z porozumieniem się, to odczytują pewne zachowania na swój sposób i widzą tylko tę ich część. Właśnie terapia małżeńska uczy dostrzegać różnicę między tym, co ktoś przekazywał, a tym, co ja z tego zrozumiałem.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 11.07.17, 12:49
    edw-ina napisała:

    > Masz pewność, że to chodzi o wydawanie poleceń? Skąd? Ja takiej nie mam.
    > Wiem za to, że kiedy ludzie mają problemy z porozumieniem się,
    > to odczytują pewne zachowania na swój sposób i widzą tylko tę ich część.

    No dobra - tutaj sprawa może nie być jednoznaczna,
    ale pretensja, że żona pojechała w delegację i celowo się rozchorowała - więc nie zajmę się SWOIM dzieckiem na złość żonie - też jest niejednoznaczna?
    Oczywiście wiem, że to także można wytłumaczyć na różne sposoby i na korzyść tego, który tak chce to tłumaczyć - sama jestem gotowa to szybko tutaj zracjonalizować, żaden problem.
    Mimo to jednak nie wydaje mi się, żeby problemy somatyczne brały się wyłącznie ze złego rozumienia słów męża. No jednak nie.
    Co do terapii - zgadzam się w 100%.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 11.07.17, 18:43
    Edwina, zgodzilabym sie z twoimi przemyśleniami, gdyby nie ten kawałek:"Mi się wydaje, że ogarnięta za mnie kobieta- pracuję zawodowo, dziecizwykle ja zaprowadzam i odprowadzam do placówek, robię zakupy, pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, lekarze dzieci, lekcje starszej, zakupy ciuchowe, zajęcia dodatkowe, opłaty, sprawy urządowe, załatwianie fachowcow do remontu, ogarnianie księgowe i urzędowe firmy ogród - tutaj mąż kosi trawę. Mąż - oprócz koszenia, czasem wstawi zmywarkę, ogarnie kocią kuwetą i sprząta samochody (chociaż już teraz mojego nie - bo nie dbam o niego). To by było na tyle.". Ten facet zrzucil na żonę prawie wszystko i rozlicza ja z tego wszystkiego. Typowy sfochowany przemocowy cwany manipulujacy len. Autorka powinna polaczyc własną terapie z czytaniem książek, żeby efektywnie wykorzystać czas. Im dluzej będzie podlegala przemocy meza tym będzie stawala sie bardziej bezwolna a sama nie potrafi na ta chwile sobie z nim poradzić. Wiec terapia im wcześniej tym lepiej + do tego książki.
  • 12.07.17, 02:16
    Też uważam, że nie ma co zwlekać z terapią. Lektury - owszem, są pomocne, ale terapii nie zastąpią. Nie przy takim poziomie manipulacji i przemocy, jakie stosuje mąż i takim poziomie frustracji, strachu i poczucia bycia beznadziejną żony. Tu nie ma co zwlekać. Na NFZ można się naczekać i parę miesięcy, zanim się terapia rozpocznie. Nic nie stoi na przeszkodzie zrobić rozeznanie w tym temacie już teraz.
  • 12.07.17, 07:56
    Co ta terapia miałaby przynieść ?
    Znacie przypadki kobiet związanych z przemocowcem którym terapia pomogła ?
  • 12.07.17, 09:58
    fusun1804 napisała:

    > Co ta terapia miałaby przynieść ?
    > Znacie przypadki kobiet związanych z przemocowcem którym terapia pomogła ?

    Na szczęście nie znam kobiet żyjących w związku z przemocowcem (tzn. - mam taką nadzieję), jednak czasem wystarczy usłyszeć "od fachowca", że nie jest się wielbłądem, żeby rozpocząć proces zmian.

    Bo wydaje się, że jednym z głównych problemów w takiej sytuacji jest przekonanie kobiety, że ona faktycznie jest nieudolna, nie dość się stara, nie spełnia oczywistych oczekiwań - i szuka sposobu, JAK MA SIĘ POPRAWIĆ, żeby wreszcie sprostać, ew. jak WYTŁUMACZYĆ mężowi, że być może jest niesprawiedliwy.

    A tu trzeba odwrócić myślenie - ona nie ma się ani poprawiać, ani nic tłumaczyć - jedyne, co ma zrobić, to nie pozwalać na takie traktowanie. I zrozumieć, że mąż nie ma prawa tak jej traktować.

    I to jest niby oczywiste, ale na oczywistości najtrudniej się samemu wpada. Więc tu terapia może być pomocna.
    Tym bardziej, że akurat w przypadku Sary ta przemoc wydaje się - żeby użyć właściwego słowa - dość "miękka" - choć realna i zatruwająca życie - jednak nie jest to etap "wołania o miłość" i zdaje się, że do niego jest baaardzo daleko, że to jednak nie ten typ faceta ani związku.

    I niewykluczone, że tutaj da się sporo zrobić, żeby ten związek naprawić. Może wystarczy, żeby Sara zmieniła swoje podejście i postępowanie - kto wie?
    A w tym terapia naprawdę może pomóc.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 17:16
    Byłam na terapii ponad 3 lata. Przeszłam przez wszystko co opisywała Autorka i to terapeucie przekazałam.
    Słowo " przemoc" nie padło. Kiedyś opowiadałam ze nie mogę jesc, mąż mi ciagle mowi iwrzeszczy ze jestem gruba , jadłam po kryjomu albo na mieście tak zeby nie widział. Nie mogłam spac bo jesli jego zdaniem położyłam sie za wcześnie to mnie szarpał. Terapeuta stwierdził ze " mąż za blisko podchodzi ".
    A ja sie nadal głowi lam nad tym jak wytłumaczyć mężowi ze juz nie mogę mniej jesc.

    Pozniej juz gdy mi groził nożem, gdy straszył ze mnie zabije, pani psycholog mnie zapytała " No i jak sie pani czuła mając ten nóż na gardle ? " .

    Dlatego, na podstawie moich doświadczeń, polecam konsultacje u prawnika a psychologów radzę omijać szerokim łukiem.
  • 13.07.17, 17:31
    fusun1804 napisała:

    > Dlatego, na podstawie moich doświadczeń, polecam konsultacje u prawnika
    > a psychologów radzę omijać szerokim łukiem.

    funsun, miałaś cholernego pecha. Także z terapeutą.
    Jednak wielu osobom terapia pomogła, i to bardzo.
    Prawnik zresztą też - choć i tu przecież można źle trafić.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 18:17
    To nie był tylko ten jeden psycholog.
    Moja terapia to było kiwanie głowa, wzdychanie, pytanie " naprawdę ?" albo " jak sie pani z tym czuje "? lub " co pani zamierza z tym zrobic ?".

    No bo co ? Nie wiedzieli ze to przemoc ? Ale byc moze wiedzieli ze to czysta przemoc ale w psychoterapii nie mozna niczego powiedzieć wprost, trzeba kierować myślenie na właściwe tory zeby pacjent sam wpadł na rozwiazanie. Ale byc moze ja miałam pecha.
  • 15.07.17, 17:33
    fusun1804 napisała:

    > Moja terapia to było kiwanie głowa, wzdychanie, pytanie: " ja
    > k sie pani z tym czuje "? lub " co pani zamierza z tym zrobic ?".
    >
    > No bo co ? Nie wiedzieli ze to przemoc ?

    Oczywiście, że wiedzieli, ale co by wynikło z tego, ze ktoś by Ci powiedział otwartym tekstem: to przemoc, powinna się pani rozwieść? Gdybyś Ty się uparła, że jednak nie bo może nawet nie kochasz tego drania, ale macie kredyt, wspólne dzieci, ogródek, psa i w ogóle nie widzisz możliwości rozwodu? No co by z tego wynikło?

    > w psychoterapii trzeba kierować myślenie na właściwe tory zeby pacjent sam wpadł na rozwiazanie.

    Pacjent musi sam podjąć decyzję bo to on się będzie z wszelkimi jej konsekwencjami zmagał, nie psychoterapeuta.
    Psychoterapeuta może powiedzieć - może pani w tej sytuacji zrobić to, lub to, albo tamto - ale pacjent chyba powinien go o takie podpowiedzi wyraźnie zapytać, powiedzieć że jest przed ścianą i nie widzi żadnych sensownych rozwiązań.
  • 12.07.17, 18:36
    Miałaby zmienić myślenie Sary o samej sobie, o swojej wartości. Wtedy Sara na słowa meza jesteś taka czy siaka, nie pomyśli ze może rzeczywiście taka jest jak maz mówi, tylko pomyśli ze jest w porządku a mężowi odpowie bez ogródek zeby swoje "madrosci" zachowal dla siebie a gdy nie zrozumie ibedzie kontynuował dalej to bez ogródek mu wygarnie co jej leży na sercu i powie zeby spier....al...Teraz Sara jest na takim etapie myślenia o sobie, ze pierwsze co jej przychodzi do glowy to to, ze może cos jest w tym co mówi maz, moze jest zbyt slaba jako kobieta czy zona( mimo ze z opisanego zakresu jej obowiazkow wynika ze jest stachanowcem i chyba nie ma czasu dla siebie, skoro sama robi praktycznie wszystko). Sara nie rozumie jezcze ze jej maz manipuluje nią i celowo mówi jej te wszystkie bzdury, bo wie ze Sara jest podatna na to co on mówi. Nie rozumie ze z uwagi na jego zerowe poczucie wartości on sie nad nią pastwi emocjonalnie. Sara nie rozumie ze należy te jego zachowania przerwać ostrym cieciem, używając inwektyw gdy trzeba. Nie rozumie ze jej słabość go napędza i zachęca do kolejnych fatalnych zachowan. Nie rozumie ze gdyby zaczela wymagać poszanowania dla siebie twardo to facet albo musiałby odpuścić albo nasilić swoja przemoc, co szybko byloby argumentem do rozwodu, bez konieczności dodatkowych rozmyslan...
  • 11.07.17, 14:22
    Nic nie musisz powtarzać, ty chcesz powtarzać i zalewać się pianą. Tak samo pan chce strzelać focha i dokopywać żonie.
    Gdyby szafka była zatowarowana, to znalazłby sobie jakis inny, równie pierdołowaty powód to strzelenia focha i pokazania żonie jaka jest beznadziejna. Jesli w domu jest 99% potrzebnych do wyżywienia rzeczy, a nie ma jednego głupiego dżemu, to znaczy że żona jak najbardziej ogarnia, a jak pan uważa, że trzeba jeszcze lepiej, to niech się tym sam zajmie.

    w jakims wątku obok jest link do bloga z cechami przemocowca.
    Polecam autorce przeczytanie.
    pozdr,
    mi
  • 11.07.17, 18:37
    Dokladnie tak.
  • 11.07.17, 16:03
    edw-ina napisała:

    > ja z pianą na pysku kończę w sytuacji, gdy muszę coś powtarzać po raz
    > n-ty. Po prostu kiedy mówi się coś do drugiej osoby ileś tam razy i nie ma odzewu
    > , to człowiek w pewnej chwili wybucha.

    To znaczy że jest z tobą coś nie tak. Normalny człowiek nie powtarza po raz n-ty. I nie wybucha. Przyjmuje do wiadomości, że to co chce nie jest realizowane przez drugą osobę. Z jakiegoś istotnego powodu, najczęściej dlatego że dla tej drugiej osoby Twoje wymagania są: nielogiczne, absurdalne, sprzeczne z jej przyzwyczajeniami i priorytetami oraz wymagające od niej zbyt dużo wysiłku.

  • 12.07.17, 09:45
    >>I nie wybucha. Przyjmuje do wiadomości, że to co chce nie jest realizowane przez drugą osobę. Z jakiegoś istotnego powodu, najczęściej dlatego że dla tej drugiej osoby Twoje wymagania są: nielogiczne, absurdalne, sprzeczne z jej przyzwyczajeniami i priorytetami oraz wymagające od niej zbyt dużo wysiłku.

    Oczywiście tak też może być. Na przykład jedno z partnerów chce uprawiać seks grupowy, a drugie się na to nie godzi. Jedno z partnerów chce, żeby podłogi w domu były codziennie myte i pastowane i zmusza do tego drugą stronę, a drugie uważa, że to przesada. Ale co może być tak nielogicznego, absurdalnego, sprzecznego z przyzwyczajeniami i priorytetami oraz wymagające zbyt dużo wysiłku w prośbie o wyrzucanie opakowań po produktach do kosza na śmieci, który jest w tym samym pomieszczeniu? Albo co jest takiego nielogicznego i wymagającego wysiłku w tym, żeby nie zostawiać brudnych naczyń w pokojach, a odnosić je do kuchni? Albo we wrzucaniu brudnych ubrań do kosza, a nie zostawiania w różnych miejscach domu i oczekiwania, że osoba piorąca będzie się domyślać, co jest już do prania, a co jeszcze nie jest.
    Jest wiele przyziemnych i drobnych rzeczy, na których jednej stronie zależy, bo to jej ułatwia życie i pomaga ogarniać dom, niewymagających prawie żadnego wysiłku, których ta druga strona nie chce wykonywać, bo: a. ma to w głębokim poważaniu, b. wie, że nie musi, bo i tak to ktoś za niego zrobi, c. czasami celowo nie robi, żeby sprowokować, d. ogólnie nie szanuje drugiej strony, więc i tego najdrobniejszego wysiłku nie wykona, bo po co? Oczywiście są osoby, które mają ważniejsze sprawy na głowie, zapominają, w danej chwili myślą o czymś innym i dlatego odkładają opakowanie po paście do zębów na półkę, zamiast zrobić mały ruch w stronę kosza na śmieci, ale wtedy taka osoba wie, że coś jest z nią nie tak i gdy zwróci się jej uwagę, zwyczajnie przeprosi i to zrobi. Nie obraża się za zwróconą uwagę, nie rzuca mięsem: znowu się przypierd..sz! Normalna reakcja na zwróconą uwagę załatwia sprawę błyskawicznie, nikogo nie obraża, nie tworzy podstawy do awantury, obrażanie się za to prawie zawsze prowadzi albo do kłótni, albo do focha. Po co, się pytam?
    Stałe olewanie takich drobnych próśb w jakimś sensie świadczy jednak o braku szacunku dla drugiej strony, dla jej pracy czy potrzeb. I jakoś tak dziwie się składa, że ta strona olewająca wcale nie jest wyrozumiała dla tej wymagającej, gdy chodzi o jej potrzeby. O nie! Olewającemu przeszkadza jakaś inna rzecz, a druga strona raz o tym zapomni. O, to dopiero jest draka i powód do krzyku albo focha, co kto woli.
  • 12.07.17, 10:06
    sebalda napisała:

    > Stałe olewanie takich drobnych próśb w jakimś sensie świadczy jednak o braku
    > szacunku dla drugiej strony, dla jej pracy czy potrzeb.

    To racja, jednak czym innym jest notoryczne niesprzątanie pustego opakowania, gdy wymaga to tylko ruchu w inną stronę, a czym innym JEDNORAZOWE dopuszczenie do braku dżemu w szafce - tego nie robi się na co dzień i odruchowo (to nie chleb czy herbata, ze "zawsze muszą być") i naprawdę można czasem o tym zapomnieć.
    Dlatego też zgadzam się, że dżemik to akurat pretekst - jakby był dżemik, to by nie było miodu, a jak by były oba - to przecież powinien też być chutney - bo tak nam ostatnio smakował - więc dlaczego nie kupiony, skoro się skończył???

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 12.07.17, 11:02
    >>Dlatego też zgadzam się, że dżemik to akurat pretekst - jakby był dżemik, to by nie było miodu, a jak by były oba - to przecież powinien też być chutney - bo tak nam ostatnio smakował - więc dlaczego nie kupiony, skoro się skończył???

    NIe, nie, ja nie o tym pisałam. Dżem był absolutnie typowym przykładem szukania kija, żeby uderzyć psa. Foch na 2 miesiące z tego powodu?!?!
    Ja odnosiłam się do teksu, że może to Sara jest winna, bo mąż jej stale musi o czymś przypominać i ma prawo się wściec, a na to pojawiła się informacja, że nie trzeba się wściekać, bo pewnych rzeczy nie robi się z przekonania lub gdy to wymaga za wiele wysiłku. Dlatego podałam przykłady, kiedy pewne wymagania są faktycznie nie do przyjęcia, a kiedy ich nieprzyjmowanie jest brakiem szacunku.
  • 12.07.17, 11:52
    sebalda napisała:

    > Dlatego podałam przykłady, kiedy pewne wymagania są faktycznie
    > nie do przyjęcia, a kiedy ich nieprzyjmowanie jest brakiem szacunku.

    Rozumiem. I w pełni się zgadzam.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 12.07.17, 16:53
    sebalda napisała:

    >Ale co może być tak nielogicznego, absurdalnego, sprzeczneg
    > o z przyzwyczajeniami i priorytetami oraz wymagające zbyt dużo wysiłku w prośbi
    > e o wyrzucanie opakowań po produktach do kosza na śmieci? Albo w ty
    > m, żeby nie zostawiać brudnych naczyń w pokojach, a odnosić je do kuchni? Albo
    > we wrzucaniu brudnych ubrań do kosza, a nie zostawiania w różnych miejscach dom
    > u i oczekiwania, że osoba piorąca będzie się domyślać, co jest już do prania, a
    > co jeszcze nie jest.

    Aaa to już kochana musiałabyś pogadać z moim synem :) Coś jednak widocznie w tym jest. Zamiast powtarzać po sto razy, i za 101 wybuchać nie rób nic. NIC. Nic. Nie sprzątaj, nie pierz, nie zanoś...Od nieogarniętego domu jeszcze nikt nie umarł. A czyste majtki i kubki kiedyś się kończą. Ważne też abyś miała swój kubek i talerz których ruszać nikomu NIE WOLNO!
    Mój syn dzisiaj po włożeniu prania do pralki (ja nauczyłam się pytać np. kto ma coś jasnego do prania niech daje bo piorę) zorientował się, że ma jeszcze niewyjęty kłąb rzeczy do prania w jednej z toreb wyjazdowych. No to ma nadal, bo się spóźnił. Jego problem.


  • 12.07.17, 17:04
    aqua48 napisała:

    > Nie sprzątaj, nie pierz, nie zanoś...Od nieogarniętego domu jeszcze nikt nie umarł.

    Nie tak prosto. Prosto - jeśli chodzi o osobiste rzeczy delikwenta.
    Ale co w przypadku zasyfiania tzw. przestrzeni wspólnej?
    Jak ktoś mi zostawi 3 puste, za to brudne opakowania na blacie w kuchni, do tego nakruszy okruchów, porozlewa mu się mleko, etc. - to JA będę to musiała sprzątnąć, żeby cokolwiek w tej kuchni zrobić - choćbym miała robić tylko dla siebie, a nie dla bałaganiarza.
    Jak zostawi, za przeproszeniem, obesrany kibel - to nie pójdę do drugiego, bo mam tylko jeden.

    Na całe szczęście tylko teoretyzuję, bo w sumie sama bałaganię bardziej niż mój facet, z którym mieszkam - ale to są sytuacje, na które nie znajduję dobrego sposobu, gdyby mi się miały zdarzyć.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 12.07.17, 17:24
    Dokładnie o tym samym pomyślałam. Taka rada sprawdzi się, gdy każde ma swoją własną przestrzeń, w której może syfić do woli, bez wkurzania partnera. Ale większość z nas ma jedną tylko kuchnię, jeden kibel, jedną sypialnię i robienie syfu tam, to syfienie również partnerowi. I tego raczej obejść się nie da.
  • 12.07.17, 18:33
    ola_dom napisała:

    > Ale co w przypadku zasyfiania tzw. przestrzeni wspólnej?

    Tu przyznaję jest gorzej, bo funkcjonuje niestety najlepiej zasada że ten komu bardziej zależy sprząta. Albo ustala w tygodniu jeden dzień/przedpołudnie/godzinę i wówczas wciąga do sprzątania drugą osobę dając mu konkretne zadania - typu wyczyść toaletę i wymyj podłogi, wynieś śmieci, a ja w tym czasie coś tam. Wtedy gorzej jest powiedzieć nie. Ważne jest też żeby chwalić i dziękować za pomoc. Nawet choćby ta toaleta była umyta na początku niedbale, czy niestarannie. Trzy razy byle jak, a za czwartym czy piątym się przyłoży, bo zobaczy efekt. Bo i tak sądzę, że powtarzanie po 100 razy, pretensje i wybuchy nie są dobrym rozwiązaniem.
  • 12.07.17, 19:42
    aqua48 napisała:

    > Ważne jest też żeby chwalić i dziękować za pomoc.
    > Bo i tak sądzę, że powtarzanie po 100 razy, pretensje i wybuchy nie są dobrym rozwiązaniem.

    Zgadzam się w całej rozciągłości.

    Ale ponieważ jestem uczulona na zostawianie pustych opakowań (na szczęście u mnie nie występuje, ale miewałam do czynienia), jestem ciekawa, czy masz i na to jakiś sposób - bo tutaj umawianie się na sprzątanie nie zadziała, to jest coś, co trzeba robić na bieżąco - jak spuszczanie wody w toalecie.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 09:22
    ola_dom napisała:

    > Ale ponieważ jestem uczulona na zostawianie pustych opakowań (na szczęście u mn
    > ie nie występuje, ale miewałam do czynienia), jestem ciekawa, czy masz i na to
    > jakiś sposób - bo tutaj umawianie się na sprzątanie nie zadziała

    No cóż - ja raz w tygodniu wchodzę z dużym workiem do pokoju syna i zbieram, po czym stawiam worek koło drzwi i jak tylko syn wejdzie do domu wręczam żeby wyrzucił. Pozostałe automatycznie wyrzucam jak tylko widzę. Z "uczulenia", pogadanek umoralniających itp. się wyleczyłam. Tylko psuły mi humor a efekt był żaden..To MNIE zależy na porządku. Im (facetom) nie, zatem musimy iść na jakiś kompromis - ja zbieram, oni wynoszą do śmietnika. Jak ktoś włoży puste opakowanie do lodówki i nie powie że coś się kończy, to tego potem brakuje, np margaryny do chleba rano, i sam musi po nią lecieć, albo jeść suchy chlebek, albo płatki, bo nie miałam pojęcia, że trzeba kupić. Bywa też i tak w normalnym domu.
  • 13.07.17, 11:51
    aqua48 napisała:

    >Jak ktoś włoży puste opakowanie do
    > lodówki i nie powie że coś się kończy, to tego potem brakuje, np margaryny do
    > chleba rano, i sam musi po nią lecieć, albo jeść suchy chlebek, albo płatki, bo
    > nie miałam pojęcia, że trzeba kupić.

    tak, tak, zwłaszcza się to świetnie sprawdza w domu z małymi dziećmi do nakarmienia.
    "Macie, dzieci, suchy chleb na śniadanie, bo resztę wczoraj zjadł tatuś" - tak to będzie wyglądać, bo tatuś do odwiedzenia rano sklepu poczuć się nie zamierza.


    --
    Szanowny Prezydencie!
    Błogosławione łono, które Ciebie nosiło, i piersi, które ssałeś.
  • 12.07.17, 22:09
    > > Ale co w przypadku zasyfiania tzw. przestrzeni wspólnej?
    >
    > Tu przyznaję jest gorzej, bo funkcjonuje niestety najlepiej zasada że ten komu
    > bardziej zależy sprząta. Albo ustala w tygodniu jeden dzień/przedpołudnie/godzi
    > nę i wówczas wciąga do sprzątania drugą osobę dając mu konkretne zadania - typu
    > wyczyść toaletę i wymyj podłogi, wynieś śmieci, a ja w tym czasie coś tam. Wte
    > dy gorzej jest powiedzieć nie.

    Moje doświadczenie z czasu mieszkania na stancji pokazuje, że wcale nie gorzej. Nie pomogła ani wywieszona rozpiska, ani błagania, kazania czy płacz. Jeśli osoba, z którą dzielisz przestrzeń, nie wykaże choć minimum kooperacji, to goowno z tym zrobisz. I o to się rozchodzi, o ten brak kooperacji właśnie. Pamiętam, jak po wakacjach wróciłam na stancję, gdzie w czasie wakacji urzędowali moi współlokatorzy, w tym ówczesny partner. Smrodu z kibla niemytego ani razu w ciągu sześciu letnich tygodni nie powstydziłaby się żadna polska toaleta dworcowa. Niewiele brakowało, a wyrzygałabym się w przedpokoju. A przy tym żaden z panów nie uważał, by toaleta wymagała umycia (choć wtedy akurat bardziej przydałby się zrzut napalmu). Pomogła wyprowadzka, ale oczywiście rozumiem, że ta opcja nie zawsze jest możliwa.
  • 13.07.17, 09:13
    enith napisała:

    > Moje doświadczenie z czasu mieszkania na stancji pokazuje, że jeśli os
    > oba, z którą dzielisz przestrzeń, nie wykaże choć minimum kooperacji, to goowno
    > z tym zrobisz. Pomogła wyprowadzka, ale oczywiście rozumiem, że ta opcja nie z
    > awsze jest możliwa.

    No w przypadku mieszkania z flejtuchami, którym absolutnie na tobie nie zależy rzeczywiście pomaga wyłącznie wyprowadzka. Dotyczy to niestety również flejtuchów niebacznie poślubionych...
  • 13.07.17, 01:02
    Napiszę jeszcze, że całkowicie zgadzam się z radą, by chwalić za robotę wykonaną i nie przypierdzielać się, gdy nie jest zrobione na tip-top. W sumie chodzi o to, by te obowiązki sensownie między małżonków podzielić, żeby jedno nie zapitalało padając na pysk, podczas, gdy drugie leży uwalone na kanapie i jeszcze krytykuje, że piwo nie dość zimne (lub dżemiku do naleśników zabrakło).
  • 13.07.17, 10:18
    Tyle że u przemocowców to wygląda tak, że nie osoba, która chciałaby kooperacji wybucha, tylko właśnie ten, który notorycznie olewa najbanalniejsze prośby. To wygląda tak: jedna strona prosi, żeby wrzucać opakowania do kosza, druga tego nie robi. Pierwsza po jakimś czasie przypomina, wychodząc z założenia, że druga zapomniała, nie zakłada złej woli. Ale tu już pojawia się zgrzyt, bo za kogo ona (będę pisać o kobiecie wymagającej, a facecie olewającym dla uproszczenia zapisów, choć wiem, że bywa odwrotnie) go ma, po co mu przypomina!?! Za 20 razem, gdy on olewa prośbę, ona jeszcze raz przypomina, bo nie chce być służącą we własnym domu. Nie chodzi o większe porządki, o mycie całej łazienki, ale o tak niewymagającą wysiłku małą rzecz jak wrzucanie pustego opakowania do kosza, przypominam. No więc jak ona mu po 20 razach przemilczania, za 21 razem przypomni i będzie to trzecie przypomnienie (dodam: grzeczne, wypowiedziane neutralnym tonem), on wybucha z krzykiem: znowu się przypier..asz!!! To ja dla Ciebie.....(tu lista jego "wielkich" osiągnięć), a Ty się o takie goowno przypierd..asz!!! I awantura na całego. Klasyka gatunku, z tego, co wiem.
  • 13.07.17, 10:23
    sebalda napisała:

    > Tyle że u przemocowców to wygląda tak, że nie osoba, która chciałaby kooperacji
    > wybucha, tylko właśnie ten, który notorycznie olewa najbanalniejsze prośby.

    Oj, nie wiem.
    Czy nie równie często zdarza się, że osoba chcąca kooperacji za którymś razem autentycznie nie wytrzymuje i wybucha z bezsilności i poczucia olewania - a niekooperujący patrzy wtedy na nią jak na furiata, który czepia się niczego i robi z igły widły, na kogoś, kto jest autentycznie niezrównoważony - o czym nie omieszka głośno poinformować?
    Prędzej taki obrazek mi przychodzi na myśl.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 12:15
    >>Oj, nie wiem.
    Czy nie równie często zdarza się, że osoba chcąca kooperacji za którymś razem autentycznie nie wytrzymuje i wybucha z bezsilności i poczucia olewania - a niekooperujący patrzy wtedy na nią jak na furiata, który czepia się niczego i robi z igły widły, na kogoś, kto jest autentycznie niezrównoważony - o czym nie omieszka głośno poinformować?
    Prędzej taki obrazek mi przychodzi na myśl.

    Ja mam inne doświadczenia i obserwacje. To, o czym piszesz, jest chyba częstsze w normalnych związkach, w ktorych zawsze znajdzie się jakiś obszar konfliktowy dotyczący na przykład standardów sprzątania. Ofiara natomiast rzadko pozwala sobie na wybuch. Woli spróbować jeszcze raz delikatnie przypomnieć, licząc, że pan i władca może tym razem będzie miał lepszy humor i się nie zdenerwuje i wreszcie spełni jej prośbę, niż zacząć od własnego wybuchu, bo wie, czym to grozi.
    W przemocowym związku najgorsza jest ta niewiadoma, bo zły humor przemocowca może się pojawić nagle, nieoczekiwanie, znikąd. Jest kilka dni spokoju, wręcz jest fajnie, pan jest wyluzowany, ofiara też próbuje wyluzować, przestaje się mieć tak bardzo na baczności, wreszcie odważa się o coś poprosić, bo może tym razem się uda, a tu BACH! Jak ona śmiała mu przypominać! Chwila nieostrożności, głupia nadzieja, że może tym razem nie będzie tak źle :(
  • 13.07.17, 12:27
    sebalda napisała:

    > To, o czym piszesz, jest chyba częstsze w normalnych związkach,
    > w ktorych zawsze znajdzie się jakiś obszar konfliktowy
    > dotyczący na przykład standardów sprzątania.
    (...)
    > Chwila nieostrożności, głupia nadzieja, że może tym razem nie będzie tak źle :(

    Chyba faktycznie masz rację.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 11:29
    Taaaa...., przeanalizujmy kwestię włączonych ładowarek :D
    W związku są zawsze jakieś spięcia i to normalne, skoro są w nim emocje. Analizowanie w kategoriach: widocznie uważasz, że moje wymaganie odnośnie włączonych ładowarek jest nielogiczne, absurdalne i sprzeczne z priorytetami, dlatego od dzisiaj ja już zawsze je będę wyłączać, a ty nie musisz o tym pamiętać jest z kategorii podzielmy ten włos na czworo i policzmy anioły. Z takim podejściem to się niczego nie stworzy, bo analiza zje własne dzieci.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 11.07.17, 16:13
    edw-ina napisała:

    > Po prostu kiedy mówi się coś do drugiej osoby ileś tam razy i nie ma odzewu,
    > to człowiek w pewnej chwili wybucha.

    I jeszcze jedna istotna rzecz - o ile jakoś jestem w stanie zrozumieć wybuch, o tyle "chowanie urazy" PRZEZ DWA MIESIĄCE o takie gówienko jak słoik dżemu, jest dla mnie przemocą czystej wody.
    Takie - "Widź, że jestem niezadowolony, więc teraz zastanawiaj się, czym mnie uraziłaś. I jak zamierzasz się zrehabilitować. Kombinuj". Przez dwa miesiące...

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 11.07.17, 16:30
    > I jeszcze jedna istotna rzecz - o ile jakoś jestem w stanie zrozumieć wybuch, o
    > tyle "chowanie urazy" PRZEZ DWA MIESIĄCE o takie gówienko jak słoik dżemu, jes
    > t dla mnie przemocą czystej wody.
    > Takie - "Widź, że jestem niezadowolony, więc teraz zastanawiaj się, czym mnie u
    > raziłaś. I jak zamierzasz się zrehabilitować. Kombinuj". Przez dwa miesiące...

    No kurcze, dokładnie tak. Mnie aż ciarki przeszły, jak czytałam historię z dżemem i fakt, że autorka wątku DWA MIESIĄCE czekała, aż mąż łaskawie wyjaśni, o co zrobił chryję. Jeśli to nie jest klasyka przemocy psychicznej, to nie wiem, co nią jest.
  • 13.07.17, 11:32
    Z chowaniem urazy się zgadzam, w ogóle nie trawię sytuacji: ja się obrażam, a ty domyśl się o co. Ale ponownie: oni się tak w każdej kwestii nie dogadują, że żadna sytuacja nie będzie jednoznaczna. Napisałam to wcześniej - trzeba wyleczyć migdałki, żeby przestały boleć zęby i ucho, a nie analizować skąd ból ucha.

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 13.07.17, 22:54
    Co ja czytam?
    Brak dżemu, otwarty szampon, nieuzupełniona woda w czajniku, ciasto niegotowe, ładowarka w kontakcie... Naprawdę ludzie mają takie problemy? O takie pierdoły trują doopy mężom i żonom?

    --
    Good evening. I am a lizard woman from the dawn of time, and this is my wife.
  • 14.07.17, 14:09
    co ja czytam: zwrócenie uwagi, powiedzenie czegoś, wkurzenie się to trucie doopy? To co nie jest jej truciem, skoro to jest?

    --
    "Dzisiaj mogą mnie denerwować już tylko skrajni masochiści. Bo jak przyłożę, to nie chcę być jedyną osobą, której to sprawi przyjemność"
    by NN
  • 14.07.17, 22:38
    edw-ina napisała:

    > Po prostu kiedy mówi się coś do drugiej osoby ileś tam razy i nie ma odzewu,

    Nie jest truciem doopy zwrócenie uwagi raz czy drugi. Gadanie "ileś tam razy" (aż do wybuchu) o dupereli typu otwarty szampon jest truciem doopy. Zajęło mi to dobrych parę lat w małżeństwie, zanim zrozumiałam, że ten [przykładowy] otwarty szampon nie dość, że nie jest zamachem na mnie ;) ani dowodem na brak uczucia ;) tylko totalną pierdołą, którą nie warto zawracać sobie głowy, a na pewno nie warto narażać dla niej pozytywnych relacji. Jest tyle przyjemniejszych sposobów na spędzenie czasu z facetem, niż kłótnia o szampon.

    --
    Good evening. I am a lizard woman from the dawn of time, and this is my wife.
  • 15.07.17, 01:29
    Jedna rzeczą jest odpuszczanie sobie pierdół, a druga uświadomienie sobie, że partner ma nasze (słuszne czy nie) potrzeby w d..pie.
    I to nie jest takie proste, bo kazdy ma te swoje pierdoły w innych dziedzinach i w róznych granicach.
    Dam Ci łatwy przykład - ja w ramach odpuszczania głupot i chęci zrozumienia drugiej strony na jakis czas zlądowałam w przemocowym jak się okazało związku - bo przecież nikt nie jest doskonały, trzeba sobie wybaczać, zrozumienie i bla bla bla.
    Czasem jest to "zamach na mnie", czasem nasze bezsensowne ograniczenie. Interpretacja zależy od kontekstu.
  • 15.07.17, 12:01
    Ja nie tylko wylądowała w przemocowym związku, ale też godzilam się przez bardzo wiele lat na przemocowe zachowanie swojej "najlepszej" przyjaciółki właśnie w myśl zasady " nikt nie jest doskonały". Bo tolerancja czasami musi mieć swoje granice. Bez nich człowiek staje się bardzo łatwym łupem dla osób lubiących odreagować frustrację na słabszych. Kiedyś myślałam, że moja tolerancja, łatwe i szybkie wybaczanie to dobre cechy. I one może nawet i byłyby dobre, gdyby ogólnie świat był lepszy. Smutne to, ale prawdziwe.
    Niezamkniety szampon to pikuś, ale już utrudnianie życia bliskiej osobie w postaci zmuszania jej do stawiania się w roli służącej, to jednak inny kaliber. Dla mnie w pewnym sensie przełamanie swojego lenistwa czy nonszalancji jako ukłon w stronę bliskiej osoby jest wyrazem tego, że nam zależy. Mówię oczywiście o tych niewymagających ogromnego wysiłku drobiazgach, a nie o spełnianiu wygórowanych czasem standardów. Kocham, to jestem uważa na kochaną osobę. Mam ją w nosie, uznaję jej prośby za czepialstwo. A przecież tak niewiele trzeba, by uniknąć niepotrzebnych kwasów. Mnie czasem wygodniej jest zostawić na chwilę coś na poręczy schodów i zabrać to później, jak będę szła na górę, ale wiem, że to przeszkadza mężowi, więc tego nie robię, odkladam te rzecz gdzie indziej. To takie proste. I w moim przypadku nawet nie o miłość chodzi, ale zwykła przyzwoitosc, nie robię rzeczy, które przeszkadzają drugiej stronie, jeśli nie wymaga to ode mnie większego wysiłku. Po co mam go drażnić? Sama chciałbym, żeby moje prośby były spełnione, to spełniam jego proste prośby. To nie jest trudne.
  • 08.07.17, 19:29
    barbra25 napisała:

    > Czy małżeństwo jest jakimś przeciwskazaniem do wspinania się po górach, podrozo
    > wania i chodzenia do teatru?

    Oczywiście, że nie. Ale jak się jest frustratem z tego samego gatunku, co mąż autorki, zawsze znajdzie się powód, żeby żonę, dzieci, teściów, własnych rodziców, Boga i panią Krysię z Biedronki pod blokiem obwinić za to, że jest się niezadowolonym z własnego życia. Zawsze winny jest ktoś inny!
  • 09.07.17, 11:09
    dlaczego 'zatowarowanie' dzemu to tylko twoj obowiazek? Chyba celow czesciej bym nie towarowalo niczego w domu moze wtedy meza oslni ze myslenie o zakupach to takze jego odpwiedzialnosc?
  • 13.07.17, 09:49
    Na 99% pan z pretensjami o brak dżemiku chciał sie doczepić do żony i byłby dżemik, to przyczepił by się do czegokolwiek innego. Jest jednak ten 1% który budzi moje wątpliwości. Bo raz byłam świadkiem sceny małżeńskiej - pani zrobiła parówki z wody. Pan, bliski pobicia żony, z autentycznymi łzami w oczach wrzeszczał "Czy nie mogłabyś pamiętać, że uwielbiam parówki w sosie pomidorowym, a takich nie jem"? Panu nie chodziło o sos, chodziło ewidentnie o uczucie - o tym, ze żona nie pamięta co lubi, a czego nie, a jak pamięta, to i tak ma to gdzieś. Jeśli wiem, ze mąż jada naleśniki tylko z dżemem, to automatycznie kupuję dżem do naleśników. Tak jak dla mojego męża kupuję do naleśników śmietanę, której nikt oprócz niego nie używa. Pytanie zatem brzmi - czy pan awanturował się o to, ze żona źle pracuje i nie wypełnia karnie swoich zadań (jak napisałam, stawiam niestety na to), czy o to, ze o nim nie pamięta i ma gdzieś to, co lubi(a w tej sytuacji jednak rozumiem, ze pamiętał o tym długo).
  • 13.07.17, 10:03
    verdana napisała:

    > Pan, bliski pobicia żony, z autentycznymi łzami w oczach wrzeszczał

    Wydaje mi się, że to jest bardzo istotny szczegół - bo mąż sary nie krzyczał, bez problemu zjadł naleśniki z serem i cukrem, ale przez dwa dni miał focha nie-wiadomo-o-co.

    Może się mylę, może to są kwestie temperamentu, ale wydaje mi się, że gdyby chodziło o zawiedzione uczucia - to zareagowałby uczuciowo - a nie "zimnym" fochem. Bo taka właśnie "zemsta odłożona do lodówki" wybitnie kojarzy mi się z przemocą.
    Ale niewykluczone, że się mylę, że są osoby, które "cierpią w milczeniu" - i cierpią wtedy autentycznie, bo np. nie umieją wyrazić uczuć.
    Tylko czy właśnie wtedy niejako mimochodem nie doprowadzają do sytuacji przemocy psychicznej? Nie z premedytacją, nie świadomie - ale tak właśnie się dzieje?

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 10:23
    Gdyby to był cierpiący w milczeniu małżonek, ona nie starałaby się tak bardzo, żeby go nie urazić, żeby wykonywać wszystko zgodnie z jego wymaganiami i przede wszystkim nie bałaby się i nie czekała z drżeniem, kiedy znowu coś go może zdenerwować. To jest właśnie klasyka gatunku: to ciągłe oczekiwanie, kiedy znowu coś gruchnie, kiedy po okresie względnego spokoju panu znowu się coś nie spodoba. To jest koszmar.
  • 13.07.17, 10:30
    sebalda napisała:

    > Gdyby to był cierpiący w milczeniu małżonek, ona nie starałaby się tak bardzo,
    > żeby go nie urazić, żeby wykonywać wszystko zgodnie z jego wymaganiami i przede
    > wszystkim nie bałaby się i nie czekała z drżeniem, kiedy znowu coś go może zdenerwować.

    Nie zgodzę się. Wcale nie trzeba oberwać w łeb, wcale nie musi być awantur z krzykiem, żeby była mowa o przemocy. Milczenie i zacięta mina, foch nie wiadomo o co, wieczne niezadowolenie też są przemocą. Wyjście po fochu z domu bez słowa, niewracanie na noc (gdy zawsze śpi się w domu) też jest przemocą.
    Może nawet trudniejszą do zniesienia niż krzyki - bo jak ktoś krzyczy, to przynajmniej masz jasny argument, że krzyczy - a nie powinien. A jak zwrócisz uwagę, że nie powinno się tak wychodzić i nie wracać na noc - to jeszcze usłyszysz, że to przecież dla Twojego dobra, że lepiej było wyjść, niż krzyczeć albo Ci przyłożyć - a przecież do takiego stanu doprowadziłaś przemocowca.

    --
    Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!
    (by Jan Tomaszewski)
  • 13.07.17, 11:49
    Oj, Olu, chyba się znowu nie do końca zrozumiałyśmy, może piszę nie dość jasno. W 100% zgadzam się, że tutaj facet stosuje przemoc psychiczną, a foch jest często jedną z najgorszych tego form. On nie jest cierpiącym w milczeniu facetem, którego żona ignoruje, ale sfrustrowanym, zakompleksionym gościem, który odreagowuje swoje frustracje na żonie. Ma humory, które żonę doprowadzają do stanu stałej presji i lęku, kiedy znowu się obrazi i o co. I im bardziej się ona stara, tym on bardziej się burmuszy. Do bani jest życie z takim osobnikiem.
  • 13.07.17, 22:00
    Serdecznie dziękuję za wypowiedzi. Musze troche chyba stonowac- nie ma u nas takiego hardcore jaki opisujecie . Mam nadzieję ze nie będzie. Ze uda mi się to naprawić. Mamy oboje z mężem problemy z samoocena i różnie to odreagowujemy. Ja chce byc jak pomidorowa zeby wszyscy mnie lubili i biorę za dużo na głowę i nie umiem walxzyc o swoje. Przeanalizowalam ostatnio moje zachowania zawodowe i tez się tak zachowuje. Maz nigdy mnie słownie nie poniża,nie mowi ze jestem głupia etc . Wiem ze zachowuje się tak w chwilach duzego stresu co oczywiście go nie tłumaczy. Zacznę działać psycholog + lektura. Daje sobie rok na zmianę
  • 14.07.17, 01:29
    Koniecznie sie odezwij i napisz co zdziałałas . Zycze powodzenia !!!
  • 14.07.17, 17:16
    Saro a jeśli mogę jeszcze coś polecić tak na poprawę humoru to proszę przyjrzyj się osobowości żony "Merlina"z kabaretu Smile - jej reakcja na pytanie męża o to czy jest w domu kakao...
  • 17.07.17, 13:02
    Dla mnie wasza sytuacja jest typowa. Czyli jestem w długim związku, pojawiło się dziecko i nawał dodatkowych obowiązków... Pomocy nie ma bo rodzina daleko na codzień. I co są kłótnie - o to, że śmieci nie wyniesione... Typowe pretensje dwojga zmęczonych ludzi, którzy chodzą do pracy dbają o dom, zajmują się dziećmi ( choć ja jeszcze nie pracuję) W końcu człowiek się zastanawia kiedy będzie coś przyjemnego? Wyjścia w góry, rozwijanie swoich pasji, itp. Zaczyna się wspominanie tego jak było kiedyś jak nie było takiej odpowiedzialności finansowej, rutyny itp. No cóż trzeba pamietać, że ludzie mają różne podejście do życia - Twój mąż może być wrażliwszy od Ciebie, może być bardziej pesymistycznie nastawiony do życia, bo taki ma charakter. A może być tak, że ma teraz trudny okres w życiu i dlatego jest nieznośny. Jedyne rozwiązanie to pracować nad związkiem, trzeba rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Nawet jeśli sytuacja się nie zmieni to przynajmniej będzie jasno wyrażona. Mąż będzie wiedział, co czujesz ty co on. Najważniejsze to rozumieć, że kryzysy w związkach i w życiu muszą się pojawiać - nie ma czegoś takiego jak wieczne szczęście. Jedne osoby mają chyba na to większą tolerancję - te dłużej wytrzymują w związku, a inne mniejsze wtedy kiedy zaczyna się psuć odchodzą. Nie oceniam, które rozwiązenie jest lepsze, bo każdy sam podejmuje decyzje w życiu.
  • 22.07.17, 18:06
    Jest coś takiego co się nazywa terapia małżeńska. Daj mu wybór - rozwód albo terapia ...
  • 22.07.17, 23:08
    Maz ma za mało obwiązków. Ty robisz wszystko zeby nie odczuł ze rodzina to trud...ale czemu dla ciebie ma byc trud. Wrobiopny w małzeństwo? A ile miał lat jak sie pobieraliscie 16? Sorry ale albo walniesz pięsncią w stół i on sie ogarnie albo bedzie gorzej. Im wiecej ty bedziesz robic tym mniej jemu sie bedzie chciało. Niestety ale robienie tak aby jemu było wygodnie nie poprawi sprawy. Pan mąz sie rozleniwił. Ja bym posadziła powiedziała jak ty to widziesz i zappytała czy skoro jest taki nieszczesliwy to moze chce rozwodu? Bo ty i tak w wiekszosci wszystko robisz sama wiec sobie poradzisz, od jakiegos czasu jestes samotna wiec juz bardziej byc nie mozesz. Albo sie Pan maz ogarnie, wezmie na obowiazki domowe i dzieciate (spisać co jest do robienia i podzielić) albo do widzennia. Tylko niech sie liczyczy z alimetami. Z jakiej racji ty masz robic na 2 etaty (zawodowy i domowy) a on łaskawie tylko do pracy pójdzie. Dasz palca facet bedzie chciał całą reke a i tak bedzie ofiarą i tym poszkodowanym/
  • 23.07.17, 01:27
    Odpowiedz jest prosta - zle sie dobralisxie. Dodatkowo Twoj maz nie nadaje sie do partnerstwa, malzenstwa. Osoba wiecznie niezadowolona jest niszczycielem dobrego zycia.
  • 23.07.17, 02:13
    Tak naprawdę to Twoja wina, że wyhodowałaś egoistycznego lenia i malkontenta, nie myśl , że jak będziesz jego podnóżkiem
    to się zmieni, z czasem będzie jeszcze gorzej, mąż nie zniesie tego ,że Tobie wszystko się udaje , że sobie ze wszystkim radzisz, przez te 10 lat powinnaś była wymagać od niego by pełnił rolę ojca i męża i na równi z Tobą ogarniał cały dom i dzieci,
    pozbądź się go jak najprędzej, zanim doprowadzi cię do depresji !!!
  • 23.07.17, 12:15
    Porozmawiaj. Sytuacja sama się nie naprawi, będzie coraz gorzej. Spróbujcie chodzić w te góry razem (chyba, że bardzo nie lubisz), zabierac dzieci. Teatr - też może być razem. Tylko, co zrobić z dziećmi? i to jest problem, on pewnie chce chodzic sam, a Ty masz siedzieć w domu dziećmi i wszystko "ogarniać"? Na to się nie można zgodzić, chyba, ze on wyjedża sam - Ty wyjeżdżasz sama. Umówcie się, ze np, raz na rok. Porozmawijacie o swoich potrzebach. Jak tego nie zrobisz, zaraz będziesz sfrustrowaną, starą kobietą, poświęcającą się dla dzieci. Tak, jak ja. Jeszcze raz - porozmawiajcie, póki jeszcze macie do siebie jakies miłe uczucia. Ja już mojego M po prostu nie znoszę... 25 lat bycia razem i mamy swoje doskonale rozłączne życie, samotni w małżeństwie.
  • 25.07.17, 18:55
    Znam ten przypadek który opisujesz, życie w małżeństwie na zasadzie huśtawki emocjonalnej. Jak dobrze, to super się razem gada, ogląda filmy są wspólne cele, potem jest zjazd fochy , milczenie, negowanie wszystkiego, brak dobrej woli w porozumieniu i tak trwało to u mnie 29 lat aż właśnie teraz skonczyło się separacją. Życzę wytrwałości w dalszym życiu, bo nie będzie łatwiej tylko z czasem coraz gorzej. Jeśli naprawdę nie zrobicie coś z tym teraz.
  • 03.08.17, 12:21
    A jaki jest w stosunku do dzieci?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.