Dodaj do ulubionych

Dorosły syn a potrzeba "matkowania"

25.09.17, 14:58
Mam pytanie do tych, które już mają za sobą ten etap lub są w trakcie radzenia sobie z "odejściem" dziecka w dorosłość.
Mam syna 20 lat. A ja wciąż nie potrafię powstrzymać się od "dobrych rad" w stylu "ale dlaczego tak zrobiłeś, dlaczego nie tak ". Chcę dobrze dla niego. Za każdym razem jak syn mówi mi o swoich decyzjach, krokach, planach pojawia się we mnie nagła chęć pokierowania nim, doradzenia z naciskiem,że zrób tak jak mamusia mówi :P.
Męczy mnie moja potrzeba ciągłej kontroli poczynań syna, chciałabym aby miał lepiej i lżej i korzystał z mego doświadczenia ale nie jest to zdrowe ani dla mnie ani dla niego.
Syn przyjął pozycję biernego oporu - co ułatwia odległość i samodzielne mieszkanie. W trakcie rozmów telefonicznych gdy zaczynam przekraczać granicę milknie co jest sygnałem dla mnie,że ZNOWU włączyło mi się matkowanie.
Mam pytanie jak sobie z tym poradziłyście? Jak wyłączyć potrzebę "matkowania" i zachować zdrowe granicę? Owszem, mój syn stopuje moje zapędy, albo poprzez ucinanie tematu lub po prostu odcina mnie od informacji na swój temat. Ja jednak martwię się,że by nie wpaśc w zbytnio liberalny nurt "rób co chcesz" a terroryzm rodzicielski"chcę mieć na wszystko wpływ".
Dalsza rodzina też mi tego nie ułatwia bo wpędza mnie w poczucie winy rzucając teksty "to jeszcze dziecko", " nie możesz pozwolić mu na wszystko" "powinnaś/powinniście..." itp.
Zaczynam się gubić.
Z jednej strony syn jest dorosły i tak naprawdę niewiele mogę. Nie chcę też używać żadnego szantażu emocjonalnego czy finansowego by syn zrobił tak jak ja chcę.
Z drugiej strony myślę,że nic tak nie uczy jak doświadczenie i własne błędy i obserwowanie jak syn sobie radzi z dorosłością stojąc obok z wyciągniętą ręką na wszelki wypadek jest chyba rozsądną opcją.
Najgorsze jest to że wciąż nie potrafię wyłączyć w sobie tej kontroli. I każda rozmowa z synem schodzi na poziom dobrych rad z mojej strony, syn milknie lub daje mi do zrozumienia że ma dość , ja przepraszam i zostaje mi po całej rozmowie niesmak do siebie samej.
Za kilka dni syn przylatuje do nas. Nie wiem jak dam radę funkcjonować z ciągłym "gryzieniem się " w język zwłaszcza że nie dostrzegam wszystkich swoich negatywnych zachowań wobec syna. Muszę być cały czas czujna i obserwować reakcje syna, jego opór, złość to komunikaty dla mnie,że granice zostały przekroczone. Jest to strasznie męczące emocjonalnie.

Wszystkie dobre rady mile widziane.


--
"Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
by Sheldon Cooper
Edytor zaawansowany
  • 25.09.17, 17:14
    Moi rodzice tez sie nie potrafili powstrzymac , choc mialam juz ok 40tki:) To chyba taka polska tradycja:)
    Ja bym sie tak tym nie martwila, rozumiem ze syn jest daleko, wiekszosc decyzji potrafi podjac sam, kontakt z Toba utrzymuje, znaczy daje sobie z tym matkowaniem rade, kochasz go wiec sie o niego troszczysz jak potrafisz, jeden potrafi tak, drugi inaczej, przyleci, spedzicie tych pare dni razem, pojedzie i wszystko wroci do normy.
  • 25.09.17, 17:43
    Dziękuję za dobre słowo.
    Nie mam wzorców wyniesionych z domu rodzinnego. Uczę się na własnych błędach,co konsekwentnie uderza w pierworodnego syna. To na nim koryguje swoje zachowanie lub "trenuje" bycie rodzicem . Stąd strach że wszystko robię źle. A jeszcze się wzajemnie "nakrecamy" z mężem. Bo nie jesteśmy pewni czy nasze postępowanie jest słuszne.
    Jest to b.trudny etap dla mnie.


    --
    "Nie wierzę w żadną magię ani inny zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią!"
    By Julian
  • 25.09.17, 18:23
    Podaj przykłady jak robił po swojemu a co ty mu doradzilas? Ocenimy czyje pomysły lepsze😁 i wtedy można będzie cos konkretnego napisać.
  • 25.09.17, 18:33
    On nie pyta o radę.
    To ja oceniam po czasie typu "a dlaczego nie zrobiłeś tak i tak", " a ja bym zrobiła tak..." z podskorna pretensje,że nie skonsultowal,nie zapytał,nie zrobił tak jak ja uważam,że jest/będzie lepiej. Strasznie meczacym rozmówca jestem dla syna.

    --
    "Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
    by Sheldon Cooper
  • 25.09.17, 19:07
    Mam takie zakusy - a moja córka twierdzi, że to w niej podkopuje wiarę w siebie. Zwyczajnie odbiera to jako krytykę i zarzut że sobie nie poradzi, że nie ogarnia. Rzecz jasna nie taka jest moja intencja, ale co z tego? Tyle, że ja wychodzę przed szereg, tzn. doradzam najczęściej nieproszona PRZED, natomiast nie strzępię sobie języka po, bo to czysta strata czasu i energii (nie wspominając, że jest szalenie irytujące)

    Hamuj się, bo dobrymi chęciami to wiesz co...:) szczególnie kiedy decyzje zapadły, twój komentarz niczego nie wnosi poza wkurzeniem, tylko pokazuje synowi, że uważasz go za nieudacznika. Konsekwencje będzie sam ponosił, trudno.
  • 25.09.17, 20:39
    No dokladnie, takie gadki po fakcie to co maja realnie wnieść???😃 Skoro nie skonsultowal z toba, to uważa ze da rade sobie sam. Nie podkopuj jego poczucia pewności. Gdy cos zrobi realnie zle możesz jedynie wspomnieć ze jest jeszcze inna opcja do wykorzystania w takiej sytuacji, ale bez żadnych wyrzutów. Czy następnym razem skorzysta czy tez nie, to juz jego wybór. Wszyscy uczymy sie najszybciej na własnych bledach, wiec pozwól i jemu je popełniać.Zycia za niego nie przeżyjesz. Jesli juz musisz pogadać zrob to tak, aby odniósł z tego jakas realna korzyść a nie tylko poczul zlosc, upokorzenie i frustracje. Musisz wykazywać sie większym wyczuciem na drugiego człowieka, jest to element inteligencji emocjonalnej. Chcesz mu pomoc wiec wysil sie i zrob to tak, zeby rzeczywiście poczul z tego jakas korzyść.
  • 26.09.17, 10:01
    czyli gnoisz w kółko syna... bo co ty "taaaki nieudany"...
    w przyszłości nie będzie chciał mieć z tobą kontaktów, chyba że jest już na tyle słaby że po paru latach wróci by biernie wisieć na zasobach mamusi.
  • 25.09.17, 20:33
    Odpusc troche tej czujnosci, bo to meczy was oboje. Umow sie z synem, ze gdy w jego odczuciu przekraczasz, pada haslo (dowolne, razem sobie wymyslcie) - ty nie musisz obserwowac, on nie musi chmurniec i zamykac sie, zwyczajnie mowi "pomidor" albo o kasztanach na wiadomym placu i luz.
    Innych dobrych rad nie udziele, bo nie znam, tego kazdy uczy sie na wlasnych bledach. Ale tworzenie wspolnego kodu naprawde dziala :)
  • 25.09.17, 21:11
    To mi się podoba. Wspólny kod. Zdejmie ze mnie ciężar "wyczuwania emocji" bo dostanę jasny,konkretny komunikat. A syn,dostanie do ręki narzędzie które zatrzyma moje zapędy.
    Dzięki :-)
    Za pomysł i odpowiedź bez oceny mojej osoby.

    --
    "Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
    by Sheldon Cooper
  • 25.09.17, 21:33
    Nie ma za co :)
    Bylam uszczypliwa, gdy Ty bylas (...) wobec wspolforumek, nie wypominaj. Normalnie pytasz, normalnie odpowiadam. Zawieszenie broni, rozejm czy pokoj ? :)
  • 26.09.17, 12:40
    A my byłyśmy ' w stanie wojny" ?
    Jeślii tak to nie zauważyłam.
    Więc nie ma co zawieszać.

    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 26.09.17, 13:15
    tt-tka napisała:

    "...nie wypominaj. ...."

    Po czasie do mnie dotarło ;)
    Tt-tko ja nic nie wypominam. Mój poprzedni post nie był ani złośliwy ani "wypominający". Był zwyczajny.
    Czytałam go kilkakrotnie, filtrując właśnie pod kątem "nie wypominaj" i zastanawiałam się o co chodzi. Nie, absolutnie, to była luźna uwaga , nie skierowana do ciebie ani do nikogo. Nie chciałam abyś tak to odebrała jako wypominanie.

    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 26.09.17, 11:16
    Świetny pomysł! Porozmawiaj szczerze z synem, niech wie, że widzisz problem i dajesz mu prawo do reagowania. Mam syna w tym samym wieku, też mieszka poza gniazdem, czasem mam zapędy do wtrącania się, jak każdy rodzic chyba, ale zdecydowanie gryzę się w język z ocenianiem sytuacji, które już się wydarzyły. Raczej staram się pokazać różne aspekty i związki przyczynowo-skutkowe, jeżeli dokonał złego wyboru to podsuwam pomysły, jak wybrnąć. Ale nie oceniam. W sprawach przyszłych mówię jak JA bym postąpiła - ale zawsze podkreślam, że to jego życie, jego wybory i on poniesie ich konsekwencje, ja nie jedtrm nim, nie siedzę w jego głowie i życiu i może wziąć pod uwagę to, co mówię ale nie musi. Chyba jedt ok, bo czasem pyta, co ja bym zrobiła - a potem robi coś innego :)
  • 26.09.17, 10:08
    Aha , a określanie "matkowaniem" zwykłego nadmiarowego krytykanctwa, nadmiaru kontroli, pouczania, czepialstwa, umniejszania, itd zespołu zachowań podpadających pod zakres emocjonalnej przemocy - bardzo niefajnie świadczy o prawidłowości roli "matki" (lub ogólnie rodzica) w rodzinie.
  • 27.09.17, 15:49
    O rany, chyba trzeba będzie załozyc niebieska kartę.Taki dramat, taka przemoc, taka patologia, takie okrucieństwo ;)
  • 29.09.17, 22:56
    Moi rodzice tak robili. Cóż teraz nie mają jak krytykować, kontrolować, umniejszać, bo po prostu wykopałam ich z mojego życia i to jest ogromna ulga dla mnie. A oni? Naprawdę mnie guzik obchodzi.

    Dla Autorki wątku mam radę: idź na terapię. Bo sygnał, kiedy przesadzasz moim zdaniem może nie rozwiązać sytuacji z bardzo prostego faktu: Ty się nie umiesz powstrzymać nawet skoro wiesz, że samodzielne decyzje są lepsze dla Twojego dziecka. To znaczy, że masz bardzo poważny problem i w pierwszej kolejności Ty musisz zająć się rozwiązaniem go a nie Twój syn mówiąc kiedy przesadzasz. A w obecnej chwili syn wycina Cię powoli ze swojego życia i jego zachowanie jest słuszne. Ciągłym krytykowaniem pokazujesz mu, że nie akceptujesz jego wyborów, a tym samym jego samego. Po co komu rodzic, który go nie akceptuje a zatem i zapewne kocha go tylko kiedy nie narzeka (a zakładam, że nie narzekasz i krytykujesz kiedy syn robi tylko tak jak TY chcesz). Dajesz mu odczuć, że nie jest dzieckiem, które chcesz mieć i go nie akceptujesz. Pracuj nad sobą w pierwszej kolejności! Inaczej stracisz syna.

    --
    Being alone is fine. Being alone together id perfect.
    66/93/95
  • 01.10.17, 20:09
    Wykopac rodziców ze swojego zycia? Jestem pełen "podziwu" . Cóz mozna jak widac i tak, choc wiekszośc stara sie nie iść tą drogą i szuka kompromisu.To meczaca droga, ale staramy sie dawac radę .
    Po co komu rodzic , ktory dorosłego dziecka nie akceptuje? Dziecko dorosłe moze tego nie zaakceptowac , tak samo jak rodzic nie ma obowiazku akceptowac wszystkiego, co robi dorosłe dziecko- na tym polega relacja rodzic - dorosłe dziecko . Na umiejetności takiego wspolnego bycia , ktore jest do przyjęcia dla obu stron. Czasem jest to bycie niedoskonałe i nie do końca satysfakcjonujace, ale pamietamy,ze jestesmy dorosli. Nie żądamy więc od rodziców nieustajacego zaspokajania naszych potrzeb, nawet jesli jest to potrzeba akceptacji.
    Rodzic to nie jest idiota, ktory ma bezkrytycznie akceptowac wszystko, co robi dziecko. Idąc tym tropem nalezało by bić brawo rodzicom ktorzy akceptują wszystkie negatywne zachowania dzieci , począwszy od bicia zony i dzieci skonczywszy na niszczeniu sobie zycia nałogami .
    Wiem, wiem - rodzic musi akceptowac dziecko, bo jak nie, to jest to rodzic. O, to nawet moze być zła matka. Fora są pełne dobrych córek i ich złych matek .No , wiadomo - rodzice sa najczęsciej toksyczni, ale my nie jestesmy toksyczni i sami swoje dzieci wychowamy wspaniale . My, wolni od wad, wyedukowani przez Internet, lepsi, bardziej swiadomi.
    Poza tym nie przesadzajmy, czy naprawde dorosłe dzieci podejmuja pewne decyzje czy działania zastanawiajac sie , co powie mama ?
  • 26.09.17, 12:44
    Witaj Iziula1, jak dla mnie to pomieszanie z poplątaniem w twoich relacjach z synem. Oboje wykazujecie toksyczne zachowania względem siebie. Syn stosuje bierną agresję, a ty kontrolę, którą ukrywasz pod ładnie brzmiącą nazwą "matkowanie". Oba te zachowania to zwyczajna przemoc psychiczna, niewidoczna na pierwszy rzut oka.

    "A ja wciąż nie potrafię powstrzymać się od "dobrych rad" w stylu "ale dlaczego tak zrobiłeś, dlaczego nie tak ". Chcę dobrze dla niego. Za każdym razem jak syn mówi mi o swoich decyzjach, krokach, planach pojawia się we mnie nagła chęć pokierowania nim, doradzenia z naciskiem,że zrób tak jak mamusia mówi :P."

    To bardzo smutny fragment, wysyłasz synowi szereg niszczących komunikatów: Wiem, że sobie nie poradzisz; Ja zrobiłabym to lepiej; Nie jesteś w porządku; Nie wierzę w ciebie; Ja jestem OK, ty nie jesteś OK; Beze mnie nie dasz rady itp.
    Warto abyś zastanowiła się jaką ukrytą potrzebę chcesz zaspokoić kosztem swojego dziecka? Może czujesz się niepotrzebna, albo czerpiesz poczucie własnej wartości z ciągłego pouczania go?
    Tak czy owak ja będąc w zbliżonej sytuacji bardzo rozluźniłem kontakty z własną matką. Nie proszę ją o radę, nie szukam u niej wsparcia, nie informuję o swoich planach - to nie ma sensu i tak nie dostanę tego z czym się do niej zwracam. Zadając ból synowi (takie komunikaty bardzo bolą) tylko narażasz waszą relację. Ja ze swojej terapii wyniosłem przyczynę takich zachowań mojej mamy - całkowity brak akceptacji mnie jako odrębnego i pełnowartościowego człowieka. Pomyśl może tak jest i w waszym przypadku? Dochodzi do tego jej własne niskie poczucie wartości - tylko to jest tak naprawdę jej sprawa i realnie tylko moja mama może coś z tym zrobić np. książki, terapia, ale ona nie chce tego zmienić, ma być po staremu i już! W efekcie nauczyłem się stawiać granice i informować, że jej słowa bolą i sobie tego nie życzę, bo nie zasługuję na ciągłe uwagi krytyczne i "złote rady" o które nawet nie prosiłem.
    W twoim przypadku widzę jednak chęć szukania rozwiązań co jest budujące. Wydaje mi się też, że za bardzo ulegasz biernej agresji syna. Ewidentnie nie potrafi stawiać granic i komunikować swoich emocji. Zawsze może się tego nauczyć. Pomyślałem, że w ramach eksperymentu sama możesz pokazać synowi jak to się robi i nie czekać na jego milczenie, nerwowo próbując odczytać czy przekraczasz jego granice czy nie.
    Dla przykładu przy jego milczeniu, zakomunikuj bez pretensji co TY czujesz kiedy on milknie: Widzę że zamykasz się na dalszą rozmowę, czy może cię czymś uraziłam? Chciałbym wiedzieć kiedy przekraczam twoje granice i moje słowa sprawiają ci przykrość - poinformuj mnie o tym to dla mnie ważne. Czuję się źle/bezradnie/nieswojo kiedy milkniesz - możesz powiedzieć mi co jest tego przyczyną? Widzę, że nie masz ochoty na dalszą rozmowę, może zmienimy temat, albo odłożymy rozmowę na inny termin?
    To tylko przykłady, nie mam powodu czuć się winną kiedy druga strona zamiast stawiania granic stosuje bierna agresję. W przeciwnym przypadku sama ulegasz szantażowi i oboje tkwicie w klinczu. Ty nadal nie wiesz czym uraziłaś syna i toniesz w domysłach, a on tłumi swoją złości i wini o to ciebie, ale oczywiście ci tego nie powie. To droga donikąd. Skoro syn nie potrafi/nie chce to ty stawiaj mu granice i informuj go o swoich uczuciach, niech zobaczy jak to się robi. I na boga zmieniaj temat rozmów, skoro sama piszesz "I każda rozmowa z synem schodzi na poziom dobrych rad z mojej strony, syn milknie lub daje mi do zrozumienia że ma dość" - mało kto wytrzymałby taki obrót spraw, ja np. informuje moją mam że dostatecznie jasno wyraziłem się na temat rad i uwag o które nie proszę i odkładam słuchawkę.
  • 26.09.17, 13:11
    Dzięki Gonzo.
    Mam nadzieję,że masz rację w tym, co napisałeś, mimo że to nieprzyjemne to jest to jakiś początek do zmian. Mam sporo do przemyślenia.

    --
    Nie chcę więcej, twoje serce do życia wystarczy
    Twoje serce, co zagrzewa do walki o każdy dzień
    Twoje serce, które cierpi i kocha namiętnie,
    które bije coraz prędzej, goręcej...
  • 26.09.17, 16:08
    Strasznie trudno mi powiedzieć, co masz robić, bo sytuacja tu wydaje mi sie znacznie bardziej skomplikowana, niż zazwyczaj. Zwykle jest tak, ze wyjeżdża czy wyprowadza się dziecko, gdy jest na to gotowe. Tu sytuacja jest, o ile rozumiem inna - syn nie chciał z Wami wyjechać, został w Polsce. Nie chciał wyjechać też na święta, o ile pamiętam - czyli jego reakcja na Twoje rady jest chyba tylko jakimś wierzchołkiem góry lodowej, a problem tkwi głębiej. Wiem, zę to przy dwudziestolatku trochę absurdalne, ale podejrzewam, ze czuje się w pewien sposób porzucony "Jak wyjechała, to niech teraz nie pcha się z radami, dam sobie świetnie radę bez matki". Może się mylę, ale podejrzewam, zę nie chodzi tu o formę rad, tylko o to, że w ogóle postanowił obyć sie bez Ciebie.
    Mam wrażenie, że potrzebna jest tu jakaś bardziej fundamentalna rozmowa. Moje dzieci są już dorosłe, dwoje ma swoje rodziny - czasem pytają o radę. Czasem radzę sama, ale staram się nie mówić "chyba zrobiłeś źle, ja zrobiłabym inaczej", choć pewnie i to mi sie zdarza. Bardzo dobrym sposobem jest przyznawanie racji dziecku, jeśli mamy odmienne zdanie, a ono nas przekonało, że tak będzie lepiej. A często i jak nie przekonało...
  • 02.10.17, 12:46
    Zgadzam się z Verdaną.

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 26.09.17, 17:31
    ale co wlasciwie cie tak niepokoi w zachowaniu syna ze mu udzielasz tych ciaglych rad? Bo zwykle gdy dorastające dziecko sobie dobrze radzi to rodzice w sposób naturalny zaczynaja się wycofywać z zycia dziecka, no chyba ze dziecko to cale ich zycie i nie maja do czego się wycofać.
  • 27.09.17, 18:45
    Nic złego nie robi :)
    Jednak we mnie "coś się włączyło" i nagle poczułam przemożny pęd do kontroli nad życiem syna.
    Verdana słusznie zauważyła,ze problem jest głębszy. Prawdopodobnie zachowałabym się inaczej, gdyby to syn się wyprowadził a ja swoją nadopiekuńczość mogłabym realizować poprzez zrobienie prania, uzupełnienia co jakiś czas mu lodówki itp. Tu to ja wyjechałam, syn został ( tak chciał ). Im większa odległość między nami tym moja większa panika.
    Gdy sobie czasem pomyślę,że on mógłby mieć problemy a ja jestem tak daleko i nie mogę OD RAZU ZADZIAŁAĆ z pomocą odczuwam lekka panikę.
    Dodatkowo moje "złe samopoczucie" spowodowane odległością podsyca skutecznie mój brat. Myślę jednak że mój brat przekazuje mi to co usłyszy na mój temat od mego ojca. Nie utrzymuje z nim kontaktu od lat i odseparowałam swoje dzieci od niego. stąd komunikaty które słyszę od brata wpędzają mnie w straszny dół poczucia winy.
    Porzuciłam syna :(, syn wpadnie w alkoholizm, przeze mnie itp.

    Najchętniej chciałabym aby syn wyjechał z nami ale sytuacja jest troche skomplikowana bo syn sam nie wie czego chcę na ten moment. A życie na obczyźnie nie jest łatwe. Mogę mu początkowo pomóc ale to nie jest środowisko dla młodego, nieukształtowanego chłopaka.
    Poza tym naprawdę chcę aby skończył szkołę. nie wiem czy on tego chcę.
    Za kilka dni zobaczę się z synem. Nie wiem czy ten wspólny czas chcę przeznaczyć na ciągnięcie go za język na temat przyszłości ale pogadać musimy. Bo ja też muszę wiedzieć co i jak. Czy szukać mu tu miejsca czy wysyłać pieniądze do PL by miał na życie jako student.
    Czy on ma jeszcze inny sposób na życie.

    Te moje dobre rady to głęboki niepokój, który jest we mnie, nie jest związany bezpośrednio z postępowaniem syna. To ja mam problem, nie on. To fajny chłopak, ale bardzo skryty, introwertyczny. Wszystko ma w sobie, nie zwierza się, nie prosi, nigdy niczego nie potrzebuje, nie jest wylewny.Taki jest jak ja. I dlatego mnie to niepokoi. Czy słusznie nie wiem, bo skoro ja przetrwałam z takim charakterem to i mój syn potrafi. Zwłaszcza, że jest dużo mądrzejszy ode mnie.

    Może z tego co napisałam Wy wyłuskacie coś czego ja nie widzę. Kocham syna i zniosę każdą krytykę mego postępowania. Piszcie, nawet jeśli nie będą to miłe rzeczy.

    --
    "Nie wierzę w żadną magię ani inny zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią!"
    By Julian
  • 27.09.17, 20:48
    Dobrze kojarzę, że wcześniej Twój mąż równiez wybrał życie za granicą ?(jak nie to moje rozkminy są o kant d.. ;)
    Jeśli tak, to to czego się boisz naprawdę, to anihilacja rodziny, a nie to czy syn sobie poradzi.
    pozdr,
    mi
  • 27.09.17, 21:06
    Zgadzam się z 100%. W celu realizacji ambicji zawodowych męża, rodzina została rozdzielona, a cichy, introwertyczny dziewiętnastolatek (po epizodzie depresyjnym, dobrze pamiętam?), został za jednym zamachem pozbawiony ojca, matki i dwójki młodszego rodzeństwa. Tu nie chodzi o żadne "matkowanie" czy niechęć syna do proszenia o rady, tylko świadomość matki, że zostawiła w kraju wrażliwego syna samego jak palec. I świruje, bo gdyby z dzieckiem znowu zaczęło się dziać coś złego (choćby kolejne poważne obniżenie nastroju), to skąd ona będzie o tym wiedzieć? Syn jej przecież nie powie, bo nie dzieli się z nią takimi informacjami.
  • 02.10.17, 12:57
    Okrutnie to brzmi, ale muszę się podpisać.
    I szczerze powiem, że nie rozumiem tej sytuacji. Dotychczas się nie wypowiadałam na ten temat, bo uznałam, ze mój osąd nie będzie obiektywny. Mnie rodzice "zostawili" gdy miałam 16 lat, pojechali do pracy za granicę, na rok. Nikt nawet nie wiedział, że jestem sama. Poradziłam sobie doskonale i nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to była dla mnie trauma. Pierwszym skutkiem i długotrwałym tej traumy było "poradzę sobie sama, ze wszystkim". To nie jest zdrowe. Niezdrowy jest też drugi biegun.
    W każdym bądź razie nie rozumiem sytuacji, w której matka z dziećmi męża wyjeżdża do innego kraju, a najstarsze dziecko, co z tego, że 20 letnie, zostawia w domu. Iziula, mam 19 latka w domu. Pracuje, złożył papiery na studia zaoczne, zaczął robić prawko, ale to jeszcze bardzo młody człowiek. Dopiero uczy się życia. Sądzę, że świadomość, że sam radzi sobie świetnie, ale w razie wu jesteśmy obok, jest bardzo pomocna w dojrzewaniu do dorosłości (sądzę, bo naprawdę to nie wiem, nie doświadczyłam tego).

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 27.09.17, 21:14
    Nie wiem, czy się nie mylę, ale czy Twój syn miał depresję?
    Niby dwudziestolatek to dorosły chłop, ale jemu rodzina nagle zaczęła sie rozpadać - ojciec wyjechał, potem Ty zaliczyłaś moim zdaniem potężny dół, potem dosyć szybko zabrałaś rodzinę i wyjechałaś. Syn stracił dom - osoby, które wyjeżdżają na studia wprawdzie nie są z rodziną, ale dom im zostaje. On domu już nie ma. Zaczyna samodzielne życie w inny sposób, niż osoby, które mają dokąd wrócić. Rozumiem, że się niepokoisz. Masz podstawy. Rozumiem, ze on Ciebie nie słucha i to niezależnie od formy, w jakiej do niego mówisz, bo czuje sie wyrzucony poza nawias rodziny. Słusznie czy nie w tej sytuacji nie bardzo ma znaczenie.
    Na Twoim miejscu gorąco namawiałabym go na przyjazd do Norwegii - nie dlatego, ze mu będzie lepiej, tylko dlatego, żeby wiedział, że chciałabyś, aby był tam, gdzie cała rodzina. Prawdopodobnie odmówi, ale poczuje, że nadal ma miejsce, do którego może przyjechać, jak do domu. Nie szkodzi, że odmówi, nie szkodzi nawet, jak się rozzłości. Chodzi o to, aby wiedział, ze ma wybór.
  • 29.09.17, 23:23
    A moim zdaniem iziula1 od lat stosuje wielorakie formy kontroli oraz krytyki. Do tej pory nawet tego nie zauważyła, bo to były rzeczy jak "usilne przekonywanie" by kupić plecak, który się bardziej podoba mamie niż synowi. Wymuszanie różnych rzeczy jak "zmierz te spodnie dla mamy, chcę zobaczyć jak wyglądasz" - klasyk. Do tego nieuznawanie dziecka za oddzielnego człowieka - dlatego w tej chwili mechanizm pozwolenia na samodzielne decyzje nie działa - jak ma działać jak nie został wykształcony. Takie tłamszenie dziecka, przenoszenie i zaszczepianie swoich lęków oraz nie pozwolenie na odrębność mogą wywołać depresję (niestety).

    Być może dopiero teraz syn ma możliwość uczenia się bycia odrębnym człowiekiem - to jest coś czego uczą się już dzieci, kiedy decydują co chcą założyć, czy się chcą z kimś bawić itp. Może dopiero teraz zauważył jak relacja w rodzinie jest szkodliwa i nie chciał przyjechać na święta.

    Verdana - ja gdybam i mogę równie dobrze mieć rację, tak jak i Ty też rację możesz mieć. Dla mnie bardzo niebezpieczne jest stawianie tak jednoznacznej diagnozy przez internet i niesugerowanie, że należy z synem porozmawiać. Ja bym izula1 po prostu na Twoim miejscu po prostu spytała Twojego syna o co chodzi, ale musisz mu wyraźnie powiedzieć, że widzisz i masz świadomość, że między Wami jest coś nie tak, to Cię boli i jesteś gotowa nad tym pracować, chociażby miałabyś usłyszeć bardzo bolesne rzeczy dotyczące Twojej osoby. Jeśli racja jest bliższa moich rozważań syn powinien to docenić, ale Ty rzeczywiście musisz wykonać ogromną pracę nad sobą.

    --
    Being alone is fine. Being alone together id perfect.
    66/93/95
  • 30.09.17, 14:09
    Skąd to wiesz? Izula nigdzie o tym nie pisała. Fakt, ze syn został w Polsce, a rodzina wyjechała , ze został na święta, gdy nie chciał wyjechać z matką i rodzeństwem świadczy o tym, ze jak najbardziej mógł i może decydować o sobie. Za Twoją teoria nie przemawia nic, oprócz tego, ze Iziula jest osobą samoświadomą i zauważyła, że daje za dużo rad. Podejrzewam, że osoba kontrolująca tego w ogóle nie jest w stanie zauważyć.
    Owszem, z synem należy rozmawiać. Normalnie. Natomiast "porozmawianie" jako forma takiego zasadniczego wyjaśnienia sobie spraw działa na bardzo wiele osób jak płachta na byka. Choćby dlatego, że osoba, która chce zasadniczej rozmowy właśnie wymusza jakieś, często niechciane wyznania. O wiele lepiej powiedzieć "Synu, czuję, ze robię się upierdliwa, jak Ci to przeszkadza, to zwyczajnie mnie ochrzań. Nie obrażę sie".
  • 26.09.17, 17:50
    Po przeczytaniu Twojego postu pierwsze co mnie uderzyło to to, że dobrymi radami nazywasz ocenianie (zazwyczaj negatywne) postępowania syna, jego planów i podjętych przez niego decyzji oraz zmuszanie go do tłumaczenia się z powodów jego postępowania, zresztą bez czekania na jego odpowiedź.
    To nie jest udzielanie dobrych rad ani nawet potrzeba kontroli. To jest ocenianie i dawanie mu do zrozumienia, że jego wybory, decyzje i postępowanie są nie takie jakich byś sobie życzyła.
    Ja wciąż uczę się rozmawiać z dorosłym synem. Pewnie nadal popełniam masę błędów. Też miałam tendencję do pytania: a dlaczego tak zrobiłeś - i nie czekając na odpowiedź - mówienia: trzeba było zrobić....
    Też syn milkł i przestawał ze mną rozmawiać.
    Ja postawiłam na stawianie pytań i słuchanie z ciekawością.
    Pytam i za każdym razem słucham odpowiedzi - to ciekawe, dlaczego tak zrobiłeś? i co o tym teraz myślisz? jesteś zadowolony z efektu? i co zamierzasz teraz zrobić?
    W przypadku niepowodzeń współczuję mu i wyrażam zrozumienie dla trudnej sytuacji. czasem tylko to wystarcza, by sam wymyślił lepsze rozwiązanie :-).
    Bardzo często jestem zaskoczona bo wychodzi na to, że uczy się na swoich błędach :-).
    Staram się też nie dawać rad w stylu "ja bym Ci radziła", "ja bym zrobiła na Twoim miejscu" itd. Znów zamieniam to na pytania - a jakbyś to zrobił tak? a co myślisz o czymś takim? a czy próbowałeś...? Podrzucam mu możliwości a nie wciskam je na siłę.
    Czyli tak naprawdę - zmiana sposobu komunikowania się :-).
  • 26.09.17, 17:56
    Aha, i chciałam jeszcze uzupełnić - ja nawet, jak syn dzwoni z pytaniem co zrobić, to najpierw się pytam - a Ty jaki masz pomysł? I dopiero gdy mówi, że właśnie nie wie to udzielam rad :-).
  • 26.09.17, 18:31
    Mądre postępowanie.
  • 27.09.17, 08:45
    Dokladnie! Nie ma nic zlego w zainteresowaniu zyciem dziecka, ktore juz nie mieszka z rodzicami, a tym bardziej takiego, ktore mieszka :-). Byle nie przerodzilo sie to w krytykowanie i dawanie rad typu "bo ja wiem lepiej".
    Ja nie mam jakos z tym problemu, ale moze dlatego, ze moja mama musi wszystko wiedziec i do tej pory nie omieszkuje wyrazac swojego zdania, czesto krytycznego, na temat mojego postepowania. Wiec ja rozmawiam z dziecmi tak jakbym chciala, zeby ona rozmawiala ze mna :-). A, zastrzegam, ze ja nie robie jakichs karygodnych rzeczy, po prostu mam inne proprytety i robie cos inaczej niz ona by to zrobila.

    --
    Internet... You start reading about sequoias and two hours later you know everything about Russian Revolution
  • 27.09.17, 21:20
    Sorry ogromne, jest jeszcze inna mozliwosc oprocz wymienionych (to nie przytyk, slowo, tylko przypuszczenie) - syn nie chce Twoich rad, zwlaszcza z pozycji starszej, madrzejszej i doswiadczonej, ktora chcialaby oszczedzic mu wlasnych zlych doswiadczen. Bo poniewaz kontestuje/lekcewazy/deprecjonuje Twoje dokonania. Bo mysli "nie pokierowalas swoim zyciem i naszym tak swietnie, zeby teraz sie wymadrzac".
    Podpowiedzial mi to wlasnie rowiesnik syna, po lekturze tego watku i pobieznym streszczeniu poprzednich.
  • 27.09.17, 21:40
    Wiesz,możesz mieć rację.
    Dziś miałam b.przyjemna rozmowę z synem. Bez dobrych rad. Pogadalismy praktycznie o niczym a był w tym taki fajny luz . Zrobiło mi się trochę lżej. Obydwoje cieszymy się na przyjazd. On, bo lubi zwiedzać,ja bo tęsknię.

    Ktoś wyżej napisał o anhilacji rodziny. Niczego nie odrzucam z góry. Nad wszystkim pomyślę. Bo czasem potrzebuję więcej czasu by zauważyć pewne rzeczy.
    W każdym razie dziękuję każdemu za czas i słowa.


    --
    I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
    A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? B.L.
  • 28.09.17, 08:03
    Jestem córką takiej matki.
    Wtrącała się w absolutnie wszystko i też by pewnie nazwała to matkowaniem. Z radami wyskakiwała zanim pojawił się w ogóle jakiś problem i mimo tego, że wszyscy wiedzieli, co mają robić. Próbowała kontrolować nawet to, czy oddałam w terminie rozdział pracy magisterskiej i załamywała ręce, gdy dwa dni przed terminem mówiłam, że jeszcze nie.

    Od pewnego momentu przestałam z nią rozmawiać na jakiekolwiek tematy poza przysłowiowymi o dupie Maryni.

    Z perspektywy czasu sądzę, że matki zachowanie to skutek jej kompleksów, braku własnego życia i próby rekompensowania sobie tego chorobliwą kontrolą. Zachowywała się tak, jakbyśmy nie były odrębnymi istotami, ludźmi, a jedynie jej własnością. Mówiła, że to z troski, bo nie chce, żebyśmy z siostrą popełniały błędy. Ale my jesteśmy wszyscy ludźmi i my te błędy popełnimy. Póki jesteśmy w stanie sami po tych błędach posprzątać, nie ma powodów do interwencji.

    Kolegi córce, studentce, rok temu ukradziono portfel. Zadzwoniła poinformować o fakcie i że siedzi na policji składając zawiadomienie. Spytał tylko, czy nic jej nie jest, czy panuje nad sytuacją, pochwalił, że młoda daje radę. Ja pochwaliłam kolegę za opanowanie. Mógł przecież zrobić jej awanturę za to, że nie pilnowała portfela wystarczająco (głupi zwyczaj noszenia portfela w tylnej kieszeni spodni). Przyznał, że mógł, ale skutkiem lat pracy nad sobą postanowił właśnie nie wtrącać się w coś, czego zmienić nie może. Czasu nie cofnie, grunt, że młoda ogarnia temat.

    Ktoś tu pisał o biernej agresji syna wobec matki. Syn próbuje się ratować. Wyobraźcie sobie, że rozmawiacie z kimś o obiedzie, który dziś ugotowaliście, jakiejś sytuacji w pracy, w której ktoś was zdenerwował, wykładowcy, z którym jest problem, szalonej babci autobusowej, zabawnej scenie widzianej przed blokiem. Opowiadacie i słyszycie, że niepotrzebnie ugotowaliście ryż do paluszków rybnych. Paluszki lepiej "chodzą" z ziemniakami. Kolega z pracy was zdenerwował, ale to jest wasza wina, bo go nie zrozumieliście. Z wykładowcą macie iść rozmawiać jeszcze raz, bo to jest na pewno bardzo zajęty człowiek, przez co zestresowany i on was pewnie nie zrozumiał. Nieważne, że trzy czwarte roku dostało 2 z egzaminu, na którym był materiał wam kompletnie nieznany. A poza tym, czy zjedliście obiad? Nie marzniecie? A może okno zamknąć? Chcesz kawy? Nie chcesz? Dlaczego nie chcesz? Niskie ciśnienie jest. Ja ci zrobię.

    Co to znaczy, że musisz być czujna? Zacznij traktować syna jak istotę ludzką z jego wadami, słabościami, z jego odrębnością. On w tym wieku ma pełne prawo nie wiedzieć, czego chce. Zwłaszcza nie wiedzieć, czy chce mieszkać w Polsce czy poza nią.

    Naucz się rozmawiać z synem o niczym. Żadnego "bardzo za tobą tęsknię, strasznie się o ciebie martwię, czy sobie poradzisz" tylko "wiesz, widziałam dziś wiewiórkę".
  • 28.09.17, 11:45
    To ja pisałem o biernej agresji syna i masz rację, że to dość nieudolna forma obrony przed natarczywością matki. Z tego co napisałaś to nasze rodzicielki ta chyba siostry bliźniaczki:). W przypadku autorki jest jednak inaczej, dostrzegam jej starania o poprawę relacji i jak widać potrafi porozmawiać "na luzie" i obu stronom sprawia to przyjemność - oby tak dalej.
  • 28.09.17, 14:35
    Pozwolę się wtrącić, bo choć podziwiam Was za analizę to z jedną rzeczą się nie zgadzam. Być może faktycznie mamy do czynienia z bierną agresją syna, być może nawet nieudolną, ale być może z precyzyjnie określoną taktyką zachowania. Być może gdy chłopak słyszy te natarczywe rady/pytania reaguje w ten sposób by nie doszło do eskalacji? Być może według niego jest to jedyna droga do niewywoływania konfliktów?
    Najważniejsze jest, że Autorka widzi problem i chce zapobiegać, u nas tego brakło.
  • 28.09.17, 11:50
    Bardzo trafne spostrzeżenie, przypomniało mi to rozmowę ojca i syna z eseju Wojciecha Eichelbergera "Zdradzony przez ojca". Wprawdzie to bardzo "męska" i trudna pozycja, ale zachęcam panie do lektury.
    Ponieważ dostępna jest za darmo w internecie to zamieszczam wspomniany fragment:

    Tu można przytoczyć historię z mojej książki „Jak wychować szczęśliwe dzieci", zamieniając
    uczestniczki dialogu na ojca i syna. Ojciec rozmawia z synem i mówi mu, jak ma żyć. Syn
    zniecierpliwiony czeka, aż ojciec skończy, i pyta: „Co daje ci prawo pouczania mnie, jak mam
    żyć?" Na to ojciec: „Zależy mi na tym, żebyś był szczęśliwy, żeby twoje życie miało jakiś sens, było
    mądre i bezpieczne. Poza tym jestem twoim ojcem i kocham cię." A syn na to: „To jeszcze za mało,
    żebyś mógł mi mówić, jak mam żyć." Ojciec ze zdziwieniem: „Czego więcej trzeba?" Na to syn:
    „Tego, ojcze, żebyś był człowiekiem szczęśliwym i spełnionym. Gdyby tak było, mógłbym cię
    posłuchać."
  • 28.09.17, 12:22
    ale coś mi się wydaje, że spełniony i szczęśliwy ojciec nie będzie pouczał syna, jak ten ma żyć :-)

    rodzic, który poucza swoje dziecko w tej kwestii chce naprawić swoje własne życie niejako per procura - chce, aby jego dziecko powieliło jego własne życie eliminując z niego błędy, jakie rodzic sam popełnił

    to jest dramat dla rodzica i dla dziecka

  • 28.09.17, 12:28
    wagonetka napisał(a):


    > rodzic, który poucza swoje dziecko w tej kwestii chce naprawić swoje własne życ
    > ie niejako per procura - chce, aby jego dziecko powieliło jego własne życie eli
    > minując z niego błędy, jakie rodzic sam popełnił


    Pozamiatalas :)
    Tak, to jest wlasnie to.
  • 28.09.17, 12:31
    dlatego osobiście radziłabym naszej Autorce aby zajęła się swoim życiem tak, aby nabrało ono sensu i dawało jej dużo radości

    wtedy problem rozwiąże się sam a syn będzie z matki dumny :-)

  • 28.09.17, 13:38
    Wtedy syn sam przyjdzie zapytać "matko jak ty to robisz że masz tak super, podpowiedz mi też bym chciał się nauczyć".
    Niewiele jest gorszych rzeczy niż rodzic całe życie sfrustrowany, opresyjny i nieudolny który na okoliczność dorastania dzieci będzie im truł d... pogadankami jak to one mają idealnie żyć. Żyć ich wyobrażeniami by mamusi/tatusia kompleksy i lęki kompensować? A kopa w d... takim tfu_tfu_życzliwym.
  • 28.09.17, 15:52
    Dokładnie tak, traktowanie dziecka jako "przedłużenia" własnej osoby dość często pojawia się na tym forum. To taki rodzicielski avtar, który niejako w imieniu/zamiast tego rodzica ma funkcjonować w świecie jako niesamodzielna istota. Trochę jak postać w grze komputerowej za sterami której zasiada rodzić i "gra" postacią dziecka:(
    Ta tzw. kontrola jest schematem szkodliwym dla obu stron. Na pierwszy rzut oka widzimy kontrolującego rodzica, który ma "władzę" nad dzieckiem, albo próbuje ją uzyskać rożnymi sposobami. Tylko, że w istocie podlega on takiej samej kontroli zwrotnej przez obiekt, który kontroluje. To wzajemne wiązanie.
    Polecam przeczytać ten króciutki wpis oraz inne z tego bloga: bezego.com/2013/05/21/medytacja-wolnosc-kontrola-ego/
    Starając się wpływać na własne dorosłe już dziecko, odwracamy się o tego co my sami możemy zrobić z własnym życiem. Zamiast truć córce czy synowi sami możemy wprowadzać pożądane zmiany w naszej codzienności. Jeśli nasze działania sprawią, że poczujemy się lepiej z naszym własnym życiem to ludzie sami będą się do nas garnąć.
  • 28.09.17, 16:03
    gonzo_101 napisał:

    > Jeśli nasze działania sprawią, że poczujemy się lepiej z naszym własnym życiem to ludzie sami będą się do nas garnąć.

    i to jest clou problemu

    rodzice są potrzebni dziecku najpierw jako opiekunowie (gdy dziecko jest małe), potem jako wzorce (gdy dorasta)

    jeśli chcemy, aby nasze dzieci były szczęśliwe, budujmy dobre własne życie, bądźmy szczęśliwi, spełnieni i dbajmy o to, aby nasze dzieci miały powody, aby być z nas, rodziców, dumne - dopiero wtedy możemy być przykładem i oparciem dla nich

    jeśli ktoś nie ma nic więcej do dania oprócz "dobrych rad", to znaczy, ze nie ma nic do dania innym


  • 28.09.17, 16:39
    Ja jestem córką kontrolującej matki. Doskonale rozumiem, co to znaczy być "przedłużeniem rodzica". Wszystko grało do czasu, gdy byłam późną nastolatką. Chwaliłam się nawet moim drącym koty z rodzicami rówieśnikom, jaki to ja mam wspaniały kontakt z moją matką. Moje pierwsze próby (stosunkowo późne, bo w okolicach osiemnastki) przerwania pępowiny z matką, spotkały się z jej strony z potężnym oporem. Mama uzurpowała sobie prawo do informacji o każdym aspekcie mojego życia (bez mojej wiedzy i zgody czytała moje listy do przyjaciół czy pamiętnik), dobierała znajomych, chodziła ze mną do lekarza, gdy byłam już prawie dorosła. I oczywiście radziła, dyrygowała, krytykowała, nie dopuszczała mnie do głosu. Miałam przeżyć życie pod jej dyktando, a miało to tak naprawdę być JEJ życie, którego ona nigdy nie miała. JA miałam naprawić i zapewnić swoim życiem wszystko to, czego jej życie poskąpiło.
  • 28.09.17, 16:52
    jeśli możesz - jak teraz wyglądają wasze relacje?
  • 28.09.17, 17:11
    W najlepszym razie są skomplikowane. Bardzo poluźniłam konktakty z mamą po kulminacji naszego konfliktu, wywołanego jej próbą wepchnięcia mnie z premedytacją w nierokujący związek. Pisałam o tym już kilkakrotnie, więc napiszę w wielkim skrócie. Gdy zerwałam z moim partnerem, ulubieńcem mamy, ją praktycznie szlag jasny trafił. Pamiętam, jak histerycznie krzyczała na cały blok, że mam natychmiast przeprosić byłego, że mam go błagać o powrót choćby i na kolanach, że nigdy nie znajdę tak dobrego partnera. To był dla mnie punkt zwrotny w naszych relacjach. Mama próbowała mnie zmusić do ponownego wejścia w związek z partnerem, który miał pewne przemocowe zachowania, o czym ona doskonale z moich opowieści wiedziała. To mi tak naprawdę otworzyło oczy na to, co się dzieje. Nie widziałyśmy się po tym przez jakieś pół roku. Jakiś czas później wyjechałam z mężem na stałe z kraju. Widujemy się raz, dwa razy w roku. Podczas wizyt kłócimy się niestety strasznie. Mama jest strasznie czuła na punkcie jakiejkolwiek krytyki jej zachowania lub zachowania mojego brata, jej ulubieńca. Urasta to do takich rozmiarów, że bezpiecznie jest z nią rozmawiać wyłącznie o pogodzie i ogrodzie. Mama nigdy nie zapomni, że wybrałam własną drogę życiową nie pytając jej o zdanie, że dużo lepiej rozumiem się z tatą, choć ona całe życie pracowała nad tym, bym nie miała z ojcem ciepłych kontaktów (wieloletni wspólny front przeciwko ojcu), że mam doskonałe, ciepłe kontakty z moją babcią, jej teściową, której ona nie znosi, że cały jej misterny plan na moje symbiotyczne życie z nią runęło w gruzy, a ona sama utknęła w domu z mężem, z którym się nie dogaduje. No i za to, że w konflikcie z ojcem parę lat temu nie stanęłam po niczyjej stronie, a powinnam była stanąć po jej. No, niestety, nie za dobrze to wygląda.
  • 28.09.17, 17:19
    enith napisała:

    > No, niestety, nie za dobrze to wygląda.

    ale z drugiej strony wygląda nieźle - jesteś daleko
    problem może być, gdy wasza mama będzie stara, samotna i niesamodzielna, zdana na opiekę dzieci

    mam znajomą w takiej sytuacji, jak ty i wiem, do czego są zdolne takie matki, aby na starość przykuć do siebie dzieci, więc radzę uważać


  • 28.09.17, 17:32
    > ale z drugiej strony wygląda nieźle - jesteś daleko...
    Do dziś zastanawiam się, na ile moja relacja z mamą wpłynęła na to, że bez mrugnięcia okiem przeprowadziłam się dla męża osiem tysięcy kilometrów od domu rodzinego.

    > problem może być, gdy wasza mama będzie stara, samotna i niesamodzielna, zdana
    > na opiekę dzieci...
    Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem również, że opieka osobista z mojej strony absolutnie nie wchodzi w grę, a już na pewno nie na stałe. Po pierwsze, centrum mojego życia jest tu, w USA, z mężem (Amerykaninem) i nie wrócę do Polski. Po drugie, chybabyśmy się z matką pozabijały, gdybym się miała nią opiekować przez wiele lat. Mama, gdy i jeśli sytuacja to wymusi, będzie miała przeze mnie zapewnioną najlepszą profesjonalną opiekę tak długo, jak będzie trzeba.
  • 28.09.17, 17:40
    enith napisała:

    > Do dziś zastanawiam się, na ile moja relacja z mamą wpłynęła na to, że bez mrug
    > nięcia okiem przeprowadziłam się dla męża osiem tysięcy kilometrów od domu rodz
    > inego.

    gdybyś była na miejscu, znalazłby się inny powód, więc nie ma nad czym się zastanawiać
    i nie przeprowadziłaś się dla męża, tylko dla siebie :-)

    przykre jest, że matki bywają tak bezmyślne i zamiast budować zdrowe relacje z dziećmi dla własnego dobra, samym sobie robią taką krzywdę
    bo, co prawda, z matką jest się związanym do śmierci, ale jakże lepiej gdy to przywiązanie jest przyjemnością, nie obowiązkiem

    Mama, gdy i jeśli sytuacja to wymusi, będzie miała przeze mnie zapewnio
    > ną najlepszą profesjonalną opiekę tak długo, jak będzie trzeba.

    nie zapominaj, ze masz brata, który ma 1/2 obowiązków względem matki


  • 28.09.17, 17:55
    > przykre jest, że matki bywają tak bezmyślne i zamiast budować zdrowe relacje z
    > dziećmi dla własnego dobra, samym sobie robią taką krzywdę...

    Moja matka uważa się za bardzo przewidującą osobę. Tego, że usilne próby zawładnięcia moim życiem spowodują moją bardzo silną potrzebę odcięcia się od niej, niestety nie przewidziała. Co więcej, kompletnie nie widzi swojego walnego udziału w tym, jak teraz wyglądają nasze relacje. To ja najwyraźniej jestem popsuta. Moja mama jest bez winy i bez skazy, ona błędów nie popełnia.

    > nie zapominaj, ze masz brata, który ma 1/2 obowiązków względem matki...

    I nie wątpię, że gdy przyjdzie co do czego, brat stanie na wysokości zadania. Ale mi jest, paradoksalnie, dużo łatwiej tę opiekę zapewnić pomimo mieszkania na innym kontynencie. Brat pracuje na pełen etat, bratowa również, mają swoje dzieci. Ja jestem bezdzietna, a do tego finansowo w dużo lepszej sytuacji, niż oni. Pełnowymiarowa opieka profesjonalna dla mamy nie zrobi wyłomu w moim budżecie, oni na coś takiego nie mogliby sobie pozwolić, a osobista opieka nie wchodzi w grę przy dwóch pełnych etatach i dwójce dzieci. Nie mam nic przeciwko wzięciu na siebie całkowitej finansowej odpowiedzialności za zapewnienie rodzicom opieki na starość, jeśli ich emerytury okażą się niewystarczające.
  • 28.09.17, 20:24
    >No, niestety, nie za dobrze to wygląda.
    Biorąc pod uwagę, że Twoja matka wygląda jak wypisz wymaluj narcyza z linków od zuzi, jest całkiem dobrze ;)
    pozdr,
    mi
  • 29.09.17, 03:07
    Haha, to mnie pocieszyłaś, międzymorze :D
    A na poważnie. Nie wygląda to za dobrze, bo to głupie, że widując się raz na ruski rok na dwa tygodnie maks, nie potrafimy się dogadać, drzemy koty, aż futro leci. No przecież szkoda zdrowia na coś takiego. Niestety, NIKT na ziemi nie działa mi na nerwy tak, jak moja matka. Można powiedzieć, że wyzwala we mnie najgorsze instynkty. Spokój jest przez kilka pierwszych dni, a potem się zaczyna. Mamę bardzo łatwo podminować, jedno nieostrożne słowo i zaczyna się jazda bez trzymanki. Co ciekawe zauważyłam, że w tym samym czasie wzrasta jej częstotliwość kłótni z ojcem. Za to na kilka dni przed moim wyjazdem uspokaja się, ilość kłótni spada, ona wyluzowuje się, ja nie muszę się kontrolować, by nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego, a nawet jeśli coś powiem, reakcja jest dużo spokojniejsza, niż na przykład tydzień wcześniej. Dziwne to, nie rozumiem tego mechanizmu, nie wiem, co się tak naprawdę z mamą dzieje, ta sinusoida jej humorów.
  • 29.09.17, 07:54
    To przedłużenie rodzica to jest bardzo dobre określenie. Tak do 20 roku życia też myślałam, że mam dobry kontakt z matką. Z ojcem zawsze był słaby.

    Mój ojciec chciał, żebym poszła na te same studia, na które poszło dziecko jego kolegi. Dziecko po tych studiach znalazło pracę i dla ojca to był argument, że to doskonały wybór. Nie rozumiał, że wybór studiów to jest moja decyzja i nie pójdę na politologię tylko dlatego, że ktoś inny poszedł. Tydzień ze mną nie rozmawiał po tym, jak złożyłam papiery na coś innego.

    Gdy trzy lata temu nasze życie decyzją moich rodziców, głównie mojej matki, ale całkowicie bez oporu ojca, stanęło na głowie, usłyszałam, że mam się nie odzywać, oni wiedzą lepiej, moje uwagi, protesty zostały uznane za bezpodstawne, ja się nie znam, jestem smarkulą, mam się nie odzywać. Trzy dni później wyprowadziłam się z domu, co też było źle, bo przecież oni mieli pomysł na rozwiązanie problemu, a ja utrudniam.

    Przez ostatnie trzy lata sprzątałam bałagan, którego rodzice narobili. Moja siostra przeszła piekło opieki nad trzema obłożnie chorymi osobami. A ja się tylko wściekam, że nie postawiłam się im wcześniej i dałam się zagadać.

    Dlatego też jeśli tylko możecie, nie dajcie się rodzicom, którzy uważają, że wiedzą lepiej i nie liczą się z waszym zdaniem. Nawet za cenę zerwania kontaktu.
  • 28.09.17, 16:05
    wagonetka napisał(a):

    > rodzic, który poucza swoje dziecko w tej kwestii chce naprawić swoje własne życie niejako per > procura - chce, aby jego dziecko powieliło jego własne życie eliminując z niego błędy, jakie
    > rodzic sam popełnił.

    To zdanie powinno się gdzieś tu na forum przyszpilić. Nikt jeszcze tego schematu w tak klarowny i zwięzły sposób nie opisał. Brawo, Wagonetka.
  • 28.09.17, 16:06
    ojej, miło mi :-)
  • 28.09.17, 19:34
    Bez przesady, czasami krytykujemy kogos, włączając w to własne dziecko, bo zwyczajnie nie podoba nam się to co robi, bo widzimy zagrozenia takiego zachowania a nie dlatego ze chce cos tam korygować we własnym zyciu.
  • 28.09.17, 20:15
    Ale my nie piszemy przecież o krytyce raz na jakiś czas. Ta, zwłaszcza jeśli jest konsktruktywna, jest wskazana (w obie strony). Piszemy o krytyce bezustannej, mającej na celu utrącenie dziecku kręgosłupa niezależności w celu jego trwałego uwiązania do rodzica. To zupełnie inna sytuacja.
  • 29.09.17, 09:30
    Mielibyście wszyscy rację, gdyby nie to, że Iziula doskonale widzi swoje błędy. Kontrolujący rodzic, taki, który uważa,z ę dziecko powinno robić to, czego od niego wymaga tego nie ma szans dostrzec. On przecież wie lepiej i chce dla dziecka dobrze, to dziecko robi źle. Mam wrażenie, ze własne doświadczenia nie pozwalają dostrzec, ze tam, gdzie rodzic zauważa, ze wcale nie robi dobrze nie może być mowy o naprawianiu życia przy pomocy dziecka. Moim zdaniem to jest zupełnie inna sytuacja. Iziula ma prawo niepokoić sie o syna, który został nagle sam, któremu rozpadła sie rodzina, który miewa epizody depresyjne. Ma prawo czuć, ze wypisała sie z jego codzienności być może w niedobrym momencie. Stąd próba pomocy, jak sama uważa - nienajlepsza. Ale to nie jest jeszcze wszechogarniająca kontrola...
  • 29.09.17, 14:45
    Pełna zgoda, ale jak w większości wątków pojawia się wiele wpisów (w tym moich) które związane są z tematem założycielskim, ale luźno nawiązują do problemu autorki. Na przykładzie "matkowania" Iziulii temat rozwinął się również o te bardzo szkodliwe zachowania patologicznej kontroli. Co nie oznacza przecież, że sprawa tyczy się wątkodawczyni. Może ktoś skorzysta z zamieszczonych tu wpisów, bo okaże się, że z tym właśnie się mierzy.

    Co do tematu autorki, odnoszę wrażenie, że rozbijać się to może o głębokie poczucie winy względem syna. Jakby te "dobre" niechciane rady miały zrekompensować jakieś błędy wychowawcze poczynione przez autorkę. Czuje, że zawaliła bądź zawiodła swoje dziecko i chce naprawić coś na co jest już za późno.
  • 02.10.17, 11:30
    71tosia napisała:

    > Bez przesady, czasami krytykujemy kogos, włączając w to własne dziecko, bo zw
    > yczajnie nie podoba nam się to co robi, bo widzimy zagrozenia takiego zachowani
    > a a nie dlatego ze chce cos tam korygować we własnym zyciu.

    Ale dorosłość polega na tym, że w takiej sytuacji (widzimy coś co uznajemy za zagrożenie)albo - najlepiej - czekamy na prośbę tej osoby o naszą opinię, albo wyrażamy ją bez proszenia i w każdym wypadku pozwalamy tej osobie podjąć decyzję co robić oraz zmierzyć się z konsekwencjami tej decyzji. W przypadku niekorzystnych konsekwencji deklarujemy swoją pomoc do granic naszych chęci lub możliwości i znowu czekamy na prośbę o nią. A nie ładujemy się po fakcie z narzekaniem, że osoba mogłaby coś zrobić lepiej. No mogłaby, ale nie zrobiła. Podjęła inną decyzję, co wcale nie znaczy, że gorszą. Ma prawo do podejmowania nie tylko nie najlepszych, ale nawet i błędnych decyzji.
  • 29.09.17, 13:56
    Ja mogę ci też coś doradzić. Wiem, że jest trudno powstrzymać się od oceniania postępwowania dziecka, zwłaszcza gdy jest coś oczywiste (dla ciebie a może i dla niego). Najlepiej w sobie to przetworzyć samej pytać syna o radę. Zobaczysz jak to dobrze dziala. Po pierwsze będzie inny temat rozmowy niż wałkowanie jego decyzji. Po drugie jak potem coś poradzisz to będzie lepiej przyjęte.
  • 29.09.17, 14:46
    Nie chciałabym umniejszać problemu, ale przestrzegam też przed jego demonizowaniem. Wszyscy wszystkim udzielamy rad. Koleżanka ma problem z chorującym często dzieckiem - doradzamy sprawdzone metody, inna ma problemy z szefową, radzimy, jak najlepiej rozmawiać, żeby coś uzyskać, przyjaciółka pokłóciła się z mężem i pyta, jak ma teraz do niego podejść - odpowiednio radzimy, w końcu to forum to nic innego jak jedna wielka poradnia. Z dziećmi małymi czy dorosłymi jest przecież podobnie.
    Zauważyłam, że córki mniej się burzą i częściej przychodzą po radę do matki, u mnie tak jest właściwie stale. I nie ma rozdzierania szat z tego powodu, ani ona nie narzeka, bo przecież sama do mnie dzwoni, ani ja nie mam poczucia, że się wtrącam, bo: patrz wyżej.
    Inaczej jest z synami, a to głównie dlatego, że pokutują te nieszczęsne wzorce kulturowe. Bo oni muszą być jak najwcześniej samodzielni, samorządni, samostanowiący. To jest męskie! Po poradę może w ostateczności zgłoszą się do ojca, innego faceta. Mój ma większy problem, bo do swojego na pewno nie pójdzie, a moje rady też czasami źle odbiera. Bo przecież jest dorosły! U nas są boje o moją nadmierną troskę o zdrowie. Niestety troska ta ma swoje podstawy, a jak już sam potrzebuje, to do kogo idzie z prośbą o zapisanie go do lekarza? Do mamusi :P Kto go pielęgnował, jak miał przez tydzień stale prawie 40 st. gorączki? A tatuś się śmiał, że mamusia wzięła urlop, żeby pilnować takiego dużego chłopaka (miał wtedy 17 lat), to nic, że młody prawie mdlał i mógł zwyczajnie stracić przytomność pod naszą nieobecność, spaść ze schodów czy cokolwiek. Ale nie o tym chciałam pisać.
    U nas jest tak, że mimo moich najszczerszych chęci nie umiem się opanować i nie zwrócić młodemu uwagi czasami, jeśli chodzi o dbanie o zdrowie. To silniejsze ode mnie. Walczę, ale czasami przegrywam. Młody się denerwuje, ja przepraszam, obiecuję, że się bardziej postaram. Czasami wychodzi, czasami nie, ale młody widzi, że się staram. U mnie to jakiś przymus, naprawdę chciałabym to zmienić, ale pewnych nawykowych reakcji nie można kontrolować w pełni.
    Ważne jest też to, że oni i tak zrozumieją naszą troskę i niepokój dopiero, gdy sami będą mieli swoje dzieci. Do tego czasu trzeba jakoś sobie z tym radzić, a przede wszystkim dużo o tym rozmawiać, umieć przeprosić, gdy przekroczymy granice, słuchać, gdy oni artykułują swoje pretensje o naszą nadopiekuńczość. Czy lepsza byłaby nasza kompletna obojętność?
  • 29.09.17, 15:52
    Masz rację, za wyjątkiem jednego punktu. Ja zrozumiałam co to jest nadmierna troska i jak bardzo przytłacza właśnie dopiero wtedy, gdy miałam własne dzieci i zrozumiałam, że wcale nie jest to konieczne i normalne zachowanie. Bardzo żałuję, ze tak późno.
    U mnie właśnie syn przychodzi znacznie częściej po radę, niż córka. Więc nie ma reguł.
  • 29.09.17, 20:21
    >Czy lepsza byłaby nasza kompletna obojętność?
    Nie, lepszy byloby przyjęcie do wiadomości że proces wychowywania dobiegł końca i że nasze dorosłe dziecko jeśli będzie potrzebowało rady/opinii/wygadania się to zwyczajnie się do nas zwróci. Tylko strasznie mało rodziców to kuma, zwłaszcza matek.
    pozdr,
    mi
  • 29.09.17, 21:59
    Tak to wygląda tylko w poradnikach. W normalnej sytuacji ludzie udzielają sobie rad nie zawsze i nie wyłącznie proszenie o to otwartym tekstem. W dodatku syn na progu dorosłości może mieć spore opory przed zwróceniem się o rady, bo sprawia to wrażenie, ze rzeczywiście jest jeszcze dzieckiem i jak nie zapyta mamusi, to zginie.
    Gdzieś w środku miedzy "nie udzielamy żadnych rad, póki nie zostaniemy o nie poproszeni otwartym tekstem", a "komentujemy każde posunięcie dorosłego dziecka i mówimy jak to robić inaczej lub lepiej" jest pole do normalnej konwersacji jak z drugim dorosłym.
  • 01.10.17, 12:17
    W moim przypadku pouczania oduczył mnie mój starszy syn, któremu kilka razy kiedy był nastolatkiem powiedziałam, że ja na jego miejscu zrobiłabym tak i tak, a on na to, że ok, ale on zrobi inaczej...i okazało się że to on miał rację - jego sposób był lepszy, szybszy, nowocześniejszy. Pochwaliłam, wytłumaczyłam, że ja mam inne doświadczenia i od tego czasu przestałam udzielać dobrych rad niepytana. Co skutkuje tym, że synowie przychodzą do mnie sami i proszą o porady w rozmaitych sprawach. Mówię za każdym razem co ja bym zrobiła na ich miejscu, jakie jeszcze widzę rozwiązania ale decyzje zostawiam im. To ich życie. Ich błędy i pomyłki oraz ich sukcesy, nie moje. Jeśli w wyniku złej decyzji popełnią błąd staram się w miarę możliwości zaproponować pomoc, pocieszyć i powiedzieć że to nie tragedia, jakoś sobie poradzimy i pokazać, że dobrze mieć plan B i C.
    NIGDY nie rozpamiętuję przeszłości nie mówię "a widzisz mogłeś zrobić tak czy tak, byłoby lepiej", bo nie wiadomo czy na prawdę byłoby. Byłoby na pewno inaczej ale czy lepiej? Ważne jest moim zdaniem żeby dziecko CHWALIĆ za jego samodzielne osiągnięcia, a nie dołować, że mogło być lepiej. Może mogło, może nie mogło, a po co takie rozważania? To jak powiedzenie dziecku że w zasadzie jest nieudacznikiem, a matka cokolwiek by nie zrobiło, nigdy nie będzie z niego dumna. Ja z osiągnięć moich dzieci jestem dumna, chwalę je i nie szukam dziury w całym, a Ty Iziula?
  • 02.10.17, 13:10
    U mnie Sebaldo jest odwrotnie, starszy syn często pyta mnie o zdanie, potem i tak robi jak sam uważa, natomiast córa w pełni sama stanowi o sobie i bardzo ciężko jest na nią wpłynąć. A czasem trzeba i wtedy jest problem.

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 01.10.17, 23:09
    Nastaw się bardziej na sluchanie a nie na gadanie (a wiec i ocenianie). Wyjechałaś, nie widzisz się z synem na co dzień, wiec sensowne byłoby najpierw posłuchać co u syna, tak by poczul, ze naprawdę Cię interesuje co u niego sie dzieje.

    --
    "- Jadowity gad na trzy litery...??
    - mąż..."
  • 02.10.17, 12:41
    Miałam podobnie, aż któregoś dnia synowi w nerwach wyrwało się "czy Ty uważasz, że jestem głupi?". Zrobiło mi się koszmarnie wstyd.
    Ja dawałam rady "przed", przez co syn nie mógł rozeznać się w sobie, co JEMU by najlepiej pasowało.
    Jeśli mówisz "a dlaczego nie zrobiłeś tak i tak" to dajesz sygnał: nie radzisz sobie. Skończ z tym, tak po prostu, od dziś.
    Dlaczego? jest oskarżające, obwiniające, zmuszające do tłumaczenia się. Nie chroni przed niczym, wpędza w poczucie winy.

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 02.10.17, 14:11
    Zdrowa relacja jest wtedy, gdy z dorosłym dzieckiem rozmowa jest w pewnym sensie "symetryczna". To znaczy obie strony czasem pytają sie o radę, czasem radzą bez pytania, czasem biorą rady drugiej strony pod uwagę, a czasem nie.
  • 02.10.17, 20:41
    verdana napisała:

    > Zdrowa relacja jest wtedy, gdy z dorosłym dzieckiem rozmowa jest w pewnym sensi
    > e "symetryczna". To znaczy obie strony czasem pytają sie o radę, czasem radzą b
    > ez pytania, czasem biorą rady drugiej strony pod uwagę, a czasem nie.

    Dodam i CHWALĄ, chwalą się, nawzajem. Typu - fajnie to zrobiłeś, o wyszło ci, choć ja zrobiłabym inaczej udało ci się jestem z ciebie dumna...Tzn doceniają i akceptują cudze wybory.
  • 02.10.17, 21:28
    Czy ja wiem, czy tego typu zdania są odpowiednie w rozmowie dorosłych? To znaczy tak, na pewno w wielu rodzinach owszem, ale ja sobie kompletnie nie wyobrażam. Chyba nigdy z dorosłymi dziećmi się tak bezpośrednio nie chwalimy, mam wrażenie, ze "jestem z ciebie dumna" nie użyłam nigdy w życiu. Bo nie po to dziecko, szczególnie dorosłe cos robi, aby mama była z niego dumna. Mam przynajmniej taką nadzieję.
  • 03.10.17, 16:40
    verdana napisała:

    > Czy ja wiem, czy tego typu zdania są odpowiednie w rozmowie dorosłych?

    A dlaczego nie miałyby być Verdano? To wyrazy uznania i szacunku. Każdy lubi być doceniany, chwalony i chyba każde dziecko cieszy się z tego że jest dumą rodziców, że oni widzą i doceniają jego sukcesy i osiągnięcia. Mnie moja Mama też mówiła że jest dumna ze mnie gdy coś mi się wyjątkowo udało. Nawet gdy miałam już ze 40 lat :) I sprawiało mi to ogromną przyjemność mimo iż nie czyniłam moich wysiłków absolutnie po to aby jej się coś podobało, tylko aby spełnić własne oczekiwania. Do tej pory mimo, że zmarła wiele lat temu pamiętam te jej słowa i to że powiedziała mi przed śmiercią, w jakiejś rozmowie że mnie podziwia. To dla dziecka we mnie bardzo ważne, bo pozwala mi cały czas budować poczucie własnej wartości i jednocześnie odrębności, to pewnego rodzaju posag na całe życie.
    Widzę, że moje dzieci też odbierają te słowa jako fakt że dostrzegamy że im się powiodło, szanujemy ich wysiłek i cieszymy się z sukcesu. I jesteśmy dumni, że mamy tak wspaniałe dzieci :)
  • 02.10.17, 20:37
    Nie powstrzymuj się. Uprzedź syna, że tak masz, że to odruch i żeby tego nie traktował poważnie.

    Dokładnie tak zrobiła mama - zapowiedziała, że jeśli wybiorę studia poza domem, a ona zacznie marudzić, to mam się tym całkowicie nie przejmować. Według mnie to lepsze niż pilnować każdego swojego słowa.

    --
    The conceptual penis [...], is exclusionary to disenfranchised communities based upon gender or reproductive identity [...] and is the conceptual driver behind much of climate change.
  • 02.10.17, 21:31
    O. O. Właśnie o to chodzi. Ja też czasem takie rzeczy mówiłam i mówię dzieciom.
    Mam nieodparte wrażenie, ze ktoś, kto mówi wyłącznie rzeczy poprawne i powstrzymuje sie nieustannie od powiedzenia tego, co chce powiedzieć, a mówi tylko to, co jest zgodne z tym, co w takiej sytuacji druga strona chce usłyszeć i z tym, co radzą poradniki po prostu dosyć szybko traci możliwość zwykłej rozmowy z drugą osobą. Zamiast rozmowy jest wzorcowy dialog. Nie.
  • 03.10.17, 13:37
    No ja dokładnie tak zrobiłam z synem, przy czym się pokajałam, to znaczy powiedziałam, że wiem, że to go może drażnić, ale to są zachowania odruchowe, nad którymi bardzo trudno zapanować. Obiecałam, że się ograniczę, ale uprzedziłam, że to może mi czasami nie wychodzić i żeby się tym w ogóle nie przejmował. Przy czym jak pisałam wyżej, moje "matkowanie" dotyczy niemal wyłącznie zachowań dotyczących zdrowia, bo to dla mnie ważne, też trochę zwichnięcie zawodowe. Decyzje życiowe, dotyczące studiów i innych sfer pozostawiam jemu, gdy pyta, odpowiadam, gdy opowiada i widzę, że oczekuje komentarza - komentuję. Też uważam, że relacja musi być swobodna, a nie polegająca na ciągłym hamowaniu się z każdą rozmową czy komentarzem.
    Ogólnie obawiam się, że przesadzamy w drugą stronę. Kontrolujący rodzice są nie w porządku, ale nie można przeginać w drugą stronę i ciągle pokazywać dorosłym dzieciom, że ich sprawy są wyłącznie ich i nam nic do tego, szczególnie gdy stosunki są dobre i ciepłe i polegają między innymi na rozmawianiu o tych właśnie sprawach.
  • 03.10.17, 13:58
    >Kontrolujący rodzice są nie w porządku, ale nie można przeginać w drugą stronę i ciągle pokazywać dorosłym dzieciom, że >ich sprawy są wyłącznie ich i nam nic do tego,

    Można być nadopiekuńczym kontrolującym i równocześnie pokazywać że sprawy dzieci ma się głęboko w odwłoku. Bardzo wielu kontrolujących rodziców tak ma, bo ich kontrola nie wynika z realnej troski o dziecko tylko z potrzeby zaspokajania własnej nadmiarowości emocjonalnej, tak jak matka która 20+ letniej córce rok po zdaniu prawa jazdy prawi kazania żeby nie jeździła samochodem po zmroku bo to niebezpieczne, żeby dzwoniła i dawała znać natychmiast jak tylko gdzieś tam dojedzie, bo.. matka się wtedy strasznie denerwuje gdy nie wie gdzie córka jest a jedzie autem. To jakaż tu troska o córkę? Dorosła matka nie obciążałaby dziecka swoimi schizami i lękami ale zachęcała by córka jeździła ostrożnie ale też odważnie. Tu matka tak się przejmuje swoimi lękami, swoim przeżywaniem, że córce przede wszystkim szkodzi, nie widzi szerzej że w interesie córki jest umieć dobrze jeździć i nie bać się życia, chce kontrolą córki niwelować swoje lęki, a nie troszczyć się o dziecko.
  • 03.10.17, 17:31
    To różnie. Być może Twoja Mama tak się nie zachowywała, ale taka wypowiedź może być perfidną manipulacją. Studiowałam poza domem i kiedy jeszcze byłam na studiach, Mama z cierpiętniczą miną powiedziała mi: wiesz, gdybyś na święta miała inne plany, to z Ojcem się nie obrazimy, jak nie przyjedziesz. Nie miałam wtedy innych planów i zasadniczo uważałam, że święta należy spędzać z rodziną, ale wypowiedź Mamy oznaczała jasno: nie wolno ci nigdy nie przyjechać na święta. I Mama wykonała manewr uprzedzający zapobiegając powstaniu takich planów. Rozumiem, że gdybym ja powiedziała, że wyjeżdżam np. na narty (na których nota bene nie jeżdżę) i nie przyjadę na święta, Mama powiedziałaby jasno, że będzie im przykro. OK. Ale w odpowiedzi na konkretny plan. Ale zapowiedzenie czegoś takiego w ogóle było wymuszeniem na mnie deklaracji, że ja zawsze będę przyjeżdżała do Rodziców na święta. Niestety często takie deklaracje znaczą co innego
  • 03.10.17, 21:41
    Zgrzyta mi tutaj uzycie słowa "matkowanie" w sensie sprawowania kontroli. Bo w byciu matką nie chodzi o to aby wychować posłuszne kierowane przez nas kukukiełki tylko dorosłe osoby, które podejmą samodzielne decyzje, które pójdą własną ścieżką i niekoniecznie musi być ona zbieżna z naszymi oczekiwaniami bo dziecko nie jest kopią nas samych tylko samodzielnym bytem.

    Jeżeli nie odpuścisz tej kontroli to doprowadzisz do sytuacji, że syn będzie niechętnie spędzał z tobą czas, będzie się wiecznie obawiał pouczeń i rozluźni kontakt.
  • 08.10.17, 12:29

    Dziękuję za wszystkie dobre słowa i rady.
    I za w sumie b.ciekawą dyskusje w temacie poruszonym przeze mnie.
    Nie lubię zostawiać wątków bez zakończenia bo doceniam czas i waszą dobrą wolę w chęci pomocy :) dlatego krótko opisze tylko moje wrażenia po pobycie syna.
    Przyjechał do mnie nie syn ale młody mężczyzna. Wrażenie jakie odniosłam była bardzo ożywcze i budujące a przy tym zmieniło moje postrzeganie syna. Nie przyjechało dziecko tylko dorosły, młody chłopak.
    Czas spędzony razem uważam za udany, nawet więcej świetnie się bawiliśmy. Byliśmy w górach, zwiedzaliśmy miasto, spędzaliśmy wspólne wieczory na rozmowach o niczym.
    Syn "odkrył" że kocha młodsze rodzeństwo bo spędzał z nimi czas na wspólnych zabawach. To już nie był tylko "wkurzający młodszy brat" i wszędobylska siostra ;) tylko ukochane rodzeństwo. Sama w to nie wierzę,ale nie pokłócili się pod czas pobytu ani razu.
    Co do rozmów, syn poinformował nas o swojej decyzji w sprawie pracy, studiów i najbliższego roku. To co nam pomogło to obecność teściowej :P obydwoje z mężem musieliśmy murem bronić syna przed jej "dobrymi radami". Miałam pogląd jak wyglądam gdy ja udzielam życiowych rad dorosłemu dziecku:P. Jak kubeł zimnej wody.
    Syn nie jest nieszczęśliwy z powodu samodzielności. Wręcz przeciwnie, odniosłam wrażenie że zmężniał, wydoroślał, że nastąpiło "zerwanie ról" które każde z nas w rodzinie przyjął.
    Jest inaczej.
    Tęsknie za nim, jest mi smutno że wyjechał ale nie jest to przygnębiające uczucie. Mam wrażenie,że moje dziecko zerwało pępowinę i choć nadal nas kocha jest to zupełnie odrębny od nas byt.
    Mąż stwierdził,że dobrze wychowaliśmy syna. Po prostu "udał nam się On" :)









    --
    "Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś dobry w tym, co robisz... Po prostu to, co robisz, jest bezwartościowe."
    by Sheldon Cooper
  • 08.10.17, 12:38
    iziula1 napisała:

    > Mam wrażenie,że moje dziecko zerwało pępowinę i choć nadal nas kocha jest t
    > o zupełnie odrębny od nas byt.
    > Mąż stwierdził,że dobrze wychowaliśmy syna. Po prostu "udał nam się On" :)

    Szczerze gratuluję. Tak ma być! Przyjemność z posiadania dorosłego dziecka jest warta chwili smutku, że nie jest już dzieciątkiem :)



  • 08.10.17, 15:22
    Moja droga - gratulacje! Teraz przed wami zupełnie nowy i naturalny etap relacji dorosły-dorosły. Młody doświadcza teraz własnej samodzielności i buduje swoją przyszłość. Założę się, że czujecie dumę i spełnienie jako rodzice. W sumie to musi być bardzo przyjemne uczucie wiedzieć i widzieć, że pomimo naszej niedoskonałości i błędów dorosłe już dzieci wychodzą na prostą i nadal chcą rozmawiać z rodzicami:) no i jak widać teściowa też potrafi się do czegoś przydać:P

    P.S. Dzięki za epilog do wątku. Bardzo mało poruszanych na forum historii ma jakieś zakończenie. Człowiek zachodzi czasem w głowę jak tam potoczyło się dalej, a tu proszę - miłe zaskoczenie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.