Dodaj do ulubionych

święta po swojemu - asertywność, długie

17.11.17, 21:17
Nawet nie wiem od czego zacząć. Jestem w małżeństwie już długo. Troje dzieci. 13,11 i najmłodsza 8 letnia. Teściowie na drugim końcu naszego kraju. Przez prawie wszystkie poprzednie lata na święta jeździliśmy do teściów. Kiedy byliśmy bezdzietni też. Mąż nalegał twierdząc, że rzadko do nich jeździmy, więc w święta trzeba. Rozumiałam to wtedy, byłam młodsza, więc się godziłam, mimo, że zawsze sama podróż to dla mnie udręka - cała trójka ma silną chorobę lokomocyjną. Od kiedy mam dzieci czułam, że te wizyty w święta kosztują mnie wiele nerwów. Od kiedy pamiętam prosiłam by wigilię zaczynać wcześniej, żeby dzieci mogły dotrwać. Niestety przed 21 nigdy się nie wyrabiają. Nie miałam na to wpływu. Nawet, gdy przygotowałam prawie wszystko u siebie w domu. Mąż ma dwie siostry stare panny, które narzucają u teściowej swoje nawyki. Jestem późną matką. dzieci todla mnie priorytet. Czułam za każdym razem, że nie szanują mnie i moich dzieci przetrzymując nas do tej Wigilii czasami do 22. Wiecie jak to jest wstać z maluchami skoro świt i od pierwszej gwiazdki przetrzymać ich bez prezentów do 22...
Wkurzałam się, gdy jechałam 6 godzin w dzień wigilii na wariata, z barszczem i grzybową w słoikach, żeby już nie czekać, na miejscu bylismy o 16,i okazywało się, że firany trzeba wieszać, choinkę ubierać itp. Czułam się dziwnie. Nie jak gość, bo robota czekała, nie jak pełnoprawny członek rodziny, którego prośby się szanuje. Oliwy dolewał mąż, bo twierdził, że się czepiam. Z roku na rok było mi coraz bardzej przykro przygotowywać dom na ten świateczny czas, piec, gotować, a potem wyjeżdzać i spędzac ten czas nie u siebie.
Coraz bardziej mnie to rozczarowywało. Z biegiem lat coraz bardziej wkurzało. Ze dwa razy udało mi się przeforsować, że wigilię spędzimy na miejscu u moich rodziców. Potrzebowałam spokoju a nie nerwów. Chciałam wigilii dla dzieci takiej jaka ja miałam.
Po śmierci bliskiej mi osoby tknęło mnie, że nigdy nie wiadomo kiedy nadejdzie mój czas. Dzieci mi wyrastają. Pragnę święta spędzać w domu, a nie w podróży. Przestałam zadowalać innych i spełniać ich oczekiwania. Rok temu poprosiłam męża o święta w domu, w naszym gronie. Była awantura. Zranił mnie mówiąc, że skoro jestem niewierząca to przecież ten czas jest dla mnie jak każdy inny dzień. Tyle lat szłam na kompromis z tymi swiętami, żeby nie był z tego powodu nieszczęśliwy, a tu taki totalny brak zrozumienia. Powiedziałam jednak asertywnie, że i ja i dzieci chcą mieć święta w domu. żeby uprzedził swoją rodzinę. Nieodzywanie się, foch przez pół grudnia, znowu czułam że odebrał mi radość z tych świąt. Trochę się poprawiło tuż przed świetami. Myslalam, że wszystko przemyslał itp.A 23 pyta mnie czy jedziemy czy nie..... Bo jego mama pyta. I że on w takim razie powie jej, że jest chory.
Im bliżej grudnia tym większe mam nerwy. Boję się, że sytuacja się powtórzy. Zamiast radości będzie kwas.
Nadmienię, że dzieci tez chcą świat w domu. Moi rodzice pomagają nam w codziennym wychowywaniu (przywózki, odwózki) i dzieci mająz nimi bardzo silną więź. Starsze córki widząc teraz reklamy w tv, planują wigilię w naszym domu z dziadkami z mojej strony. Mąż rok temu mi wykrzyczał, że skoro ja taka jestem, to on też nie bedzie jeździł ze mną do moich rodziców. oazalo się to niewykonalne - dzieci trzeba czasem stamtad odebrać albo po pierogi, nalesniki od babci jechać...
Boję się, że nie bedzie chciał przyjąć moich rodziców na Wigilli...
Odpuścić i jechać do teściów??! Na pewno tak nie zrobię . Ale chcę wiedzieć co Wy byście zrobiły?



















Edytor zaawansowany
  • 17.11.17, 21:42
    Skoro i Ty i dzieci chcecie zostać - to zostańcie. W kolejnych latach moze trzeba zastanowić sie, czy nie umówić sie - raz Wigilia u teściów, raz u Was, chociaż zachowanie Twojego męża nie skłaniałoby mnie do ustępstw.
  • 17.11.17, 22:06
    zrobilabym wigilie tyko w Waszym gronie tj Wy+ dzieci. Do Twoich rodzicow mozna isc przed wigilia polamac sie oplatikiem,albo w 1 lub 2 dzien swiat.
  • 17.11.17, 22:07
    Nie widzę problemu. Święta spędzasz tak jak chcesz. Możesz zrobić wigilię u siebie i zaprosić rodziny z obu stron. Zrobisz ją wyłącznie po swojemu bez dostosowywania się do cudzych obyczajów. Jeśli nie zechcą przyjechać to ich wybór będzie do którego mają prawo. Możesz zrobić wigilię tylko z mężem i dziećmi. Możesz do swoich rodziców. Jeśli mąż nie zachce przyjść do nich to przecież też jego wybór, czym się przejmować, duży jest niech robi co chce. Lepiej samej z dziećmi niż z sfochowanym mężem u boku.
    Tak. Możecie robić co chcecie bo sami ponosicie konsekwencje tego.
    Męża informujesz, że nie masz chęci ani siły jechać na wigilię taki kawał drogi do jego rodziców, że może u jego rodziców zaplanujecie ferie zimowe by ich odwiedzić jeśli chce.
    Jeśli przez lata się dostosowywałaś to się nie dziw, że teraz mąż i otoczenie nie wierzy że ty tak naprawdę teraz chcesz inaczej. Po prostu spokojnie trwaj przy swoim i powiedz mu z wyprzedzeniem, że tak, święta niewyjazdowe. Jeśli ty masz taką trudnośc i nerwy by się niedostosować do oczekiwań męża, to weź pod uwagę, że mąż pewnie ma jeszcze gorsze nerwy że zawiedzie oczekiwania swojej rodziny i zaburzy rytuał. Więc jego nerwów nie bierz do siebie tylko oddychaj głęboko, bądź konsekwentna i rób swoje ze stoickim spokojem kwitując że z w swoich emocjach musi dorosnąć sam, ma już oddzielną rodzinę więc to ona i jej dobro ma być tym najważniejszym a nie zadowolenie rodziców. Zaś jeśli mężowi zależy na spędzeniu świąt z może już bardzo starymi rodzicami to nie musicie jechać na samą wilgilię ale w któryś kolejny dzień lub ferie. Wszystko da się ustalić, nie musi się koniecznie w wigilię drałować kawał drogi.
  • 17.11.17, 22:15
    "Boję się, że nie bedzie chciał przyjąć moich rodziców na Wigilli" co takiego? To moze mu przypomnij ze twoi rodzice zajmuja sie jego dziecmi, wiec niech fochow nie odstawia.
    No i jezeli jednak pojedziesz do tesciow, a kolacja wigilijna jest u tesciow zawsze pozno, nie zaleznie od twoich wysilkow to moze nie warto az tak wiele wysilku wkladac. Zamiast pichcic caly dzien i pakowac nerwowow jedzenia w sloiki, kup uszka zamow gdzies cos z ryby, nakarm dzieci wczesniej i spokojnie sobie posiedz patrzac jak inni sie krzataja, poudawaj ze nie rozumiesz ze oczekuja od ciebie ubierania choinki. Zrelaksuj tez troche, raz w roku nic sie dzieciom nie stanie jak pozno zjedza i pozno pojda spac.
  • 17.11.17, 22:38
    Z tym odpuszczaniem masz rację. I w sumie ostatnio już taką postawę przyjmowałam "niech robią - ja się dostosuję". Mam już teraz duże dzieci i nic nie muszę na czas. Ale wewnątrz nerwy mnie szarpią z powodu braku organizacji. No i takie przyglądanie się z boku też mnie sporo kosztuje, tylko udaję wyluzowaną. Wiem, że to dla mojego serca jest zabójcze.
    Coraz częściej myślę jednak, że mam jedno życie, moje dzieci jedno dzieciństwo i chyba nie chcę już żadnych kompromisów. Jestem już po 40 i czuję, że jak sama nie zadbam o swój nastrój i marzenia to ten żal będzie się potęgował. A to dla życia rodzinnego naszego też niedobre przecież...
  • 19.11.17, 19:33
    Pisalas, ze tesciowie mieszkaja na drugim koncu kraju, skoro tak spraw ujelas to naley wnioskowac, ze ty mieszkam na tym innym drugim koncu kraju, a to daje mniej wiecej 600km.Niechyb poszlo nawet mniej, to zadna miara nie da sie tego pokonac w 2 godziny autem. Zreszta dziwne to jest, ze ktos woli o 12 w nocy wyjezdac majac przed soba zaledwie 2 godziny drogi. Malo prawdopodobne. Super mega ekscentryczne. Powiem szczere - nie wierze. Nawet jak ktos woli jezdzic noca, to w zimie noc juz o 18.00 jest. Nie trzeba czekac do 12.00 w nocy.
  • 19.11.17, 19:54
    Siostry męża mieszkają niecałe 200km od nas. Świetna droga. Nie zmyślam. Własnie tak reagują ludzie kiedy to opowiadam. Nie wierzą. A ja się z tym borykam. I trudno mi przekonać męża, że to nie jest normalne...
  • 19.11.17, 22:27
    On w tym wariactwie wyrosl, to jest dla niego norma. Mysle, ze gdybyś mu nawet stopy przypalala, to nigdy nie przyzna, ze z jego rodzina, w tym z siostrami jest cos nie tak. Przyjrzyj im sie pod katem lekkiego świra, czy czegos takiego nie maja.
  • 20.11.17, 08:16
    Nie wiem czy świra, ale na pewno coś z empatią. U mężczyzn nie byłoby to tak rażące, bo generalnie od mężczyzn mniej się oczekuje takich odruchów. Ale u kobiet z jego rodziny już bardzo. Nienaturalne mi się to wydaje. Bo te wszystkie dziwactwa nie są chyba wymyślane złośliwie, raczej zupełnie bezrefleksyjnie. Może to kwestia wychowania w takim domu, a może syndrom samotnie żyjącej osoby, życia tylko dla siebie bez codziennej troski o innych. A może jest też odwrotnie i wybór samotnego życia był konsekwencją tego braku empatii .
    Wnikanie w przyczyny tych zachowań chyba na niewiele mi się zda.
  • 20.11.17, 10:04
    > U mężczyzn nie byłoby to tak rażące, bo generalnie od mężczyzn mniej się oczekuje takich odruchów.

    Kto ci takie głupoty i destrukcyjne schematy w głowę wtłoczył?? To się teraz nie dziw, że masz takie małżeństwo jakie masz - z takimi poglądami z każdego faceta zrobisz "młotka".
  • 20.11.17, 11:08
    dobromiku napisał(a):

    > na pewno coś z empatią. U mężczyzn nie byłoby to tak ra
    > żące, bo generalnie od mężczyzn mniej się oczekuje takich odruchów.

    No jeśli nie oczekujesz od mężczyzn empatii, to zdaje się, że właśnie dokładnie takiego masz męża. Z rodziny w której empatia nie jest zaletą... I owszem od każdej osoby empatii, troski o innych, zainteresowania, należy oczekiwać. A w stosunku do siebie od własnego męża dużo więcej niż od jego rodzeństwa.
  • 20.11.17, 02:10
    Jak tak jest to nie miej najmniejszych skropulow, asertywnie oswiadcz paniom, ze albo przyjada do godziny 22.00 albo od 9 rano, bo ty masz dzieci i chcesz sie wyspac, koniec rozmowy.
    Asertywnosc, asertywnosc i jeszcze raz asertywnosc, zadne przyjmowanie pan o 2 w nocy. Niech wyjada o 20 izajada na 22, moze byc maly poslizg, drzwi im z tego powod przed nosem nie zamknies, ale to twoj dom, twoje zasady, albo je szanuja albo dowidzenia.
    Nie ma ta rodzina do ciebie szacunku.
    Wierz mi, wiem z doswiadczenia, jak sama na ten szacunek nie zapracujesz, to beda cie dalej dreczyc i na glowe wlazic. Trzeba ich z tej glowy wymiesc. Szybko i konkretnie.
  • 17.11.17, 22:19
    Zamierzam zrobić te święta po swojemu. Chcę się nacieszyć dziećmi póki są jeszcze dziećmi. W sumie od roku żałuję, że wcześniej robiłam to czego oczekiwali inni. A z drugiej strony ciężko mi z tym "stawianiem na swoim", bo mąż uznaje, że to jest wymierzone przeciwko niemu i jego rodzinie. Chyba najbardziej zabolało mnie, że mąż nie traktuje mnie i naszej własnej rodziny priorytetowo. Na co dzień przy takiej odległości nie ma to żadnego znaczenia. Ale w kluczowych momentach typu okazje rodzinne czuję brak jakiejś empatii z jego strony i wspólnego frontu. Taki przykład: jego rodzina ma przyjechać do nas z wizytą. Zapowiada się, ustalamy termin. Ale siostry chcą przyjechać w nocy. Około drugiej. Proponuję by w takim razie przyjechały przed południem następnego dnia. One na to, że wolą prowadzić auto nocą. Mąż nie zajmuje stanowiska, bo się obrażą. A mnie trafia, bo musze wstać o 6, żeby całą imprezę ogarnąć a nie chce wyglądac jak zombie...
    Sama nie wiem czy lepiej sie zamknąć w takich sytuacjach i nie krytykować rodziny męża dla świetego spokoju czy jednak walczyć o swój komfort???
    Ma ktoś takie dylematy?
    Mówić wprost?
  • 17.11.17, 22:25
    Ale w czym problem? Chcą przyjechać o 2 w nocy? To niech przyjeżdżają, zostawiasz ich odbieranie i rozlokowanie do spania wyłącznie na głowie męża, uprzedzając żeby zbytnio nie hałasowali jak przyjadą bo musisz być na drugi dzień wyspana,
    i sama zamknięta w sypialni z koreczkami w uszach śpisz nie zajmując się ich tym co mąż może zrobić sam.
  • 17.11.17, 22:28
    Nie musisz wstawac o 6 tylko oswiadczyc ze o 2 spicie i zapraszacie do godz...i od...

    Pewnie ze warto mowic wprost tylko
    1. czy do meza to dotrze?
    2. jest szansa na zmiane?

    Moze po prostu walczac o swoj komfort toche sie ugryzc w jezyk i nie krytykowac rodziny meza, tylko skupic sie na tym co Tobie jest potrzebne i co czujesz, np wlasnie szwagierkom " chcialabym sie wyspac przed wasza wizyta i wszystko przygotowac,zebysmy milo spedzili wspolnei czas wiec zapraszam nastepnego dnia od godz 7.00 czy 8.00 a nie w srodku nocy. na to one ze wola jecha cnoca, a Ty metoda zdartej plyty jw i tak do skutku.
  • 17.11.17, 22:37
    Co daje ciągłe krytykowanie rodziny męża (zapewne gdzieś koło jego uszu, z pozą "mi tak źle bo muszę ulegać twojej beznadziejnej rodzinie") bez sensownego jasnego komunikowania i stawiania granic przez autorkę? Tylko to, że wychodzi na jędzę która ciągle gdzieś schowana za węgłem sekuje męża rodzinę, więc mąż tym bardziej ustawia się w pozie bronienia rodziny przed jej ciągłą krytyką, czyli utrwalają się te zachowania które autorka niby chce zwalczyć u męża.
  • 17.11.17, 22:46
    Staram się nie krytykować. Raczej formułuję komunikaty, żeby tak tego nie odbierał, bo wiem, że efekt będzie odwrotny. Większość spraw przemilczam.
  • 18.11.17, 10:11
    Ja mam odmienne zdanie w tym temacie. Konfrontacja bezposrednia i twardy konflikt plus twoja betonowa postawa odnośnie tego co postanowilas bardzo dobrze mężowi na rozum zrobia, tylko nie jednorazowo, a konsekwentnie w dlugim okresie czasu. Takie otrzeźwienie bardzo dobrze działa na przerwanie pępowiny i ocucenie z jej oparow... Krotki komunikat do męża, w tym roku spędzamy swieta w naszym domu, zaproś rodziców i sistry, ja zapraszam swoja rodzinę. I tyle. Zero dalszych dyskusji. A czy teściowie i siostry skorzystają z zaproszenia to juz ich sprawa. Konflikt i betonowa postawa, to nic złego, moze ci w długim okresie czasu przynieść wiele korzyści, wiec sie go nie obawiaj. PO PROSTU ROB SWOJE. A przy okazji kolejnej wizyty u teściów ZAWSZE zachowuj sie jak gość, a nie domownik. Bo jesteś GOSCIEM 😃
  • 18.11.17, 11:40
    To gdzie to odmienne zdanie? Bo właśnie powiedziałaś to co większość w wątku twierdzi..
    Autorka musi konsekwentnie wziąć odpowiedzialność za decyzje a nie ciepać się po domu wkurzona wewnętrznie że mąż i rodzina nie dostosowali się do jej niewypowiedzianych oczekiwań i niewdrożonych w życie planów.

  • 18.11.17, 12:24
    Odnosilam sie do wypowiedzi autorki:"Staram się nie krytykować. Raczej formułuję komunikaty, żeby tak tego nie odbierał, bo wiem, że efekt będzie odwrotny. Większość spraw przemilczam."
  • 27.11.17, 08:59
    Aby Twój efekt nie był odwrotny musisz formułować komunikaty odpowiednio ubrana i z uśmiechem na twarzy. Ubrana w sensowną bieliznę. Seksem można rozładować zbędne napięcie miedzy Wami.
  • 27.11.17, 09:00
    Seksowną miało być. 😆
  • 19.11.17, 01:09
    Tutaj zwroce i uwage na pewna kwestie. Piszesz, ze siostry maja do pokonania daleka trase i wola w nocy. pewnie nie jestem kierowca, ale wiedz, ze to wazne w kwestii bepieczenstwa. Ja wole prowadzic w dien, w nocy slabo widze. Ale jak mam do pokonania daleka trase i wiem, ze czekaja mnie haniebne korki, plus dziecko,ktore w nocy spi a nie jeczy to tez wybieram noc na podroze. Rozumie, ze te kobiety moga miec swoje preferencje odnosnie pory dalekiej podrozy.
    Jesli przyjada w nocy to niech przyjmuje ich twoj maz, ty sie wyspij. Jaki problem?
  • 19.11.17, 12:19
    Siostry są po 40, bezdzietne i bez mężów. Trasa to 2 - 2,5 godziny. Przyjazd do godziny dajmy na to 23 byłby dla mnie do zaakceptowania. Proponowałam też przyjazd w dniu uroczystości. Ale odpowiedź brzmiała, że rano wstają dopiero koło 9...
    Mają swoją działalność, dzień zaczynają i kończą późno. To uznałam za egoizm. Siostrami się nie przemuję, wkurzył mnie mąż, który nie wczuł się w moją rolę...
  • 19.11.17, 19:34
    dobromiku napisał(a):

    > Siostry są po 40, bezdzietne i bez mężów. Trasa to 2 - 2,5 godziny. Przyjazd do
    > godziny dajmy na to 23 byłby dla mnie do zaakceptowania. Proponowałam też przy
    > jazd w dniu uroczystości. Ale odpowiedź brzmiała, że rano wstają dopiero koło 9
    > ...
    > Mają swoją działalność, dzień zaczynają i kończą późno. To uznałam za egoizm. S
    > iostrami się nie przemuję, wkurzył mnie mąż, który nie wczuł się w moją rolę...

    Ale nie koncza jej o 12 w nocy.
  • 18.11.17, 01:10
    Brr aż ciary mnie przeszły na myśl o takich świętach.
    Pora trochę naprostować Wasze stosunki, bo faktycznie śmierć Cię zastanie i się okaże, że swojego życia nie przeżyłaś po swojemu. Pierwszy argument podsunął Ci sam mąż - skoro jesteś niewierząca i ten czas jest jak każdy inny dzień, to z jakiej okazji miałabyś się pakować teściom na późną kolację? Zostań w domu, jak co dzień, z dziećmi i rodzicami.
    Jak tak bardzo mąż tęskni i czuje, że nie ma równowagi w relacjach, możecie zaprosić teściów do siebie i przynajmniej zaczniecie kolację o wyznaczonej porze, najwyżej się spóźnią i zjedzą zimne, skoro są tacy niezorganizowani.
    Jest jeszcze jedna opcja - spędzacie święta osobno - on u rodziców, Ty z dzieciakami w domu. Nie wiem tylko, czy nie wyszłaby z tego mała wojenka, ale skoro masz dość jego przedkładania komfortu jego rodziców nad komfort własnej żony i dzieci, to konflikt i tak się szykuje.
    Nie wiem, jak to zrobiłaś, że jechałaś z trojgiem małych dzieci z chorobą lokomocyjną przez całą Polskę. Mnie się przy moim jednym włączyły takie pokłady asertywności i 'wdupiemania', że pół miasta bym nie przejechała, żeby jeszcze komuś choinkę ubierać. Nie licz na to, że skoro się poświęcałaś tyle lat, to czas na odpłatę ze strony męża. Jemu tak wygodnie i prędzej się doczekasz pretensji i focha, że mu przestajesz targać jego nieodciętą pępowinę, niż chęci zmiany.
    Większy problem masz nie z bratowymi, czy teściową, a z mężem właśnie. Rozumiem, że macie szkolne dzieci i on się słowem nie zająknie siostrom, że przyjazd w środku nocy i budzenie dzieci jest durnym pomysłem? Uzbrój się w cierpliwość. Proste komunikaty i metoda zdartej płyty, a może w końcu dotrze, że nie jesteście doczepką do jego rodziny.
  • 18.11.17, 04:56
    Z chwilą założenia rodziny święta można spędzać u siebie, zamiast tułać się po rodzicach jednych i drugich, zwłaszcza z dziećmi. Ty z chorującą trójką latami zapitalałaś na drugi koniec Polski, przybywałaś padająca na ryj i od progu byłaś zaganiana do roboty a to przy żarciu, a to przy ubieraniu choinki. Nie obraź się za dosadność, ale chyba cię kobieto porąbało, żeby rok po roku dawać się wpędzać w taki kanał. A męża podziękowanie dla ciebie za te lata wyrzeczeń? "Pocałuj mnie w dupę", foch i awantura.
    Od tych świąt poczynając spędzacie je u siebie. W zależności od humoru możecie zaprosić nań rodziców. Jeśli nie skorzystają, ich sprawa. Jeśli mąż po raz kolejny walnie focha, jego sprawa. Może sobie sam na święta pojechać do mamusi i tatusia na drugi koniec Polski, widać zresztą, że to jest dla niego rodzina priorytetowa. Z takim mężem nawet nie podejmowałabym dyskusji na temat świąt, po prostu oznajmiłabym, że od dziś spędzacie je w waszym domu, a on jeśli ma z tym problem, to trudno. Ty się już dość w życiu najeździłaś i kupę dostałaś, a nie docenienie, szacunek i podziękowanie ze strony teoretycznie najbliższej ci osoby. Przykre to.
  • 18.11.17, 09:57
    Przede wszystkim warto iść na kompromisy w momencie gdzie takie da się znaleźć czyli np proponujesz mężowi, że święta Bożego Narodzenia spędzacie w domu z Twoimi rodzicami na Święta Wielkanocne jedziecie do jego rodziny. Wielkanoc to same plusy - brak choinki, brak konkretnych pracochłonnych świątecznych potraw, brak prezentów, no i zazwyczaj trzeba się szybko zawijać z powrotem. W ten sposób dasz mężowi do zrozumienia, że szanujesz jego pragnienie spędzania czasu z jego rodziną, bo to też trzeba zrozumieć jeśli ta część rodziny mieszka daleko. Sytuacja gdy mąż jedzie do rodziców sam a ty zostajesz. Dzieci - same zdecydują z kim wolą spędzić święta też jest pewnym sposobem na konflikt interesów. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że to rozwiązanie pasywno-agresywne i może się okazać, że zamiast rozwiązaniem problemu będzie przyczynkiem do przeanalizowania Waszego małżeństwa i Waszych w nim ról oraz wzajemnych oczekiwań. I nie wiadomo co z tego wyniknie.
    Co do przyjeżdżania gości w nocy to ok, niech przyjeżdżają o której chcą ale TY do nich nie wstajesz - niech zrobi to mąż po cichutku, lub po prostu niech sobie wynajmą pokój w hotelu na tę jedną noc i pojawią się u Was przed południem o normalnej porze. No, a jeśli im oraz mężowi te rozwiązania nie pasują - to sorry niech nie przyjeżdżają wcale. to WY jesteście gospodarzami i to WY stawiacie warunki przy zaproszeniu, nie goście. Zwłaszcza, że jak pisałaś w drugą stronę to nie działa - TWOJE prośby o wcześniejszą kolacje wigilijną nie były brane pod uwagę nigdy.
    Z rodziną nie warto iść na udry jak ktoś proponuje, warto jednak jasno określać swoje granice i stanowczo je egzekwować.
  • 18.11.17, 11:47
    Popieram. Tylko żeby to przeforsować, autorka musi sobie to w głowie sama poukładać, swoje prawo do samostanowienia. i się nie nakręcać złością na zmianę z poczuciem winy. trudną sztuką której się trzeba nauczy może się okazać robienie tego w sposób stanowczy ale nieagresywny.
  • 18.11.17, 12:43
    Trafione w sedno. Dziękuję za wszystkie Wasze wypowiedzi. Pomagają mi one porządkować sobie wszystko w głowie. Poczucie winy rodziło sie wcześniej z tego, że mieszkamy blisko moich rodziców, a on ma swoich tak daleko, więc dla niego w sumie były te wyjazdowe święta.
    Jestem z natury osobą ugodową. Jednak włącza mi się opór (a ostatnio złość) kiedy widzę, że potrzeby moje i moich dzieci są lekceważone. I w sumie nie w stosunku do rodziny męża ta złość, bo przecież są daleko i widujemy sie sporadycznie, ale w stosunku do męża właśnie.
    I w sumie to nie jest klasyczny problem nieodciętej pępowiny, bo relacje z rodzicami mąż ma takie suche. Nie mieszka z nimi od 25 lat. Podczas studiów jeździł do nich raz w semestrze nawet.
    Stosunek męża do rodziców jest specyficzny. To taka rodzina, w której do rodziców zwracali się w trzeciej osobie, skadają sobie życzenia z każdej okazji, ale nie rozmawiają o swoich problemach i uczuciach. Mąż z rodzeństwem w dzieciństwie raczej pracował w polu niż miał wakacje.
    Wizyty u tesciów wywoływały konflikty od kiedy pojawiły się u nas dzieci. Chociaż raczej gryzłam się w język niż komentowałam. Może i tak było po mnie widać emocje, a może sam mąż czuł, to co ja, ale nie chciał przyznać. Bywało, że pytali teściowie czy przyjedziemy, więc pakowalismy trójcę, bo sądziłam, że stęsknieni są. Po przyjeździe okazywało się, że teściowa wychodzi do koleżanki na imieniny. Ja, gdy zapraszam gości to szykuję się, tak, żeby nawet w kuchni mieć wszystko zrobione i dla nich mieć czas. Więc mnie to raziło. To nie była jednorazowa sytuacja. Siostra męża nalegała by ja odwiedzić w drodze z wakacji. Czekaliśmy pod blokiem około godziny, bo w CCC była wyprzedaż butów...
    Tacy są jacyś mało przewidujący i empatyczni.
    I wcale nie tacy rodzinni, więc nie jest to taka nieodcięta pępowina tylko nie wiem co...


  • 18.11.17, 13:57
    wdrukowanie, że tak ma być, że dobre dziecko spędza święta z rodziną.

    --
    Tak walczę ze złem
    A zło rośnie we mnie z każdym dniem
  • 18.11.17, 14:17
    alpepe napisała:

    > wdrukowanie, że tak ma być, że dobre dziecko spędza święta z rodziną.

    Niekoniecznie. Być może mąż autorki ma właśnie jakiś niedosyt bycia z rodziną, poczucie tego że jest dla niej mniej ważny niż autorka dla swoich rodziców i dlatego próbuje zabiegać o ich zainteresowanie, a także podsycać tę więź, bo zdaje sobie doskonale sprawę, że gdyby przestał to te związki by praktycznie znikły.
    Moim zdaniem warto przy jakiejś okazji z nim na ten temat szczerze porozmawiać , ale spokojnie bez pretensji wytłumaczyć jak autorka się czuje kiedy jest po zaproszeniu i przyjeździe traktowana jak piąte koło u wozu.
    Nawiasem - ja wcale nie czekałabym godziny pod drzwiami siostry na wycieraczce tylko zapakowałabym się choćby do autobusu lub pociągu gdyby mąż nie chciał i pojechała sama do domu. I dobitnie powiedziałabym mężowi jak się w takiej sytuacji poczułam. Bo jak rozumiem godzina przyjazdu była z siostrą uzgodniona - a nie na zasadzie - to będziemy w piątek po obiedzie.
  • 05.12.17, 21:45

    Myślę, że o to chodzi. Rodzina - nawet niespecjalnie serdeczna, jak opisana tu rodzina męża - to system. Jeśli to rodzina chłopska, to w tym systemie trzymanie się razem jest wpisane niemal w geny. Nawet, jeśli więzi są puste i nawykowe, nawet jeśli chodzi tylko o to, żeby rodzina autorki wątku poniekąd statystowała podczas świąt. Czy żeby były dzieci, naturalni twórcy gwaru i zamieszania. Tak, może o to chodzić - już sobie wyobrażam tę smutną, namaszczoną Wiglię nieszczęsnej czwórki czy raczej piątki (jeśli liczyć brata-syna-męza) bez jedynych rodzinnych dzieci.

    Więc: są tam potrzebni, żeby ich nie niebyło - nawet nie po to, żeby byli, tylko właśnie żeby ich nie niebyło. Myślę, że można to spokojnie olać i dać im wybór - chcecie przyjechać - zapraszamy, nie chcecie - też fajnie, bawcie się wspaniale (akurat...). W sporach z mężem wygrać argument rodziców autorki wątku - pokrzywdzonych przez lata.

    --
    dont hejt de pleja, hejt de gejm
  • 23.11.17, 16:27
    Moze zacznijmy od tego, ze szanujemy tych, którzy nas szanują. Jesli maz nie szanuje zony, to tym samym zona nie ma obowiazku jego szanować i sie z nim liczyć.
  • 23.11.17, 16:37
    zuzi.1 napisała:

    > Moze zacznijmy od tego, ze szanujemy tych, którzy nas szanują. Jesli maz nie sz
    > anuje zony, to tym samym zona nie ma obowiazku jego szanować i sie z nim liczyć

    A ja uważam Zuzi, że szacunek należy się wszystkim, nie tylko tym którzy go w takiej samej mierze odwzajemniają. Małżeństwo nie powinno działać na zasadzie wet za wet, cios za cios. Często coś uwiera, czasem coś się źle układa, bo ludzie przychodzą z rozmaitych domów rodzinnych z często zupełnie odmiennymi przyzwyczajeniami i historiami. To też należy brać pod uwagę. Ale coś ich jednak łączy, z jakiegoś powodu wybrali siebie nawzajem. Więc jeśli to nadal istnieje i przeważa nad niedoskonałościami to zazwyczaj jedna osoba chce sytuację zmienić i zmienia - zaczynając od siebie, albo nie chce nie ma takiej potrzeby, nie widzi możliwości i wówczas kończy związek i odchodzi. Jednakże z szacunkiem nie tylko dla siebie ale i dla drugiej strony. Brak szacunku kończy się zawsze źle.
  • 23.11.17, 19:24
    Należy się wszystkim oczywiście, zawsze na poczatku daje kredyt zaufania i szanuje, ale gdy ktos szanować mnie czy moich bliskich nie potrafi, wówczas traci moj szacunek. Nie potrafię wówczas kogoś takiego szanować.
  • 23.11.17, 16:38
    Trudno mi samej zaakceptować taką myśl, że mąż mnie nie szanuje. Bo generalnie na codzień jest między nami dobrze, normalnie. Jest jednak kilka takich płaszczyzn, na których nie możemy dojść do porozumienia i to tak wypływa od czasu do czasu. Ktoś mógłby uznać, że skoro to tylko kilka rzeczy mi nie pasuje to powinnam odpuścić. Ale dla mnie one są na tyle ważne, że nie mogę się bez nich obejść.
  • 23.11.17, 22:08
    Ktoś kto nie szanuje siebie samego nie będzie też umiał szanować ciebie. Stworzy relację opartą np na władzy, strachu, zaspokojeniu potrzeb czyjąś obecnością itd ale nie na szacunku do drugiej osoby i poszanowaniu siebie i drugiego..
  • 18.11.17, 19:19
    jeżeli rzeczywiście bywasz tam rzadko, 1 raz w roku, to możesz pojechać na wigilię
    z tym że jak masz doświadczenie że zaczyna się o 21, to nie ma sensu być tam wczesniej niż o 20

    jazda trwa 6 godzin, więc jak łatwo policzyć - robisz obiad przed 14 i ruszacie w drogę

    po drodze jeszcze jakaś przekąska w mcdonaldzie (jakiś Fish burger bo to wszak wigilia) i na 20:30 jesteście u teściów
  • 18.11.17, 19:36
    Przecież nie o to chodzi jak sobie ułożyć żeby wigilia u teściów była znośna, tylko jakie argumenty znaleźć w opozycji do presji męża i swojego poczucia winy, że tam jest tak nieznośnie że nie można jechać:)

    Swoją drogą pomysł genialny w prostocie i dziwne że niepraktykowany - dać dzieciom i sobie pospać do południa żeby być wypoczętym przed drogą, a wyjechać po obiedzie i przyjechać tak późno, by to na nich czekano , zaraz siąść do stołu, odprawić rytuały, rozdać prezenty i iść spać.
  • 18.11.17, 19:43
    mapt napisała:

    > Przecież nie o to chodzi jak sobie ułożyć żeby wigilia u teściów była znośna, t
    > ylko jakie argumenty znaleźć w opozycji do presji męża i swojego poczucia winy,
    > że tam jest tak nieznośnie że nie można jechać:)

    no ale jeżeli nie lubi teściowej to nigdy nie będzie takiej chwili że będzie chciała tam pojechać, że tam będzie znośnie
    a więc kompromisowo - jedzie tam tylko jeden raz w roku
    kiedy? - niech będzie że w wigilię

    a jak to zrobić żeby się nie stresować? można m.in. wg mojego przepisu
  • 18.11.17, 20:37
    Rzecz w tym, że to właśnie o ten świąteczny czas chodzi - żeby wtedy odpuścić ten wyjazd. Zrobić dzieciom święta w ich domu, a nie zadowalać innych. I chyba nawet, gdyby tam było przecudownie, to mam prawo zapewnić swoim dzieciom święta według mojej i ich koncepcji. Nie chcę by jako dorośli ludzie nie mieli wspomnień ze świąt w swoim domu. W istocie rzeczy zależy mi na wypracowaniu własnych tradycji, byciu z rodziną w swoich własnych kątach, a nie w obcym.
  • 18.11.17, 20:53
    gdzieś mi tam mignęło (sorki jeszcze nie przeczytałem każdej wypowiedzi) że jesteś niewierząca
    więc co to są święta? - długi weekend tak naprawdę

    nie potrzebujesz wpisywać się w tradycję gotowania kilkunastu, w większości syfiastych, potraw
    możesz pojechać z dziećmi do ciepłych krajów, możesz na narty, możecie przesiedzieć cały dzień w piżamach

    na razie jesteście w pewnym układzie bo teściowie żyją i od czasu do czasu ich synek ich odwiedza, tu zacznijmy od tego - odpowiedz czy chcesz tam z nim pojechać
    a) 1 raz w roku
    b) 0 razy w roku
    c) żadne z powyższych
    do tego trzeba dopasować plany

    u swoich rodziców możesz spędzić dzień świąt - zresztą masz ich na miejscu, a jako że jesteś niewierząca to wiesz o tym że możliwość widzenia się z nimi co sobotę przez cały rok jest warte więcej niż gdybyś nawet miała siedzieć u teściów bite 2 dni 25-26 grudnia

    a z czasem teściowie wyekspirują i będzie prościej
  • 18.11.17, 20:55
    Przeglądałam net w poszukiwaniu podobnych wątków. Większość porad przekonuje do tego by szukać kompromisu i obdzielać swoją obecnością wszystkich (rodziców, teściów), czyli jeździć . A ja z perspektywy czasu wiem, że to się nie musi sprawdzać. Bo u mnie był ten kompromis z mojej strony. Tylko i wyłącznie. Oczy mi otworzyła zeszłoroczna awantura. Bardzo mnie postawa męża podłamała. Nie warto być grzeczną i ugodową, bo jak upomnisz się o siebie, to wychodzisz na nieczułą jędzę.
  • 18.11.17, 21:07
    wg słownika :

    kompromis
    1. «porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw»
    2. «odstępstwo od zasad, założeń lub poglądów w imię ważnych celów lub dla praktycznych korzyści»

    Sama się zastanów co robiłaś, czy to był pkt.1 i mąż też w jakimś zakresie ustępował , czy 2. A jeśli 2 to co dostawałaś w zamian (bo coś dostawałaś na czym ci wtedy zależało bardziej).

    Bo mogłaś od razu w rodzinie ustalić : jedna wigilia u twoich rodziców, druga u moich, trzecia u nas.
    Mogłaś powiedzieć: wigilie u teściów a wielkanoc u moich rodziców albo odwrotnie. Mogłaś powiedzieć: dzieci małe i absolutnie z domu nie ruszam, to wy przyjeżdżajcie i się gośćcie do woli jak chcecie, a jak nie to my dojedziemy do was w wakacje na dłużej. Dużo mogłaś a wybrałaś jeżdżenie tam i podskórne wkurzanie się.
    Może się okazać, że z mężem nie kłócisz się oto gdzie jechać na Wigilię, tylko o całokształt waszej rodziny i stosunków między wami.
  • 18.11.17, 21:52
    No widzisz byłam młoda i głupia i takich zasad nie ustaliłam. Teraz nadszedł w moim życiu taki moment, że chcę z niego wycisnąć jak najwięcej. Z macierzyństwa, z kobiecości, z takiego domowego mikrokosmosu. Pisałam wcześniej, że jestem już po 40. Mam kłopoty z sercem. Więc kiedy, jak nie teraz dać dzieciom i sobie magiczne święta.
    Czytałam dziś w "Zwierciadle" artykuł Eichelberga o świętach. Jest tam fragment o tym, że cyt." święta przygotowuje się dla dzieci, że dzięki temu nasiąkają dobrymi emocjami". I o to mi głównie chodzi. One też artykułują taką potrzebę. Chcą mieć święta jak z reklamy, a ja chcę im namiastkę tego dać. I wiara nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi mi o tradycję, nastrój, poczucie bliskości i dobra. Boli mnie, że te argumenty mój mąż olał. Że ważniejsze dla niego jest usatysfakcjonowanie chyba samego siebie, bo jak pisałam to jego rodzina nieszczególnie na te dzieci wyczekuje...
  • 18.11.17, 22:11
    wiara ma tutaj wiele do rzeczy
    jesteś wolna od poczucia że jak zrobisz tutaj święta to zarabiasz jakieś plusy w niebie
    jak nie chcesz jechać do teściów to ja oczywiście nie namawiam do tego
    ja mam po prostu podejście takie stoicko - zenistyczne i im bardziej ktoś stara się mnie wqrwić jakimiś świętami, tym bardziej mnie to bawi

    co do tego żeby dzieciom robić magię to się zgadzam - żeby nasiąkły dobrymi emocjami
    one już nie wierzą w Gwiazdkę, to jest czas kiedy dostaja prezenty od dorosłych i mogą w spokoju posiedzieć na insta

    a nasączać dobrymi emocjami trzeba je przez cały rok a nie czekać na święta
  • 18.11.17, 23:14
    Porozmawiaj z dziećmi. Magiczne święta w reklamie wyglądają cudownie przez te 2-3 minuty, a potem dekoracje sa zdejmowane, aktorzy zmywają charakteryzację i ida do domu, a pięknie zapakowane pudełka są puste :) A chyba nie o to chodzi :)
    Jeśli chodzi o radość z choinki do sufitu - zaplanujcie kiedy ją ubierzecie, w tym roku wigilia w niedzielę, wiec np choinką można się zająć już w sobotnie popołudnie.
    Czy chodzi o wspólne śpiewanie kolęd ? to nauczcie się jednej, wspólnie
    Czy chodzi o robienie czegoś razem ? przed świętami - wspólne przygotowanie ? w czasie świąt ? spacer po udekorowanym mieście ? parku ? lesie ?
    Swięta grudniowe są starsze niż chrześcijaństwo, które wbiło na imprezę ze swoim bogiem :P Nie ma co sie tłumaczyć z chęci obchodzenia świąt chociaż jest się niewierzącym, ja mówię, ze świętuję Gody (przez 12 dni;)
    Także spokojnie, można cieszyć się magią świąt zupełnie na legalu mając wylane na wszystloe religie świata ;)
    Jeśli rodzice męża są ze wsi (albo małego miasta) wasza wizyta może być też dla nich potwierdzeniem (przed sobą i sąsiadami), że dobrze wychowali syna, bo na każde swięta karnie zjeżdza do rodziców. To czy cokolwiek jest na wasz przyjazd przygotowane czy nie jest mało istotne. Przyjazd na wielkanoc nie ma tego ciężaru gatunkwego..
    pozdr,
    mi


  • 19.11.17, 12:48
    Święta jak z reklamy to spora przenośnia. Zależy mi jednak na tej całej otoczce, nastroju, spokoju i odpoczynku.
    Teściowie pochodzą z małej miejscowości, ale to nie oni nas jakoś usilnie ciągną do siebie na święta, tylko właśnie mój osobisty mąż. Czuję się w czasie świąt jakbym z nim przeciągała linę...
  • 19.11.17, 12:56
    Czy mając meza alkoholika tez pozwalalabys mu się wieść przez życie???? Alkoholizm to tez uzależnienie, podobnie jak pepowina. Wiec czemu pozwalasz na to mężowi związanemu pepowina?
  • 19.11.17, 12:59
    To ze przeciągasz z nim ta linę, jest twoim wyborem, robisz to godząc sie na to głównie poprzez swoja uległość.
  • 19.11.17, 13:31
    Właśnie tak czuję. I czuję, że dopóki nie będę stanowcza to nie odzyskam spokoju. Mam też wrażenie, że to ja muszę poinformować jego rodzinę, co postanowiłam w kwestii swiąt. Może to go oczyści z poczucia niepisanego obowiązku wobec rodziców i sióstr. A ja odzyskam poczucie, że to jednak ja decyduje o zwyczajach mojej rodziny.
  • 19.11.17, 14:16
    Absolutnie go nie wyreczaj w tej kwestii, jego rodzina, jego obowiązek. Wyręczając go pozwalasz mu dalej nic nie robic z byciem oplatanym pepowina. To on musi sie z tym zmierzyć, a nie ty za niego. Gdy go będziesz wyręczać, nigdy tego problemu sie nie pozbędzie. On sie nie oddzielil emocj. od swojej rodziny pochodzenia i stad te problemy. To tez jest praca dla psychologa na terapii, jesli chodzi o niego, to by mu się przydało.
  • 19.11.17, 14:17
    dobromiku napisał(a):

    > Właśnie tak czuję. I czuję, że dopóki nie będę stanowcza to nie odzyskam spokoj
    > u. Mam też wrażenie, że to ja muszę poinformować jego rodzinę, co postanowiłam
    > w kwestii swiąt. Może to go oczyści z poczucia niepisanego obowiązku wobec rodz
    > iców i sióstr. A ja odzyskam poczucie, że to jednak ja decyduje o zwyczajach mo
    > jej rodziny.

    Nie to absolutnie nie Twoja rola, pozwól mężowi na podejmowanie jego decyzji, a ty zajmij się swoimi. On jest dorosły i ma prawo chcieć spędzać święta tam gdzie lubi/jest przyzwyczajony itp. Ty również jesteś dorosła i masz zupełnie takie samo prawo.
  • 19.11.17, 13:07
    dobromiku napisał(a):

    > Czuję się w czasie świąt
    > jakbym z nim przeciągała linę...

    To przestań się w to bawić. Takie gierki kto postawi na swoim są niszczące dla związku.
  • 18.11.17, 22:07
    A co jest złego w byciu postrzegana jako nieczula jedza? W niektórych sytuacjach to wręcz komplement😃
  • 18.11.17, 22:29
    W oczach męża być jędzą? - to słabe. Tym bardziej, że jak sobie nie ułożę tego we własnym łbie to sama tak zacznę mysleć.
  • 19.11.17, 11:37
    Ważne jest jak się czujesz w swoich oczach😃 Pepowina to rodzaj usidlenia emocjonalnego, taki człowiek jest jak ukryty niewolnik, jego rzeczywistość jest znieksztalcona tym ukrytym obciążeniem, jego widzenie jest poprzez to zniekształcone. Jesli tego nie zrozumiesz, będzie ci dalej ciężko i jego zniekształcone oceny bez cie dotykać. To ze niewolnika ciągnie ukrycie do niewoli, nie oznacza, ze jesli ciebie do tej niewoli nie ciągnie, to jesteś jedza...dla niego jawisz sie jedza bo nie masz w sobie tego uzależnienia od niewoli, które on ma, wiec skoro nie podzielasz jego uzależnienia od niewoli to jego zdaniem jesteś jedza...to na wstępie jest bledne myślenie, zniekształcone z uwagi na własne uzależnienie emocj. (pępowinę).
  • 19.11.17, 11:40
    " będą cie dotykać" miało bhc
  • 18.11.17, 20:41
    Hmmm, obawy mam takie, że w takiej sytuacji zanim zasiądziemy do wigilii będzie 23...
  • 18.11.17, 20:54
    dobromiku napisał(a):

    > Hmmm, obawy mam takie, że w takiej sytuacji zanim zasiądziemy do wigilii będzi
    > e 23...

    no i kij, dzieci już nie są takie małe, wytrzymają a nawet będzie to dla nich atrakcja

    a jeżeli wyjdzie naprawdę że od 23, to za rok startujecie z domu o 17-stej
  • 18.11.17, 20:58
    heniek.8,
    chyba jesteś młodym mężczyzną i żarty się Ciebie trzymają
  • 18.11.17, 22:43
    raczej prezentuje luz ktory ja osiagnelam dopiero po 40-tce i zaluje ze tak pozno.
  • 19.11.17, 10:32
    mnie się wydaje, że to jednak jest trochę "problem nieodciętej pępowiny", bo Twój mąż wyprowadził się z domu i rzadko tam przejeżdża, ale na święta zawsze Was tam ciągnie mimo, iż chyba widzi, że jesteście źle traktowani. Chce się pokazać, że mu się udało?że ma rodzinę? odniósł sukces? zasłużyć na uwagę? Zapytaj go jak się czuje, gdy przychodzi do rodzinnego domu. Wiesz, czy lubił święta, gdy był dzieckiem? co go cieszyło, co martwiło, na co liczył? jeżeli święta w jego rodzinnym domu dalekie były od ideału, to teraz może z Tobą stworzyć nowe rytuały i dla swoich dzieci inne wspomnienia, bo w domu rodzinnym tego na co liczy już chyba nie dostanie
  • 19.11.17, 12:40
    Na początku znajomości rozmawialiśmy oczywiście o dzieciństwie. Dlatego wiem, że dzieciństwo mieli oparte przede wszystkim na pracy. Dzieci pomagały rodzicom dorabiać, żeby dom wybudować. Praca na polu, zbieranie jagód w lesie, ale nie dla siebie na przetwory tylko na sprzedaż. No ciężko mieli. Byli bardzo religijni. Mąż mówił gorzko o tym, że szorowali podłogi, sprzatali, gotowali zanim mama wróciła z pracy, ale ona tego nigdy nie doceniała, znajdowała inny powód do pretensji. Pamietam, że miał tez żal o to, że była gotowa w nocy szyć dla jakiegoś kuzyna jakieś pokrowce, a jego rozdartą koszulę olała. Teraz takie wynurzenia ze strony męża by nie przeszły. Teraz nie pozwala sobie na żądną krytykę ani chyba nawet na realną ocenę sytuacji jesli chodzi o wszystko co dotyczy jego rodziny.
    Zmienił się. Ja z kolei czuję się uwikłana w jakąś niezdrową relację mimo, że jesteśmy tak daleko.
  • 19.11.17, 12:58
    Ja sądzę, że oboje zagłębiliście w nierealnych marzeniach. Mąż o cudownej rodzinie pochodzenia, a Ty o cudownych magicznych świętach i radości dzieci z tego powodu jak w reklamie. A tym czasem rzeczywistość jest zupełnie inna. I grać trzeba takimi kartami jakie się ma. I układać relacje z taka rodziną jaka istnieje a nie taką jaka mogłaby być. Jeszcze jedno nie zmienisz męża ani jego rodziny - zmienić możesz jedynie swoje zachowanie, swoją postawę i siebie. Czyli masz do wyboru - powiedzieć mężowi stanowczo że w tym roku nie jedziesz i robisz święta w domu, po swojemu, a on niech robi co chce. Ale ryzykujesz rozczarowanie tym, że męża z Tobą nie będzie a i dzieci w ostatniej chwili zdecydują się jednak na wyjazd z nim.
    Albo wyluzujesz i pojedziesz z mężem do jego rodziców tym razem bez spinki i nierealnych oczekiwań - nie wpinając się w gonitwę rodzinną u teściów, tylko np planując zamiast wieszać firanki - spacer z dziećmi, lepienie bałwana na podwórku, ozdabianie przywiezionych pierniczków, wspólne śpiewanie kolęd czy co tam jeszcze wymyślisz, żeby czuć się maksymalnie dobrze w tej sytuacji..
  • 19.11.17, 13:08
    W grę wchodzi tylko opcja pierwsza. Zostać w domu. Gdybym znowu pojechała to nic się nie zmienia. Narasta we mnie tylko żal, że znowu jestem nie tam gdzie chcę...
    Mąż sam nigdy do swoich rodziców nie jeździ.
  • 19.11.17, 14:19
    dobromiku napisał(a):

    > W grę wchodzi tylko opcja pierwsza. Zostać w domu. Gdybym znowu pojechała to ni
    > c się nie zmienia. Narasta we mnie tylko żal, że znowu jestem nie tam gdzie chc
    > ę...
    > Mąż sam nigdy do swoich rodziców nie jeździ.

    To zadecyduj o swoim pozostaniu w domu, ale decyzję o tym gdzie chce być na święta pozostaw mężowi. Niech on się z tym zmaga.
  • 19.11.17, 11:33
    "Bo jego mama pyta. I że on w takim razie powie jej, że jest chory. " wow! woli okłamać rodziców niż powiedzieć im prawdę?, boi się ich? nie chce im robić przykrości? nie chce ich zranić?
    natomiast:
    "Była awantura. Zranił mnie mówiąc" - ranienie Ciebie przychodzi mu z niebywałą łatwością.
    Czyja rodzina jest dla niego najważniejsza? czyje potrzeby są priorytetowe? jego rodziców czy Wasze?

    Co ja bym zrobiła?
    Zrobiłabym Wigilię u siebie i zaprosiłabym na kolację swoich rodziców i teściów. Zaproszenie jego rodziców zostawiłabym mężowi. Jak to zrobi, to jego sprawa. Nie wie jak? - to niech się nauczy, ma swoje lata, czas dorosnąć i nie tłumaczyć się z podejmowanych przez Was decyzji.
    "Czułam się dziwnie. Nie jak gość, bo robota czekała, nie jak pełnoprawny członek rodziny, którego prośby się szanuje. Oliwy dolewał mąż, bo twierdził, że się czepiam." - spokojnie i stanowczo powiedziałabym, że nie czuję się komfortowo w domu jego rodziców i póki to nie zmieni się to nie będę tam jeździć. W jego interesie leży zmiana tego, nie tylko jemu ma być dobrze.
    " Mąż rok temu mi wykrzyczał, że skoro ja taka jestem, to on też nie bedzie jeździł ze mną do moich rodziców"- zachowanie kilkulatka. Wet za wet. Zrobili mu przykrość? nie szanują go?
  • 19.11.17, 12:58
    Z tą wigilią to widzisz gotowa jestem zrobić ją tylko dla nas. Jakby mężowi nie pasowała obecność mojej rodziny to trudno. Mam elastycznych i tolerancyjnych rodziców. Nie obraziliby się. Ale ja bym chyba czuła się źle. Przez tyle lat nam pomagają, a w tych świątecznych dniach my zawsze wybywaliśmy, bo mąż czuł się w obowiązku jechać do swoich. Teraz zostaniemy ale razem ich spędzać nie możemy, bo mąż ma fochy. No głupie to. Chociaż z drugiej strony po tylu świętach poza domem wg mężowskiego scenariusza mam prawo zrobić wg swojego. A raczej dziecięcego. Córki chcą wigilii z bliskimi,i których maja na co dzień. To też mnie nie dziwi.
  • 19.11.17, 13:06
    A gdybyście zaprosili jednych i drugich rodziców do siebie?
  • 19.11.17, 13:37
    Do teściów zawsze zjeżdżają na święta dwie siostry męża. Bezdzietne i niezamężne - niestety trudne w obejściu jak pisałam gdzieś wyżej. Pobyt z noclegiem przez kilka dni w tyle osób w naszym mieszkaniu też nie byłby najlepszym wyjściem. Siostry mocno narzucają swoje zdanie i zwyczaje....
  • 19.11.17, 14:21
    dobromiku napisał(a):

    > Do teściów zawsze zjeżdżają na święta dwie siostry męża. Bezdzietne i niezamężn
    > e - niestety trudne w obejściu jak pisałam gdzieś wyżej. Pobyt z noclegiem prze
    > z kilka dni w tyle osób w naszym mieszkaniu też nie byłby najlepszym wyjściem.
    > Siostry mocno narzucają swoje zdanie i zwyczaje....

    A po co przez kilka dni - siostry lubią jeździć nocą, to po pasterce wezmą i odwiozą rodziców do domu :)
  • 05.12.17, 21:49
    Nie ma, że narzucają - poćwicz może mówienie 'nie'. Nie 'zobaczymy', nie 'wydaje mi się, że...'. Zacznij od 'nie, na to się nie zgadzam - albo (np) przyjeżdzacie między tą i tą, albo niestety nic z tego'.

    A jak się wygniotą na materacach w salonie albo w dziecinnym, to może w następnym roku nie będą chciały przyjechać. Tęsknić chyba nie będziesz ;)

    --
    feminists aren?t humorless just because your jokes suck
  • 19.11.17, 13:12
    Słusznie zauważyłaś: wolał okłamać niż powiedzieć prawdę. Do ostatniej chwili liczył też, że swoim fochem nakłoni mnie do zmiany decyzji. To było najbardziej rozczarowujące.
  • 19.11.17, 14:23
    Ilu takich nieoddzielonych emocj. mężczyzn z dysfunkcyjnych rodzin jest, którzy zakladaja swoje własne rodziny nie będąc na to emocj. gotowi, a potem robią wszystko pod rodzinę pochodzenia, a nie pod własną. A ich zony cierpią, znosząc nielojalność mężów. Przykre ale takich panów jest bardzo wielu. Gdy sie ma takiego meza, warto to sobie uświadomić i robic konsekwentnie swoje, w sposób zdrowy, nie dawać sie wiklac w pępowinę meza. Motywować go swoja nieprzejednana postawa i konsekwencja do otrzezwienia i przepracowania tematu i zmiany zachowan na zdrowe i lojalne wobec założonej przez siebie rodziny.
  • 19.11.17, 14:49
    zuzi.1 napisała:

    > Ilu takich nieoddzielonych emocj. mężczyzn z dysfunkcyjnych rodzin jest, którzy
    > zakladaja swoje własne rodziny nie będąc na to emocj. gotowi, a potem robią ws
    > zystko pod rodzinę pochodzenia,

    a co ten koleś robi? wyjechał na drugi koniec Polski do żony i chce pojechać na święta do rodziców, raz czy dwa razy w roku

    tymczasem żona ma rodziców na miejscu i zakładam że widuje się z nimi tak często jak chce (w sumie dla tego gościa też może być tak często jak chce te dwa razy, ale ja nie o tym)

    teraz zastanów się i odpowiedz sobie w swoim serduszku czy gdyby to żona wyjechała daleko za mężem i raz w roku by chciala pojechać do swoich rodziców na święta, to czy byś oceniła to w ten sposób? że "emocjonalnie nie jest gotowa na założenie rodziny" i robi "wszystko" pod rodzinę pochodzenia?

    z moich obserwacji np. w pracy wynika że to kobiety w większym stopniu, już po ślubie bardziej przejmują się tym co ma do powiedzenia na dany temat ich mama czy babcia niż mąż, częściej to facet machnie ręką na to "co tam ta moja matka gada, a niech sobie gada zdrowa"
  • 19.11.17, 16:59
    Gdybym czytala to co autorka pisze tak jak ty, czyli wybiorczo i krotkowzrocznie, to pewnie bym to tak ocenila. Ale tu trzeba brać pod uwagę caloksztalt zachowan meza autorki, Wigilia i wyjazd na nią to tylko wierzchołek góry lodowej.
  • 19.11.17, 14:56
    W pełni sie z tym zgadzam, bo tak też zaczynam postrzegać swoją pozycję w tym układzie. Ta "nieodcięta pępowina" mi nie pasuje. Przy tak chłodnych relacjach z rodzicami? Poza tym w grę wchodzą też siostry. Są w naszym wieku, nie mają własnych rodzin. Czy ta pępowina może dotyczyć rodzeństwa? Czasami czułam, że nasze wizyty mają rekompensować tesciom ich niepoukładane życie. Pojawiały sie odczucia, że moje dzieci potzrebne im jak takie maskotki. Zaraz jednak ganiłam się za takie mysli, bo sie wstydziłam a może bałam tej świadomości, ze tak faktycznie jest. Siostry męża też daleko mieszkają. Kiedyś w długi wakacyjny weekend pojechalismy gdzies indziej a nie do tesciów. Siostra zadzwoniła do męża z pretensją, że nam sie dupy ruszyć nie chce. Bardzo sie tym zdenerwował. Nadmienię, że w takiej sytuacji ona też nie pojechała do swoich rodziców.
    Z biegiem lat takich sytuacji trochę się nagromadziło.
    W sumie to gdy jestem sama z moja rodziną u tesciów nie ma we mnie dużych napięć. Zaczynają się przy siostrach...
  • 19.11.17, 16:27
    Pewnie tak jest, że robicie za "maskotki", ale skoro nie chcesz stawić sprawy na ostrzu noża by postawić na swoim, więc jedź na wigilię, ale np. drugi dzień świąt zróbcie sobie u siebie. przygotujcie sobie wcześniej choinkę jakieś ciasto, zostaw prezenty pod choinką. Pojedziecie do rodziny męża, a po powrocie spędzicie trochę czasu we własnym gronie.
  • 19.11.17, 16:38
    W takiej dysfunkcyjnej rodzinie to jest cala struktura i często występujące schematy. Pepowina niodcieta pojawia sie tam właśnie gdzie nie ma bliskich, ciepłych relacji, gdzie dzieci sa obciazane poczuciem winy i slownymi zobowiązaniami wobec rodzicow. Czesto taka siostra potrafi silniej oddzialywac na brata poprzez lata wyuczonej manipulacji, niż jego wlasna zona. W takiej rodzinie jest wszystko poplątane. Jak myślisz dlaczego siostry nie zalozyly własnych rodzin a twój maz zalozyl ale dalej jest lojalny wobec rodziny pochodzenia? To jest właśnie sila razenia toksycznych rodzicow, pozostawiają dzieciom schedę na cale życie, ktora albo przepracuja albo nie. Jest to trudne i przykre jednocześnie.
  • 19.11.17, 16:41
    Poczytaj:narcystycznirodzice.blogspot.com/2015/12/kim-jest-narcyz-czesc-5.html?m=1
  • 19.11.17, 16:45
    I zastanów się ile z tego co wydarzyło sie niefajnego w waszej rodzinie i co ci nie pasuje, wydarzyło sie z uwagi na twoja grzeczność, bierność i dobre wychowanie. Zastanów się kto cie wychowal na taka grzeczna, poddajaca sie z grzeczności konwenansom i potrzebom innych dziewczynke. Ty tez prawdopodobnie pochodzisz z narcystycznej rodziny, podobnie jak mąż.
  • 19.11.17, 16:48
    Tylko u niego w domu byl chlod i pewnie parentyfikacja, a u ciebie byc moze milo ale urobiono cie na grzeczniutka dziewczynke bez własnej woli i charakteru. I podkreslano pewnie zawsze jaka jesteś grzeczna, jaka pilna uczennica itp. Rodziny narcystyczne sa naprawde różne, ale wychodzą z nich poblokowane emocj. osoby, często z syndromem ofiary.
  • 19.11.17, 16:50
    homopsychologicus.pl/jak-wyjsc-z-roli-ofiary/
  • 20.11.17, 09:57
    Chyba muszę sobie wyryć w pamięci tą tabelę. Nie jestem chyba skrajnym przypadkiem "ofiary", ale w tej płaszczyźnie mąż-jego rodzina jak najbardziej wszystko się zgadza. Niby to tylko jakiś wycinek mojego życia i relacji międzyludzkich, ale spędza mi sen z powiek i nie mogę się uwolnić od dyskomfortu takiego psychicznego. Mąż jako osoba skryta, bardzo małomówna, nie chce, a może nie potrafi przegadać tematu.
    Międlę temat w głowie od roku, boję się grudnia, bo chciałabym jasnej czystej sytuacji.
  • 20.11.17, 18:04
    Słuchaj, we własnym małżeństwie naprawde nie możesz się bać. Odwróć role i niech on zacznie uważać na ciebie i na to co zrobisz. Im będziesz bardziej zaskakujaca i stanowcza, tym lepiej. I powiedz mu wprost, " zeby skaly sraly nigdzie w tym roku nie jedziesz".
  • 19.11.17, 17:30
    Masz rację. Żadna rodzina nie jest idealna. Moja była z apodyktycznym ojcem. Na stare lata się zmienił. Z rodzeństwem dopóki mieszkaliśmy razem tłukliśmy się jak opętani. Od kiedy każdy ma swoją rodzinę i swój kąt nie ma między nami takich sytuacji. Każdy żyje swoim życiem. Mamy dzieci, kóre się lubią, więc one nas też łączą.
    Wiem, że z idealnej rodziny nie pochodzę. Wnerwia mnie i matka i ojciec przy dłuższym kontakcie. Ale nigdy się nie oszukujemy, mówimy wprost. No i stosunek do wnuków ode mnie i od każdego z mojego rodzeństwa mają priorytetowy. W sensie: dziecko - najważniejsze. Dlatego wkurzam się, że z własnym mężem muszę dyskutować na temat "czemu z dziećmi z ospą nie chcę jechać w podróż do teściów". Bo z jego strony to jest czasami taki mus, że aż brakuje zdrowego rozsądku.
    Zuzi.1 ma rację - wyjście z roli grzecznej dziewczynki jest bardzo trudne. I dziwne, bo w nastoletnim buncie przestałam nią być wobec rodziców. Jako już dorosła osoba zaczęłam względem rodziny męża.
  • 19.11.17, 17:56
    Bo ten mus typu jazda z dziecmi z ospa, to uzależnienie, narkotyk, wiec tu nie moze być zdrowego rozsądku. Tylko emocj. bodziec i przymus.
  • 19.11.17, 19:34
    Czyli apodyktyczny ojciec spowodował to ze emocj. wyroslas na grzeczna dziewczynke. Po czym mechanizm ten odnowil sie w dorosłym zyciu pod presja meza i jego rodziny, a ty weszlas w to bez mydla, zapominając o sobie i swoich potrzebach. Pomyśl jakiego rodzaju skrypt sie odtworzyl w twojej glowie, zeby wpojony w dzieciństwie automat zsdzialal, moze jeden z tych, bo mężowi należy się posluszenstwo a starszym ludziom szacunek i dlatego od lat poświęcasz siebie i dzieci na ołtarzu...pomysl czy warto.
  • 19.11.17, 17:45
    Siostry męża rodzin nie mają. Jedna miała faceta żonatego, rozbiła małżeństwo, nic z tego jednak i tak nie wyszło. Nie romawia się o tym jednak. Wszystkie dzieci od teściów uciekły daleko. Jest jeszcze starszy brat mieszakający za granicą - nieutrzymujący kontaktu z wyjątkiem życzeń przez telefon. No żal mi teściów, że są sami, ale z drugiej strony nie chcę być jakąś nagrodą pocieszenia.
  • 19.11.17, 18:12
    Oni sa sami bo na to wyraźnie zapracowali. W takich rodzinach tworzy sie zewnętrzny nieskazitelny wizerunek rodziny dla obcych a o problemach sie w środku miedzy sobą nie rozmawia bo to rzutuje na ten wizerunek, często problemy innych w takiej rodzinie nikogo nie interesują, plus wygodnie jest udawac ze wszystko jest ok, tylko...dzieci rodzin nie zalozyly, lub te co zalozyly sa nielojalne wobec malzonka, bo nieodpepowione plus w ramach żadnego rodznnego obrazka dla obcych wszystkie dzieci zjeżdżają naswieta do rodziców...nawet z dziecmi z ospa. Chore to, ale chore rodziny tak maja.
  • 19.11.17, 18:51
    Pomyśl sobie lepiej, ze jezdzac tam wspomagasz wzmacnianie sie pępowiny meza i umacniasz jego uzależnienie. Jesli chcesz mu pomoc, przerwij ten trans, co zaburzy dynamikę tej rodziny a jego wprowadzi w niewygodna sytuacje emocj. Każdy taki niewygodny dla niego krok to krok w kierunku uwolnienia sie z pępowiny. Im więcej takich kroków, tym dla niego lepiej. Im więcej zaczniesz robic wg swoich zdrowych norm, im częściej on sie będzie musial dostosować do tego, tym lepiej dla niego i lepiej dla ciebie
  • 19.11.17, 16:35
    na Twoim miejscu, nie pojechałabym.
    męża równo zjebać od góry do dołu.
    teściom wytłumaczyć, że w tym roku spędzacie święta w domu.
    oni sami tam nie są. mają jeszcze dwie córki.
    jak mąż chce, niech jedzie doi rodziców a Ty z dziećmi spedzcie ten czas tak , jak tego chcecie.
    i nie boj sie. mąż głowy nie odgryzie.
    i co to za zwyczaje, ze jedziesz na drugi koniec Polski a oni zaprzegaja Cię do roboty, jak jakiegoś woła?
    od czego mają swoje córki???



    --
    Ludzie często domagają się prawdy, ale rzadko lubią jej smak.
  • 19.11.17, 16:59
    Autorka sama się pozwoliła zaprząc.
    Jak tamta rodzina od zawsze żyje w systemie, że trzeba się urobić, namęczyć, naharować - a na koniec rodzic przyjdzie skrytykować i zarządzić jeszcze więcej roboty; to tam inaczej nie będzie bo to wdrukowane mają, tym bardziej jeśli mąż od razu w kontakcie z wyjściową rodziną wskakuje w buty tego syna co to robi i nic nie gada nawet jak go źle traktują.
    Znam nawet podobną sytuację u znajomych, może nie aż tak drastyczną że goście do roboty zaprzęgani u rodziców, ale córki niezamężne obowiązkowo mają robić pod dyktando rodziców, natomiast ożeniony brat od początku był tresowany przez żonę że przyjeżdżają jako goście na gotowe, czyli nigdy na wigilię kiedy wszyscy biegali jak oszalali sprzątali gotowali nosili choinki, tylko na kolejny dzień w porze obiadowej- jeśli obiadu nie było gotowego to sobie bratowa z mężem a później z dzieckiem szli na spacer i wracali jak już pozostali czekali z gotowym obiadem. Oczywiście przez takie nastawienie tylko na swoje zyski i zero pomocy, przyjeżdżanie na gotowe, nie byli zbytnio lubiani, tym bardziej że gościną u siebie się nie rewanżowali. Niemniej da się korzystać nawet na takiej rodzinie jak twojego meża, jak od razu się narzuci inny styl i poze "to mnie się należy" a idzie tylko za żoną a nie za pierwotną rodziną.
  • 19.11.17, 17:10
    a MĄŻ idzie tylko za żoną a nie za pierwotną rodziną. Bo tam żona syna nic by nie zdziałała bez męża który to jej wizji się milcząco podporządkował.
  • 19.11.17, 17:21
    No, tu niestety mąż wybiera rodzinę pochodzenia, a gdy żona po latach dogadzania mu w końcu zażądała czegoś dla siebie, to została w oczach męża jędzą. I tu po raz kolejny sprawdza się opinia, że nie warto się poświęcać, bo i tak najczęściej nikt tego nie doceni. Autorce wątku przydałby się porządny trening asertywności (tzn. w-dupie-mania). Mąż nie liczy się z jej zdaniem i to od lat, więc może czas przestać brać męża zdanie pod opinię i zacząć po prostu robić swoje.
  • 19.11.17, 17:35
    Tak niestety bywa często gdy się z swojej wyjściowej rodziny nie dostanie pakietu umiejętności dbania o własne interesy w ramach tej nowej rodziny i konsekwentnego reagowania na rzeczywiste wydarzenia, komunikowania potrzeb, zamiast karmienia się mrzonkami że jak się zagryzie zęby to samo się ułoży.
    Po latach trudniej zmienić utwardzony schemat. Gdyby zastartowała z pamiętaniem też o sobie od razu po ślubie to teraz by było inaczej.
    No ale lepiej późno niź wcale.
  • 19.11.17, 18:35
    Rodziny narcystyczne nie dają pakietu startowego dbania o siebie, bo w takich rodzinach dba sie głównie o dobro rodzicow, a rodzice dbają o to, aby wizerunek ich rodziny byl dobry, a dzieci maja byc przedłużeniem rodzicow ( maja działać tak jak rodzice chcą i maja im przysparzać sobą i swoim życiem splendoru) wówczas wszyscy z zewnątrz będą ich podziwiać i im zazdrościć...
  • 19.11.17, 18:43
    Czas najwyższy tak zrobić!
  • 19.11.17, 20:21
    Czytam o tych narcystycznych rodzinach i może coś w tym jest. Zgadzam się z powyższymi przypuszczeniami dotyczącymi mojej osoby. Nie moge sobie teraz wybaczyć, że byłam taką pierdołą na początku związku. Teraz trudno tupnać nogą bez posądzania mnie o wczesną menopauzę. Temat trawię w sobie od tak długiego czasu, że juz mam dosyć. Najgorsze jest to, że nie sądzę by rozmowa z mężem dała mi coś pozytywnego. Chyba krótka piłka, moje stanowcze nie, w konfliktowych sytuacjach lepiej załatwi sprawę. I wtedy odnajdę spokój.
    Sama się w taki taniec wokół męża rodziców i sióstr dałam zapędzić. I to na odległość.
    Najdziwniejsze jest jednak to, że dopiero teraz składa mi się to wszystko w całość. Człowiek zakochany, nie widzi pewnych symptomów, ignoruje ostrzeżenia.
    Bo przecież rodzina była prawie wzorcowa. Pracowici, dobrzy, ludzie gotowi innym nieść pomoc. Nawet moja mama tak potrafiła powiedzieć, że mam fajną tesciową, bo ona miała swoją na głowie wiecznie wtrącajacą się.
    A pamiętam jak w czasie narzeczeństwa sąsiad tesciów widząc nas z przyszłym mężem pierwszy raz skomentował: kolejna służąca... Wtedy mi się to durne wydało...


  • 19.11.17, 20:57
    No widzisz, powoli odnajdziesz spokój. Zdecydowanie polecam krotka pilke i olej to o co kto cie będzie posadzal, to juz ich problem nie twój. Powodzenia i dzialaj dla dobra swojego i dzieci a mąż będzie musial sie naprostować, bo nie będzie miał innego wyjścia.
  • 19.11.17, 21:27
    Pogodzić się muszę jednak z tym, że lojalności szczerej ze strony męża i empatii chyba mieć nigdy nie będę. Chyba, że da sie to wypracować. Czułabym się lepiej w tym małżeństwie, gdyby mąż potrafił powiedzieć coś w stylu : "Moja żona przygotowuje przyjęcie na 15. Przyjedźcie o normalnej porze, a nie w środku nocy, bo wtedy śpimy". To taki głupi przykład. Ale takie absurdalne rzeczy sie u nas zdarzają. Takie, że nie wiadomo czy płakać czy sie śmiać. Kiedyś podczas świąt chyba wielkanocnych, jak najmłodszą karmiłam jeszcze piersią, więc dzieci małe, zostawiłam towarzystwo i poszłam z dziećmi spać. Mąż został na dole z rodzicami i siostrami. Przysnęło mi się razem z tymi dziećmi. Obudził mnie rumor, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Była 2 w nocy. Schodzę na dół. Mąż tłukł kotlety schabowe, bo mu siostra kazała. Autentycznie.Na chyboczącym sie blacie stad rumor, jakby remont robili. Chyba wtedy z tego nagłego wybudzenia walnełam parę brzydkich słów do męża, bo mi już nerwy puściły. Nie mógł zrozumieć o co się czepiam. Gdy mu powiedziałam, że przeciez wie, że jego dzieci i żona śpią u góry, jest druga w nocy, a o 5:30 ta żona będzie mieć pobudkę, że powinien chronić swoją rodzinę, to on coś o tym, że tylko część jego rodziny śpi, bo reszta jest z nim na dole. Oj, bolały te słowa.

  • 19.11.17, 21:57
    Takie narcystyczne siostry mogą specjalnie powodować tego typu konfliktowe sytuacje miedzy wami, zwyczajnie dla zabawy. Wiec im mniej ich w waszym zyciu tym lepiej.
  • 19.11.17, 21:17
    Takie rodziny potrafią stwarzać naprawde świetne wrażenie, każdy by sie nabral, nie tylko ty. Nie masz co robic sobie wyrzutów. Po prostu zgraliscie sie z mężem i wasze problemy świetnie sie zgraly. A jak mąż reaguje na twoje stanowcze nie? Dasz rade przeforsować swoje? Za jakiś czas daj mu poczytać tego bloga, to będzie lepsze niż rozmowa na ten temat, a potem co przeczyta niech sam ze sobą przetrawi. Problem narcyzmu jest tak specyficzny i głęboko ukryty, ze rozpozna go ktos kto ma wiedze w temacie i doświadczenia własne z takimi ludźmi. Kto z czymś takim nigdy sie nie sptkal, nie ma szans odkryć samodzielnie tajemnicy takiej rodziny i tego z czym ma tak naprawde do czynienia.
  • 20.11.17, 18:18
    Zuzi.1, pytałaś czy daję radę przeforsować z mężem cokolwiek. Kiedy jesteśmy u teściów i jeszcze do tego są siostry to szans raczej nie mam. We własnym gronie więcej moge wskórać. W zeszłym roku, jak pisałam, zostaliśmy w domu na te święta, ale po awanturze i nie wiem czy też nie przez zrządzenie losu tak się stało, bo 23 mąż okłamał matkę, że jest chory, a 24 siedziałam z nim na SOR-ze, bo odnowiła mu się kontuzja, która go unieruchomiła. Nie wyjaśniliśmy, więc sobie wtedy wszystkiego do końca.
    Mam prośbę do tych, którzy rozumieją ten linkowany problem "rodzin narcystycznych" i "rolę ofiary".
    Otóż ostatecznie postanowiłam, że święta spędzamy w domu. I koniec.
    Jak wiecie mąż sam nie jeździ do swoich rodziców. Mi tam źle, więc postanowiłam, nie pchać się tam gdzie źle się czuję, więc ja tych wizyt nie zamierzam już inicjować. Wcześniej planowałam te odwiedziny co jakiś czas, bo wypadało itp. Teraz tego nie chcę robić, bo czuję się w powinności a potem, żałuję, że sama się sprowadzam do roli ofiary właśnie.
    I pojawia się, ale
    Spojrzałam w kalendarz, do świąt są 4 weekendy. Tylko ten najbliższy mam wolny, w pozostałe albo praca, albo jakieś inne zobowiązania. No i wiecie co pomyślałam... żeby jechać na ten weekend, bo boję się, że mąż będzie cisnął na wyjazd na święta argumentem, że dawno nie byliśmy. Czy zaczynać z nim temat juz teraz?
    A z drugiej strony w zeszłym roku byliśmy u nich w listopadzie, ale świąt i tak nie chciał odpuścić.



  • 20.11.17, 18:33
    to moze wbijajcie do nich na nowy rok?
  • 20.11.17, 18:39
    Niech jedzie do rodziców mąż z dziećmi, jeśli im się chce. Możesz wysunąć taką propozycję. Jeśli mąż odmówi, to w okolicach świąt niech nie waży się zawracać ci dupy wyjazdem. Zaznacz to od razu, żeby nie było niedopowiedzeń.
    A sama ciesz się na święta we własnym domu, w gronie osób ci życzliwych, w przez ciebie ustalonym rytmie.
  • 20.11.17, 19:11
    A jak dzieci nie będą chciały? Namawiać na siłę? To też robiłabym wbrew sobie, bo obawiam się puszczać trójkę samą z mężem. Z powodu ich choroby lokomocyjnej. To nie są takie nudności podczas jazdy, tylko autentyczna choroba. Jak ktoś sie z tym spotkał to wie, że oprócz wymiotów, bieguna i dreszcze, trochę jak przy jelitówce. W jedną stronę leki działają, ale kolejna podróż w krótkim odstępie czasu powoduje, że nie są skuteczne. Wolałabym, żeby mąż koncentrował się na drodze. Ta druga osoba podczas jazdy autem jest u nas na dalekie dystanse potrzebna.
  • 20.11.17, 19:21
    Nie, absolutnie nie namawiać dzieci, jeśli nie chcą jechać. Niech jedzie w takim razie mąż, a wszyscy razem możecie się wybrać po Nowym Roku, jak będziecie mieć wolny weekend.
  • 20.11.17, 19:31
    I wpadł mi jeszcze do głowy taki pomysł. Nie dasz rady pomieścić teściów i szwagierek, ale przecież szwagierki mieszkają dwie i pół godziny drogi od was, tak? No to gościcie teściów na noc, a szwagierki po wczesnej wigilii u was mogą wrócić do domu, co za problem? Chyba, że nie życzysz sobie rodziny męża na wigilii, to wtedy nie ma o czym mówić. Twój dom, twoje zasady.
  • 20.11.17, 20:35
    Czy dzieci przy takich odczuwanych objawach naprawde rozważają wyjazd? Toż to katorga dla nich?
  • 20.11.17, 20:42
    Pozostawilabym decyzje odn. wyjazdu z mężem dzieciom.
  • 20.11.17, 21:32
    U nas sama jazda jest problemem. Niestety rezygnują nawet ze szkolnych wycieczek autokarowych, takie trzydniowe wyjazdówki na długie dystanse odpadają. Na wakacje jedziemy zawsze na dłużej, lądujemy do jakiegoś punktu, z którego jest dużo do zwiedzania w odległości do 10 km. No mamy z tym utrapienie.
    Myślę, że jak ktoś się wczuje w moją sytuację z tymi teściami na odległość przy takiej lokomocyjnej chorobie, to zrozumie, że ja zawsze po takiej podróży czułam, że poświęcam i siebie i dzieci, a na miejscu z kolei czułam rozczarowanie, że nikt na nas nie czeka, nie liczy z ich i moimi i potrzebami, że jadę niby w gości, a jak nie przywiozę ze sobą jakiejś zupy lekkostrawnej, żeby po tych rzygawkach zjedli, to zaczynam od wizyty w biedronce i od gotowania czegoś na te wyrzygane żołądki. Nie wiem, może ja też jestem nadgorliwa w przyjmowaniu gości, ale wolałabym nadskakiwanie niż olanie
  • 20.11.17, 22:06
    Zacznij sluchac swojej intuicji, przestań się dostosowywać do innych, zacznij sluchac siebie i sobie ufać, masz do tego prawo. Strasznie mi cie szkoda i dzieci tez. Zacznijcie zyc tak jak lubicie i róbcie to co wam służy, a nie to co powoduje nieprzyjemności. To jest proste, czujesz dyskomfort, nie rob tego i nie naginaj siebie i dzieci. Jak mąż chce skakać kolo rodzinki to niech skacze ale bez wciagania w to ciebie i dzieci. Chce jechac, niech jedzie, nawet sam.
  • 20.11.17, 22:35
    Zuzi.1, jesteś psychologiem?
    To co przed chwilą napisałaś to mój cel.
    Trudno mi będzie jednak układać to z mężem, bo odbiera to jak heniek.8, jako atak na niego i jego rodzinę. Z reguły nie roztrząsam tego co mi nie pasuje albo czego oczekuję od jego rodzinyi, bo na najdrobniejszy komentarz reaguje złością albo fochem, a on też nie ma na to żadnego wpływu. Dochodzi do takich absurdalnych sytuacji. Na przykład: teściowa stawia na stół sałatkę z majonezem, nakładamy sobie na telerze, pierwszy kęs, wszyscy spoglądają po sobie, po chwili wiem dlaczego, bo zaczynam jeść, sałatka skisła, upał był, no trudno. Mówię głośno, że skiśnięta, ale mąż mnie pod stołem kopie. Żeby jego mamie nie było przykro gotów zeżreć tą sałatkę z siostrami. I przez taką głupią sałatkę znowu się kłócimy, bo "Tobie zawsze coś nie pasuje, a twoja matka to święta". Ja o sałatce, a on o matce.



  • 20.11.17, 22:42
    o co chodzi że traktuję to atak na rodzinę??
    ja jestem o wiele bardziej od ciebie odczepiony od rodziny, odporny na naciski rodziców itp.

    nawet jak widzę że ktoś próbuje grać (np. w jakąś rywalizację) to zachowuję się tak jakbym nie odbierał sygnałów i rozgrywający zostaje sam

    sytuacja z sałatką: gdybym się zorientował że jest skiśnięta to bym jej nie zjadł, ale bym też głośno nie mówił że skisła bo i po co? a może innym smakuje to po co im obrzydzać?
  • 20.11.17, 23:18
    Oj, heniek.8,
    swoim dzieciom pozwolisz zjeść nieświeże?!
  • 21.11.17, 06:09
    > swoim dzieciom pozwolisz zjeść nieświeże?!

    a myślisz że jak im pozwolę to zjedzą? pierwsi powiedzą że im nie smakuje

    ale to dzieci, mówią co myślą, natomiast uważam że dorosły kiedy zauważy tego typu niedociągnięcia to może to przemilczeć (bo takie są zasady prostej kultury).

    jedziesz tam, atmosfera jest napięta, a ty jeszcze dorzucasz krytykę żeby dolać oliwy

    sprawa dzieci - masz już nastolatka, a zachowujesz się jakbyś musiała za niego myśleć. przecież on(czy ona) wszystko sam sobie może poukładać - czy zjeść sałatkę, czy pojechać do babci, czy założyć niebieską czy zieloną kurtkę

    dzieci to jest twoja tarcza która cię chroni bliższym związkiem z mężem.
  • 20.11.17, 23:21
    Czyli powiedziałaś głośno "skiśnięta" i co dalej mówiłaś? Jak już to powiedziałaś to postarałaś się o zminimalizowanie efektu np słowami "chyba się trochę skwasiła, nie wydaje wam się? dla mnie za kwaśna, szkoda, bo mamo napracowałaś się, ale to nic, nie przejmuj się, zjemy co innego" .
    Mogłaś rozładować atmosferę jednym zdaniem i pokazać, że można o takich sprawach nieagresywnie rozmawiać i nie będzie to koniec świata.

    Wyobraź sobie, że to teściowa jest u Ciebie w mieszkaniu i rzuca hasło "gruba jesteś", albo "brudno tu". No brudno bo np właśnie dzieci z mokrego podwórka w butach wbiegły, ale poza tym sprzątałaś przez tydzień na jej przyjazd. Założę się, że byś to odebrała osobiście i wcale nie fajnie się czuła słysząc "tylko prawdę" .

    Mąż ci sugeruje, że często sekujesz jego rodzinę a gloryfikujesz swoją.
    Czy tak jest? Mówisz o tym jak jego jest zła, chyba ani zdania o zaletach kogokolwiek z nich. Twoi rodzice wspaniali pomocni zaangażowani, tylko kiedyś tam ojciec despotą był.
    A Twoje poglądy to takie, żę facet może nie mieć empatii, ale kobieta powinna mieć, nie tak jak siostry męża.
    Dla mnie to misz masz.
    Naprawdę przydała by ci się sensowna terapia, chyba jakaś grupowa najlepiej, żeby porozbijała twoje jakieś takie fałszywe schematy i żebyś zacząła żyć życiem realnym i grać kartami jakie faktycznie masz, a nie tymi które sobie wyobrażasz i zinterpretujesz swoim schematem myślowym wyniesionym z niezbyt zdrowego domu.
    A jakby się mąż zgodził na wspólną terapię to by było genialnie. Choć przypuszczam, że raczej się pokłócicie na taką propozycję. Więc na początek idź sama, by potencjalna propozycja była podana tak, żeby się nie pokłócić.
  • 21.11.17, 06:44
    Chryrte, sytuacja jest absurdalna, bo to ja robiłam tą sałatkę. Stała po kolacji na stole długo to i na śniadanie skisła. I widzicie ja nie mam problemu z teściową. Wszyscy stwierdzili, że sie popsuła. Sałatka znika ze stołu. Tematu nie ma. Potem już na osobności pytam czemu on mnie kopał pod tym stołem i wtedy lawina złości na mnie.
    Mam taki chaos w głowie, że poszłabym na terapię własnie.
  • 21.11.17, 07:04
    przeczytaj jak opisałaś sytuację z sałatką w pierwszym wpisie o niej.
    moim zdaniem wykręcasz tu kota ogonem
    a na dodatek masz 13 latka który chodzi spać o 20 i musi zapytać mamy czy jeść sałatkę której nie lubi

    trzeba było sałatkę wywalić teściowej na ten ondulowany łeb
  • 21.11.17, 11:22
    dobromiku napisał(a):

    > sytuacja jest absurdalna, bo to ja robiłam tą sałatkę. Stała po kolacj
    > i na stole długo to i na śniadanie skisła. I widzicie ja nie mam problemu z te
    > ściową. Wszyscy stwierdzili, że sie popsuła. Sałatka znika ze stołu. Tematu ni
    > e ma. Potem już na osobności pytam czemu on mnie kopał pod tym stołem i wtedy l
    > awina złości na mnie.

    Ty nie masz kochana problemu z teściami ani z siostrami męża, masz duży problem z MĘŻEM i jego reakcjami. Co to znaczy lawina złości? Dlaczego nie powiedziałaś na głos przy stole - dlaczego mnie kopiesz? Dlaczego ignorujesz jego reakcje i tłumaczysz go przekonaniem, że mężczyzna ma prawo nie być empatyczny? Dlaczego tolerujesz jego niedopuszczalne zachowania?
  • 21.11.17, 11:59
    Autorka ma problem z mężem i swoim KOMUNIKOWANIEM SIĘ z nim i z otoczeniem.
    Ja się nie nauczy zdrowej komunikacji to będzie mieć przemocowy związek do usr... śmierci.
    Ale uparła się twierdzić, że mąż jest w porządku a tylko przy jego rodzinie dostaje świra. Czyli zrzucamy odpowiedzialność na obcych byle na własnym podwórku syfu nie ruszać i nie musieć nad związkiem pracować.
  • 21.11.17, 14:33
    Ja wiem, że problemu z teściami i jego rodziną nie mam. Tylko właśnie z mężem. W tym poście o empatii mężczyzn i sióstr, chyba źle się wyraziłam. Bo od męża to jej najbardziej oczekuję.


  • 21.11.17, 14:46
    dobromiku napisał(a):

    > Ja wiem, że problemu z teściami i jego rodziną nie mam. Tylko właśnie z mężem.
    > W tym poście o empatii mężczyzn i sióstr, chyba źle się wyraziłam. Bo od męża
    > to jej najbardziej oczekuję.

    Wiesz takie oczekiwanie to psu na budę, możesz do uśmiechniętej śmierci tak oczekiwać. Nie zmienisz męża ani jego rodziny. Zmienić natomiast możesz siebie i swoje podejście, co może pociągnąć zmiany u męża. Pożądane albo nie, ale warto przynajmniej w takiej sytuacji ze sobą i swoimi wyborami czuć się dobrze, a nie jedynie spełniać całe życie cudze oczekiwania wbrew sobie i jeszcze zbierać po głowie.
  • 21.11.17, 14:55
    Masz rację. I akceptuję fakt, że jego rodziny nie zmienię. Próbuję sobie wszystko poukładać, a swoje podejście zmienić. Ja mam wrażenie jednak, że mąż nie może się pogodzić z ta moją nową postawą
  • 21.11.17, 17:37
    mapt napisała: " Mąż ci sugeruje, że często sekujesz jego rodzinę, a gloryfikujesz swoją". Raczej tak nie jest. Od bardzo długiego czasu zdaję sobie sprawę, że jest na tym punkcie nadwrażliwy i po prostu nie wypowiadam myśli na ten temat rodzin naszego pochodzenia. Poza tm nie mam takiej potzreby wyświęcania rodziców swoich. Zwróc uwagę, że nie napisałam, że są wspaniali, bo wcale tak nie czuję, napisałam, że pomagają nam zwłaszcza logistycznie, bo tak w istocie jest. Poza tym mąż słyszy jak z bratem i szwagierką, siostrą i szwagrem gadamy o zachowaniu mojego ojca czy matki aktualnym albo z przeszłosci. Co więcej on też sie wypowiada w tej kwestii.
    Wiedząc, że jest taki nadwrażliwy na punkcie swojego domu pochodzenia, próbując z nim rozmawiać np. o tych zeszłorocznych świętach mówiłam: chciałabym, marzę o tym, potrzebuję spędzić święta w domu, wiem, że Ty wolałbys jechać, ale zależy mi na spokojnych świętach, a na wyjazdowych zawsze sie kłócimy, może spóbujemy inaczej...... . itd. Przygotowywałam się do tej rozmowy, bo spodziewałam się takiego przebiegu jaki był. Jego reakcja mimo wszystko była ostra. I jakby obok tematu: "Tak! Bo moja rodzina to jakaś patologia! Już ja wiem co Ty myślisz o moich siostrach!". Zbiło mnie to z tropu, nie potrafiłam podjąć tematu na nowo, tłumaczyłam, że chcę porozmawiać o naszej piątce, ale stwierdził, że on wie o co mi tak naprawdę chodzi. Nie potrafiłam już dalej pociągnąć dyskusji, nie dałam rady. Nawet teraz jak to piszę to mam trzęsawkę.
    Poszłabym do psychologa, ale czuję, że pozytywny efekt dla naszej rodziny dałyby też wizyty męża. Na razie mam wrażenie, że to ja widze problem, a on twierdzi, że wymyslam, robię z igły widły i tp
  • 21.11.17, 18:06
    Oj, widać wyraźnie, że twój mąż ma potężne kompleksy na tle rodziny pochodzenia. Zwłaszcza w porównaniu z twoją rodziną, która choć idealna przecież nie jest, to jednak panują tam ciepłe stosunki, a członkowie rodziny ze sobą rozmawiają. Co ty tam wcześniej pisałaś? Że w rodzinie męża ludzie zwracają się do siebie nawzajem w trzeciej osobie, że nikt nie rozmawia o uczuciach, a dzieci były i są od wykonywania zadanej roboty. Nie mam wątpliwości, że w gruncie rzeczy to twój mąż widzi swoją własną rodzinę jako patologię, ale paradoksalnie to ciebie o to oskarża. Na twoim miejscu nie podejmowałabym tematu jego rodziny w ogóle i w żadnych okolicznościach. Mąż nigdy bez porządnego przepracowania tego tematu na terapii nie przyzna, że ma niezdrowe relacje z rodzicami i rodzeństwem. Tu za każdym razem będziesz się kopać z koniem. Dlatego sama idź na terapię, żeby się wzmocnić psychicznie do walki, jaką będziesz toczyć z mężem. Bo on ci tych wyjazdów świątecznych przecież nie odpuści i sama doskonale o tym wiesz.
  • 20.11.17, 23:38
    Nie, nie jestem. Ale pochodze z lekko narcystycznej rodziny i mam meza, który kiedys byl podobny do twojego i tesciowa hipochondryczke narcystyczna. Meza przecwiczylam tak, ze juz zadna pepowina go nie uwiera, a zrobiłam to poprzez sprzeciw na jego i jego rodziny zachowania. Mój bezwgledny, betonowy, aktywny sprzeciw😃 Da sie to zrobić. Tylko Ty zeby odnaleźć siebie w sobie potrzebujesz terapii, z uwagi na urazy spowodowane przez despotycznego ojca. Mój ojciec byl tylko lekko zdystansowany do mnie, z natury mam mocny charakter i nikt mnie emocj. nie okaleczyl, dlatego sobie poradziłam w podobnej sytuacji do twojej. Dlatego trzymam za ciebie kciuki i liczę na to ze dlugookresowo pójdziesz na terapie i zaczniesz TY SAMA rozdawać karty w swoim zyciu. MASZ DO TEGO PRAWO! A życie wówczas jest super.
  • 20.11.17, 22:27
    Wyjdź z pozy ofiary i przestań zmuszać do tego dzieci, to się sprawy same naprawią. Idź na terapię najlepiej bo wygląda, że zbyt wiele ci despotyczny tatusiek wtłoczył "niemożności" w charakter byś sobie sama poradziła nie tylko z mężem, ale za jakiś czas z buntem nastolatków itd.
  • 19.11.17, 17:00
    Rozumiem, że goszczenie czterech osób (teściowie, dwie szwagierki) w waszym mieszkaniu nie wchodzi w grę. A u twoich rodziców? Mogliby przyjąć pod dach zięcia dwie siostry na jedną noc?
    Proponuję, abyś wigilię zrobiła u siebie w domu i zaprosiła rodziców i teściów. Jeśli nie chcesz teściów na wigili, zaproś ich na pierwszy i drugi dzień świąt. Oni wigilię spędzą tradycyjnie u siebie z córkami, więc bez tragedii.
    I żeby ci do głowy nie wpadło uginać się po raz kolejny przed fochującym i awanturującym się mężem i targać dzieci na drugi koniec Polski, skoro NIKT, z wyjątkiem twojego męża, nie chce tam jechać. Daj dzieciom i sobie szanse na normalne święta pod własnym dachem.
  • 19.11.17, 17:35
    Problemem jest odległość. 500 km. Wizyty zawsze były z noclegiem. I taką opcję z nocowaniem rodziny męża praktykowalismy przy okazji różnych uroczystości. Teraz kiedy moi rodzice mają już też swoje lata nie chce fundować zwłaszcza mamie takiego prezentu na święta.
  • 19.11.17, 17:41
    W takim razie hotel, hostel, kwatery w waszej okolicy? W ostateczności materace na podłodze lub coś w ten deseń. Nikomu korona z głowy nie spadnie, jak się jedną czy dwie nocki prześpi w takich warunkach. Swego czasu u moich rodziców w trzypokojowym mieszkaniu święta spedzali: oboje rodzice, ja z mężem, brat z żoną i dwójką dzieci i babcia. I daliśmy radę. Raz w roku można taką aranżację przeżyć.
  • 20.11.17, 02:19
    Generalnie odrazu widac, ze rodzina meza cie nie szanuje, a maz jeszcze nie do konca przerwal pepowine w domem rodzinnym.
    Nie masz wyjsc musisz postawic sprawe jasno i konkretnie.
    Pogadaj z mezem, powiedz mu prosto i konkretnie (jak facetowi) o swoich uczuciach i przekaz mu jakie rozwiazania poprawilyby twoje samopoczucie.
    Dalabym szanse rodzinie, ale ostatnia i konsekwentnie sie tego trzymala.
    Zapowiedzialabym mezowi (i jego rodicom oraz sioistrom) ze jesli wigilia nie zacznie sie o 19.00 ze wzgledu na dzieci to bedze to ostatnia twoja wigilia w domu rodzinnym meza. Choinke niech ubiora dzien wczesniej a firany zawiesza dwa dni wczesniej.
    przywiez se soba na wszelki wypadke jakas mala choinke juz przyozdobiona i jesli sie nie wyrobia oswiadcz, skoro sie nie wyrobiliscie jak prosilam to tu jest choinka (ta druga wlasciwa bedziemy ubierac jak skonczy sie wigilia i dzieci pojda spac), firany tez powiesimy po Wigili i albo przystana na te warunki albo kladziesz konsekwentnie spac swoje dzieci.
    Ale musisz byc twarda.
    Jak w jednym roku odstawisz im taki numer, to wierz mi w kolejnym beda chodzic jak w zegarku.
  • 20.11.17, 07:58
    Chyba to nie jest rozwiązanie dla mnie. Tych "ostatnich razy" było już tyle, że na kolejny nie chcę tracić nerwów. To są dorosłe osoby - nie zmienię ich. Poza tym nie zależy mi już na tym, by to u nich te świeta miały ręce i nogi, tylko na tym by mąż zaakceptował nasze święta we własnym domu.
  • 20.11.17, 21:32
    taaa maz autorki odwiedza matke raz doroku w czasie swiat co jest nipodwazalnym dowodem ze ma pepowine nieodcieta, zawsze mnei bawia takie 'mandrosci'. A ta rada by zagodnic dzieci do lozek przed wigilia - tak sie zatanowiam kogo niby autorka ma tym ukarac, chyba najbardiej dzieci bo to je zwykle wigilia, choinka i prezenty ciesza bardziej niz doroslych.
    No i jak wiadomo w zyciu rodzinny chodzi o to by wszyscy chodzili jak w zegarku i tak jak im matka/zona/synowa zagra.
  • 20.11.17, 21:51
    z dziećmi widać że matka próbuje grać "ja nie jestem wroga wobec ciebie mężu, tylko dla dobra dzieci"

    tak, 8-latki potrafią wytrzymać na weselu do rana, ale naszej bohaterki dziubdziusie muszą iść się przebrać w piżamki po dobranocce
  • 20.11.17, 22:12
    heniek.8,
    wroga dla męża to ja się faktycznie robię po tylu latach bycia milusią. Dziećmi nie gram. Sama jadę na awiomarinie, wiem co to znaczy.
    Jak już wcześniej pisałam mąż sam do rodziców się nigdy nie wybrał. Nie miałabym nic przeciw temu. Ale nawet nie miał takiego pomysłu.
  • 20.11.17, 22:20
    aviomarin czy nie - moim zdaniem są to na tyle duże dzieci że mogą zadecydować czy chcą jechać czy nie
    dla ciebie to jest spina bo wyczuwasz że czegoś tam szwagierki oczekują, a dla dzieci może to jest fajny wyjazd, no i prezenty dostaną

    a ty na 2 dni przed wigilią dostaniesz rotawirusa, powiesz mężowi żeby przekazał że bardzo żałujesz ale nie mogłaś przyjechać żeby nie pozarażać wszystkich
  • 20.11.17, 22:23
    A jak jest między tobą a mężem w innych sprawach codziennych. Bo ciężko mi uwierzyć, że tylko w kwestii jeżdżania do jego rodziny i zachowania jego sióstr macie problemy. A tak trochę brzmisz, jakbyś właśnie lata niedogadywania się z mężem chciała przypiąć do tej nieszczęsnej wigilii u teściów i ich ożenić w "winę" , a co do reszty swojej komunikacji codziennej z mężem to nadal zamiatać pod dywan i nie rozwiązywać problemów.
  • 20.11.17, 22:48
    W codziennych sprawach mąż nie jest nerwusem. Wkurzamy się o różne rzeczy, ale nic nie jest tak naładowane emocjami. Spiny mamy tylko podczas tych wyjazdów, albo po nich.
    Ale prawda jest też, że jeżeli wiem, że jakieś jego zachowanie wynika z tego, że coś mu siostra natruła przez telefon, to omijam ten temat. No i może stąd ta kumulacja emocji u mnie ...
  • 21.11.17, 07:57
    Ja w podobnej sytuacji zawsze doprowadzalam do konfrontacji slownej i wyciagalam na wierzch ukryta w manipulacjach meza i jego rodziny prawdę i zawsze mówiłam niewygodna dla niego prawdę o jego rodzinie. Na poczatku myślałam ze mnie wysadzi w powietrze ze złości, a potem juz bylo coraz lżej i lżej aż w koncu odczadzial i przejrzal na oczy. Dużo dali to ze wiedział ze ja widzę drugie dno w manipulacjach i nie pozwolę sobie wciskać kitow i zrobię z tym aktywnie porządek, w razie czego pozbywając sie bezpardonowo z zycia bezempatycznych manipulantow.
  • 20.11.17, 22:03
    Nie odwiedzamy teściów raz w roku. Właśnie ten jeden raz w roku podczas świąt chciałabym tego wyjazdu uniknąć.
  • 21.11.17, 13:52
    Mąż w dzieciństwie też tak między dziadkami kursował? Czy tez spędzał święta z rodzicami w domu?
  • 21.11.17, 14:10
    Święta zawsze spedzał tylko w domu z rodzicami i rodzeństwem. Dlatego próbowałam na spokojnie najpierw mu wyjaśnić, że chciałabym, żeby nasze dzieci też miały święta we własnym domu. Powiedziałam mężowi, że chcę je im urządzić, że niedługo wyrosną, i okaże się, że nigdy tych rodzinnych świąt blisko siebie, tak naprawdę razem nie przeżywaliśmy. A ja już na tym etapie tego żałuję. Warunki i moja pozycja w domu tesciów są specyficzne. Tak jak pisałam ni to gość ni to domownik.
  • 21.11.17, 14:28
    To dlaczego jego dzieci nie mogą?
    Mnie zdumiewa ta dzisiejsza maniera ganiania po teściach i rodziców, zwłaszcza, jeśli odległości duże i są dzieci. My na początku związku to ustaliliśmy i nie ma ganiania po Polsce. Ja mam zawsze w robocie ciężki koniec roku i święta to jedyny czas na odpoczynek. Nie będę go spędzać w samochodzie.
  • 21.11.17, 14:49
    No widzisz. Długo na macierzyństwo musiałam czekać, więc na poczatku małżeństwa nie robiło mi to różnicy gdzie święta spędzamy. Byliśmy sami to jeździliśmy. Jak pojawiły się dzieci to dopiero zaczęły się spięcia na tym punkcie. Dalej jeździliśmy mimo, że było to dla mnie trudne nawet fizycznie. W nie swoim domu z trójką dzieci do ogarnięcia - zmęczona byłam. No, ale nie chciałam izolować męża od rodziny, chciałam by dzieci znały dziadków, sama nie wiem jak to się stało, że po prostu sama się dałam wmanewrować w taki układ. Spięcia były wtedy, gdy nie chciałam jechać, bo dzieci miały ospę, bo była śnieżyca itp. Moje powody były wtedy takie zdroworozsądkowe, nie emocjonalne, ale mąż od razu reagował jakbym mu coś chciała odebrać albo na złość zrobić.
    Teraz mam po prostu silną potrzebę integracji naszej własnej piątki. Poza tym przy szkolnej trójce te święta są też okazją do odpoczynku.
  • 21.11.17, 14:51
    Wiesz, skoro to trwało latami, to niestety odkręcanie też może być czaso- i energiochłonne. Nawyki trzeba zastąpić innymi nawykami.
    Czy jest opcja, żebyście odwiedzili teściów w innym terminie, przed lub po świętach?
  • 21.11.17, 15:02
    W zeszłym roku, gdy mąż był unieruchomiony na święta, to pojechaliśmy na ferie. W wakacje też zatrzymujemy sie na dłużej. Na Wielkanoc, 1 listopada, 15 sierpnia też jeździlismy jak był długi weekend. Także to nie jest tak, że tych wizyt nie było.
    Dopiero ostatnio kiedy mnie kilka sytuacji mocno wyprowadziło z równowagi zaczęłam unikać tych wyjazdów weekendowych.
  • 21.11.17, 15:09
    Bądź dobra dla siebie:-)
  • 21.11.17, 15:58
    Dziękuję Ci kim5 za Twoje posty. Mam takie zapętlenie myśli, że myli mi się asertywność z egoizmem.
  • 22.11.17, 09:49
    Do usług:-) Przerabiałam takie klimaty i rozumiem, jak to jest:-)
  • 21.11.17, 15:43
    Mam kocioł w głowie. Nie wiem czy sama sobie z nim poradzę. Nie czuję sie na tyle silna w tej chwili, by wchodzić w dyskusję z mężem.
    Najlepszym rozwiązaniem dla mnie z mojego punktu widzenia jest unikanie w najbliższym czasie tych wizyt u tesciów, podczas których sa siostry męża. Wtedy czuję sie najgorzej, mąż tego nie rozumie, łykam sobie jakieś meliski, kalmsy itp, żeby jakoś przetrwać.
    Nikt mi tam wyraźnie krzywdy nie robi, a zawsze wracamy skłóceni. A co mnie wyprowadza z równowagi?
    Opisałam sytuację "sałatkową", a to jest taki wierzchołek góry lodowej.
    Sytuacja sałatkowa jest tegoroczna. Wakacje. Urodziny teściowej. Jedziemy w piątek po pracy. W sobote wypadają urodziny, tesciowa zaprasza na 16 brata, kilku znajomych i sąsiadów. Są też siostry. Schodzą w okolicach południa ze swoich pokojów i stwierdzaja, że ich mama nie ma odpowiedniej garsonki. No to jadą do miasta większego na zakupy. Teściowie mieszkają na wsi. Jest to dłuższa wyprawa. Około 15 dzwoni do mnie siostra męża, że zaraz Ci goście będą, żebym podgoniła obiad. Przygotowuję ten obiad, wspomnianą sałatkę itp. Nakrywam z córkami stół itp. itd. Przyjeżdzają z tą garsonką równo z gośćmi. Teściowa nawet jej nie zakłada, krząta się, szuka serwetek. Siostry coś tam robią na górze. Kiedy już wszyscy siedzimy przy stole, teściowa dalej się krząta jak nakręcona, szuka serwetek ładniejszych, zmienia ręczniki w łazience itp. Mój mąż mówi do niej: "Goście są, niech mamusia usiądzie". Tesciowa na to, że jeszcze coś trzeba przygotować. Mąż mówi, że to juz nie ważne, żeby siadła, że wczesniej trzeba było to zrobic, a nie teraz przy gościach. A teściowa na to: "To wcześniej trzeba było pomagać".
    Cała sytuacja jest prawdziwa chociaż trudno w to uwierzyć. I tam często dochodzi do takich sytuacji, na które nie mam wpływu, a uczestnicząc w nich źle sie czuję i denerwuję.
    Dlatego wolę unikać.

  • 21.11.17, 15:57
    Z unikania się bierze wściekłość. Wściekłość na własną słabość, którą przekładasz na rzekome źródła Twojego wnerwu:-) Nie warto. Będzie Cię to gryzło.
  • 21.11.17, 18:40
    dobromiku napisał(a):

    > . Mąż mówi, że to juz nie ważne, żeby siadła, że wczesniej trzeba było to zrobi
    > c, a nie teraz przy gościach. A teściowa na to: "To wcześniej trzeba było pomag
    > ać".

    No, a co w tym akurat takiego strasznego? Teściowa najwyraźniej lubi być zaaferowana, czuje się przez to ważna albo kontrolująca sytuację i nie potrafi odpuścić takiego krzątania. Taka jest i nic jej nie zmieni. Trzeba było spokojnie odpowiedzieć że wszyscy pomagaliście, a teraz chcecie by teściowa usiadła z Wami do stołu bo stygnie a czekacie tylko na nią.
  • 21.11.17, 19:50
    dobromiku napisał(a):

    > Mój mąż mówi do niej: "Goście
    > są, niech mamusia usiądzie". Tesciowa na to, że jeszcze coś trzeba przygotować
    > . Mąż mówi, że to juz nie ważne, żeby siadła, że wczesniej trzeba było to zrobi
    > c, a nie teraz przy gościach. A teściowa na to: "To wcześniej trzeba było pomag
    > ać".

    w literaturze tematu często przypomina się o tym żeby używać komunikatu "ja"
    a twój mąż tutaj przekroczył to, tekstem "trzeba było to zrobić wcześniej"
    wiele osób odbiera to jako atak (transakcję Rodzic do Dziecka wg nomenklatury TA) i odpowiada jak niesforne dziecko rodzicowi. tak też było w tym przypadku.

    jednak twoja rola w tej sytuacji jest komfortowa bo nie wikłasz się bezpośrednio w Grę. możesz ją czytać i przewidywać następne ruchy ale nie musisz się jej poddawać.

    życie jest tragedią dla tych którzy czują i komedią dla tych którzy myślą - kiedy poznasz parę myczków to będziesz patrzyła na teściową, jej córki, twojego męża i ich chocholi taniec, a w środku będziesz pękała ze śmiechu
  • 21.11.17, 20:45
    heniek.8 napisał:

    "życie jest tragedią dla tych którzy czują i komedią dla tych którzy myślą - kiedy poznasz parę myczków to będziesz patrzyła na teściową, jej córki, twojego męża i ich chocholi taniec, a w środku będziesz pękała ze śmiechu " - tak właśnie ( ze śmiechem ) od jakiegoś czasu patrzę na rodzinę męża i swoją rodzinę pochodzenia - czy to oznacza, że jestem nieczułą istotą?
  • 21.11.17, 21:59
    ale potrafisz oddzielić postać odgrywaną od osoby wykonawcy?
    na komedii się śmiejesz ale do aktora podchodzisz jak do człowieka?

    wtedy może i nie jesteś cyniczna i nieczuła
  • 21.11.17, 21:51
    Tyz prawda :-) ale zeby tak sie stalo musi odzyskać poczucie własnej wartości i stać sie wewnętrznie silna osoba. Wówczas nabierze do towarzystwa dystansu, a gdy będzie trzeba to i obsztorcuje.
  • 21.11.17, 22:04
    sorki ale nie widzę wartości w "obsztorcowaniu", wszelkiego rodzaju awanturach, opinii "jędzy" itp.

    uważam że bez krzyku można wyjaśnić 99% sytuacji (w pozostałych 1% należy się ewakuować) jasno komunikując swoje zdanie, chociażby stare dobre FUKO
  • 21.11.17, 22:46
    To teoria a praktyka wygląda tak ze jeden wybiera ewakuacje a inny walkę. Dla mnie ewakuacja często rowna sie brak skłonności do wysiłku i lenistwo. Zwiazek jest do naprawy najpierw a nie do wyrzucenia. Wyrzucam i ewakuuje sie jedynie w sytuacjach nienaprawialnych i ostatecznych, szczególnie gdy sa dzieci. Obsztorcowanie to nic innego jak stawianie czynne granic, nie wiem dlaczego kojarzy ci sie z krzykiem.
  • 21.11.17, 23:11
    napisałem że ewakuacja to 1% przypadków a odpowiadasz jakby to było główne zalecenie
    oprócz "walki" jest po prostu mniej widowiskowa praca, w szczególności nad sobą

    "obsztorcowanie" sugeruje że ty masz jakąś władzę, że masz po swojej stronie rację, a inni mają się dostosować
    ale niestety rzadko tak jest że zuzi sama żadnych błędów nie popełnia, za to widzi wszystkie grzeszki u teściowej, u męża itp.

    już nawet sama twoja persona internetowa (więc duże wykrzywienie, może być krzywdzące bo nikt cię osobiście nie widział i nie rozmawiał), styl, całokształt - to wszystko sugeruje że pod tym pozorem altruistycznej "pracy" na forum, ożywienia gdy tylko pojawi się ktoś z konfliktem z teściową itp, coś się kryje głębszego
  • 21.11.17, 23:52
    heniek.8 napisał:

    > ale niestety rzadko tak jest że zuzi sama żadnych błędów nie popełnia, za to wi
    > dzi wszystkie grzeszki u teściowej, u męża itp. - widzi, bo jej to przeszkadza i uwiera

    > już nawet sama twoja persona internetowa (więc duże wykrzywienie, może być krzy
    > wdzące bo nikt cię osobiście nie widział i nie rozmawiał), styl, całokształt -
    > to wszystko sugeruje że pod tym pozorem altruistycznej "pracy" na forum, ożyw
    > ienia gdy tylko pojawi się ktoś z konfliktem z teściową itp, coś się kryje głęb
    > szego - Zuzi ma doświadczenie w obcowaniu z konfliktlwą teściową to doradza forumowiczom z tym problemem tak jak księgowy doradzi w sprawach księgowych, budowlaniec w sprawach budowy. Księgowy nie doradzi w sprawach budowlanych, bo nie ma doświadczenia w budowie.
  • 22.11.17, 06:35
    wiem, ale chodzi też o styl, kiedyś tu pisała pani Agnieszka, nie wiem czy pamiętasz, potrafiła dojść do sedna ale jednak każdą sprawę ująć rzeczowo i subtelnie
    i to jest styl za którym się opowiadam
  • 22.11.17, 19:25
    Wiesz Heniek, każdy ma swój styl 😃 ja nad subtelności przedkladam twarde konkrety, bo ze mnie silna osoba jest i żaden toksyk mi nie straszny juz. Ale również cenie styl Pani Agnieszki, za delikatnosc wyrazania i trafność opinii. Choc jak napisałam preferuje silny konkret, bo działa szybko i skraca cierpienia 😉
  • 22.11.17, 19:18
    To ze ty nie dopuszczasz do swojej świadomości, ze ktos cos moze robic altruistycznie to juz twój problem :-) ja oczywiście jak każdy z nas jestem człowiekiem z wadami i przywarami, ale pochodze z rodziny ktora rozumie, ze dorosly człowiek odpepawia sie od rodziny pochodzenia i żyje własnym życiem. Moi teściowie i mój maz tego nie rozumieli i uważali ze maja racje w swoim postepowaniu. Wiec sie nasze racje starly i zaprowadzilam w swojej rodzinie zdrowe standardy. I Malo mnie prawdę powiedziawszy interesuje, czy rodzice meza maja o to do mnie żal, a mąż odczadzial z uzależnienia i raczej nie zaluje, ze nauczył sie rodzicom stawiać granice i stawiać zalozona przez siebie rodzinę na pierwszym miejscu, nie zapominając przy tym o rodzicach, gdy to jest konieczne, czasem ich potrzeby są realizowane jako pierwsze, ale nie odbywa sie to kosztem dzieci czy mnie, jak to miał w zwyczaju robic kiedys. Wiadomo, ze jak się przeszlo w zyciu takie cyrki, to można służyć własnymi przemyśleniami z praktyki, moze komuś sie to przyda. Tylko autorka ma większy problem, ze spuscizna negatywna ktora pozostala po jej wychowaniu przez agresywnego ojca. To jest cos co jej ciąży i przeszkadza zadbać o siebie, dzieci o rodzinę. A mąż wychowany w swojej zaburzonej rodzinie, przekonany ( podobnie jak moj kiedys) ze normy jego rodziny da norma i nieodpuszczajacy, stanowi dla autorki nie lada wyzwanie i problem.
  • 21.11.17, 23:05
    Ani trochę nie mogę dostrzec tego, że moja sytuacja jest komfortowa, bo ja tego tańca w tej chwili nie jestem już w stanie nawet oglądać. Bo czuję się mimowolnie uwikłana w te dziwactwa. Rozwala mnie taki brak organizacji.
  • 22.11.17, 06:40
    czujesz się uwikłana, teraz pytanie jak się z tego wyplątać
    trochę pomaga wiek (niepokojące jest że jesteś już 40+ i do tej pory nie było olśnienia)
    trochę lektury
    najbardziej pewnie by pomogło wsparcie ze strony kogoś kto widzi tamtą sytuację jaka jest i pokazuje palcem elementy rozgrywki - ale nie wiem czy jest ktoś taki

    może któreś twoje dziecko będzie pierwsze które przełamie schemat
  • 22.11.17, 08:15
    Heniek.8 napisał: "niepokojące jest, że jesteś już 40+ i do tej pory nie było olśnienia)" to mnie też przeraża, jak zdałam sobie sprawę, że moje odczucia maja jakieś uzasadnenie i uznałam, że nie mogą być błahe, całkiem nieuzasadnione, to w pierwszym momencie było mi wstyd za siebie, a potem żal, że tak późno to olśnienie nastąpiło....
    Heniek.8, napisał też: "może któreś twoje dziecko będzie pierwsze które przełamie schemat" i nie wiem co do końca miał na myśli, ale jeżeli to, że któraś córka w dorosłym życiu nie będzie powielać błędów z mojego małżeństwa, to mam nadzieję, że jednak zanim zaczną dorosłe życie mi sie uda coś poprawić w naszych relacjach z mężem. Teraz córki proszą o święta w domu, za jakiś czas mogą mnie zapytać: "a czemu my nigdy nie spedzaliśmy świąt w domu, skoro Ty chciałaś i my chciałyśmy?" i to przeraża mnie to, że tak późno przerwam ten impas. I wiem , że te święta w całej mojej historii nie są najważniejsze, są trochę takim symbolem ....
  • 22.11.17, 09:52
    dobromiku napisał(a):

    >Teraz córki proszą o święta w domu, za jakiś czas mogą mnie z
    > apytać: "a czemu my nigdy nie spedzaliśmy świąt w domu, skoro Ty chciałaś i my
    > chciałyśmy?"

    A dlaczego nie odeślesz ich do ojca, żeby z nim pogadały na ten temat - niech on wie, że nie tylko Tobie zależy na świętach w domu, niech negocjuje wyjazd również z dziećmi nie tylko z Tobą. I nie, nie jest to granie dziećmi przeciwko mężowi. To uświadomienie wszystkim w rodzinie, że należy zawierać kompromisy oraz, że można mieć różne zdania.
  • 22.11.17, 10:47
    Mąż słyszy jak rozmawiają o tym. Ja nie chcę, żeby myślał, żę to ja napuszczam na niego dzieci. Bo to wcale tak nie jest. Zależy mi na tym , żeby spędzać świeta na miejscu, ale jestem daleka od grania dziećmi, a wiem, że on to tak odbierze. Sytuacja jest tak wielowarstwowa, że trudno mi to wszystko na raz opisać.
    Moje rodzeństwo ma dzieci trochę tylko młodsze od naszych. Córki oglądając zdjęcia gdzieś u babci zatrzymują sie przy tych z wigilii i okołoświatecznych i widzę po oczach, że mają żal, że kuzyni tam są, a ich nie ma. Mąż sugeruje w takich momentach, że to ja im coś takiego wmówiłam. To nieprawda. Dzieci ciagnie do dzieci, imprezy z prawie rówieśnikami dodają radości. Ja rok temu sprawę postawiłam jasno - od teraz święta BN w domu. Mąż pewnie o tym pamięta, ale rozmowa wiadomo jak się potoczyła, więc mam wrażenie takiego zawieszenia. Nie chcę się stawiać znowu w pozycji żony i matki proszącej ojca swoich dzieci, żeby święta były w domu..... To chore jakieś...
    Tak jak pisałam wcześniej, po zeszłorocznej akcji szykowałam wigilię w domu tylko dla nas, bo mąż powiedział, że skoro ja nie chcę jechać do niego, to on do moich rodziców też nie będzie jeździł. Zgodziłam sie z tym, bo w gruncie rzeczy na tym mi zależało. W dzień wigilii mąż wylądował na SOR-rze, czekałam z nim w tym szpitalu do późna. W domu wszystko rozgrzebane, siostra wzięla moje dzieci, żeby same nie siedziały i koniec końców byliśmy na tej wigilii u moich rodziców. Przez przypadek właściwie.
    Miotam się teraz czy zaczynac z nim temat już teraz...

  • 22.11.17, 10:51
    dobromiku napisał(a):

    > Córki oglądając zdj
    > ęcia gdzieś u babci zatrzymują sie przy tych z wigilii i okołoświatecznych i w
    > idzę po oczach, że mają żal, że kuzyni tam są, a ich nie ma.

    dlaczego rodzina twojego męża nie może przyjeżdżać do was na Boże Narodzenie - na przykład co drugi rok?

  • 22.11.17, 11:31
    Nie wiem. Bo u nich w rodzinie to dzieci mają ten obowiązek wobec rodziców? Bo mają dom na wsi i kury i psa? Bo na święta przychodzi do teściowej jeszcze jej brat? Bo siostry męża rzadko przyjeżdżają do swojego domu i chcą spędzić święta w swoim rodzinnym domu? Bo my mamy mieszkanie, a oni maja duży dom? Powodów tego, że to jednak my musimy do nich jechać mąż znajdzie mnóstwo.
    Pamiętam jak robiliśmy chrzciny nastarszej córki to teść narzekał, że u nas tak ciasno, po schodach trzeba wchodzić, że mogliśmy u nich w parafii zrobić itp.
    Jak mieliśmy inną większą imprezę rodzinną to proponowałam teściowej, że mąż po nich pojedzie wcześniej, bo ma wolnego dużo, to i odpoczną po podróży i pobędą z wnuczkami, a po imprezie znowu sobie odpoczną i mąż ich na luzie odwiezie. Ale wtedy wcięła się siostra męża, że teściowie pociągiem do niej przyjadą, i to ona ich przywiezie. Logiki ani wygody dla tesciów nie było w tym żadnej ale tak własnie zdecydowali.


  • 22.11.17, 12:02
    dobromiku napisał(a):

    > Nie wiem [...]

    no tak
    wygląda na to, ze oboje z mężem jesteście przywiązani do swoich własnych a odmiennych sposobów spędzania Świąt - i tych dwóch wizji pogodzić sie nie da: ty chcesz, aby było tak, jak w twoim rodzinnym domu, twój mąż chce, aby było jak w jego - czyli całkiem inaczej

    na dodatek ty nie akceptujesz rodziny twojego męża

    z boku patrząc widzę to tak: ty z dziećmi i swoją rodziną, twój mąż ze swoją, bo pogodzić waszych interesów sie nie da (wyraźnie widać, że rodzina męża na twojej wigilii burzyłaby twój obraz świąt z twoich marzeń

  • 22.11.17, 11:54
    >Mąż słyszy jak rozmawiają o tym.

    -a z mężem ktoś o tym rozmawia? córki mówią do ojca na ten temat czy gdzieś obok lub za plecami? czy w ogóle nikt z was z nim nie rozmawia na co dzień ani on z wami i w sensie emocjonalnym jest osobnikiem ignorowanym na łonie rodziny?


    > Córki oglądając zdjęcia gdzieś u babci zatrzymują sie przy tych z wigilii i okołoświatecznych i widzę > po oczach, że mają żal,

    - ty "widzisz po oczach" ??
    a nie łaska zapytać wprost i to przedyskutować? nie robić nie wiadomo jakiej tajemnicy tylko po prostu pytać wprost i mówić wprost, a nie bawić się w własne wymysły i interpretacje które ponoć z czyichś oczu "wyczytasz" ?

    >Nie chcę się stawiać znowu w pozycji żony i matki proszącej ojca swoich dzieci, żeby święta były w >domu..... To chore jakieś...

    -no chore, chore. jak od dawna absolutnie nie chcesz jeździć bo tamta rodzina to samo zuło, to po jaką cholerę jeździsz? mąż cię wiąże i wlecze za włosy do auta i tam zawozi, czy jednak to ty pakujesz te dzieci, robisz barszcze i sałatki, wsadzasz do samochodu i grzecznie sama też wsiadasz?

    > Miotam się teraz czy zaczynac z nim temat już teraz...

    -w rodzinie normalnie komunikujących się ludzi rozmowy są prowadzone na bieżąco co kto myśli, czuje, zamierza, pragnie, ma w planach. Nikt nie musi się domyślać co ta druga osoba chce, "wyczytywać z oczu", ukrywać z pomysłami, milczeć żeby nie było awantur, wrzeszczeć żeby stanęło na jego.
    Zamiast konkretnie komunikować o co ci chodzi ty się bawisz w "czytanie z oczu" dzieci i kombinowanie za plecami męża milcząc i nakręcając stres, ustawiona w pozie "jak pan się nie zgodzi to ja się rozpłaczę, potem będę chodzić z fochem ale zrobię co chce i zagonię dzieci by robiły co pan każe".
    W ten sposób traktując męża i nie stawiając mu od lat wymagań ani nie komunikując swoich DECYZJI (a tylko bzycząc za uchem z jakiej to złej rodziny pochodzi) sama częściowo tworzysz z niego wrednego potwora. Gdybyś była konkretna i nie zostawiała podejmowania ostatecznej decyzji na jego głowie, nie wchodziła jak w masło w rolę podwładnej i bez prawa głosu, to te cechy by u siebie minimalizował bo nie miałby wyjścia, na rzecz współpracy z tobą.


    "John mieszkał na farmie leżącej na kompletnym odludziu, o kilkanaście mil od najbliższej siedziby człowieka. Pewnego razu postanowił zrobić porządki w swym ogrodzie. Ale nie miał sekatora, wybrał się wiec po niego do swojego najbliższego sąsiada. Ponieważ dzielił go od niego szmat drogi (John szedł piechota) facet z nudów zaczął po drodze kombinować jak to będzie gdy już dojdzie do kumpla...
    "Ja powiem "cześć" a on się zapyta co mnie sprowadza. Wiec powiem mu, że chcę pożyczyć sekator. On się pewnie zapyta po co mi sekator. Wiec ja mu powiem, że to nie jego interes. No to on powie, ze jak sekator jest jego to chce wiedzieć po co go pożyczam. Wiec ja jemu powiem..."
    No i John pokłócił się sam ze sobą. I gdy po paru godzinach dotarł do celu to aż się gotował ze złości. Załomotał pięścią w drzwi. Sąsiad otworzył.
    - O, cześć stary! Co cię sprowadza?
    - W DUPIE MAM TWÓJ SEKATOR!!! - wrzasnął John i zawrócił do domu."
  • 22.11.17, 12:16
    No jestem tym Johnem od sekatora, ale na dodatek nie wrzeszczę i nie zawracam do domu. Chcę to zmienić.
    Nie gadamy za plecami ani po kątach. Mąż jest z nami przecież przy stole, na kanapie, a one paplają na okragło. Ale jest zazwyczaj biernym słuchaczem, nie dąży do rozmów, generalnie mało mówi. Ja mam potrzebę gadania, więc to do mnie należy inicjowanie trudnych tematów, bo mąż nie zacznie.
    Napisałam, że widzę po oczach, ale też słyszę, wiem co czują moje dzieci, bo mi o tym mówią, a ja pytam.
  • 22.11.17, 11:28
    to dobrze, że widzisz, że święta to taki symbol nierozwiązanych spraw. Tutaj kluczowa jest sprawa przepracowania z mężem waszej małżeńskiej relacji. Ty nie jesteś wierząca, a Twój mąż? Macie ślub kościelny? Jeśli tak to wykładnia Kościoła Katolickiego w sprawie małżeństwa jest jasna. Najważniejsza dla męża powinna być żona i na odwrót. Stawianie rodziny pochodzenia ponad dobro rodziny, którą się założyło jest sprzeczne z katolickim podejściem do małżeństwa. Jeżeli małżonek autorytetu kościoła nie uznaje to musisz trafić do niego w inny sposób. Nie poddawaj się tym, że on albo się złości albo wycofuje. To dla niego jest trudne i nie załatwicie tej sprawy do grudnia.
    Gdybyś Ty była pewna swego a Twoje małżeństwo dobre to humory teściowej i szwagierek spływałyby po Tobie jak po kaczce. Ustalenie gdzie spędzacie święta odbywałoby się sprawiedliwie.
    Zrozumiałaś jak nie chcesz żyć ale walka o to jak chcesz nie będzie łatwa.
  • 22.11.17, 11:58
    Mąż pochodzi z bardzo religijnej rodziny. Z chwilą wyprowadzenia się na studia mu przeszło. Odwołanie się do wartości katolickich byłoby chyba nieskuteczne. Jednak już wczesniej myśłałam o tej kościelnej wykładni małżeństwa. U jego rodziców faktycznie tak było i jest. Żona i mąż są naważniejsi, dzieci to tylko dodatek. Nie wiem tylko czy te dzieci są szczęśliwe.
    Jak wspomniałam im dłużęj jesteśmy małżeństwem tym mniej mąż mówi wprost o swoim domu rodzinnym, o rodzicach. Ani pozytywnie ani negatywnie.
    Ostatnio robiłam córce urodziny w domu. W sobotę zaprosiła koleżanki, w niedzielę kuzynostwo. Mój mąż powiedział wtedy do bratowej, że to dziwne czasy, bo jak był mały to urodziny wyprawiało się dla rodziców, a teraz to imprezy urządza się dzieciom.
  • 22.11.17, 12:10
    dobromiku napisał(a):


    > Jak wspomniałam im dłużęj jesteśmy małżeństwem tym mniej mąż mówi wprost o swoi
    > m domu rodzinnym, o rodzicach. Ani pozytywnie ani negatywnie.


    wcale mnie to nie dziwi

  • 22.11.17, 12:16
    dobromiku napisał(a):

    > Ostatnio robiłam córce urodziny w domu. W sobotę zaprosiła koleżanki, w niedzie
    > lę kuzynostwo. Mój mąż powiedział wtedy do bratowej, że to dziwne czasy, bo jak
    > był mały to urodziny wyprawiało się dla rodziców, a teraz to imprezy urządza s
    > ię dzieciom.

    Że co? Imprezę urodzinową zawsze urządza się dla obchodzącego urodziny - (a on zaprasza kogo chce), a nie dla jego rodziców, koleżanek czy kuzynostwa.
  • 22.11.17, 12:26
    U męża w domu obchodziło się urodziny rodziców. Nie dzieci.
  • 22.11.17, 12:35
    dobromiku napisał(a):

    > U męża w domu obchodziło się urodziny rodziców. Nie dzieci.

    w różnych domach są różne zwyczaje

    taka uwaga na marginesie: ludzie często wychodząc za mąż lub żeniąc sie nie biorą pod uwagę rodzin współmałżonków, nie myślą o tym
    a tymczasem po fakcie zawsze nieomal okazuje się, że te rodziny mają jednak znaczenie, że zwyczajnie istnieją i są dla współmałżonka bardzo ważne (to przecież ich mama, tata, rodzeństwo)

    stara prawda, że zanim wyjdziemy za mąż dobrze jest przyjrzeć się rodzinie kandydata - czy będzie nam z nimi po drodze



  • 22.11.17, 12:45
    wagonetka napisał(a):

    > stara prawda, że zanim wyjdziemy za mąż dobrze jest przyjrzeć się rodzinie kand
    > ydata - czy będzie nam z nimi po drodze

    No tak, to prawda - dla dobra związku obie rodziny powinny być podobne, należeć do podobnej sfery (jakkolwiek to dzisiaj brzmi). Niemniej jednak tutaj już po zawodach. Należy pracować nad małżeństwem w sposób rozsądny. Zadbać o siebie, ale i nie tracić z oczu męża i jego potrzeb. Inaczej można przegrać małżeństwo. Rozmowy i komunikacji swych potrzeb każdego można nauczyć. A kompromisy wbrew zdaniu, że są zgniłe bywają często najlepszym wyjściem. Na miejscu autorki powiedziałabym mężowi wprost że w tym roku zamierzam zostać w domu i urządzić w nim święta, powiedzieć, że rozumiem jego potrzebę spotkania z rodziną i zapytać czy chciałby np odwiedzić rodziców w Sylwestra i Nowy Rok i powiedzieć że wówczas chętnie się z nim wybiorę.
  • 22.11.17, 12:50
    aqua48 napisała:

    > Na miejscu autorki powie
    > działabym mężowi wprost że w tym roku zamierzam zostać w domu i urządzić w nim
    > święta, powiedzieć, że rozumiem jego potrzebę spotkania z rodziną i zapytać czy
    > chciałby np odwiedzić rodziców w Sylwestra i Nowy Rok i powiedzieć że wówczas
    > chętnie się z nim wybiorę.

    tak
    zaproponowałabym również, aby na wigilię pojechał do rodziców sam, że ona po latach chce wigilię spędzic ze swoimi rodzicami - bez gniewu i obrazy, bo czasem kompromisów po prostu nie ma, tak jak tu


  • 22.11.17, 12:28
    aqua48 napisała:

    > Że co? Imprezę urodzinową zawsze urządza się dla obchodzącego urodziny - (a on
    > zaprasza kogo chce), a nie dla jego rodziców, koleżanek czy kuzynostwa.

    Też mnie zatkało, jak przeczytałam, ale potem pomyślałam, że może chodzi o to, że na swoją imprezę urodzinową "zasługują" dorośli - a nie dzieci.

    --
    Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni.
    (Friedrich Nietzsche)
  • 22.11.17, 12:40
    ola_dom napisała:


    > Też mnie zatkało, jak przeczytałam, ale potem pomyślałam, że może chodzi o to,
    > że na swoją imprezę urodzinową "zasługują" dorośli - a nie dzieci.
    >

    nie ma w tym nic dziwnego
    nie tak całkiem dawno "przyjęcia" były zarezerwowane dla dorosłych, urodziny dzieci to był podwieczorek dla najbliższej rodziny

    dzisiejsze kinderbale to całkiem nowa tradycja

  • 22.11.17, 12:47
    wagonetka napisał(a):

    > nie tak całkiem dawno "przyjęcia" były zarezerwowane dla dorosłych, urodziny dz
    > ieci to był podwieczorek dla najbliższej rodziny
    > dzisiejsze kinderbale to całkiem nowa tradycja

    No nie wiem co masz na myśli mówiąc o nowości, bo ja mam przeszło 50 lat i zawsze miałam organizowane w domu kinderbale urodzinowe oraz imieninowe. Zapraszało się dzieci sąsiadów i znajomych.

  • 22.11.17, 12:53
    aqua48 napisała:


    > No nie wiem co masz na myśli mówiąc o nowości, bo ja mam przeszło 50 lat i zaws
    > ze miałam organizowane w domu kinderbale urodzinowe oraz imieninowe. Zapraszało
    > się dzieci sąsiadów i znajomych.


    myślę, ze kinderbale lat temu 50 to jednak była rzadkość w polskim społeczeństwie :-)

    mówiąc "nowość" mam na myśli ostatnie mniej więcej 25 lat
  • 22.11.17, 13:00
    wagonetka napisał(a):

    > myślę, ze kinderbale lat temu 50 to jednak była rzadkość w polskim społeczeństwie :-)

    Zależy, co się ma na myśli jako "kinderbal".
    Bo dla mnie to już było przyjęcie herbatkowe z tortem, dla moich gości.
    Nie o wystawność chodziło, tylko o fakt uczczenia jubilata - jego impreza, jego goście, dla niego zorganizowany tort/ciasto/oranżada/cokolwiek.
    I wydaje mi się, że właśnie o to chodziło dobromice, a właściwie jej mężowi - że kto to widział obchodzić urodziny dzieciaków.

    --
    Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni.
    (Friedrich Nietzsche)
  • 22.11.17, 13:07
    ola_dom napisała:

    > Zależy, co się ma na myśli jako "kinderbal".

    kinderbalem nazywam imprezę urodzinową dziecka, na którą są zaproszeni jego koleżanki i koledzy

    normą było raczej przyjęcie z tortem urodzinowe dla jubilata i rodziny (babć, dziadków, cioć, wujków, kuzynostwa itp)
    dlatego też dzieci marzyły o tym, aby były już "duże", czyli kilkunastoletnie i mogły zapraszać koleżanki i kolegów

    podkreślam, że piszę o tym, co było normą - od której były, oczywiście, wyjątki

  • 22.11.17, 13:13
    wagonetka napisał(a):

    > podkreślam, że piszę o tym, co było normą - od której były, oczywiście, wyjątki

    No więc ja podkreślę, że normą było to, o czym ja piszę (i aqua) :).
    Zapewne były wyjątki, ale chodziłam na wiele imprez urodzinowych do moich koleżanek z podstawówki,
    więc odpada argument, że dotyczyło to tylko dzieci z mojej rodziny i że tylko rodzinne wzorce oglądałam.
    A podstawówka była najzwyklejsza na świecie, małe miasteczko podwarszawskie.

    --
    Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni.
    (Friedrich Nietzsche)
  • 22.11.17, 13:16
    ola_dom napisała:


    > No więc ja podkreślę, że normą było to, o czym ja piszę (i aqua) :).


    a ja myślę, że 25-30 lat temu w Polsce normą była wieś i małe miasteczka daleko od Warszawy - tam po prostu mieszkało najwięcej ludzi :-)


  • 22.11.17, 13:19
    O to mi chodziło. Bratowa pociągnęła wątek jak zapraszała koleżanki na urodziny i ona chodziła do koleżanek. Ja też raczej pamiętam taki zwyczaj z moich czasów, ten przysłowiowy "podwieczorek". U męża w domu tego nie było. Stwierdził, że jako dziecko pomagał w szykowaniu przyjęcia dla rodziców, a teraz jako dorosły musi dla dzieci. Mnie to "musi" zasmuciło raczej
  • 22.11.17, 13:25
    dobromiku napisał(a):

    > U męża w domu tego nie było. Stwierdził, ż
    > e jako dziecko pomagał w szykowaniu przyjęcia dla rodziców, a teraz jako dorosł
    > y musi dla dzieci. Mnie to "musi" zasmuciło raczej

    No, a on sam nie urządza przyjęcia dla swoich kolegów i Waszych wspólnych znajomych z okazji swych urodzin czy imienin? W sumie ten Twój mąż to mi się z Twoich opowieści jawi jako biedny chłopak z jakiejś zapadłej wioski, który nigdy w życiu dla nikogo nie był ważny. Nigdy nie robił tego co chciał, tylko skrępowany konwenansami zawsze podporządkowywał się życzeniom i wymaganiom innych, nie wiem -dlatego że tak wypada, dla świętego spokoju, z poczucia że jego pragnienia są mniej ważne? A może dlatego ze nie zdaje sobie sprawy że można inaczej i świat się od tego nie zawali.
  • 22.11.17, 13:28
    aqua48 napisała:

    > No, a on sam nie urządza przyjęcia dla swoich kolegów i Waszych wspólnych znajo
    > mych z okazji swych urodzin czy imienin? W sumie ten Twój mąż to mi się z Twoic
    > h opowieści jawi jako biedny chłopak z jakiejś zapadłej wioski, który nigdy w ż
    > yciu dla nikogo nie był ważny. Nigdy nie robił tego co chciał, tylko skrępowany
    > konwenansami zawsze podporządkowywał się życzeniom i wymaganiom innych, nie wi
    > em -dlatego że tak wypada, dla świętego spokoju, z poczucia że jego pragnienia
    > są mniej ważne? A może dlatego ze nie zdaje sobie sprawy że można inaczej i św
    > iat się od tego nie zawali.

    też mam takie wrażenie
    chyba nie zdaje sobie sprawy, ze można inaczej - bo i skąd?

    biedny człowiek ...




  • 22.11.17, 13:58
    No raczej to ja urządzam tego typu imprezy w domu dla wszystkich. Sądzę, że z własnej inicjatywy by nie zapraszał.
    Czasami mam takie głupie wrażenie, że mój mąż jakoś podskórnie "zazdrości" swoim dzieciom. Bywają też takie sytuacje, w których wydaje mi sie egoistą. Potem myslę sobie, że to nieprawda, bo przecież generalnie o nas dba. Więc wyrzucam sobie, że czepiam się szczegółów. Kiedy byliśmy pierwszy raz na nartach wszyscy razem, to wiadomo było, że trzeba będzie poświęcić ten czas na naukę jazdy i dostosować sie do trybu dzieci. Szło im opornie, szkółka w przypadku najmłodszej sie nie sprawdziła, więc na oślej łączce ją uczyłam. Mąż jak w amoku na stoku. Kiedy powiedziałam, mężowi, żeby z nami pobył, stwierdził, że przyjechał w góry, a w ogóle nie skorzysta. Poczułam sie jakbym miała czwarte dziecko
  • 22.11.17, 15:20
    Mąż nie był zaopiekowany jako dziecko, nie ma wzorca dbania i zajmowania się dziećmi, szczególnie małymi. Takiego sobie chłopa wzięłaś na ojca dzieciom. Wiedząc że taki pakiet obciążeń i niedomyślności ma, można go wspierać by pokazac zalety nowoczesnej rodziny która się dziećmi razem aktywnie zajmuje i przedyskutować to z nim. Ty co rusz, przedstawiasz że mąż coś niefajnego zrobił, i nie piszesz jak na to zareagowałaś, jak źle się poczułaś, jaka jesteś zraniona - a nie przedstawiasz co mu odpowiedziałaś, jak zareagowałaś i jak na bieząco skorygowałaś to co ci nie odpowiadało u męża. Mogłaś powiedzieć mężu : godzina dla ciebie szalej do woli, później razem ogarniamy dzieci, a później godzina dla mnie.

    Ja mam wrażenie, że dawno jesteś okopana przeciwko mężowi jako "wrogowi".
    Jeśli wydaje ci się, że mąż zazdrości dzieciom, to czemu z nim tego tematu od razu nie przegadasz, ale z pozycji życzliwości, nie-jak ty tak możesz!, ale-mężu,mam wrażenie że czasem ci smutno że nie miałeś takiego dzieciństwa jakie my możemy teraz dzieciom dać.

    Dodatkowo- w innych sprawach (choćby wyjazdu) jeśli boisz się powiedzieć wprost że ty nie chcesz czegoś robić a będziesz używała argumentu "bo dzieci potrzebują/chcą" i zasłaniała się nimi, to się potem nie dziw, że niedojrzałe emocje męża zaczynają się kierowac przeciw dzieciom, sama to prowokujesz, bo męża całe życie nikt nie przytulił jako dziecka a teraz znowu ktoś mu ciosa kołki na głowie że dziecko od niego ważniejsze i znowu jak coś robi dla siebie samego to jest żle.
  • 22.11.17, 15:23
    tu coś przestawiłam
    Ty co rusz, przedstawiasz że mąż coś niefajnego zrobił, i nie piszesz jak na to zareagowałaś, ZA TO PISZESZ jak źle się poczułaś, jaka jesteś zraniona - nie przedstawiasz co mu odpowiedziałaś, jak zareagowałaś i jak na bieząco skorygowałaś to co ci nie odpowiadało u męża.
  • 22.11.17, 15:59
    Nie wiedziałam, że tak to opisuję. Ale chyba dlatego, że tak jest. W takich "zapalnych" momentach, mąż wychodzi do innego pokoju, wsiada na wyciąg, idzie wyrzucić smieci, ucina z reguły po prostu zanim ja coś powiem. Poza tym jest taka dysproporcja, że ja staram się mówić spokojnie, a on podnosi głos i ja już wtedy się denerwuję i brakuje mi słów.
  • 22.11.17, 16:18
    Czyli macie schemat - ty coś ważnego dla ciebie chcesz zakomunikować, zaczynasz mówić, mąż jest zły, ty się blokujesz i przestajesz mówić, nie wracacie już do tematu, i tak lata lecą?

    Czemu nie kontynuujesz rozmowy w innym terminie?
    Wcześniej mówiłaś że to mąż milczek a ty ciągle w domu gadasz. Więc z mówieniem problemów nie masz.
    Czy jest tak, że najczęściej "zwracasz uwagę" mężowi np jako pouczanie, np wtrącając sie w to jak powinien sie z dziećmi bawić, robisz się jego nadzorcą?
    Pytanie, czy on, mając dyrygujących nim rodziców reaguje nadmiarowo na cień podobnej presji z twojej strony że coś "musi", czy może ty zacinasz się w pół słowa cofając się do roli dziecka i widząc w nim ojca despotę który na ciebie wrzeszczy. Czy i jedno i drugie..
  • 22.11.17, 16:29
    Jak się uspokoję, to znowu na spokojnie, chcę wrócić do tematu, żeby oczyścić atmosferę. Ale wtedy mąż mówi, że drążę, że go dręczę, nie chce rozmawiać.
  • 22.11.17, 21:58
    To jest po prostu jego metoda na to, aby dalej bylo tak jak on chce:czyli zbywanie ciebie... Robisz u niego za petenta, a on wydziela ci czas i uwagę i decyduje czy raczy cie wysłuchać.
  • 23.11.17, 16:17
    Tak masz rację. Efekt jest taki, że nigdy do końca swoich potrzeb czy oczekiwań nie mogę wysłowić, bo nie daje mi na to szansy ucinając rozmowy. Przestaje słuchać albo kwituje lekceważąco słowami "yhm, tak, tak Ty jesteś najważniejsza, Twoje potrzeby są najważniejsze". No to ja na to, że przecież to nieprawda i wcale tak nie twierdzę, że po prostu chcę by zrozumiał o czym myślę i czego potrzebuję. Mąż na to, że znowu zaczynam swoje, że ja myslę tylko o sobie itp. I to jest takie błędne koło. Czuję wtedy, że tylko ślizgam się po temacie i znowu to co chciałam przekazać schodzi na dalszy plan
  • 23.11.17, 16:34
    dobromiku napisał(a):

    > nie daje mi na to szansy ucinając rozmowy. Przestaje słuchać
    > albo kwituje lekceważąco słowami "yhm, tak, tak Ty jesteś najważniejsza,
    > Twoje potrzeby są najważniejsze".

    dobromiku, czy cokolwiek dobrego, ciepłego i pozytywnego spotyka Cię od męża?
    Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś, kto tak ucina każdą rozmowę, jest poza tym dobrym partnerem.

    --
    Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni.
    (Friedrich Nietzsche)
  • 23.11.17, 16:47
    Oj nie tak to miało zabrzmieć, mąż nie ucina tak każdej rozmowy. Kurczę sama nie wiem. Chyba ucina tak te, które są dla niego niewygodne. Ale dla mnie ważne.
    Jest dobrym partnerem. Życie się toczy spokojnie, a od czasu do czasu zdarza się własnie coś co doprowadza do kłótni.
  • 23.11.17, 17:05
    dobromiku napisał(a):

    > Oj nie tak to miało zabrzmieć, mąż nie ucina tak każdej rozmowy.
    > Jest dobrym partnerem. Życie się toczy spokojnie, a od czasu do czasu
    > zdarza się własnie coś co doprowadza do kłótni.

    Może warto się przyjrzeć, czy to jest ten jeden temat.
    No i na pewno warto zwrócić uwagę na to, o czym pisała aqua - czy Ty słuchasz, kiedy mąż mówi o swoich potrzebach, chociaż...
    niewykluczone, że jest tak, że mąż jest kompletnie nienauczony mówienia o swoich potrzebach, prawdopodobnie wręcz nie ma poczucia, że ma prawa je mieć - i wścieka się, kiedy Ty "masz śmiałość" czegoś chcieć i pragnąć.
    Łatwo wywnioskować, że męża potrzeby nigdy nie były istotne ani brane pod uwagę i samo wspominanie o tym, że chciałabyś inaczej, niż chce jego rodzina - a przecież został nauczony, że tylko potrzeby jego rodziny są ważne i wszystko ma się tylko im podporządkować - budzi jego nieuświadomioną wściekłość. Bo to zaburza sytuację, która jest dla niego jedyna znana.
    I to z całą pewnością jest nieświadome, pewnie bardzo by się zdziwił a najpewniej oburzył, jakby mu to powiedzieć.
    Tyle że to można zaobserwować.

    --
    Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni.
    (Friedrich Nietzsche)
  • 23.11.17, 17:18
    Oj, jest to dla mnie strasznie trudne do ogarnięcia. Mąż nie jest rozmowny. Może to głupie się wydać, ale mam trochę taką potrzebę "filozofowania". Pytam, więc od czasu do czasu swojego męża i dzieci o czym marzą, czy są szczęśliwi, co w życiu jest najważniejsze, o pięć najfajniejszych rzeczy w ubiegłym tygodniu, roku itp. Każdego z osobna. Żeby wiedzieć, żeby nie przeoczyć czegoś. Mąż jednak jak już odpowie to bardzo oszczędnie.
  • 23.11.17, 17:37
    dobromiku napisał(a):

    > Pytam, w
    > ięc od czasu do czasu swojego męża i dzieci o czym marzą, czy są szczęśliwi, co
    > w życiu jest najważniejsze, o pięć najfajniejszych rzeczy w ubiegłym tygodniu,
    > roku itp.

    gdybym spytała o takie rzeczy mojego męża, pomyślałby, że na starość zwariowałam

  • 23.11.17, 18:36
    ola-dom napisała:
    "Może warto się przyjrzeć, czy to jest ten jeden temat"
    To są różne sytuacje, trudno mi znależć wspólny punkt.
    Wiadomo wszystkie tematy okołorodzinne
    Gdy proszę, by poświęcił czas dzieciom (czy to przy lekcjach czy chociazby na tym przykładowym stoku).
    Musiałabym na przykładach, więc np.
    Mąż biega od jakiegoś czasu. Przygotowywał się do maratonu. Zemdlał w trakcie. Mógł to byc przypadek. EKG nic nie wykazało. Podczas kolejnej biegowej imprezy znowu omdlenie. No to powiedziałam, że ja się boję, że on dostanie jakiegoś ataku serca, że wolałabym, żeby trenował tylko dla zdrowia i nie brał udziału w tych długich dystansach. Na to on powiedział, że w takim razie to on już nic nie może robić dla siebie, że ja mu zakazuję, że sama się nie ruszam i innym nie pozwalam itp. Ja na to, że sie boję, że wdową zostanę, żeby poszedł do lekarza. Niby poszedł. Minęła zima. Zaczął się sezon. Znowu bieg. Niby krótki. Pyta czy pójdziemy kibicować. W trakcie biegu wzywaja mnie przez maegafon do ambulansu. Mało ja ataku serca nie dostałam. Kolejna rozmowa po wszystkim, która nic nie rozwiązała.
  • 23.11.17, 18:43
    dobromiku napisał(a):

    > Podczas kolejnej biegowej imprezy
    > znowu omdlenie. No to powiedziałam, że ja się boję, że on dostanie jakiegoś ata
    > ku serca, że wolałabym, żeby trenował tylko dla zdrowia i nie brał udziału w ty
    > ch długich dystansach. Na to on powiedział, że w takim razie to on już nic nie
    > może robić dla siebie, że ja mu zakazuję, że sama się nie ruszam i innym nie p
    > ozwalam itp. Ja na to, że sie boję, że wdową zostanę

    A zwróciłaś uwagę, że TY i TWOJE DOBRO w tym co do męża mówiłaś liczyło się najbardziej?
    Nie JEGO zdrowie, nie to że JEMU coś się stanie, nie to że realizuje swoje pragnienia, choćby głupio i z narażeniem, tylko to że TY zostaniesz wdową, że ty się w tej sytuacji boisz o siebie...
    Dla mnie to pierwsze co się nasuwa po przeczytaniu Twoich słów. Smutne.
  • 23.11.17, 21:16
    Widzisz trudno przebieg rozmowy ze szczegółami odtworzyć, pisząc skracam, upraszczam. Chyba za każdym razem,juz od pierwszego razu, po każdym omdleniu mówiłam mu, że boję się, że on umrze na atak serca jakiś. W którejś kolejnej rozmowie na ten temat faktycznie o zostaniu wdową, bo już mi argumentów brakowało, a sądziłam, że taka perspektywa nim wstrząśnie, skoro utrata własnego życia czy zdrowia go nie przeraża.
  • 23.11.17, 21:27
    No i nie boję się przecież, że wdową zostanę i "co to wtedy ze mną biedną będzie olaboga, sama sobie nie dam rady". Być wdową oznacza, że traci się męża, że ten mąż umiera. Że jest koniec.







  • 24.11.17, 02:49
    dobromiku napisał(a):

    > No i nie boję się przecież, że wdową zostanę i "co to wtedy ze mną biedną będzi
    > e olaboga, sama sobie nie dam rady". Być wdową oznacza, że traci się męża, że t
    > en mąż umiera. Że jest koniec.

    Doskonale cię rozumiem. Nie znam osobiście ani jednej żony, która boi się śmierci męża, bo pogorszyłaby się życiowa sytuacja. Żony, w tym ja, boją się śmierci męża, bo jest to najbliższa dla nich osoba, bo cierpienie i śmierć najukochańszej osoby, to ciężka tragedia, którą na skali traum przebija chyba wyłącznie śmierć ukochanego dziecka.
    Niefrasobliwość, by nie napisać dosadniej, głupota twojego męża z kwestia jego zdrowia jest porażająca. Dla mnie to, co robi twój mąż, nie różni się niczym od wariackiej jazdy samochodem, wpinaczce bez asekuracji czy tym podobnych rozrywek, które zakończyć się mogą tragicznie. Mąż najwyraźniej ma niezdiagnozowany problem zdrowotny, manifestujący się notorycznymi omdleniami w czasie biegów. Jeśli mąż twoją troskę o jego zdrowie odbiera jako twoje marudzenie, czepianie się, odbieranie mu radości ze sportu, wręcz atak na jego osobę, a nie bierze pod uwagę faktu, że może osierocić trójkę małych dzieci, to jak to o nim świadczy? Naprawdę bieganie (w jego przypadku ryzykowne) liczy się dla niego bardziej, niż zdrowie i pełna rodzina?
  • 24.11.17, 09:05
    Glupota meza autorki objawia sie tez w innych sytacjach jak np. więzienie dzieci z ciezka choroba lokomocyna kilka razy w roku przez cala Polske do własnych rodzicow, branie pod uwagę wyjazdu dzieci chorych na ospę itp. kwiatki. Nie świadczy to o jego zdrowym umyśle a wręcz przeciwnie...Glupi człowiek.
  • 24.11.17, 09:11
    Plus jeszcze te nieszczęsne kotlety bite po nocy na życzenie egoistycznych siostr...
  • 24.11.17, 12:19
    To po co sobie robiła dzieci z głupim człowiekiem? koniecznie chciała powielić geny głupoty?
  • 24.11.17, 10:46
    dobromiku napisał(a):

    > Widzisz trudno przebieg rozmowy ze szczegółami odtworzyć, pisząc skracam, upr
    > aszczam.

    Ale robisz to w pewien sposób który być może odzwierciedla to co wobec męża czujesz i jak na niego reagujesz. Ja jestem osobą całkowicie obcą, nie znam Cię, a tak odbieram Twoje wypowiedzi. Jak próbę kontroli i narzucania mu jedynie właściwych, Twoich rozwiązań. A Twój mąż?
    Z całą pewnością jest w tym co robi z Twojego opisu mało odpowiedzialny, ale może warto mu dać więcej wolności w innych dziedzinach, nie zagadywać nieustannie nie kontrolować, i nie sztorcować jakby był Twoim dzieckiem. Bo nie jest nim.
    Nie wiem czemu mam wrażenie, że chciałabyś go podporządkować sobie całkowicie, a on broni się przed tym jak może, czasem głupio czasem nieracjonalnie czasem walcząc o jakiś swój kącik pazurami i dlatego wychodzi Wam to co wychodzi. Spróbuj dać mu więcej wolności.
  • 24.11.17, 12:16
    aqua48 napisała:

    > Ale robisz to w pewien sposób który być może odzwierciedla to co wobec męża czu
    > jesz i jak na niego reagujesz. Ja jestem osobą całkowicie obcą, nie znam Cię, a
    > tak odbieram Twoje wypowiedzi. Jak próbę kontroli i narzucania mu jedynie właś
    > ciwych, Twoich rozwiązań. A Twój mąż?
    > Z całą pewnością jest w tym co robi z Twojego opisu mało odpowiedzialny, ale mo
    > że warto mu dać więcej wolności w innych dziedzinach, nie zagadywać nieustannie
    > nie kontrolować, i nie sztorcować jakby był Twoim dzieckiem. Bo nie jest nim.
    > Nie wiem czemu mam wrażenie, że chciałabyś go podporządkować sobie całkowicie,
    > a on broni się przed tym jak może, czasem głupio czasem nieracjonalnie czasem w
    > alcząc o jakiś swój kącik pazurami i dlatego wychodzi Wam to co wychodzi. Sprób
    > uj dać mu więcej wolności.


    mam podobne wrażenie jak aqua,
    obawiam się jednak, że ich wzajemne negatywne relacje zabrnęły za daleko by między nimi zachować jakieś ciepłe uczucia i otwartość na siebie. raczej jest wieloletnie wzajemna niechęć i walka kto na swoim postawi.
    wystarczy zobaczyć jak się wątek rozwija, autorka na początku przedstawia się jako trzęsąca się ze strachu ofiara despotycznego agresywnego męża który jej każe jeździć do swojej rodziny i ona biedna musi, a tu okazuje się, że że w domu właściwie to ona rządzi, gada, dyryguje, a mąż się coraz bardziej chowa w skorupę przed jej presją i okazywaniem mu ciągle jaki jest nieudany.
    czy mąż na ślubie też się nie odzywał? czy robiąc troje dzieci nie rozmawiali ze sobą?
    Czy autorka potrafi z nim rozmawiać inaczej niż z pretensjami?
    Czy mąż taki "głupi" był zawsze czy objawy psychosomatyczne u niego się nasiliły? Czy zainteresowała się realnie jego zdrowiem czy tylko został obsztorcowany że ma czegoś nie robić bo nie będzie się nadawał do tego czego ona potrzebuje?
    Bo gdy słucham tego co i jak autorka mówi o swoim mężu to widzę że lubi o nim źle mówić a już napierdz...anie na jego rodzinę jako winną wszystkich nieszczęść autorki to jej hobby.
    Facet brnie w jakąś audodestrukcję a autorka się zajmuje swoimi spazmami i poganianiem faceta bacikiem. Ciekawe czy kiedykolwiek zainteresowała się mężem takim jakim on naprawdę jest, a nie jako facetem który ma spełniac odpowiednio funkcję w jej rodzinie tylko zobaczyła go w pełni z pakietem faktycznych cech i takiego zaakceptowała. Czy zainteresowała się co on czuje albo przeżywa i dlaczego ma takie chaotyczne reakcje.
    Bo jak na razie to autorka gra dziecko albo matkę i przekracza granicę relacji dorosły-dorosły. bo sama ze swoimi emocjami sobie nie umie radzić.
    Pytanie też, już chyba padło ale nie widziałam odpowiedzi, czy mąż bierze jakieś używki.
    wiecjestem.us.edu.pl/wplyw-przemocy-w-rodzinie-na-rozwoj-zaburzen-psychicznych
  • 24.11.17, 13:02
    alsk9 napisała:

    > mam podobne wrażenie jak aqua,

    ja również
    poza tym widzę powszechny schemat: po jednej stronie matka i dzieci, po drugiej stronie mąż

    mąż, wychowany w środowisku, gdzie ważni są rodzice a dzieci są potrzebne do pracy, są jakby na drugim miejscu (do dziś jeszcze schemat spotykany na wsiach) - pewnie dlatego mąż chce do rodziców jeździć na święta: bo "rodzicom to się należy"
    potrafię wyobrazić sobie jego dyskomfort, gdy żona nagle odmawia takich wizyt, bo to burzy - jakby to powiedzieć - integralność jego osoby; ponieważ nie jest on jakoś bardzo z rodzicami związany, sytuacja sama sie rozwiąże wraz z ich śmiercią

    myślę też, że jest dużo racji w tym, że mąż "zazdrości dzieciom" - ktoś, kto nie miał prawdziwego dzieciństwa inaczej patrzy na wychowywania dzieci niż ktoś, kto je miał - dlatego pewnie w jego oczach choroba lokomocyjna nie jest wystarczającym powodem, aby nie jechać, kinderbal to fanaberia itp - takie ma po prostu doświadczenia, że od dzieci wiele się wymaga i należy im się mniej, niż dorosłym

    pytanie męża o to, co jest w życiu ważne, czy jest szczęśliwy, o 5 ważnych rzeczy z ubiegłego tygodnia to jakiś absurd - takie pytania można zadać małym dzieciom, ale nie dorosłemu mężczyźnie, z którym żyje się wiele lat - bo skoro się z nim żyje, powinno to się wiedzieć bez pytania - jeśli trzeba pytać, to znaczy, że żyje się z obcym człowiekiem

    i tak chyba wygląda to małżeństwo: dwoje obcych sobie ludzi








  • 24.11.17, 13:16
    >mąż, wychowany w środowisku, gdzie ważni są rodzice a dzieci są potrzebne do pracy, są jakby na drugim miejscu (do dziś >jeszcze schemat spotykany na wsiach) - pewnie dlatego mąż chce do rodziców jeździć na święta: bo "rodzicom to się >należypotrafię wyobrazić sobie jego dyskomfort, gdy żona nagle odmawia takich wizyt, bo to burzy - jakby to powiedzieć - >integralność jego osoby;

    nie byłoby tego problemu gdyby wcześniej z autorką zbudowali związek dwóch dorosłych słuchających siebie nawzajem osób, zabrakło emocjonalnej bliskości mąż-żona, dojrzałości obojga, więc tamte relacje z obowiązkiem rodzinnym są dla męża ciągle tak ważne realizowane właśnie w ten sposób. a dodatkowo autorka ciągle tamtą rodzinę krytykująca wyzwala w nim zapewne odruch obrony swojej rodziny przed nią.
    więc nadal - jakość relacji mąż-żona przekłada się na resztę.

    >myślę też, że jest dużo racji w tym, że mąż "zazdrości dzieciom"
    ten mąż może wcale im nie zazdrości w takim pejoratywnym sensie. może ma refleksję "ech,jak to teraz lepiej się dzieciom żyje, ja tego nie miałem", a autorka od razu interpretuje to przeciwko mężowi to to odpowiada potwierdzeniu, że to mąż ten zły

    > pytanie męża o to, co jest w życiu ważne, czy jest szczęśliwy, o 5 ważnych rzeczy z ubiegłego tygodnia to jakiś absurd
    -mnie by szlag trafił jakby ktoś za mną tak łaził i mędził o uzewnętrznianie się i potem jeszcze to sobie obgadywał na szerokim forum. jak mąż ogólnie milczek to musi to być dla niego katorga.
  • 24.11.17, 13:29
    alsk9 napisała:

    > nie byłoby tego problemu gdyby wcześniej z autorką zbudowali związek dwóch doro
    > słych słuchających siebie nawzajem osób, zabrakło emocjonalnej bliskości mąż-ż
    > ona, dojrzałości obojga, więc tamte relacje z obowiązkiem rodzinnym są dla męża
    > ciągle tak ważne realizowane właśnie w ten sposób. a dodatkowo autorka ciągle
    > tamtą rodzinę krytykująca wyzwala w nim zapewne odruch obrony swojej rodziny pr
    > zed nią.
    > więc nadal - jakość relacji mąż-żona przekłada się na resztę.

    ja czułabym się fatalnie, gdyby mój mąż w tak otwarty sposób krytykował moich rodziców i moje rodzeństwo - i, oczywiście, że bym się okopała

    poza tym własne, domowe zwyczaje i rytuały buduje się na co dzień, nie od święta, każdego dnia - i jeśli są one dobrze zbudowane nie trzeba pragnąć "Wigilii jak z reklamy" - spokojnie można dzieciom wytłumaczyć, że na razie trzeba jeździć do babci i dziadka, bo są starzy, sami nie mogą do nas przyjechać (kury, psy itp) a my przecież każdej niedzieli (np) mamy święto jak z reklamy
    i dobrze uświadomić dzieciom, że ten dziadek i babcia są ważni, bo to przecież rodzice ich taty oraz to, że nie wszystko, o czym sie marzy spełnia się tu i teraz


    > ten mąż może wcale im nie zazdrości w takim pejoratywnym sensie. może ma refle
    > ksję "ech,jak to teraz lepiej się dzieciom żyje, ja tego nie miałem", a autorka
    > od razu interpretuje to przeciwko mężowi to to odpowiada potwierdzeniu, że to
    > mąż ten zły

    tak, dlatego "zazdrości" wzięłam w cudzysłów

    > -mnie by szlag trafił jakby ktoś za mną tak łaził i mędził o uzewnętrznianie si
    > ę i potem jeszcze to sobie obgadywał na szerokim forum. jak mąż ogólnie milcz
    > ek to musi to być dla niego katorga.

    otóż to
    przecież wyszła za mąż za milczka
    od pogaduszek ma się koleżanki, mężczyźni bardzo często to milczki - a już wymagać, aby rozmawiali o takich rzeczach, jak "szczęście" to czysta fantazja...


  • 24.11.17, 13:43
    Ja niekoniecznie bym jeździła na każdą wigilię do jednych rodziców, u nas się praktykowało np zmiany, jeden rok u jednych, drugi u drugich, trzeci u siebie. Nie zawsze też na wigilię tylko po prostu w dni okołoświąteczne. Jak zaczęli chorować, to jeździło się częściej do tych gdzie może się już ich nie zobaczy na następne święta.
    Inni znajomi wigilie robią z rodzicami mieszkającymi obok, a na drugi dzień jadą sobie na urlop. Do teściów daleko mieszkających jadą w kolejne dni świąt ich odwiedzić albo zaglądają przy najbliższej okazji sylwestra lub ferii. Więc modele są różne. Nie ma obowiązku jeżdżenia zawsze do jednych. Przez lata autorka zawsze ten zwyczaj sama wdrożyła więc nie musi teraz zasłaniać się dziećmi że to one chcą, ani robić z męża potwora który ich zmusza.
  • 24.11.17, 13:50
    alsk9 napisała:

    > Ja niekoniecznie bym jeździła na każdą wigilię do jednych rodziców, u nas się
    > praktykowało np zmiany, jeden rok u jednych, drugi u drugich, trzeci u siebie.
    > Nie zawsze też na wigilię tylko po prostu w dni okołoświąteczne. Jak zaczęl
    > i chorować, to jeździło się częściej do tych gdzie może się już ich nie zobaczy
    > na następne święta.
    > Inni znajomi wigilie robią z rodzicami mieszkającymi obok, a na drugi dzień jad
    > ą sobie na urlop. Do teściów daleko mieszkających jadą w kolejne dni świąt ich
    > odwiedzić albo zaglądają przy najbliższej okazji sylwestra lub ferii. Więc mo
    > dele są różne. Nie ma obowiązku jeżdżenia zawsze do jednych. Przez lata autor
    > ka zawsze ten zwyczaj sama wdrożyła więc nie musi teraz zasłaniać się dziećmi
    > że to one chcą, ani robić z męża potwora który ich zmusza.


    oczywiście
    ale takie rzeczy ustala się tuż po ślubie a jeszcze lepiej przed nim

    po latach jeżdżenia argumenty, że dzieci źle znoszą podróż, teściowa jest niezorganizowana a siostry okropne nie zadziałają




  • 24.11.17, 13:54
    >po latach jeżdżenia argumenty, że dzieci źle znoszą podróż, teściowa jest niezorganizowana a siostry okropne nie zadziałają

    no właśnie, zadziałałyby argumenty rozbudowania bliskości mąż-żona, a tu raczej między nimi coraz więcej wrogości i licytowania się kto bardziej winny, a nie bliskości..

  • 24.11.17, 14:00
    alsk9 napisała:

    > no właśnie, zadziałałyby argumenty rozbudowania bliskości mąż-żona, a tu racz
    > ej między nimi coraz więcej wrogości i licytowania się kto bardziej winny, a ni
    > e bliskości..
    >

    dokładnie tak :-)

  • 24.11.17, 18:21
    Ciekawe dlaczego :) za budowanie bliskości sa odpowiedzialne obie strony związku, nie tylko zona. Poza tym jesli facet ma emocjonalny feler tj. unikanie bliskości, to żeby jego zona na rzęsach stanela to i tak jej się samej tej bliskości z nim nie uda zbudować. Facet potrzebuje terapii. I dlatego właśnie panowie z takich rodzin nie nadają sie tak de facto to związku, bo zeby stać sie normalnym mezczyzna nie unikajacym bliskości musza przejść terapie pdtchologiczna. Taki właśnie bagaż otrzymuje człowiek z rodziny mocno zaburzonej narcystycznie.
  • 24.11.17, 18:27
    No to po co sobie z takim facetem robić trójkę dzieci? Żeby móc mieć problem jak najdłużej?
  • 24.11.17, 17:49
    Niezle sobie alsk dopowiadasz, manipulujesz na całego :) Dziewczyna dwoi sie i troi jak mężowi powiedziec, pisze wyraźnie ze chyba sobie z tym nie poradzi, maz nie chce z nią żadnej komunikacji, ona zeby nie zwariować sama go zagaduje, zeby choc okruchy informacji z niego wydusić. On sie odcina na własne życzenie od zony, znajduje sobie swoje hobby, zeby nie musieć sie do zony zbliżyć emocj. Facet ma ewidentnie problem z bliskością i jej okazywaniem, bliższej relacji emocj. z zona sie obawia. A przyczyna tego jest jego relacja z matka i uzależnienie od rodziny. Mając taka "mamusia sobie usiądzie" czyli matkę która go uzaleznila i podporzadkowala, zwyczajnie obawia sie innych kobiet, sa dla niego kwintesencja " tej mamusi", tak je kojarzy i dlatego nie chce wchodzić w gleboka relacje emocj. z zona, bo sie boi. Co zabawne tworzy rodzinę i robi 3 dzieci ale z zona dalej relacja na dystans i wymuszanie swoich postanowień i spraw, albo zbywaniem albo manipulowaniem, grunt zeby żonę skutecznie zbić z tropu i zeby zamilkla, wówczas jest na jego. Jego zona nic nie zrobi sama, jesli chodzi o bliskość w związku, jesli facet nie jest zainteresowany bliskością i sie jej obawia. Plus narcystyczna rodzina robi wszystko aby ich syn byl odseparowany emocj. od zony, on ma byc z NIMI związany emocj. a nie z zona. I temu tez śluza te wizyty u nich i to ze zona czuje sie podczas nich niefajnie. A jak ma sie czuć kobieta, zona, której rodzina meza nie chce przyjąć do swojej rodziny, ich jest tylko syn, ona to obca kobieta jest. Ja przechodziłam przez to samo i ze mną tez grano w podobne gierki i moj maz podobnie sie zachowywal. Tylko ja swoja wściekłością i sila charakteru rozpieprzylam ten ich misternie budowany plan a meza odpepowilam mimo przeszkód. kto tego nie przeżył nigdy nie zrozumie, gdy taka mamusia pogrywa i uśmiecha sie gdy widzi ze jej wpływ na synka dziala, to samo siostrzyczki... Cala narcystyczna z piekła rodem rodzinka robi wszystko aby facet byl z nimi dalej bardziej związany niz z własną zona. Trudno w takie cyrki uwierzyć, ale tak to się właśnie odbywa.
  • 24.11.17, 18:26
    Tak tak, tamta rodzina z siostrami na czele nie ma nic innego do roboty jak kombinować jak tu faceta u siebie uwiązać. "misternie budowany plan".... weź przestań, jak ktos jakiś styl ma w naturze to niczego nie musi misternie budować bo samo mu wychodzi, myślisz że się będą przejmować i zajmować.. tia. Kituś bajduś. Są jacy są ze swoimi obciążeniami i problemami, jak syn z synową przestaną tam jeździć to tamta rodzina po początkowej dezorientacji wynikającej ze zmiany zwyczaju przejdzie nad tym do porządku dziennego i będzie miała w nosie co autorka z mężem gdzie robią, co najwyżej ich obgadają na jakimś spotkaniu rodzinnym (czyli nie zrobią niczego innego niż autorka obgadując siostry męża).
    Tego się boi mąż, że o nim zapomną, więc na siłę o trwanie nawet kiepskich kontaktów zabiega w czym od lat go autorka popierała i umacniała jego przymus i obowiązek obowiązku zamiast sama się ogarnąć i zareagować, że co innego może być ważne. A teraz jej się odwidziało po latach, to wynajduje całą listę wad, które tamta rodzina ponoć jednak zawsze miała ale dopiero teraz stały się takie ważne, bo autorka się wreszcie obudziła, że to nie aż tak fajne jest, sama głupoty robiła rok w rok wlokąc tam zarzygane dzieci ale winny wyłącznie niedobry mąż który ją kopie pod stołem. I oczekuje od męża że jemu też się z automatu odmieni. Nakręca się całą listą złych cech sióstr, matki, męża - a sama ma problem ze swoimi emocjami i jest rasowo współuzależniona. Kombinuje jak być uznaną za ofiarę a całkowitą odpowiedzialność za obecną sytuację przerzucić na męża i jego rodzinę. Musi mieć obcego winnego, żeby umieć podjąć decyzję co do swojego życia. A może by uczciwie też wzięła odpowiedzialność za własne decyzje, które ją do tego miejsca doprowadziły, powody wyboru na życie takiego a nie innego męża, własną bierność w podejmowaniu decyzji (choćby o zachowaniu gości we własnym domu), podporządkowanie przez naście lat schematowi, który teraz jest be. To się nie stało "bo mąż". Ona w pełni w tym uczestniczyła i legitymizowała swoim zachowaniem.
  • 24.11.17, 19:38
    "Kombinuje jak być uznaną za ofiarę a całkowitą odpowiedzialność za obecną sytuację przerzucić na męża i jego rodzinę. Musi mieć obcego winnego, żeby umieć podjąć decyzję co do swojego życia." Tak a co jej da jak odpowiedzialność przerzuci na meza i jego rodzinę??? I jakie to decyzje podjela co do swojego zycia, skoro winnych juz ma??? Nie zauwazylam zeby cokolwiek jej to pomoglo w zyciu😃
  • 24.11.17, 19:52
    Poczytaj choćby o trójkącie Karpmana bo widać zapomniałaś abecadła.
    Tak się składa, że ten mąż także jest człowiekiem, nie tylko autorka. A nie na każdego zadziała sposób przejścia spod buta matki pod but żony, choć nie wątpię, że osoby tak wytrenowane mogą być z tego zadowolone.
  • 24.11.17, 21:06
    Oczywiście ze mąż tez jest człowiekiem. I znowu nie imputuj autorce ze chce wziac meza pod pantofel. Po pierwsze komu śluzy branie pod pantofel? Nikomu, każdy najlepiej funkcjonuje, gdy jest wolny!!! Po drugie jak ofiara może wziac kogoś pod pantofel, chyba jedynie metoda narcystycznej hipochondryczki na "słabość". Z tego co autorka pisze nie wynika, zeby byla w stanie wziac kogokolwiek pod but. Gdyby tak bylo to juz dawno poradzilaby sobie z problemem meza i jego rodziny.
  • 24.11.17, 21:15
    ddainspiracje.pl/trojkat-dramatyczny-karpmana/ Jesteś pewna ze autorka jest w jednej osobie wybawca, przesladowca i ofiara?
  • 24.11.17, 21:55
    Uuuuu, czytam Wasze komentarze, czytam linkowane materiały i mam burzę w głowie. Ja sama nie wiem kim jestem. Nie wiem czy więcej we mnie prześladowcy, ofiary czy wybawcy. Trudne to.
    Jednego jestem jednak pewna. Otóż wyszłam za męża z miłości, jestem z nim, bo go kocham. Nasze życie to nie jest wieczna sielanka, ale wieczne kłótnie też nie. Są takie sytuacje, w których zachowanie męża mi nie odpowiada, którego nie akceptuję, którego nie rozumiem. Przez, które czuję, że się oddalamy. Przez, które jest mi źle. Przez, które sie boję. Które generują dalsze nieporozumienia. Piszę tylko ze swojej perspektywy, bo to ja odczuwam, że coś jest nie tak i ja chcę to zmienić.
    Co do rodziny męża to może ja gdzieś coś żle ujęłam. Nikt z nich na mnie ani na niego nie naciska, nic nie wymusza, o nic nie prosi, nic nie każe w sposób werbalny, oczywisty. Nikt nam krzywdy zrobić nie chce, nie robi nic złośliwie, nie chce nami manipulować. W tym jest właśnie problem, że nawet nie potrafie tego mechanizmu nazwać. Chodzi o coś takiego, że ktoś lub raczej coś pociąga za sznurki, których nawet nie ma. W takim ogólnym zarysie mąż robi coś, co mu się wydaje, że jest oczekiwane przez jego rodzinę, ja chociaż nie jestem do tego przekonana, ulegam jego sposobowi myślenia, po czym okazuje się, że nikt niczego od niego nie oczekuje, a ja się wściekam na siebie, że znowu nie posłuchałam swojej intuicji.
    Wiem, że to zagmatwane. Ale tak to widzę
  • 24.11.17, 21:54
    Maz moze być niedojrzaly i stad takie jego zachowania. Plus po wychowaniu w takiej rodzinie ma na pewno wiele braków emocj. I pewnie uważa ze żadnej pomocy psych. nie potrzebuje i nic mu nie jest. A terapia to juz w ogóle...typowe😊
  • 24.11.17, 22:14
    Kilka postów było o takim wydźwieku - wiedziały gały co brały. A przez te lata mieliśmy różne doświadczenia i ani ja nie jestem tą samą osobą co w narzeczeństwie, ani mąż.
    Na razie to mi dokucza obecny stan do tego stopnia, że chcę coś zmienić.
  • 25.11.17, 11:49
    Nie odpowiedziałaś kolejny raz na pytanie czy mąż jest od czegoś uzależniony/ nadużywa czegoś lub "ma skłonnosci".
  • 25.11.17, 12:23
    Nie jest od niczego uzależniony. Nie ma skłonności. Niczego nie nadużywa.
  • 25.11.17, 11:44
    >znowu nie imputuj autorce ze chce wziac meza pod pantofel.

    A może to o tobie było a nie o autorce?
  • 25.11.17, 11:53
    Ale w wątku o autorce piszesz o swoich przypuszczeniach o mnie? To forma ataku? A jak sie nie da to dyskredytacja i podwazanie wiarygodności? Widzę ze jesteś biegla w manipulacji wiec rozumiem ze cdn. Btw moj maz podobnie jak i ja jest wolnym człowiekiem. Branie kogokolwiek pod but nie jest moim celem ani potrzeba, preferuje wolność w zyciu a nie niewolnictwo emocj. i kajdany.
  • 24.11.17, 19:47
    Jak by sie jego rodzina zaczela zachowywac tego nie wiemy. Opcje mogą byc dwie: jedna to foch i obraza majestatu i zapominamy ze mamy syna, a druga opcja to molestujemy syna o kontakty i dalej robimy co sie da aby go do nas przyciągnąć a żonę traktujemy jak zwykle czym sluzaca co to choinke ubierze i zupę ugotuje gdy tesciowa z córkami na shopingu za 5 dwunasta. Autorka zachowywala sie i uczestniczyla w tym wszystkim będą obciazona byciem ofiara po dzieciństwie z przemocowym ojcem, trudno zeby byla wygadana swiergoczaca laska ktora twardo stawia na swoim i wie czego chce. Takie dzieciństwo takich zachowan nie zapewnia, daje zachowania lękowe i unikające i bulke przez bibulke zeby nikogo nie sprowokować do zlych zachowan, nawet wówczas gdy jej ewidentnie nie szanowana czy wręcz krzywdzona.
  • 24.11.17, 19:59
    Takie dzieciństwo pozostawia ponadto zamrożone emocje, mętlik w glowie, nieznajomość siebie i swoich potrzeb, brak czucia, brak odczuwania tego ze ktos ja krzywdzi, brak umiejętności dbania o siebie i swoje interesy, brak asertywności i wiele innych negatywnych rzeczy. Olśnienie i roztapianie zamrożonych emocji przychodzi zazwyczaj w wieku średnim ok. 40 lub tuz po niej.
  • 24.11.17, 22:29
    do zuzi.1,
    zuzi.1 napisała: "jak by sie jego rodzina zaczela zachowywac tego nie wiemy. Opcje mogą byc dwie: jedna to foch i obraza majestatu i zapominamy ze mamy syna, a druga opcja to molestujemy syna o kontakty i dalej robimy co sie da aby go do nas przyciągnąć".
    Obawiam się, że to nie byłaby ani jedna ani druga opcja. Mógłby być raczej całkowity brak reakcji. Może obrażenie się ze strony sióstr wchodziłoby w grę, ale teściowie na pewno nie. Są bardzo religijni i trzymają się tych zasad.


    najstraszniejsze jest to, że
  • 25.11.17, 09:31
    A nie wydaje ci sie to dziwne, ze ta mocno religijna rodzina wychowalas swoje dzieci na osoby niereligijne? Maz od wyniesienia sie z domu religijny nie jest, a co z siostrami???Wpisz swoją odpowiedź
  • 25.11.17, 10:38
    Są pośrodku. Praktykują, ale nie żyją wg przykazań.
  • 25.11.17, 10:45
    A jak się objawia wysoka religijność teściów? Oboje sa po równo religijni czy ktores przoduje w religijności? I dlaczego Twoim zdaniem osoby mocno religijne maja taka trudność z tym aby swoj dom wczesniej i na czas przygotować na narodziny Jezusa Chrystusa? Przeciez to powinien być dla nich priorytet. A tu choinka niegotowa i firany nie założone...i Wigilia rozpoczyna sie bardzo bardzo późno.
  • 25.11.17, 10:51
    Tzn. nie trzymają się sztywno kościelnych zasad. Takie normalne podejście mają do tych kwestii. A czemu wydaje Ci się to istotne?
  • 25.11.17, 11:31
    Bo zastanawia mnie istota i jakość tej wysokiej religijności teściów i jej wpływ na twojego meza i jego siostry. Z rodzin głęboko religijnych i żyjących religijnie wychodzą często ludzie z wpojonymi podobnymi zasadami, tj. silni katolicy. Pytanie dlaczego tak sie nie stalo w przypadku twojego meza i sióstr. I co realnie oznacza praktykowanie sióstr przy nie trzymaniu sie sztywno kościelnych zasad?chodzą do kościół zeby sobie pochodzić i obowiązek wypełnić bez glebszych refleksji w stronę wiary?
  • 25.11.17, 12:06
    Tutaj możesz poczytać o fasadowej religijności:narcystycznirodzice.blogspot.com/2016/04/religijna-narcystyczna-matka.html?m=1
  • 25.11.17, 12:12
    A tutaj o tym jak funkcjonuje taka narcystyczna rodzina:narcystycznirodzice.blogspot.com/2015/12/narcystyczna-rodzina_9.html?m=1
  • 25.11.17, 23:22
    zuzi.1,
    coś w tej fasadowej religijności jest. Nie taka skrajna postać jak ta opisana, ale pewne zachowania owszem. Np. feta przy przyjmowaniu pielgrzymów i jej brak przy wizycie własnych dzieci.
  • 26.11.17, 09:56
    Dobrze zauwazylas, ze opisana jest skrajna postać fasadowej religijności. Ale ma ona i inne lżejsze odcienie, podobnie jak poziomy lżejsze narcyzmu.
  • 25.11.17, 12:32
    Chodzą czasami do kościoła. Są wierzące, ale nie na pokaz. Dla teściów jako osób bardzo religijnych były trudne do zaakceptowania ich nieformalne związki, romans z żonatym mężczyzną itp. To miałam na myśli te koscielne zasady.
  • 25.11.17, 12:55
    Ale jak wierzaca osoba moze zaangazowac sie w związek z zameznym mezczyzna? Czy o kimś takim możemy powiedziec ze jest wierzący? To jest życie w zaprzeczeniu do zasad religijnych. Jedno z przykazań mówi: Nie pozadaj zony bliźniego swego.
  • 25.11.17, 13:30
    Żonatym mezczyzna.
  • 25.11.17, 17:17
    zuzi.1 napisała:

    > Ale jak wierzaca osoba moze zaangazowac sie w związek z zameznym mezczyzna?

    Zupełnie identycznie jak niewierząca dla której teoretycznie taki związek może być np niemoralny. Życie nie jest czarno/białe. A ludzie bardzo często postępują nie całkiem zgodnie z zasadami. Nieważne czy to zasady wypływające z religii czy światopoglądu czy narzucone przez jakąś instytucję czy rodzinę.

  • 25.11.17, 19:39
    Ale dalej nazywanie takiej osoby wierzaca jest pomylka. Bo co to znaczy w takim razie wierzaca?
  • 26.11.17, 10:20
    zuzi.1 napisała:

    > Ale dalej nazywanie takiej osoby wierzaca jest pomylka. Bo co to znaczy w takim
    > razie wierzaca?

    Osoba wierząca to taka która wierzy w istnienie Boga i jego moc sprawczą. Nie musi nawet wyznawać konkretnej religii, przynależeć do kościoła ani praktykować.
  • 26.11.17, 10:59
    No dobrze, ale czy osoba wierzaca tylko tym różni sie od niewierzacej? Poza tym czy osoba wierzaca moze nie przestrzegać zasad wiary tj. zyc niezgodnie z przykazaniami a jedynie chodzić do kościoła i dalej byc uwazana za wierzaca? To bardzo wygodne podejscie, wierze ale robię co chce, nie liczę sie z żadnymi zasadami które moja wiara naklada. Czyli jak zabiorę meza innej zonie, bóg mi wybaczy, jak zgwalce dziecko czy dorosłego również mi wybaczy i dalej będę osoba wierzaca, podobnie jak moj sąsiad który żyje zgodnie z zasadami wiary i przestrzega przykazań w swoim zyciu. A jak zgrzeszę idę sie wyspowiadam przyjmę komunie i po problemie... Imo dla mnie taka wiara to fikcja, fasadowa wiara i nic poza tym, żadnej glebszej refleksji w tym nie ma.
  • 26.11.17, 11:08
    www.katolik.pl/opusci-czlowiek-ojca-i-matke,22906,416,cz.html
  • 26.11.17, 11:21
    zuzi.1 napisała:

    > Poza tym
    > czy osoba wierzaca moze nie przestrzegać zasad wiary tj. zyc niezgodnie z przy
    > kazaniami a jedynie chodzić do kościoła i dalej byc uwazana za wierzaca? To bar
    > dzo wygodne podejscie, wierze ale robię co chce, nie liczę sie z żadnymi zasada
    > mi które moja wiara naklada.

    Wiara nie nakłada zobowiązań, Zobowiązania nakłada religia, wyznanie. Mylisz te dwie sprawy. Można być osobą wierzącą, ale niereligijną, czyli po prostu nie chodzić do żadnego kościoła ani nie wyznawać i nie uznawać zasad w nich obowiązujących.
    Osoba wierząca wcale nie musi być katolikiem. A katolik, owszem powinien stosować się do zasad wiary i przestrzegać przykazań. Jest wielu katolików nieprzestrzegających zasad czy łamiących przykazania. Albo niezgadzających się z ich wykładnią proponowaną przez władze kościelne. Co jakiś czas wybuchają na ten temat dyskusje w samym kościele - np. jak traktować rozwiedzionych, czy znieść celibat księży czy i w jakim stopniu dopuścić do sprawowania obrzędów w kościele kobiety. Czy stają się przez to niewierzący? Nie. Nadal wierzą w Boga.
  • 26.11.17, 12:03
    Dziekuje aqua, pisząc osoba wierzaca miałam w domyśle katolika.
  • 24.11.17, 18:30
    Alsk swoja wypowiedzią po raz kolejny manipulujesz i bezczelnie przeinaczasz opisane przez autorkę historie, tak aby ja postawić w złym świetle, a meza wybielić. Gdyby bylo tak jasz piszesz ponizej to autorka nie mialaby najmniejszego problemu z tym,zeby zadecydowac o tym ze zostaja we wlasnym domu na swieta. Cytuje twoj komentarz:"wystarczy zobaczyć jak się wątek rozwija, autorka na początku przedstawia się jako trzęsąca się ze strachu ofiara despotycznego agresywnego męża który jej każe jeździć do swojej rodziny i ona biedna musi, a tu okazuje się, że że w domu właściwie to ona rządzi, gada, dyryguje, a mąż się coraz bardziej chowa w skorupę przed jej presją i okazywaniem mu ciągle jaki jest nieudany.
    czy mąż na ślubie też się nie odzywał? czy robiąc troje dzieci nie rozmawiali ze sobą?
    Czy autorka potrafi z nim rozmawiać inaczej niż z pretensjami?
    Czy mąż taki "głupi" był zawsze czy objawy psychosomatyczne u niego się nasiliły? Czy zainteresowała się realnie jego zdrowiem czy tylko został obsztorcowany że ma czegoś nie robić bo nie będzie się nadawał do tego czego ona potrzebuje?"
  • 24.11.17, 18:42
    A co? Mąż "głupi" (to akurat określenie z twojej wypowiedzi) był już przed ślubem? :D I na ślubie był w stanie powiedzieć tylko "tak" a później już się nie odzywał? Bo mieszkając 600km od rodziny to jednak nie ma co ściemniać, że codzienne nieodzywanie się do żony i sposób komunikacji w domu mu siostra kazała uskuteczniać misternie budując plan przeciwko żonie:P. Oboje z żoną wypracowali taki zwyczaj, każdy mając swoje obciążenia wyjściowe. Jak jej to nie odpowiadało to mogła faceta pogonić dawno temu, a nie brnąć w trójkę dzieci z facetem który się do niej cały dzień nie odzywa.
    A dodatkowo jego traktować jak małe dziecko:
    > "Ty się boisz, że jak dasz mężowi wolnosć decyzji to was jako rodzinę oleje"? autorka: W ogóle nie mam takich obaw. >Wiem, że nigdy nie można mówić nigdy, ale jestem przekonana, że on nie pojedzie sam do rodziców ani na święta ani bez >okazji. Dlatego mi się wydaje, że mówienie, że może sam jechać jest takie puste. Poza tym, czy nie zasugeruję mu w ten >sposób, że mi nie zależy na jego obecności? > przecież mi zależy? Nie chcę sprawiać, że poczuje się odtrącony..."

    Kto tu ma pracę do odrobienia?
  • 24.11.17, 19:21
    Tak, każde z nich ma swoje obciążenia wyjściowe, facet ma lek przed bliskością a autorka poze ofiary. Wiec każde ma feler. Jednak nie oznacza to, ze ona w domu rządzi, nie zamyka jej się buzia od gadania i ze on przed nią ucieka, bo traktuje go jak dziecko😃 Jak ofiara moze pogonic faceta, w dodatku lata temu, jak ona dopiero teraz czyli w średnim wieku odblokowala nieco zamrożone emocje i zaczyna cokolwiek dostrzegać i czuć? Fajna rada, ja ci na taka rade poradzę, żebyś ty przeszla triathlon i zdobyla Kilimandżaro, i czemu tego jeszcze nie zrobilas lata temu. A tu autorka " glupi" zastanawia się czy może JUZ z mężem poruszyć temat swiat i sie boi powtórki z rozrywki. Oj glupia ona amogla lata temu go pogonic😃
  • 24.11.17, 18:59
    zuzi.1 napisała:

    > Alsk swoja wypowiedzią po raz kolejny manipulujesz i bezczelnie przeinaczasz op
    > isane przez autorkę historie, tak aby ja postawić w złym świetle, a meza wybiel
    > ić.

    Zuzi uspokój emocje. Ty masz swoje przejścia i swoje sposoby na swoje problemy, autorka ma innego męża niż Ty. My patrzymy na nie z jeszcze innej perspektywy. A rozwiązania problemu trzeba dopasować do swojej sytuacji. Więcej osób ma podobne przemyślenia co Alsk na podstawie tego co autorka napisała i rozwoju wątku. I nie nikt tu nikogo nie wybiela, ani nie stawia w złym świetle. Jeśli coś jest nie tak w związku to zazwyczaj szwankuje komunikacja z obu stron.
  • 24.11.17, 19:29
    Patrzcie patrzcie tylko nie manipulucie i nie przeinaczajcie. Na pewno szwankuje komunikacja z obu stron, przy czym z jednej bardziej, bo nie chce sie zwyczajnie komunikować. Autorka jest imo zbyt delikatna i Malo konkretna ale to wynika z jej wychowania przez despotycznego ojca. Despota nigdy nie wychowa osoby wygadanej i asertywnej, tylko zalękniona ofiarę, ktora sie dziesięć razy zastanawia czy męża nie urazi prośba zeby sam jechał do swoich rodzicow JESLI CHCE. Inna by na niego huknela a jedz sobie do SWOJEJ rodziny i baw sie dobrze. Ale autorki na obecnym etapie emocji nie stać na taki komunikat. Dlatego tutaj terapia jest konieczna.
  • 25.11.17, 09:50
    zuzi.1 napisała:

    >Na pewno szwankuj
    > e komunikacja z obu stron, przy czym z jednej bardziej, bo nie chce sie zwyczaj
    > nie komunikować. Autorka jest imo zbyt delikatna i Malo konkretna ale to wynika
    > z jej wychowania przez despotycznego ojca. Despota nigdy nie wychowa osoby wyg
    > adanej i asertywnej, tylko zalękniona ofiarę

    Nie pierwszy raz zdumiewa mnie jak łatwo i szybko stawiasz diagnozy przez internet i jak bez żadnego wahania naklejasz etykietki, zwłaszcza ludziom których nie znasz, a o których wiesz coś z trzeciej ręki... wszędzie według Ciebie są narcyzi, despoci, oraz ich biedne, zalęknione ofiary. A prawda może być taka ale równie dobrze może być zupełnie inna i warto jeśli chce się komuś rozsądnie coś poradzić brać wiele rozwiązań pod uwagę.
  • 25.11.17, 10:12
    To prawda, ze prawda moze być zupełnie inna. Dlatego wielokrotnie juz pisałam, ze to co pisze to nie jest jeden mozliwa opcja, ale jedna z wielu. Ciężko mi za każdym razem dodawać takie zastrzeżenie, gdy cos pisze. To są dywagacje, a jaka jest prawda tego nie wiemy. Trzeba by ta syyuacje i historie rodzinna poznać w 100% i miec do tego odpowiednie przygotowanie merytoryczne aby stawiać 100% diagnozę. To co pisze, to przypuszczenie, jedna z możliwości a nie pewnik.
  • 23.11.17, 17:24
    dobromiku napisał(a):

    > Jest dobrym partnerem. Życie się toczy spokojnie, a od czasu do czasu zdarza si
    > ę własnie coś co doprowadza do kłótni.

    No to normalnie :)
  • 23.11.17, 16:42
    dobromiku napisał(a):

    > nigdy do końca swoich potrzeb czy oczekiwań
    > nie mogę wysłowić, bo nie daje mi na to szansy ucinając rozmowy. Przestaje słu
    > chać albo kwituje lekceważąco słowami "yhm, tak, tak Ty jesteś najważniejsza, T
    > woje potrzeby są najważniejsze". No to ja na to, że przecież to nieprawda i wca
    > le tak nie twierdzę, że po prostu chcę by zrozumiał o czym myślę i czego potrze
    > buję. Mąż na to, że znowu zaczynam swoje, że ja myslę tylko o sobie

    A czy TY pytasz go jakie on ma zdanie na jakiś temat, czy tylko wyrażasz swoje zdanie i przedstawiasz SWOJE potrzeby, oczekując od niego żeby wysłuchał i dostosował się? Czy Wy ROZMAWIACIE? Czy dajesz mu szansę na wypowiedzenie się bez zbijania jego zdania? Czy TY słuchasz go i bierzesz jego potrzeby pod uwagę?
  • 23.11.17, 17:06
    Jak wspominałam gdzieś wyżej mąż jest małomówny. Gdybym nie pytała to niewiele bym wiedziała. Więc pytam. Odpowiedzi są krótkie. Słucham zawsze, bo pytam po to, żeby poznać odpowiedź. Zależy mi na rozmowach, więc ja je inicjuję.
  • 23.11.17, 22:15
    Jak ktoś dużo gada i nagabuje o odpowiedzi, to dla osoby np introwertycznej staje się jak upierdliwa brzęcząca mucha nad uchem, taki męczący szum.
  • 23.11.17, 22:23
    Wiem o tym. W naszym domu to ja jestem osobą więcej mówiącą, ale obiektywnie patrząc, nie mam przegięcia w tą stronę. Są takie dni, że gdybym męża nie zagadała, nie zapytała, to cały dzień upłynąłby bez słów.
  • 24.11.17, 20:08
    dobromiku napisał(a):

    > Jak wspominałam gdzieś wyżej mąż jest małomówny. Gdybym nie pytała to niewiele
    > bym wiedziała. Więc pytam. Odpowiedzi są krótkie. Słucham zawsze, bo pytam po t
    > o, żeby poznać odpowiedź. Zależy mi na rozmowach, więc ja je inicjuję.

    I ten małomówny mąż biega i uparcie startuje w maratonach, a na każdych zawodach mdleje i Dobromilu musi go odbierać, czy tak? A w ostanie święta BN najpierw nakłamał rodzicom, że jest chory, a potem odnowiła mu się kontuzja i wigilię spędzili we dwoje na ostrym dyżurze. Czy chorowanie to nie jest dla niego honorowe wyjście z niemożliwych do spełnienia wymagań (rodziców lub własnych) i nieświadomy sposób na zapewnienie sobie uwagi i opieki żony bez utraty wizerunku twardego, niezależnego mężczyzny skoncentrowanego na osiągnięciach?
  • 25.11.17, 21:39
    Jejku jakbym czytała o swoim mężu...trudne jest takie życie a ja już powoli kapituluję.
  • 25.11.17, 22:54
    Ja mam postanowienie, by nie kapitulować. Nabieram troche dystansu do samej siebie, próbuję spojrzeć obiektywnie i skłaniam się ku temu by jednak w pierwszej kolejności zadbać właśnie o siebie. Oczywiście od razu świta mi głowie myśl, że to egoistyczne itp., ale te wyrzuty sumienia też chcę od siebie odsunąć.
  • 25.11.17, 23:10
    A doszlas koralka do jakichs glebszych wniosków dlaczego tak się zachowuje, pytalas go o to bezpośrednio?
  • 26.11.17, 22:36
    Próbowałam ale zachowuje się jak mąż dobromiku. Po pierwsze nie jest zainteresowany rozmową. Ucieka od problemów chowając głowę w piasek. Nie chce rozmawiać wychodząc z pomieszczenia...odwraca się plecami i po prostu wychodzi gdy mówię. Doszło do tego, że potrafi wyjść do drugiego pomieszczenia a gdy chcę wejść zamyka mi drzwi przed nosem i nie pozwala otworzyć. Dlatego kapituluję i już nie próbuję. Tak samo mam, że mąż nie ma potrzeby rozmowy ze mną i jak nie zagaję to się nie odzywa. Jak nie zapytam to nie będę wiedziała. Sam z siebie niewiele mi mówi. To wygląda jakby zatajał informacje a mi się już nie chce dociekać, pytać bo to takie żebranie... Powolutku zaczynam myśleć o tym, że w zasadzie nie ma już czego ratować.
  • 27.11.17, 21:34
    Bardzo przykre zachowanie. I nie wiesz o co mu chodzi?
  • 29.11.17, 09:50
    Oczywiście, że wiem. Powinnam patrzyć w niego jak w obrazek, we wszystkim przytakiwać, nie mieć swojego zdania, myśleć i mówić jak on chce i zachować się jak chce itd....mogłabym w nieskończoność wymieniać