Dodaj do ulubionych

Wywiad z córką Jacka Kaczmarskiego

18.03.19, 00:53
1)
Patrycja Volny - (ur. 5 lutego 1988 roku w Monachium), aktorka i piosenkarka. Ukończyła Shine Creative and Performing Arts Academy w Perth (Australia), oraz Joondalup Academy of Performing Arts, również w Perth. W 2008 roku śpiewała w programie „Jaka to melodia”, koncertowała również z piosenkami z repertuaru swojego ojca. W 2013 roku ukończyła Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Zadebiutowała na dużym ekranie w najnowszym filmie Agnieszki Holland „Pokot”

Pani najwcześniejsze wspomnienie związane z ojcem?
– To zapachy i smaki. Ojciec pachniał taką specyficzną mieszanką wody kolońskiej, potu i soli. A solił dużo i namiętnie przez całe życie. Ojciec z książką. Ojciec przed telewizorem – miał bardzo owłosione nogi, które mnie zawsze łaskotały. Ale ojca w domu bardzo często nie było albo mama usuwała mnie z jego pola widzenia.

Dlaczego?
– Bo go irytowałam. Nie rozumiał małych dzieci i nie miał instynktu ojcowskiego. Nie mam więc fajnych wspomnień z wczesnego dzieciństwa.

Nic dobrego?
– Jak mu się chciało, to miał niezwykłą wyobraźnię i umiejętność opowiadania bajek. Kiedy bywaliśmy na wsi w domu mojej mamy, w Szczawie, w Gorcach, namawiał mnie, może 5-letnią, żebym w nocy poszła z nim szukać krasnoludków. Ale ja się bałam. Czasem było jakieś wspólne malowanie, bo ojciec ładnie rysował, tyle że wtedy byłam już starsza. Miałam może z dziewięć lat. Rok później, w mojej trzeciej klasie podstawówki, rodzice się rozstali.

Czy czekolada szkodzi? Skąd brać odporność? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziesz w newsletterze Bądź zdrów! Zadbaj o zdrowie - zapisz się.
Zapisuję się
informacje o danych osobowych i regulamin
PRZECZYTAJ TAKŻE: Jacek Kaczmarski: uwodziciel. Rozmowa z Jackiem Kleyffem

Urodziła się pani w Monachium w 1988 roku, ale mama i ojciec wyemigrowali w 1995 z panią do Australii. Czyj to był pomysł?
– Ojca. Był tam kiedyś w trasie koncertowej i tak się zakochał w tym kraju, że uparł się tam wyjechać. Wbił sobie do głowy, że już nie będzie koncertował, tylko pisał książki. Że ma dość tego blichtru i hulaszczego trybu życia podlanego alkoholem. I mama na to przystała. Akurat wtedy po wielu latach przestała pracować dla Radia Wolna Europa – pracowała w sekcji polskiej jako typistka, potem sekretarka – dostała sporą odprawę, więc stać ją było, żeby nas tam przeflancować. Bo ojciec nigdy nie miał pieniędzy.

Przecież chyba dużo zarabiał?
– Był bardzo rozrzutny i pieniądze przeciekały mu przez palce, mimo że dawał dużo koncertów. Gdy wrócili z trasy koncertowej po USA (Chicago – Seattle – Nowy Jork) i Kanadzie, to Przemysław Gintrowski za to, co zarobił, wybudował dom, a ojciec przyjechał z niczym i miał jeszcze 11 tysięcy dolarów długu. Nie mam pojęcia, co stało się z jego pieniędzmi: czy się gdzieś z kimś pozakładał, czy nie dotrzymał jakiegoś kontraktu i musiał te pieniądze zwrócić?

Który to był rok?
– To mógł być początek lat 90. Dokładnie nie wiem. Nie jestem „kaczmarofilem”. Znam ludzi, którzy by pani dokładnie powiedzieli nie tylko datę, ale nawet jaki grał wtedy program.

Jak rodzice się poznali?
– W Radiu Wolna Europa. Polacy trzymali się tam razem, spotykali się w jednej kantynie i tak też mama spotkała ojca. Na jej nieszczęście. Mama uciekła w 1972 roku z Polski. Miała jechać do Włoch, ale po drodze zatrzymała się w Monachium u swojego przyszywanego dziadka Jana Grosse, który pracował w RWE. On pomógł jej zdobyć azyl polityczny i pracę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Scena (Wokaliza na zdarte głosy) i Monachijskie buki. Niepublikowane wiersze Jacka Kaczmarskiego

Pamiętam pani wypowiedź w telewizji, a miała pani może z 18 lat, że ojciec był alkoholikiem, nie było wam z nim dobrze. Wywołało to lawinę krytyki. Zareagowała pani zdumieniem, że mówienie prawdy w Polsce nie jest w cenie.
– Powiedziałam prawdę o ojcu o dziesięć lat za wcześnie. Gdybym zrobiła to teraz, nikogo by to tak nie zszokowało. Raczej zostałoby odebrane ze zrozumieniem. Tak jak dobrze przyjmowane są wypowiedzi choćby sióstr Młynarskich o ich ojcu, który też nie był łatwym człowiekiem. W dobie mediów społecznościowych nie ma już tabu. Ale wówczas pokutowało jeszcze przekonanie, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. A ja nigdy nie uznawałam zakłamania czy owijania w bawełnę.

Od kogo pani się najbardziej oberwało?
– Od fanów ojca, niektórych jego znajomych, a także od paru oszołomów. Wówczas nie było jeszcze w Polsce ustawy o stalkingu, a ja dostawałam po nocach SMS-y z pogróżkami, telefony w stylu: „Co ty wyprawiasz?”, „Uważaj na ulicy” i tak dalej.

Czuła się pani zaszczuta?
– Przede wszystkim osamotniona. Zewsząd ataki, mama w Australii, a ja przecież byłam gówniarą. Ciężko to przeżyłam. Miałam w Warszawie dziadków, rodziców ojca, ale ich właściwie nie znałam. To nie byli ludzie, do których mogłam przyjść na pogaduchy, pożalić się albo się schronić. Dziadek miał mi zresztą bardzo za złe, że o tym powiedziałam publicznie. Był po wylewie, ale wydusił z siebie: „Nie mów już nic, dziecko”. Odparłam: „Dobrze, dziadku. Już nie będę”. I szlus. Nie powiedziałam na ten temat ani słowa przez wiele następnych lat.

Kiedy zaczęło się tak źle dziać w pani rodzinie?
– Między moim siódmym i ósmym rokiem życia. Mieszkaliśmy wtedy w Perth. Ojciec był sfrustrowany, agresywny, dużo pił. Zamykał się w swoim pokoju i wpadał w ciągi. Regularnie poszturchiwał mamę, ja kilka razy dostałam od niego pasem, choć mama zawsze starała się mnie chronić. Włączyło się jednak u niej to klasyczne współuzależnienie: jak zapił i nie mógł wstać na koncert, to matka dzwoniła, usprawiedliwiała go, świeciła oczami. W końcu przestała chować butelki, bo zabrakło jej sił. Sama zaczęła mieć problemy ze zdrowiem. Awantury wybuchały więc zazwyczaj wtedy, kiedy dał sobie w szyję, a mama mówiła mu kilka słów prawdy. Na przykład, że chce odejść. A on nie chciał, bo po co? Wygodny dom, żona, wikt i opierunek.

Myślę jednak, że on, chory na Polskę, tęsknił już wtedy za krajem, za sceną i za uwielbieniem. Bo on uwielbiał być uwielbiany.
Był narcyzem?
– Absolutnie! Kliniczny przykład. Nie liczyło się nic poza tym, czego on chce, jak on widzi świat. Bywało, że zabierał mnie do galerii sztuki czy do zoo. Tam gdzie jemu samemu się podobało. Raz kupił bilety na „Nędzników”, jakieś słynne wykonanie tej sztuki było wówczas gościnnie w Perth. No i w dzień spektaklu się upił. Dzwoni do mamy, że nie może mnie zabrać i czy ona go wyręczy. Mama tym razem uznała, że już nie będzie go kryć i niech radzi sobie sam. Więc na koniec usłyszała: „Jak możesz to zrobić dziecku?!”. Tymczasem ona nigdy mnie nie zawiodła.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kaczmarski jak zwierciadło

Co się takiego wydarzyło, że uciekłyście do domu samotnej matki?
– Miałam dziesięć lat. Ojciec po raz kolejny był agresywny, w końcu zobaczyłam, jak leje mamę. Był to dla mnie potworny wstrząs, bo wcześniej tego nie widziałam. Tylko słyszałam krzyki zza drzwi... Wolę nie wracać do szczegółów.

Najpierw ukryłyśmy się u znajomych. Mama musiała zgłosić sprawę na policji, by od służb socjalnych dostać jakieś locum zastępcze. W międzyczasie umieszczono nas w domu samotnej matki. Dom mieścił się na peryferiach Perth, w biednej dzielnicy, mieszkały tam kobiety z różnych środowisk, często patologicznych. Była wśród nich bardzo zamożna Azjatka, która szybko stamtąd zniknęła, były też kobiety naprawdę biedne. Ale ja bawiłam się ze wszystkimi dziećmi. Nie wspominam tego jako traumy, wręcz przeciwnie: wreszcie miałyśmy spokój. Odpoczywałam psychicznie.

Mama potem powiedziała mi, że przez pierwsze noce w tym domu miałam koszmary i krzyczałam przez sen, a potem w ogóle nie chciałam opuścić tej placówki, bo bałam się, że on nas dopadnie.
Długo tam byłyście?
– Dwa miesiące. Wtedy dostałyśmy socjalne mieszkanie. Mama nie zrobiła wcześniej rozdzielności majątkowej, więc przy rozwodzie musiała podzielić się z ojcem pieniędzmi ze sprzedaży domu. Ale na szczęście wystarczyło jes
Edytor zaawansowany
  • fusun1804 18.03.19, 01:03
    Kupiła go – i wreszcie byłyśmy na swoim.

    Po rozwodzie rodziców doszła pani do siebie?
    – Byłam bardzo trudnym dzieckiem. Miałam fobię szkolną i mnóstwo innych problemów. W domu chowałam się przed ojcem, ale czasem się zagapiłam, coś tam głośniej powiedziałam i już zaczynała się awantura i krzyki. Do dziś bardzo źle znoszę krzyk. Pewnie przez tę agresję w domu byłam nerwowa, lękliwa, agresywna słownie wobec innych dzieci. A szkoła, zamiast się mnie pozbyć, pomagała. Na przykład obniżyli czesne. Mama poinformowała nauczycieli o tym, co dzieje się w domu, bo bała się, że ojciec mnie porwie ze szkoły. Już wówczas nie pracowała, bo była już schorowana, w depresji i nie władała na tyle dobrze językiem. Tata z kolei miał coś z tantiem, koncertów, ale ponieważ w Australii figurował jako bezrobotny, to alimenty płacił właściwie żadne. Było nam bardzo ciężko. Mama dostała zasiłek na mnie i na siebie, a żeby dorobić, chodziła jeszcze sprzątać. Ojciec nie chciał nawet dać mi pieniędzy na wakacje.

    Miała pani w ogóle świadomość, kim był pani ojciec? Chociażby symbolem „Solidarności”?
    – W ogóle nie miałam! Urodziłam się w Niemczech, gdzie tym symbolem nie był, tylko pracował w radiu. Czasem w domu wyciągał gitarę i śpiewał, ale to było wśród swoich, więc mnie nie dziwiło. Że tata koncertuje, dowiedziałam się, gdy przez chwilę, w latach 1994-95, byliśmy w Polsce. Ale mitu, jaki go otaczał, zupełnie nie odczuwałam. Ta świadomość przyszła po latach. W 2006 roku wróciłam do Polski i okazało się, że ojciec jest pomnikiem. Na kilka dni zatrzymałam się u państwa Petryckich [Jacek Petrycki – operator filmowy, reżyser i scenarzysta – I.M.]. To była chyba druga rocznica śmierci ojca i Petryccy byli zaproszeni na koncert go upamiętniający. Zabrali mnie ze sobą i w ten sposób wpadłam w towarzystwo tak zwanych „kaczmarofilów”, którzy wówczas integrowali się na forach internetowych. Czyli młodzieży pasjonującej się twórczością taty. Potem okazało się, że są na jego punkcie zupełnie szurnięci. Złego słowa nie dali powiedzieć ani o nim, ani o jego wierszach.

    PRZECZYTAJ TAKŻE: Jacek Kaczmarski. Był "diabli, czyśćcowy i boski"

    Na tej fali zaczęła pani śpiewać piosenki taty?
    – Chciałam chyba być zaakceptowana, a to była najprostsza droga. Wtedy już borykałam się z anoreksją, ale nie było tego jeszcze po mnie widać. Przy wzroście 170 cm ważyłam 79 kilo. Mimo że byłam otyła, wciąż chciałam iść do szkoły aktorskiej. Od siódmego roku życia chciałam być aktorką i tak mi już zostało. Próbowałam jeszcze w Australii, prosto po maturze, ale tam do szkoły teatralnej mnie nie przyjęli, mówiąc, że muszę jeszcze nabrać doświadczenia, dojrzeć, co akurat uważam za dobry ruch. Wtedy postanowiłam, że wrócę do Polski, może tu uda mi się rozwinąć skrzydła. Wylądowałam i pomyślałam: jestem u siebie, mimo że sporo kolców ma ta nasza Polska. Dwa razy zdawałam do łódzkiej Filmówki i za drugim razem się udało. I to śpiewająco.

    Patrycja Volny2 ZDJĘCIA
    Patrycja Volny Fot. PIOTR BLAWICKI /DDTVN/ EAST NEWS

    Do szkoły startowała pani jako Volny czy Kaczmarska?
    – Volny. Zawsze to nazwisko po mamie miałam w dowodzie, bo urodziłam się jeszcze przed ślubem rodziców. Nazwiska Kaczmarska używałam potem. Byłam ciekawa, czy to mi pomoże w tak zwanej karierze. Ale jak nie masz szkoły aktorskiej, dyplomu ani talentu, to ci w końcu podziękują. Albo jeśli masz talent, a nie masz dyplomu, to w teatrze czy serialu dostajesz najniższą stawkę.

    Nazwisko mi nie pomogło, wręcz przeciwnie: czułam się jak eksponat. Zapraszano mnie na różne „koncerty pamięci”, nawet do Sejmu.
    A zaprosił mnie Adam Borowski, opozycjonista, wielki fan mojego ojca, żebym zaśpiewała w ogrodzie Pałacu Prezydenckiego. Przed całą ówczesną władzą. To były czasy Leppera, Giertycha i prezydenta Kaczyńskiego. Nie chodziło o to, żeby to był dobry koncert (moim zdaniem nie był), ale o to, że córka barda śpiewa jego piosenki. Młoda byłam wtedy, głupia i szukałam własnej drogi.

    Potem śpiewałam z Trio Łódzko-Chojnowskim, zespołem mojego ówczesnego narzeczonego Pawła Konopackiego, który moim zdaniem jest najlepszym wykonawcą piosenek ojca w Polsce. To nauczyło mnie obycia ze sceną i pracy nad piosenką. Chociaż pamiętam, że „wymaglowała” mnie wówczas w swoim „Maglu towarzyskim” Karolina Korwin-Piotrowska, mówiąc, że nie wystarczy mieć ładną buzię i znane nazwisko, żeby zrobić karierę. Oczywiście miała rację, co jej po latach przyznałam.

    Śpiewała pani piosenki taty, przed którym musiałyście uciekać do ośrodka.
    – Tak, ale ja zawsze odróżniałam te dwie strony medalu. Uważałam, i nadal tak uważam, że twórczość ojca, poza nielicznymi wyjątkami, jest wybitna.
    Bardzo lubię jego program „Między nami” i kolędy, bo są po prostu piękne. A to, jakim był człowiekiem, to inna sprawa. Ludzi, którzy mówili: „Jak dowiedziałem/łam się, jaki był, to przestałem/łam go słuchać”, pytałam: „Ale dlaczego? Piosenka czy wiersz niczemu nie winne!”. Chciałam zresztą śpiewać inny repertuar, ale nikogo to nie interesowało. Woleli piosenki ojca.

    W którym momencie zdecydowała pani, że już więcej nie będzie ich pani śpiewała?
    – To przyszło naturalnie. Koncertowaliśmy jeszcze trochę z Pawłem Konopackim – ja jako taki kwiatek do butonierki – a mniej więcej w tamtym czasie Krzysztof Gajda pisał biografię ojca „To moja droga”, w której się wypowiadam. Stwierdziłam wówczas, że to ostatni występ w roli córki swojego taty. Córki barda. Więcej nie dałam się wpuścić w śpiewanie dla polityków.

    Widziała pani ojca na scenie?
    – Może trzy razy. Nie pamiętam wrażeń, bo byłam malutka. Raz, po koncercie w Wieliczce, miał mi za złe moje zachowanie. Nie przypominam sobie, kto przed nim występował, ale jak skończył śpiewać, to burknął do mnie: „Widzisz, córeczka tamtego, jak tatuś skończył śpiewać, wbiegła na scenę i dała mu buziaka”. A mnie to nawet nie przyszło do głowy! Nie byłam nigdy z tych podlizujących się.

    PRZECZYTAJ TAKŻE: Michnik o Jacku Kaczmarskim: Była w nim pasja życia, żarliwość

    Raczej kolczasta?
    – Powiedziałabym, że charakterna. Poza tym ja byłam przez niego bardzo zahukana. Kiedy patrzę na moją córeczkę Lenę, to widzę w niej wiele z siebie. Ale ona jest wesoła, pełna życia i nikt jej nie tłamsi.

    A w moim domu nawet nieobecność ojca była w jakiś sposób tłamsząca. Tkwiłam w permanentnej przemocy psychicznej.
    Aż w pewnym momencie dojrzałam do tego, że już wystarczy tej walki z wiatrakami. O akceptację, o bycie potrzebną. Ilekroć przeglądałam się w jego oczach, mój obraz był straszny. I taki zostało mi do dzisiaj. Mam problem z uznaniem siebie za osobę godną miłości i szacunku. Ciężko mi walczyć o siebie zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, choć o kogoś umiem się bić do krwi. Z ojcem widziałam się ostatni raz w 2003 roku.

    W jakich okolicznościach?
    – Poleciałam do Gdańska. Mama mnie przekonywała, że powinnam go odwiedzić, wesprzeć w walce z chorobą. Widocznie sądziła, że po długim okresie rozłąki mój widok ojca ucieszy, sprawi mu przyjemność. Na lotnisku w Australii dostałam histerii, że nie chcę jechać. W Singapurze zawróciłam do domu, ale mama uparła się i wsadziła mnie z powrotem do samolotu. To nie był dobry pobyt.

    Miałam 15 lat, a ojciec miał już inną rodzinę i był wobec mnie bardzo krytyczny: wobec mojej tuszy, inteligencji. Mówił, że jestem głupia, gruba, interesowna i tak dalej.
    Jacek Kaczmarski z Patrycją na Targach Książki w Warszawie, 18 maja 2003 r.2 ZDJĘCIA
    Jacek Kaczmarski z Patrycją na Targach Książki w Warszawie, 18 maja 2003 r. Fot. Przemysław Pokrycki / Reporter

    Wtedy zaczęła się anoreksja?
    – Apogeum nastąpiło, jak poszłam na pierwszy rok studiów i zakochałam się w profesorze. Uznałam, że przecież taka mu się nie spodobam. Do dziś czuję się anorektyczką. To wraca.

    Wciąż patrzy pani na siebie oczami ojca?
    – To jest jego filtr: wiecznie nie taka, wiecznie niedobra, cała złożona z wad.

    Drażniło go we mnie to, czego najbardziej nie lubił u siebie: tendencje do fantazjowania, odpływania z rzeczywistości, do próżności i roztrzepania. On po prostu był o mnie zazdrosny jak
  • fusun1804 18.03.19, 01:08
    Drażniło go we mnie to, czego najbardziej nie lubił u siebie: tendencje do fantazjowania, odpływania z rzeczywistości, do próżności i roztrzepania. On po prostu był o mnie zazdrosny jak dziecko o drugie dziecko.
    Stanowiłam pewnego rodzaju przeszkodę w jego kontaktach z żoną, a więc moją mamą. Mama, która była o osiem lat starsza od ojca, urodziła mnie późno, bo dopiero w wieku 39 lat, i ojciec najwyraźniej zszedł na drugi plan.

    Związek z Pawłem Konopackim był trochę jak szukanie ojca?
    – Coś w tym musiało być. Starszy ode mnie, śpiewał piosenki taty, emocjonalnie też był do niego podobny. W ogóle nie chciałam mieć dzieci, bo bałam się, że je skrzywdzę. Na szczęście mój mąż jest cudownym tatą, czyli przeciwieństwem mojego ojca. Jest Francuzem, inżynierem, półtora roku mieszkaliśmy w Hongkongu, gdzie został wysłany przez firmę do pracy. Lena tam się urodziła. Teraz mieszkamy w Alzacji.

    Tak często, jak mogę, przyjeżdżam do Polski. Tęsknię za krajem i bardzo chciałabym wrócić. Ale nie teraz, gdy jestem bez pracy, a do tego moje dziecko byłoby uczone, że in vitro to dzieło szatana. Nie – dziękuję.

    Wiedziała pani, że ojciec choruje?
    – Tak, ale nie wiedziałam, do jakiego stopnia. Bo on był przekonany, że wszystko idzie ku dobremu i kiszona mikstura działa.

    PRZECZYTAJ TAKŻE: Na kłopoty Kaczmarski. Wciąż jest nam potrzebny

    Jaka mikstura?!
    – Był jedną z ofiar niejakiego „doktora” Zygmunta Bielki, który założył Prywatny Ośrodek Badawczy Organicznych Substancji Leczniczych i Zwalczania Chorób Nowotworowych i miał gabinet w podwarszawskich Włochach. Przedstawiał się chorym jako profesor kierujący zespołem naukowców, specjalistów od nowatorskich metod zwalczania komórek rakowych. Człowiek ten mieszał jakieś składniki, a potem je kisił i sprzedawał ludziom jako cudowne antidotum na raka. Nie podpisywał się pod tym i zabraniał jednocześnie chorym konsultowania się z lekarzami medycyny konwencjonalnej. Po jakimś czasie okazało się, że to zwykły hochsztapler. Technik budowlany, lat 54. Aresztowano go w 2006 roku. A ta mikstura to w rzeczywistości była kiszonka z buraków, jemioły, huby, nagietka, żywokostu, łopianu, bratka i czosnku.

    Jak pani ojciec mógł w coś takiego uwierzyć?
    – Pojęcia nie mam. Ojciec zawsze był dużym dzieckiem i wszystkiemu ufał. Sprowadzał nawet jakieś misy tybetańskie. Fajne są, ale wiadomo, że nie wyleczą raka. Te butelki, w których brał rzekomy lek, kosztowały po 5 tysięcy złotych sztuka. Potem już nie mógł pić, bo miał tracheotomię, ale przyjmował to dojelitowo. Myślę, że żył z rakiem dwa lata dosłownie siłą woli. Kiedy kaszlał i całe ściany były we krwi, to tłumaczył mi, że właśnie wypluwa tego raka. I ja mu wówczas wierzyłam. O wszystkim dowiedziałam się dopiero po jego śmierci. „Doktor” zarobił na tym według prokuratury prawie 2 miliony złotych. Dostał siedem lat więzienia.

    Przyjechała pani na pogrzeb 10 kwietnia 2004 roku?
    – Tak, niestety bez mamy, bo nie było pieniędzy. Mama musiała się zapożyczyć, żebym ja pojechała, mimo że bardzo dużo pieniędzy zostało ze zbiórki na ratowanie zdrowia taty i utrzymanie jego rodziny. Organizował ją wówczas Jacek Jaśkowiak, obecny prezydent Poznania. Gdy dowiedział się, jak biednie z matką żyłyśmy w stosunku do tego, jakie zebrano pieniądze, nie mógł uwierzyć. Bo kwota sięgała miliona. Ojciec zostawił testament, że dzieli to, co po nim zostaje, na trzy części: dla mnie, Kosmy – syna z pierwszego małżeństwa i swojej ostatniej partnerki – Alicji. Zresztą były dwa testamenty. W pierwszym nas, swoje dzieci, wydziedziczał. Ale w końcu stanęło na drugim.

    PRZECZYTAJ TAKŻE: Obława na Jacka K. Wspomnienie byłego ambasadora Ryszarda Schnepfa o Jacku Kaczmarskim

    Jutro, 19 września, nakładem wydawnictwa Prószyński ukaże się zbiór wierszy pani ojca z okazji 60. rocznicy jego urodzin „Między nami”. Cieszy się pani?
    – Oczywiście. I to bardzo! Trafiły tam teksty z rękopisów taty, zapisywane w zeszytach czy na świstkach papieru, które wcześniej nie były nikomu znane. Zostały u nas w Australii i mama przysłała mi je do Polski. Całe archiwum. Przyjaciel rodziny Stanisław Załuski, aktor, który występował z ojcem, pomógł mi to wszystko poukładać, a ja oddałam Bibliotece Narodowej. Chciałam, żeby twórczość ojca trafiła w dobre miejsce. Szczerze mówiąc, nie przyglądałam się temu archiwum za bardzo, bo mi to sprawiało przykrość.

    Z powodu przeszłości?
    – Tam były jakieś zdjęcia, laurki, które pisał dla swoich dziadków jako dziecko. Nie chciałam tego oglądać. Pomyślałam: taki fajny byłeś, a co z ciebie wyrosło. Żal mi się go robiło. Ojca wychowywali dziadkowie, a nie rodzice – oboje artyści plastycy. Matka była chora na schizofrenię paranoidalną, co pewnie było następstwem jej wojennych doświadczeń, a ojciec uznawał tylko twardy chów: był suchy i bezwzględny. Więc tatę wzięli do siebie dziadkowie – rodzice jego mamy. Stawiali na jego rozwój, edukację i oboje go hołubili. Babcia taty, Felicja, miała siedmioro rodzeństwa. Wszyscy zginęli w getcie, tylko ona przeżyła. A dziadek ratował Żydów, w tym babcię i jej córkę Annę, przyszłą mamę taty. Pradziadek ma dzisiaj swoje drzewko w Yad Vashem.

    PRZECZYTAJ TAKŻE: Jacek i Jarosław Kurscy o Jacku Kaczmarskim

    Ojciec czuł się dzieckiem odrzuconym i przekazał to odrzucenie swoim dzieciom?
    – Nie chcę tego smutnego dziedzictwa przekazywać dalej, choć do końca nie wyleczyłam się z niego. Staram się ten rozdział zamknąć i iść przed siebie.

    Zostało nam jeszcze biurko ojca, które rezyduje u mamy w Australii. Ale ta kwestia się pięknie rozwiązała, bo biurko zostanie przekazane Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie jesteśmy zamożne, pewnie mogłybyśmy sprzedać to biurko na jakiejś prywatnej aukcji za duże pieniądze. Ale powiedziałyśmy sobie: mamy gdzie mieszkać, co jeść, i to wystarczy. Ludzie łożyli na ojca, niech on im się teraz odwdzięczy.
  • iaia80 22.03.19, 09:51
    Dzięki :)
  • lilia.z.doliny 22.03.19, 13:26
    jestem pod wrażeniem
    dziekuje za wywiad

    --
    Pierogi są jak seks. Trzeba skonsumować tyle, żeby po wszystkim leżeć i ledwo dychać.
  • barbra25 30.03.19, 00:06
    Fusun1804 z wychwytujesz perełki. 😊

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.