Dodaj do ulubionych

Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ...

25.11.19, 12:44
Pod zmienionym nickiem, bo czasem (chociaż ostatnio rzadko) tutaj zaglądam …
Nie wiem, co mnie pchnelo do takich rozmyslan … może chciałam wiedzieć, dlaczego w zyciu robie to co robie … Jeszcze nie jestem na etapie, gdzie wiem jak to zmienić, ale wydaje mi się, ze przynajmniej wiem, czemu dokonuje takich a nie innych wyborow.
Pisze chyba glownie po to aby się wygadać, bo nie sadze aby rozwiązanie było na wyciagniecie reki.
Zdalam sobie sprawę, ze od czasu gdy (mniej więcej) bylam nastolatka moje wybory zyciowe podyktowane sa dwoma zmiennymi: być jak najmniejszym ciężarem dla otoczenia (wtedy rodzicow) + być niezalezna („ja sobie dam rade sama”, „ja niczego od innych nie potrzebuje”).
Podejrzewam, ze taka a nie inna postawa wynika z warunków w jakich się wychowałam i z dosyć silnego wpływu matki. Ona dosyć szybko swoja postawa nauczyla mnie nie oczekiwać od niej za dużo: chodzi zarówno o rzeczy materialne (typu: wsparcie w nauce, sfinansowanie jakiś fajniejszych wakacji) jak i niematerialne (generalne wsparcie emocjonalne). Matka wychowana była w przekonaniu, ze uczuc ani swoich slabosci nie należy uzewnetrzniac, bo z pewnoscia znajda się tacy, którzy wykorzystają to przeciwko nam. W takim duchu wychowywala tez mnie. Uczuc nie pokazywałam nawet w domu … z jej odmowami nauczyłam sobie radzic – po prostu przestalam o cokolwiek prosić.
Dosyc szybko tez wykoncypowalam, ze jak czegos w zyciu chce, to musze polegac na sobie. Jako nastolatka polowe wakacji spedzalam pracując, w liceum dorabiałam sobie po lekcjach udzielając korepetycji, sprzatajac biura etc.
Podejrzewam, ze w ten sam sposób wybrałam kierunek studiow: kierunek który umozliwial szybkie pojscie do dobrze płatnej pracy (co zresztą zrobiłam, bo już jako 22 latka pracowałam na pelen etat z pensja wyzsza od pensji rodzicow). Kierunek studiow nie był raczej tym, co chciałam w zyciu robic zawodowo (zresztą wtedy to nawet nie za bardzo wiedziałam co chciałabym robic). Dawal za to kase i niezaleznosc.
A zatem: zwolniłam rodzicow z ich obowiazkow rodzicielskich dosyć wcześnie, pokazalam ze rzeczywiście poradzę sobie sama i przestalam być dla nich ciężarem …
Teraz mam 46 lat i zdałam sobie sprawę, ze robie tak ciagle w zyciu. Ciagle zwalniam ludzi z ich obowiazkow wobec mnie i biore na siebie więcej niż powinnam. Zrobilam tak z mezem, który pracuje na własnej dzialanosci i tylko tyle ile musi. Bierze jedynie takie zlecenia, ktore sa w jakiś sposób rozwojowe i sprawiają mu frajde, bo finansowo mamy na tyle OK sytuacje, ze po prostu nie musi robic więcej niż chce … Za to w pozostałym czasie (aby oddac mu sprawiedliwość) zajmuje się domem: zakupy, wywiadówki, przeglądy samochodow, organizowanie zycia całej rodzinie, z dzieckiem do lekarza etc.
Ostatnio zrobilam podobnie w pracy – tez wzielam na siebie więcej niż powinnam, bo przecież „nikt inny tego nie zrobi” oraz „jak nie ja to kto”. Fakt, ze była pewna presja z góry, ale tez miałam dobry powod, żeby tego konkretnego zlecenia nie brac, a jednak ..
Do sedna: zdałam sobie sprawę ze moimi własnymi wyborami życiowymi zwiazalam sobie rece. Mam bardzo dobra prace, z której finansuje byt całej rodziny, wakacje, studia dziecka etc. Praca nie jest jakas stresujaca, jest pewna. Czy ja lubie? Jak kiedy … Ostatnio nie za bardzo, ale jakbym się bardzo uparla, to bylabym w stanie cos zmienić w tej sytuacji …
Natomiast to ze te prace mam i ze ona jest jaka jest (dobrze platna i pewna) powoduje, ze czuje się uwiazana we własnym zyciu. Ostatnio naszlo mnie na przykład na career break. I uswiadomilam sobie ze się nie da. I nie będę mogla tego zrobić do czasu az dzieci skoncza studia. Do mojej pensji podwiązane sa rozne zasiłki typu kindergeld (nie mieszkam w PL, ale tez nie w DE), dodatek na finansowanie szkoły ekspackiej, studiow etc. Nie ma pensji = nie ma dodatkow (nie ma możliwości dostawania tych pieniędzy prosto z budżetu, można to wszystko dostawac jedynie za pośrednictwem pracodawcy, czyli jak nie ma pracodawcy, to nie ma zasilkow). To ze np. przez pol roku nie dostawałabym pensji, jakos mnie nie boli. Podejrzewam za to, ze dużym problemem staloby się finansowanie nauki dzieci …
A zatem wyszlo mi, ze jestem uwiazana na tym etacie jeszcze przez jakies 12 lat i … zrobilo mi się strasznie smutno. Będę miała 58 jak wreszcie będę mogla cos zrobić dla siebie … Po tylu latach czekania … Wychodzi, ze większość zycia spedzilam zaspokajając oczekiwania innych albo co najmniej starając się nie być dla nich ciężarem … I ani nie wiem jak to się stało, ani nie wiem czy mogę cos zrobić tu i teraz żeby to zmienić i nie musiec czekac do 58. Tak bardzo chciałabym uratować przynajmniej cos pomiędzy 46 a 58 …
A jak słucham jakichś swoich glowsow wewnętrznych przed kolejnymi wyborami życiowymi, to zawsze slysze „eeeee … ty na to nie zasługujesz … czemu bys miała”. Skad to? I czemu tak ciężko to zmienić?
A teraz wy zaczniecie cos pisać, a ja zaczne grac w „tak, ale” i znowu będzie bledne kolo.
Obserwuj wątek
    • tt-tka Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 14:06
      Zaczne pisac, ale jesli podejmiesz gre w "tak, ale", nie poczuje sie dotknieta :)
      Zaznaczylas od razu, ze chcesz sie wygadac, nie oczekujesz doradztwa.

      Tyle ci powiem, ze znam osoby, i wiecej niz kilka sztuk, ktore dosc radykalnie zmienily swoje zycie w okolicach 50-tki. Rozne byly ich wybory i rozne skutki - nie zawsze oczekiwane i upragnione, ale tez nie zawsze zle, a niemal nigdy wylacznie zle.

      W jakim wieku sa twoje dzieci ? Czy rzeczywiscie koniecznosc ich finansowania to dwanascie lat ?

      --
      Ignorancja moze byc skorygowana przy pomocy ksiazek. Glupota wymaga strzelby i szpadla (pochwycone w sieci)
    • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 14:14
      Dzieci:
      19 (w trakcie studiow)
      9 (podstawowka w szkole miedzynarodowej, wiec wydaje mi sie ze 10 lat finansowania to spokojnie mam przed soba)
      Nie twierdze, ze ja nieprzerwanie musze siedziec na etacie przez 12 lat. Ale skoro pracodawca daje kase na ksztalcenie dzieci, to glupio byloby to odrzucic. A pieniadze te konkretne moge dostac tylko za okres, w ktorym pracuje. No i tego to akurat by mi bylo szkoda ...
      • eukaliptusy Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 14:31
        Nie rozumiem w ogóle logiki problemu.
        Może nie ma tu żadnej logiki, tylko musisz wymyślać sobie przeszkody, nawet jeśli żadnych większych przeszkód nie ma.

        Ze względu na jakieś dodatki do pensji nie możesz wziąć bezpłatnego urlopu? Bo dodatki ci przepadną na zawsze, czy dlatego, ze ci przepadną na czas bezpłatnego urlopu?

        1 Euro = 1 Euro. Nieważne skąd przyszło.
        Przelicz ile potrzebujesz miesięcznie na życie i albo zaoszczędź przed albo spłacaj po. I dodatkowo zapowiedz mężowi, że ma więcej zarobić przez następny rok. I zapowiedz studentowi, ze ma szukać pracy wakacyjnej.

        A tak poza tym, to żyć dla siebie możesz zacząć i na etacie. Nie potrzebujesz wielkiej career break. Wystarczy, że wykroisz w tygodniu czas dla siebie, na jeden urlop w roku pojedziesz sama albo z koleżanką tam gdzie ty chcesz, zajmiesz się czymś, co ci sprawia radość poza pracą.
        Powiedziałabym, że zaczynanie od 6 miesięcy nic nierobienia skończy się tak, że te 6 miesięcy zmarnujesz. Najpierw wymyśl co właściwie chcesz robić.
        • verdana Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 14:40
          Pomijajac kwestię młodości, to chyba jednak jest tak, że nikt nie "żyje dla siebie". Decyzja o dzieciach powoduje zazwyczaj, że ich utrzymanie staje się sprawą priorytetową. Mam wrazenie, ze masz problemy podobne do facetów, którzy zapracowują się, aby utrzymać rodzinę. To uważa sie za normalne - gdy takie decyzje podejmuje kobieta, czuje się w pewien sposób zniewolona. Poziom życia rodziny zalezy od niej, nie ma swobody porzucenia pracy czy jej zmiany na gorzej płatną, przynajmniej, póki dzieci są niedorosłe. Ale przecież to nie przeszkadza szukać innej pracy. Może takiej, z której będziesz bardziej zadowolona. W pracy, którą sie lubi doskonale ratuje się lata między 46 a 58. Oczekiwanie, ze będzie można w tym wieku przestać pracować sią nierealne.
          • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 15:09
            verdana napisała:

            > W pracy, którą sie lubi doskonale ratuje się lata między 46 a 58. Oczekiwanie, ze będzie m
            > ożna w tym wieku przestać pracować sią nierealne.

            To prawda. Wez pod uwage, ze ja nigdy nie wybieralam pracy pod katem "lubie". Zawsze priorytetem bylo zarobienie na poziom zycia rodziny (dosyc przyzwoity, przyznam, tutaj nie narzekam). I nawet w miedzyczasie dowiedzialam sie, co konkretnie zawodowo chcialabym robic. Tylko wez przekonaj potencjalnego pracodawce, do ktorego idziesz na rozmowe, ze ty po ponad 20 latach pracy w dziedzinie X nagle chcesz sie przebranzowic i na dodatek bedziesz w tym dobra.

            Mnie raczej chodzi o to, jak wykorzenic moj mechanizm podejmowania decyzji, w ktorym zawsze biore pod uwage dobro innych a dopiero na samym koncu swoje.

            Przeciez jak nigdy nie bede od ludzi wymagac, aby wykonywali to, co do nich nalezy, tudziez bede ich wyreczac i ulatwiac im zycie, to oni sami z siebie nigdy nic nie zrobia.
            • eriu Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 18:21
              Tak szczerze mówiąc naprawdę można przenieść doświadczenie z jednej pracy na inną nawet inną, tylko tak naprawdę trzeba umieć znaleźć przewartościowanie: przykład:
              osoba a pracowała do tej pory z klientem (obsługa użytkownika), chce się starać o pracę, gdzie nie ma kontaktu z użytkownikiem, ale jest presja czasu i szybkiego wykonania zadania i rozliczenia go.

              Co może zaproponować nowemu potencjalnemu pracodawcy:
              1. Umie pracować pod ogromną presją - praca na obsłudze użytkownika wymaga dużego refleksu, szybkiej analiz sytuacji, to praca pod ogromną presją - nie jest łatwo z użytkownikiem i tak naprawdę licz się efekt, bo z tego będziesz rozliczana, więc musisz być skuteczna. Plus ważna samodzielność w podejmowaniu decyzji i to szybko dokonywanych.

              Może przykład nie jest idealny, ale chodzi mi o tego typu podejście i to jest cenione żebyś była świadoma czego Cię Twoja praca nauczyła i jak umiesz to przełożyć na nową.

              --
              Being alone is fine. Being alone together id perfect.
              66/93/95
            • bene_gesserit Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 03.12.19, 22:10
              Jakoś to, co piszesz o sobie, kojarzy mi się w dużej mierze z samotnością. Nie obarczać innych sobą i być niezależną.

              I:
              1. poproś o czas. Może jeśli nie będziesz musiała decydować od razu, będzie ci łatwiej iść za nowym impulsem?

              2 przyzwyczaj się do tego, ze nie wszyscy muszą cię lubić (to jest często motywacja takich objuczonych ponad siły odpowiedzialnością za innych wielbłądów, a zwłaszcza wielbłądzic -że jak tego nie zrobię, to będzie jej przykro. Albo: zawiodę szefa, a on tak mi ufa)

              3. po prostu przestań robić za innych to, co oni doskonale mogą zrobić sami. Choćby i na bezczela. 'To wy tu popracujcie nad tym systemem, a ja idę na kawkę, świetnie wam idzie'. Albo i nie na bezczela, ale w koncu. W każdym razie - deleguj odpowiedzialności wyraźnie, nikt się nie będzie domyślał; dziel, rządź, wyznaczaj i pilnuj terminów, prymusów nagradzaj dobrym słowem.

              4. pomyśl o przymusach, które tobą powodują. Masz być miła dla innych? Masz sprawiać, zeby inni byli zadowoleni? Masz zrobić to zadanie na zasadzie 'ze..am się, a nie dam się'? Dlaczego? Zlokalizowanie tego głosu i tych przekazów może być całkiem zabawne. Możesz wyciągnąć to z głowy i przyjrzeć się temu, np. nazywając tę postać albo np. ją rysując.

              5. jak dają - przyjmuj. O ile masz z tym problemy. Pomoc, komplement, kilogram jabłek. Uber-odpowiedzialni często są przyzwyczajeni do sterowania dystansem w sensie - do tego, ze to ewentualnie oni wychodzą z inicjatywą pomocy, wysiłku czy tam czegoś. Jeśli to one mają przyjąć - stracą możliwość sterowania dystansem, czyli władzę albo okażą się bezbronne, bo winne przysługę. Coś w tym jest?

              6. zajmij się sobą (jak ukochaną młodszą siostrą, najlepszą przyjaciółką czy coś w tym stylu). Porozpieszczaj, podbaj. Spędzaj czas tak, jak chcesz, nie jak powinnaś. Rozwiń jakieś zainteresowania albo posiedz w fotelu gapiąc się przez okno. Bo ci się należy ;)

              Jeszcze raz: wprzęgnięto cię w dość szczelny emocjonalne system: poczucie winy -> przymus unikania konfliktów -> poczucie bycia wykorzystywaną ->poczucie bycia potrzebną i niezastąpioną. Gdzieś tam twoja kompetencja definiuje w twojej głowie niekompetencję innych, piszesz powyżej: przecież oni sami z siebie nigdy nic nie zrobią. Naprawdę nigdy nic, czy karmisz w ten sposób swoje ego? To jest bardzo uwodzący mechanizm, może jest na tym oparte w dużej mierze twoje poczucie wartości?

              Trzymam kciuki.


              --
              feminists aren't humorless just because your jokes suck
              • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 05.12.19, 10:00
                Poniewaz rzadko mi sie zdarza, zeby ktos mnie tak dobrze zdiagnozowal po kilkudziesieciu zdaniach, to ustosunkuje sie do Twojego wpisu i przy okazji bardzo dziekuje. Niektore obserwacje z boku sa bardzo pomocne.

                > Jakoś to, co piszesz o sobie, kojarzy mi się w dużej mierze z samotnością. Nie
                > obarczać innych sobą i być niezależną.
                Tak. Tak bylam wychowana. Przy czym ja nie nazywam tego samotnoscia.


                > 2 przyzwyczaj się do tego, ze nie wszyscy muszą cię lubić
                Mam swiadomosc, ze nie wszyscy mnie lubia i nie mam z tym problemu. Wiem nawet za jakie cechy charakteru mnie nie lubia: jestem bardzo konkretna i hmmm ... concise (powiedzmy ze niewylewna, moze wlasnie trzymam dystans w stosunku do ludzi), a jednoczesnie dosyc pewna swoich przekonan, ktorych nie naginam do sytuacji.

                > 4. pomyśl o przymusach, które tobą powodują. Masz być miła dla innych? Masz spr
                > awiać, zeby inni byli zadowoleni?
                Nie. Nie sadze zeby to byla dzwignia na mnie.

                > Masz zrobić to zadanie na zasadzie 'ze..am się, a nie dam się'? Dlaczego?
                Dotychczas robilam to, bo zalezalo mi na bardziej interesujacej pracy. Przy czym mialam szczescie bo trafialm tez na uczciwych szefow, ktorzy doceniali ze czasem bylam jedyna osoba, ktora potrafila albo chciala dana rzecz zrobic, ale mieli swiadomosc, ze potem musze cos z tego miec. I tak sie dzialo przez lat parenascie, az do momentu kiedy trafilam na $%^&^, ktory nie zachowal sie w porzadku: najpierw wzial mnie pod wlos, ze jestem jedyna osoba w zespole, ktora cos tam potrafi zrobic, bo inni sobie nie poradza. Zrobilam i tym samym uratowalam mu tylek przed hierarchia. Tyle ze jak przyszlo do rozdzielania "nagrod", oczekiwalam ze skoro jestem jego zdaniem taka niezastapiona, to cos z tego bede miala. I tutaj moja wada: nie wyszlam przed szereg i nie upomnialam sie o swoje, bo po pierwsze nie jestem tego nauczona, a po drugie dotychczas mialam szczescie trafiac w zyciu na uczciych ludzi. No i sie przejechalam.

                > 5. jak dają - przyjmuj. O ile masz z tym problemy.
                Tak. mam z tym duze problemy. W moim domu mowilo sie: "Pamietaj, zeby zyc tak, zeby nie musiec nikogo o nic prosic. Pozniej bedziesz musiala sie odwdzieczyc".

                > Jeszcze raz: wprzęgnięto cię w dość szczelny emocjonalne system: poczucie winy
                raczej poczucie "you're not good enough". Moja matka zazwyczaj motywowala mnie dajac przyklady znajomych, ktorzy cos tam w zyciu osiagneli. A jak mnie sie udalo osiagnac to samo, to zamiast pochwaly, poprzeczka sie podnosila. Wlasnie zdalam sobie sprawe, ze w sumie nie pamietam kiedy mnie w domu za cos pochwalono ...
                Chyba stad tez sie bierze cecha, ze nie umiem sie cieszyc z wlasnych sukcesow. Ja je od razu umniejszam i stawiam sobie na horyzoncie kolejny cel. Nigdy nie celebrowalam wlasnych sukcesow.

                > -> przymus unikania konfliktów
                Nie sadze. Jeszcze kilka lat temu uchodzilam za osobe kreujaca konflikty. Potem sie nieco uspokoilo. Koflikty rozwiazywac potrafie pod warunkiem ze mam nieco czasu na podejscie do tematu "with cold blood".

                -> poczucie bycia wykorzystywaną ->
                Zdecydowanie. Ale to chyba dlatego, ze nie walcze. Walka o swoje mnie meczy. Licze zawsze na to, ze ludzie sa uczciwi.
                > poczucie bycia potrzebną i niezastąpioną.
                Wykreowane czeciowo przez szefow z ktorymi dotychczas przyszlo mi pracowac (prawda jest pewnie gdzies posrodku)

                Gdzieś tam twoja kompetencja definiuje
                > w twojej głowie niekompetencję innych, piszesz powyżej: przecież oni sami z
                > siebie nigdy nic nie zrobią
                .
                To akurat byl cytat z mojego ostatniego szefa, ktory tak pieknie motywowal ludzi

                dzieki za porady
                • bene_gesserit Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 05.12.19, 19:04
                  To tym razem krótko, bo po co przedłużać :)

                  cucurucho napisała:

                  > Tak. Tak bylam wychowana. Przy czym ja nie nazywam tego samotnoscia.

                  Być może nie jest tak w twoim życiu rodzinnym, ale w pracy? W ramach eksperymentu może spróbuj tak to nazwać i zobacz, co się stanie.

                  > (...)
                  > I tutaj moja wada: nie wyszlam przed szereg i nie upomnialam sie o swoje, bo po
                  > pierwsze nie jestem tego nauczona, a po drugie dotychczas mialam szczescie tra
                  > fiac w zyciu na uczciych ludzi. No i sie przejechalam.

                  Moim zdaniem sprawa jest prosta: przy następnej okazji postaw warunki przed podjęciem się projektu/dodatkowej odpowiedzialności/czegotam.
                  To oczywiście teoretycznie, bo w praktyce może to wymagać - bo ja wiem - warsztatów asertywności (nawet takie dwudniowe mogą zdziałać cuda). Albo chociaż paru lektur (niezmiennie polecam 'Stanowczo, łagodnie, bez lęku') i ćwiczenia na głos przed lustrem albo kimś bliskim.

                  > > 5. jak dają - przyjmuj. O ile masz z tym problemy.
                  > Tak. mam z tym duze problemy. W moim domu mowilo sie: "Pamietaj, zeby zyc tak,
                  > zeby nie musiec nikogo o nic prosic. Pozniej bedziesz musiala sie odwdzieczyc".

                  Na twoim miejscu podyskutowałabym z tym głosem.
                  Np. A co jest złego w odwdzięczaniu się? Moim zdaniem - warto pójść w tym kierunku.
                  Bo, po pierwsze, reguła wzajemności to jedna z najważniejszych reguł życia społecznego i jeśli się w takich wymianach nie uczestniczy, można wiele stracić. Po drugie - jeśli w grę nie wchodzą rzeczy nieuczciwe itd, to fajnie jest oddać przysługę, po prostu. Zrobić coś dla kogoś, kto zrobił coś dla mnie. To nie tylko buduje więzi, ale też może być zwyczajnie przyjemne.

                  (Rodzice chcieli cię chronić, ale wszczepili ci strach i podejrzliwość, tak na oko).

                  > raczej poczucie "you're not good enough". Moja matka zazwyczaj motywowala mnie
                  > dajac przyklady znajomych, ktorzy cos tam w zyciu osiagneli. A jak mnie sie uda
                  > lo osiagnac to samo, to zamiast pochwaly, poprzeczka sie podnosila. Wlasnie zda
                  > lam sobie sprawe, ze w sumie nie pamietam kiedy mnie w domu za cos pochwalono .

                  Jesteś - i to tak już na zupełnie pierwszy rzut oka - fajną osobą. Mądrą, z wysokim poziomem samoświadomości i chęcią zmian. Chwalę cię za ten wątek ;D

                  Dwie sprawy: warto oddzielić głos matki od twojego własnego. Kiedyś tam, na jakiś warsztatach wyciągaliśmy takie jakieś przekonania o sobie, identyfikowaliśmy, czy to głos któregoś z bliskich czy nasz własny i czy jest słuszny i prawdziwy i już bardziej świadomie albo to się 'zostawiało w sobie' (po prostu na mocy własnej decyzji), albo próbowało wrugować z głowy. Osobliwie niestety bardziej się zapisują negatywne opinie (no właśnie 'nie jesteś dość dobra' i 'inni są lepsi', 'nie zasłużyłaś' to klasyka). Sama jesteś mamą, czas się pozbyć tej toksycznej fikcji, IMO.

                  I: w twoich wypowiedziach pojawia się taki wątek, że nie werbalizujesz swoich oczekiwań czy potrzeb, bo inni się powinni domyślić sami z siebie.
                  Ćwiczenie: na parę dni roboczo załóż, że nikt się niczego nie domyśla i zacznij mówić, czego ci potrzeba. Mężowi, kolegom, szefowi, przyjaciółkom. Z dziećmi pewnie nie masz takiego problemu.
                  Noi potem zobacz, co się stanie.

                  > Chyba stad tez sie bierze cecha, ze nie umiem sie cieszyc z wlasnych sukcesow.
                  > Ja je od razu umniejszam i stawiam sobie na horyzoncie kolejny cel. Nigdy nie c
                  > elebrowalam wlasnych sukcesow.

                  To zacznij. No nie wiem, te fajne za drogie buty? Ciastko i kawa z mężem w kawiarni, chociaż starasz się jeść zdrowo? Książka + czas na jej przeczytanie? O, masaż. Ja tak mogę jeszcze długo, ciekawe, czy ty masz taką listę. Miej. I używaj jej.

                  > -> poczucie bycia wykorzystywaną ->
                  > Zdecydowanie. Ale to chyba dlatego, ze nie walcze. Walka o swoje mnie meczy. Li
                  > cze zawsze na to, ze ludzie sa uczciwi.

                  Nie są, nawet jeśli są. Niby są uczciwi, ale słabi, mogą popełniać różne błędy poznawcze, mogą być zwyczajnie głupi. Zwyczajnie niedoskonali.
                  Noi: to nie musi być walka, przynajmniej nie zawsze. A jakbyś tak nie myślała o tym jak o walce? Jeśli nie jak o walce, to jak o czym?


                  --
                  Moja mama ma Nobla z fizyki, mój tata pracuje w przedszkolu.
                  • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 06.12.19, 09:15

                    > Moim zdaniem sprawa jest prosta: przy następnej okazji postaw warunki przed pod
                    > jęciem się projektu/dodatkowej odpowiedzialności/czegotam.

                    W tamtej sytuacji znalam warunki przed podjeciem sie zadania. problem w tym ze pan sie z obietnicy nie wywiazal, a potem ja uznalam ze nie potrafie pracowac z czlowiekiem, ktoremu nie ufam.

                    > (Rodzice chcieli cię chronić, ale wszczepili ci strach i podejrzliwość, tak na
                    > oko).
                    Nie jestem przekonana. Jak sie ich kiedys spytalam czemu to robili, to powiedzieli, ze chcieli "abym byla KIMS a nie zyciowa pierdola".


                    > Jesteś - i to tak już na zupełnie pierwszy rzut oka - fajną osobą. Mądrą, z wys
                    > okim poziomem samoświadomości i chęcią zmian. Chwalę cię za ten wątek ;D
                    Dzieki. Tak mam wysoki poziom samoswiadomosci. Gorzej z realizacja :(

                    > I: w twoich wypowiedziach pojawia się taki wątek, że nie werbalizujesz swoich o
                    > czekiwań czy potrzeb, bo inni się powinni domyślić sami z siebie.
                    Bingo. To tez mi wiele osob mowilo. Nie werbalizuje, bo gdzies tam w srodku odzywa sie ta niewiara "I am not good enough" i w ten sposob wracamy do punktu wyjscia. Glupie w tym zachowaniu jest to, ze de facto odbieram sobie sama szanse zanim tkos inny mi je odbierze (mimo ze byc moze wcale nie ma takiego ryzyka, ale nawet nie probuje).


                    Mam taka liste rzeczy codziennych, ktore sprawiaja mi frajde. Nawieksza jednak frajde sprawiaja mi podroze, ale tego nie da sie robic przez 6 miesiecy w roku. (Stad tak walczylam o prace, w ktorej zycie ekspackie w roznych czesciach swiata bylo mozliwe - zeby nie bylo - rodzina sie zgadza i nawet zapatruje entuzjastycznie, klopot z realizacja celu).

                    A jakbyś tak nie myślała o
                    > tym jak o walce? Jeśli nie jak o walce, to jak o czym?
                    Upominanie sie o swoje. Tez kojarzy sie niegatywnie. Nie znam osoby, ktora lubi byc brzeczaa mucha.
                    • szczypawka100 Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 06.12.19, 09:40
                      cucurucho napisała:

                      >

                      >
                      > A jakbyś tak nie myślała o
                      > > tym jak o walce? Jeśli nie jak o walce, to jak o czym?
                      > Upominanie sie o swoje. Tez kojarzy sie niegatywnie.

                      Co dla Ciebie jest ważne? Wg. mnie:
                      1. uczciwość (własne)
                      2. szacunek (własne/wpojone- być KIMŚ)
                      Pomyśl, "you're good enough" żeby traktować [u]siebie[/u] uczciwie i z szacunkiem.




                      --
                      U mnie zawsze wszystko do przodu, wali się i pali ale przynajmniej piękny widok płomieni
                      by kryzys_wieku_sredniego
                    • bene_gesserit Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 07.12.19, 11:17
                      cucurucho napisała:

                      > W tamtej sytuacji znalam warunki przed podjeciem sie zadania. problem w tym ze
                      > pan sie z obietnicy nie wywiazal, a potem ja uznalam ze nie potrafie pracowac z
                      > czlowiekiem, ktoremu nie ufam.

                      To się zdarza. Ktoś chciał oszukać ciebie, albo oszukał siebie tak skutecznie, że ma inne wspomnienia z pewnych niby to wspólnych ustaleń, albo po prostu rzeczywiście żeście się nie zrozumieli.
                      Dlatego najlepiej po takiej rozmowie spisać je, wysłać meilem i poprosić o potwierdzenie. Uniknie się wtedy i nieporozumień i 'nieporozumień'.

                      > okim poziomem samoświadomości i chęcią zmian. Chwalę cię za ten wątek ;D
                      > Dzieki. Tak mam wysoki poziom samoswiadomosci. Gorzej z realizacja :(

                      Realizacja zaczyna się od odpowiedniej siły motywacji.
                      Co się dzieje, że mimo deklarowanych chęci i jakiś niefajnych uczuć związanych z tym, co jest, nie bierzesz się za zmiany? Na twoim miejscu bym się nad tym porządnie zastanowiła. To jest zawsze transakcja z sobą samą. Wkurza mnie to, co jest, ale tego nie zmieniam, bo się boję tego, co przyjdzie. Albo: nie mam siły na zmiany. Albo: mogę stracić więcej, niż zyskam. Albo: bo i tak się nie uda. Itd.
                      Oddzielasz to, co możesz zmienić, od tego, co się zmienić nie da. Wtedy można podjąć decyzję świadomie, czyli jakakolwiek będzie decyzja, zniknie frustracja.
                      W teorii :)

                      > Bingo. To tez mi wiele osob mowilo. Nie werbalizuje, bo gdzies tam w srodku odz
                      > ywa sie ta niewiara "I am not good enough" i w ten sposob wracamy do punktu wyj
                      > scia. Glupie w tym zachowaniu jest to, ze de facto odbieram sobie sama szanse z
                      > anim tkos inny mi je odbierze (mimo ze byc moze wcale nie ma takiego ryzyka, al
                      > e nawet nie probuje).

                      Wspomniałam o asertywności i teraz bardziej mi się wydaje, że to jest ścieżka dla ciebie. Bo asertywność uczy (dając do ręki bardzo konkretne narzędzia), jak zachować szacunek - i do innych, i do siebie samej. To, co ty tu opisujesz, to właśnie brak szacunku do siebie samej. Matka Polka normalnie :)

                      > Mam taka liste rzeczy codziennych, ktore sprawiaja mi frajde. Nawieksza jednak
                      > frajde sprawiaja mi podroze, ale tego nie da sie robic przez 6 miesiecy w roku.
                      > (Stad tak walczylam o prace, w ktorej zycie ekspackie w roznych czesciach swia
                      > ta bylo mozliwe - zeby nie bylo - rodzina sie zgadza i nawet zapatruje entuzjas
                      > tycznie, klopot z realizacja celu).

                      Może użyj tej listy, żeby się nagradzać? To nawet nie chodzi o kaliber, ale o sam fakt.
                      Trochę tak, jakbyś kupiła dzieciakowi buty sportowe, o których marzył, bo zawalczył i dostał dobre miejsce w jakimś konkursie. Traktuj siebie jak tych, których kochasz. Wtedy jest łatwiej siebie samą zauważyć, tak w skrócie.

                      > Upominanie sie o swoje. Tez kojarzy sie niegatywnie. Nie znam osoby, ktora lubi
                      > byc brzeczaa mucha.

                      Są sposoby, żeby nie brzęczeć.
                      Np powołanie się na wcześniejsze ustalenia. Plus odpowiednio sformułowane pytanie - nie 'czy mógłbyś być tak uprzejmy i łaskawie zwrócić uwagę na to, że no, należy mi się to, co ustaliliśmy?' ale raczej 'wywiązałam się ze swoich zobowiązań, więc jak ustaliliśmy, do końca miesiąca to-i-tamto, już się na to cieszę'. Czy coś w tym rodzaju.
                      Jeśli gdzieś tam, podskórnie, będziesz emanować energią 'nie jestem dość dobra', to są cwaniaki, które to wyczują. Lepsi manipulatorzy, cyniczni gracze. Mną kiedyś tak zagrano, kosztowało mnie to bardzo dużo, więc mam wrażenie, że wiem, o czym piszesz. Się zdarza, warto nie podnosić się z pustymi rękami.


                      Myślę, że jesteś gotowa do zmiany i aż ci trochę zazdroszczę. To jest fajny moment w życiu, takie rozpędzanie koła, które potem toczy się z tobą w środku. Oby starczyło ci motywacji na rozpęd.

                      --
                      Moja mama ma Nobla z fizyki, mój tata pracuje w przedszkolu.
    • lumeria Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 15:05
      Dlaczego nazwałaś sie cucurucho? Daje to smutne skojarzenia - czy az tak zle o sobie myslisz? :(



      Ale gratuluje Ci świetnej sytuacji - i wspaniałego punktu do odbicia się. Podstawy masz idealne, by zaczac byc asertywna. Popatrz na przykład męża - on sobie żył nie wypruwa, by zarobić na fajne wakacje. Nie bierze nadgodzin i dodatkowych obciazen - "bo ktos musi" - on nie musi. Dlaczego Ty musisz?

      Mnie sie wydaje, ze to Twoje myslenie "ja musze" - a o zmianach "niedasie".

      Pewnie, ze się da. Po pierwsze, co lubisz robić? Przy jakich zajęciach dusza Ci śpiewa? Nie wiesz, to zacznij szukać - weź kurs, wyjedz na workshop, idź na zajęcia. Rożne, różniste. Nie trzeba od razu rzucać pracy i wystawiać mężowi walizek za drzwi :) Przy okazji warto by wykorzystać terapie by popracować nad rozpoznawaniem swoich potrzeb, szanowaniem ich, oraz nad asertywnością we wdrażaniu ich w życie.

      Dzieci są duże, mąż młodsze ogarnia, masz naprawdę czas i przestrzeń by wybadać co chcesz dalej robić. Co za luksus!

      Możesz patrzeć na swoja sytuacje tragicznie, lub optymistycznie. Twój wybór.

      Bardzo Ci kibicuje - i pozytywnie zazdroszczę pięknego dylematu - jak się rozwijać i kwitnąć w nadchodzących latach. :)
      • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 15:18
        lumeria napisała:

        > Dlaczego nazwałaś sie cucurucho? Daje to smutne skojarzenia - czy az tak zle o
        > sobie myslisz? :(
        Bo lubie dzwiek niektorych hiszpanskich slow. Jezyka jako takiego rowniez :)


        > on nie musi. Dlaczego Ty musisz?
        To jest bardzo dobre pytanie i podejrzewam (nie znam sie na psychologii), ze odpowiedz kryje sie w wychowaniu w domu rodzinnym wlasnie. Tam, jak czegos chcialam, to musialam, bo przeciez z powietrza sie nie wezmie ... Ale to prawda - chcialabym sie nauczyc nie musiec, albo zrzucac "muszenie" na innych.

        > Przy okazji warto by wykorzystać terapie by popracować nad rozpoznawaniem swoich potrzeb, szanowaniem ich, oraz nad asertywnością we wdrażaniu ich w życie.

        Te moje rozkminy wlasnie z terapii sie wziely. Terapeutka uswiadomila mi ze ja ciagle za duzo na siebie biore i mam tendencje do zachowan typu "silaczka" i ze musze zaczac szanowac swoje potrzeby i to, co mowi moj organizm. To bylo z 1.5 roku temu i na tamtym etapie moj organizm zwyczajnie mial dosyc (chociaz z powodow malo zwiazanych z tym watkiem).

        > Bardzo Ci kibicuje - i pozytywnie zazdroszczę pięknego dylematu - jak się rozwi
        > jać i kwitnąć w nadchodzących latach. :)
    • eriu Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 18:13
      Nie musisz czekać tyle żeby zrobić coś dla siebie. Przecież możesz znaleźć jakieś interesujące szkolenie dla siebie teraz: po prostu weźmiesz parę dni wolnego i dowiesz się czegoś dla siebie. Możesz też kupić kurs online - jeśli mieszkasz za granicą musisz znać jakiś język obcy. Jest mnóstwo kursów online na wyższych uczelniach na całym świecie. Jakaś część ich jest bezpłatna. Może w kraju, w którym mieszkasz są studia podyplomowe albo otwarty uniwersytet, gdzie można się za niewielką opłatą zapisać na jakieś konkretne zajęcia. Mąż ogarnia dzieci i dużo nie pracuje, więc opcja zorganizowania czasu dla Ciebie na to powinna być realna.

      Teraz rzecz trudniejsza: polecałabym Ci porozmawiać z terapeutą, ponieważ przez takie podejście stawiasz się na gorszej pozycji w pracy, w związku itp. Zasługujesz na to, żeby znaleźć coś co Ci się podoba: być może nowe hobby, być może nową pracę. Kto wie, ale masz prawo chcieć to odkrywać i postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu. W związku z tym na pewno Cię też czeka rozmowa z mężem, który niekoniecznie musi być zachwycony takim obrotem spraw, ale powiedzmy sobie szczerze, że o to też w związku chodzi żeby był czas dla niego i czas dla Ciebie. Dlaczego mąż nie może iść na etat i podpiąć świadzcenia pod jego pensję? Oprócz tego, że on nie chce.

      --
      Being alone is fine. Being alone together id perfect.
      66/93/95
    • heniek.8 Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 25.11.19, 22:07
      poczekasz 12 lat, a wtedy się może okazać że najlepsze już było, jak w tej przypowieści o gościu co mu się wydawało że jeszcze tylko to i tamto i będzie szczęśliwy :)

      moim zdaniem jak masz dobrą pracę, dobre pieniądze, to jesteś w sytuacji w której większość by nie rzucała pracy dla jakichś "career breaków" tylko zajęli by się kwestią "jak tu i teraz znaleźć w sobie trochę szczęścia"
      zwłaszcza że wygląda na to że nie wiesz co ze sobą zrobić w czasie tego breaku?
      • cucurucho Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 26.11.19, 09:35
        heniek.8 napisał:

        > poczekasz 12 lat, a wtedy się może okazać że najlepsze już było

        Dokladnie. I dlatego wlasnie ten pomysl czekania tak mi bardzo przeszkadza ....

        > zwłaszcza że wygląda na to że nie wiesz co ze sobą zrobić w czasie tego breaku?

        Nie wiem, z czego tak Ci wyglada, ale wrecz przeciwnie - wiem dokladnie, co bym chciala w tym czasie robic. Jestem zapalonym gorolazem (tak do 4.5 - 5 tys. npm) i marzy mi sie pewien trip. Tyle ze naszym latem to tam sie nie jezdzi. A zima to ja nie jestem w stanie wydostac wiecej niz 2 tygodnie :(
        I tak - bez problemu znalazlabym tam rzeczy do roboty na pol roku.
        Z 60 na karku to moge juz nie zaliczyc pewnym miejsc na naszym globie :(
    • bunt_jest_moim_obowiazkiem Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 27.11.19, 09:33
      Mam podobnie. Właśnie weszłam w 46-58. Dobra praca, z której nie chcę zrezygnować - jednocześnie silne uwiązanie w miejscu... Plus syn na studiach, któremu czuję się w obowiązku pomagać, póki nie stanie na swoich nogach.

      W tle partner, który coraz bardziej nastawia mnie przeciwko tej pracy (wolałby żebym miała zdalną, żeby możnabyło pracować np. z ciepłych krajów). Ja się boję zrezygnować z tej stabilnej, którą mam, bo uważam, że nie znajdę drugiej równie dobrej. Jednocześnie partner nie daje mi poczucia bezpieczeństwa, że w razie czego da mi jeść... każdy liczy na siebie. Znaczy pewnie by mi pomógł, ale ma taki charakter, że byłabym raczej ubezwłasnowolniona w tym okresie.

      Ja podjęłam decyzję, że jednak pilnuję stabilnej pracy, a małe radości zapewniam sobie "obok". Samorozwój, wyjazdy, książki, filmy, kino, teatr, spotkania ze znajomymi, koncerty - staram się cieszyć życiem, ale nie puszczam "pracowej" kotwicy.
      Mimo to nie czuję, że marnuję te lata. Dobrze mi z tym. Uważam, że podjęłam rozsądną bezpieczną decyzję. Nie jestem typem ryzykantki.
      Tylko czasem zastanawiam się, co by było gdyby. Ale niezbyt często.

      --
      Jestem tu tylko Alicją. Tak naprawdę nie jestem prawdziwa. Jak się nagle pojawiłam, tak nagle zniknę, nie zaburzając równowagi przy stole.
    • mocno.zdziwiona Re: Nigdy nie zylam tak po prostu dla siebie ... 02.12.19, 17:13
      Mnie też się wydaje, że metoda małych kroczków, którą tutaj wiele osób proponuje, jest bardzo w porządku. Najpierw bym poprzesuwała trochę dynamikę relacji w pracy i w domu, zaczęła dawać sobie samej więcej luzu, mniej pracować, pozwalać sobie na więcej radości / wyjazdów / pasji, a dużą zmianę zostawiłabym na za jakiś czas. Niekoniecznie na za 12 lat, ale dobrze by było by mąż zaczął bardziej brać na siebie odpowiedzialność finansową, studentowi też nic się nie stanie jeśli zacznie w wakacje czy w weekendy jakąś pracę dorywczą.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka